HAITI. raport z podróży erotycznej - Rafał Wykręt

Kup ebooka

39.90 zł

-
Proszę czekać

Roz­dział 8.

8.

Kurde, kim­nęło mi się na chwilę. Zerwa­łem się na równe nogi, szybko się ogar­ną­łem: ubi­ka­cja, ubra­nie, doku­menty, tele­fon i tak dalej, i wypad z hotelu, bo prze­ga­pię zachód słońca.

Wybie­głem i dotar­łem do miej­sco­wych, któ­rzy stali i cze­kali ze sku­te­rami na klien­tów. Oka­zało się, że zaraz za nimi znaj­do­wała może pół­to­ra­me­trowa ścieżka mię­dzy dwoma beto­no­wymi pło­tami, gdzie zlo­ka­li­zo­wane były lep­sze hotele, pię­cio­gwiazd­kowe, za które trzeba zapła­cić kilka razy wię­cej niż za ten, w któ­rym ja prze­by­wa­łem. A dzie­liło nas od tej samej plaży zale­d­wie sto metrów drogą pełną bia­łego pia­sku, blusz­czy i kwia­tów, które nada­wały uliczce uroku - jak na Kara­iby przy­stało. Gdzie­nie­gdzie leżała stara łupina kokosu, już było widać ocean. Uśmiech zago­ścił na mojej twa­rzy. Palmy wyła­nia­jące się przy końcu uliczki wyda­wały się naprawdę wyso­kie, wia­tru pra­wie nie było. Ścią­gną­łem klapki, koszulkę, spodenki i pozo­sta­łem w samych kąpie­lów­kach.

Poło­ży­łem wszystko na klapki i powoli wcho­dzi­łem do cie­płego oce­anu, któ­rego deli­katne fale ude­rzały naj­pierw o brzeg, a po chwili we mnie. Resztki słońca zni­kały za hory­zon­tem. Tro­chę się spóź­ni­łem, lecz to nie ma zna­cze­nia, to dopiero pierw­sze popo­łu­dnie tutaj. Usze­dłem kil­ka­dzie­siąt metrów i dopiero zro­biło się tro­chę głę­biej. Lekko pod­sko­czy­łem i zanu­rzy­łem się cały w wodzie. Zaczą­łem pły­wać i poczu­łem smak soli na języku. Byłem w swoim żywiole.

Ocean już nie miał jasno­nie­bie­skiego odcie­nia, słońce zaszło. Kilka osób, grup­kami, w parach, także parę dzie­cia­ków zaba­wiało w falach, to nur­ku­jąc, to chla­piąc się, pły­wa­jąc. Nic tak nie uspo­kaja, pod­nieca czy roz­we­sela jak nocne zanu­rze­nie się w cie­płych wodach Kara­ibów. Zapo­mina się o wszyst­kim, cie­szysz się chwilą, chło­niesz oczami plażę z pal­mami. Gdzie­nie­gdzie prze­leci mewa lub peli­kan - jeden z naj­więk­szych pta­ków, który zaje­bi­ście nur­kuje za rybami, i to nie­da­leko od cie­bie. Prze­piękny widok. W ogóle nie­które widoki są nie do opi­sa­nia, po pro­stu trzeba to zoba­czyć i prze­żyć tak jak ja.

Znowu mi się udało, jed­nak i tak nic nie pobije moich wspo­mnień z Kuby, pierw­szego wypadu poza Europę. Ale to nie ma zna­cze­nia - pomy­śla­łem - to było dawno, teraz jestem tutaj, gdzie dopły­nął Kolumb. Może nawet stał w tym miej­scu, co ja teraz. Kto wie?

Roz­dział 9.

9.

Wycho­dzi­łem z wody powoli, bo przez około trzy­dzie­ści metrów była pły­ci­zna, a stopy zapa­dały się w pia­sku. Usia­dłem na klap­kach. Byłem mokry, musia­łem tro­chę wyschnąć. Wsko­cze­nie do oce­anu to był spon­tan, odruch. Nie przy­pusz­cza­łem, że to zro­bię jesz­cze dzi­siaj, więc zwy­czaj­nie nie wzią­łem ręcz­nika.

Jedyne, czego mi tu bra­ko­wało, to kobiety przy boku. Patrząc w niebo, pomy­śla­łem życze­nie. Dopiero po chwili zauwa­ży­łem ciemne chmury na hory­zon­cie, miało lać. Zebrał się też lekki wiatr, ludzie zaczęli powoli czmy­chać z wody, z plaży, fale zro­biły się więk­sze, a ja - głodny. Nie wie­dzia­łem jesz­cze gdzie, co i jak, któ­rędy do hotelu, jakie­goś cen­trum, czy może na plaży kupił­bym coś do jedze­nia. Tro­chę wyschłem, wsko­czy­łem w ciu­chy, klapki wzią­łem w ręce, bo były od pia­sku, i ruszy­łem w kie­runku świa­teł. Pierw­sze były nie­da­leko, docho­dziła stam­tąd muzyka reg­gae. Patrzę, a tam: para­solki, barek na zewnątrz. No to czas na chwilę prze­rwy i może naj­pierw piwo.

Dosze­dłem po jesz­cze suchym pia­sku. Barek był mały, jedze­nia brak, a piwo mieli tylko w małych butel­kach. Zamó­wi­łem miej­scowe, bo zawsze, jeśli jest to moż­liwe, pró­buję alko­holu i potraw lokal­nych, oczy­wi­ście tylko gdy są w miarę spraw­dzone, żeby nie było pro­ble­mów żołąd­ko­wych.

Usia­dłem na zewnątrz pod para­solką, na wypa­dek gdyby miało się roz­pa­dać, i cze­ka­łem na moje zamó­wie­nie. Roz­glą­da­łem się, bo wszystko mnie inte­re­so­wało. Jak zwy­kle cie­ka­wość zawsze mnie zżera w nowych miej­scach. Ale nie trwało to długo. Przy­nie­śli piwo, było cie­ka­wie podane: odkap­slo­wane, a szyjkę butelki owi­nięto ser­wetką na sztywno, w szyjce była ćwiartka cytryny. Po pierw­szym łyku piwo dawało deli­katny posmak limonki. Było zimne, pra­wie lodo­wate. Oka­zało się, że jest pra­wie zamro­żone, a ćwiartkę cytryny dorzu­cono, żeby zatrzy­my­wała krysz­tałki lodu. Drobne kro­ple ście­kały po butelce małymi stru­mie­niami. Teraz już wiem, po co była ser­wetka. Miała chro­nić przed paro­wa­niem i pomo­cze­niem dłoni lub przed koma­rami, ale tych dru­gich nie było, więc w sumie tylko przed tym pierw­szym. Jedno małe piwo sączy­łem chyba pół godziny, oka­zało się za zimne. Już wie­dzia­łem, czemu takie tu poda­wano - żebym mógł delek­to­wać się tym momen­tem, pierw­szym dniem, wie­czo­rem, wyma­rzo­nym urlo­pem, roz­ko­szo­wać się, nic nie robić i nie myśleć, co będzie, żyć chwilą.

Roz­dział 10.

10.

Piwo się skoń­czyło, a w brzu­chu kiszki zaczęły grać mar­sza. Trzeba poszu­kać jakiejś knajpki. Na doda­tek zaczęło kro­pić i zerwał się wiatr. Pomy­śla­łem z prze­ką­sem, że mam fajny począ­tek urlopu, ale wie­dzia­łem, że tra­fi­łem tu w porze desz­czo­wej, więc spo­dzie­wa­łem się, że około dwóch godzin będzie padać, a powie­trze się oczy­ści. Wielu ludzi nie lata w tym cza­sie na waka­cje, boją się pogody. Opady wtedy są inten­sywne, ale krót­kie. Wpada się wów­czas do jakiejś knajpki coś zjeść, napić się, idzie się na masaż, do sklepu, a jak jest fajne towa­rzy­stwo, roz­ma­wia się na przy­kład w holu hote­lo­wym.

Ruszy­łem tą samą drogą, którą przy­sze­dłem, czyli prze­smy­kiem mię­dzy hote­lami. Teraz wyglą­dał jak tunel, na końcu ledwo było widać jakieś świa­tełko. Moim oczom uka­zał się napis GRUN­WALD, tabliczka z nazwą ulicy. Zasko­czony uśmiech­ną­łem się i pomy­śla­łem: "nasi tu byli". Dotar­łem pod mój hotel i posze­dłem w kie­runku, gdzie wysia­dłem z busa, bo tam wcze­śniej mignęła mi jakaś knajpka. A zaczy­nało padać coraz bar­dziej.

PIZZA, napis taki jak wszę­dzie, poja­wił się przed moimi oczyma. Nie zasta­na­wia­łem się, otwo­rzy­łem drzwi i wsze­dłem do środka. Rozej­rza­łem się po lokalu, sie­działo zale­d­wie pięć osób - przy jed­nym sto­liku jakichś dwóch gości, a w dru­gim rogu mał­żeń­stwo z około dzie­się­cio­let­nim chłop­cem. Zają­łem miej­sce nie­da­leko wyj­ścia. Lokal nie był za duży: wysoka lada, lodówka z piwem, łącz­nie osiem sto­li­ków z obru­sami. Pano­wał lekki pół­mrok. Na zaję­tych sto­li­kach paliły się świeczki. Ściany były w lustrach, więc dało się zoba­czyć pra­wie cały lokal, nie odwra­ca­jąc się.

Po kilku sekun­dach z kuchni wypa­dły trzy osoby, wszyst­kie uśmiech­nięte, pra­wie roz­ba­wione. Chyba im prze­rwa­łem imprezę. Dwaj kucha­rze, Mulaci, piz­zer­mani, byli w bia­łych uni­for­mach, a kobieta, kel­nerka, ubrana cała na czarno, kon­tra­sto­wała z nimi. Miała piękne krę­cone włosy, zja­wi­skowe usta, była wysoka, nie za chuda, tylko troszkę przy kości. Far­tu­szek zakry­wał jej biust, ale pup­cia w jean­sach opię­tych wyglą­dała faj­nie i Mulatka faj­nie nią krę­ciła, pod­cho­dząc do mnie z uśmie­chem na twa­rzy. To lubię u kobiet, a u kel­ne­rek w szcze­gól­no­ści, od razu ci się humor popra­wia. Spy­ta­łem, czy jesz­cze czynne, kiw­nęła głową i podała mi kartę menu, ale ja na szybko popro­si­łem o piwo.

Ode­szła uśmiech­nięta, krę­cąc pup­cią. Nie mogłem ode­rwać wzroku od jej krą­gło­ści, od razu zro­biło mi się lepiej.

Przej­rza­łem menu, pizza wygrała. Gdy kel­nerka pode­szła z piwem, zło­ży­łem zamó­wie­nie, a nasze oczy się spo­tkały i tym razem przez uła­mek sekundy coś mię­dzy nami zaiskrzyło. Na pewno poczuła się deli­kat­nie zawsty­dzona, gdy się w nią wpa­try­wa­łem, lecz na jej twa­rzy, na policz­kach dokład­nie nie mogłem dostrzec rumieńca, bo jej kolor skóry na to nie pozwa­lał. Znowu się odwró­ciła, lecz teraz szła wol­niej, pra­wie osten­ta­cyj­nie, jesz­cze bar­dziej krę­cąc dup­cią, trzy­ma­jąc w ręku menu. Prze­ka­zała zamó­wie­nie face­tom za bar­kiem, a im na twa­rzach też poja­wił się uśmiech i wszy­scy troje zaczęli nucić jakąś pio­senkę. To jest wła­śnie kli­mat Kara­ibów, ludzie uśmiech­nięci, choć późna godzina, nie­przej­mu­jący się pra­wie niczym. Podoba mi się to.

Oka­zało się, że obok mnie sie­dzi rodzina z Czech, a tamci dwaj faceci to Włosi. Oni już jedli, a ja popi­ja­łem piwo i cze­ka­łem na posi­łek. Było duszno, choć kli­ma­ty­za­cja dzia­łała, chyba przez tę ulewę, którą było sły­chać nawet w środku, bo kro­ple desz­czu ude­rzały w szyby. Czyli udało mi się uciec przed zmok­nię­ciem.

Po kil­ku­na­stu minu­tach dostrze­głem loczki, deli­katne koły­szące się ciało i uśmiech na twa­rzy kobiety zmie­rza­ją­cej z moim posił­kiem. Znowu nasze oczy się spo­tkały. Podała mi gorącą pizzę. Aro­mat było czuć wszę­dzie, ale ja znowu nie inte­re­so­wa­łem się jedze­niem, tylko patrzy­łem na loczki, twarz, usta. Gdy dziew­czyna się schy­liła, kła­dąc posi­łek i sztućce przede mną, zer­k­ną­łem na jej biust, bo zna­lazł się kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów ode mnie. Był duży. Pomy­śla­łem, że chciał­bym mieć w rękach te piersi, pie­ścić je, maso­wać, bawić się nimi. Kel­nerka spy­tała, czy coś jesz­cze potrze­buję. Zer­k­ną­łem na stół i popro­si­łem o ket­chup. Trzeba było zoba­czyć wyraz jej twa­rzy, pra­wie zdzi­wie­nie. Odpo­wie­działa: "Ket­chup!". Czy tylko Polacy jedzą pizzę z ket­chupem? Doda­łem, że popro­szę jesz­cze jedno piwo, a wszystko po to, żeby ją jesz­cze raz zoba­czyć przy swoim sto­liku i poob­ser­wo­wać, jak idzie tam i z powro­tem. Chyba czuła na sobie mój wzrok, bo szła deli­kat­nie, pra­wie tań­cząc. Wtedy zoba­czy­łem, że ma na nogach trampki, a kostki są gołe.

Zaczą­łem kroić jesz­cze dymiącą pizzę, głód się ode­zwał. Pierw­szy kęs opa­rzył mi wargi, szybko popi­łem resztką piwa. Mia­łem pełne usta, gdy kel­nerka znowu sta­nęła przy mnie z piwem i ket­chu­pem, no i teraz to ona się uśmiech­nęła, bo widziała że nie jestem w sta­nie odpo­wie­dzieć z pizzą w buzi. Spy­tała, czy coś jesz­cze podać, a ja jedy­nie mogłem kiw­nąć głową, bo nie szło prze­gryźć nawet kęsa. Teraz to ja poczu­łem się skrę­po­wany. I jedyne, co mi pozo­stało, to popa­trzeć kolejny raz na jej plecy, włosy, tyłe­czek, udka... jak oddala się ode mnie.

Pod­czas jedze­nia pomy­śla­łem, że lipa, ona w pracy, ja pierw­szy dzień, wła­ści­wie wie­czór tutaj i nic z tego nie będzie. Nie da rady jej pode­rwać, no, chyba że zda­rzy się cud. Jedząc, zer­ka­łem po knaj­pie. Włosi wyszli, rodzinka cze­ska się zbie­rała, ja koń­czy­łem pizzę. Obsługa coś znowu nuciła i pra­wie tań­czyła za bar­kiem. Nasz wzrok z kel­nerką znowu się spo­tkał, tym razem doj­rza­łem, gdy odgar­niała włosy do tyłu i deli­kat­nie odchy­liła głowę, że ma łań­cu­szek na szyi i kol­czyki w uszach .

Zja­dłem i dopi­łem piwo, poczu­łem się pełny. I jak to u mnie, dał­bym radę jesz­cze coś wmłó­cić, ale czas było wycho­dzić. Pod­sze­dłem do barku i humor mi się pogor­szył, moja kel­ne­reczka zni­kła, więc rachu­nek zapła­ci­łem kel­ne­rowi. Pomy­śla­łem: "życie" i ruszy­łem do wyj­ścia.

Odwró­ci­łem się jesz­cze z nadzieją, że zoba­czę loczki, ale nie było jej tam...

Roz­dział 11.

11.

Wysze­dłem na zewnątrz. Już pra­wie prze­stało padać, powie­trze się oczy­ściło, lepiej się oddy­chało i gdyby nie kilka lamp na par­kingu, byłoby zupeł­nie ciemno. Na czar­nym nie­bie nie było widać ani księ­życa, ani choć jed­nej gwiazdy. Oka­zało się, że obok piz­ze­rii jest sklep spo­żyw­czy, nie­stety o tej porze już zamknięty, ale przy drzwiach doj­rza­łem sie­dzą­cego na krze­śle jakie­goś gościa w cza­peczce, nie­bieskiej koszuli i czar­nych spodniach. Ock­nął się. Gdy nasz wzrok się spo­tkał, deli­kat­nie kiw­nę­li­śmy gło­wami na powi­ta­nie i odchodne jed­no­cze­śnie, i wtedy zoba­czy­łem na jego kola­nach strzelbę. Pomy­śla­łem: "Faj­nie jest, nie­źle, ochrona z bro­nią. Skoro na Domi­ni­ka­nie może być tro­chę nie­bez­piecz­nie, to cie­kawe, jak będzie na Haiti? Tam to dopiero będzie się działo".

Nie zna­łem oko­licy, więc posta­no­wi­łem wró­cić do hotelu. Gdzieś usły­sza­łem muzykę. Ruszy­łem w tam­tym kie­runku. Wciąż mnie nosiło i uzna­łem, że wypiję jesz­cze jedno piwko i idę spać. Zresztą te małe piwa to nie dla Polaka, my wolimy duże i o więk­szej zawar­to­ści alko­holu.

Naraz usły­sza­łem za sobą war­kot sku­tera i mimo­wol­nie pod­nio­słem rękę, żeby się zatrzy­mał. Prze­szło mi przez myśl, że może gdzieś pod­jadę na to piwo. Byłem tro­chę siek­nięty. Sku­ter się zatrzy­mał pra­wie przy mnie, więc wystar­czyło się tylko obró­cić. Tro­chę mnie zasko­czyło, że tak bli­sko, gościu pra­wie dotknął mnie kola­nem. Sie­dział w kasku, cały ubrany na czarno. Pano­wał pół­mrok, do naj­bliż­szej latarni było kil­ka­na­ście metrów. Powie­dzia­łem, że szu­kam jakiejś knajpy, pubu z piwem, drink baru. Kiw­nął głową, żebym usiadł za nim. Nawet nie nego­cjo­wa­łem ceny, było mi wszystko jedno. Coś musiało znaj­do­wać się w pobliżu, więc nie będzie drogo. Ruszy­li­śmy, chwy­ci­łem gościa za boki i, jak to się mówi, poczu­łem wiatr we wło­sach, gdy zaczął sza­leć. Nie minęło kilka chwil i byli­śmy na miej­scu przy jakiejś zada­szo­nej alta­nie. Pul­so­wały świa­tła i grała muzyka. Zsze­dłem ze sku­tera, wycią­gną­łem port­fel i pytam się: "Ile?".

Sku­ter zamilkł, szybka od kasku się pod­nio­sła, ręce mojego "tary­fia­rza" powę­dro­wały na kask, który deli­kat­nym, ale szyb­kim ruchem został ścią­gnięty z głowy. Ta wyko­nała kilka szyb­kich pół­ob­ro­tów i wtedy dopiero sta­ną­łem jak wryty. Moim oczom uka­zały się loczki. Uśmiech­nę­li­śmy się. To kel­nerka z piz­ze­rii. Byłem cał­ko­wi­cie zasko­czony, przez myśl mi prze­bie­gło, że to przy­pa­dek, pomy­ślane życze­nie na plaży przed burzą, zrzą­dze­nie losu lub intryga kobiety o brą­zo­wych tęczów­kach. Wpa­try­wa­łem się w nie przez chwilę. Nie miała maki­jażu, oczy się jej szkliły. Roz­chy­liła lekko usta, a po chwili dostrze­głem białe zęby. Na nic wię­cej nie patrzy­łem, tylko na jej buzię.

Spy­ta­łem, ile płacę za pod­wózkę, a ona że nic, bo i tak tu jechała. Na to stwier­dzi­łem, że zapra­szam na piwo czy drinka. Takiej oka­zji nie mogłem zmar­no­wać. Kurde, jestem tu dopiero parę godzin, a już wyry­wam laskę albo to ona mnie wyrywa! Uśmiech­ną­łem się w duchu. Po kilku chwi­lach namowy i prze­ko­ma­rza­nia zgo­dziła się, ale oznaj­miła, że ma mało czasu. Jej uśmiech był powa­la­jący, tro­chę wsty­dliwy, ale w oczach było widać pożą­da­nie. Jej wzrok mnie prze­szy­wał.

Roz­dział 12.

12.

Popro­wa­dziła mnie do knajpy, komuś tam poma­chała, z jakąś kole­żanką dały sobie całusa w policzki (pew­nie dobra zna­joma lub rodzina). Bawili się tu tylko miej­scowi, nie dostrze­głem żad­nego tury­sty. Widać to było po twa­rzach, kolo­rze skóry, nie zoba­czy­łem innego bia­łego oprócz mnie. Pode­szli­śmy do drew­nia­nego barku, za któ­rym stał bar­man i przy­wi­tał nas uśmie­chem. Zamó­wi­łem dla nas rum z colą i lodem - po zaak­cep­to­wa­niu przez moją Mulatkę - mi też ten drink odpo­wia­dał. Oka­zało się, że po dru­giej stro­nie knajpy wycho­dzi się na taras, który sąsia­duje z plażą. Znaj­do­wały się tam sto­liki z krze­słami, oświe­tlone lamp­kami cho­in­ko­wymi. Kobietę puści­łem przo­dem i to ona decy­do­wała, gdzie spo­czniemy. Popro­wa­dziła mnie na sam brzeg plaży do ostat­niego rzędu leża­ków, które skry­wała ciem­ność i gdyby nie ich biały kolor, byłyby pra­wie nie­wi­doczne. Zresztą, taki typ leża­ków można spo­tkać na całym świe­cie w każ­dym kuror­cie.

Usie­dli­śmy w samym rogu, stuk­nę­li­śmy się szklan­kami, popa­trzy­li­śmy się na sie­bie, lecz ledwo widzie­li­śmy się przy bla­sku księ­życa. Uśmiech roz­le­wał się na jej twa­rzy, a naj­bar­dziej widoczne w pół­mroku były białka oczu i białe zęby, pra­wie świe­ciły.

Po upi­ciu łyku drinka dla zwil­że­nia ust zaczę­li­śmy kon­wer­sa­cję. Oka­zało się, że na imię jej Car­men i ma dwa­dzie­ścia trzy lata. Wypi­li­śmy bru­der­szaft i wtedy ją poca­ło­wa­łem w usta, lecz ich nie otwo­rzyła. Nie nale­ga­łem więc, tylko tro­chę je musną­łem, cze­ka­łem, aż przej­mie ini­cja­tywę. Nie wzru­szyła się w ogóle, a ja eks­cy­to­wa­łem się chwilą, może nawet razem eks­cy­to­wa­li­śmy się księ­ży­cem, gwiaz­dami i bez­chmur­nym nie­bem. Dla niej ten widok był codzien­no­ścią, mi zda­rzyło się być pra­wie na rów­niku tylko kil­ka­na­ście razy, a gwiazdy są tu bar­dzo bli­sko, pra­wie na wycią­gnię­cie ręki.

W pew­nej chwili obją­łem ją, nie opo­no­wała. Pach­niała poma­rań­czą, może bar­dziej man­da­rynką, czymś owo­co­wym w każ­dym razie. Pyta­łem o jakieś dupe­rele, żeby roz­mowa i pierw­sze onie­śmie­le­nie minęło. Jesz­cze raz stuk­nę­li­śmy się szklan­kami, łyk­nę­li­śmy tro­chę rumu, popa­trze­li­śmy na sie­bie, w oczy, choć było widać tylko zarysy twa­rzy i białka. Długo nie musia­łem cze­kać na to, by Kre­olka chwy­ciła jedną ręką moją głowę i przy­cią­gnęła do swo­ich ust. Wtedy już nie miała opo­rów, roz­chy­liła wargi i nasze języki się spo­tkały, przez chwilę cie­szyły się sobą. Gła­dziła dło­nią moje włosy. W tym momen­cie wie­dzia­łem, że będzie moja.

Roz­dział 15.

15.

Jej uśmiech nie gasł, pro­mie­niała w bla­sku księ­życa. Chwy­ciła włosy obiema rękami. Nie wiem, czy spe­cjal­nie, czy się zapo­mniała, ale wtedy jej piersi uka­zały się w peł­nej oka­za­ło­ści, a ja zosta­łem nimi zahip­no­ty­zo­wany na parę chwil. Były tej samej wiel­ko­ści, ide­alne, miód malina, jak to mówią. Zamy­śli­łem się znowu. Chcia­łem ją mieć.

Car­men, widząc, że stoję jak wryty, pode­szła powoli i chwy­ciła mnie obiema rękami za twarz i znowu wbiła swój język w moje usta. Wtedy się ock­ną­łem, obją­łem ją i pod­nio­słem, obró­ci­łem się kilka razy, zawyła z zachwytu. Ja też się cie­szy­łem, moje ego było w stu pro­cen­tach połech­tane. Fale oce­anu muskały nas po cia­łach, a my odda­li­śmy się poca­łun­kom i piesz­czo­tom, które zaczy­nały nas naprawdę mocno krę­cić. Penis już cał­kiem mi zesztyw­niał. Zdą­ży­łem ścią­gnąć jej stringi. Było za daleko do plaży, więc zawi­ną­łem je na nad­garstku.

Moje dło­nie zna­la­zły się na jej pier­siach i łonie, a jej na moim peni­sie. Po chwili, ni stąd, ni zowąd, Car­men uklę­kła w wodzie, a fale teraz pra­wie doty­kały jej piersi, cza­sem brody, i zaczęła mi robić loda. Tech­nikę miała taką, jakby to robiła pierw­szy raz, naj­pierw deli­kat­nie, sunąc języ­kiem po żołę­dzi, a potem coraz to głę­biej go bio­rąc. Poezja. Moje ręce wylą­do­wały na jej mokrych wło­sach, po chwili zaczą­łem poru­szać jej głową. Spo­glą­da­jąc na gwiazdy i księ­życ, dzię­ko­wa­łem za miły począ­tek urlopu. Nep­tun spra­wił mi Syrenę, uśmiech­ną­łem się i podzię­ko­wa­łem mu.

Prze­stała na chwilę i zaczęła wsta­wać, cału­jąc mnie po brzu­chu, pier­siach, trzy­ma­jąc za pośladki i masu­jąc je. Gdy się pod­nio­sła, nasze usta i języki znowu się spo­tkały. Ręce spo­czy­wały na poślad­kach, miała je jędrne jak piersi, mój penis doty­kał jej łona, na któ­rym był deli­katny pase­czek wło­sów. Pod­nio­słem ją, trzy­ma­jąc za pośladki, i nabi­łem ją powoli na mojego penisa. Nie musia­łem się męczyć, woda z oce­anu nawil­żyła cipeczkę. Zer­k­ną­łem na twarz Car­men i wypi­sany na niej zachwyt. Objęła mnie sil­niej, żeby nie spaść, i zagłę­biła swój język w moje usta. Teraz to ja go pod­gry­za­łem, a Car­men ujeż­dżała mnie, pod­ska­ku­jąc w rytm fal. Taki seks można sobie tylko wyma­rzyć, oglą­dać na fil­mach roman­tycz­nych, a ja to mia­łem teraz.

Wyczuła, że moje lędź­wie już dygo­czą od jej cię­żaru, choć ści­skała mnie na maksa, a i jej uda i pup­cia drżały z pod­nie­ce­nia. Zeszła powoli, żeby nie uszko­dzić mi członka, ale dalej cału­jąc mnie i wibru­jąc języ­kiem w ustach. Naraz chwy­ciła penisa w ręce i zaczęła nim poru­szać, bawić się jaj­kami. Znowu klę­kła i wzięła go do ust, a woda na­dal falo­wała i smy­rała nas bąbel­kami. Ale było o jedną falę za dużo, ta oka­zała się za wysoka i zalało jej głowę. Car­men zakrztu­siła się. Dobrze, że nie ugry­zła mi penisa, bo bym miał kredki.

Po tym incy­den­cie, gdy moja kobieta doszła do sie­bie, wró­ci­li­śmy na leżak, ale nie skoń­czy­li­śmy barasz­ko­wać. Ja chcia­łem wystrze­lić. Przy­tu­li­łem ją, pogła­ska­łem po gło­wie i spy­ta­łem, czy już wszystko OK. Kiw­nęła głową i znowu się we mnie wessała języ­kiem, a po chwili obró­ci­łem ją, zgią­łem wpół i zapią­łem od tyłu. Posu­wa­łem ją i spraw­dza­łem, czy ktoś nie idzie, patrzy­łem na księ­życ, który nas pod­glą­dał, fale, nada­jące rytm naszym ruchom. Pie­ści­łem pośladki Car­men, plecy, raz po raz kła­dłem się na nią, żeby poba­wić się pier­siami. Gwiazdy były pra­wie na wycią­gnię­cie ręki.

Po chwili usia­dłem na leżaku, a Car­men na mnie i zaczęła mnie ujeż­dżać. Leżak skrzy­piał tro­chę, a ja wresz­cie mia­łem ją w całej oka­za­ło­ści przede mną.

Roz­dział 16.

16.

Car­men wczu­wała się, a ja podzi­wia­łem i pie­ści­łem jej piersi, do któ­rych dopiero dorwa­łem się w stu pro­cen­tach. Pra­wie wypły­wały z moich rąk. Była nie­sa­mo­wita. Po chwili chyba zro­biło jej się nie­wy­god­nie, poło­żyła stopy na leżaku, a ja teraz mia­łem do piesz­cze­nia jesz­cze uda, łydki, no i deli­kat­nie zaro­śniętą muszelkę. Gdy tak jechała na mnie, od czasu do czasu prze­chy­lała się, deli­kat­nie cału­jąc mnie i smy­ra­jąc po moim tor­sie sut­kami, które stały jak naboje. Lubię to, jest to pod­nie­ca­jąca uczu­cie

Gdy spły­nęły już ostat­nie kro­ple wody z oce­anu z jej ciała, zaczęła jęczeć deli­kat­nie. Nie wie­dzia­łem, czy ze zmę­cze­nia, czy z pod­nie­ce­nia. Chyba docho­dziła. Ujeż­dżała mnie ostro, aż wystrze­li­łem w nią, a ona odchy­liła się do tyłu. Jej ciało przez chwilę drgało od orga­zmu, jakby prze­bie­gła mara­ton. Po tym poło­żyła się na mnie, poca­ło­wa­łem ją w szyję, przy­tu­liła się. Jesz­cze dyszała ze zmę­cze­nia i szczę­ścia. Nasze ciała pra­wie się skle­iły. Leżała nie­ru­chomo. Czu­łem bicie serca i oddech. Prze­su­wa­łem powoli rękami po jej ciele, tam gdzie dosię­gną­łem: plecy, uda, zgrabny tyłe­czek, szyja, bawi­łem się wło­sami i patrzy­łem w gwiaź­dzi­ste niebo. Kurde, to chyba zrzą­dze­nie losu, dwie godziny temu pomy­śla­łem życze­nie i się speł­niło. Ja to mam szczę­ście, cztery godziny po przy­lo­cie, może pięć, a już kobieta leżała na mnie, upra­wia­łem z nią zaje­bi­sty seks na plaży, kąpa­łem się nago w nocy w oce­anie, to są Kara­iby!

Księ­życ wyszedł zza chmur i roz­świe­tlił plażę, a moja Car­men deli­kat­nie się poru­szyła. Popa­trze­li­śmy sobie oczy i poca­ło­wa­li­śmy się jesz­cze raz. Ręką się­gnęła do torebki i zer­k­nęła na tele­fon, zesko­czyła ze mnie szyb­ciej, niż weszła. Zaczęła się ubie­rać: koszulka, spodnie, biu­sto­nosz wsa­dziła do torebki, trampki chwy­ciła w rękę. Zro­biła wszystko tak prędko, a ja dalej leża­łem nagi na leżaku i przy­pa­try­wa­łem się pięk­nej Car­men. Gdyby nie noc, miał­bym lep­sze widoki, ale i tak byłem zre­lak­so­wany. Chwy­ci­łem ją za rękę i przy­cią­gną­łem, żeby jesz­cze raz posma­ko­wać jej soczy­stych ust, nie zaopo­no­wała, przy­warła do mnie, pogła­dziła po wło­sach i powie­działa, że musi jechać, że było super, że jutro jest zajęta i nie ma czasu, ale poju­trze będzie w piz­ze­rii. Poca­ło­wała mnie mocno z języcz­kiem i wstała, ja też wsta­łem, ubra­łem tylko spodenki. Gdy zapi­na­łem pasek, odkry­łem, że mam na nad­garstku tro­feum, czyli jej stringi. Gdy ścią­gną­łem je z ręki, Car­men popa­trzyła na mnie i uśmiech­nęła się. Powie­działa: "To dla cie­bie", chwy­ciła torebkę i zaczęła biec w kie­runku wyj­ścia z plaży, które było obok knajpy.

Ja rozej­rza­łem się, czy nic nie zostało obok leżaka, wzią­łem dwie szklanki po drin­kach, koszulkę, klapki. Zer­k­ną­łem ostatni raz na ocean, na księ­życ. Zoba­czy­łem, że na dru­gim końcu inna para się zaba­wiała, może nie tak jak my, bo byli ubrani. Gościu sie­dział na leżaku, a kobieta kucała i robiła mu loda. "Kara­iby" - pomy­śla­łem i pobie­głem za Car­men. Zosta­wi­łem szklanki na rogu tarasu, bo dziew­czyna już sie­działa na sku­te­rze i miała na sobie kask. Sku­ter brzę­czał. Kiw­nęła głową, żebym usiadł, co też zro­bi­łem, a ona ruszyła z kopyta. Dobrze, że ją obją­łem mocno, bo bym spadł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Roz­dział 2.

2.

Musia­łem wyje­chać w nocy na lot­ni­sko do Bri­stolu, odle­głe o pra­wie czte­ry­sta kilo­me­trów. Znowu cze­kały mnie nowe doświad­cze­nia. Nie byłem tam jesz­cze. Ruszy­łem przed pół­nocą, a że jestem noc­nym mar­kiem, nie mogłem zasnąć. Na szybko się pako­wa­łem. Nie mia­łem dużego bagażu, tylko pod­ręczny, bo i tak wie­dzia­łem, że będę się prze­miesz­czał, a tam jest cie­pło. Za sam dodat­kowy bagaż musia­ła­bym dopła­cić, a linie lot­ni­cze prze­sa­dzają z cenami. Zro­bi­łem sobie ze dwie bułki, wrzu­ci­łem jakieś picie, paczkę chip­sów, paluszki, orzeszki na drogę. Wzią­łem prysz­nic, żeby się cał­kiem obu­dzić. Zresztą wypi­łem kawę i może małe pod­nie­ce­nie wyprawą nie dawało mi zasnąć cho­ciaż na godzinę. Myśla­łem tylko o tym, co jesz­cze muszę zro­bić, co zabrać. Przy­po­mnia­łem sobie o naj­waż­niej­szej rze­czy - pasz­por­cie, bo pie­nią­dze wymie­ni­łem po połu­dniu. Powy­łą­cza­łem urzą­dze­nia w domu: pralkę, lodówkę i inne, pod­la­łem kwiatki, roz­gląd­ną­łem się, czy wszystko OK, zarzu­ci­łem ple­cak na ramię, zamkną­łem dom i ruszy­łem do auta. Pod­je­cha­łem na sta­cję ben­zy­nową, zatan­ko­wa­łem pół baku, powinno star­czyć. Nie wia­domo prze­cież, czy wrócę - pomy­śla­łem, bo prze­czytałem kilka tek­stów o tym, co trzeba zabrać ze sobą, na co uwa­żać, o tym, że Haiti to nie­bez­pieczny kraj, bieda pcha ludzi do prze­stępstw. Pro­fi­lak­tycz­nie zaszcze­pi­łem się wcze­śniej na różne dziwne cho­roby: tyfus, żółtą febrę, cho­lerę i inne.

Usta­wi­łem GPSa i ruszy­łem w ciem­ność. Świa­tła cały czas ośle­piały mnie z naprze­ciwka, muzyka w tle leciała non stop. Nie lubię pro­wa­dzić bez muzyki, ma pły­nąć z gło­śni­ków i już. Jedyne, co ją prze­ry­wało, to komu­ni­katy, gdzie mam skrę­cić albo kiedy zwol­nić. Cza­sem roz­my­śla­łem o tym, żeby samo­chód się nie zepsuł i czy zdążę na odprawę, jak będą korki, bo i tak się kie­dyś zda­rzało. Zatrzy­ma­łem się ze dwa razy, żeby roz­pro­sto­wać kości, odlać się, kupić gorącą kawę i nie zasnąć, bo zaczy­nało mnie brać spa­nie.

Doje­cha­łem, gdy już świ­tało, a słońce wycho­dziło zza hory­zontu. Poja­wiało się coraz wię­cej aut, nie­któ­rzy miej­scowi sza­leli, znali drogę albo zaspali. Gdy zna­la­złem się na miej­scu, oka­zało się, że jest to małe lot­ni­sko, a par­king znaj­duje się nie­da­leko, można dojść na pie­chotę. Dotar­łem, ulżyło mi, odprawa była już czynna. Nie zasta­na­wia­jąc się, od razu ruszy­łem, żeby mieć ją za sobą. Poda­łem pasz­port. Coś tam mia­łem wydru­ko­wane, część w komórce, od razu po spraw­dze­niu danych zapy­ta­łem, czy mogę popro­sić o sie­dze­nie przy oknie. Byłem tylko godzinę przed odlo­tem, a trzeba dwie, więc bilety już roz­dy­spo­no­wano. Pani z przy­kro­ścią powia­do­miła, że nie­stety nie pomoże mi, podała bilet i pasz­port, zer­k­nęła tylko na mój bagaż i byłem po odpra­wie. Tro­chę wku­rzony, że nie mam spo­koj­nego miej­sca przy oknie, ruszy­łem do odprawy baga­żo­wej. Nie­stety tutaj poja­wiły się małe pro­blemy, bo zapo­mnia­łem, że do bagażu pod­ręcz­nego - tylko z nim się wybra­łem w podróż - wrzu­ci­łem ole­jek prze­ciw opa­rze­niom sło­necz­nym. Dosta­łem kie­dyś nauczkę, gdy prze­by­wa­jąc w Mek­syku, tak się zja­ra­łem, że mia­łem na ple­cach bąble od popa­rzeń i do dziś mam bli­zny. Wtedy to była ciężka prze­prawa, żeby prze­trwać na urlo­pie z tymi popa­rze­niami. No cóż, prze­trze­pali bagaż, wyrzu­cili to, czego nie można brać, do kosza, i puścili mnie.

Sklepy bez­cłowe budziły się do życia. Ludzi już tro­chę było, jedni sie­dzieli, cze­kali, inni kupo­wali coś na podróż, ja zają­łem miej­sce i doja­da­łem bułkę z szynką i serem, przy­pa­tru­jąc się podróż­nym.

Kupi­łem coś do picia, colę, chipsy, orzeszki i dwie małe bute­leczki whi­sky, które w ubi­ka­cji wla­łem do coli. Tylko żeby szybko zasnąć, bo noc nie­prze­spana, a cze­kało mnie jede­na­ście godzin lotu i róż­nica cza­sowa około sze­ściu godzin.

Po ogło­sze­niu, że samo­lot jest pod­sta­wiony, do wej­ścia usta­wiła się strasz­nie długa kolejka. Dzieci bie­gały, doro­śli stali parami albo w gru­pach, jedy­nie ja lecia­łem sam. Wie­dzia­łem, że więk­szość z tych ludzi nie wystawi nosa poza hotel z base­nem czy plażą. Typowe zacho­wa­nie Bry­tyj­czy­ków. Po ponow­nym spraw­dze­niu przez obsługę biletu i pasz­portu prze­cho­dzi­li­śmy tune­lem do samo­lotu. Z okien widać było, że samo­lot jest ogromny. Pierw­szy raz mia­łem pole­cieć Dre­am­li­ne­rem, jed­nym z naj­now­szych lata­ją­cych cudów tech­niki.

Przy­wi­tały mnie ste­war­desy, spraw­dziły na bile­cie numer sie­dze­nia i skie­ro­wały na moje miej­sce. Byłem wyry­pany, spać mi się chciało. Dosta­łem miej­sce w przej­ściu. No cóż, jakoś wytrzy­mam. Wrzu­ci­łem mój ple­cak do schowka i usia­dłem. Obok mnie nie było jesz­cze nikogo. Przez moment poczu­łem się cie­kawy, kto koło mnie będzie sie­dział. Wzią­łem łyk coli z dodat­kiem alko­holu.

W tym momen­cie poja­wiła się para ze szlo­cha­ją­cym dziec­kiem na ręku - dziew­czynką około dwóch, trzech latek. Małą pew­nie wyrwano ze snu, może pierw­szy raz leciała samo­lo­tem. Wie­dzia­łem, że już nie pośpię. Wsta­łem, żeby ich prze­pu­ścić, wtedy facet, chyba ojciec dziew­czynki, zacze­pił aku­rat prze­cho­dzącą ste­war­desę. Coś tam roz­ma­wiali i po chwili ste­war­desa zapy­tała mnie, czy mogę zmie­nić miej­sce, ponie­waż ci pań­stwo z dziec­kiem chcą sie­dzieć razem. Od razu się zgo­dzi­łem, bo wie­dzia­łem, że miał­bym gehennę, zosta­jąc. Wszy­scy mi podzię­ko­wali, powie­dzia­łem, że nie ma sprawy, nawet dziew­czynka się lekko uśmiech­nęła, patrząc, jak odcho­dzę.

I znowu mam fuksa, dostaję miej­sce w pierw­szej kla­sie, witany lampką szam­pana, chyba już szó­sty raz w życiu. W tym momen­cie oka­zało się, że moje kom­bi­no­wa­nie w ubi­ka­cji z prze­le­wa­niem whi­sky nie miało sensu, bo tutaj dostanę alko­hol za free, ile tylko będę chciał, jedze­nie lep­sze i wię­cej niż w nor­mal­nej kla­sie, koł­drę zamiast lek­kiego koca, poduszkę i inne przy­jem­no­ści. Pomy­śla­łem o moim drinku. To się nie zepsuje, będę miał, żeby zabić zarazki, goto­wego na póź­niej. Przy­naj­mniej nie muszę kupo­wać na miej­scu. Z doświad­cze­nia wiem, że trzeba wypić przez jeden dzień w róż­nych kom­bi­na­cjach sto mili­li­trów alko­holu, żeby nie dorwała nas klą­twa fara­ona .

Kurde, mała uprzej­mość z mojej strony, a dosta­łem nagrodę - miej­sce przy oknie. Wrzu­ci­łem ple­cak do schowka, usia­dłem, trzy­ma­jąc lampkę szam­pana w dłoni, wzią­łem łyk i pomy­śla­łem: "kto nie ryzy­kuje, nie pije bąbel­ków".

Roz­dział 3.

3.

Jeden szcze­gół tro­chę zepsuł mi humor, mia­no­wi­cie ste­war­desy. Przy­kro mi o tym pisać, ale taka prawda. Lecąc angiel­skimi liniami, nie spo­dzie­waj się atrak­cyj­nej obsługi, mło­dych, szczu­płych, wyso­kich, ład­nych lasek, tylko kobiet już tro­chę nad­szarp­nię­tych lata­niem. Nie­kiedy nie idzie się z nimi minąć mię­dzy sie­dze­niami, a wyuczona latami uprzej­mość spra­wia wra­że­nie sztucz­nej.

Lecia­łem już ze sto razy róż­nymi liniami, nawet w skan­dy­naw­skich liniach ste­war­desy były około pięć­dzie­siątki, ale miały klasę - wie­cie, o co mi cho­dzi. Nato­miast nikt nie prze­bije pol­skich ste­war­des, do któ­rych byłem przy­zwy­cza­jony, czy to lata­jąc tanimi liniami, czy spo­ty­ka­jąc je w innych liniach lot­ni­czych.

Ale wie­dzia­łem, że i tak przede wszyst­kim będę spał, bo czeka mnie jede­na­ście godzin lotu, a od dwu­dzie­stu czte­rech godzin nawet nie zdrzem­ną­łem się. Po pro­stu nie będzie na czym oka zawie­sić czy choćby zaga­dać, ale nic stra­co­nego. Może lepiej niech mi się coś przy­śni - pomy­śla­łem, jak na faceta-wzro­kowca przy­stało.

Zawsze wybie­ram miej­sce przy oknie. Nie cho­dzi o widoki, bo ich jest nie­wiele. Po pro­stu nie muszę wsta­wać, jak komuś się zachce iść do toa­lety, tylko mnie trzeba wypusz­czać, no i nie lubię sie­dzieć przy przej­ściu, bo ludzie cho­dzą non stop, dzieci bie­gają, ude­rzają w łokieć i tak dalej. Tym razem też mi się udało i nie dość że okno, to ta pierw­sza klasa się tra­fiła. Teraz tylko cze­kać, kto się do mnie przy­sią­dzie. Nie trwało to długo, choć Dre­am­li­ner to duży samo­lot i tro­chę osób leci. Na oko jakieś trzy­sta. Chwilę trwa, zanim wszy­scy wejdą. A jesz­cze dwa wolne miej­sca zostały obok mnie.

Już sączy­łem szam­pana, ory­gi­nal­nego, ale naj­niż­sza półka, gdy obok mnie poja­wiła się fajna laska. Gdy ją zmie­rzy­łem wzro­kiem, przez kilka sekund byłem w skow­ron­kach. Przy­glą­da­jąc się jej na szybko, stwier­dzi­łem: młoda, figura w miarę, wysoka, włosy czy­ste, zadbane, nie­zbyt dłu­gie, ubra­nia mar­kowe, wyczu­walny miks per­fum, które testo­wała na bez­cłówce, brak pier­ścion­ków, kol­czyki malut­kie, deli­katne, na ręce bran­so­letka z rze­my­ków z dwoma kora­li­kami, na szyi łań­cu­szek z jakąś małą zawieszką, która pra­wie sty­kała się z pier­siami, widoczny dzięki luź­nej koszulce z głę­bo­kim dekol­tem, na który padł teraz mój wzrok. Jeden rze­my­czek od biu­sto­no­sza zatrzy­mał moje spoj­rze­nie na dłu­żej. Nosiła chyba push-up, z tych stwo­rzo­nych po to, by dodać kobie­cie pew­no­ści sie­bie, ale na mój gust roz­miar piersi był OK. Na bluzkę zarzu­ciła kurtkę, ale gdy się obró­ciła, widać było tro­chę brzuszka, ple­ców. Jeansy opi­nały jej tyłek i uwy­dat­niały fajną figurę. Mój wzrok zatrzy­mał się na wyso­ko­ści gór­nego guzika od spodni i zameczku, który skry­wał jej sekret. Znowu prze­mknęło mi przez głowę, jak to face­towi, wyobra­że­nie tego, jakie ma stringi i jaką ma cipeczkę i fry­zurkę na niej.

Prze­su­nęła się, chyba zoba­czyła, na co się gapię i czar prysł. Pod­nio­słem wzrok i nasze spoj­rze­nia się spo­tkały. Widziała, że gapi­łem się na jej łono, i się zaczer­wie­niła. Ja nato­miast dopiero teraz dostrze­głem jej brą­zowe oczy, twarz bez maki­jażu, no może z deli­kat­nym. Naprawdę ładna dziew­czyna mi się tra­fiła za sąsiadkę.

Lecz naraz nastą­pił koniec mojego kil­ku­se­kun­do­wego zauro­cze­nia, ponie­waż nie zwra­ca­łem uwagi na to, co się dzieje obok, tak byłem wpa­trzony w blon­dy­neczkę z pie­gami. Zsze­dłem na zie­mię, gdy obok mnie usia­dła star­sza kobieta, a dopiero obok niej laska. Jak potem wywnio­sko­wa­łem, star­sza była jej mamą. Zamie­ni­łem z nią kilka słów. Mamą, nie­stety nie córką.

Oka­zało że są Szkot­kami, a ja rozu­mia­łem co dzie­siąte słowo z ich kon­wer­sa­cji.

Po star­cie i zapo­da­niu sobie środka usy­pia­ją­cego w postaci dwóch małych bute­le­czek whi­sky z colą, poda­nych przez ste­war­desę, odle­cia­łem, będąc już de facto w chmu­rach.

Roz­dział 4.

4.

Prze­bu­dziło mnie szturch­nię­cie w rękę. Otrzą­sną­łem się z głę­bo­kiego snu, deli­kat­nie zamro­czony zmę­cze­niem. Może drę­czył mnie deli­katny kac, ale sucho w gar­dle mia­łem chyba jed­nak od kli­ma­ty­za­cji. Jed­nak nie to było w tym momen­cie naj­waż­niej­sze, lecz trzy pary oczu wga­pione we mnie - matki, córki, sie­dzą­cych obok mnie, i ste­war­desy pyta­ją­cej, co chcę zjeść. A mi było wszystko jedno, ski­ną­łem tylko głową, że może być to, co trzyma w ręce, czyli jakiś tam kur­czak, ryż, kawałki warzyw, ciastko, masło, bułka. Popro­si­łem o kawę, ledwo wyda­jąc z sie­bie głos. W pierw­szej kla­sie ma się więk­szy wybór posił­ków, dostaje się kartę menu, a w niej jest schab lub kur­czak, jest zestaw dla wege­ta­ria­nów, cukrzy­ków, któ­rzy wcze­śniej kupu­jąc bilet, wybrali taką opcję.

Gdy dosze­dłem do sie­bie po posiłku, odsło­ni­łem pla­sti­kową zasłonkę w oknie. Naraz blask świa­tła sło­necz­nego ośle­pił mnie. Było połu­dnie. W sie­dze­niu pasa­żera przede mną wbu­do­wany był ekran, infor­mu­jący, że jeste­śmy na wyso­ko­ści dwu­na­stu tysięcy metrów. Kurde, znaj­do­wa­łem się dwa­na­ście kilo­me­trów nad zie­mią, nad chmu­rami, ziemi nie było widać, jedy­nie co, to słońce. Roz­ma­rzy­łem się, patrząc na postrzę­pione obłoki. Który to już mój lot? Chyba dobi­jam do setki - zaczą­łem liczyć i przy­po­mi­nać sobie, gdzie to mnie w świat wywiało.

Tro­chę tego było. Pomy­śla­łem tylko, że późno zaczą­łem. Wcze­śniej nie było moż­li­wo­ści, pro­wa­dze­nie firm, licze­nie pie­nię­dzy i przede wszyst­kim nie ogar­nęła mnie cho­roba podró­żo­wa­nia. Prze­mknęło mi przez głowę, że jestem szczę­ścia­rzem. Ale ile trudu też mnie kosz­to­wało, ile wyrze­czeń, stre­sów, żeby zoba­czyć tro­chę świata. Uśmiech­ną­łem się na myśl, że znowu lecę w nie­znane, znowu adre­na­lina, znowu będzie jazda bez trzy­manki. Już jestem w chmu­rach, nie zawró­cimy, jedy­nie możemy przy­pi­ko­wać i byłby to koniec lotu, podróży, przy­gód, życia. Uzna­łem, chyba jestem porą­bany, snu­jąc takie kata­stro­ficzne wizje. Ale takich też lubią.

Moje roz­my­śla­nia prze­rwało znowu szturch­nię­cie matki Szkotki. Na wózku spe­cjal­nie do tego skon­stru­owa­nym przy­je­chało jedze­nie. Dosta­łem to, co zamó­wi­łem, razem z gorącą kawą, któ­rej pra­gną­łem bar­dziej niż zim­nego drinka czy jedze­nia. Musia­łem nabrać tro­chę ener­gii. Nie sło­dzę już od ponad dzie­się­ciu lat, jed­nak gdy potrze­buję dopa­la­cza, jestem zmę­czony, pro­wa­dzę w nocy czy coś, dodaję jedną lub dwie łyżeczki, w tym wypadku saszetki cukru. Nie lubię sło­dzika, który jest dla mnie sztuczną che­mią. Takich posił­ków pod­czas dłu­giego, ponad jede­na­sto­go­dzin­nego lotu mia­łem trzy, nie mówiąc o dese­rze i non stop poda­wa­nych napo­jach alko­ho­lo­wych, a co naj­lep­sze, uśmiech­ną­łem się, wszystko free. Takie dodatki kosz­tują dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów w jedną stronę, czyli dodat­kowo trzeba doli­czyć tyle kasy do ceny biletu, a mi się udało bilet kupić za trzy­sta fun­tów w dwie strony. Także podróż zaczęła się świet­nie. Cie­kawe, jak się skoń­czy. W tym momen­cie znowu uśmiech­nę­li­śmy się wszy­scy, to zna­czy oby­dwie Szkotki i ja. Pod­nio­słem pla­sti­kowy kubek z drin­kiem w geście rado­ści. Humor mi dopi­sy­wał, byłem dumny, znowu ode­rwa­łem się od codzien­no­ści. Tego mi było trzeba. Pod­czas podróży oddy­cham pełną pier­sią, choć nie­któ­rzy twier­dzą, że ury­wam się ze smy­czy. Ale ja jestem wolny i znowu muszę liczyć tylko na sie­bie. Czeka mnie kolejna walka o prze­trwa­nie w nowych miej­scach. Zresztą, co ma być, to będzie, to mnie jara.

Wypi­łem do końca drinka, zja­dłem wszystko, co mi podali, spa­ko­wa­łem puste tale­rzyki, sztućce, resztki do woreczka i poło­ży­łem na sto­liku przede mną. Zer­k­ną­łem na ekran i odle­głość - ile nam jesz­cze zostało. Byli­śmy dopiero w poło­wie drogi, gdzieś na środku oce­anu. W tej chwili poja­wiła się ste­war­desa. Zbie­rała woreczki i inne rze­czy po posiłku. Poda­łem jej swój i popro­si­łem tym razem o gin z toni­kiem. Kiw­nęła tylko głową i ruszyła dalej. Tutaj, w pierw­szej kla­sie, mają mniej ludzi przy­dzie­lo­nych do obsługi, za to też wię­cej bie­ga­nia. Dosta­łem dwie bute­leczki ginu, kubek z lodem, prze­kro­joną limonką i malutką puszeczkę toniku. Podzię­ko­wa­łem i pomy­śla­łem w duchu, że nie lata­łaby tak do mnie i nie uśmie­chała, gdyby wie­działa, że bilet pierw­szej klasy mam free.

Zało­ży­łem słu­chawki na uszy. Tu też róż­nica - dostaje się słu­chawki takie więk­sze, na uszy, nie małe do uszu. Zaczą­łem bawić się ekra­nem i wybra­łem film "Ostatni Mohi­ka­nin". W tych liniach same sta­ro­cie, nic nowego nie mogłem zna­leźć. Wypi­łem wszystko do końca i słu­cha­jąc zaje­bi­stej muzyki z filmu, znowu usną­łem.

Roz­dział 5.

5.

Lot prze­biegł bez­pro­ble­mowo, chyba, bo cały czas spa­łem. Żad­nych tur­bu­len­cji. Jedy­nie ste­war­desy budziły mnie na posiłki i raz musia­łem iść siku. Po wyj­ściu z samo­lotu buch­nęło w nas wszyst­kich cie­pło. Scho­dząc po scho­dach, znowu powie­dzia­łem sobie, że czas na przy­godę.

Do odprawy usta­wiła się długa kolejka. Nie mogłem opu­ścić wcze­śniej miej­sca, bo Szkotki sie­działy do końca, aż wszy­scy nie prze­szli. Zresztą nikt na mnie nie cze­kał, więc się nie pcha­łem, a i tak mia­łem tylko bagaż pod­ręczny, co znacz­nie uła­twia sprawę, bo potem nie muszę tra­cić czasu na odbiór wali­zek czy innych więk­szych rze­czy.

Na lot­ni­sku cza­to­wały już służby celne. Oczy­wi­ście nie był­bym sobą, gdy­bym nie zer­kał na mie­szankę straż­ni­czek: od bia­łych, przez mulatki, po czar­no­skóre - te w więk­szo­ści, choć nie­ko­niecz­nie wyso­kie, ale ładne i nie za grube. Od razu wyczu­wało się kli­mat Kara­ibów: ludzie, zwy­kle uśmiech­nięci, nie bie­gali, a snuli się wolno. Tutaj wszy­scy mają luz, inne podej­ście do życia. Nie­któ­rzy, cho­dząc, pra­wie tań­czyli. To wła­śnie mi się spodo­bało. Uśmiech­ną­łem się. Dotar­łem.

Poczu­łem ten luźny kli­mat. Po przy­bi­ciu pie­czątki w pasz­por­cie i wyj­ściu z lot­ni­ska na par­king ode­tchną­łem głę­boko. Nic mnie już nie zatrzyma. Puścili mnie i zaczy­nam waka­cje. Słońce dodało mi ener­gii. Czas dotrzeć do hotelu i zanu­rzyć się w oce­anie. Dwa­dzie­ścia godzin podróży dawało się we znaki. Byłem tro­chę siek­nięty - zmiana kli­matu, zmiana strefy cza­so­wej, może mały kac, bo zmie­sza­łem dar­mowe alko­hole. Ale wzią­łem głę­boki oddech, rozej­rza­łem się i ruszy­łem za grupką miej­sco­wych w kie­runku jakie­goś środka trans­portu, bo też się już nauczy­łem i nie zama­wiam niczego wcze­śniej. Nie­kiedy wto­pię i trzeba brać tak­sówkę, ale zwy­kle jadę auto­bu­sami lub miej­sco­wym trans­por­tem, który niczym nie różni się od naszego, a jest o wiele tań­szy. Roz­gląd­ną­łem się. Niebo bez­chmurne, wokoło lot­ni­ska wyso­kie palmy, tak­só­wek mul­tum, auto­busy, naga­nia­cze, ludzie z kart­kami, na któ­rych zapi­sano nazwi­ska, hotele, kilka sta­no­wisk biur podróży z rezy­den­tami.

Samo­loty lądują tu czę­sto. No, może teraz, przed sezo­nem urlo­po­wym, rza­dziej, jed­nak strasz­nie dużo ludzi pra­co­wało za gro­sze w tysią­cach hoteli, także już przy wyj­ściu pano­wał gwar. Nie­któ­rzy poru­szali się z wóz­kami baga­żo­wymi. Tak­sów­ka­rze byli tro­chę nachalni, ale nie za bar­dzo. Jak kiw­ną­łeś głową lub ręką, że nie jesteś zain­te­re­so­wany, odpusz­czali. Zresztą każdy chce zaro­bić, to ich praca.

Roz­dział 6.

6.

Zna­la­złem przy­sta­nek auto­bu­sowy. Sie­działy tam cztery kobiety. Widać było, że jechały do albo z pracy, bo miały na sobie uni­formy z naszytą nazwą hotelu, w któ­rym je zatrud­niono. Były tak zajęte roz­mową, że każda tylko zer­k­nęła na mnie. Takich tury­stów jak ja to one widzą codzien­nie mul­tum. Po chwili pod­je­chał bus, nie mylić z auto­bu­sem. Tutaj prze­waż­nie są to busy na dzie­się­ciu pasa­że­rów, nie­kiedy upcha się i z pięt­na­ście, a dodat­kową osobą oprócz kie­rowcy jest jego pomoc­nik, który zbiera kasę, bo bile­tów nie ma, on naga­nia ludzi, zamyka drzwi i usa­da­wia podróż­nych. Takie busy u nas widzia­łem ponad dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat temu, mają prze­je­chane ponad pół miliona kilo­me­trów, ledwo jadą, trzesz­czy w nich wszystko: od korbki w drzwiach po sie­dze­nia, z któ­rych wystają sprę­żyny i pianka. Cały wóz jest poobi­jany, lakier ledwo się trzyma, od upa­łów wyblakł, rdza już zbiera żniwo, jed­nak kie­rowca się tym nie przej­muje, to pra­wie jego dom. Facet zara­bia na lep­sze życie dla sie­bie i rodziny, choć to są gro­sze, ale lep­sze to niż kraść.

Są jesz­cze inne busy, które poru­szają się po dro­gach z tury­stami. Fun­kiel-nówki, z kie­row­cami w gar­ni­tu­rach lub jasnej koszuli, spodniach na kant i w lakier­kach. Ale to są busy prze­zna­czone tylko dla tury­stów z hoteli.

W pojeź­dzie już sie­działo parę osób, ja jedy­nie spy­ta­łem kie­rowcę, czy jedzie w moim kie­runku, poka­za­łem na tele­fo­nie zdję­cie z adre­sem. Koleś kiw­nął głową, zają­łem miej­sce z tyłu. Klimy nie było, zaduch i deli­katny smród i zapach potu prze­ni­kały mi do noz­drzy. Dobrze, że prze­waż­nie, jak jest oka­zja, sia­dam przy oknie, bo daje to tro­chę chłodu pod­czas jazdy, i mniej śmier­dzi. Ale to są tutej­sze kli­maty, nie­stety nie­któ­rym one nie odpo­wia­dają, bo wolą wygody i płacą za tę samą drogę dzie­sięć razy wię­cej. A tutaj wta­piasz się w tłum. Gdyby nie ple­cak i brak opa­le­ni­zny lub ciem­niej­szej kar­na­cji, z cza­peczką na gło­wie wyglą­dał­bym pra­wie jak miej­scowy. Uśmiech­ną­łem się, jesz­cze chwila i będę na miej­scu.

Po dro­dze ludzie wysia­dali i wsia­dali, bus zatrzy­my­wał się głów­nie przy hote­lach lub w cen­trach małych wio­sek, gdzie moje oczy lustro­wały oko­licę, tutej­szą biedę, kiep­ską archi­tek­turę, ludzi. Chodź tych aku­rat nie­wielu widzia­łem na uli­cach, bo było gorąco i o tej porze mieli sje­stę.

Patrze­nie w okno prze­rwał mi gościu odźwierny, infor­mu­jąc, że zaraz wysia­dam. Wycią­gną­łem pięć dola­rów, wydał mi jesz­cze dwa. Oka­zało się, że dodat­kową walutą poza gou­rde, którą tu można pła­cić, jest dolar ame­ry­kań­ski.

Znowu upał buch­nął mi w twarz, jesz­cze się nie przy­zwy­cza­iłem do tych warun­ków. Teraz jedy­nie zostało mi odna­le­zie­nie hotelu, gdzie zabu­ko­wa­łem na razie dwie noce. Wbi­łem adres w GPS w tele­fo­nie. Byłem osiem minut od miej­sca spo­czynku, gdzie się odświeżę pod prysz­ni­cem (wresz­cie!), czego mi w tej sytu­acji chyba naj­bar­dziej bra­ko­wało.

Co chwila prze­jeż­dżały i trą­biły sku­tery i małe moto­cy­kle, kie­rowcy pro­po­no­wali pod­wózkę, ale ręką ich odpra­wia­łem. Mia­łem już nie­da­leko do hotelu.