Rozdział 8.
8.
Kurde, kimnęło mi się na chwilę. Zerwałem się na równe nogi, szybko się
ogarnąłem: ubikacja, ubranie, dokumenty, telefon i tak dalej, i wypad z hotelu, bo przegapię zachód słońca.
Wybiegłem i dotarłem do miejscowych, którzy stali i czekali ze skuterami
na klientów. Okazało się, że zaraz za nimi znajdowała może
półtorametrowa ścieżka między dwoma betonowymi płotami, gdzie
zlokalizowane były lepsze hotele, pięciogwiazdkowe, za które trzeba
zapłacić kilka razy więcej niż za ten, w którym ja przebywałem. A dzieliło nas od tej samej plaży zaledwie sto metrów drogą pełną białego
piasku, bluszczy i kwiatów, które nadawały uliczce uroku - jak na
Karaiby przystało. Gdzieniegdzie leżała stara łupina kokosu, już było
widać ocean. Uśmiech zagościł na mojej twarzy. Palmy wyłaniające się
przy końcu uliczki wydawały się naprawdę wysokie, wiatru prawie nie
było. Ściągnąłem klapki, koszulkę, spodenki i pozostałem w samych
kąpielówkach.
Położyłem wszystko na klapki i powoli wchodziłem do ciepłego oceanu,
którego delikatne fale uderzały najpierw o brzeg, a po chwili we mnie.
Resztki słońca znikały za horyzontem. Trochę się spóźniłem, lecz to nie
ma znaczenia, to dopiero pierwsze popołudnie tutaj. Uszedłem
kilkadziesiąt metrów i dopiero zrobiło się trochę głębiej. Lekko
podskoczyłem i zanurzyłem się cały w wodzie. Zacząłem pływać i poczułem
smak soli na języku. Byłem w swoim żywiole.
Ocean już nie miał jasnoniebieskiego odcienia, słońce zaszło. Kilka
osób, grupkami, w parach, także parę dzieciaków zabawiało w falach, to
nurkując, to chlapiąc się, pływając. Nic tak nie uspokaja, podnieca czy
rozwesela jak nocne zanurzenie się w ciepłych wodach Karaibów. Zapomina
się o wszystkim, cieszysz się chwilą, chłoniesz oczami plażę z palmami.
Gdzieniegdzie przeleci mewa lub pelikan - jeden z największych ptaków,
który zajebiście nurkuje za rybami, i to niedaleko od ciebie. Przepiękny
widok. W ogóle niektóre widoki są nie do opisania, po prostu trzeba to
zobaczyć i przeżyć tak jak ja.
Znowu mi się udało, jednak i tak nic nie pobije moich wspomnień z Kuby,
pierwszego wypadu poza Europę. Ale to nie ma znaczenia - pomyślałem - to
było dawno, teraz jestem tutaj, gdzie dopłynął Kolumb. Może nawet stał w tym miejscu, co ja teraz. Kto wie?
Rozdział 9.
9.
Wychodziłem z wody powoli, bo przez około trzydzieści metrów była
płycizna, a stopy zapadały się w piasku. Usiadłem na klapkach. Byłem
mokry, musiałem trochę wyschnąć. Wskoczenie do oceanu to był spontan,
odruch. Nie przypuszczałem, że to zrobię jeszcze dzisiaj, więc
zwyczajnie nie wziąłem ręcznika.
Jedyne, czego mi tu brakowało, to kobiety przy boku. Patrząc w niebo,
pomyślałem życzenie. Dopiero po chwili zauważyłem ciemne chmury na
horyzoncie, miało lać. Zebrał się też lekki wiatr, ludzie zaczęli powoli
czmychać z wody, z plaży, fale zrobiły się większe, a ja - głodny. Nie
wiedziałem jeszcze gdzie, co i jak, którędy do hotelu, jakiegoś centrum,
czy może na plaży kupiłbym coś do jedzenia. Trochę wyschłem, wskoczyłem
w ciuchy, klapki wziąłem w ręce, bo były od piasku, i ruszyłem w kierunku świateł. Pierwsze były niedaleko, dochodziła stamtąd muzyka
reggae. Patrzę, a tam: parasolki, barek na zewnątrz. No to czas na
chwilę przerwy i może najpierw piwo.
Doszedłem po jeszcze suchym piasku. Barek był mały, jedzenia brak, a piwo mieli tylko w małych butelkach. Zamówiłem miejscowe, bo zawsze,
jeśli jest to możliwe, próbuję alkoholu i potraw lokalnych, oczywiście
tylko gdy są w miarę sprawdzone, żeby nie było problemów żołądkowych.
Usiadłem na zewnątrz pod parasolką, na wypadek gdyby miało się rozpadać,
i czekałem na moje zamówienie. Rozglądałem się, bo wszystko mnie
interesowało. Jak zwykle ciekawość zawsze mnie zżera w nowych miejscach.
Ale nie trwało to długo. Przynieśli piwo, było ciekawie podane:
odkapslowane, a szyjkę butelki owinięto serwetką na sztywno, w szyjce
była ćwiartka cytryny. Po pierwszym łyku piwo dawało delikatny posmak
limonki. Było zimne, prawie lodowate. Okazało się, że jest prawie
zamrożone, a ćwiartkę cytryny dorzucono, żeby zatrzymywała kryształki
lodu. Drobne krople ściekały po butelce małymi strumieniami. Teraz już
wiem, po co była serwetka. Miała chronić przed parowaniem i pomoczeniem
dłoni lub przed komarami, ale tych drugich nie było, więc w sumie tylko
przed tym pierwszym. Jedno małe piwo sączyłem chyba pół godziny, okazało
się za zimne. Już wiedziałem, czemu takie tu podawano - żebym mógł
delektować się tym momentem, pierwszym dniem, wieczorem, wymarzonym
urlopem, rozkoszować się, nic nie robić i nie myśleć, co będzie, żyć
chwilą.
Rozdział 10.
10.
Piwo się skończyło, a w brzuchu kiszki zaczęły grać marsza. Trzeba
poszukać jakiejś knajpki. Na dodatek zaczęło kropić i zerwał się wiatr.
Pomyślałem z przekąsem, że mam fajny początek urlopu, ale wiedziałem, że
trafiłem tu w porze deszczowej, więc spodziewałem się, że około dwóch
godzin będzie padać, a powietrze się oczyści. Wielu ludzi nie lata w tym
czasie na wakacje, boją się pogody. Opady wtedy są intensywne, ale
krótkie. Wpada się wówczas do jakiejś knajpki coś zjeść, napić się,
idzie się na masaż, do sklepu, a jak jest fajne towarzystwo, rozmawia
się na przykład w holu hotelowym.
Ruszyłem tą samą drogą, którą przyszedłem, czyli przesmykiem między
hotelami. Teraz wyglądał jak tunel, na końcu ledwo było widać jakieś
światełko. Moim oczom ukazał się napis GRUNWALD, tabliczka z nazwą
ulicy. Zaskoczony uśmiechnąłem się i pomyślałem: "nasi tu byli".
Dotarłem pod mój hotel i poszedłem w kierunku, gdzie wysiadłem z busa,
bo tam wcześniej mignęła mi jakaś knajpka. A zaczynało padać coraz
bardziej.
PIZZA, napis taki jak wszędzie, pojawił się przed moimi oczyma. Nie
zastanawiałem się, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Rozejrzałem
się po lokalu, siedziało zaledwie pięć osób - przy jednym stoliku
jakichś dwóch gości, a w drugim rogu małżeństwo z około dziesięcioletnim
chłopcem. Zająłem miejsce niedaleko wyjścia. Lokal nie był za duży:
wysoka lada, lodówka z piwem, łącznie osiem stolików z obrusami. Panował
lekki półmrok. Na zajętych stolikach paliły się świeczki. Ściany były w lustrach, więc dało się zobaczyć prawie cały lokal, nie odwracając się.
Po kilku sekundach z kuchni wypadły trzy osoby, wszystkie uśmiechnięte,
prawie rozbawione. Chyba im przerwałem imprezę. Dwaj kucharze, Mulaci,
pizzermani, byli w białych uniformach, a kobieta, kelnerka, ubrana cała
na czarno, kontrastowała z nimi. Miała piękne kręcone włosy, zjawiskowe
usta, była wysoka, nie za chuda, tylko troszkę przy kości. Fartuszek
zakrywał jej biust, ale pupcia w jeansach opiętych wyglądała fajnie i Mulatka fajnie nią kręciła, podchodząc do mnie z uśmiechem na twarzy. To
lubię u kobiet, a u kelnerek w szczególności, od razu ci się humor
poprawia. Spytałem, czy jeszcze czynne, kiwnęła głową i podała mi kartę
menu, ale ja na szybko poprosiłem o piwo.
Odeszła uśmiechnięta, kręcąc pupcią. Nie mogłem oderwać wzroku od jej
krągłości, od razu zrobiło mi się lepiej.
Przejrzałem menu, pizza wygrała. Gdy kelnerka podeszła z piwem, złożyłem
zamówienie, a nasze oczy się spotkały i tym razem przez ułamek sekundy
coś między nami zaiskrzyło. Na pewno poczuła się delikatnie zawstydzona,
gdy się w nią wpatrywałem, lecz na jej twarzy, na policzkach dokładnie
nie mogłem dostrzec rumieńca, bo jej kolor skóry na to nie pozwalał.
Znowu się odwróciła, lecz teraz szła wolniej, prawie ostentacyjnie,
jeszcze bardziej kręcąc dupcią, trzymając w ręku menu. Przekazała
zamówienie facetom za barkiem, a im na twarzach też pojawił się uśmiech
i wszyscy troje zaczęli nucić jakąś piosenkę. To jest właśnie klimat
Karaibów, ludzie uśmiechnięci, choć późna godzina, nieprzejmujący się
prawie niczym. Podoba mi się to.
Okazało się, że obok mnie siedzi rodzina z Czech, a tamci dwaj faceci to
Włosi. Oni już jedli, a ja popijałem piwo i czekałem na posiłek. Było
duszno, choć klimatyzacja działała, chyba przez tę ulewę, którą było
słychać nawet w środku, bo krople deszczu uderzały w szyby. Czyli udało
mi się uciec przed zmoknięciem.
Po kilkunastu minutach dostrzegłem loczki, delikatne kołyszące się ciało
i uśmiech na twarzy kobiety zmierzającej z moim posiłkiem. Znowu nasze
oczy się spotkały. Podała mi gorącą pizzę. Aromat było czuć wszędzie,
ale ja znowu nie interesowałem się jedzeniem, tylko patrzyłem na loczki,
twarz, usta. Gdy dziewczyna się schyliła, kładąc posiłek i sztućce
przede mną, zerknąłem na jej biust, bo znalazł się kilkanaście
centymetrów ode mnie. Był duży. Pomyślałem, że chciałbym mieć w rękach
te piersi, pieścić je, masować, bawić się nimi. Kelnerka spytała, czy
coś jeszcze potrzebuję. Zerknąłem na stół i poprosiłem o ketchup. Trzeba
było zobaczyć wyraz jej twarzy, prawie zdziwienie. Odpowiedziała:
"Ketchup!". Czy tylko Polacy jedzą pizzę z ketchupem? Dodałem, że
poproszę jeszcze jedno piwo, a wszystko po to, żeby ją jeszcze raz
zobaczyć przy swoim stoliku i poobserwować, jak idzie tam i z powrotem.
Chyba czuła na sobie mój wzrok, bo szła delikatnie, prawie tańcząc.
Wtedy zobaczyłem, że ma na nogach trampki, a kostki są gołe.
Zacząłem kroić jeszcze dymiącą pizzę, głód się odezwał. Pierwszy kęs
oparzył mi wargi, szybko popiłem resztką piwa. Miałem pełne usta, gdy
kelnerka znowu stanęła przy mnie z piwem i ketchupem, no i teraz to ona
się uśmiechnęła, bo widziała że nie jestem w stanie odpowiedzieć z pizzą
w buzi. Spytała, czy coś jeszcze podać, a ja jedynie mogłem kiwnąć
głową, bo nie szło przegryźć nawet kęsa. Teraz to ja poczułem się
skrępowany. I jedyne, co mi pozostało, to popatrzeć kolejny raz na jej
plecy, włosy, tyłeczek, udka... jak oddala się ode mnie.
Podczas jedzenia pomyślałem, że lipa, ona w pracy, ja pierwszy dzień,
właściwie wieczór tutaj i nic z tego nie będzie. Nie da rady jej
poderwać, no, chyba że zdarzy się cud. Jedząc, zerkałem po knajpie.
Włosi wyszli, rodzinka czeska się zbierała, ja kończyłem pizzę. Obsługa
coś znowu nuciła i prawie tańczyła za barkiem. Nasz wzrok z kelnerką
znowu się spotkał, tym razem dojrzałem, gdy odgarniała włosy do tyłu i delikatnie odchyliła głowę, że ma łańcuszek na szyi i kolczyki w uszach
.
Zjadłem i dopiłem piwo, poczułem się pełny. I jak to u mnie, dałbym radę
jeszcze coś wmłócić, ale czas było wychodzić. Podszedłem do barku i humor mi się pogorszył, moja kelnereczka znikła, więc rachunek
zapłaciłem kelnerowi. Pomyślałem: "życie" i ruszyłem do wyjścia.
Odwróciłem się jeszcze z nadzieją, że zobaczę loczki, ale nie było jej
tam...
Rozdział 11.
11.
Wyszedłem na zewnątrz. Już prawie przestało padać, powietrze się
oczyściło, lepiej się oddychało i gdyby nie kilka lamp na parkingu,
byłoby zupełnie ciemno. Na czarnym niebie nie było widać ani księżyca,
ani choć jednej gwiazdy. Okazało się, że obok pizzerii jest sklep
spożywczy, niestety o tej porze już zamknięty, ale przy drzwiach
dojrzałem siedzącego na krześle jakiegoś gościa w czapeczce, niebieskiej
koszuli i czarnych spodniach. Ocknął się. Gdy nasz wzrok się spotkał,
delikatnie kiwnęliśmy głowami na powitanie i odchodne jednocześnie, i wtedy zobaczyłem na jego kolanach strzelbę. Pomyślałem: "Fajnie jest,
nieźle, ochrona z bronią. Skoro na Dominikanie może być trochę
niebezpiecznie, to ciekawe, jak będzie na Haiti? Tam to dopiero będzie
się działo".
Nie znałem okolicy, więc postanowiłem wrócić do hotelu. Gdzieś
usłyszałem muzykę. Ruszyłem w tamtym kierunku. Wciąż mnie nosiło i uznałem, że wypiję jeszcze jedno piwko i idę spać. Zresztą te małe piwa
to nie dla Polaka, my wolimy duże i o większej zawartości alkoholu.
Naraz usłyszałem za sobą warkot skutera i mimowolnie podniosłem rękę,
żeby się zatrzymał. Przeszło mi przez myśl, że może gdzieś podjadę na to
piwo. Byłem trochę sieknięty. Skuter się zatrzymał prawie przy mnie,
więc wystarczyło się tylko obrócić. Trochę mnie zaskoczyło, że tak
blisko, gościu prawie dotknął mnie kolanem. Siedział w kasku, cały
ubrany na czarno. Panował półmrok, do najbliższej latarni było
kilkanaście metrów. Powiedziałem, że szukam jakiejś knajpy, pubu z piwem, drink baru. Kiwnął głową, żebym usiadł za nim. Nawet nie
negocjowałem ceny, było mi wszystko jedno. Coś musiało znajdować się w pobliżu, więc nie będzie drogo. Ruszyliśmy, chwyciłem gościa za boki i,
jak to się mówi, poczułem wiatr we włosach, gdy zaczął szaleć. Nie
minęło kilka chwil i byliśmy na miejscu przy jakiejś zadaszonej altanie.
Pulsowały światła i grała muzyka. Zszedłem ze skutera, wyciągnąłem
portfel i pytam się: "Ile?".
Skuter zamilkł, szybka od kasku się podniosła, ręce mojego "taryfiarza"
powędrowały na kask, który delikatnym, ale szybkim ruchem został
ściągnięty z głowy. Ta wykonała kilka szybkich półobrotów i wtedy
dopiero stanąłem jak wryty. Moim oczom ukazały się loczki.
Uśmiechnęliśmy się. To kelnerka z pizzerii. Byłem całkowicie zaskoczony,
przez myśl mi przebiegło, że to przypadek, pomyślane życzenie na plaży
przed burzą, zrządzenie losu lub intryga kobiety o brązowych tęczówkach.
Wpatrywałem się w nie przez chwilę. Nie miała makijażu, oczy się jej
szkliły. Rozchyliła lekko usta, a po chwili dostrzegłem białe zęby. Na
nic więcej nie patrzyłem, tylko na jej buzię.
Spytałem, ile płacę za podwózkę, a ona że nic, bo i tak tu jechała. Na
to stwierdziłem, że zapraszam na piwo czy drinka. Takiej okazji nie
mogłem zmarnować. Kurde, jestem tu dopiero parę godzin, a już wyrywam
laskę albo to ona mnie wyrywa! Uśmiechnąłem się w duchu. Po kilku
chwilach namowy i przekomarzania zgodziła się, ale oznajmiła, że ma mało
czasu. Jej uśmiech był powalający, trochę wstydliwy, ale w oczach było
widać pożądanie. Jej wzrok mnie przeszywał.
Rozdział 12.
12.
Poprowadziła mnie do knajpy, komuś tam pomachała, z jakąś koleżanką dały
sobie całusa w policzki (pewnie dobra znajoma lub rodzina). Bawili się
tu tylko miejscowi, nie dostrzegłem żadnego turysty. Widać to było po
twarzach, kolorze skóry, nie zobaczyłem innego białego oprócz mnie.
Podeszliśmy do drewnianego barku, za którym stał barman i przywitał nas
uśmiechem. Zamówiłem dla nas rum z colą i lodem - po zaakceptowaniu
przez moją Mulatkę - mi też ten drink odpowiadał. Okazało się, że po
drugiej stronie knajpy wychodzi się na taras, który sąsiaduje z plażą.
Znajdowały się tam stoliki z krzesłami, oświetlone lampkami choinkowymi.
Kobietę puściłem przodem i to ona decydowała, gdzie spoczniemy.
Poprowadziła mnie na sam brzeg plaży do ostatniego rzędu leżaków, które
skrywała ciemność i gdyby nie ich biały kolor, byłyby prawie
niewidoczne. Zresztą, taki typ leżaków można spotkać na całym świecie w każdym kurorcie.
Usiedliśmy w samym rogu, stuknęliśmy się szklankami, popatrzyliśmy się
na siebie, lecz ledwo widzieliśmy się przy blasku księżyca. Uśmiech
rozlewał się na jej twarzy, a najbardziej widoczne w półmroku były
białka oczu i białe zęby, prawie świeciły.
Po upiciu łyku drinka dla zwilżenia ust zaczęliśmy konwersację. Okazało
się, że na imię jej Carmen i ma dwadzieścia trzy lata. Wypiliśmy
bruderszaft i wtedy ją pocałowałem w usta, lecz ich nie otworzyła. Nie
nalegałem więc, tylko trochę je musnąłem, czekałem, aż przejmie
inicjatywę. Nie wzruszyła się w ogóle, a ja ekscytowałem się chwilą,
może nawet razem ekscytowaliśmy się księżycem, gwiazdami i bezchmurnym
niebem. Dla niej ten widok był codziennością, mi zdarzyło się być prawie
na równiku tylko kilkanaście razy, a gwiazdy są tu bardzo blisko, prawie
na wyciągnięcie ręki.
W pewnej chwili objąłem ją, nie oponowała. Pachniała pomarańczą, może
bardziej mandarynką, czymś owocowym w każdym razie. Pytałem o jakieś
duperele, żeby rozmowa i pierwsze onieśmielenie minęło. Jeszcze raz
stuknęliśmy się szklankami, łyknęliśmy trochę rumu, popatrzeliśmy na
siebie, w oczy, choć było widać tylko zarysy twarzy i białka. Długo nie
musiałem czekać na to, by Kreolka chwyciła jedną ręką moją głowę i przyciągnęła do swoich ust. Wtedy już nie miała oporów, rozchyliła wargi
i nasze języki się spotkały, przez chwilę cieszyły się sobą. Gładziła
dłonią moje włosy. W tym momencie wiedziałem, że będzie moja.
Rozdział 15.
15.
Jej uśmiech nie gasł, promieniała w blasku księżyca. Chwyciła włosy
obiema rękami. Nie wiem, czy specjalnie, czy się zapomniała, ale wtedy
jej piersi ukazały się w pełnej okazałości, a ja zostałem nimi
zahipnotyzowany na parę chwil. Były tej samej wielkości, idealne, miód
malina, jak to mówią. Zamyśliłem się znowu. Chciałem ją mieć.
Carmen, widząc, że stoję jak wryty, podeszła powoli i chwyciła mnie
obiema rękami za twarz i znowu wbiła swój język w moje usta. Wtedy się
ocknąłem, objąłem ją i podniosłem, obróciłem się kilka razy, zawyła z zachwytu. Ja też się cieszyłem, moje ego było w stu procentach
połechtane. Fale oceanu muskały nas po ciałach, a my oddaliśmy się
pocałunkom i pieszczotom, które zaczynały nas naprawdę mocno kręcić.
Penis już całkiem mi zesztywniał. Zdążyłem ściągnąć jej stringi. Było za
daleko do plaży, więc zawinąłem je na nadgarstku.
Moje dłonie znalazły się na jej piersiach i łonie, a jej na moim
penisie. Po chwili, ni stąd, ni zowąd, Carmen uklękła w wodzie, a fale
teraz prawie dotykały jej piersi, czasem brody, i zaczęła mi robić loda.
Technikę miała taką, jakby to robiła pierwszy raz, najpierw delikatnie,
sunąc językiem po żołędzi, a potem coraz to głębiej go biorąc. Poezja.
Moje ręce wylądowały na jej mokrych włosach, po chwili zacząłem poruszać
jej głową. Spoglądając na gwiazdy i księżyc, dziękowałem za miły
początek urlopu. Neptun sprawił mi Syrenę, uśmiechnąłem się i podziękowałem mu.
Przestała na chwilę i zaczęła wstawać, całując mnie po brzuchu,
piersiach, trzymając za pośladki i masując je. Gdy się podniosła, nasze
usta i języki znowu się spotkały. Ręce spoczywały na pośladkach, miała
je jędrne jak piersi, mój penis dotykał jej łona, na którym był
delikatny paseczek włosów. Podniosłem ją, trzymając za pośladki, i nabiłem ją powoli na mojego penisa. Nie musiałem się męczyć, woda z oceanu nawilżyła cipeczkę. Zerknąłem na twarz Carmen i wypisany na niej
zachwyt. Objęła mnie silniej, żeby nie spaść, i zagłębiła swój język w moje usta. Teraz to ja go podgryzałem, a Carmen ujeżdżała mnie,
podskakując w rytm fal. Taki seks można sobie tylko wymarzyć, oglądać na
filmach romantycznych, a ja to miałem teraz.
Wyczuła, że moje lędźwie już dygoczą od jej ciężaru, choć ściskała mnie
na maksa, a i jej uda i pupcia drżały z podniecenia. Zeszła powoli, żeby
nie uszkodzić mi członka, ale dalej całując mnie i wibrując językiem w ustach. Naraz chwyciła penisa w ręce i zaczęła nim poruszać, bawić się
jajkami. Znowu klękła i wzięła go do ust, a woda nadal falowała i smyrała nas bąbelkami. Ale było o jedną falę za dużo, ta okazała się za
wysoka i zalało jej głowę. Carmen zakrztusiła się. Dobrze, że nie
ugryzła mi penisa, bo bym miał kredki.
Po tym incydencie, gdy moja kobieta doszła do siebie, wróciliśmy na
leżak, ale nie skończyliśmy baraszkować. Ja chciałem wystrzelić.
Przytuliłem ją, pogłaskałem po głowie i spytałem, czy już wszystko OK.
Kiwnęła głową i znowu się we mnie wessała językiem, a po chwili
obróciłem ją, zgiąłem wpół i zapiąłem od tyłu. Posuwałem ją i sprawdzałem, czy ktoś nie idzie, patrzyłem na księżyc, który nas
podglądał, fale, nadające rytm naszym ruchom. Pieściłem pośladki Carmen,
plecy, raz po raz kładłem się na nią, żeby pobawić się piersiami.
Gwiazdy były prawie na wyciągnięcie ręki.
Po chwili usiadłem na leżaku, a Carmen na mnie i zaczęła mnie ujeżdżać.
Leżak skrzypiał trochę, a ja wreszcie miałem ją w całej okazałości
przede mną.
Rozdział 16.
16.
Carmen wczuwała się, a ja podziwiałem i pieściłem jej piersi, do których
dopiero dorwałem się w stu procentach. Prawie wypływały z moich rąk.
Była niesamowita. Po chwili chyba zrobiło jej się niewygodnie, położyła
stopy na leżaku, a ja teraz miałem do pieszczenia jeszcze uda, łydki, no
i delikatnie zarośniętą muszelkę. Gdy tak jechała na mnie, od czasu do
czasu przechylała się, delikatnie całując mnie i smyrając po moim torsie
sutkami, które stały jak naboje. Lubię to, jest to podniecająca uczucie
Gdy spłynęły już ostatnie krople wody z oceanu z jej ciała, zaczęła
jęczeć delikatnie. Nie wiedziałem, czy ze zmęczenia, czy z podniecenia.
Chyba dochodziła. Ujeżdżała mnie ostro, aż wystrzeliłem w nią, a ona
odchyliła się do tyłu. Jej ciało przez chwilę drgało od orgazmu, jakby
przebiegła maraton. Po tym położyła się na mnie, pocałowałem ją w szyję,
przytuliła się. Jeszcze dyszała ze zmęczenia i szczęścia. Nasze ciała
prawie się skleiły. Leżała nieruchomo. Czułem bicie serca i oddech.
Przesuwałem powoli rękami po jej ciele, tam gdzie dosięgnąłem: plecy,
uda, zgrabny tyłeczek, szyja, bawiłem się włosami i patrzyłem w gwiaździste niebo. Kurde, to chyba zrządzenie losu, dwie godziny temu
pomyślałem życzenie i się spełniło. Ja to mam szczęście, cztery godziny
po przylocie, może pięć, a już kobieta leżała na mnie, uprawiałem z nią
zajebisty seks na plaży, kąpałem się nago w nocy w oceanie, to są
Karaiby!
Księżyc wyszedł zza chmur i rozświetlił plażę, a moja Carmen delikatnie
się poruszyła. Popatrzeliśmy sobie oczy i pocałowaliśmy się jeszcze raz.
Ręką sięgnęła do torebki i zerknęła na telefon, zeskoczyła ze mnie
szybciej, niż weszła. Zaczęła się ubierać: koszulka, spodnie, biustonosz
wsadziła do torebki, trampki chwyciła w rękę. Zrobiła wszystko tak
prędko, a ja dalej leżałem nagi na leżaku i przypatrywałem się pięknej
Carmen. Gdyby nie noc, miałbym lepsze widoki, ale i tak byłem
zrelaksowany. Chwyciłem ją za rękę i przyciągnąłem, żeby jeszcze raz
posmakować jej soczystych ust, nie zaoponowała, przywarła do mnie,
pogładziła po włosach i powiedziała, że musi jechać, że było super, że
jutro jest zajęta i nie ma czasu, ale pojutrze będzie w pizzerii.
Pocałowała mnie mocno z języczkiem i wstała, ja też wstałem, ubrałem
tylko spodenki. Gdy zapinałem pasek, odkryłem, że mam na nadgarstku
trofeum, czyli jej stringi. Gdy ściągnąłem je z ręki, Carmen popatrzyła
na mnie i uśmiechnęła się. Powiedziała: "To dla ciebie", chwyciła
torebkę i zaczęła biec w kierunku wyjścia z plaży, które było obok
knajpy.
Ja rozejrzałem się, czy nic nie zostało obok leżaka, wziąłem dwie
szklanki po drinkach, koszulkę, klapki. Zerknąłem ostatni raz na ocean,
na księżyc. Zobaczyłem, że na drugim końcu inna para się zabawiała, może
nie tak jak my, bo byli ubrani. Gościu siedział na leżaku, a kobieta
kucała i robiła mu loda. "Karaiby" - pomyślałem i pobiegłem za Carmen.
Zostawiłem szklanki na rogu tarasu, bo dziewczyna już siedziała na
skuterze i miała na sobie kask. Skuter brzęczał. Kiwnęła głową, żebym
usiadł, co też zrobiłem, a ona ruszyła z kopyta. Dobrze, że ją objąłem
mocno, bo bym spadł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 2.
2.
Musiałem wyjechać w nocy na lotnisko do Bristolu, odległe o prawie
czterysta kilometrów. Znowu czekały mnie nowe doświadczenia. Nie byłem
tam jeszcze. Ruszyłem przed północą, a że jestem nocnym markiem, nie
mogłem zasnąć. Na szybko się pakowałem. Nie miałem dużego bagażu, tylko
podręczny, bo i tak wiedziałem, że będę się przemieszczał, a tam jest
ciepło. Za sam dodatkowy bagaż musiałabym dopłacić, a linie lotnicze
przesadzają z cenami. Zrobiłem sobie ze dwie bułki, wrzuciłem jakieś
picie, paczkę chipsów, paluszki, orzeszki na drogę. Wziąłem prysznic,
żeby się całkiem obudzić. Zresztą wypiłem kawę i może małe podniecenie
wyprawą nie dawało mi zasnąć chociaż na godzinę. Myślałem tylko o tym,
co jeszcze muszę zrobić, co zabrać. Przypomniałem sobie o najważniejszej
rzeczy - paszporcie, bo pieniądze wymieniłem po południu. Powyłączałem
urządzenia w domu: pralkę, lodówkę i inne, podlałem kwiatki,
rozglądnąłem się, czy wszystko OK, zarzuciłem plecak na ramię, zamknąłem
dom i ruszyłem do auta. Podjechałem na stację benzynową, zatankowałem
pół baku, powinno starczyć. Nie wiadomo przecież, czy wrócę -
pomyślałem, bo przeczytałem kilka tekstów o tym, co trzeba zabrać ze
sobą, na co uważać, o tym, że Haiti to niebezpieczny kraj, bieda pcha
ludzi do przestępstw. Profilaktycznie zaszczepiłem się wcześniej na
różne dziwne choroby: tyfus, żółtą febrę, cholerę i inne.
Ustawiłem GPSa i ruszyłem w ciemność. Światła cały czas oślepiały mnie z naprzeciwka, muzyka w tle leciała non stop. Nie lubię prowadzić bez
muzyki, ma płynąć z głośników i już. Jedyne, co ją przerywało, to
komunikaty, gdzie mam skręcić albo kiedy zwolnić. Czasem rozmyślałem o tym, żeby samochód się nie zepsuł i czy zdążę na odprawę, jak będą
korki, bo i tak się kiedyś zdarzało. Zatrzymałem się ze dwa razy, żeby
rozprostować kości, odlać się, kupić gorącą kawę i nie zasnąć, bo
zaczynało mnie brać spanie.
Dojechałem, gdy już świtało, a słońce wychodziło zza horyzontu.
Pojawiało się coraz więcej aut, niektórzy miejscowi szaleli, znali drogę
albo zaspali. Gdy znalazłem się na miejscu, okazało się, że jest to małe
lotnisko, a parking znajduje się niedaleko, można dojść na piechotę.
Dotarłem, ulżyło mi, odprawa była już czynna. Nie zastanawiając się, od
razu ruszyłem, żeby mieć ją za sobą. Podałem paszport. Coś tam miałem
wydrukowane, część w komórce, od razu po sprawdzeniu danych zapytałem,
czy mogę poprosić o siedzenie przy oknie. Byłem tylko godzinę przed
odlotem, a trzeba dwie, więc bilety już rozdysponowano. Pani z przykrością powiadomiła, że niestety nie pomoże mi, podała bilet i paszport, zerknęła tylko na mój bagaż i byłem po odprawie. Trochę
wkurzony, że nie mam spokojnego miejsca przy oknie, ruszyłem do odprawy
bagażowej. Niestety tutaj pojawiły się małe problemy, bo zapomniałem, że
do bagażu podręcznego - tylko z nim się wybrałem w podróż - wrzuciłem
olejek przeciw oparzeniom słonecznym. Dostałem kiedyś nauczkę, gdy
przebywając w Meksyku, tak się zjarałem, że miałem na plecach bąble od
poparzeń i do dziś mam blizny. Wtedy to była ciężka przeprawa, żeby
przetrwać na urlopie z tymi poparzeniami. No cóż, przetrzepali bagaż,
wyrzucili to, czego nie można brać, do kosza, i puścili mnie.
Sklepy bezcłowe budziły się do życia. Ludzi już trochę było, jedni
siedzieli, czekali, inni kupowali coś na podróż, ja zająłem miejsce i dojadałem bułkę z szynką i serem, przypatrując się podróżnym.
Kupiłem coś do picia, colę, chipsy, orzeszki i dwie małe buteleczki
whisky, które w ubikacji wlałem do coli. Tylko żeby szybko zasnąć, bo
noc nieprzespana, a czekało mnie jedenaście godzin lotu i różnica
czasowa około sześciu godzin.
Po ogłoszeniu, że samolot jest podstawiony, do wejścia ustawiła się
strasznie długa kolejka. Dzieci biegały, dorośli stali parami albo w grupach, jedynie ja leciałem sam. Wiedziałem, że większość z tych ludzi
nie wystawi nosa poza hotel z basenem czy plażą. Typowe zachowanie
Brytyjczyków. Po ponownym sprawdzeniu przez obsługę biletu i paszportu
przechodziliśmy tunelem do samolotu. Z okien widać było, że samolot jest
ogromny. Pierwszy raz miałem polecieć Dreamlinerem, jednym z najnowszych
latających cudów techniki.
Przywitały mnie stewardesy, sprawdziły na bilecie numer siedzenia i skierowały na moje miejsce. Byłem wyrypany, spać mi się chciało.
Dostałem miejsce w przejściu. No cóż, jakoś wytrzymam. Wrzuciłem mój
plecak do schowka i usiadłem. Obok mnie nie było jeszcze nikogo. Przez
moment poczułem się ciekawy, kto koło mnie będzie siedział. Wziąłem łyk
coli z dodatkiem alkoholu.
W tym momencie pojawiła się para ze szlochającym dzieckiem na ręku -
dziewczynką około dwóch, trzech latek. Małą pewnie wyrwano ze snu, może
pierwszy raz leciała samolotem. Wiedziałem, że już nie pośpię. Wstałem,
żeby ich przepuścić, wtedy facet, chyba ojciec dziewczynki, zaczepił
akurat przechodzącą stewardesę. Coś tam rozmawiali i po chwili
stewardesa zapytała mnie, czy mogę zmienić miejsce, ponieważ ci państwo
z dzieckiem chcą siedzieć razem. Od razu się zgodziłem, bo wiedziałem,
że miałbym gehennę, zostając. Wszyscy mi podziękowali, powiedziałem, że
nie ma sprawy, nawet dziewczynka się lekko uśmiechnęła, patrząc, jak
odchodzę.
I znowu mam fuksa, dostaję miejsce w pierwszej klasie, witany lampką
szampana, chyba już szósty raz w życiu. W tym momencie okazało się, że
moje kombinowanie w ubikacji z przelewaniem whisky nie miało sensu, bo
tutaj dostanę alkohol za free, ile tylko będę chciał, jedzenie lepsze i więcej niż w normalnej klasie, kołdrę zamiast lekkiego koca, poduszkę i inne przyjemności. Pomyślałem o moim drinku. To się nie zepsuje, będę
miał, żeby zabić zarazki, gotowego na później. Przynajmniej nie muszę
kupować na miejscu. Z doświadczenia wiem, że trzeba wypić przez jeden
dzień w różnych kombinacjach sto mililitrów alkoholu, żeby nie dorwała
nas klątwa faraona .
Kurde, mała uprzejmość z mojej strony, a dostałem nagrodę - miejsce przy
oknie. Wrzuciłem plecak do schowka, usiadłem, trzymając lampkę szampana
w dłoni, wziąłem łyk i pomyślałem: "kto nie ryzykuje, nie pije
bąbelków".
Rozdział 3.
3.
Jeden szczegół trochę zepsuł mi humor, mianowicie stewardesy. Przykro mi
o tym pisać, ale taka prawda. Lecąc angielskimi liniami, nie spodziewaj
się atrakcyjnej obsługi, młodych, szczupłych, wysokich, ładnych lasek,
tylko kobiet już trochę nadszarpniętych lataniem. Niekiedy nie idzie się
z nimi minąć między siedzeniami, a wyuczona latami uprzejmość sprawia
wrażenie sztucznej.
Leciałem już ze sto razy różnymi liniami, nawet w skandynawskich liniach
stewardesy były około pięćdziesiątki, ale miały klasę - wiecie, o co mi
chodzi. Natomiast nikt nie przebije polskich stewardes, do których byłem
przyzwyczajony, czy to latając tanimi liniami, czy spotykając je w innych liniach lotniczych.
Ale wiedziałem, że i tak przede wszystkim będę spał, bo czeka mnie
jedenaście godzin lotu, a od dwudziestu czterech godzin nawet nie
zdrzemnąłem się. Po prostu nie będzie na czym oka zawiesić czy choćby
zagadać, ale nic straconego. Może lepiej niech mi się coś przyśni -
pomyślałem, jak na faceta-wzrokowca przystało.
Zawsze wybieram miejsce przy oknie. Nie chodzi o widoki, bo ich jest
niewiele. Po prostu nie muszę wstawać, jak komuś się zachce iść do
toalety, tylko mnie trzeba wypuszczać, no i nie lubię siedzieć przy
przejściu, bo ludzie chodzą non stop, dzieci biegają, uderzają w łokieć
i tak dalej. Tym razem też mi się udało i nie dość że okno, to ta
pierwsza klasa się trafiła. Teraz tylko czekać, kto się do mnie
przysiądzie. Nie trwało to długo, choć Dreamliner to duży samolot i trochę osób leci. Na oko jakieś trzysta. Chwilę trwa, zanim wszyscy
wejdą. A jeszcze dwa wolne miejsca zostały obok mnie.
Już sączyłem szampana, oryginalnego, ale najniższa półka, gdy obok mnie
pojawiła się fajna laska. Gdy ją zmierzyłem wzrokiem, przez kilka sekund
byłem w skowronkach. Przyglądając się jej na szybko, stwierdziłem:
młoda, figura w miarę, wysoka, włosy czyste, zadbane, niezbyt długie,
ubrania markowe, wyczuwalny miks perfum, które testowała na bezcłówce,
brak pierścionków, kolczyki malutkie, delikatne, na ręce bransoletka z rzemyków z dwoma koralikami, na szyi łańcuszek z jakąś małą zawieszką,
która prawie stykała się z piersiami, widoczny dzięki luźnej koszulce z głębokim dekoltem, na który padł teraz mój wzrok. Jeden rzemyczek od
biustonosza zatrzymał moje spojrzenie na dłużej. Nosiła chyba push-up, z tych stworzonych po to, by dodać kobiecie pewności siebie, ale na mój
gust rozmiar piersi był OK. Na bluzkę zarzuciła kurtkę, ale gdy się
obróciła, widać było trochę brzuszka, pleców. Jeansy opinały jej tyłek i uwydatniały fajną figurę. Mój wzrok zatrzymał się na wysokości górnego
guzika od spodni i zameczku, który skrywał jej sekret. Znowu przemknęło
mi przez głowę, jak to facetowi, wyobrażenie tego, jakie ma stringi i jaką ma cipeczkę i fryzurkę na niej.
Przesunęła się, chyba zobaczyła, na co się gapię i czar prysł.
Podniosłem wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Widziała, że gapiłem
się na jej łono, i się zaczerwieniła. Ja natomiast dopiero teraz
dostrzegłem jej brązowe oczy, twarz bez makijażu, no może z delikatnym.
Naprawdę ładna dziewczyna mi się trafiła za sąsiadkę.
Lecz naraz nastąpił koniec mojego kilkusekundowego zauroczenia, ponieważ
nie zwracałem uwagi na to, co się dzieje obok, tak byłem wpatrzony w blondyneczkę z piegami. Zszedłem na ziemię, gdy obok mnie usiadła
starsza kobieta, a dopiero obok niej laska. Jak potem wywnioskowałem,
starsza była jej mamą. Zamieniłem z nią kilka słów. Mamą, niestety nie
córką.
Okazało że są Szkotkami, a ja rozumiałem co dziesiąte słowo z ich
konwersacji.
Po starcie i zapodaniu sobie środka usypiającego w postaci dwóch małych
buteleczek whisky z colą, podanych przez stewardesę, odleciałem, będąc
już de facto w chmurach.
Rozdział 4.
4.
Przebudziło mnie szturchnięcie w rękę. Otrząsnąłem się z głębokiego snu,
delikatnie zamroczony zmęczeniem. Może dręczył mnie delikatny kac, ale
sucho w gardle miałem chyba jednak od klimatyzacji. Jednak nie to było w tym momencie najważniejsze, lecz trzy pary oczu wgapione we mnie -
matki, córki, siedzących obok mnie, i stewardesy pytającej, co chcę
zjeść. A mi było wszystko jedno, skinąłem tylko głową, że może być to,
co trzyma w ręce, czyli jakiś tam kurczak, ryż, kawałki warzyw, ciastko,
masło, bułka. Poprosiłem o kawę, ledwo wydając z siebie głos. W pierwszej klasie ma się większy wybór posiłków, dostaje się kartę menu,
a w niej jest schab lub kurczak, jest zestaw dla wegetarianów,
cukrzyków, którzy wcześniej kupując bilet, wybrali taką opcję.
Gdy doszedłem do siebie po posiłku, odsłoniłem plastikową zasłonkę w oknie. Naraz blask światła słonecznego oślepił mnie. Było południe. W siedzeniu pasażera przede mną wbudowany był ekran, informujący, że
jesteśmy na wysokości dwunastu tysięcy metrów. Kurde, znajdowałem się
dwanaście kilometrów nad ziemią, nad chmurami, ziemi nie było widać,
jedynie co, to słońce. Rozmarzyłem się, patrząc na postrzępione obłoki.
Który to już mój lot? Chyba dobijam do setki - zacząłem liczyć i przypominać sobie, gdzie to mnie w świat wywiało.
Trochę tego było. Pomyślałem tylko, że późno zacząłem. Wcześniej nie
było możliwości, prowadzenie firm, liczenie pieniędzy i przede wszystkim
nie ogarnęła mnie choroba podróżowania. Przemknęło mi przez głowę, że
jestem szczęściarzem. Ale ile trudu też mnie kosztowało, ile wyrzeczeń,
stresów, żeby zobaczyć trochę świata. Uśmiechnąłem się na myśl, że znowu
lecę w nieznane, znowu adrenalina, znowu będzie jazda bez trzymanki. Już
jestem w chmurach, nie zawrócimy, jedynie możemy przypikować i byłby to
koniec lotu, podróży, przygód, życia. Uznałem, chyba jestem porąbany,
snując takie katastroficzne wizje. Ale takich też lubią.
Moje rozmyślania przerwało znowu szturchnięcie matki Szkotki. Na wózku
specjalnie do tego skonstruowanym przyjechało jedzenie. Dostałem to, co
zamówiłem, razem z gorącą kawą, której pragnąłem bardziej niż zimnego
drinka czy jedzenia. Musiałem nabrać trochę energii. Nie słodzę już od
ponad dziesięciu lat, jednak gdy potrzebuję dopalacza, jestem zmęczony,
prowadzę w nocy czy coś, dodaję jedną lub dwie łyżeczki, w tym wypadku
saszetki cukru. Nie lubię słodzika, który jest dla mnie sztuczną chemią.
Takich posiłków podczas długiego, ponad jedenastogodzinnego lotu miałem
trzy, nie mówiąc o deserze i non stop podawanych napojach alkoholowych,
a co najlepsze, uśmiechnąłem się, wszystko free. Takie dodatki kosztują
dwieście pięćdziesiąt funtów w jedną stronę, czyli dodatkowo trzeba
doliczyć tyle kasy do ceny biletu, a mi się udało bilet kupić za trzysta
funtów w dwie strony. Także podróż zaczęła się świetnie. Ciekawe, jak
się skończy. W tym momencie znowu uśmiechnęliśmy się wszyscy, to znaczy
obydwie Szkotki i ja. Podniosłem plastikowy kubek z drinkiem w geście
radości. Humor mi dopisywał, byłem dumny, znowu oderwałem się od
codzienności. Tego mi było trzeba. Podczas podróży oddycham pełną
piersią, choć niektórzy twierdzą, że urywam się ze smyczy. Ale ja jestem
wolny i znowu muszę liczyć tylko na siebie. Czeka mnie kolejna walka o przetrwanie w nowych miejscach. Zresztą, co ma być, to będzie, to mnie
jara.
Wypiłem do końca drinka, zjadłem wszystko, co mi podali, spakowałem
puste talerzyki, sztućce, resztki do woreczka i położyłem na stoliku
przede mną. Zerknąłem na ekran i odległość - ile nam jeszcze zostało.
Byliśmy dopiero w połowie drogi, gdzieś na środku oceanu. W tej chwili
pojawiła się stewardesa. Zbierała woreczki i inne rzeczy po posiłku.
Podałem jej swój i poprosiłem tym razem o gin z tonikiem. Kiwnęła tylko
głową i ruszyła dalej. Tutaj, w pierwszej klasie, mają mniej ludzi
przydzielonych do obsługi, za to też więcej biegania. Dostałem dwie
buteleczki ginu, kubek z lodem, przekrojoną limonką i malutką puszeczkę
toniku. Podziękowałem i pomyślałem w duchu, że nie latałaby tak do mnie
i nie uśmiechała, gdyby wiedziała, że bilet pierwszej klasy mam free.
Założyłem słuchawki na uszy. Tu też różnica - dostaje się słuchawki
takie większe, na uszy, nie małe do uszu. Zacząłem bawić się ekranem i wybrałem film "Ostatni Mohikanin". W tych liniach same starocie, nic
nowego nie mogłem znaleźć. Wypiłem wszystko do końca i słuchając
zajebistej muzyki z filmu, znowu usnąłem.
Rozdział 5.
5.
Lot przebiegł bezproblemowo, chyba, bo cały czas spałem. Żadnych
turbulencji. Jedynie stewardesy budziły mnie na posiłki i raz musiałem
iść siku. Po wyjściu z samolotu buchnęło w nas wszystkich ciepło.
Schodząc po schodach, znowu powiedziałem sobie, że czas na przygodę.
Do odprawy ustawiła się długa kolejka. Nie mogłem opuścić wcześniej
miejsca, bo Szkotki siedziały do końca, aż wszyscy nie przeszli. Zresztą
nikt na mnie nie czekał, więc się nie pchałem, a i tak miałem tylko
bagaż podręczny, co znacznie ułatwia sprawę, bo potem nie muszę tracić
czasu na odbiór walizek czy innych większych rzeczy.
Na lotnisku czatowały już służby celne. Oczywiście nie byłbym sobą,
gdybym nie zerkał na mieszankę strażniczek: od białych, przez mulatki,
po czarnoskóre - te w większości, choć niekoniecznie wysokie, ale ładne
i nie za grube. Od razu wyczuwało się klimat Karaibów: ludzie, zwykle
uśmiechnięci, nie biegali, a snuli się wolno. Tutaj wszyscy mają luz,
inne podejście do życia. Niektórzy, chodząc, prawie tańczyli. To właśnie
mi się spodobało. Uśmiechnąłem się. Dotarłem.
Poczułem ten luźny klimat. Po przybiciu pieczątki w paszporcie i wyjściu
z lotniska na parking odetchnąłem głęboko. Nic mnie już nie zatrzyma.
Puścili mnie i zaczynam wakacje. Słońce dodało mi energii. Czas dotrzeć
do hotelu i zanurzyć się w oceanie. Dwadzieścia godzin podróży dawało
się we znaki. Byłem trochę sieknięty - zmiana klimatu, zmiana strefy
czasowej, może mały kac, bo zmieszałem darmowe alkohole. Ale wziąłem
głęboki oddech, rozejrzałem się i ruszyłem za grupką miejscowych w kierunku jakiegoś środka transportu, bo też się już nauczyłem i nie
zamawiam niczego wcześniej. Niekiedy wtopię i trzeba brać taksówkę, ale
zwykle jadę autobusami lub miejscowym transportem, który niczym nie
różni się od naszego, a jest o wiele tańszy. Rozglądnąłem się. Niebo
bezchmurne, wokoło lotniska wysokie palmy, taksówek multum, autobusy,
naganiacze, ludzie z kartkami, na których zapisano nazwiska, hotele,
kilka stanowisk biur podróży z rezydentami.
Samoloty lądują tu często. No, może teraz, przed sezonem urlopowym,
rzadziej, jednak strasznie dużo ludzi pracowało za grosze w tysiącach
hoteli, także już przy wyjściu panował gwar. Niektórzy poruszali się z wózkami bagażowymi. Taksówkarze byli trochę nachalni, ale nie za bardzo.
Jak kiwnąłeś głową lub ręką, że nie jesteś zainteresowany, odpuszczali.
Zresztą każdy chce zarobić, to ich praca.
Rozdział 6.
6.
Znalazłem przystanek autobusowy. Siedziały tam cztery kobiety. Widać
było, że jechały do albo z pracy, bo miały na sobie uniformy z naszytą
nazwą hotelu, w którym je zatrudniono. Były tak zajęte rozmową, że każda
tylko zerknęła na mnie. Takich turystów jak ja to one widzą codziennie
multum. Po chwili podjechał bus, nie mylić z autobusem. Tutaj przeważnie
są to busy na dziesięciu pasażerów, niekiedy upcha się i z piętnaście, a dodatkową osobą oprócz kierowcy jest jego pomocnik, który zbiera kasę,
bo biletów nie ma, on nagania ludzi, zamyka drzwi i usadawia podróżnych.
Takie busy u nas widziałem ponad dziesięć, dwadzieścia lat temu, mają
przejechane ponad pół miliona kilometrów, ledwo jadą, trzeszczy w nich
wszystko: od korbki w drzwiach po siedzenia, z których wystają sprężyny
i pianka. Cały wóz jest poobijany, lakier ledwo się trzyma, od upałów
wyblakł, rdza już zbiera żniwo, jednak kierowca się tym nie przejmuje,
to prawie jego dom. Facet zarabia na lepsze życie dla siebie i rodziny,
choć to są grosze, ale lepsze to niż kraść.
Są jeszcze inne busy, które poruszają się po drogach z turystami.
Funkiel-nówki, z kierowcami w garniturach lub jasnej koszuli, spodniach
na kant i w lakierkach. Ale to są busy przeznaczone tylko dla turystów z hoteli.
W pojeździe już siedziało parę osób, ja jedynie spytałem kierowcę, czy
jedzie w moim kierunku, pokazałem na telefonie zdjęcie z adresem. Koleś
kiwnął głową, zająłem miejsce z tyłu. Klimy nie było, zaduch i delikatny
smród i zapach potu przenikały mi do nozdrzy. Dobrze, że przeważnie, jak
jest okazja, siadam przy oknie, bo daje to trochę chłodu podczas jazdy,
i mniej śmierdzi. Ale to są tutejsze klimaty, niestety niektórym one nie
odpowiadają, bo wolą wygody i płacą za tę samą drogę dziesięć razy
więcej. A tutaj wtapiasz się w tłum. Gdyby nie plecak i brak opalenizny
lub ciemniejszej karnacji, z czapeczką na głowie wyglądałbym prawie jak
miejscowy. Uśmiechnąłem się, jeszcze chwila i będę na miejscu.
Po drodze ludzie wysiadali i wsiadali, bus zatrzymywał się głównie przy
hotelach lub w centrach małych wiosek, gdzie moje oczy lustrowały
okolicę, tutejszą biedę, kiepską architekturę, ludzi. Chodź tych akurat
niewielu widziałem na ulicach, bo było gorąco i o tej porze mieli
sjestę.
Patrzenie w okno przerwał mi gościu odźwierny, informując, że zaraz
wysiadam. Wyciągnąłem pięć dolarów, wydał mi jeszcze dwa. Okazało się,
że dodatkową walutą poza gourde, którą tu można płacić, jest dolar
amerykański.
Znowu upał buchnął mi w twarz, jeszcze się nie przyzwyczaiłem do tych
warunków. Teraz jedynie zostało mi odnalezienie hotelu, gdzie
zabukowałem na razie dwie noce. Wbiłem adres w GPS w telefonie. Byłem
osiem minut od miejsca spoczynku, gdzie się odświeżę pod prysznicem
(wreszcie!), czego mi w tej sytuacji chyba najbardziej brakowało.
Co chwila przejeżdżały i trąbiły skutery i małe motocykle, kierowcy
proponowali podwózkę, ale ręką ich odprawiałem. Miałem już niedaleko do
hotelu.