Rozdział 1
W którym Mikołaj decyduje się nie umierać
Mikołaj Górecki postanowił nie umierać. Przez ostatnie kilkanaście
godzin zajmował się głównie rozważaniem, czy powinien targnąć się na
życie. Został porzucony i upokorzony na oczach tłumów, jego godność
została podeptana, a honor splamiony. Gdyby żył dwieście lat temu, nie
pozostawałoby mu nic innego, jak strzelić sobie w łeb z bandoletu. Nie,
bandolet to chyba była strzelba, nie udałoby się jej więc przystawić do
głowy. No to co tam było innego? Pistolet skałkowy? Wszystko jedno.
Obecnie nie dysponował ani jednym, ani drugim. Gdyby faktycznie chciał
się targnąć, to nawet nie miałby jak. Ta myśl zdenerwowała go
niebotycznie. Żeby w dwudziestym pierwszym wieku nie można było
romantycznie zejść z tego świata? Skok z wieżowca i rozdyźdanie się na
chodniku nie spełniały jego poglądów estetycznych. Takoż samo rzucenie
się pod pociąg.
- Brrrrr - Mikołaj aż się otrząsnął, wyobraziwszy sobie, że pociąg
wlecze go godzinami po torach, a jego rozczłonkowane ciało gubi po
drodze różne elementy. A to nogę, a to wątrobę... Nie. Romantyczne to
nie było z całą pewnością. Mógłby ewentualnie zażyć fiolkę tabletek i usnąć na wieki, ale w apteczce znalazł jedynie opakowanie witaminy C
oraz krople żołądkowe. Samobójstwo za pomocą kropli żołądkowych wydawało
mu się jakoś niewystarczająco poważne.
Westchnął głęboko. Wszystko sprzysięgło się przeciwko niemu. Cały świat,
a w szczególności Iza Borkowska, która zrobiła z niego pośmiewisko na
całą uczelnię, Warszawę oraz świat. Możliwe nawet, że także w odległych
galaktykach będą się z niego naigrawać.
Mikołaj Górecki zrobił z siebie bowiem konkursowego idiotę, oświadczając
się publicznie na otrzęsinach, na głównej scenie, tuż po koncercie
Luxtorpedy, w obliczu setek tysięcy ludzi, kilku kamer telewizyjnych i setek smartfonów, z których większość zarejestrowała jego porażkę tylko
po to, aby ją natychmiast umieścić na YouTubie. Te najbardziej
popularne filmiki miały około ośmiuset tryliardów wejść.
Przygotowywał się do tego kroku bardzo profesjonalnie, szarpnął się na
wielki bukiet i nieco mniejszy pierścionek, na lekko drżących nogach
wstąpił na scenę i wziął mikrofon do ręki. Normalnie powinien
zapowiedzieć następny występ, ale miał inny plan.
- Izo! - zapiszczał mikrofon, bo się sprzągł. Mikołaj stuknął w niego
dwa razy i powtórzył głębokim, choć nieco wzruszonym głosem:
- Izo! Moje serce należy do ciebie! - i buchnął na kolana. - Czy
zechcesz zostać moją żoną? - bukiet trochę mu przeszkadzał w sięgnięciu
po czerwone pudełeczko, mikrofon znowu zapiszczał, Mikołaj siłował się z kwiatami, ale w końcu udało mu się wyjąć pierścionek. Jak przypuszczał,
wiele zoomów zrobiło na niego najazd.
Tłum zaczął skandować: "I-za, I-za, I-za!!!", a Iza podeszła do niego,
wydawało mu się, że ze wzruszeniem wyjęła mu mikrofon z ręki, i głośno,
i wyraźnie powiedziała:
- Nie.
A następnie wręczyła osłupiałemu i wciąż klęczącemu Mikołajowi mikrofon
i zeszła ze sceny.
W tym momencie powinna zapaść kurtyna i ukryć zszokowanego chłopaka
przed tłumem, ale niestety kurtyny nie dowieźli, więc Mikołaj klęczał,
mrugając gęsto, łzy ciekły mu po policzkach, a wszystkie zoomy
najeżdżały na jego mokre rzęsy. W końcu Kocio wpadł na scenę, zasłonił
go nieco, próbował podnieść z kolan, co wyglądało, jakby próbował go
wlec, bo bezwładny Mikołaj nie współpracował.
- Wstawaj, kurde, no Mikołaj, wstawaj - syczał Kocio, zasłaniając go
przed główną kamerą TPN-u. - Czyś ty zwariował? Co ci przyszło do głowy,
wstawaj, kurde - sapał, szarpiąc się z Mikołajem i bukietem. - Wyrzuć to
zielsko, po co to trzymasz, wywal to, kurde, Mikołaj, wstań, no proszę
cię...
W końcu ściągnął przyjaciela ze sceny i, osłaniając własnym ciałem przez
blaskiem tysiąca fleszy ze smartfonów, przebijał się do wyjścia.
Mikołajowi wydawało się, że po mniej więcej dwóch latach zatrzymali
taksówkę, która zawiozła ich do mieszkania Kocia.
Kocio, jak prawdziwy przyjaciel, nie komentował ani nie zadawał pytań,
tylko zajrzał do lodówki. Wyjął butelkę wódki i rozlał do kieliszków.
Mikołaj skinął głową z aprobatą, wychylił pierwszy, a potem następne. A kiedy obudził się następnego dnia - chciał umrzeć.
Rozdział 2
W którym Kocio dowiaduje się, że umrze, a jego matka bezpowrotnie zrywa
kontakty z rodziną
Kocio Bandurski nie tyle chciał umrzeć, ile wiedział, że go to z całą
pewnością nie ominie. Dowiedział się o tym, będąc w wieku przedszkolnym,
na pogrzebie pradziadka Alojzego, który to pogrzeb został w pamięci
rodziny na zawsze. Dzięki Kociowi, a można nawet uznać, że przez Kocia.
Chłopca fascynowało bowiem wszystko, co miało związek ze śmiercią.
Największym marzeniem Kocia było posiadanie własnego zakładu
pogrzebowego oraz spanie w trumnie. Jego mama byłaby się może już i złamała, obawiała się jednak reakcji kolegów z klasy Kocia i ich
rodziców. Co prawda koledzy nie odwiedzali chłopca tłumnie, gdyż jego
dziwne, mroczne fascynacje nie sprzyjały zawieraniu długich przyjaźni.
Kocio miał cztery lata, kiedy stosunki z rodziną zostały nieodwołalnie
zerwane.
Pogrzeb nestora rodu, pradziadka Alojzego odbywał się z pełną pompą.
Dębowa trumna wyściełana białym aksamitem stała na katafalku, otoczona
niezliczonymi bukietami kwiatów i świec. Gdyby pradziadek Alojzy żył -
niewątpliwie zszedłby od samego ciężkiego zapachu powietrza. W małym
pomieszczeniu, gdzie stała trumna, znajdowało się kilka płaczek, które
fałszowały na cały głos "już idę do grobu ciemnego, smutnego".
Kocio mało nie wyskoczył ze skóry, kiedy wszedł do pomieszczenia z otwartą trumną. Pradziadek Alojzy, niezbyt dokładnie ogolony, był ubrany
w ciemny garnitur i świecące z daleka lakierki. W złożonych rękach
trzymał różaniec i wyglądał, jakby spał.
- Pożegnamy się teraz - poinformowała mama Kocia i podeszła do
pradziadka, pogłaskała go po ręku i pocałowała. Kocio był zachwycony.
Zaczekał, aż mama zagada się z jedną z ciotek, po czym wspiął się po
katafalku, władował do trumny i po prostu przytulił do Alojzego.
Mamę Kocia zaalarmował potworny wrzask i w pierwszej chwili pomyślała,
że pradziadek zmartwychwstał, a wrażenie to potęgował ruch w trumnie.
Chłopiec próbował uniknąć wyciągnięcia z trumny, zapierając się ze
wszystkich sił, wuj Stefan próbował go wyszarpać, ciotki wrzeszczały,
tylko pradziadek Alojzy milczał.
- Chcę się pożegnać - ryknął ze wszystkich sił Kocio, chowając się
dziadkowi pod ramię.
- Zabierz go! - wrzeszczały ciotki.
Wuj Stefan sapał, mama Kocia rozważała przez chwilę, czy po prostu nie
zemdleć, tylko pradziadek Alojzy milczał.
Kiedy w końcu wyciągnięto chłopca z trumny i odczepiono jego drobne
paluszki, zaciśnięte na różańcu, mamie Kocia nie pozostało nic innego,
jak zapaść się pod ziemię i zabrać ze sobą syna.
To, co zostało powiedziane przez członków rodziny, nie nadaje się do
druku, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że pradziadek Alojzy nadal
milczał.
Od tego momentu Kocio marzył, żeby mieć własną trumnę, w której mógłby
sypiać. Koniecznie z białym aksamitem.
- Dlaczego pradziadek był zimny?
- Bo umarł.
- Jak się umrze, to się robi zimno?
- No tak. Poza tym dziadka trzymali w lodówce...
- W lodówce? - zachłysnął się Kocio. - Takiej na jogurty i mleko?
- No, nie w takiej zwykłej lodówce. W takiej lodówce dla... dla... no...
dla... nieżywych ludzi.
- Są specjalne lodówki dla martwych ludzi? Mógłbym taką mieć? -
rozmarzył się chłopiec.
- Nie mógłbyś mieć. Takie lodówki są w szpitalach albo w zakładach
pogrzebowych. Tam się przez kilka dni przechowuje ciała przed pogrzebem.
- Ach! - jęknął z zachwytem Kocio. - Chciałbym mieć zakład pogrzebowy -
wyszeptał nabożnie i od tej pory czuł, że znalazł swoją życiową drogę i powołanie.
Mama chłopca, Marta Bandurska, nie umiała wytłumaczyć fascynacji syna
śmiercią.
Kocio chwilę wahania co do własnej przyszłości przeżył tylko raz. W momencie, kiedy dowiedział się, że istnieje taki zawód jak patolog, nie
potrafił zdecydować, czy wolałby golić, malować i upiększać zmarłych,
czy może jednak zaglądać do ich wnętrza. Kiedy jednak dowiedział się, że
jednym z pierwszych działań podczas sekcji jest przepiłowanie czaszki i wyciągnięcie mózgu, doszedł do wniosku, że to nie jest zawód dla niego.
Nie przekonał go nawet fakt, iż po sekcji nie trzeba jakoś anatomicznie
układać narządów, tylko się je wrzuca byle jak do brzucha, przyklepując
trochę, żeby nic nie odstawało.
Marta, usłyszawszy informację, że po sekcji zwłok mózg zostaje zaszyty w okolicy nerek, stanowczo nakazała synowi kremację własnej osoby.
Oczywiście nie omieszkała wyraźnie zaznaczyć, że dopiero po śmierci.
Kocio postanowił więc na wszelki wypadek nie informować matki o prawdziwych szczegółach technicznych towarzyszących kremacji, uznając,
słusznie poniekąd, że jak przyjdzie co do czego, to jej będzie wszystko
jedno.
O tym, że sam umrze, Kocio dowiedział się także, kiedy skończył cztery
lata. Poinformował go o tym kuzyn Olek. Kuzyni i kuzynki siedzieli w ogrodzie podczas przygotowań do pogrzebu pradziadka Alojzego i opowiadali sobie straszne historie.
- A co się stanie z pradziadkiem, jak go już zakopiemy? - próbował
dociec jeden z kuzynów.
- Pójdzie do nieba - poinformowała go któraś kuzynka.
- Ale na piechotę?
- To po co go zakopywać? Żeby poszedł do nieba, musi się najpierw
rozkopać.
- Widziałeś kiedyś, żeby ktoś się rozkopał z grobu?
- Może nikt nie trafia do nieba...
- A gdzie? Wszyscy do piekła?
- Nie, to chyba niemożliwe, nawet papież się nie rozkopuje, a on na
pewno trafia do nieba.
- No to jak do tego nieba trafiają? Pociąg jakiś jeździ pod ziemią?
- Głupi jesteś! Ciało zjadają robaki, a tylko dusza idzie do nieba.
Przezroczysta jest, to nie widać, jak leci.
- Jakie robaki?
- No glisty takie. Wyjadają oczy i wchodzą do środka.
- Błeee!
- No co! Każdy umrze. Nawet Kocio.
Chłopiec drgnął.
- Ja też? - zdziwił się niebotycznie.
- Tak - z całkowitą pewnością potwierdził kuzyn Olek.
Kocio zastanawiał się przez chwilę, czy ryknąć, bo nie za bardzo mu się
uśmiechało umierać, a tym bardziej zostać zjedzonym przez robaki, ale po
chwili doszedł do wniosku, że może da się to jakoś odwlec w czasie.
- A kiedy?
- No jak będziesz stary. Jak będziesz miał około... no... jakieś
trzydzieści kilka lat.
Kocio uznał, że zanim będzie miał trzydzieści kilka lat, minie jakieś...
no... co najmniej sto lat, i uspokoił się.
- Ale naprawdę każdy umrze? - przestraszyła się kuzynka Ela.
- Każdy - potwierdził grobowym głosem Olek.
- Ty też?
- Ja też - odpowiedział kuzyn.
Dziecięce grono zamilkło oszołomione. Kocio po głębszym namyśle doszedł
do wniosku, że skoro każdy umrze, no to chyba nie ma co robić z tego
wydarzenia. Umiera, leci do tego nieba i tam spotyka się z resztą
umarlaków.
- A gdzie oni tam mieszkają? W tym niebie?
- No mają takie budki jak dla ptaszków - zaczęła kuzynka Ela, bo miała
już trochę przemyślaną tę sprawę.
- Jakie budki? - oburzył się Olek.
- No, a po co takiej duszy mieszkanie?
- Jakby mój ojciec miał przez całą wieczność mieszkać w budce dla
ptaszka, to chybaby zabił tego, co to ustala.
- Tam są same umarlaki, to nie mógłby nikogo zabić.
- Co to byłby za raj, gdyby trzeba było mieszkać w budce dla ptaszka -
popukał się w czoło Olek. - Każdy ma tam dom, i to dobrze urządzony. Idą
najpierw ojciec, potem matka, a potem dzieci i cała rodzina znowu jest
razem, tyle że po śmierci...
- Dorosłe dzieci też? Ze swoimi dziećmi? Jaki to musiałby być wielki
dom...
- A mój tata to wcale nie chciałby mieszkać z babcią. Mówi, że za każdy
dzień mieszkania z nią teraz powinien żywcem trafić do nieba.
- A moja ciotka ma trzeciego męża, to w niebie będzie mieszkać ze
wszystkimi trzema mężami?
- I z ich żonami? I dziećmi? - dodała rzeczowo kuzynka.
Olek poczuł się nieco ogłuszony stopniem skomplikowania ziemskich
związków rodzinnych i uznał, że po śmierci muszą chyba rządzić się
jakimiś innymi prawami. Przesuwać się w czasie czy jak?
Zaś Kocio zrozumiał z tych wywodów niewiele. To znaczy uznał, że kiedy
umrze, to jego ciało zjedzą robaki, ale on sam trafi do nowego domu w niebie, gdzie będą już czekali tata z mamą. Ewentualną kwestią własnej
żony i dzieci nie zaprzątał sobie na razie głowy. Człowiek umiera i się
przeprowadza do nieba, gdzie podobno bez ograniczeń można jeść lody i batoniki. Pozazdrościł pradziadkowi Alojzemu, że mu się tak dobrze
trafiło.
***
- Kochanie, co byś chciał dostać na urodziny? - nieopatrznie zapytała
mama Kocia.
- Trumnę - odpowiedział Kocio bez chwili wahania.
- Trumny ci nie kupię, kotek, bo mi cię opieka społeczna zabierze i będziesz mieszkał w rodzinie zastępczej - westchnęła jego mama.
- Może u nich będę mógł spać w trumnie? - zainteresował się chłopiec.
- Na pewno nie. Nigdzie nie można spać w trumnie.
- Można na cmentarzu. I w kaplicy. I w zakładzie pogrzebowym... - zaczął
wyliczać Kocio.
- Ale wtedy nie śpi się w trumnie, tylko jest się martwym.
Westchnął głęboko i ze szczerym smutkiem. Dlaczego nie można sobie kupić
trumny i trzymać w domu? Komu to przeszkadza? Kocio widział w internecie
łóżka dla chłopców w kształcie samochodów, motorówek i samolotów.
Dlaczego nie mógł sobie sprawić drewnianej, wyściełanej atłasem skrzyni?
Mama może i by się złamała, i kupiła dziecku wymarzony prezent, ale
prześladowała ją myśl, że codziennie rano, wchodząc do pokoju syna,
będzie go oglądać w trumnie i to może być jednak ponad jej siły.
- Wymyśl coś innego. Zgodzę się na wszystko inne, ale nie na trumnę.
Kocio poprosił więc o makietę cmentarza.
Z pomocą przyszła firma Param-Para, pracownia artystyczna, dla której
nie było rzeczy niemożliwych. Krok po kroku stworzyła piękną makietę, z miniaturkami grobów, dwiema kryptami i domkiem stróża.
Chłopiec oszalał z zachwytu i gdyby tylko mógł, nie rozstawałby się ze
swoją makietą.
Rozdział 3
W którym poznajemy kulisy początków dozgonnej przyjaźni synów i matek
- Wydaje nam się, że pani syn przejawia objawy niezdrowej fascynacji
śmiercią i jej symboliką - poinformowała mamę Kocia dyrektorka szkoły.
- Nie wydaje się wam - westchnęła smutno mama chłopca. - Przejawia.
- I co pani z tym zrobiła? - dyrektorka mrugała skonsternowana.
- A co miałam zrobić? Poszliśmy do psychologa, Kocio rozwija się
normalnie, ma tylko jedną pasję, którą wszystkim trudno zaakceptować, a przecież wszyscy kiedyś umrzemy...
- Ależ, proszę panią!
- Proszę pani - machinalnie poprawiła ją mama Kocia.
- No mówię, proszę panią! To... to... to... co to w ogóle jest? -
zapiała dyrekcja.
Mama chłopca wzruszyła ramionami.
- Czy pani wie, że Konstanty opowiada historie mrożące krew w żyłach
koleżankom z klasy? Ja już miałam cztery interwencje!
- Jakie interwencje? - zdziwiła się mama Kocia, oczami wyobraźni widząc
zbrojną akcję policyjną.
- Matczyne! - dyrekcja złapała się za bujną pierś. Mama chłopca nie
bardzo mogła dojść, czy ten gest oznaczał, że dyrekcja jest bliska
zawału, czy że chodzi jej o podkreślenie matczynej miłości.
- Kocio je straszy!
- W jaki sposób?
- Że umrą!
- Bo umrą.
- Ależ!
Mama Kocia siedziała spokojnie na krzesełku i czekała na kolejne
zarzuty.
- Ależ! - dyrekcja potarła szyję i skrzywiła się.
- Ależ co? - zainteresowała się uprzejmie kobieta.
- Ależ to nie jest informacja dla małych dziewczynek.
- Dlaczego? - zdziwiła się mama Kocia.
- Bo nie.
- A kiedy człowiek powinien się dowiedzieć, że umrze?
- Jak umrze.
- To chyba jednak trochę za późno...
- No to może chwilę przed, ale nie w taki sposób. To gwałt na młodych
duszach - rozpędziła się dyrekcja.
- A pani wie, że pani umrze? - upewniła się mama Kocia.
- Wiem, no jasne, że wiem.
- Wszyscy umrzemy i taka jest prawda. Mam karać syna za to, że
powiedział prawdę?
- Nie! Tak! - nie mogła się zdecydować dyrekcja. - To nie chodzi o to,
że to jest nieprawda, tylko żeby przed tą prawdą chronić nasze dzieci.
- Ale dlaczego?
- A dlaczego prezenty przynosi Mikołaj? Chronimy dzieci przed prawdą, że
nie ma żadnego Mikołaja, tak długo, jak się da.
- No to widocznie dłużej się nie da.
Pukanie do drzwi przerwało wymianę zdań. Do gabinetu zajrzała kobieta w eleganckiej garsonce.
- Dzień dobry. Umówiona byłam. Górecka Jagna. Mama Mikołaja.
- Mikołaja nie ma - poinformowała ją życzliwie mama Kocia.
- Słucham? - zdziwiła się Górecka. - Ja wiem, że nie ma. Pojechał do
ojca.
- Mikołaj ma ojca?
- No tak. Dlaczego miałby nie mieć ojca?
- No bo... Nikt chyba nie zna ojca Mikołaja? - odparła nieco bezradnie
Marta Bandurska.
- Ja znam - odparła sucho Jagna. - Mikołaj ma ojca. Co prawda teraz
pracuje w Skandynawii, ale...
- Czyli w Finlandii? Rodzina Mikołaja pochodzi chyba z Finlandii...
- No ja chyba wiem najlepiej, skąd pochodzi moja rodzina!
- Pani jest rodziną?
- Na miłość boską! - jęknęła Jagna. - Jestem matką. Matką Mikołaja.
Marta patrzyła na nią z bezgranicznym zdumieniem.
- Mikołaja Góreckiego - dodała Jagna.
- Proszę jeszcze chwilkę poczekać - stanowczo poprosiła pani dyrektorka.
- Mam jeszcze interwencję.
W oczach Marty mignęło wreszcie zrozumienie.
- Aaaa! Pani też?
- Ano też. Trochę się spieszę, a mój syn podobno straszy dziewczynki.
- A właśnie! - ucieszyła się pani dyrektor. - To może niech pani jednak
wejdzie. Mikołaj właśnie też straszy dziewczynki.
- Że umrą? - zdziwiła się mama Kocia. - Marta Bandurska - przedstawiła
się. - Mama Kocia.
- A! - ucieszyła się Jagna. - Mikołaj wspominał mi o Kociu. Czy pani
naprawdę pozwala synowi spać w trumnie?
- O matko przenajświętsza! - jęknęła pani dyrektor, łapiąc się za lewą
pierś, co chyba miało imitować chwyt za serce.
- Hmmm - mruknęła Marta i wskazała oczami dyrekcję. - Oczywiście, że
nie. Co też pani - dodała bez przekonania.
Dyrekcja popatrzyła na nią podejrzliwie.
Mama Mikołaja szybko się połapała, że popełniła błąd, zadając takie
pytanie w obecności przełożonej grona pedagogicznego, i machnęła
lekceważąco ręką.
- Nie no, oczywiście, wiem, że to żart. Ha, ha! - zaskrzeczała nawet,
imitując śmiech, odchrząknęła i zapytała oficjalnym głosem: - To
dlaczego mnie pani tu zaprosiła?
- Wezwałam - sprostowała dyrekcja z naciskiem. - Wezwałam obie panie, bo
Mikołaj i Kocio opowiadają straszne historie dzieciom w klasie.
Zapewniają je, że umrą. Mikołaj do tego opowiada, że prowadzi pani
zakład pogrzebowy i że kiedyś zamknęła go pani w trumnie za karę.
Mama Mikołaja ponownie odchrząknęła.
- Ależ to wszystko bzdury - powiedziała bez przekonania. - To znaczy,
owszem, prowadzę zakład pogrzebowy, ale nie zamknęłam syna w trumnie. A już na pewno nie za karę - wyrwało jej się.
- Matko kochana - jęknęła ponownie dyrekcja. - A więc to prawda?
- No przecież to nie jest nic zdrożnego? Ani zabronionego? Zakład jak
zakład. Ja mam akurat pogrzebowy, ale równie dobrze mógłby to być zakład
repasacji pończoch albo... - urwała, zobaczywszy minę dyrektorki.
- No, krótko mówiąc: tak. Mam zakład. Pogrzebowy.
- Czy to prawda, że ma pani również krematorium? - dyrekcja zaczynała
jakby omdlewać.
Marta natomiast zrozumiała, że oto Kocio znalazł najlepszego przyjaciela
i że będzie to przyjaźń na zawsze.
- Nie, krematorium mam zaprzyjaźnione, to znaczy... - plątała się,
widząc wzrok dyrekcji. - O ile krematorium może być zaprzyjaźnione, ha,
ha, wie pani, co chcę powiedzieć... No nie. Nie mam krematorium - Jagna
doszła do wniosku, że ta rozmowa od początku jakoś dziwnie wygląda.
- Proszę pań - dyrekcja podjęła bohaterską walkę o uporządkowanie
spotkania. - Chłopcy przejawiają niezdrową fascynację śmiercią. Straszą
inne dzieci. Proszę wpłynąć na synów. Uważam interwencję za zakończoną -
wstała i wyciągnęła rękę na pożegnanie. Rozmowa z tymi matkami była
ponad jej siły.
- Może wpadnie pani do mnie na kawę? - zaproponowała mama Kocia po
wyjściu ze szkoły.
- A bardzo chętnie - otrząsnęła się mama Mikołaja.
Wracając, mama Kocia zastanawiała się, czy uduszenie gołymi rękami
własnego syna będzie można podciągnąć pod afekt.
Rozdział 4
W którym w lodówce zakładu pogrzebowego zaczyna brakować miejsca
Każdego ostatniego dnia października od szesnastu lat urządzały sabat
czarownic. Trzeba przyznać, że entourage miał zawsze nienaganny,
ponieważ odbywał się na tyłach zakładu pogrzebowego. Od kiedy w Polsce
przyjęło się amerykańskie święto Halloween, zakład pogrzebowy o uroczej
nazwie Było - Minęło w okolicach początku listopada przechodził
prawdziwą metamorfozę. Trzeba przyznać, że największe zmiany były
widoczne na zapleczu. Pojawiały się tam wielkie pająki, kościotrup i zombie wyłażące z trumien, a pajęczyny zasnuwały okna. Trzydziestego
pierwszego października ciche na co dzień i pełne zadumy zaplecze
zakładu zapełniało się gośćmi.
Tego dnia Jagna Górecka, właścicielka zakładu i pomysłodawczyni sabatu,
usiadła na trumnie z jasnego drewna i westchnęła głęboko. Trzymała w ręku pozew rozwodowy, dostarczony dwie godziny wcześniej. Arkadiusz
Górecki, jej prawowity dotychczas małżonek, który pracował głównie za
granicą, zdecydował się formalnie zakończyć ich nieistniejące od dawna
pożycie.
Jagna, choć doskonale wiedziała, że jej małżeństwo od miesięcy istnieje
jedynie na papierze, poczuła się nieswojo. Po pierwsze, mógł ją przecież
zawiadomić, że zamierza się rozwieść. Po drugie, zostać rozwódką w wieku
pięćdziesięciu lat to jakoś tak głupio. Wdową, to zrozumiałe, ale
rozwódką? A po trzecie, to w ogóle jest jedno wielkie świństwo, żeby się
po tylu latach rozwodzić i porzucać ją, matkę dziecka, bez środków do
życia... Po chwili Jagna przypomniała sobie, że Mikołaj, ich syn, ma już
dwadzieścia sześć lat, właśnie skończył studia, a wyprowadził się pięć
lat temu. Ponadto zakład Było - Minęło należał jedynie do niej i przynosił bardzo dobre dochody. Przypomniała sobie też, że ma na koncie
również całkiem przyzwoitą sumkę, którą uzbierała z dość regularnych
przelewów męża. Co prawda od kilku miesięcy nie przesyłał już żadnych
pieniędzy... Nie odzywał się też w zasadzie. Na ostatnie urodziny
przesłał jej esemesa... No może i powinno jej to dać do myślenia.
- Eeeee - mruknęła do siebie i rzuciła papiery na trumnę.
Usłyszała dzwonek do drzwi, więc podkasała suknię czarodziejki i poszła
otworzyć.
- Cześć, co masz taką minę? Umarł ktoś? - błysnęła dowcipem Marta,
wchodząc do środka i strzepując krople z parasola. - Pada okrutnie,
tiara mi zmokła - dodała, odkładając parasolkę do stojaka. - No co jest?
- Arek przysłał mi pozew...
- O Jezu! A o co cię skarży?
- Skarży? A o co miałby mnie skarżyć?
- No właśnie o to cię pytam. Pozywa cię o co?
- O rozwód.
- A! No i tym się martwisz? W ciągu ostatnich trzech lat widziałaś go
chyba dwa razy?
- No niby tak, ale wiesz.
Marta wiedziała. Różnica między czasownikiem dokonanym a niedokonanym
była ogromna.
Jagna poznała Arka w Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.
Studiowali na jednym roku, oboje byli w pierwszej eksperymentalnej,
koedukacyjnej grupie. Jagna trenowała koszykówkę, jak to się mówi, po
warunkach, Arek grał w squasha. Przez długi czas Jagna uważała, że
chłopak to debil, zwłaszcza po tym, jak skoczył z najwyższej wieży na
basenie, ściągając w locie kąpielówki. Coś tam zaczęło drgać między nimi
na obozie letnim, gdzie wylosowała Arka jako partnera podczas zajęć
ratownictwa wodnego. Na obóz zimowy pojechali już jako para.
- Trzeba ci znaleźć prawnika.
- Po co? Dzieci nie mamy, majątku nie mamy... - Jagna wzruszyła
ramionami.
- Jak to? A Mikołaj? A zakład?
- Mikołaj nie jest naszym dzieckiem...
- Jak to!??? - Marta zbaraniała.
- To znaczy jest naszym dzieckiem, ale nie jest już dzieckiem, a zakład
jest mój.
- A może on ma jakiś majątek w tej Finlandii?
- No to jak ma, to to jest jego majątek, niech sobie go pomnaża na
chwałę Ahonena.
- Dlaczego Ahonena, na miłość boską?
- A znasz jakiegoś innego znanego Fina?
- Marit Bj?rgen.
- Ale jej nie lubimy, bo wygrywa z naszą Justyną. I jeszcze udaje, że ma
astmę. Słyszałaś kiedyś, żeby ktoś miał astmę i dymał po trzydzieści
kilometrów na nartach?
- Aha. No tak. Nie lubimy zdecydowanie. A tak w ogóle to ona jest
Norweżką - przypomniała sobie Marta.
- No to tym bardziej! Nawet nie jest Finką! Znaczy, chyba Finlandką?
Jezu, jaka jest prawidłowa forma?
- O matko, nie wiem - spłoszyła się Marta. - Finka to chyba taki nóż,
ale co ty głowę zawracasz, skup się! Bo jeśli on nie ma tam majątku i będzie chciał zabrać ci zakład? Może jednak weź tego prawnika - kobieta
nie wydawała się przekonana.
- Jakby nie miał majątku, toby się ze mną nie rozwodził. Widocznie
zarabia coraz więcej i boi się, że mu to zabiorę. Nie ruszy mi zakładu,
bo będzie miał pietra, że mu się dobiorę do skóry i pieniędzy. Co ty,
nie będę wydawała na prawnika.
- No nie wiem. Na prawnika ci szkoda, a szkoda może być ogromna...
- Nie szkoda, tylko to byłyby pieniądze wydane bez sensu. Rozwiedziemy
się z klasą.
- O ile to nie jest oksymoron - mruknęła proroczo Marta.
Kilka minut później zaczęli się pojawiać goście sabatu, wszyscy
odpowiednio ubrani.
- Cześć, ciociu - Mikołaj pocałował ją w szyję, jak na prawdziwego
wampira przystało.
- Cześć, kochanie. Jesteś wampirem energetycznym?
- Jeszcze nie. Dopiero będę, jak spróbuję twojego ponczu, cioteczko -
mrugnął do niej.
Po chwili pojawił się jej własny syn, Kocio, który co roku przeistaczał
się w arystokratycznego Drakulę, żeby przespać się choć jedną noc w trumnie.
- Kocio! - zawołała Jagna. - Przygotowałam ci bordową trumnę z aksamitem, ale jak mi to pognieciesz...
- Ciociu złota, gdzieżbym śmiał - błysnął ku niej długimi zębami i pogłaskał czule aksamit.
Dzwonek obwieścił nowych gości. Wiedźma Magdalena przybyła z cateringiem, jej kelner Adam szybko rozstawił półmiski. Adam, obecny
student AWF-u, w stroju martwego i lekko zjełczałego pana młodego robił
fantastyczne, odrażające wrażenie. Półmiski pachniały obłędnie, choć
trzeba im oddać, że wyglądały naprawdę paskudnie. Paluchy wiedźmy w krwistym sosie, zupa z dyni z pływającymi oczami, tartaletki z móżdżku,
upiorne ciasteczka, spalony Dżon i wiele innych paskudnych dań
zaspokajało kulinarne potrzeby uczestników sabatu.
- Rany, Magda! - jęknęła z zachwytu Marta, wpychając do ust muffinkę z pająkiem.
- Pyszne, nie? - Magda usiadła na ciemnozielonej trumnie, wyłożonej
białą koronką.
- Co tam słychać? Co u ciebie?
- Jagna dostała dziś pozew rozwodowy - poinformowała ją, przełykając
czekoladowe dodatki.
- Od Arka?
- No a od kogo? Ma chyba jednego męża?
- O, qźwa. I co? Jak się trzyma?
- Nie chce prawnika.
- Jak to nie chce prawnika? A jak on coś odstawi w sądzie? Musi mieć
prawnika! - zdenerwowała się Magda. - Jagna! Jagna! Marta mówi, że nie
chcesz prawnika. Oszalałaś? - zapytała szeptem, bo coraz więcej ludzi
pojawiało się na imprezie.
- Może i oszalałam. Nie wiem na pewno, bo jeszcze nigdy się nie
rozwodziłam - prychnęła Jagna. - Nie chcę teraz o tym gadać. Po sabacie
porozmawiamy, OK?
Magda kiwnęła głową i wielce niezadowolona wróciła na swoją zieloną
trumnę.
We trzy tworzyły pogrzebowe trio, może nie był to szczyt matrymonialnego
marketingu, ale taka była rzeczywistość. Jagna, właścicielka zakładu
pogrzebowego, Marta - posiadaczka kwiaciarni, oraz Magda - szefowa
cateringu. Wszystkie trzy kontrastowo uczestniczyły również w uroczystościach ślubnych i zaręczynowych. O ile łatwo to sobie wyobrazić
w kontekście pracy i działalności Marty i Magdy, o tyle ciężko było,
jeśli chodzi o Jagnę, ale Mikołaj wpadł na pomysł, że elegancko ubrani
kierowcy przydają się również na ślubach. Wzięli zatem w leasing piękną
białą limuzynę, którą wynajmowali do ślubów, a którą - mając na uwadze
marketingowy punkt widzenia - zaparkowali na stałe przed kwiaciarnią
Marty. Marta ubierała auto kwiatami, reklamując swoje usługi, a oba
interesy, funeralny i ślubny, kwitły.
- Ironia losu, co? - mruknęła Jagna do przyjaciółek, nalewając im ponczu
z wielkiej wazy, w której pływały różne części ciała. Marta zauważyła
oczy, obcięte palce oraz nosy.
- Jaka ironia? - zapytała czujnie Magda.
- No, że to takie święto funeralne, a u mnie teraz przestój.
- Ale ludzie chyba umierają jak co dzień?
- No tak, ale nikt nie chce robić teraz pogrzebów, w tych tłumach na
cmentarzu. Każdy chce przeczekać - niechcący łypnęła okiem w kierunku
chłodni.
- Jagna! - jęknęła Magda i odstawiła talerzyk.
- No co ja ci poradzę? - Jagna wzruszyła ramionami. Marta, dzięki
fascynacji Kocia, nie miała problemu z zaakceptowaniem, że za ścianą w chłodni kilka osób czeka na pogrzeb. Magda była nieco bardziej wrażliwa.
- Magdusia, będziemy przyjaciółkami aż do śmierci. A potem będziemy
przyjaciółkami duchami. Będziemy przełazić przez ściany i straszyć
innych - obiecała Jagna, a Magda prychnęła ponczem na białą koronkę.
- O qźwa, sorry, czekaj, wytrę...
- Dobra, zostaw, wiem, jak to schować. Jak żadne dziecko nie wlezie mi
do trumny, to nikt nie zauważy - mruknęła Jagna, a Marta tylko pokiwała
głową, patrząc w kierunku swojego ukochanego syna.
- A gdzie twój mąż? - zapytała Magda.
- Pewnie tam, gdzie twój - odcięła się Marta.
- Czyli w dupie.
- Wypijmy za to - uśmiechnęła się Jagna. - Bo mój już dawno tam
siedzi...
- Słuchaj, a gdyby tak ktoś teraz zadzwonił? - zainteresowała się nagle
Magda, patrząc z niepokojem na Jagnę.
- Kto niby?
- No rodzina zmarłego. Że zmarł. To co wtedy?
- Jak to co? - Jagna wzruszyła ramionami. - Pan Włodek czuwa.
Pan Włodek był już niepijącym kawalerem, który od samego początku
pracował u Jagny. Na początku trochę pił, nawet bardziej niż trochę, ale
jak dwa razy zabrali mu prawo jazdy, to przestał. Po prawdzie to nie
tyle zabranie prawa jazdy, ile wymsknięcie się klienta spowodowało
abstynencję pana Włodka.
Wybierali się do domu po ciało, lekko wcięty pan Włodek i pomocnik
Dionizy. Dionizy miał trzydzieści siedem lat i autyzm, ale doskonale
odnajdował się w świecie martwych. Tworzyli team doskonały, choć nieco
podpity pan Włodek stanowił pewną niewiadomą. Dionizy nie odzywał się do
nikogo. Stał w progu tak długo, aż skończyli się żegnać. Wtedy z ogromnym pietyzmem przekładał ciało do trumny i czekał, aż pan Włodek da
mu znak, że może zamykać wieko. Następnie obaj brali trumnę na barki i powoli wynosili ją z pomieszczenia. Najczęściej schodzili po schodach,
bo krewni zmarłego nie mieli zwykle głowy do tego, żeby postarać się o klucze do części towarowej windy. Raz jeden, na zakręcie między czwartym
a trzecim piętrem, trumna wymknęła im się z rąk i zaczęła sama zjeżdżać
po schodach. Niestety, z impetem walnęła w okno klatki schodowej i wyfrunęła na zewnątrz. Całe szczęście, że - spadając z nieboszczykiem -
nie zabiła nikogo innego. Zleciała na trawnik przed domem, oczywiście
się otworzyła, bo nie była to korweta pancerna, nieboszczyk mąż długim
ślizgiem pofrunął pod poloneza sąsiada i zaklinował się na amen. Przez
następne kilka godzin trwały deliberacje nad tym, czy rozbierać
poloneza, czy odciąć tatusiowi rękę. Dionizy i pan Włodek starali się
przekonać zebranych do drugiego rozwiązania, ale konsensusu wciąż nie
było. Jagna, przerażona zaistniałą sytuacją, wyrwała ze snu znajomego
chirurga, rozstawiła nad polonezem namiot i ostatecznie mąż i ojciec
trafił z powrotem do trumny. Cała ta sytuacja miała jeden plus. Pan
Włodek zdecydował, że nie tknie już więcej alkoholu, podejrzewając
(poniekąd słusznie), że mógł on mieć wpływ na zaistniałe wydarzenia.
Dlatego teraz, kiedy funeralno-ślubne trio piło poncz - pan Włodek
czuwał. Miał odbierać telefony i ewentualnie jechać po ciało. Jagna zaś
miała mu tylko przypomnieć, że ze względu na przeczekiwanie pierwszego
listopada mają tylko dwa miejsca w chłodni, jednak w ferworze zajęć oraz
z powodu pozwu Arka zapomniała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki