PIĄTEK
Na wycieraczce leżała drobna moneta.
Archie dostrzegł ją w samym środku drugiego "O" w wydrukowanym na macie nazwisku jego rodziny - COOMES - niczym źrenicę wewnątrz tęczówki. Właśnie wrócił do domu ze szkoły, ostatniego dnia przed wakacjami i jednym susem przeskoczył trzy schodki prowadzące do drzwi frontowych. Z jakiegoś powodu moneta przyciągnęła jego uwagę, aż zatrzymał się jak wryty.
Zapewne ktoś ją tu upuścił. "Podnieś grosik, a spotka cię szczęśliwego cosik", pomyślał i wziął monetę. Wydała mu się dziwnie zimna, tak jakby nie chciała, żeby ktokolwiek ją znalazł. Wzdrygnął się nieco, a wtedy drzwi się otworzyły, niemal spychając go z podestu.
- Gadasz ze ślimakami, Arch? - zapytał jego brat Max.
Archie, zakłopotany, wstał szybko i wyrzucił monetę za poręcz ganku.
- Nie - odparł. - Wcale nie.
Max gapił się na niego z szyderczym uśmiechem. Miał na sobie strój do piłki nożnej: pasiastą zieloną koszulę z napisem "Klub YMCA Seaham" na piersi, spodenki w pasy i takież podkolanówki naciągnięte na ochraniacze. Stał tam z nażelowanymi włosami, kolczykiem w uchu i twarzą całą w trądziku, który co wieczór usiłował zlikwidować za pomocą zawartości szafki pełnej preparatów, kremów i wacików, niestety z miernym efektem. Miał szesnaście lat, zaledwie trzy lata więcej od Archiego, lecz przepaść pomiędzy nimi nie mogła być większa: Max uważał Archiego za dzieciaka, ale siebie - już za dorosłego.
- Z drogi, robaku - powiedział w końcu. Drzwi zatrzasnęły się za nim, gdy zeskakiwał z trzech stopni na chodnik. Sznurowadła w korkach miał rozwiązane.
Archie odprowadził go wzrokiem, po czym zarzucił plecak na ramię i otworzył drzwi. Zerknął w dół i zamarł.
Moneta znów leżała na wycieraczce. Dokładnie w tym samym miejscu, z którego ją podniósł.
- Zamykaj drzwi, przypale! - dobiegł głos z głębi domu, należący do jednej z sióstr Archiego. W tej chwili nie był w stanie rozróżnić, do której. Całe jego rodzeństwo wydawało się brać udział w wyścigu, które z nich potraktuje okrutniej najmłodszego brata. Zostawił monetę tam, gdzie leżała, i wszedł do domu, pozwalając, by drzwi się za nim zamknęły.
Piętnastoletnia Olivia siedziała na kanapie, grając na nintendo. Jeden z braci Mario skakał właśnie ze stosu cegieł na maszt z flagą. Było jasne, że to nie Olivia na niego wrzeszczała: była zbyt pochłonięta tym, co działo się na ekranie. Annabelle, jej bliźniaczka, siedziała po drugiej stronie kanapy, bawiąc się falującymi brązowymi włosami.
- Wpuszczasz muchy do domu, gamoniu - zbeształa go.
- Na wycieraczce leży moneta - odparł Archie, wskazując kciukiem za siebie. - A kiedy ją... - Siostry zmierzyły go obojętnymi spojrzeniami. - Kiedy ją podniosłem... Ech, nieważne.
Na ekranie trzy małe fajerwerki eksplodowały po kolei nad rozpikselowanym zamkiem.
- Teraz była twoja kolej, żeby wynieść śmieci - powiedziała Annabelle.
- Sorka - odparł Archie. - Zapomniałem. Wyniosę teraz, okej?
- Za późno. Ojciec już to zrobił - oznajmiła Olivia.
- Tato jest w domu?
Archie spojrzał na zegarek stojący na gzymsie kominka: była za piętnaście czwarta. Peter Coomes rzadko wracał do domu przed szóstą.
- To po co w ogóle mi o tym mówicie, skoro tato już to zrobił?
- Bo sobie nagrabiłeś - wyjaśniła Olivia, ponownie skupiając się na grze.
- I to podwójnie - uzupełniła Annabelle.
Chłopak zerknął w stronę kuchni. Drzwi były zamknięte, ale słyszał dobiegający zza nich głos ojca, który najwyraźniej rozmawiał przez telefon. Poszczególne wypowiedzi przedzielały długie pauzy, podczas których Peter chrząkał i przytakiwał. Archie podszedł do drzwi i uchylił je nieco, na tyle, żeby widzieć ojca stojącego przy kuchennym blacie, prawą ręką trzymającego przy uchu żółtą słuchawkę, i masującego sobie skronie kciukiem i środkowym palcem lewej.
- Wiem o tym, pani Rockwell - mówił właśnie. - Tak, jestem tego w pełni świadom. Proszę mi wierzyć, to dla mnie równie trudne, jak dla pani. Liczyłem na to, że... - Znowu mu przerwano. Jego lewa ręka opadła i teraz kręciła spiralnym kablem łączącym słuchawkę z korpusem telefonu. Archie dostrzegł również matkę, odwróconą plecami do niego. Opierała się o lodówkę, patrząc na męża. Zamknął drzwi i wrócił do salonu.
- O co chodzi? - zapytał.
- Nie mam pojęcia - przyznała Olivia.
- Ojciec już tu był, jak wróciłyśmy - dodała Annabelle.
Archie usiadł na fotelu przy kanapie i spojrzał na akcję rozgrywającą się na ekranie. Wciąż słyszał z kuchni stłumiony głos rodzica.
- Candace, mówię tylko, że... - perorował Peter. - Mówię tylko, że... Daj mi dokończyć. Daj mi, proszę, dokończyć. Mówię tylko, że nie ponoszę tu odpowiedzialności. Rozmawiałem z inżynierem. Chodzi o to, że wszędzie tu było pełno znaków ostrzegawczych, jeszcze przed środą. Tak, przed środą. Nie możemy po prostu... - Nastąpiła dłuższa pauza, po której ojciec kontynuował: - Mhm. Łapię, jasne. Ale rozumiesz, rzecz w tym, że mój inżynier powiedział, że nie możemy tak po prostu dalej działać. Nie przy tych problemach z sejsmiką, jakie tam występują.
Arche wymienił spojrzenia z Olivią, która natychmiast wróciła wzrokiem do ekranu.
- Nie wiemy, jak daleko sięgają - mówił właśnie ich ojciec. - Te... rozpadliny. A dopóki tego nie ustalimy, nie mogę przecież pozwolić na dalsze roboty. Przykro mi, Candace. - Po czym nastąpiła kolejna seria "mhm" i "no wiem", a po nich kolejne przeprosiny, aż Archie usłyszał słuchawkę odkładaną na widełki. Matka i ojciec rozmawiali przez chwilę ściszonymi głosami, a potem drzwi do salonu stanęły otworem. Liz, matka Archiego, zajrzała do pokoju i posłała synowi wymuszony uśmiech.
- Cześć, Arch. Jak tam było ostatniego dnia w szkole? - zagaiła.
- Fajnie - odpowiedział. - O co chodzi z tatą?
Liz spojrzała z udawanym zaskoczeniem, jakby po raz pierwszy zetknęła się z umiejętnościami dedukcyjnymi syna, ale potem spoważniała.
- No cóż, pewnie powinniście wiedzieć...
- Wiedzieć co, mamo? - zapytała Olivia.
- Wasz tato będzie przez pewien czas w domu - wyjaśniła matka. - Wstrzymano prace na placu budowy.
Annabelle oderwała wzrok od telewizora. Z głośnika rozległa się kaskada smutnych pisków, kiedy Mario wpadł do dziury pomiędzy dwoma beżowymi słupkami.
- To nic nadzwyczajnego, kochani - zapewniła Liz. - Tymczasowa przerwa, dopóki się nie zorientują, co się tam dokładnie dzieje.
A jednak Archie pomyślał, że to nadzwyczajna sytuacja. Wiedział, że poprzedni rok był trudny dla rodziców. CoastAid, organizacja non profit, dla której pracowała jego mama, zlikwidowała w listopadzie jej stanowisko i od tamtej pory Liz była bezrobotna. Od kiedy Archie sięgał pamięcią, Seaham przeżywało kryzys, podobnie jak większość nadbrzeżnych miasteczek. Dlatego wszyscy poczuli ulgę, kiedy firma Coomes Constructions wygrała przetarg na projekt nowego hotelu, którego budowę zaplanowano na nadmorskich klifach na północ od miasta.
- Co to znaczy? - zapytała Annabelle.
- Ach, na razie dokładnie tego nie wiemy - przyznała Liz. - Zapewne wszyscy będziemy musieli zacisnąć trochę pasa.
- A co to z kolei znaczy? - spytała Olivia.
- Dokładnie to, co słyszałaś. Dopóki nie będziemy wiedzieli więcej na temat naszej sytuacji finansowej, będziemy musieli się wstrzymać z paroma rzeczami - wyjaśniła matka.
Dzieciaki już wiedziały, do czego zmierza: pod koniec lata rodzina planowała wycieczkę do Los Angeles, wynajęcie bungalowu przy plaży i dwudniową wizytę w Disneylandzie.
- Ale pojedziemy tam, prawda? - zapytała Olivia, wpatrując się w matkę.
- No cóż... - powiedziała Liz. - Chodzi o to, że będziemy musieli...
- Do dupy! - wrzasnęła Annabelle, dmuchając w grzywkę, falistą plątaninę włosów, którą starannie formowała co rano w oparach lakieru. Wstała gniewnie z kanapy i przemaszerowała obok matki.
- Jak ty się wyrażasz?! - Liz przywołała ją do porządku.
- Co, do dupy? - Dziewczyna zatrzymała się na pierwszym stopniu schodów prowadzących na piętro. - Dupa. Dupa. Dupna dupa pełna dupków!
- Annabelle! - zawołała bezradnie Liz.
Córka poszła na górę, a zaraz za nią Olivia, rzucając matce w przelocie obrażone spojrzenie.
Z telewizora płynęła zapętlona muzyka z Super Mario Bros. Archie podniósł pilota i wyłączył odbiornik.
W drzwiach kuchni pojawił się Peter.
- Hej, Arch. Szczęśliwego ostatniego dnia szkoły, chłopie. Absolwent ósmej klasy i tak dalej. Wielki dzień!
Archie zignorował powitanie.
- Czy to prawda?
Peter założył ręce na piersi i oparł się o futrynę.
- Tak - powiedział, rzucając żonie krótkie spojrzenie. - Tak, to prawda. Pamiętasz Joego, który był u nas na kolacji parę tygodni temu? Tego inżyniera? Razem ze swoją załogą wykonywali pierwsze wykopy, tuż poniżej klifu, i okazało się, że jest tam cała sieć podziemnych otworów. Coś jak jaskinie, rozpadliny w skale. - Potarł czoło i ciągnął: - W każdym razie cały klif pod posiadłością Langdonów wygląda jak ser szwajcarski. Nie da się na tym budować.
- A nie mogą po prostu znaleźć innego miejsca? - zapytał Archie. Nie wiedział zbyt wiele o tym projekcie, dotarło do niego tylko tyle, że Candace Rockwell, deweloperka z Portland, miała zamiar postawić za pięć milionów dolarów hotel na klifie nad oceanem, w pobliżu Domu Langdonów. Zapowiedź tej budowy znalazła się jakiś czas temu na czołówce "Daily Astorian" i wszyscy dorośli o tym dyskutowali.
Peter pokręcił głową i zmarszczył brwi.
- Nie sądzę - powiedział. - Wygląda na to, że szefowa zakochała się w tym miejscu. Jest zdecydowana dopiąć swego, ale to nie ja jej zbuduję ten hotel, co to, to nie. I nie spodziewam się, żeby miała więcej szczęścia przy poszukiwaniach kogoś na moje miejsce. - Jego dłonie o grubej skórze zawsze wyglądały na utytłane, pobrużdżone czarnymi liniami brudu i sadzy. Nie był jeszcze taki stary, dopiero co skończył czterdzieści trzy lata, ale praca go postarzyła, sprawiła, że jego ramiona obwisły, a skóra pociemniała.
- To nie wygląda jak tymczasowa przerwa - stwierdził Archie, patrząc teraz na matkę.
Peter również spojrzał na Liz.
- Nie - westchnął. - Nie wygląda. - Wziął głęboki oddech i dodał: - Ale coś na pewno wymyślimy. Nie musisz się przejmować.
- Tato ma rację - wtrąciła Liz i uśmiechnęła się do syna.
- I nie znaczy to, że przestaniemy urządzać wieczorki z pizzą i filmami - uzupełnił ojciec. - Mała pizza od Antonia i jakiś hit na ekranie są dobre na wszystko, no nie?
Archie pozostał obojętny.
- Tak, pewnie - odparł. Zarzucił plecak na ramię i poszedł na górę.
Postawił plecak na krześle przy biurku w swoim pokoju i rzucił się na łóżko. Leżąc na brzuchu słyszał przez ścianę rozmawiające siostry. Pomruk ich głosów wydał mu się upiorny, więc nacisnął klawisz odtwarzania na żółtym boomboksie Sony, żeby je zagłuszyć. Z głośników ryknął głos wokalisty, schwytany w pół wersu, śpiewający coś o złocie i perłach wykradzionych z morza.
Wiatr od morza wstrząsnął oknem. Gałęzie drzewa zaszumiały, a Archie oparł głowę na rękach i wyjrzał na ulicę. Dom Coomesów stał kilka przecznic od głównej alei Seaham i jeszcze dalej od oceanu, ale morska bryza, sól unosząca się w powietrzu i odległy łoskot fal były tu wszechobecne.
Myśl o letnim biwaku wystarczyła, żeby poprawić mu humor. Na pomysł wyprawy wpadł Chris Pedersen, kumpel, z którym Archie przyjaźnił się najdłużej. Dwie noce w lesie z trójką najbliższych przyjaciół, Chrisem, Oliverem Fife'em i Atheną Quest doskonale nadawały się na odlotowy początek wakacji. Znaleźli idealne miejsce, równą polanę kilka mil w głąb puszczy, przy starej leśnej drodze, tuż za domostwem starego Lee Novaka. Obejrzeli ją podczas wiosennej przerwy i poświęcili większość czasu na wycięcie krzaków i wykopanie paleniska. Zbudowali nawet pod drzewami coś w rodzaju szałasu z jednospadowym dachem, ale nie wiedzieli, czy wciąż stoi, ponieważ kwiecień tego roku był wyjątkowo wietrzny i deszczowy. W poniedziałkowy poranek wyruszą tam razem i sprawdzą - taki był plan. Spędzą pierwsze popołudnie na uprzątaniu obozowiska i może trochę je ulepszą.
Przewrócił się na plecy i pozwolił, by opłynęła go muzyka; ostre gitarowe riffy sunęły spiralami z żółtego boomboksa, a wokalista zawodził: "Jesteś wszystkim, co mi pozostało..." Archie poczuł, że musi podkręcić głośność, aż głośniki zaczęły trzeszczeć, a siostry - walić w ścianę.
- ŚCISZ TO! - wrzasnęła jedna z nich. Teraz nie był to już upiorny szept, tylko wycie demona. Archie beztrosko je zignorował.
Najpierw musieli wybrać jakiś film.
- Coś strasznego - zaproponował Max, który zdążył wrócić z treningu piłkarskiego, a teraz wycierał się ręcznikiem po prysznicu. Wyskoczył z łazienki, kiedy dosłyszał, że dyskutują, jaki film wypożyczyć.
Liz nie miała ochoty na żaden horror.
- Nie, nic strasznego - sprzeciwiła się. - Ani zbyt brutalnego. - Spojrzała na Archiego.
Zarumienił się.
- Mam już trzynaście lat, mamo - zaoponował.
- Mimo to - odparła, tak jakby mu nie wierzyła, jakby nie chciała mu uwierzyć. Zawsze będzie najmłodszym dzieckiem w tej rodzinie. - Może jak będziesz starszy.
- A może coś strasznego, ale dla dzieci? - wtrącił Peter.
Nastolatkowie spojrzeli na niego z ukosa, tak jakby wygłosił potworne bluźnierstwo.
- No co? - Uniósł dłonie w obronnym geście. - Słyszeliście kiedyś o Narzeczonej Frankensteina? Jak byłem w waszym wieku, wydawała mi się przerażająca.
- Tato nie głosuje - orzekła stanowczo Olivia.
Rozdrażniony Max skrzyżował ramiona. Był w najlepszym wieku, by oglądać horrory i thrillery, a rodzinny wieczór filmowy rzadko zapewniał mu podobną rozrywkę.
- Może nie powinieneś być takim cieniasem, co, Arch? - rzucił gniewnie.
- Nie boję się - odparł Archie z równą irytacją. - Oglądałem u Chrisa Teksańską masakrę piłą mechaniczną.
- Że co? - Mama zrobiła wielkie oczy.
- Ooo - zakpił Max, zupełnie nieporuszony. - Wielki Archie, co za twardziel.
- No, akurat. Greg Sanders opowiadał Oliverowi, że w czasie wiosennej przerwy był u Lauren Hamilton, oglądaliście Obcego, a ty przez całą końcówkę miałeś zamknięte oczy - odpalił jego młodszy brat.
- Czekaj, co oglądałeś u Chrisa? - powtórzyła Liz.
- Po prostu zapytaj Randy'ego, co wypożyczyć - zaproponowała Olivia, szybko zmieniając temat. Archie podziękował jej w duchu.
- Tak - poparł córkę Peter. - Zapytaj Randy'ego. Coś zabawnego, coś dla całej rodziny. - Randy Dean był właścicielem Filmowego Fioła, najlepszej (i jedynej) wypożyczalni wideo z kasetami Betamax na oregońskim wybrzeżu. Stanowił również źródło wiedzy o filmie, prawdziwą encyklopedię mało znanych faktów.
- Bueee - jęknął Max. - Skończymy oglądając jakiś czarno-biały rosyjski film o klaunach albo coś w tym rodzaju.
- Ale uwiń się szybko - polecił Peter. - Zaraz dzwonię po pizzę.
Chwilę później Archie znalazł się za drzwiami frontowymi. Zbiegł po schodach, wskoczył na rower, wyjechał na jezdnię i ruszył w kierunku głównej ulicy.
Dzień był ciepły, toteż bryza od morza raczej ogrzewała, niż chłodziła. Rozpędził się nieco i już bez pedałowania zjechał ze wzgórza, czując, jak w miarę nabierania prędkości owiewa go coraz silniejszy wiatr. Nacisnął hamulce przed znakiem stopu przy Overland, ale prawie nie zwolnił na skrzyżowaniu. Znaki stopu w Seaham traktowano bardziej jak sugestię niż nakaz. Wkrótce wtoczył się na Charles Avenue, nazwaną tak od imienia założyciela miasta, Charlesa Langdona. Od imienia, ponieważ ulicę biegnącą od autostrady już wcześniej ochrzczono Langdon Road.
Langdon, król branży futrzarskiej z końca dziewiętnastego wieku, odcisnął piętno na niemal każdym zakątku miasta. W Seaham znajdował się więc Dolly Park, którego nazwa upamiętniała najmłodszą córkę Langdona, zmarłą na suchoty w wieku jedenastu lat, a także nazwana od imienia jego żony Abigail Street, biegnąca prostopadle do Charles Avenue, która z kolei zmierzała ku oceanowi, a tam przecinała ją Bosun Drive, równoległa do plaży i nosząca imię ulubionego bernardyna Charlesa. Nad tym całym układem pamiątkowych ulic górowała oczywiście posiadłość Langdonów, szacowny wiktoriański potwór, obecnie niemal całkowicie zrujnowany. Stał na klifie na północ od miasta, zagrożony rychłym wyburzeniem - przynajmniej do momentu rozmowy telefonicznej, którą przeprowadził tego popołudnia Peter Coomes. Mimo że imiona i nazwisko Langdonów figurowały na połowie tabliczek z nazwami ulic w mieście, rodzina po cichu usunęła się w cień. Ich dom stał pusty. Służył jednak jako pożywka dla wyobraźni dzieciaków z okolicy, które dzieliły się opowieściami o duchach nawiedzających Langdon House i okropnych morderstwach, jakie bez wątpienia popełniono kiedyś w jego murach. Wśród uczniów podstawówki w Seaham narodziła się nowa tradycja: rzucać młodszym rocznikom wyzwanie, by weszli po zmroku przez bramę na teren posiadłości i rzucili kamieniem w okno. Niestety za czasów Archiego w całym domostwie nie pozostała już ani jedna nietknięta szyba, toteż on i jego przyjaciele musieli zadowolić się innymi bohaterskimi czynami, takimi jak oberwanie okiennicy albo deski z zewnętrznej okładziny ściany.
Archie skręcił w prawo, w Charles Avenue, biegnącą ku plaży. Na głównej ulicy widać było jeszcze kilka samochodów, ale tłum pierwszych letników w tym roku w większości opuścił już Seaham późnym popołudniem, zmierzając ku wynajętym domkom i motelom z widokiem na ocean. Goście zaczynali gromadzić się w Morskiej Wiedźmie, jedynym barze w Seaham, a w okolicy unosiła się jego charakterystyczna woń, ciężka mieszanka zapachu piwa i dymu papierosowego. Archie przejechał obok sklepu spożywczego i pomachał pani Parsons, która wytaczała wózek z przecenionymi książkami w miękkich okładkach przed wystawę Bookstall, jedynej księgarni w Seaham.
Przez całą długość następnej przecznicy ciągnęły się sklepy z latawcami i słodyczami, które na zimę zapadały w hibernację niczym niedźwiedzie, budząc się tylko na pięć miesięcy letniego sezonu turystycznego w Seaham. Teraz jednak latawce prezentowały się dumnie na wieszakach nad chodnikiem, a na sąsiednich wystawach mechaniczne ramiona rozciągały i mieszały różową masę ciągutkową, niczym superbohatera, którego największy wróg przepuszcza przez wyżymaczkę.
Na rogu Charles i Devon (nazwanej tak dla uczczenia angielskiego hrabstwa, z którego pochodzili Langdonowie) znajdował się niegdysiejszy bar, kupiony przez Randy'ego Deana i przekształcony w wypożyczalnię kaset wideo. To tutaj zdążał Archie, kiedy niemalże wjechał w kobietę stojącą na środku ulicy.
Nacisnął gwałtownie hamulce, a rower zanurkował i chłopiec poczuł, jak nagła siła ciągnie go do przodu nad kierownicą. W samą porę zdołał się odchylić, a tylne koło pojazdu z łomotem uderzyło w krawężnik i się oślizgnęło. Archie wrzasnął i wyrzucił nogę w bok, żeby się nie przewrócić, ale było już za późno. Uderzył ciężko w ziemię.
Podniósł wzrok, żeby przyjrzeć się stojącej nad nim kobiecie. Starsza pani miała na oko siedemdziesiąt lat, a jej twarz poznaczona była zmarszczkami. Skórę miała opaloną na ciemnobrązowo, jej strój był brudny, postrzępiony i utytłany ziemią. Patrzyła obojętnie na chłopaka, najwyraźniej niewzruszona tym, że przed chwilą niemal ją staranował.
Archie oczekiwał od staruszki jakiejkolwiek reakcji, choćby nawet oburzenia, jakiegoś "patrz, gdzie jedziesz, chłopcze!", ale się nie doczekał. Wstał więc z jezdni i powiedział:
- Przepraszam, nie zauważyłem pani.
Kobieta nadal się na niego gapiła. Jej szczęka obwisła, oczy miała szeroko otwarte, tak jakby właśnie doświadczyła czegoś przerażającego. Archiego przeszył dreszcz.
- Wszystko w porządku? - zapytał w końcu.
- Powinni byli zostawić to w ukryciu - powiedziała kobieta cichym, łamiącym się głosem. Ślina spływała jej z kącika ust. - Powinni byli zostawić to w ukryciu.
- Słucham?
Staruszka zaczęła ku niemu sunąć, wwiercając się teraz wzrokiem w jego oczy.
- Coś tam na dole znaleźli - wymamrotała. - Na dole, pod klifem. Coś, co powinno tam zostać. Słyszysz?
- Yy, tak - odpowiedział Archie. Podniósł rower z jezdni i odsunął się powoli od kobiety. - Nie wiem, o czym pani mówi.
Zmrużyła raptownie oczy i wykrzywiła usta, a on zdał sobie sprawę, że zaczęła płakać.
- Powinni byli zostawić to w ukryciu! Powinni byli zostawić to w ukryciu! - piszczała głosem nabrzmiałym paniką, a Archie zaczął się rozglądać, sprawdzając, czy widzi to ktoś poza nim. Zastanawiał się także, czy nieznajoma potrzebuje pomocy, bo może właśnie przeżywa załamanie nerwowe. Nie sądził, by jemu samemu udało się z tym poradzić. Tymczasem nagle wszystkie emocje zniknęły z jej twarzy, odwróciła się od niego i poszła dalej ulicą. Słyszał, jak szura nogami i mamrocze do siebie w kółko: - Powinni byli zostawić to w ukryciu...
Archie poczuł się dziwnie wstrząśnięty. Stał nieruchomo na chodniku, patrząc za kobietą.
W tym momencie poczuł dokuczliwe kłucie w prawej nodze. Podwinął dżinsy i zobaczył, że zdarł sobie kawał skóry z goleni. Skrzywił się i opuścił nogawkę, po czym poprowadził rower do słupka z nazwą ulicy i przypiął do niego swój pojazd. Spojrzał w głąb przecznicy, by sprawdzić, czy staruszka wciąż tam idzie, ale nie było jej nigdzie widać. Opanował dreszcz i wszedł do wypożyczalni wideo.