Gwiazdki nad Massachusetts - Roma J. Fiszer

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

1.

Korynna z oczami błysz­czą­cymi ze wzru­sze­nia naresz­cie wsia­dła do samo­chodu Jerzego.

- Mogła­bym tutaj zamiesz­kać na stałe... - wyszep­tała, odwra­ca­jąc się w stronę chaty, gdzie przed gan­kiem stała wsparta o ramię Pawła jej przy­ja­ciółka Vanessa.

Prze­słała jej jesz­cze jed­nego buziaka, a kiedy auto ruszyło, machała nie­stru­dze­nie, póki tamta nie znik­nęła jej z oczu. Dopiero wtedy odwró­ciła się w kie­runku jazdy i głę­boko wes­tchnęła. Jerzemu wydało się, że dziew­czyna chce coś powie­dzieć, ale ona wpa­try­wała się w szosę i mil­czała.

- Naprawdę ty, kra­ku­ska z dziada pra­dziada, wytrzy­ma­ła­byś tutaj? - spy­tał po chwili, zer­ka­jąc na nią.

- A czy coś mnie tam trzyma? - Naj­pierw omio­tła wzro­kiem połu­dniowe niebo, pod któ­rym gdzieś daleko leżał Kra­ków, a dopiero potem spoj­rzała na kie­rowcę.

- Wyda­wało mi się, że masz tam dom, pracę, przy­ja­ciół... - zaczął wyli­czać.

- Twoje pierw­sze słowa wszystko wyja­śniają - prze­rwała mu mach­nię­ciem dłoni. - Wyda­wało ci się - zacy­to­wała go i poki­wała głową.

- Ale jed­nak...

- Posłu­chaj, Jerzy. Kocham Kra­ków, to oczy­wi­ste, ale tak naprawdę nikogo bli­skiego tam nie mam... Nikogo od serca - uści­śliła, akcen­tu­jąc ostat­nie słowa. - Jedna cio­cia to mało... Cho­ciaż co do cioci, to jest w tym ciut mojej winy - przy­znała. - Tutaj to co innego. - Odwró­ciła się raz jesz­cze w kie­runku leśnej drogi, z któ­rej przed chwilą wyje­chali na asfal­tową szosę. - Muszę sobie wszystko dokład­nie prze­my­śleć.

- Ale prze­cież wyzna­łaś mi na wzgó­rzu, że w two­ich pla­nach...

- Tak, Jerzy. W moich pla­nach jesteś rów­nież ty! - weszła mu zde­cy­do­wa­nie w słowo. - Dla­tego dzi­siaj jadę z tobą. - Nie­ocze­ki­wa­nie dla niego mru­gnęła.

- A gdy­bym nie jechał na połu­dnie?

- Nie mam poję­cia - odparła, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Choć prze­cież podobno wybra­łeś ten kie­ru­nek ze względu na mnie. - Uśmiech­nęła się zadzior­nie. - Posłu­chaj, kochany... - zaczęła, ale zawie­siła głos, widząc jego zdzi­wie­nie. - Nie mogę tak do cie­bie mówić?

- Możesz, tylko nikt wcze­śniej tak do mnie nie mówił... A nie, bab­cia - zaśmiał się cicho.

- Kochany Jerzy... - wzno­wiła z uśmie­chem Korynna, ale ponow­nie prze­rwała i dotknęła ręką jego dłoni spo­czy­wa­ją­cej na kie­row­nicy, po czym spo­waż­niała. - Spę­dzi­łam przy Vanes­sie, w Gdyni i tutaj w lesie nad jezio­rem, pra­wie mie­siąc. Wcze­śniej przez cztery dni gości­łam ją w Kra­ko­wie. Poko­cha­łam ją... Jest dla mnie jak sio­stra. A potem ta kata­strofa... Wszystko w grun­cie rze­czy stało się przeze mnie. Mogłam jej wtedy nie wypusz­czać - powie­działa nagle łamią­cym się gło­sem.

Jerzy przy­ha­mo­wał i zatrzy­mał się na pobo­czu. Odwró­cił się do dziew­czyny i wpa­trzył w jej twarz.

- Korynno - rzekł cie­pło. - Nie możesz się tak zadrę­czać. Przy niej byłaś twarda... W każ­dym razie taka jak trzeba - popra­wił swoją ocenę. - Gdy­by­śmy zawsze byli w sta­nie prze­wi­dzieć wszystko, co się może wyda­rzyć, to na Ziemi pano­wałby raj. To nie była twoja wina. - Pogła­dził jej dłoń. - W miło­ści w spo­sób natu­ralny kie­ru­jemy się emo­cjami, bra­kuje nam dystansu, nale­ży­tej oceny sytu­acji. A lepiej wziąć trzy razy głę­boki oddech, zasta­no­wić się przed uczy­nie­niem jakie­go­kol­wiek kroku... Zresztą wydaje mi się, że ty byś tak pochop­nie jak ona nie postą­piła. Jesteś inna, bar­dziej racjo­nalna. - Objął ją ramie­niem.

- Tak sądzisz?

- Czuję to jako męż­czy­zna, ale też jako facho­wiec - dodał z mru­gnię­ciem, żeby się roz­ch­mu­rzyła.

Udało się, uśmiech­nęła się przez łzy. W jego dło­niach bły­ska­wicz­nie zna­la­zła się chu­s­teczka. Roz­po­starł ją i otarł deli­kat­nie jej oczy. Po chwili Korynna, trzy­ma­jąc tka­ninę, z podzi­wem wpa­try­wała się w jej zapra­so­wane kanty.

- Jak ty to robisz?

- Tak się nauczy­łem - odparł, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Jesteś zawsze... taki nie­na­ganny - wypa­liła. Teraz ona go roz­śmie­szyła.

- Twoje imię, Korynna... - pogła­dził pal­cem jej poli­czek - ...jest jak szum gór­skiego potoku w pro­mie­niach poran­nego słońca. - Uśmiech­nął się i poca­ło­wał ją.

- Zapa­mię­ta­łeś, jak bar­dzo mi się spodo­bał twój pierw­szy komen­tarz do mojego imie­nia, kiedy pozna­li­śmy się w szpi­talu. Powtó­rzy­łeś go. Jesteś taki dobry i... kochany - zakoń­czyła ciszej i poca­ło­wała go w usta.

Odwza­jem­nił poca­łu­nek, a po chwili wró­cił do pozy­cji kie­rowcy i spoj­rzaw­szy przy­tom­niej na zegar umiesz­czony na pul­pi­cie, głę­boko wes­tchnął.

- Cała Pol­ska przed nami, a marzy mi się... - To mówiąc, wpa­trzył się w jej twarz.

- Mnie też się to marzy, Jerzy. Bar­dzo bym chciała zasnąć i obu­dzić się przy tobie - szep­nęła. - Nie tak jak na wzgó­rzu nad jezio­rem, cho­ciaż też było cudow­nie - dodała, prze­chy­la­jąc zalot­nie głowę.

Jerzy powtór­nie głę­boko wes­tchnął. Zdą­żył poznać jej nagłe zmiany nastroju i nawet je polu­bił.

- Te same fale, więc mamy podobne myśli - rzekł, ponow­nie zwra­ca­jąc się przo­dem do dziew­czyny. - Szpi­talna sala Vanessy, gdzie spo­tka­li­śmy się przy jej łóżku, two­ich kilka słów o sobie, nie­zwy­kle komu­ni­ka­tyw­nych i szcze­rych. Byłem nimi praw­dzi­wie zasko­czony, bo to rzadki dar.

- Ina­czej nie potra­fię.

- Teraz już wiem, tro­chę pozna­łem cię i tam, i w tutej­szym lesie, cha­cie nad jezio­rem. - Zer­k­nął w lusterko wsteczne. - Wiesz, wtedy w Gdyni mia­łem wra­że­nie, jak­by­śmy znali się już wcze­śniej i nie­ocze­ki­wa­nie spo­tkali ponow­nie.

- Tak pięk­nych i zara­zem bez­tro­skich dni jak te w cha­cie Pawła i Vanessy nie spę­dzi­łam od bar­dzo dawna. Ona zdro­wie­jąca to raz, a po dru­gie ty. - Dotknęła pal­cami jego dłoni. - Wiem, że masz w Rabce wszystko umó­wione i musisz tam być pierw­szego paź­dzier­nika, ale... czy mógł­byś zostać u mnie na pozo­stałe dni?

Spoj­rzała w jego oczy. Jerzy z wra­że­nia prze­łknął ślinę.

- Na wszelki wypa­dek... zare­zer­wo­wa­łem sobie hotel w pobliżu Głów­nego Rynku, bo z two­jej roz­mowy z Vanessą zro­zu­mia­łem, że miesz­kasz nie­da­leko - odparł na raty i wymi­ja­jąco.

- Tak, mój dom jest tuż obok, na Kle­pa­rzu.

- Nie śmiej się, ale nazwa Kle­parz nic mi nie mówi. To zna­czy sły­sza­łem ją kie­dyś. Jako dzie­ciak byłem na szkol­nej wycieczce w Kra­ko­wie, a potem jakoś ni­gdy nie udało mi się tam wró­cić jako doro­słemu czło­wie­kowi. - Uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco.

- Moje miesz­ka­nie nie ma gwiaz­dek jak hotel, który sobie zare­zer­wo­wa­łeś, ale gdyby to ci nie prze­szka­dzało...

- Ono ma jedną gwiazdkę, i to tę naj­cen­niej­szą. Cie­bie... - Jerzy znowu obda­rzył ją cału­sem.

- Ale twoja rezer­wa­cja...

- Zaraz z niej zre­zy­gnuję.

- Co prawda stan­dard mojego miesz­ka­nia jest dość lichy. Bar­dzo się zdzi­wisz - powie­działa z lek­kim ocią­ga­niem.

- Ze słów Vanessy zro­zu­mia­łem, że pięk­nie miesz­kasz.

- Ow­szem, powie­działa tak, ale to ocena malarki, artystki, która podzi­wiała inne ele­menty niż funk­cjo­nal­ność czy nowo­cze­sność.

- Jeśli mnie przyj­miesz, to sam oce­nię.

- Zosta­wi­łam w nim bała­gan - dodała z zawsty­dzoną miną. - Sko­pane łóżko, nie­umyta szklanka...

- Na pewno wszystko mi się spodoba. - Mach­nął ręką. - Ja też tak czę­sto u sie­bie zosta­wia­łem.

Teraz Korynna go poca­ło­wała.

- W takim razie ruszajmy, bo ja tak zrzę­dzić mogę jesz­cze długo - powie­działa po chwili. - Masz obmy­śloną trasę?

Ski­nął głową, bły­ska­wicz­nie musnął ustami jej poli­czek, nabrał powie­trza w płuca i po chwili wyje­chał znów na szosę. Uśmiech­nięta Korynna wpa­try­wała się, jak samo­chód nabiera pręd­ko­ści.

- Kiedy nie mogły­ście się odkleić z Vanessą, zdą­ży­łem wszystko wpi­sać, a potem raz jesz­cze sko­ry­go­wać - wyja­śnił po chwili sprawę trasy, wska­zu­jąc na ekran nawi­ga­cji.

- Sko­ry­go­wać?!

- Bo nie lubię jeź­dzić auto­stra­dami - wyja­śnił. - Naj­pierw więc wpi­sa­łem jedne mia­sta, a potem tro­chę zmie­ni­łem. Możesz spoj­rzeć i oce­nić. - Wska­zał wzro­kiem na wyświe­tlaną mapkę. - Kiedy zatrzy­mamy się na dru­gie śnia­da­nie czy kawę, mogę jesz­cze raz sko­ry­go­wać, zwłasz­cza że teraz na końcu trasy muszę wpi­sać Kle­parz. - Mru­gnął. - I wtedy zre­zy­gnuję z rezer­wa­cji hotelu... o ile się nie wyco­fasz - dodał.

- Niczego bym już nie zmie­niała na tra­sie - ode­zwała się Korynna po dłuż­szej chwili wpa­try­wa­nia się w nawi­ga­cję. - Tylko Kle­parz obo­wiąz­kowo trzeba dopi­sać. A to się moi sąsie­dzi zdzi­wią, kiedy cię zoba­czą - prych­nęła po chwili zabaw­nie.

- Dla­czego?

- Bo rzadko tam kogoś przy­pro­wa­dzam.

- Rzadko? - pod­chwy­cił.

- Mówiąc pre­cy­zyj­nie... ni­gdy.

- Ni­gdy?!

- No tak. To prze­cież jedyna moja enklawa. - Poki­wała głową z poważną miną. - Tylko raz zro­bi­łam wyją­tek.

- Raz?! A któż był tym szczę­śliw­cem?

- Zosia, która oka­zała się Vanessą. - Korynna się uśmiech­nęła.

- Opo­wia­da­łaś tro­chę o waszym wcze­śniej­szym cza­to­wa­niu. Praw­dziwe z was artystki.

- Z tych sean­sów tylko tro­chę ci zdra­dzi­łam, ale wię­cej nie pró­buj ode mnie wycią­gać! W Kra­ko­wie nazy­wała mnie naj­czę­ściej... Emilką.

- Twoje imię z czatu arty­stów też zapa­mię­ta­łem, bo na wzgó­rzu nad jezio­rem... - prze­wró­cił oczami - ...zdra­dzi­łaś mi, że na dru­gie masz Kle­men­tyna, po babci, a imię Emi­lia wybra­łaś sobie przy bierz­mo­wa­niu - przy­po­mniał.

- To cud­nie, że wszystko tak dobrze pamię­tasz - potwier­dziła.

- Zapa­mię­ta­łem też pseu­do­nim Gbur1. - Jerzy zer­k­nął na nią zabaw­nie.

- Z początku myśla­łam, że cho­dzi tu o cha­rak­ter Pawła - zachi­cho­tała. - Wów­czas nie zna­łam innego zna­cze­nia słowa "gbur" - dodała. - Wygod­nie się jedzie, a wła­ści­wie pły­nie - zmie­niła temat. - Co to jest? - Dotknęła pal­cem kolo­ro­wego ekranu.

- Ekran odtwa­rza­cza, kon­sola - wyja­śnił.

- Cho­dzi mi o markę samo­chodu.

- Aaa... samo­chód! Audik... Wła­ści­wie to jedyna rzecz, jaką mam - dopo­wie­dział. - Wszystko inne... - Mach­nął dło­nią.

- Ale jed­nak masz! Vanessa ma także wła­snego srebr­nego ptaka, a ja tylko nama­lo­wa­łam wio­senne ptaki obsia­da­jące drzewa na Plan­tach.

- Mówiła, że to śliczny obraz.

- Był, bo już go nie mam. Sprze­da­łam przy Bar­ba­ka­nie - wes­tchnęła. - Dobrze, że cho­ciaż zro­bi­łam fotkę. Ona za to nama­lo­wała i poda­ro­wała mi Świa­tła Mas­sa­chu­setts. To jest dopiero cudo. - Ski­nęła głową w kie­runku tyl­nego sie­dze­nia, gdzie leżał obraz od przy­ja­ciółki owi­nięty w płótno i dodat­kowo zabez­pie­czony kocem.

- To prawda, jest piękny - potwier­dził.

- Pamię­tam, jak w pierw­szym dniu malo­wa­nia go Vanessę wprost zelek­try­zo­wały trzy czer­wone świa­tełka na masz­tach odgro­mo­wych przy cha­cie, nazwała je gwiazd­kami. Dopiero potem sobie uświa­do­mi­łam, że ona już wcze­śniej musiała mie­wać prze­bły­ski powrotu peł­nej świa­do­mo­ści.

- Tak musiało być. To były fale. - Jerzy pomógł sobie gestem. - Przy­pływy i odpływy.

- Pamię­tam, jak ude­rzyły mnie jej pew­ność ruchów pędzla, sta­bil­ność ręki, siła i zde­cy­do­wa­nie. A w ostat­nim dniu malo­wa­nia obrazu, gdy w zapa­da­ją­cej sza­rówce zapa­liły się świa­tła w cha­cie, ją znowu poru­szyły czer­wone gwiazdki, które po chwili roz­bły­sły nad tym ich wła­snym "Mas­sa­chu­setts". Uwierz mi, to było miste­rium. Obej­rzała się na mnie, zamru­gała, a po chwili nało­żyła czer­wień na gwiazdki, wpa­trzyła się w obraz, jesz­cze dotknęła go pędz­lem i zło­żyła pod­pis. A potem odwró­ciła się do mnie i powie­działa: "Jest twój".

- Ale musiała jesz­cze minąć cała doba, nim nam się ujaw­niła. Ja się co prawda domy­śla­łem, że tak będzie.

- A tytuł, z któ­rym wystrze­liła zaraz na początku malo­wa­nia, pierw­szego dnia: Świa­tła Mas­sa­chu­setts, spra­wił, że aż prze­szły mnie ciarki. - Korynna poma­chała ręką przed oczami. - Myśla­łam, że zamieni go potem na Gwiazdki nad Mas­sa­chu­setts, ale trzy­mała się pierw­szej nazwy. Dobrze zapa­mię­tała, co maluje.

- To prawda. Wydaje mi się, że oba tytuły tego obrazu byłyby odpo­wied­nie. - Jerzy poki­wał głową. - Obie jeste­ście artyst­kami i obie cudow­nie malu­je­cie.

- Prze­cież moich obra­zów jesz­cze nie widzia­łeś.

- Na pewno mi się spodo­bają.

- Mam ich jesz­cze tro­chę nie­sprze­da­nych, ale muszę to robić... - urwała, nie koń­cząc myśli, i spo­waż­niała. - Jakiej muzyki słu­chasz w samo­cho­dzie? - zmie­niła temat, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu, jakby cze­goś szu­kała. - Nie widzę płyt.

- Mam kilka w waliz­kach albo w kuferku. - Mach­nął za sie­bie kciu­kiem. - Kie­dyś mia­łem wię­cej, ale odkąd zaczą­łem zmie­niać mia­sta i szpi­tale, część płyt poroz­da­wa­łem, a resztę zosta­wi­łem... - Jego głos zawisł w powie­trzu. Jerzy dziw­nie zer­k­nął na Korynnę.

- Byłej narze­czo­nej?

- Nie jej, ale w tam­tym miesz­ka­niu. Wzią­łem tylko doku­menty, naj­cen­niej­sze oso­bi­ste pamiątki, ubra­nia i tro­chę ksią­żek - wyja­śnił, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Jak wiesz, Paweł zro­bił mi pre­zent w postaci pięk­nego kuferka z oku­ciami. - Uśmiech­nął się.

- To prze­cież nie kufe­rek, a ogromny kufer!

- Ale jaki piękny! Intar­sje, oku­cia, zamknię­cie! - zachwy­cił się. - Zrobi mi jesz­cze inne, żebym miał na kolejne prze­pro­wadzki... - Uniósł zabaw­nie brew.

- Chyba Rabka będzie już twoim ostat­nim przy­stan­kiem. Nie uwa­żasz, że tak powinno się stać? - Spoj­rzała na niego pyta­jąco.

- Może miesz­ka­jąc i pra­cu­jąc bli­sko cie­bie, będę miał więk­sze szczę­ście niż dotąd?

- W kwe­stii pracy musisz zacząć myśleć bar­dziej pozy­tyw­nie - rze­kła zde­cy­do­wa­nym tonem Korynna. - No nic, zaraz roz­we­selę cię muzyką. - Uśmiech­nęła się, się­ga­jąc do swo­jej kolo­ro­wej torby. Wyjęła z niej pla­sti­kowe pudełko z płytą CD. - Gdzie ją wło­żyć? Aha, widzę. - Po chwili na ekra­nie wyświe­tliła się lista utwo­rów. - Nie będę wybie­rać, niech lecą po kolei, bo raczej nie znam daw­nych wło­skich pio­sen­ka­rzy - stwier­dziła po chwili wpa­try­wa­nia się w nazwi­ska arty­stów i tytuły pio­se­nek. - Vanessa mówiła mi, że kiedy jedzie swoim sre­brzy­stym pta­kiem, to czę­sto ją potem boli gar­dło.

- Ma nie­szczelne okna? - zdzi­wił się Jerzy.

- Tak gło­śno śpiewa! - Zaśmiała się.

Roz­le­gła się pierw­sza pio­senka. Oka­zało się nią Volare, znany jesz­cze i obec­nie prze­bój. Przy nim roz­ko­ły­sali się oboje. Jerzy tro­chę fał­szo­wał, ale to nie prze­szka­dzało im w dobrej zaba­wie.

- Dome­nico Modu­gno - odczy­tała Korynna z ekranu kon­soli, gdy skoń­czyła się pio­senka. - Jego nazwi­sko koja­rzę.

- Widzia­łem go kie­dyś w tele­wi­zji. Nosił cha­rak­te­ry­styczny wąsik. Rozu­miem nawet słowa pio­senki.

- O czym jest?

- O lata­niu, śpie­wa­niu, malo­wa­niu, księ­życu, słońcu... i błę­kit­nych oczach. Jak twoje.

- O błę­kit­nych oczach?! Dla­czego wcze­śniej tego nie wie­dzia­łam? Cudowna pio­senka, zda­rzało mi się ją sły­szeć, ale od teraz sta­nie się moim hym­nem! - Pod­nio­sła kciuk.

- Hym­nem?

- Pio­senką na dzień dobry, na poprawę humoru, no wiesz. Tobie też się podoba?

- Bar­dzo.

Korynna zaj­rzała w twarz Jerzego.

- Ale przed­tem nie odpo­wie­dzia­łeś mi, jakiej słu­chasz muzyki.

- W samo­cho­dzie nie­zmien­nie jed­nej sta­cji: RMF muzyka kla­syczna. Pusz­czają tam wszystko to, co lubię. Mówi­łem ci kie­dyś, że jestem fanem muzyki poważ­nej, cho­ciaż Paw­łowi zdra­dzi­łem ciut wię­cej.

- Zdra­dzi­łeś?!

- Roz­ma­wia­li­śmy... o kufer­kach, jego cudow­nej cha­cie, która ma duszę, o mojej pracy, pier­ścionku dla Vanessy... I tak jakoś wyszło.

- To prawda, tam jest nie­spo­ty­kana aura - potwier­dziła opi­nię o cha­cie Pawła. - Każ­dego ranka budzi­łam się jak nowo naro­dzona. W domu tak mi się nie udaje. - Potrzą­snęła głową. - A kiedy jeź­dzi­łeś z... - zawie­siła głos, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie - ...to czego słu­cha­li­ście?

- To naprawdę nie jest cie­kawe. - Pokrę­cił głową, chcąc się wyłgać od odpo­wie­dzi.

- To było już ostat­nie pyta­nie o nią, cho­ciaż wła­ści­wie doty­czy cie­bie - zawa­hała się. - Bo jeśli ule­ga­łeś - unio­sła brew - to zna­czy, że...

- Ule­ga­łem, Korynno - nie pozwo­lił jej brnąć w przy­pusz­cze­nia - choć z dru­giej strony, to nie­wiele zna­czy.

- Na ile cię pozna­łam, nie wydaje mi się to do cie­bie podobne - oce­niła.

- Pew­nie tak, ale dla świę­tego spo­koju nie opo­no­wa­łem, kiedy ona po wej­ściu do auta natych­miast prze­łą­czała radio na TOK FM. Nie tyle robiła to dla muzyki, ile dla poli­tycz­nej papla­niny. Głów­nie z tego wła­śnie względu nie lubię tej sta­cji. Stąd kiedy jeż­dżę sam, nie­zmien­nie słu­cham muzycz­nego RMF-u, bo tam są tylko krót­kie wia­do­mo­ści, a potem już tylko muzyka i muzyka.

- Ja nie­zbyt inte­re­suję się poli­tyką, oby­wam się nawet bez dzien­ni­ków tele­wi­zyj­nych, ale gdy­bym wtedy nie włą­czyła tele­wi­zora, nie dowie­dzia­ła­bym się o kata­stro­fie pociągu... - Korynna przy­mknęła oczy.

- Przy­pad­kiem znowu dowie­dzie­li­śmy się cze­goś nowego o sobie - ode­zwał się po chwili ciszy Jerzy. - Lubię z tobą roz­ma­wiać, bo wciąż odkry­wam kolejne obszary spoza medy­cyny, o któ­rych zapo­mnia­łem, że w ogóle ist­nieją. - Spoj­rzeli po sobie. - Włącz w takim razie ponow­nie tę rado­sną muzykę Vanessy - popro­sił.

Korynna ski­nęła głową i naci­snęła przy­cisk play w odtwa­rza­czu. Po chwili roz­le­gła się kolejna pio­senka.

- Gianni Morandi In Ginoc­chio da Te - odczy­tała Korynna, kale­cząc język wło­ski. Uśmiech­nęła się, a razem z nią Jerzy. - Ależ on prze­żywa - powie­działa cicho, wska­zu­jąc na odtwa­rzacz. - O czym śpiewa ten cały... Gianni?

- Że klę­czy przed dziew­czyną, a wła­ści­wie - Jerzy zmarsz­czył czoło i uniósł palec - oświad­cza, że wróci do niej na kola­nach. Będzie cało­wał ją po rękach, pro­sił o wyba­cze­nie. Wyznaje, że nie ist­nieją dla niego inne dziew­czyny, tylko ona - dodał po wsłu­cha­niu się w dal­sze słowa. - To tak ogól­nie, bo ja tylko... no wiesz. - Mru­gnął.

- Mia­łeś język wło­ski na stu­diach?

- Spodo­bała mi się łacina, zresztą ona na medy­cy­nie jest nie­zbędna, więc doło­ży­łem sobie wło­ski, który z niej wyewo­lu­ował. Po roku zre­zy­gno­wa­łem jed­nak z niego ze względu na coraz więk­szą liczbę zali­czeń, semi­na­riów, egza­mi­nów z przed­mio­tów medycz­nych. Zaczęło mi zwy­czaj­nie bra­ko­wać czasu.

- Jasne. A ja uczy­łam się wyłącz­nie angiel­skiego, i to tylko tyle, ile było trzeba. Wola­łam malo­wać niż dukać słówka. Ale mimo to jakoś się doga­duję z anglo­ję­zycz­nymi klien­tami, kiedy poja­wiają się przy murach czy przy Bar­ba­ka­nie i mają ochotę coś ode mnie kupić - wyja­śniła z uśmie­chem.

- I to jest naj­waż­niej­sze. A dokąd wyjeż­dża­łaś za gra­nicę, bo o tym jakoś nie udało nam się roz­ma­wiać?

- Tury­stycz­nie ni­gdzie. - Wzru­szyła ramio­nami. - Jedy­nie na ple­nery z uczelni, a i to tylko na Węgry, bo nasz opie­kun miał tam zna­jo­mego.

- To przy­naj­mniej pozna­łaś tro­chę ten ich zakrę­cony język.

- Węgier­ski nie ma nic z naszej sło­wiań­skiej melo­dyj­no­ści, jest wręcz szorstki. Mnie ciut śmie­szył, bo zawsze wyda­wało mi się, że oni kolejne słowa wymy­ślają na pocze­ka­niu. - Uśmiech­nęła się sze­roko. - Ale zapa­mię­ta­łam chyba naj­waż­niej­sze ich słowo: egészségedre! - wykrzyk­nęła i zaraź­li­wie się roze­śmiała w głos.

- Jasne. Na zdro­wie! - dołą­czył śmie­chem Jerzy. - Nie byłem tam, ale ten toast znam, bo w trak­cie stu­diów spo­ty­ka­li­śmy się ze stu­den­tami medy­cyny z Węgier. Fajne czasy i fajni ludzie.

- Węgrzy są bar­dzo pozy­tyw­nie nasta­wieni do życia.

- Tak ich wła­śnie zapa­mię­ta­łem.

Potem w prze­strzeni auta roz­brzmie­wały kolejno prze­boje innych daw­nych gwiazd wło­skiej pio­senki. Powta­rzały się takie nazwi­ska jak Pep­pino di Capri, Mina, Toto Cotu­gno, Al Bano z Rominą Power, Eros Ramaz­zotti, Adriano Celen­tano czy Rita Pavone, prze­ry­wane wymianą myśli na kan­wie tema­tów pio­se­nek. Naj­dłuż­sza dys­ku­sja poto­czyła się wokół pio­senki Umberta Toz­ziego zaty­tu­ło­wa­nej Ti amo. Począt­kowo Jerzy wzbra­niał się tłu­ma­czyć jej słowa, ale Koryn­nie udało się go zachę­cić.

- No dobrze. Sama chcia­łaś - zachi­cho­tał. - Prosi ją, wojow­nik z papieru, o prze­ba­cze­nie, ale też o to, by przy­go­to­wała do spa­nia lnianą pościel, a wcze­śniej podała białe wino, które zro­biła pod jego nie­obec­ność.

- A co on w tym cza­sie robił? Gdzie był? - Korynna prze­chy­liła głowę.

- No... gdzieś na pewno. - Ponow­nie zachi­cho­tał Jerzy. - Ze słów pio­senki nie wynika gdzie, jed­nak wraca do niej.

- Łaskawca. Tak naj­le­piej. Poszedł sobie z kom­pa­nami popić albo na ksiuty, a teraz głodny i zmę­czony wraca.

- Ze słów zro­zu­mia­łem, że aku­rat jest pierw­szy maja, święto. - Jerzy mru­gnął.

- I wła­śnie dla­tego liczy na lep­sze jedze­nie?

- Kto wie? Ale na początku oświad­czył, że jeśli ona rzuci monetą i wyj­dzie reszka, to trudno, odej­dzie, zgo­dzi się na roz­sta­nie.

- A więc sprawę miło­ści chce uza­leż­nić od rzutu monetą?!

- Dla­tego naj­pierw powie­dział, że ją kocha, a dopiero potem było o mone­cie.

- Dla mnie to zwy­kły szan­taż emo­cjo­nalny. Tak nie wolno. - Korynna pokrę­ciła głową. - A co było na końcu? - zacie­ka­wiła się, gdy wybrzmiały ostat­nie słowa i dźwięki muzyki.

- Że chce przy niej spać snem dziecka i prosi, by swoją złość prze­mie­niła w spo­kój i w suk­nię ze świa­tła.

- O! I jesz­cze drań sta­wia warunki. A gdzie prze­pro­siny?

- Obie­cuje, że przy niej zaśnie jak dziecko i będzie śnił o... koni­kach.

- Ona się uro­biła, cze­ka­jąc na niego, a on zaśnie i będzie śnił. A do tego jesz­cze o koni­kach! Gno­jek! - Zama­chała ręką.

- Ale cały czas jej wyznaje Ti amo, kocham cię. - Jerzy poki­wał głową. - Poza tym uwiel­bia, kiedy ona pra­su­jąc, śpiewa.

- I jesz­cze to! Kobieta ma zacho­wać olim­pij­ski spo­kój przy pracy, bo łaskawca wró­cił.

- Ale zapew­nia, że ją kocha... na pewno tak mocno jak nikt inny.

- Ech... - Mach­nęła ręka Korynna uba­wiona toczoną roz­mową. - Skąd wiesz, że poczu­łam się głodna? - zmie­niła temat, widząc, że już od jakie­goś czasu wpa­try­wał się uważ­nie w tablice przy dro­dze, aż wresz­cie wyszu­kał wzro­kiem jakiś zajazd i zado­wo­lony zje­chał na par­king przed nim.

- Bo też zgłod­nia­łem. Resztki ener­gii wyssało mi tłu­ma­cze­nie tek­stu o prze­ży­ciach boha­tera pio­senki. Tozzi opo­wia­dał histo­rię z wła­snego życia i wcale nie musiało być tak jed­no­stron­nie, naj­pew­niej co nieco prze­mil­czał.

- Ale to wykom­bi­no­wa­łeś już sam, prawda? - Spoj­rzała na niego badaw­czo, kiedy usie­dli przy sto­liku.

- To prawda, zmy­śli­łem - przy­znał. - Choć sądzę, że mógł coś zjeść poza domem, bo u niej liczył tylko na białe wino.

- Krótko mówiąc, chciał się dopić i pójść spać! Jak praw­dziwy facet - fuk­nęła, ale zaraz się uśmiech­nęła.

- A ty byś jak wolała?

- Nie lubię męż­czyzn piją­cych dla sportu. - Wzru­szyła ramio­nami.

- Znasz takich?

- W każ­dym śro­do­wi­sku są tacy. Wśród mala­rzy także.

- Ale oso­bi­ście pozna­łaś takich?

- Obser­wo­wa­łam i to wystar­czy. - Pokrę­ciła głową.

- Wiesz, pierw­szy raz zda­rzyło mi się słu­chać pio­senki, żeby na bie­żąco ana­li­zo­wać jej słowa.

W mię­dzy­cza­sie zdą­żyli zamó­wić obiad, a kel­nerka szybko przy­nio­sła dania.

- I jakie wnio­ski z tej ana­lizy? - spy­tała, zabie­ra­jąc się do jedze­nia.

- Roz­mowa o tek­stach pio­se­nek to cał­kiem fajna zabawa. Można wza­jem­nie sporo się dowie­dzieć o poglą­dach na wiele życio­wych spraw. A czy masz deskę do pra­so­wa­nia? - zachi­cho­tał.

- Po two­ich reak­cjach wnio­skuję, że dzi­siaj podob­nie jak ja polu­bi­łeś wło­ską muzykę roz­ryw­kową.

- Nie­które z tych pio­se­nek już kie­dyś wyła­pa­łem z eteru - uśmiech­nięty Jerzy rozej­rzał się zabaw­nie wokół - ale cały ten zestaw Vanessy jest naprawdę super. Może nawet zro­bię sobie jego kopię?

- Musisz, bo płyta zosta­nie u mnie, ale cza­sami... może posłu­chamy też razem, kto wie? - Korynna kokie­te­ryj­nie prze­chy­liła głowę.

- Liczę na wiele wspól­nych jazd - odparł Jerzy - ale co innego cze­kać na Volare, które może się gdzieś poja­wić w pro­gra­mie radio­wym, a co innego wło­żyć płytę i czło­wiek auto­ma­tycz­nie wie, że będzie miał dobry humor! Kie­dyś potra­fi­łem kopio­wać płyty, bo w sumie to nic trud­nego, więc pew­nie mi się uda. Jak dotąd jecha­li­śmy dobrze, więc krótko po dwu­dzie­stej będziemy w Kra­ko­wie. - Spoj­rzał na zega­rek.

- Skoro tak, to żad­nych zaku­pów po dro­dze nie będę robiła, a kola­cję zjemy gdzieś przy rynku. Może być?

- Samo miej­sce, zna­czy kra­kow­ski rynek, to dosko­nały wybór - ucie­szył się.

- A wie­dzia­łeś, że w Kra­ko­wie jest pięć ryn­ków?

- Pięć?!

- My zjemy kola­cję przy Rynku Głów­nym, ale są jesz­cze rynki: Kle­par­ski, czyli mój, Dęb­nicki, Pod­gór­ski i Mały Rynek na tyłach kościoła Mariac­kiego. Wszystko ci pokażę - obie­cała, spo­glą­da­jąc na niego wesoło, na co odpo­wie­dział sze­ro­kim uśmie­chem.

- Sły­sza­łem, jak Vanessa chwa­liła cię za zna­jo­mość Wawelu, innych zabyt­ków mia­sta, nawet kop­ców - przy­po­mniał sobie.

- Na nie też się wybie­rzemy. Pod­czas pierw­szego two­jego pobytu zro­bimy tylko ogólny prze­gląd Kra­kowa, to zna­czy objazd po mie­ście z krót­kimi przy­stan­kami. Ukła­dam to sobie w tle - pod­su­mo­wała Korynna, a jej palec zawi­ro­wał nad głową.

- A Wawel kiedy?

- Na Wawel pój­dziemy wiele razy, ale na począ­tek wybie­rzemy się do kate­dry. Tam prze­cież bije źró­dło naszych dzie­jów - pod­kre­śliła poważ­nym tonem.

- Wspo­mi­na­łaś pod­czas spa­ce­rów po lesie, a także wcze­śniej w Gdyni, o tacie i dziadku. Dobrze, że mia­łaś takich nauczy­cieli.

- Cza­sami bar­dzo mi ich bra­kuje. - Korynna wes­tchnęła smutno.

Jerzy dotknął jej dłoni, a ona pod­nio­sła na niego swoje sza­fi­rowe oczy i blado się uśmiech­nęła.

- Sma­ko­wał mi obiad - rzu­ciła nagle i obli­zała się z prze­sadą.

- A mówi­łem ci, że sam potra­fię i lubię pich­cić?

- Nie było dotąd oka­zji. Ale cie­szę się z tego. Super! Ja też coś nie­coś umiem, choć moż­li­wo­ści mam raczej słabe.

- Moż­li­wo­ści?! One są i tu, i tu. - Jerzy wska­zał kolejno na głowę i ręce.

- Cho­dziło mi o moż­li­wo­ści sprzę­towe, że tak je nazwę. Mam małą dwu­pal­ni­kową kuchenkę bez pie­kar­nika. - Korynna się skrzy­wiła. - Kiedy była u mnie Vanessa, posta­no­wi­ły­śmy w dniu przed jej wyjaz­dem zro­bić wspól­nie wege­ta­riań­ski obiad. Poszły­śmy na zakupy na mój Rynek Kle­par­ski i wró­ci­ły­śmy z koszy­kiem wyła­do­wa­nym warzy­wami. Ona kie­ro­wała całą akcją, bo ma do goto­wa­nia jed­nak lep­szy dryg.

- I co zro­bi­ły­ście?

- Leczo. - Obli­zała się.

- Uwiel­biam. Cza­sami robi­łem sobie pseu­do­le­czo z podwójną por­cją pod­su­sza­nej kieł­basy. - Mru­gnął. - Żeby było bar­dziej tre­ściwe.

- Też bym tak potra­fiła. - Mach­nęła ręką, chi­cho­cząc. - Przy oka­zji opo­wie­działa mi, jak się robi na przy­kład rag? alla bolo­gnese - dodała, kale­cząc język wło­ski. - Zapi­sa­łam kilka poda­nych prze­pi­sów w zeszy­cie i mia­łam pró­bo­wać po jej wyjeź­dzie, ale nie­stety. - Spo­waż­niała.

- Ważne, że je masz - pocie­szył ją. - Jeśli pozwo­lisz, to może razem coś zro­bimy?

- Poważ­nie?! Chciał­byś ze mną kroić pomi­dory, cebulę czy paprykę albo stać przy kuchni?

- Zawsze roz­po­czy­na­łem kuchenną pracę od zje­dze­nia kilku pla­ster­ków kieł­basy, żeby mieć siłę, a potem już szło. - Puścił do niej oko. - Lubię robić zakupy, ow­szem. - Poki­wał głową, gdy spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem. - Roz­róż­niam warzywa i owoce, nie­które mięsa, a nawet rodzaje maka­ro­nów. Mój aka­de­micki nauczy­ciel wło­skiego Pie­tro z Medio­lanu opo­wia­dał nam sze­roko o nich. Spa­ghetti to długi maka­ron nitki, taglia­telle to maka­ron wstążki, fusilli to świ­derki, penne to z kolei rurki - nabrał powie­trza w płuca - con­chi­glioni to muszle, a pap­par­delle to sze­ro­kie wstążki - wymie­niał coraz bar­dziej roz­ba­wiony.

- Dobrze to wszystko wie­dzieć. Ja wtedy zapi­sa­łam sobie mię­dzy innymi prze­pis Vanessy na lasa­gne bolo­gnese.

- Gdzieś kie­dyś jadłem laza­nię, ale zro­biona samemu w domu to dopiero musi być cymes. - Prze­wró­cił oczami.

- Tylko do niej potrzebny jest pie­kar­nik, a jak mówi­łam... u mnie jest dwu­pal­ni­kowa kuchenka. - Wzru­szyła ramio­nami.

- Nie martw się. Zaczniemy od leczo, a potem się zoba­czy. - Jerzy uśmiech­nął się roz­bra­ja­jąco.

- Przy jedze­niu o jedze­niu... - Korynna omio­tła wzro­kiem talerz, z któ­rego szybko zni­kała por­cja obia­dowa. - W swoim gro­nie na ogół roz­ma­wiamy o far­bach, płót­nach i takich tam.

- A z kolei u mnie o wyrost­kach, ner­wo­bó­lach albo poła­ma­nych koń­czy­nach. - Jerzy stłu­mił śmiech. - Jed­nak roz­mowy o pio­sen­kach czy jedze­niu są lep­sze.

- Chyba masz rację. - Korynna dopiła ze szklanki kom­pot i wytarła ser­wetką usta. - Możemy, Jerzy, ruszać.

- A kawa? Mówi­łaś wcze­śniej, że też wypi­jemy...

- Zatrzy­mamy się jesz­cze gdzieś za godzinę, może dwie, teraz i tak bym nie zmie­ściła - weszła mu w słowo, wska­zu­jąc bez żenady na brzuch.

- Pew­nie masz rację, jedziemy.

Wkrótce znowu słu­chali wło­skiej muzyki. Jerzy opo­wia­dał, o czym są pio­senki, cza­sami zmie­niali temat, a przed dotar­ciem na Śląsk zro­bili sobie kawowy przy­sta­nek w nie­wiel­kim zajeź­dzie o wystroju myśliw­skim.

- Ten aku­rat znam, więc wiem na pewno, że ci się spodoba - powie­dział, kiedy ruszyli z par­kingu w kie­runku drzwi wej­ścio­wych. - Kie­dyś jecha­łem ze Szcze­cina busem na kon­fe­ren­cję do Kato­wic i tutaj się zatrzy­ma­li­śmy.

Zamó­wili po kawałku szar­lotki, bo kel­nerka pochwa­liła się, że przed momen­tem przy­wie­ziono świeże cia­sto.

- Przy­tyję - zażar­to­wała Korynna.

- Oj tam. - Uśmiech­nął się. - A nie wiesz cza­sem, czy w pobliżu two­jego domu jest jakiś strze­żony par­king?

- Jest, ale to aż ze dwie­ście metrów - odparła po chwili waha­nia. - Tyle że tam może być drogo.

- Kilka zło­tych wię­cej mogę zapła­cić, byle sen był spo­kojny - odparł, spo­glą­da­jąc na nią prze­cią­gle.

- Teraz znowu zaczy­nam się dener­wo­wać bała­ga­nem, jaki zosta­wi­łam w domu - rze­kła, spusz­cza­jąc wzrok. Jerzy pogła­dził parę razy jej dłoń, aż się na powrót uśmiech­nęła.

- Cią­gle mam w pamięci nasze wspólne opa­la­nie się na kocu - powie­dział, by roz­pro­szyć stre­su­jące ją myśli.

- Mia­łeś wtedy mocno roz­grzany tors... - Spoj­rzała na niego śmie­lej.

- A ty wyjąt­kowo smaczne usta - odpo­wie­dział z roman­tycz­nym wes­tchnie­niem.

- Mówmy lepiej o kawie albo o muzyce - zaśmiała się, ale jej palce musnęły jego dłoń. - O rany - zanie­po­ko­iła się nagle - czy Vanessa nas na tym kocu nie podej­rzała? Albo ktoś inny?

- Wzgó­rze, na które się wdra­pa­li­śmy, leży powy­żej wszyst­kich oko­licz­nych domostw, a z innych wzgórz trzeba by chyba użyć woj­sko­wych lor­net. - Zachi­cho­tał. - Wcze­śniej zdą­ży­łem doko­nać lustra­cji przed­pola - zaśmiał się cicho.

- Ty sza­ta­nie. - Pogro­ziła mu roz­ba­wiona tą wymianą zdań.

- Jesteś, Korynno... - Jego oczy i tembr głosu wska­zy­wały, że ma zamiar powie­dzieć coś wyjąt­ko­wego.

- Nie teraz, Jerzy - popro­siła go cicho. - Zostaw to na wie­czór. Ja też cze­kam. - Jej oczy błysz­czały.

W odpo­wie­dzi deli­kat­nie uści­snął jej dłoń.

Rozdział 2.

2.

W Kra­ko­wie udało im się zna­leźć miej­sce na strze­żo­nym par­kingu, o któ­rym wspo­mniała Korynna. Kiedy weszli na podwó­rze jej domu obju­czeni baga­żami, Jerzy doj­rzał na ogrom­nym drew­nia­nym bal­ko­nie, cią­gną­cym się wzdłuż trzech boków kamie­nicy, zarys kilku postaci. Były widoczne w świe­tle pada­ją­cym z okien wycho­dzą­cych na gale­rię.

- Cześć, Kora! Witaj, Kolo­rowa! Uuu! Gdzieś ty była cały mie­siąc! - dobie­gły z róż­nych kie­run­ków głosy powi­ta­nia.

- Dobry wie­czór - posta­no­wił ode­zwać się gło­śno Jerzy.

- Witamy dżen­tel­mena! Dobry wie­czór! - usły­szał odpo­wie­dzi.

Skło­nił głowę w kie­runku jarzą­cych się na gale­rii papie­ro­sów.

- Witam wszyst­kich! - Pod­nió­sł­szy rękę, ode­zwała się lekko spe­szona dziew­czyna.

Po chwili klucz Korynny zachro­bo­tał w zamku, otwo­rzyła drzwi na oścież i weszli do miesz­ka­nia.

- Czu­jesz? - spy­tała, zapa­liw­szy świa­tło i wcią­ga­jąc z prze­sadą w płuca powie­trze. - Mie­siąc nie­wie­trzone - odpo­wie­działa sama sobie.

- U babci w Kosza­li­nie było podob­nie. To urok sta­rego budow­nic­twa, ale mnie się dobrze koja­rzy - sko­men­to­wał Jerzy, sta­wia­jąc na pod­ło­dze bagaże. - O! Jaki ele­gancki zestaw! - pochwa­lił, ogar­nia­jąc wzro­kiem sofę i dwa fotele.

- Podo­bają ci się?!

- Od razu widać, że wygodne. Teraz takich już nie robią. - Pod­szedł i pokle­pał sie­dzi­ska.

- Zupeł­nie jak­bym sły­szała Vanessę.

- Ale ja z nią o żad­nych szcze­gó­łach wypo­sa­że­nia two­jego miesz­ka­nia nie roz­ma­wia­łem - zaprze­czył, jakby się bro­nił. - Sły­sza­łem tylko jej opi­nię, że faj­nie miesz­kasz. Głosy docho­dzące z gale­rii przed chwilą powie­działy mi też, że jesteś tutaj lubiana.

- Swo­ich sąsia­dów też bar­dzo lubię, bo jak nie ich, to kogo?

- Masz rację. Sąsia­dów trudno sobie wybrać. O, podobny bufet mieli moi dziad­ko­wie... - Wpa­trzył się w ory­gi­nalny mebel sprzed lat, a po chwili pod­szedł do niego i dotknął pal­cami błysz­czą­cej lakie­rem nad­stawki. - Zegar też może na nim był, ale na pewno nie z zie­loną tar­czą. Od razu widać, że jesteś artystką, skoro taki wybra­łaś. Gra­tu­luję. - Poki­wał głową z uzna­niem.

- Wszystko to mam... raczej z musu, nawet tę wielką szafę.

- Ona też kom­po­nuje się tu zna­ko­mi­cie - oce­nił, obra­ca­jąc się wokół.

- Za to okrą­gły stół zawsze lubi­łam. - Korynna popra­wiła na jego bla­cie wyszy­waną ser­wetę. - Uwiel­bia­łam przy nim jeść maliny ze śmie­taną, które bab­cia kupo­wała na Sta­rym Kle­pa­rzu. Szklankę jed­nak zdą­ży­łam wsta­wić do umy­walki, a nie zosta­wi­łam na stole. - Uśmiech­nęła się, bo ta kon­sta­ta­cja plus pochwały usły­szane z ust Jerzego popra­wiły znacz­nie jej humor.

- Może kuchenna część salo­niku jest nie­wielka, ale teraz wszy­scy urzą­dzają pokoje z anek­sem kuchen­nym. Twój salon według mnie ma duszę.

- W zasa­dzie wszystko tu zostało w spadku po dziad­kach, więc mój udział...

- Co ty mówisz, Korynno! Twój udział jest ogromny, decy­du­jący! Prze­cież sama posta­no­wi­łaś zosta­wić piękne i funk­cjo­nalne meble, które ide­al­nie tu pasują. Teraz wszy­scy naj­pierw usu­wają poprzed­nie meble, nazy­wa­jąc je sta­rymi gra­tami, a prze­cież one mają duszę. - Rozej­rzał się raz jesz­cze z uwagą po salo­niku. - Nie­które nowe meble to dopiero są niefunk­cjo­nalne graty. I jesz­cze każą pła­cić za nie ogromne pie­nią­dze.

- Cie­szę się, że ci się tu podoba. - Musnęła war­gami jego poli­czek. - Tam jest drugi pokój. - Wska­zała na uchy­lone drzwi. - W nim śpię i... maluję, a w przed­po­koju... Nie zdą­ży­łeś pew­nie dostrzec, za kotarą są jesz­cze jedne drzwi. - Odwró­ciła się w tamtą stronę. - Skry­wają pomiesz­cze­nie, wnękę, gdzie znaj­dują się dodat­kowa duża szafa i drzwi do małej ubi­ka­cji z prysz­ni­cem. To jest ta jedyna rzecz, którą udało mi się tutaj zmie­nić, bo ina­czej musia­ła­bym cho­dzić do łaźni miej­skiej.

- Czy mogę tam zer­k­nąć? - Nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie, ruszył w kie­runku przed­po­koju.

- Dobrze, idź, a ja tym­cza­sem ogarnę łóżko.

Wkrótce spo­tkali się z powro­tem w salo­nie.

- Wszystko roz­wią­za­łaś ide­al­nie. - Znowu ją pochwa­lił. - Pomy­śla­łaś nawet o gniazdku przy lustrze. Będę miał gdzie pod­łą­czyć maszynkę do gole­nia.

- Jesteś łobuz. - Pogro­ziła mu, ale on ją przy­gar­nął i mocno poca­ło­wał.

- Pocze­kaj! - Odsko­czyła od niego. - Nie opu­ści­łam żalu­zji! - Wska­zała na okno wycho­dzące na gale­rię. - Na pewno ktoś nas widział - jęk­nęła.

- Skoro oni są jak rodzina... - Uniósł zabaw­nie brew.

- Tego nie powie­dzia­łam, tyle tylko, że lubię ich wszyst­kich.

Kiedy opu­ściła żalu­zję, wtu­liła się w niego mocno i soczy­ście poca­ło­wała. Jego ręce roz­bie­gły się po jej ciele.

- Wiesz co, Jerzy? - prze­rwała mu karesy, wyzwa­la­jąc się z jego ramion. - Pro­po­nuję naj­pierw spa­cer na Rynek Główny, bo spę­dzi­li­śmy pra­wie cały dzień na sie­dząco. Popra­wię tylko tro­chę buźkę, a potem ty. - Wska­zała w kie­runku przed­po­koju i podała mu przy­nie­siony z dru­giego pokoju ręcz­nik.

- A ja w mię­dzy­cza­sie mogę zer­k­nąć tam? - Spoj­rzał w stronę jej sypialni.

- Pod warun­kiem że to będzie tylko rzu­ce­nie okiem. - Mru­gnęła i ruszyła do łazienki.

Kiedy Korynna znik­nęła w przed­po­koju, spoj­rze­nie Jerzego na moment skie­ro­wało się w stronę naroż­nika salonu, w któ­rym urzą­dzona była kuch­nia. Spoj­rzał na ścianę z szaf­kami i zle­wo­zmy­wa­kiem oraz małą dwu­pal­ni­kową kuchenkę gazową sto­jącą na kamien­nym bla­cie jed­nej z sza­fek. Palce jego dłoni prze­ma­sze­ro­wały po niej. Oce­nił bły­ska­wicz­nie, że czte­ro­pal­ni­kowa duża kuchenka z pie­kar­ni­kiem zmie­ści­łaby się na jej miej­scu, a obok lodówki dałoby się wygo­spo­da­ro­wać miej­sce na tamtą szafkę z dodat­kową nad­stawką. Poki­wał głową.

Teraz dopiero sze­rzej uchy­lił drzwi do dru­giego pomiesz­cze­nia i sta­nął w jego progu. Na twa­rzy poja­wił mu się sze­roki uśmiech. Ujrzał pokój urzą­dzony w tona­cji biało-lawen­do­wej, z dużym mał­żeń­skim łóż­kiem o drew­nia­nym wez­gło­wiu. Pod­szedł do niego i prze­su­nął po nim pal­cami. Uznał, że Korynna sama poma­lo­wała stare łóżko farbą akry­lową. Spryt­nie, przy tym tech­nicz­nie bez zarzutu. Podob­nie zro­biła pew­nie z pozo­sta­łym wypo­sa­że­niem pokoju. Uśmiech­nął się. Bar­dzo mu się wszystko podo­bało. Mały sto­lik z lustrem i zgrab­nym krze­słem, płytka, choć sze­roka bie­liź­niarka zaj­mu­jąca znaczną część ściany, roz­sta­wione w pobliżu okna w naroż­niku pokoju szta­lugi malar­skie, cie­kawe obrazki na ścia­nach. Bez­wied­nie naci­snął dło­nią mate­rac łóżka i pode­rwał ją jak opa­rzony. Zer­k­nął w kie­runku drzwi i wyco­fał się pod nie. Oparty o fra­mugę znowu się uśmiech­nął. Po chwili poczuł na ramie­niu dłoń Korynny.

- I co? - spy­tała cicho.

- Praw­dziwa z cie­bie artystka. Jestem pewien, że sama tutaj wszystko wycza­ro­wa­łaś.

- Zro­bi­łam to przez jeden week­end, choć wcze­śniej zasta­na­wia­łam się przez ponad pół roku.

- Praw­dziwa mistrzyni. - Pogra­tu­lo­wał cału­sem.

Teraz mógł otak­so­wać ją wzro­kiem. Zamie­niła dżinsy na kolo­rową spód­nicę, do tego czer­wona bluzka z dużym dekol­tem. Popra­wiła ucze­sa­nie i użyła moc­niej­szej szminki niż na trasę. Wyglą­dała i pach­niała uro­czo.

- Daj mi pięć minut, też się nieco... popra­wię. - Mru­gnął i skie­ro­wał się w stronę swo­jej torby. Po chwili ruszył do łazienki.

Po pię­ciu minu­tach scho­dzili scho­dami na podwó­rze. Na gale­rii było jesz­cze kilka postaci z jarzą­cymi się papie­ro­sami, ale tym razem nikt się do nich nie ode­zwał.

- Prze­żyli coś na miarę szoku poznaw­czego - szep­nęła Korynna, chi­cho­cząc, kiedy wyszli na ulicę.

Wsu­nęła rękę pod ramię Jerzego, który natych­miast deli­kat­nie obtu­lił jej dłoń.

- Tak się cie­szę, że podoba ci się mój dom - rzu­ciła, zer­ka­jąc za sie­bie.

- Przy­tulne i wysma­ko­wane miesz­kanko. - Posta­no­wił raz jesz­cze ją pochwa­lić. - Chciał­bym mieć takie - wes­tchnął głę­boko.

- Możesz u mnie bywać, kiedy tylko zechcesz.

- Jesteś, Korynno, cudowna.

Kola­cję zje­dli w restau­ra­cji U Wie­rzynka. Jerzy po wcze­śniej­szym nastro­jo­wym spa­ce­rze wokół Rynku Głów­nego i wysłu­cha­niu opo­wie­ści o tym lokalu, się­ga­ją­cych cza­sów Kazi­mie­rza Wiel­kiego i zna­nej uczty, nie chciał już sły­szeć o innym miej­scu. Koryn­nie spodo­bał się jego wybór, cho­ciaż wolała tanie knajpki, w któ­rych bywała ze swoją bohemą.

Wra­ca­jąc na Kro­wo­der­ską, zatrzy­mali się obok Bar­ba­kanu. Tutaj Korynna też dała upust swo­jej wie­dzy.

- To był tylko wstęp, jutro dokoń­czymy. - Uśmiech­nęła się.

- Jesteś jak ency­klo­pe­dia, Wiki­pe­dia i czte­ro­to­mowa histo­ria... w jed­nym. Mam ją, ale auto­rów nie pamię­tam. - Wzru­szył ramio­nami. - Jestem w szoku, kocha­nie.

Po przyj­ściu do domu Korynna zapa­rzyła her­batę.

- Trzeba naj­pierw spa­lić tłusz­czyk, bo po Wie­rzynku zro­bi­li­śmy jed­nak za krótki spa­cer.

- Z przy­jem­no­ścią się napiję.

- Te fili­żanki i tale­rzyki bab­cia odzie­dzi­czyła po swo­jej mamie - oznaj­miła, poda­jąc her­batę.

- Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem malun­ków gołębi w gniaz­dach na por­ce­la­nie.

- Takie piękne rze­czy można zna­leźć tylko w Kra­ko­wie.

- I tak ty jesteś naj­pięk­niej­sza. - Jerzy poca­ło­wał ją.

- Naj­pierw odszedł dzia­dek. - Po chwili mil­cze­nia ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie Korynna. Jerzy głę­boko wes­tchnął i pogła­dził jej rękę. Czuł, że dziew­czyna będzie chciała mu opo­wie­dzieć coś o swo­jej rodzi­nie, ski­nął więc głową, zachę­ca­jąc ją do mówie­nia. - Bab­cia długo pła­kała, ale kiedy po pogrze­bie wpro­wa­dzi­łam się do niej, skoń­czyła swoje smutki jak nożem uciął. Znowu miała się kim zaj­mo­wać. Opo­wia­dała mi dużo o dziadka zale­tach, ale też o przy­wa­rach, na ogół miała humor. Wie­dzia­łam jed­nak, że to maska. Dosta­wała coraz sil­niej­sze lekar­stwa na serce, nie chciała się poło­żyć do szpi­tala. Moja mama i jej sio­stra nie potra­fiły jej prze­ko­nać. Odwie­dzała nas jej lekarka, któ­rej za to eks­tra pła­ciły, ale bab­cia w oczach sła­bła. Chyba chciała znów się połą­czyć z dziad­kiem. Wyje­cha­łam na trzy­dniowy ple­ner nad Zalew Czorsz­tyń­ski. Dru­giego dnia rano zadzwo­niła mama, że bab­cia nie żyje. Wró­ci­łam więc do Kra­kowa. Pogrzeb, smu­tek. Potem krą­ży­łam mię­dzy miesz­ka­niem rodzi­ców a tym. Tutaj wszystko zostało jak za życia dziad­ków. Te meble, ciemne tapety w kwiaty na ścia­nach. W łazience prysz­nic, który roz­wi­jało się tylko do kąpieli, a potem trzeba było wycie­rać do sucha lam­pe­rie, posadzkę i ubi­ka­cję. Wszy­scy im radzili ina­czej, ale dziad­ko­wie byli uparci. Im to wystar­czało.

- Ty za to zro­bi­łaś z łazienki dzieło sztuki.

- Potra­fisz chwa­lić, ale w tych gaba­ry­tach wię­cej się nie dało.

- Przyj­rza­łem się dokład­nie i na pewno nie zro­bił­bym ina­czej.

- Po śmierci babci zosta­wa­łam tu cza­sem na noc, żeby nie tłuc się noc­nym tram­wa­jem do Mistrze­jo­wic. Zresztą miesz­ka­nie było już wcze­śniej zapi­sane na mnie. Sprze­da­wa­łam obrazy, malo­wa­łam na Plan­tach czy gdzieś tam... Stąd mia­łam bli­żej ze szta­lu­gami. Cza­sami jakaś impreza ze zna­jo­mymi, no wiesz...

- W tych knajp­kach, które poka­zy­wa­łaś?

- Prze­waż­nie tam, ale też na Kazi­mie­rzu. Lubię tamto miej­sce za jego nie­po­wta­rzalny kli­mat i kle­zmer­ską muzykę.

- Poka­żesz mi?

- Zapla­no­wa­łam, że pój­dziemy tam na jedną z kola­cji.

- Jak pięk­nie.

- Kiedy tutaj zosta­wa­łam na noc, też korzy­sta­łam z tego prysz­nica - wró­ciła do tematu łazienki - ale co dwa, trzy dni jeź­dzi­łam do rodzi­ców porząd­nie się wyką­pać, umyć włosy, odkar­mić. - Zachi­cho­tała, jed­nak po chwili spo­waż­niała i przy­mknęła oczy. - Byłam tutaj, kiedy zadzwo­niła do mnie poli­cja o wypadku rodzi­ców. Tata miał w komórce wpi­sany numer tele­fonu do mnie jako ICE1. Mama miała wpi­sane podob­nie. Ja też mam wciąż zapi­sane ich numery. To taka pamiątka.

Jerzy pochwy­cił jej dłoń w swoje ręce. Podzię­ko­wała spoj­rze­niem.

- Strasz­nie ich śmierć prze­ży­łam. Wspo­ma­gała mnie cio­cia Ela, sio­stra mamy, a jesz­cze bar­dziej jej mąż, wujek, bo wszę­dzie mnie woził. Że też w taką pogodę wybrali się wtedy w trasę - rzu­ciła i na chwilę zamil­kła.

- Ni­gdy nie wiemy, co, gdzie i kiedy może nam się przy­da­rzyć - powie­dział cicho.

- Bar­dzo tęsk­nię do taty, mojego nauczy­ciela, zresztą do obojga rodzi­ców. Szybko pod­ję­łam decy­zję, że nie chcę dalej miesz­kać w nowo­huc­kim miesz­ka­niu, w któ­rym spę­dzi­łam tyle lat w szczę­ściu. W tym cza­sie mia­łam do wyboru oba. Pew­nie by mnie przy­jęli na członka spół­dzielni, do któ­rej nale­żeli rodzice, bo prze­cież miesz­ka­łam tam od uro­dze­nia, byłam jedy­nym dziec­kiem. Miesz­ka­nie było loka­tor­skie, nie wła­sno­ściowe. Oni woleli kupić samo­chód niż wydać pie­nią­dze na wyku­pie­nie miesz­ka­nia. Ni­gdy nie mieli zbyt wiele, a nie chcieli się zapo­ży­czać. Kie­dyś mnie nawet o to spy­tali, a ja, podob­nie jak oni, wybra­łam auto. Dzięki temu tu i ówdzie w Pol­sce z nimi byłam, a rodzice ni­gdy nie żało­wali dla mnie na farby, szta­lugi, płótna i cały pozo­stały sprzęt do malo­wa­nia. Kiedy zgi­nęli, zre­zy­gno­wa­łam z tam­tego miesz­ka­nia, wyda­łam wszyst­kie posia­dane i poży­czone pie­nią­dze na wyre­mon­to­wa­nie tego, i teraz musi tak zostać. Bóg wie jak długo jesz­cze. Wszyst­kie meble z Nowej Huty sprze­da­łam, a pamiątki po nich mam w dużym kufrze, który wsta­wi­łam pod sto­lik z tele­wi­zo­rem. - Wska­zała na opa­sły zie­lony mebel. - Mam je na oku. Wycią­gnę­łam z niego tylko jedno zdję­cie, które zro­bi­li­śmy sobie z oka­zji ukoń­cze­nia przeze mnie osiem­na­stu lat - wes­tchnęła.

- Widzia­łem je, kiedy zaj­rza­łem wcze­śniej do two­jej sypialni. Wszy­scy tacy uśmiech­nięci, mło­dzi.

- Zdję­cie zostało zro­bione dzie­sięć lat temu.

- Rodzice byli bar­dzo mło­dzi, tak czy tak.

- Po ostat­niej ich dro­dze wciąż mia­łam chan­drę, tęsk­ni­łam za nimi. Rela­cje z cio­cią nieco się ochło­dziły, bo oka­zało się, że ostrzyła sobie zęby na to miesz­ka­nie dla córki, mojej kuzynki. Myśleli, że tamto spół­dziel­cze mamy wła­sno­ściowe, a moi rodzice ni­gdy ich nie wypro­wa­dzili z błędu. Kiedy im to wyja­śni­łam, cio­cia stała się pra­wie taka sama jak daw­niej. I to by było wła­ści­wie wszystko.

- Nie mia­łaś łatwo. - Jerzy ją poca­ło­wał, a Korynna wtu­liła się w niego mocno.

- Jesteś dobry, moje serce to czuje. Bądź ze mną, pro­szę.

- To jest to, Korynno, o czym naj­bar­dziej marzę.

Ich usta połą­czyły się w dłu­gim poca­łunku.

- Mam pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia - powie­działa cicho, gdy po chwili wpa­trzyli się w sie­bie głod­nymi oczami. - Tutaj przy­ga­simy świa­tło, u sie­bie zapalę małą lampkę i pościelę dla cie­bie poduszkę i jasiek, a ty idź... do łazienki, potem ja. - Wska­zała spoj­rze­niem na przed­po­kój.

Ruszył, oglą­da­jąc się na nią, ale ona kil­ka­kroć mach­nęła za nim dło­nią, jakby go popę­dzała. Po kil­ku­na­stu minu­tach wszedł odmie­niony do pokoju.

- Tam - rzu­ciła z uśmie­chem i wska­zała na drzwi do sypialni. - Zaj­mij mi dobre miej­sce. - Teraz ona skie­ro­wała się w stronę łazienki.

Jerzy naj­pierw sie­dział na łóżku od strony salonu. Po chwili zorien­to­wał się, że miej­sce dla niego przy­go­to­wała od strony okna, więc prze­siadł się na tę część. Usły­szał, jak pod oknami prze­je­chała dorożka. Uśmiech­nął się na mia­rowy stu­kot koń­skich kopyt po bruku. Wycią­gnął się na wznak i przy­krył tylko brzeż­kiem koł­dry. Wpa­try­wał się w drzwi. Korynna wbie­gła do sypialni na pal­cach, jak nimfa. Bły­ska­wicz­nie zga­siła lampkę przy łóżku i szybko scho­wała się pod koł­drę. Po kilku sekun­dach jej ramiona wysu­nęły się spod niej i zaczęły szu­kać jego ramion. Objęli się, a potem szybko odna­la­zły się ich usta. Oplo­tła go z całej siły nogami. Sypial­nia wypeł­niła się szme­rem szep­tów i zaklęć.

*

Pod­czas pierw­szej wycieczki na Wawel, kiedy już zwie­dzili kate­drę, oczy Jerzego chło­nęły wszyst­kie cuda, a uszy nie mogły się dość nasłu­chać tego, co miała o nich do powie­dze­nia Korynna. Naj­pierw świą­ty­nia, a potem pod­zie­mia.

- Kate­dra cze­kała na taką prze­wod­niczkę. Dobrze, że ni­gdy wcze­śniej tu nie przy­je­cha­łem. Mia­łaś rację, tutaj bije serce Pol­ski, naszej histo­rii. Dzię­kuję.

Nie mogła mu nie podzię­ko­wać poca­łun­kiem. Za widoku, a do tego na Wawelu z nikim się dotąd nie cało­wała.

- Boże! - ode­zwał się nagle dra­ma­tycz­nym gło­sem Jerzy. - Dopiero przed momen­tem dotarło do mnie, że dwu­dzie­sty ósmy, czyli data mojej roz­mowy w Rabce, wypada jutro! Pierw­szy paź­dzier­nika jest w sobotę. Jak ja to spraw­dza­łem!

Zła­pał się za głowę, Korynna zmar­twiała.

- I co teraz zro­bisz?

- Naj­le­piej powie­dzieć prawdę. Dzwo­nię.

Wziął głę­boki oddech i odszedł nieco na bok. Usiadł na murku.

Kiedy skoń­czył, zoba­czyła, że jest uśmiech­nięty.

- Sekre­tarka prze­łą­czyła mnie do dyrek­tora. Ma fajny głos i dobre uspo­so­bie­nie. Jemu też się coś pokrę­ciło, to zna­czy źle mu pod­po­wie­dziano.

- Ale poje­dziesz jed­nak jutro? - Posmut­niała.

- Umó­wi­łem się na roz­mowę w ponie­dzia­łek trze­ciego paź­dzier­nika. Możemy spę­dzić ze sobą jesz­cze cztery i pół dnia!

Korynna, nie bacząc na prze­chod­niów, raz jesz­cze mocno go poca­ło­wała.

Po powro­cie z Wawelu Jerzy popro­sił o moż­li­wość obej­rze­nia jej obra­zów. Wresz­cie sama się doli­czyła, że w domu ma ich aż szes­na­ście. Poroz­sta­wiała je wzdłuż ścian, mebli, a on spa­ce­ro­wał i podzi­wiał je kolejno jak w sali wysta­wo­wej. Musiała mu cza­sami wyja­śnić, jaki był jej zamiar, cho­ciaż w więk­szo­ści malo­wi­deł sam odga­dy­wał.

- Jesteś zna­ko­mitą malarką - pod­su­mo­wał. - Nie potra­fię nawet powie­dzieć, który podoba mi się naj­bar­dziej... bo wszyst­kie są piękne. Ten z kop­cami Wandy i Kraka, ze słoń­cem tuż nad hory­zon­tem jest chyba naj­bar­dziej tajem­ni­czy. Kocham cię! - Pode­rwał ją nagle i wyca­ło­wał. - Moja uko­chana jest artystką! - wrza­snął z całych sił.

- Ciszej - popro­siła.