Rozdział 2
Opuściłam szpital w południe, wcześniej czekając przez kilka godzin, aż ekscentryczny i lekko zakręcony pan doktor dostarczy mi upragniony wypis. Odebrała mnie Dominika, bo tata był w pracy, podobnie jak państwo Redykowie, a Oskar z wiadomych przyczyn nie mógł prowadzić samochodu.
Dobrze było wyjść na świeże, mroźne powietrze i odetchnąć pełną piersią. Czułam szczypanie chłodu na policzkach, a chrzęst śniegu pod butami przypominał mi, że mamy już grudzień i trzeba zacząć myśleć o przygotowaniach do świąt.
W zeszłym roku okres przedświąteczny był bardzo ciężki. Upłynął mi pod znakiem pracy, stresu i niepewności. Tata był wtedy w tragicznym stadium swojego uzależnienia od alkoholu, Baśka buntowała się przeciwko całemu światu, wyszło na jaw, że rodzice wzięli rozwód dawno temu, a mama po raz kolejny pokazała, jaką jest egoistką.
Wsiadłyśmy do samochodu Dominiki, a ja od razu zapięłam pasy. Czułam dziwne zdenerwowanie na myśl o jeździe w tak niesprzyjających warunkach pogodowych. Moja przyjaciółka była dobrym kierowcą, lecz to nie niwelowało wspinającej się po moim kręgosłupie nerwowości.
- Oliwia, wszystko w porządku? - zapytała Dominika, dostrzegając najwyraźniej mój niepewny wyraz twarzy i palce mocno zaciśnięte na pasie bezpieczeństwa.
- I tak, i nie... Czuję się po prostu trochę zdenerwowana na myśl o jeździe autem - odparłam z zakłopotaniem, przygryzając lekko dolną wargę.
Dominika westchnęła ze współczuciem i pogładziła mnie po ramieniu, pragnąc dodać otuchy.
Taka przyjaciółka to skarb. Mijały lata, a my ciągle trzymałyśmy się razem. Pomimo wzlotów i upadków, kłótni i niejasności, w którymś momencie zawsze się spotykałyśmy. Potrafiłyśmy się wzajemnie przeprosić, potrafiłyśmy sobie wybaczać i to była nasza siła, której brakowało innym przyjaźniom. Ludzie zbyt łatwo z siebie rezygnowali, zbyt chętnie pielęgnowali niechęć i urazy, zamiast wyrwać je niczym chwasty i skupić się na walce o to, co dobre, ciepłe, chociaż nie zawsze łatwe do zdobycia.
- Zaufaj mi. Dotrzemy do twojego domu całe i zdrowe - odpowiedziała cicho Dominika, przekręcając kluczyk w stacyjce.
Wymusiłam uśmiech i przytaknęłam. Wpatrzyłam się w boczną szybę i obserwowałam, jak opuszczamy szpitalny parking. Spędziłam tam dwa dni, a miałam wrażenie, jakby był to tydzień. Ulga płynąca ze świadomości, że wracam do domu, była ogromna i wręcz niemożliwa do opisania.
Nasze miasteczko, urokliwe, chociaż niewyróżniające się niczym szczególnym na tle innych, wyglądało niesamowicie w bieli świeżego, połyskującego śniegu. Na dachach i szybach samochodów osiadły grube warstwy, a nagie gałęzie drzew okryła puszysta pierzynka. W centrum mieniły się już świąteczne iluminacje, a wiedziałam, że w ciągu dwóch dni całe miasteczko zostanie ozdobione kolorowymi światełkami, bo przecież musiało być pięknie na mikołajki. Co roku na Starym Rynku odbywało się uroczyste zapalenie wielkiej choinki, a na płytę wjeżdżał kondukt Świętego Mikołaja, który rozdawał dzieciakom upominki. Ludzie tłumnie schodzili się na to wydarzenie, a w ostatnich latach stało się ono tak słynne, że zjeżdżali się do nas także mieszkańcy sąsiednich miasteczek.
Byłam tak głęboko pogrążona we własnych myślach, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęła nam droga. Dominika zaparkowała auto pod domem, a ja odetchnęłam z ulgą. Popatrzyłyśmy na siebie i wysiadłyśmy, po czym ośnieżonym podjazdem skierowałyśmy się do wejścia.
Ależ powietrze cudownie mroziło w policzki! Chociaż do świąt było jeszcze dość daleko, czuło się tę magiczną atmosferę, którą generowało pojawienie się śniegu. A jak wiadomo, w naszym kraju nie zdarzało się to zbyt często.
I oczywiście cały Facebook i Instagram zostały zalane zdjęciami białego puchu zdobiącego naszą okolicę...
Z szybko bijącym sercem otworzyłam drzwi domu. Przez pierwsze kilka sekund witała mnie całkowita cisza.
Dopiero po chwili usłyszałam stukot psich pazurków po panelach, a sekundę później przy moich nogach pojawiła się rozradowana, szczekająca entuzjastycznie Sara.
Przykucnęłam, a ona tak energicznie machała ogonem, jakby była młodziutkim szczeniaczkiem, a nie trzynastoletnim psem po ciężkiej chorobie.
Ostatni rok był dla Sary trudny. Ukończyła trzynaście lat na początku lipca, a dwa tygodnie później zdiagnozowano u niej ropomacicze, które powstało w trakcie ostatniej cieczki. Przy guzie, który od jakiegoś czasu miała na listwie mlecznej, utworzył się stan zapalny wywołany burzą hormonów i trzeba było wykonać częściową mastektomię ze sterylizacją. Sara przez dziesięć dni dochodziła do siebie, w trzecim dniu nastąpił kryzys, bo powstało podejrzenie zapalenia otrzewnej, które na szczęście szybko udało się opanować antybiotykami. Chodziła w pięknym, zielonym ubranku aż do dnia zdjęcia szwów, a później przez kilka miesięcy miała goły brzuszek, bo sierść dość długo jej nie odrastała.
Po operacji nadeszła dla niej druga młodość. Nie żałowałam tego, że leczenie Sary kosztowało mnie i tatę kilka tysięcy złotych. Warto było stracić oszczędności, żeby widzieć ją każdego kolejnego dnia w tak wyśmienitej formie.
- Cześć, kochana! Już do ciebie wróciłam! - powiedziałam z radością i przytrzymałam jej łebek, składając na pyszczku czuły pocałunek. Kochałam tę psinę z całego serca i nie wyobrażałam sobie dnia, w którym miałoby jej nie być.
Owczarki szkockie charakteryzują się nie tylko pięknym, majestatycznym wyglądem, ale także niesamowitą mądrością i potrzebą kontaktu z człowiekiem. Są wierne, pracowite i posłuszne bez wymyślnej tresury.
- Oliwia... - Pełen ulgi głos taty sprawił, że podniosłam głowę i padłam w jego ramiona, pozwalając, żeby podzielił się ze mną swoją troską, miłością i spokojem.
Czułam się, jakbym odzyskała ojca. Po terapii znów stał się tym dobrym, ciepłym człowiekiem, którym był dla nas, zanim alkohol zaczął dominować nad jego życiem. Jednak nawet uzależnienie nie było w stanie wymazać tego, że ja i Baśka zawdzięczałyśmy mu dosłownie wszystko. Wypełniał swoją rolę i zastępował nam jeszcze matkę.
- Cześć, tato - odpowiedziałam, uśmiechając się do niego z rozrzewnieniem. Pachniał igliwiem, a w jego swetrze dostrzegłam kilka wplątanych igiełek sosny. Musiał niedawno wrócić z pracy. Wyciągnął dłoń w kierunku opatrunku na mojej skroni i zmarszczył brwi ze smutkiem. - Jest w porządku, naprawdę - zapewniłam, gładząc go po ramieniu.
- To się mogło źle skończyć... - wyszeptał łamiącym się głosem. Opuścił wzrok, chcąc ukryć przede mną swój smutek i strach. Nie musiał, bo miał prawo to wszystko czuć.
- Na szczęście wyszliśmy z tego cało - odparłam, raz jeszcze przytulając się do niego.
Nie powiedział już nic, tylko pozwolił mi zdjąć kurtkę oraz zimowe buty, a Dominika, która czekała z boku i nic nie mówiła, ożywiła się w typowy dla siebie sposób, trajkocząc jak katarynka dla rozluźnienia atmosfery. Tylko ona tak potrafiła - wyciszyć się w jednej sekundzie i tak samo nagle odpalić całą swoją energię, której miała od groma i jeszcze więcej.
Zrzuciła płaszcz i kozaki na wysokim obcasie, po czym ruszyła żwawym krokiem do kuchni, przywołując do siebie Sarę, która radośnie machała ogonem.
Nie chciałam rozmawiać o wypadku. Dopiero po dłuższej chwili dotarły do mnie smakowite zapachy wydobywające się z włączonego piekarnika. Dominika zajrzała z ciekawości, co tam się szykuje, a po chwili z błyskiem w oku poinformowała, że tata przygotował zapiekankę ziemniaczaną. Wiedział, jak najlepiej powitać mnie w domu.
- Oskar przyjdzie? - zapytałam, patrząc na krzątającego się przy szafkach kuchennych ojca.
- Tak, będzie za kilka minut. Basia i Patryk też przyjdą - odparł, rozkładając talerze przy stole kuchennym.
To była kolejna zmiana podczas kończącego się właśnie roku. Moja młodsza siostra związała się dość poważnie z chłopakiem, z którym zaliczyła pierwszą randkę na lodowisku, i to dodatkowo na moich oczach. Ona i Patryk byli uroczą parą, a Baśka bardzo pozytywnie się przy nim zmieniła. Lubiłam na nich patrzeć, bo ich uczucia były jeszcze takie słodkie i niewinne. Te ukradkowe spojrzenia i rumieniec na twarzy, gdy złapali się za rękę pod stołem... Ja czegoś takiego nie przeżyłam, ale cieszyłam się, że moja siostra tak pięknie zakochała się po raz pierwszy.
Rozsiedliśmy się przy kuchennym stole, rozmawiając na zupełnie błahe tematy. Niesłabnąca energia Dominiki zdawała się wypełniać całe pomieszczenie, tak że nie było miejsca na cięższe tematy.
Sara zerwała się z drzemki, gdy drzwi frontowe otworzyły się, a do środka wraz z podmuchem mroźnego powietrza wszedł Oskar.
Serce zabiło mi szybciej na jego widok, a uśmiech jakoś tak samoistnie wstąpił na usta. Patrzyłam, jak jedną ręką zdejmuje kurtkę i buty. Dostrzegłam kilka drobnych płatków śniegu w jego włosach, które dosłownie w ciągu chwili zniknęły na moich oczach.
Miał dłuższe włosy niż w zeszłym roku. Lubiłam to, że kręciły się niesfornie na końcach, a ja mogłam zatopić w nich palce. Oskar upodobał też sobie noszenie kilkudniowego zarostu, przez co jego twarz nabrała surowszego, dojrzalszego wyrazu.
- Dzień dobry wszystkim! - zawołał od wejścia, uśmiechając się do mnie w sposób, który sprawiał, że topniało mi serce. - Ależ tu pachnie!
- Pan Waldek to mistrz swojej kuchni! - powiedziała Dominika z szerokim uśmiechem, ustawiając naczynie żaroodporne na środku stołu. Zdjęła gorącą pokrywkę, uwalniając przepysznie pachnącą parę.
- A to się zgadza - przyznał Oskar z uśmiechem, po czym podszedł do mnie i objął mnie zdrowym ramieniem, całując czule w usta. - Jak się czujesz? - zapytał przyciszonym głosem, gładząc wierzchem dłoni po policzku.
- Jest dobrze. A jak twoja ręka?
- W nocy bolała, ale połknąłem jakieś proszki i udało mi się pospać do rana - odparł, wzruszając jednym ramieniem.
Oskar usiadł na krześle obok mnie, a Sara wcisnęła się między nas, machając ogonem i domagając się pieszczot od swojego ulubionego człowieka. Nasza psina kochała go od zawsze, a gdy pojawiał się w zasięgu jej wzroku, to wszyscy inni przestawali istnieć. Liczyła się tylko jego ręka na jej łebku, jego głos i jego uwaga.
Nie zareagowała nawet za bardzo, gdy drzwi wejściowe znów się otworzyły, a do środka weszli roześmiani Baśka i Patryk.
- Dzień dobry! - krzyknęli chórem, zrzucając szkolne plecaki w korytarzu. Oboje mieli wyśmienite humory i zaróżowione od mrozu policzki. Zdejmując wierzchnie ubrania, nie byli w stanie oderwać od siebie wzroku.
Naprawdę ich wzięło. Przepadli w sobie, przeżywając pierwszą, wielką miłość.
- Chodźcie, bo czekamy już tylko na was! - zawołał tata, zabierając się do nakładania wszystkim zapiekanki na talerz.
- Och, sosy! - zreflektowała się Dominika, wstając szybko od stołu. Wyciągnęła trzy pojemniczki z dodatkami do zapiekanki.
Basia i Patryk weszli do kuchni, trzymając się za ręce. Usiedli obok siebie na ostatnich wolnych krzesłach przy naszym sześcioosobowym stole.
- Ale pachnie... - zachwyciła się moja siostra, łapiąc się za brzuch. - A ja jestem taka głodna!
- Co tam w szkole? - zagadnął Oskar, głaszcząc Sarę, która położyła mu łebek na udzie, poddając się pieszczotom z niemałym zachwytem.
- Mieliśmy dziś kartkówkę z matmy... - Baśka skrzywiła się teatralnie.
- Napisałaś coś? - zainteresował się tata, zasiadając na miejscu i zabierając się do posiłku. - Smacznego wszystkim.
Odpowiedzieliśmy mu tym samym i rozpoczęliśmy pałaszowanie.
- Coś tam napisałam, ale pewnie więcej niż trójki nie dostanę.
- Trudne było? - zagadnął cicho Patryk, patrząc na Baśkę kątem oka. Ciągle jeszcze był nieco nieśmiały w naszym towarzystwie, często się czerwienił i uciekał spojrzeniem, gdy ktoś z nas próbował wciągnąć go w rozmowę.
- Trudne, ale wczoraj trochę nad tym siedziałam, więc pewnie dlatego cokolwiek udało mi się napisać.
Miałam wrażenie, że Patryka bardzo onieśmielał nasz tata. Często przyłapywałam chłopaka na obserwowaniu go, gdy coś mówił, śmiał się czy robił. Chyba nie do końca jeszcze wiedział, jak powinien z nim rozmawiać. Był dobrym dzieciakiem, który bardzo troszczył się o Baśkę, a ich relacja na obecnym etapie naprawdę przedstawiała się bardzo niewinnie. I tata dobrze sobie radził z faktem, że jego młodsza córka jest tak bardzo zakochana.
W moim przypadku nie czuł się za bardzo zaskoczony, stwierdzając, że związek mój i Oskara był tylko kwestią czasu, a i tak już zbyt długo krążyliśmy wokół siebie.
Może i tak było, chociaż nikt poza nami nie wiedział do końca, jak nasza relacja tak naprawdę wyglądała. Przechodziliśmy przez różne etapy, począwszy od dziecięcego koleżeństwa, przez pierwszy pocałunek podczas gry w butelkę i wzajemną obojętność. Uczucia skumulowały się w nas rok temu, gdy alkoholizm zaczął pokonywać tatę. Wtedy Oskar okazał się wsparciem, którego bardzo potrzebowałam. Wtedy zrozumiałam, że mogę na niego liczyć i na nim polegać.
Rozmowa przy przepysznej zapiekance taty toczyła się spokojnym rytmem i dotyczyła głównie zbliżających się wielkimi krokami świąt. Pani Ala już pod koniec listopada poinformowała mnie, że czeka nas bardzo zapracowany miesiąc, ale jeśli miałabym ochotę i potrzebę dorobić sobie przy sprzedaży choinek, tak jak rok temu, to z pewnością jakoś uda się to zgrać.
A ja od razu zadeklarowałam swoją chęć, bo każdy dodatkowy zarobek się liczył. Zeszłoroczne święta były bardzo skromne... Zrobiłam, co w mojej mocy, żeby w ogóle się odbyły, i naprawdę spędziliśmy je bardzo dobrze, rodzinnie i radośnie, chociaż na radość w ogóle się nie zapowiadało. W tym roku chciałam, żeby pod choinką czekało więcej prezentów niż trzy, byśmy zasiedli do stołu z większą liczbą potraw i by duch świąt rozgościł się u nas wcześniej, a nie na ostatnią chwilę.
Na deser tata zaproponował nam przepyszną, pulchną babkę upieczoną wczorajszego wieczora, którą wszyscy pałaszowaliśmy ze smakiem, oblizując palce z lukru. W którymś momencie Baśka bez słowa wstała od stołu i poszła do salonu, skąd po chwili dobyły się dźwięki największego świątecznego hitu.
- Trzeba zadbać o nastrój, gdy za oknem tak zimowo - powiedziała z zadowoleniem, uśmiechając się szeroko.
- Musiało paść akurat na Wham!... - jęknęła Dominika, wywracając oczami.
- Święta bez Last Christmas nie istnieją! - odparła Basia i zaczęła śpiewać znany wszystkim tekst razem z wokalistą.
Patryk obserwował swoją dziewczynę z niesłabnącym zachwytem, a jego lekki, chłopięcy uśmiech niesamowicie rozczulał moje serce. Oskar objął mnie ramieniem, a gdy na niego spojrzałam, uśmiechnął się i puścił do mnie oko. Tak dobrze było z nim być. Przytuliłam się do niego, stęskniona bliskości i jego ciepła.
W ciągu minionego roku kilka razy zdarzyło nam się spędzić razem noc - w takim sensie, że spaliśmy w jednym łóżku, czy to w domu Oskara, czy w moim. Nie byliśmy jedną z tych par, które po kilku miesiącach bycia razem chciały ze sobą zamieszkać. Lubiliśmy swoją własną przestrzeń oraz to, że mieliśmy gdzie uciec, gdy dochodziło do kłótni, a one były u nas dość częste. Skakaliśmy sobie do gardeł tylko po to, żeby później się godzić. Nasze godzenie zawsze było pełne czułości, pocałunków i wyznań. Jednak do tej pory jeszcze nigdy... Jakoś oboje odkładaliśmy ten ważny moment, chcąc przeżyć go jak najlepiej.
Oskar wiedział, że był jedynym chłopakiem, z którym kiedykolwiek się całowałam, nie musiałam więc zaznaczać, że jestem dziewicą. On miał kilka przygód za sobą i czasem nadchodziły jeszcze takie momenty, gdy ta świadomość spędzała mi sen z powiek. Jednak przeszłość była przeszłością, nosiła znamiona błędów, skrywała przeżycia i doznania, które kształtowały każdego człowieka. A najistotniejsze było to, że nie dało się jej zmienić.
Nie miałam prawa wściekać się o jego dawne decyzje i wybory. Starałam się tego nie robić. Z początku nie zawsze mi się udawało, lecz obecnie już o tym nie rozmawialiśmy.
Last Christmas dobiegło końca i rozpoczęła się kolejna, równie popularna świąteczna piosenka, czyli nieśmiertelne All I Want For Christmas Is You. Tym razem Dominika zaczęła wesoło podrygiwać do melodii, a Baśka tańczyła jak szalona, wymachując rękami i pozwalając, żebyśmy wszyscy pękali ze śmiechu. Atmosfera przy stole stała się lekka, niemal świąteczna, a myśli pobiegły w dobrą stronę i nie krążyły obsesyjnie wokół tego, co się stało, oraz jak bardzo źle mogło się to skończyć...
Kilka utworów później zabraliśmy się wszyscy do sprzątania ze stołu, ignorując protesty taty, że zrobi to sam. Nawet Oskar z zaledwie jedną sprawną ręką ułożył w zmywarce swoje naczynia.
Dominika pożegnała się z nami, bo była umówiona na basen ze znajomymi, a Basia i Patryk usadowili się w salonie przed telewizorem. Tata stwierdził, że pójdzie się zdrzemnąć, i z troskliwym spojrzeniem zapytał, czy aby na pewno oboje z Oskarem dobrze się czujemy.
Jako ostatni opuściliśmy kuchnię i udaliśmy się do mojego pokoju, by nacieszyć się sobą po ostatnich życiowych perturbacjach.
To już był nasz rytuał... Zawsze przystawaliśmy na chwilę przed moim regałem zastawionym gęsto kulami śnieżnymi. Patrzyliśmy, chociaż od dawna nie zmieniałam układu na półkach i każda kula stała dokładnie w tym samym, doskonale nam znanym miejscu. A jednak za każdym razem milkliśmy, patrzyliśmy, zastanawialiśmy się.
Tylko po to, by wziąć jakąś przypadkową w dłonie, potrząsnąć, popatrzyć z uśmiechem na opadające wewnątrz płatki i przenieść się w kojącej ciszy na łóżko.
Tak było i tym razem. Odbyliśmy nasz rytuał, po czym umościliśmy się wygodnie w pościeli i przytuliliśmy do siebie.
- Ale się porobiło, co? - zagadnął cicho Oskar, gładząc mnie powoli po włosach.
Jego zapach zdawał się wypełniać powietrze w całym pokoju, a ja oddychałam nim, czerpiąc z tego nieopisaną przyjemność. Jak zawsze.
Mruknęłam w odpowiedzi, a po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz na samo wspomnienie tych ostatnich, mrożących krew w żyłach sekund przed wypadkiem. Nie chciałam o tym rozmawiać, naprawdę nie byłam w stanie do tego wracać i omawiać czegoś, co skończyło się dobrze, a mogło się skończyć tragicznie.
Zanim Oskar zdołał powiedzieć coś jeszcze, telefon rozdzwonił mi się w kieszeni, burząc panującą w pokoju ciszę. Wyciągnęłam go i skrzywiłam się, widząc, że dzwoni mama.
- Nie odbierzesz?
- Nie chcę z nią gadać - mruknęłam. Czekałam, aż melodia przestanie rozbrzmiewać.
- Dlaczego?
Sapnęłam ze złością, patrząc na Oskara kątem oka.
- Napisała mi wczoraj wiadomość, czy spotkamy się pod koniec tygodnia na kawę, bo nie mogła mnie odwiedzić w szpitalu z powodu spraw swoich i Michaela. Rozumiesz to? - wyszeptałam z goryczą i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Ona nadal miała niesamowitą zdolność zadawania mi bólu, chociaż nie było jej w moim życiu od lat.
- Sprawiła ci tym przykrość... - To nie było pytanie, lecz stwierdzenie.
Nie musiałam przytakiwać, by wszystko dostrzegł w moich oczach.
Objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie, a telefon po raz kolejny rozdzwonił mi się w dłoni. Czekaliśmy, aż ponownie zamilknie. Wiedziałam, że nie mogę w nieskończoność ignorować matki, ale dziś nie czułam się na siłach, by słuchać jej beznadziejnych wymówek wypowiadanych zakochanym, radosnym głosem.
Postanowiłam, że w końcu odbiorę od niej telefon albo sama zadzwonię. Powiem jej, że nie mam czasu na spotkania, wymigując się w najbardziej banalny sposób, albo wygarnę wprost, że od lat nie ma jej dla nas, więc niech nie liczy, że ja będę dla niej, gdy ona tego chce.
Napięcie na linii ja-mama wzrastało. Wiedziałam, że w końcu wybuchnie, i obawiałam się, że dojdzie do tego jeszcze przed świętami.
Następnego dnia zdjęłam opatrunek ze skroni, zgodnie z zaleceniami lekarza. Rana nie była duża, ale wyglądała dość paskudnie. Rozpuściłam włosy i ułożyłam je tak, że częściowo zakrywały strup. Nie planowałam kombinować z makijażem, bo mogłoby się to skończyć jeszcze gorzej, a chciałam jak najszybciej pójść do pracy, żeby zająć czymś ręce i nie oszaleć.
Zadzwoniłam do pani Ali z pytaniem, czy mogłabym wpaść chociaż na kilka godzin do piekarni i w czymś jej pomóc, lecz stanowczo zaprzeczyła i nakazała mi odpoczywać. Zdawałam sobie sprawę, że pewnie miała niezłe urwanie głowy, ale za nic w świecie by mi się do tego nie przyznała. Nie po tym, co się wydarzyło.
W domu panowała niczym niezmącona cisza. Baśka była już w szkole, a tata w pracy. Sara drzemała smacznie pod stołem w kuchni, a później obserwowała spod półprzymkniętych powiek, jak przygotowywałam sobie kakao. Zima, śnieg i okres oczekiwania na święta kojarzył mi się właśnie z tym słodkim, przepysznym napojem.
Stanęłam przy oknie, obejmując palcami ciepłą porcelanę dużego kubka z wizerunkiem kota w czapce Świętego Mikołaja, i patrzyłam na leniwie opadające płatki śniegu. Cała okolica tonęła w bieli, słupki termometrów wskazywały osiem stopni poniżej zera, a kalendarz informował, że do świąt pozostało dwadzieścia dni.
Cholera, dwadzieścia dni to wcale nie jest dużo.
Korzystając z ciszy i spokoju, wyjęłam z ościennej szafki kuchennej notes oraz długopis i zasiadłam przy stole, odszukując pierwszą pustą kartę wśród wielu zapisanych stron. Nakreśliłam nagłówek pod tytułem "Święta" i zaczęłam zastanawiać się nad tegorocznymi potrawami (nie tylko wigilijnymi), prezentami dla najbliższych oraz budżetem, który mógłby to wszystko spiąć.
Na szczęście mieliśmy z tatą więcej funduszy niż w zeszłym roku, dlatego po dłuższym zastanowieniu wpisałam kilka dodatkowych ozdób na listę rzeczy do kupienia oraz zaplanowałam pieczenie pierniczków na mikołajki. Zamierzałam zaangażować do pomocy Baśkę, a może i Patryka, jeśli przyjdzie z moją siostrą po szkole do naszego domu. No i Oskara, on koniecznie musiał być razem z nami, nawet jeśli tylko z jedną sprawną ręką.
Nieoczekiwanie poczułam zapał do przygotowań, chociaż jeszcze rano byłam mocno przygnębiona tym wszystkim, co się ostatnimi czasy wydarzyło. Najpierw informacja o przyjeździe mamy i jej nowego partnera, później nasz wypadek w drodze na lotnisko, kiedy jechaliśmy, by ich odebrać.
Teraz jednak dopadł mnie jakiś radosny przedświąteczny duch, którego w zeszłym roku na próżno było szukać w murach naszego domu.
Zamknęłam zeszyt i odłożyłam go na lodówkę razem z długopisem, żeby był w zasięgu mojego wzroku i nie dał o sobie zapomnieć, po czym schyliłam się i spojrzałam pod stół na obserwującą mnie Sarę.
- Chcesz iść na spacer?
Psina od razu zamerdała ogonkiem, okazując swój entuzjazm. Wyczołgała się spod stołu i wstała, a ja nałożyłam w korytarzu kurtkę, buty i czapkę, po czym wyszłyśmy z domu. Od razu poczułam uderzenie mroźnego powietrza.
Wzięłam głęboki oddech, a kąciki ust uniosły mi się łagodnie do góry. Ależ było pięknie. Wszędzie biało, jak okiem sięgnąć. Sara radosnym truchtem zbiegła po schodkach i padła na śnieg, tarzając się w nim z radością. Odkąd była szczeniakiem, reagowała na biały puch w ten sam, typowo psi sposób.
Pozwoliłam jej się nacieszyć, co rusz zerkając na dom stojący po drugiej stronie ulicy.
Sara otrzepała sierść ze śniegu i wyszłyśmy przez skrzypiącą znajomo furtkę. Ruszyłyśmy chodnikiem w kierunku sklepu osiedlowego. Ulica była spokojna i urocza, wszędzie wokół panowała cisza jak makiem zasiał, a moja kochana psina kroczyła przede mną, węsząc nisko przy ziemi. Uwielbiała to robić. Czasem, zwłaszcza latem, podczas spacerów potrafiła zaciągnąć się jakimś zapachem tak bardzo, że nie można było się jej dowołać.
Od kilku miesięcy w naszym sklepie osiedlowym pracowała przemiła pani Lucynka, która zawsze raczyła klientów chwilą sympatycznej rozmowy i serdecznym uśmiechem. Pokiwała mi od wejścia, gdy razem z Sarą ruszyłyśmy między regały, czując nagły wybuch ciepła mocno kontrastujący z chłodem panującym na zewnątrz. Do zielonego koszyka wrzuciłam korzenną przyprawę, mąkę i mleko. Pamiętałam też o herbacie, bo wczoraj nam się skończyła, i maśle, bo i ono było potrzebne do wypieczenia przepysznych pierniczków z przepisu pani Ali.
Sara zamachała radośnie ogonem, gdy dotarłyśmy do kasy, a pani Lucynka wychyliła się i pogłaskała ją po czarnym łebku.
- Dzień dobry - powiedziałam z uśmiechem, wypakowując z koszyka wszystkie produkty.
- Witaj, kochana. Jak dobrze cię widzieć całą i zdrową! - zawołała swoim dźwięcznym, rezolutnym głosem. - Jak się czujesz?
Och, czyli informacja o wypadku moim i Oskara już się rozniosła.
- W porządku. Najbardziej ucierpiało auto, ale my mamy się dobrze - odparłam wymijająco, pragnąc jak najszybciej skończyć temat.
- Pal licho samochód, to tylko rzecz! Najważniejsze, że wy jesteście cali i zdrowi - powiedziała z ulgą, kasując produkty. Robiła to machinalnie, bo cała jej uwaga skoncentrowana była na mnie. - A co tam u Waldemara? Dawno się w sklepie nie pokazywał.
No tak. Pani Lucynka od jakiegoś czasu nieco intensywniej interesowała się tatą, co nie umknęło ani mojej, ani Baśki uwadze. Często o niego pytała, a gdy zachodził do sklepu, to rozmawiała z nim dłużej niż z innymi klientami i chichotała w charakterystyczny, niemal uwodzicielski sposób.
Była pulchną kobietą po czterdziestce, farbowała włosy na blond i nakładała dużo różu na policzki, ale przy tym była osobą tak sympatyczną, że nie dało się jej nie lubić.
- Tata dużo pracuje, teraz zaczyna się gorący czas w szkółce leśnej, bo za moment ruszy sprzedaż choinek, więc sama pani rozumie - odpowiedziałam, wzruszając ramionami i pakując zakupy do papierowej torby.
Uregulowałam należność, po czym zerknęłam na Sarę, która usiadła przy mojej nodze i cierpliwie czekała.
- Och, no tak. Rozumiem. Dużo pracy - powiedziała pani Lucynka, nie kryjąc zawodu. - Pozdrów go ode mnie, dobrze?
- Pozdrowię - zapewniłam z uśmiechem. - Idziemy, Sara - dodałam, a psinka od razu wstała i merdaniem ogona pożegnała się z miłą ekspedientką.
Kilkanaście minut później dotarłyśmy do domu. Rozpakowałam zakupy, nucąc pod nosem jakąś wymyśloną melodię. Sara, spragniona po spacerze, napiła się wody, po czym podreptała na piętro i ułożyła się do spania na swoim posłaniu. Odetchnęłam głęboko, wpatrując się z zadumą w widok za kuchennym oknem.
Nasza psina miała już trzynaście lat... Czas płynął nieubłaganie, a ona każdego dnia kruszała. Zdawałam sobie sprawę, że moment rozstania zbliżał się nieubłaganie. Psy żyją tak przerażająco krótko...
Weterynarz, który leczył Sarę, powiedział nam podczas którejś wizyty, że jeden dzień z jej życia to jak dla nas dwa miesiące. Brzmiało strasznie, ale takie były fakty.
Pod powiekami zapiekły mnie boleśnie łzy, bo nie byłam jeszcze w stanie wyobrazić sobie naszego domu bez niej. Stukot pazurków na panelach, gdy wracaliśmy z pracy do domu, radosne szczeknięcia i machanie czarnego ogonka z białą końcówką... Jak mogłoby tego zabraknąć pewnego dnia?
A zabraknie. Rozsądna część mnie była tego w pełni świadoma, podczas gdy serce kurczyło się ze strachu, nie chcąc dopuścić tej świadomości.
Sara nie była zwykłym psem. Była członkiem naszej rodziny. Jej ból i cierpienie były naszym bólem, dzieliliśmy z nią zarówno wszystkie radości, jak i smutki. Przecież ona tęskniła tak jak my, gdy mama wyjechała do Anglii. Dobrze było ją mieć. Dobrze było ją kochać i czuć jej bezwarunkową miłość każdego dnia.
Anioł nie pies.
Pies, a więcej niż człowiek.
Po policzku potoczyło mi się kilka łez, ale otarłam je szybko, jakby ktoś mógł to dostrzec, chociaż byłyśmy z Sarą same.
Zdawałam sobie sprawę, że w końcu będziemy musieli pozwolić jej odejść. Wbrew sobie, z bólem w klatce piersiowej, z całą masą złości, zaprzeczenia i wściekłości, dlaczego to już.
Zbliżały się święta i to mogły być ostatnie. Nie tylko dla Sary, ale także dla każdego z nas. Wydarzenie sprzed kilku dni pokazało, jak przewrotny bywa los. Ja i Oskar mogliśmy zginąć, gdyby sytuacja na drodze potoczyła się nieco inaczej. Skończyło się na skasowanym samochodzie, ranie głowy i złamanej ręce. Szczęście w nieszczęściu, jak mawiano.
W przypływie emocji wspięłam się po schodach i przykucnęłam przy śpiącej słodko Sarze. Gdy pocałowałam jej łebek, uniosła delikatnie powieki, jakby chciała zapytać: "dlaczego mnie budzisz?".
- Kocham cię, piesku - wyszeptałam.
Wróciłam do kuchni i zabrałam się do przygotowywania obiadu. Zdawałam sobie sprawę, że Baśka będzie niezadowolona z tego, co zamierzałam dziś ugotować.