Kiedy wróciłam do domu, tata siedział przy stole w kuchni. Podniósł wzrok, osłonił ręką oczy.
- Czy to przyszło słoneczko? - powiedział. - Gdzie moje ciemne okulary?
Uśmiechnął się, ja też się uśmiechnęłam. A potem przestał się uśmiechać.
- Chodź, usiądź tu na chwilkę.
Potarł czoło. Ale ja nie miałam siły, żeby zaczynał. Nie tak powinny żyć dzieci, mówi wtedy, asfalt i cały ten syf, a potem mówi: ale wy nie jesteście głupie, nikt wam tego nie powie, i dobrze też czasem macie, pamiętacie namiot tamtego lata? A tamtą chatę tamtej zimy? A ja odpowiadam nie, nie i tak, ale nie miałam siły, żeby zaczynał, więc rozwinęłam plakat i położyłam go na stole.
- Sprzedawca choinek - powiedział tata.
Plakat się zwinął. Znów go rozwinęłam i przytrzymałam. Tata podniósł wzrok.
- Ale żeby sprzedawca choinek - powtórzył. - Ronja, to zajęcie dla ludzi ze wsi.
- Lepsze to niż nic - stwierdziłam.
Wtedy znów spojrzał na plakat. Nagle wstał, podszedł do blatu i podniósł czajnik. Odkręcił wodę w kranie i powiedział:
- Nie jesteś głupia, wiesz. Nigdy nie byłaś.
Nalał wody do czajnika. Uwielbiam, kiedy pije kawę. I kiedy przynosi spodnie od dresu i je wciąga, kiedy wygląda przez okno i zaczyna wędrować, uwielbiam to, pamiętam wszystkie prace taty. Najlepsza była w piekarni, dostawał wtedy do domu ogromne buły cynamonowe, a ja mogłam zabierać je następnego dnia do szkoły, inni pochylali się nad moją śniadaniówką i mówili: shit, Mustek mówił: ej, ty to zawsze masz szczęście, Stella mówiła: wiesz, że nie wolno?, a Mustek na to: wyluzuj, Stella, wszyscy w tej klasie i tak dostają na drugie śniadanie cukier. Ale w markecie też było dobrze, i jak mył tramwaje, inni mówili: twój tata chyba pracuje w markecie, powiesz mu, że muszę dostać rabat na mleko czekoladowe?, twój tata chyba myje tramwaje, poprosisz go, żeby nie zmywał tagów mojego brata? Niedobrze było jedynie, jak był poetą i pisał, że myśl to węgorz w więcierzu, i sprzedawał te swoje wiersze przed salonikiem prasowym, tego nie uwielbiałam, ale uwielbiam, jak czajnik zaczyna szumieć, tak niewiele potrzeba, za dużo marzycie, mawia zwykle Melissa, gdyby marzenie było pracą, moglibyśmy z marszu przeprowadzić się na Holmenkollen.
Woda bulgotała. Tata podniósł czajnik. A moją głowę już wypełniały marzenia. Bo wiedziałam, gdzie jest ten punkt sprzedaży choinek, pomyślałam, że mogłabym biegać tam zaraz po szkole, tata mógłby chodzić między drzewkami, w dzierganym swetrze, a ja mogłabym stać przy stacji benzynowej i patrzeć, jak on uśmiecha się do klientów i upycha ich pieniądze w grubym portfelu. A potem dostałby wypłatę i na święta moglibyśmy dać Melissie, sama nie wiem, coś, co chciałaby dostać, tata mógłby to kupić, wrócić do domu, przywołać mnie do łazienki i szepnąć: zobacz, takie coś chyba nada się dla szesnastolatki? Pomyślałam też, że tata mógłby dostarczyć choinkę do szkoły. Doskonale wiedziałam, jak by to wyglądało, Meron wychyliłby się do okna i zawołał: choinka idzie! Choinka idzie! Patrzcie, przecież to tata Ronji! Na co nauczycielka: siedźcie, siedźcie, zostańcie na miejscach, ale wszyscy lecą do okna, dokładnie, wszyscy lecą do okna i na dole widzimy już dyrektorkę, jak kroczy przez dziedziniec, wychodzi na spotkanie tacie. Obejmuje się ramionami, przytrzymując długi, rozpinany sweter. A potem wskazuje palcem salę gimnastyczną. Pasek od swetra powiewa na wietrze, a tata uśmiecha się swoim szerokim uśmiechem, wciąga drzewko przez bramę i wszyscy w klasie wołają: wow! Tak sobie marzyłam.
Tata wyglądał przez okno. Wciąż padał śnieg. A on trzymał kubek przy piersi. W naszej kuchni było tak pusto.
- Może w tym roku moglibyśmy mieć choinkę - zaczęłam.
- Co proszę? - zapytał tata.
- Jeśli zostałbyś sprzedawcą choinek - powiedziałam. - Czy wtedy moglibyśmy mieć choinkę?
- Oczywiście - odpowiedział tata i odwrócił się do mnie. - Ty córko zbójnika. Myślisz, że pracownikom przysługuje zniżka?
- Na pewno.
- Albo może dostają drzewko za darmo? - dodał tata, a ja skinęłam głową, bo tak właśnie myślałam.