2. Więzień L17L6363
2
Więzień L17L6363
Sufit się rozstępuje. Światło pali mnie w oczy. Zaciskam powieki, kiedy
podłoga mojej celi wznosi się, aż zatrzymuje się ze szczękiem, a ja leżę
odsłonięty na płaskiej kamiennej powierzchni. Prostuję nogi i gwałtownie
łapię powietrze w płuca, prawie mdlejąc z bólu. Stawy mi trzeszczą.
Napięte ścięgna rozciągają się. Walczę, żeby ponownie otworzyć oczy mimo
rażącego światła. Napełniają się łzami. Jest tak jasno, że widzę tylko
rozbielone przebłyski z otaczającego mnie świata.
Spowijają mnie urywki obcych głosów.
- Adriusie, co to jest?
- ...był tam przez cały ten czas?
- Co za smród...
Leżę na kamieniu. Rozciąga się po obu moich stronach. Czarny, mieniący
się niebiesko i fioletowo jak pancerz kreońskiego żuka. Podłoga? Nie.
Widzę filiżanki. Spodki. Wózek z kawą. To stół. Stół był moim
więzieniem. Nie jakaś ohydna otchłań. Po prostu szeroki na metr i długi
na dwanaście metrów kawał marmuru z pustym wnętrzem. Co wieczór jedli
raptem kilka cali ode mnie. Ich głosy były odległymi szeptami, które
słyszałem w ciemności. Brzęk ich sreber i talerzy był moim jedynym
towarzystwem.
- Barbarzyństwo...
Teraz sobie przypominam. Przy tym stole siedział Szakal, kiedy
odwiedziłem go po tym, jak doszedłem do siebie po ranach odniesionych
podczas Żelaznego Deszczu. Czy już wtedy planował moje uwięzienie?
Miałem na głowie kaptur, kiedy mnie tu wsadzili. Myślałem, że znajduję
się w trzewiach fortecy. Myliłem się. Trzydzieści centymetrów kamienia
oddzielało ich kolacyjki od mojego piekła.
Podnoszę wzrok znad stojącej koło mojej głowy tacy z kawą. Ktoś wpatruje
się we mnie. Kilka osób. Nie widzę ich z powodu łez i krwi w oczach.
Odwracam się i zwijam w kłębek jak ślepy kret po raz pierwszy w życiu
wykopany spod ziemi. Jestem zbyt przytłoczony i przerażony, żeby
pamiętać o dumie albo nienawiści. Wiem jednak, że on się we mnie
wpatruje. Szakal. Dziecinna twarz i smukłe ciało, piaskowe włosy czesane
z przedziałkiem. Odchrząkuje.
- Moi szanowni goście, pozwólcie, że przedstawię wam więźnia L17L6363.
Jego twarz to niebo i piekło zarazem.
Widok drugiego człowieka...
Świadomość, że nie jestem sam...
A potem przypomnienie sobie, co mi zrobił... To wyrywa ze mnie duszę.
Inne głosy pełzają i dudnią, są tak donośne, że ogłuszają. I chociaż
zwinąłem się w kłębek, czuję coś poza ich hałasem. Coś naturalnego,
delikatnego i dobrego. Coś, czego - jak przekonywała mnie ciemność -
miałem już nigdy nie poczuć. Wpada łagodnie przez otwarte okno i całuje
moją skórę.
Późnojesienny wiaterek rozwiewa mięsisty, parny smród mojego brudu i sprawia, że myślę o dziecku, które gdzieś tam biegnie wśród śniegu i drzew, przesuwa dłońmi po korze i sosnowych igłach, brudzi sobie włosy
żywicą. To wspomnienie, którego wiem, że nie mogę mieć, ale czuję, że
powinienem. To jest życie, jakiego bym pragnął. Dziecko, które mógłbym
mieć.
Płaczę. Nie tyle nad sobą, co nad tym chłopcem, który myśli, że żyje w dobrym świecie, gdzie matka i ojciec są ogromni i silni jak góry. Gdybym
tylko znowu mógł być tak niewinny. Gdybym tylko wiedział, że ta chwila
nie jest kolejną sztuczką. Niestety jest. Szakal daje tylko po to, żeby
potem odebrać. Wkrótce światło stanie się wspomnieniem i powróci
ciemność. Zaciskam mocno powieki, słucham krwi kapiącej z mojej twarzy
na kamień i czekam na kolejny cios.
- Psiakrew, Augustus, to naprawdę było konieczne? - mruczy jak kot
zabójczyni. Chropawy akcent przytłumiony ospałą intonacją typową dla
Luny, wyuczoną na dworach Palatynu, gdzie wszystko robi na ludziach
mniejsze wrażenie niż gdzie indziej. - Cuchnie jak śmierć.
- Sfermentowany pot i martwa skóra pod magnetycznymi kajdanami. Widzisz
tę żółtawą skorupę na jego przedramionach, Aju? - zwraca jej uwagę
Szakal. - Mimo to jest w miarę zdrowy i gotowy dla waszych Rzeźbiarzy.
Zważywszy na okoliczności.
- Znasz tego człowieka lepiej ode mnie - odzywa się Aja do kogoś innego.
- Upewnij się, że to on, a nie jakiś oszust.
- Wątpisz w moje słowo? - pyta Szakal. - Ranisz mnie.
Wzdrygam się, kiedy wyczuwam, że zbliża się ktoś inny.
- Daj spokój, do tego musiałbyś mieć serce, arcygubernatorze. Natura
obsypała cię licznymi darami, ale obawiam się, że tego organu
najwyraźniej ci brakuje.
- Zbyt hojnie mnie komplementujesz.
Łyżeczki uderzają z brzękiem o porcelanę. Ktoś odchrząkuje. Mam ochotę
zasłonić uszy. Za dużo dźwięków. Za dużo informacji.
- Naprawdę można teraz dostrzec w nim Czerwonego. - To zimny głos
kulturalnej kobiety z północnego Marsa. Wymowa bardziej szorstka niż
akcent z Luny.
- Właśnie, Antonio! - odpowiada Szakal. - Ciekawiło mnie, jak uwięzienie
na niego wpłynie. Członek gatunku homo aureus nigdy nie uległby
takiemu poniżeniu jak ten tu, który leży przed nami. Wiecie, że prosił
mnie o śmierć, zanim go tam umieściłem? Zaczął płakać. Jak na ironię, w dowolnej chwili mógł się zabić. Nie zrobił tego jednak, bo cząstka jego
osoby rozkoszowała się tą dziurą. Widzicie, Czerwoni dawno temu
zaadaptowali się do ciemności. Jak robaki. Nie ma dumy w ich
zardzewiałej rasie. Czuł się tam jak u siebie w domu. Bardziej niż
kiedykolwiek wśród nas.
Teraz przypominam sobie nienawiść.
Otwieram oczy, żeby dać im znać, że ich widzę. Że słyszę. Kiedy jednak
moje powieki się rozwierają, to nie wróg przyciąga mój wzrok, ale zimowy
krajobraz, który rozciąga się za plecami Złotych. Za oknami sześć z siedmiu górskich szczytów Attyki skrzy się w porannym świetle. Budynki z metalu i szkła zwieńczają kamień i śnieg, wyciągają się ku błękitnemu
niebu. Mosty spinają szczyty. Prószy drobny śnieg. Obraz zamazuje się
przed moimi osłabionymi po pobycie w ciemności oczami.
- Darrow?
Znam ten głos. Znam tego człowieka. Obracam lekko głowę, żeby zobaczyć
jedną z jego zgrubiałych dłoni na brzegu stołu. Wzdrygam się i odsuwam,
spodziewając się, że mnie uderzy. Nie robi tego. Na środkowym palcu nosi
złotego orła Bellony. Rodziny, którą zniszczyłem. Druga dłoń należy do
ręki, którą odciąłem na Lunie, kiedy ostatni raz się pojedynkowaliśmy.
Odtworzył ją Rzeźbiarz Zanzibar. Dwa pierścienie z wilczymi łbami Domu
Marsa zdobią palce. Jeden jest mój. Jeden jego. Oba zostały zdobyte za
cenę życia młodego Złotego.
- Poznajesz mnie? - pyta.
Odchylam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Mnie może i złamano, ale wojna
nie przyćmiła urody Cassiusa au Bellona. Jest o wiele piękniejszy, niż
odmalowałyby go jakiekolwiek wspomnienia. Pulsuje życiem. Ma ponad dwa
metry wzrostu. Nosi biel i złoto Rycerza Poranka. Ułożone w pukle włosy
błyszczą jak smuga ciągnąca się za spadającą gwiazdą. Jest gładko
ogolony, nos ma lekko wykrzywiony po niedawnym złamaniu. Kiedy patrzę mu
w oczy, robię wszystko, co w mojej mocy, żeby się nie rozszlochać.
Patrzy na mnie ze smutkiem, niemal czule. Jakim muszę być cieniem samego
siebie, żeby zasłużyć na litość człowieka, którego tak głęboko zraniłem.
- Cassius - mruczę bez żadnego powodu poza chęcią wypowiedzenia jego
imienia. Odezwania się do drugiej ludzkiej istoty. Bycia usłyszanym.
- No więc? - pyta Aja au Grimmus, stając za Cassiusem.
Najbrutalniejsza z Furii Suwerenki nosi tę samą zbroję, w której ją
widziałem, kiedy pierwszy raz spotkaliśmy się w iglicy Cytadeli na
Lunie, w noc, kiedy Mustang mnie uratowała, a Aja zatłukła na śmierć
Quinn. Pancerz jest porysowany. Zniszczony w walce. Strach przezwycięża
moją nienawiść i znowu odwracam wzrok od ciemnoskórej kobiety.
- Jednak żyje - odzywa się cicho Cassius. Odwraca się do Szakala. - Co
mu zrobiłeś? Te blizny...
- Spodziewałbym się, że to oczywiste - odpowiada Szakal. - Zniszczyłem
Żniwiarza.
Patrzę w końcu na swoje ciało, sięgając wzrokiem poza skołtunioną brodę,
żeby zrozumieć, co ma na myśli. Jestem trupem. Chudym jak szkielet i bladym. Żebra wystają spod skóry cieńszej niż kożuch na podgrzanym
mleku. Kolana sterczą na nogach jak patyki. Paznokcie u stóp mam długie
i zakrzywione. Blizny po torturach Szakala znaczą mi ciało. Mięśnie
osłabły. Z brzucha wychodzą mi rurki, które utrzymywały mnie przy życiu
w ciemności: czarne, włókniste pępowiny, które nadal kotwiczą mnie do
podłogi mojej celi.
- Jak długo tam siedział? - pyta Cassius.
- Trzy miesiące przesłuchań, a potem dziewięć miesięcy odosobnienia.
- Dziewięć...
- Stosownie. Nie powinniśmy rezygnować z używania metafor z powodu
wojny. W końcu nie jesteśmy dzikusami, co, Bellona?
- Adriusie, obrażasz poczucie przyzwoitości Cassiusa - mówi stojąca obok
Szakala Antonia.
To zatrute jabłko pod postacią kobiety. Z pozoru błyszczące, rumiane i kuszące, ale zgniłe i zepsute do głębi. W Instytucie zabiła moją
przyjaciółkę Leę. Posłała kulkę w głowę własnej matki i dwie kolejne w kręgosłup swojej siostry, Victry. A teraz sprzymierzyła się z Szakalem,
człowiekiem, który ukrzyżował ją w Instytucie. Co za świat. Za Antonią
stoi Oset o ciemnej twarzy, dawniej Wyjec, obecnie członkini Kościarzy,
sądząc po symbolu czaszki szakala na jej piersi. Wbija wzrok w podłogę,
żeby nie patrzeć na mnie. Jej kapitanem jest łysa Lilath, która siedzi
na prawo od Szakala. Jego ulubiona zabójczyni od czasów Instytutu.
- Wybacz, jeśli nie rozumiem celu torturowania pokonanego wroga -
odpowiada Cassius. - Zwłaszcza kiedy wyjawił wszystkie informacje, jakie
mógł.
- Celu? - Szakal wpatruje się w niego spokojnie i wyjaśnia: - Celem jest
kara, mój łaskawy panie. To... coś uważało, że znajdzie sobie miejsce
wśród nas. Jakby był nam równy. A może nawet od nas lepszy. Kpił sobie z nas. Sypiał z moją siostrą. Śmiał się z nas i uważał za głupców, zanim
go odkryliśmy. Musi wiedzieć, że nie przegrał przypadkiem, ale że to
było nieuniknione. Czerwoni zawsze byli cwanymi stworzeniami. A on, mój
przyjacielu, jest uosobieniem tego, czym pragnęli być i czym by się
stali, gdybyśmy im na to pozwolili. Niech więc czas i ciemność zamienią
go z powrotem w to, czym naprawdę jest. Homo flammeus, żeby posłużyć
się nowym systemem klasyfikacyjnym, który zaproponowałem Komisji.
Niewiele się różni od homo sapiens na drabinie ewolucyjnej. Reszta to
była tylko maska.
- Rzecz w tym, że wyszedłeś przez niego na głupca - precyzuje Cassius -
bo twój ojciec wolał Rzeźbionego Czerwonego od potomka własnej krwi,
prawda? O to tu właśnie chodzi, Szakalu. O wstyd naburmuszonego
dzieciaka, niekochanego i niechcianego.
Szakal wzdraga się na te słowa. Aja też jest wyraźnie niezadowolona z tonu swojego młodego towarzysza.
- Darrow odebrał życie Julianowi - mówi Antonia. - A potem wyrżnął w pień twoją rodzinę. Wysłał zabójców, żeby wybić dzieci twojej krwi,
które ukrywały się na Olympus Mons. Aż się człowiek zastanawia, co
pomyślałaby twoja matka o twojej litości.
Cassius udaje, że ich nie słyszy, i kiwa głową na Różowych stojących na
obrzeżach pokoju.
- Przynieście więźniowi koc.
Żaden nawet nie drgnie.
- Co za maniery... Nawet ty, Oset?
Dziewczyna nie odpowiada. Cassius prycha pogardliwie, zdejmuje białą
pelerynę i zarzuca na moje drżące ciało. Przez chwilę nikt nie odzywa
się słowem, są równie wstrząśnięci tym gestem jak ja.
- Dziękuję - chrypię. On jednak odwraca wzrok od mojej wymizerowanej
twarzy. Litość to nie wybaczenie, a wdzięczność nie oznacza
rozgrzeszenia.
Lilath parska śmiechem, nie podnosząc nawet wzroku znad misy gotowanych
na miękko kolibrzych jajek. Siorbie je jak mięciutkie cukierki.
- Istnieje granica, za którą honor staje się wadą charakteru, Rycerzu
Poranka. - Siedząca obok Szakala łysa kobieta zerka na Aję oczami jak
ślepia węgorzy z podziemnych mórz na Wenus. Pożera kolejne jajko. -
Stary Arcos przekonał się o tym bardzo boleśnie.
Aja nie odpowiada, jej maniery pozostają nieskazitelne, ale czai się w niej śmiercionośna cisza; cisza, jaką pamiętam z chwil poprzedzających
śmierć Quinn. Lorn nauczył ją szermierki i Aja nie pozwoli, żeby ktoś z niego kpił. Lilath łapczywie siorbie kolejne jajko, poświęcając maniery
na rzecz obelgi.
Wrogość panuje wśród sprzymierzeńców. To u nich typowe, tym razem jednak
rozłam jest nowy i ostry, między starymi Złotymi a nowszym rodzajem
pokrewnym Szakalowi.
- Jesteśmy tu wśród przyjaciół - odzywa się żartobliwie Szakal. -
Zachowuj się, Lilath. Lorn był Żelaznym Złotym, który po prostu stanął
po niewłaściwej stronie. Zatem, Aju, jestem ciekaw: teraz, kiedy kończy
się mój okres dzierżawy Żniwiarza, nadal zamierzacie poddać go sekcji?
- Owszem, taki mamy plan - potakuje Aja. Nie powinienem był dziękować
Cassiusowi. Jego honor nie jest prawdziwy. To tylko kwestia higieny. -
Zanzibara naprawdę ciekawi, jak go zrobiono. Ma swoje teorie, ale aż się
pali, żeby dorwać w swoje ręce konkretny egzemplarz. Mieliśmy nadzieję
złapać Rzeźbiarza, który tego dokonał, ale chyba zginął, kiedy pocisk
trafił w Kato w prowincji Alcidalia.
- Albo chcą, żebyście tak myśleli - wtrąca się Antonia.
- Kiedyś już go tu miałeś, prawda? - rzuca znacząco Aja.
Szakal kiwa głową.
- Nazywa się Mickey. Stracił licencję po tym, jak Rzeźbił
nielicencjonowanego noworodka Aureusów. Rodzina chciała zaoszczędzić
dziecku Ekspozycji. Potem specjalizował się w aero- i akwamodyfach na
Różowych. Miał warsztat w Yorkton, zanim Synowie Aresa zwerbowali go do
specjalnego zadania. Darrow pomógł mu uciec z mojego aresztu. Jeśli
chcecie znać moją opinię, to Mickey nadal żyje. Moi agenci umiejscawiają
go w Tinos.
Aja i Cassius patrzą po sobie.
- Jeśli masz namiary na Tinos, to powinieneś od razu się nimi podzielić
- mówi Cassius.
- Nie mam na razie żadnych konkretów. Tinos jest dobrze ukryte. I wciąż
nie złapaliśmy żadnego z kapitanów ich statków... żywego. - Szakal sączy
kawę. - Ale cały czas kujemy żelazo i pierwsi się dowiecie, czy coś z tego wyniknie. Myślę jednak, że moi Kościarze chcieliby pierwsi zająć
się Wyjcami. Nie uważasz, Lilath?
Staram się nie poruszyć, kiedy pada ta nazwa. Jednak jest to trudne. Oni
żyją. Przynajmniej niektórzy. Wybrali Synów Aresa zamiast Złotych...
- Tak, panie - mówi Lilath, przyglądając mi się. - Bylibyśmy zachwyceni
prawdziwym polowaniem. Walka z Czerwonym Legionem i innymi buntownikami
to nuda, nawet dla Szarych.
- Suwerenka i tak potrzebuje nas w domu, Cassiusie - odzywa się Aja. A potem zwraca się do Szakala: - Odlecimy, kiedy tylko mój trzynasty
legion zwinie obóz w Niecce Golan. Najprawdopodobniej z samego rana.
- Zabieracie swoje legiony z powrotem na Lunę?
- Tylko trzynasty. Reszta zostanie pod twoim nadzorem.
Szakal jest zaskoczony.
- Pod moim nadzorem?
- To pożyczka do czasu aż to... powstanie zostanie całkowicie zdławione. -
Prawie spluwa słowem "powstanie". To coś nowego dla moich uszu. - To
oznaka zaufania Suwerenki. Wiesz, że jest zadowolona z twoich postępów
na Marsie.
- Mimo twoich metod - dodaje Cassius, znowu ściągając na siebie
poirytowane spojrzenie Ai.
- Cóż, jeśli odlatujecie rankiem, to powinniście, rzecz jasna, zjeść
dzisiaj ze mną kolację. Czekałem na okazję, żeby omówić pewne... kwestie
związane z Rebeliantami na Obrzeżu.
Szakal nie mówi wprost ze względu na mnie. Informacja to dla niego broń.
Sugerował, że przyjaciele mnie zdradzili, ale nie powiedział którzy.
Rzucał aluzjami i wskazówkami w czasie tortur, zanim zostałem zesłany w ciemność. Szary mówiący mu, że jego siostra czeka na niego w salonie.
Jego palce pachnące masalą ćaj ze spienionym mlekiem, ulubionym napojem
siostry. Czy ona wie, że tu jestem? Czy siedziała przy tym stole?
Szakal nadal papla. Trudno nadążyć za głosem. Tak wiele trzeba
rozszyfrować. Zbyt wiele.
- ...każę moim ludziom umyć Darrowa przed podróżą i możemy urządzić
trymalchiońską ucztę po naszej rozmowie. Wiem, że rodziny Volox i Corialus z radością ponownie was zobaczą. Minęło za dużo czasu, odkąd
mieliśmy tak czcigodne towarzystwo: dwoje Rycerzy Olimpijskich. Tak
często działacie w terenie, krążycie po prowincjach, polujecie w tunelach, na morzach i w gettach. Ile czasu minęło, odkąd zjedliście
porządny posiłek, nie martwiąc się nocnym atakiem albo
zamachowcami-samobójcami?
- Sporo - przyznaje Aja. - Skorzystaliśmy z gościnności braci Rath,
kiedy przejeżdżaliśmy przez Saloniki. Rwali się, żeby okazać swoją
wierność po wcześniejszym... zachowaniu podczas Deszczu Lwa. To było...
niepokojące.
Szakal się śmieje.
- Obawiam się, że w porównaniu z nimi moja kolacja wypadnie banalnie.
Ostatnio widuję się tylko z politykami i żołnierzami. Domyślacie się
pewnie, że ta przeklęta wojna bardzo zaszkodziła mojemu życiu
towarzyskiemu.
- Na pewno nie chodzi o twoją słynną gościnność? - upewnia się Cassius.
- Albo twoją dietę?
Aja wzdycha, próbując ukryć rozbawienie.
- Zachowuj się, Bellona.
- Bez obaw... Trudno zapomnieć o wrogości dzielącej nasze domy, Cassiusie,
ale w takich chwilach jak ta musimy znaleźć płaszczyznę porozumienia.
Przez wzgląd na dobro Złotych. - Szakal uśmiecha się, chociaż wiem, że
wyobraża sobie, jak rzeza im obojgu głowy tępym nożem. - W każdym razie
wszyscy mamy za sobą szkolne wspomnienia. Nie ma się czego wstydzić.
- Jest jednak jeszcze inna kwestia, którą chcielibyśmy omówić - odzywa
się Aja.
Teraz to Antonia wzdycha.
- A nie mówiłam? Czego teraz życzy sobie Suwerenka?
- To dotyczy kwestii, o której wspomniał wcześniej Cassius.
- Moich metod - upewnia się Szakal.
- Tak.
- Myślałem, że Suwerenka jest zadowolona z moich pacyfikacyjnych
wysiłków.
- Jest, ale...
- Chciała porządku i dałem jej porządek. Hel-3 nie przestaje płynąć,
produkcja spadła tylko o trzy koma dwa procenta. Powstanie się dławi.
Wkrótce Ares zostanie odnaleziony, podobnie jak Tinos, i wszystko to
będzie za nami. To Fabii jest tym, kto...
- Chodzi o szwadrony śmierci - przerywa mu Aja.
- Ach tak.
- Protokoły likwidacji, które uruchomiłeś w zbuntowanych kopalniach.
Suwerenka martwi się, że surowość twoich metod wobec podCzerwonych
sprowokuje znacznie ostrzejszą reakcję w porównaniu z poprzednimi
propagandowymi wpadkami. Doszło do zamachów bombowych na Palatynie,
ataków w latyfundiach na Ziemi, a nawet do protestów u bram samej
Cytadeli. Duch rebelii pozostaje żywy. Jednak osłabiają go rozłamy. I tak musi pozostać.
- Wątpię, żebyśmy zobaczyli wiele więcej protestów, kiedy do ich
stłumienia zostaną wysłani Obsydianowi - odpowiada zadowolona z siebie
Antonia.
- Mimo to...
- Nie grozi nam, że sekrety mojej taktyki ujrzą światło dzienne.
Pozbawiliśmy Synów Aresa możliwości rozsiewania swojej propagandy -
odpowiada Szakal. - Teraz to ja kontroluję przepływ informacji, Aju.
Ludzie wiedzą, że ta wojna jest już przegrana. Nadal będą oglądać ataki
Czerwonych na obiekty cywilne, dzieci śródKolorów i nadKolorów martwe w szkołach. Opinia publiczna stoi po naszej stronie...
- A jeśli ludzie zobaczą, co robisz? - pyta Cassius.
Szakal nie odpowiada natychmiast. Zamiast tego daje znać prawie nagiej
Różowej siedzącej na kanapie w przylegającym do salonu pokoju.
Dziewczyna, niewiele starsza od Eo, podchodzi do niego i wpatruje się
potulnie w podłogę. Oczy ma jak różowy kwarc, srebrzysto-liliowe włosy
zaplecione w warkocze opadają jej na nagi krzyż. Została wychowana, aby
sprawiać przyjemność tym potworom, i nie chciałbym się dowiedzieć, co te
łagodne oczy widziały. Nagle mój ból wydaje mi się maleńki, szaleństwo w moim umyśle ciche. Szakal głaszcze dziewczynę po twarzy i cały czas
patrząc na mnie, wpycha jej palce w usta, rozwiera zęby. Kikutem ręki
obraca jej głowę, żebym zobaczył ją najpierw ja, a potem także Aja i Cassius.
Dziewczyna nie ma języka.
- Zrobiłem to osobiście po tym, jak złapaliśmy ją osiem miesięcy temu.
Próbowała zabić jednego z moich Kościarzy w Perłowym Klubie w Agei.
Nienawidzi mnie. Niczego nie pragnie tak bardzo, jak zobaczyć, że gniję
w ziemi. - Szakal puszcza dziewczynę, wyjmuje z kabury broń osobistą i wpycha jej w ręce. - Strzel mi w głowę, Calliope. Za wszystkie
upokorzenia, które przeze mnie znosiłaś, ty i twoi ludzie. Śmiało.
Odciąłem ci język. Pamiętasz, co zrobiłem ci w bibliotece. To się będzie
powtarzało raz za razem. - Znowu unosi rękę do jej twarzy i ściska jej
kruchą szczękę. - Raz za razem. Pociągnij za spust, ty mała zdziro.
Pociągnij!
Różowa trzęsie się ze strachu i odrzuca broń na ziemię, pada na kolana i obejmuje jego stopy. On stoi nad nią, łaskawy i kochający. Dotyka jej
głowy.
- No już, już, Calliope. Dobrze się sprawiłaś. Dobrze. - Odwraca się do
Ai. - Dla opinii publicznej miód zawsze jest lepszy od octu. Ale wobec
tych, którzy walczą z kluczami nastawnymi w ręku, posługują się
trucizną, sabotażem w kanałach ściekowych i terrorem na ulicach i którzy
podskubują nas jak karaluchy nocą, strach jest jedyną metodą. - Patrzy
mi w oczy. - Strach i eksterminacja.
3. Ukąszenie węża
3
Ukąszenie węża
Krew perli się w miejscach, gdzie brzęczący metal zahacza o skórę.
Ciemnoblond włosy spadają na beton, kiedy Szary kończy skalpować mnie
elektryczną golarką. Jego kompani nazywają go Danto. Kręci moją głową,
żeby upewnić się, że ściął wszystko, po czym klepie mnie mocno w ciemię.
- Co powiesz na kąpiel, dominus? - pyta. - Podobno Grimmus lubi, jak
jej więźniowie ładnie pachną, zgadza się?
Puka w kaganiec, który założyli mi na twarz, kiedy próbowałem jednego z nich ugryźć. Przyprowadzili mnie tutaj po założeniu mi elektrycznej
obroży i skuciu rąk za plecami: oddział dwunastu twardych lurcherów
wlókł mnie korytarzami jak worek śmieci.
Kolejny Szary szarpnięciem za obrożę zwleka mnie z krzesła, kiedy Danto
idzie po wysokociśnieniowy szlauch wiszący na ścianie. Są ode mnie o ponad głowę niżsi, ale to zwaliści i twardzi faceci. Prowadzą ciężkie
życie: ścigają Grasantów w Pasie, tropią zabójców Syndykatu w głębinach
Luny, polują na Synów Aresa w kopalniach...
Nie mogę znieść ich dotyku, w ogóle wszystkich wzrokowych i słuchowych
bodźców, których są źródłem. Jest ich za wiele. Są zbyt szorstkie. Za
twarde. Wszystko, co robią ci ludzie, rani. Szarpanie. Poklepywanie mnie
od niechcenia. Staram się jak mogę, żeby powstrzymać łzy, ale nie
potrafię tego wszystkiego w sobie upchać.
Szereg dwunastu żołnierzy tłoczy się razem, patrząc, jak Danto mierzy we
mnie z węża. Mają ze sobą trzech Obsydianowych. To typowe dla oddziałów
lurcherów. Woda uderza we mnie jak koński kopniak wymierzony w pierś.
Rozdziera skórę. Koziołkuję po betonowej podłodze, ślizgam się przez
całe pomieszczenie, aż zostaję przyszpilony w kącie. Walę czaszką w ścianę. Gwiazdy latają mi przed oczami. Połykam wodę. Dławię się,
garbię, żeby chronić twarz, bo ręce nadal mam skute z tyłu.
Kiedy już skończą, nadal łapię łapczywie powietrze i kaszlę przez
kaganiec, próbując odetchnąć. Rozkuwają mi ręce, wsuwają moje kończyny
do czarnego jednoczęściowego kombinezonu więziennego, a potem znowu
zakładają mi kajdany. Jest też kaptur, który wkrótce naciągną mi na
głowę, żeby ograbić mnie z tych resztek człowieczeństwa, które mi
jeszcze zostały. Zostaję ciśnięty z powrotem na krzesło. Przytwierdzają
łańcuch do mocowania w sie, więc nie mogę się ruszyć. Wszystko to jest
zbędne. Obserwują każdy mój ruch. Strzegą mnie jak to, czym byłem, a nie
czym jestem. Patrzę na nich spod zmrużonych powiek, wzrok mi się mgli,
nie sięga za daleko. Woda kapie mi z rzęs. Próbuję pociągnąć nosem, ale
jest zatkany zakrzepłą krwią od nozdrzy aż po jamę nosową. Złamali mi
go, kiedy zakładali kaganiec.
Znajdujemy się w pokoju badań Komisji Kontroli Jakości, która
administruje więzieniem poniżej twierdzy Szakala. Budynek przypomina
betonowe pudło, jak każdy rządowy gmach. Jadowite światło sprawia, że
każdy wygląda tu jak chodzący trup z porami wielkości kraterów po
uderzeniach meteorytów. Pomijając Szarych, Obsydianowych i samotnego
Żółtego lekarza, znajduje się tu krzesło, stół do badań i szlauch.
Jednakże plamy wokół metalowych odpływów w podłodze i zadrapania od
paznokci na metalowym krześle dowodzą prawdziwego charakteru tego
pomieszczenia. Tu się zaczyna koniec życia.
Cassius nigdy nie zszedłby do tej dziury. Niewielu Złotych
potrzebowałoby albo chciałoby tu zejść, chyba że narazili się komuś
niewłaściwemu. To wnętrze zegara, gdzie tryby wirują i mielą. Jak
ktokolwiek mógłby być dzielny w równie nieludzkim miejscu?
- Szaleństwo, co? - pyta Danto tych, którzy za nim stoją. Znowu zerka na
mnie. - Przez całe życie nie widziałem czegoś tak powalonego.
- Rzeźbiarz musiał mu dorzucić ze sto kilo - odzywa się inny.
- Więcej. Widziałeś go kiedyś w zbroi? To był prawdziwy potwór. - Danto
pstryka w mój kaganiec wytatuowanym palcem. - Założę się, że takie
powtórne narodziny są naprawdę bolesne. To trzeba uszanować. Ból to
uniwersalny język. Prawda, Rdzawy?
Kiedy nie odpowiadam, pochyla się i przydeptuje moją nagą stopę podkutym
stalą butem. Pęka mi paznokieć na dużym palcu. Ból i krew tryskają z odsłoniętej macierzy. Głowa leci mi na bok, kiedy łapię gwałtownie
powietrze.
- Prawda? - dopytuje się Danto.
Łzy płyną mi z oczu - nie z bólu, ale z powodu nonszalancji, z jaką
okazuje mi okrucieństwo. Czuję się przez to taki mały. Dlaczego tak
niewiele trzeba, żeby skrzywdził mnie tak bardzo? Prawie tęsknię za
swoją celą.
- To tylko pawian w zbroi - odzywa się ktoś inny. - Zostaw go. On nie ma
o niczym pojęcia.
- Nie ma pojęcia? - powtarza Danto. - Chrzanisz. Lubił nosić pańskie
szatki. Rozstawiać nas po kątach.
Kuca, żeby spojrzeć mi w oczy. Staram się odwrócić wzrok, przerażony, że
znowu mnie skrzywdzi, ale on łapie mnie za głowę i rozwiera mi powieki
kciukami, żebyśmy popatrzyli na siebie.
- Dwie moje siostry zginęły w tym twoim Deszczu, Rdzawy. I mnóstwo
przyjaciół, wiesz? - Uderza mnie w skroń czymś metalowym. Widzę plamy
przed oczami. Znowu płynie ze mnie krew. Za jego plecami centurion
sprawdza coś na terminalu. - Tego samego życzyłbyś sobie dla moich
dzieci, co?
Danto szuka w moich oczach odpowiedzi. Nie mam takiej, którą by przyjął.
Podobnie jak pozostali jest legionistą-weteranem, szorstkim jak
zardzewiała krata w kanale ściekowym. Dodatkowe wyposażenie techniczne
obrasta jego czarną zbroję taktyczną, na której porysowanej powierzchni
fioletowe smoki wiją się w subtelnym filigranie. Posiada optyczne
implanty w oczach, żeby widzieć w podczerwieni i czytać wojskowe mapy.
Pod skórą ma jeszcze więcej implantów, które pomagają mu polować na
Złotych i Obsydianowych. Tatuaż przedstawiający XIII w łapach
ruchomego morskiego smoka plami szyje ich wszystkich, pod liczbą
widnieją małe kupki popiołu. To członkowie Legio XIII Dracones -
trzynastego legionu dragonów, ulubionego oddziału pretoriańskiego Pana
Popiołów, a teraz także jego córki, Ai. Cywile nazywają ich po prostu
smokami. Mustang nienawidziła tych fanatyków. To praktycznie cała
niezależna armia licząca trzydzieści tysięcy ludzi wybranych przez Aję,
żeby byli dłonią Suwerenki z dala od Luny.
Nienawidzą mnie.
Nienawidzą podKolorów i są przesiąknięci do szpiku kości rasizmem
głębszym od wszystkiego, co żywią nawet Złoci.
- Wal w uszy, jeśli chcesz, by wrzasnął - sugeruje jakaś Szara.
Stoi przy drzwiach i porusza szczękami jak u dziadka do orzechów, żując
gumę. Szare jak popiół włosy nosi obcięte na krótkiego irokeza. Mówi
przeciągle z akcentem z jakiegoś zakątka Ziemi. Opiera się o metal obok
ziewającego Szarego o delikatnym nosie, bardziej pasującym Różowemu niż
żołnierzowi.
- Uderz w nie dłonią stuloną, jakbyś chciał nabrać wody, to ciśnienie
rozwali mu bębenek.
- Dzięki, Holi.
- Po to tu jestem.
Dante składa dłonie.
- W ten sposób?
Uderza mnie w głowę.
- Trochę bardziej zakrzyw.
Centurion pstryka palcami.
- Danto! Grimmus chce go mieć w jednym kawałku. Odsuń się i daj
popatrzeć doktorkowi.
Wzdycham z ulgą.
Otyły Żółty lekarz podchodzi nieśpiesznie, żeby przyjrzeć mi się
ślepiami jak ochrowe paciorki. W słabym świetle jego łysina błyszczy jak
blade, nawoskowane jabłko. Przesuwa bioskopem nad moją piersią,
obserwuje funkcje życiowe, korzystając z małych cyfrowych wszczepów w oczach.
- No więc, doktorku? - pyta centurion.
- Nadzwyczajny - szepcze Żółty po chwili. - Gęstość kości i funkcje
organów są właściwie w normie mimo niskokalorycznej diety. Mięśnie
uległy atrofii, jak to obserwowaliśmy w warunkach laboratoryjnych, ale
nie tak bardzo jak w przypadku naturalnej tkanki Aureusów.
- Chcesz powiedzieć, że jest lepszy od Złotego? - upewnia się centurion.
- Nie powiedziałem niczego takiego - warczy lekarz.
- Spokojnie, tu nie ma kamer, doktorku. To pokój badań. Jak brzmi
werdykt?
- To coś może podróżować.
- To coś? - udaje mi się warknąć gardłowo zza kagańca.
Lekarz wzdraga się, zaskoczony tym, że mogę mówić.
- A długotrwałe uśpienie? Z tej orbity na Lunę będziemy lecieć trzy
tygodnie.
- Nie powinno być problemu. - Lekarz zerka na mnie przestraszony. - Ale
zwiększyłbym dawkę o dziesięć miligramów dziennie, kapitanie, na wszelki
wypadek. To coś ma nadzwyczaj silny układ krążenia.
- Jasne. - Kapitan kiwa głową na Szarą. - Do roboty, Holi. Poślij go do
łóżeczka. A potem łapiemy za wózek i wyjeżdżamy. Nudziarz z ciebie,
doktorku. Wracaj do swojego bezpiecznego światka espresso i jedwabi. My
się zajmiemy...
Pstryk.
Czoło centuriona odpada. Coś metalowego uderza w ścianę. Gapię się na
centuriona, mój umysł nie ogarnia, dlaczego jego twarz zniknęła.
Pstryk. Pstryk. Pstryk. Pstryk.
Jakby ktoś głośno wyłamywał stawy dłoni. Czerwona mgiełka bucha w powietrze z głów najbliższych dragonów. Ochlapuje mi twarz. Pochylam
głowę. Kobieta o potężnych szczękach idzie jakby nigdy nic wśród swoich
towarzyszy i strzela im prosto w potylice. Pozostali sięgają po broń,
gmerają przy niej, nie zdążą nawet zakląć, kiedy drugi Szary załatwia
ich ze swojego miejsca przy drzwiach. Strzela do każdego po dwa razy ze
staroświeckiej broni prochowej. Ma tłumik na lufie, więc wszystko
rozgrywa się spokojnie i cicho. Obsydianowi pierwsi padają na ziemię i zalewają ją czerwienią.
- Teren czysty - oznajmia kobieta.
- Nie licząc tej dwójki - odpowiada mężczyzna.
Zabija Żółtego lekarza, który czołga się do drzwi, próbując uciec, a potem opiera but na piersi Danto. Szary wpatruje się w niego, krwawiąc
spod szczęki.
- Trigg...
- Ares przesyła pozdrowienia, skurwysynu. - Mężczyzna strzela tuż pod
krawędź taktycznego hełmu Danto, prosto między oczy. Obraca pistolet w ręku, zdmuchuje dym z lufy i chowa go w kaburze. - Teraz teren jest
czysty.
Poruszam ustami za kagańcem, niezdolny do choćby jednej spójnej myśli.
- Kim... jesteście?
Szara kobieta odsuwa sobie ciało z drogi.
- Nazywam się Holiday ti Nakamura, a to mój młodszy brat Trigg. - Unosi
przeciętą blizną brew. - Pytanie brzmi, kim ty jesteś?
- Kim jestem? - mamroczę.
- Przyszliśmy po Żniwiarza, ale jeśli to ty, to chyba powinniśmy
poprosić o zwrot kasy. - Nagle puszcza do mnie oczko. - Żartuję!
- Holiday, odpuść sobie. - Trigg odsuwa ją opiekuńczym gestem. - Nie
widzisz, że jest w szoku? - Podchodzi ostrożnie z wyciągniętymi rękami i przemawia kojąco: - Wszystko jest w najlepszym porządku, proszę pana.
Jesteśmy tu, żeby pana uratować.
Mówi z mocniejszym akcentem, nie tak ładnie jak Holiday. Wzdragam się,
kiedy robi następny krok. Szukam w jego rękach broni. On zaraz mnie
skrzywdzi.
- Za chwilę pana rozkuję. Tylko tyle. Chce pan tego, prawda?
To kłamstwo. Podstęp Szakala. Mężczyzna ma tatuaż trzynastki. To
pretorianie, nie Synowie Aresa. Kłamcy. Zabójcy.
- Nie rozkuję pana, jeśli pan tego nie chce.
Nie, nie, przecież zabił strażników. Naprawdę jest tu po to, żeby mi
pomóc. Musi tu być po to, żeby mi pomóc. Kiwam ostrożnie głową. On staje
za mną. Nie ufam mu. Na wpół spodziewam się igły. Oszustwa. Czuję jednak
tylko ulgę, gdy dostaję nagrodę za podjęte ryzyko. Kajdanki zostają
rozpięte. Aż strzelają mi barki, gdy z jękiem wyciągam ręce przed sobą
po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy. Trzęsą się z bólu. Paznokcie
urosły mi długie i paskudne. Jednak te dłonie znowu są moje. Podrywam
się na równe nogi, żeby uciec, i padam na ziemię.
- Ejże... ejże... - mówi Holiday, dźwigając mnie z powrotem na krzesło. -
Spokojnie, bohaterze. Masz potworną atrofię mięśni. Potrzebujesz wymiany
oleju.
Trigg wychodzi zza moich pleców i staje przede mną, uśmiechając się
krzywo. Ma szczerą, chłopięcą twarz, w żadnym razie nie budzi takiej
zgrozy jak twarz jego siostry, mimo dwóch złotych łez wytatuowanych pod
prawym okiem. Przypomina wiernego ogara. Delikatnie zdejmuje mi kaganiec
z twarzy, a potem nagle coś sobie przypomina.
- Mam coś dla pana.
- Nie teraz, Trigg. - Holiday zerka na drzwi. - Nie mamy czasu.
- On tego potrzebuje - mruczy pod nosem Trigg, ale czeka, aż Holiday
skinie głową, zanim wyjmie skórzane zawiniątko z twardego płaskiego
plecaka. Podaje mi je. - To należy do pana. Proszę to wziąć. - Wyczuwa
mój lęk. - Ej, przecież nie kłamałem, kiedy pana rozkułem, prawda?
- Nie...
Wyciągam ręce, a Trigg umieszcza w nich pakunek. Drżącymi palcami
pociągam troczki, którym go obwiązano, i wyczuwam moc, zanim jeszcze
zobaczę śmiercionośny blask. Prawie wypuszczam zawiniątko, równie
przerażony jak moje oczy, gdy ujrzały światło.
To moja brzytwa. Ta, którą podarowała mi Mustang. Już dwa razy ją
straciłem. Pierwszy raz przez Karnusa, a drugi podczas mojego Triumfu -
na rzecz Szakala. Jest biała i gładka jak pierwszy ząbek dziecka.
Przesuwam dłońmi po chłodnym metalu i splamionej solą cielęcej skórce na
rękojeści. Ten dotyk budzi melancholijne wspomnienia dawno utraconej
siły i dawno zapomnianego ciepła. Wraca zapach orzechów laskowych i przenosi mnie do sal treningowych Lorna, który mnie uczył, podczas gdy w kuchni po sąsiedzku jego ulubiona wnuczka uczyła się piec ciasta.
Brzytwa przecina powietrze, piękna i zdradziecka w swojej obietnicy
mocy. To ostrze mówiło mi, że jestem bogiem, tak jak mówiło to
pokoleniom mężczyzn przede mną, ale teraz już rozpoznaję to kłamstwo.
Znam potworną cenę, jaką moi poprzednicy musieli płacić za swoją dumę.
Boję się znowu wziąć ją do ręki.
Rozlega się zgrzyt jak wrzask godowy żmii jaskiniowej, kiedy brzytwa
przybiera kształt sierpaka. Była zupełnie gładka, kiedy ostatni raz ją
widziałem, ale teraz mieni się obrazami wytrawionymi na białym metalu.
Przekrzywiam ostrze, żeby lepiej widzieć kształt widoczny tuż nad
rękojeścią. Gapię się na niego tępo. Patrzy na mnie Eo. To jej wizerunek
utrwalono w metalu. Artysta nie przedstawił jej na szubienicy, w ostatniej chwili, która na zawsze zdefiniowała ją dla wszystkich, ale
uchwycił ją w sposób niezwykle osobisty: jako dziewczynę, którą
kochałem. Kuca z potarganymi włosami do ramion i zrywa kwiat hemantusa,
podnosząc wzrok, jakby zaraz miała się uśmiechnąć. Wyżej, nad nią, mój
ojciec całuje matkę w progu domu. A przy końcu ostrza Leanna, Loran i ja
gonimy Kierana w tunelu; wszyscy nosimy maski z okazji Oktobernacht. To
moje dzieciństwo.
Ktokolwiek stworzył te wizerunki, dobrze mnie zna.
- Złoci upamiętniają swoje wyczyny na mieczach. Wielkie czyny, akty
przemocy, których się dopuścili. Ares uznał jednak, że ty wolałbyś
widzieć ludzi, których kochasz - odzywa się cicho Holiday zza pleców
Trigga. Znowu ogląda się na drzwi.
- Ares nie żyje. - Przyglądam się ich twarzom. Dostrzegam fałsz. Widzę
perfidię w ich oczach. - Szakal was przysłał. To podstęp. Pułapka. Żebym
doprowadził was do bazy Synów Aresa. - Zaciskam rękę na rękojeści
brzytwy. - Żeby się mną posłużyć. Kłamiecie.
Holiday odsuwa się ode mnie, obawiając się ostrza, które trzymam w dłoni. Za to Trigga moje oskarżenia rozdzierają na strzępy.
- Okłamujemy? Pana? Umarlibyśmy za pana. Umarlibyśmy za Persefonę... za
Eo. - Próbuje znaleźć słowa, a ja wyczuwam, że zwykle pozwala mówić
siostrze w swoim imieniu. - Za tymi murami czeka na pana armia. Rozumie
pan? Armia, która czeka na... powrót swojej duszy. - Pochyla się w błagalnym geście. Holiday spogląda na drzwi. - Jesteśmy z Pacyfiki
Południowej, ziemskiego zadupia. Myślałem, że do śmierci będę pilnował
silosów z ziarnem. Ale jestem tutaj. Na Marsie. I naszym jedynym
zadaniem jest sprowadzić pana do domu...
- Spotykałem lepszych kłamców od ciebie - szydzę.
- Pieprzyć to. - Holiday sięga po terminal.
Trigg chce ją powstrzymać.
- Ares powiedział, że możemy z tego skorzystać tylko w sytuacji
awaryjnej. Jeśli zhakują sygnał...
- Spójrz na niego. To jest sytuacja awaryjna.
Holiday zdejmuje terminal i rzuca go mnie. Urządzenie łączy się z innym.
Ekran mruga na niebiesko, czekając na reakcję po drugiej stronie.
Obracam terminal w ręku, gdy wtem w powietrzu pojawia się hologram
kolczastego hełmu, mały jak moja zaciśnięta pięść. Czerwone oczy jarzą
się złowrogo za przyłbicą.
- Fitchner?
- Zgaduj dalej, dupku - odpowiada zniekształcony głos.
To niemożliwe.
- Sevro? - prawie skamlę.
- Rety, młody, wyglądasz, jakbyś wypełzł z rozchwierutanej kuciapy
szkieletu.
- Ty żyjesz...
Holograficzny hełm zsuwa się, ukazując wąską twarz mojego przyjaciela.
Sevro uśmiecha się, szczerząc zęby jak u piły. Obraz migocze.
- Nie ma Piksa na tym świecie, który zdołałby mnie zabić. - Rechoce. - A teraz czas wracać do domu, Żniwiarzu. Nie mogę jednak przyjść po ciebie.
Ty musisz przyjść do mnie. Czaisz?
- Ale jak? - Ocieram łzy z oczu.
- Zaufaj moim Synom. Dasz radę?
Patrzę na rodzeństwo i kiwam głową.
- Szakal... ma moją rodzinę.
- Ten kanibalistyczny kutas gówno ma, a nie twoją rodzinę. Ja mam twoją
rodzinę. Zwinąłem ich z Lykos, kiedy cię złapano. Twoja matka czeka,
żeby cię zobaczyć.
Znowu zaczynam płakać. Ulga jest zbyt wielka, żeby ją znieść.
- Ale musisz wziąć się w garść, młody. I ruszyć tyłek. - Sevro zerka na
kogoś z ukosa. - Daj mi Holiday. - Podaję terminal dziewczynie. - Załatw
to tak czysto, jak się da. A jak się nie da, możesz zagrać ostrzej.
Jasne?
- Jasne.
- Zerwij okowy.
- Zerwij okowy - odpowiadają Szarzy i obraz znika.
- Nie patrz na nasz Kolor - mówi do mnie Holiday.
Sięga wytatuowaną ręką w dół. Gapię się na Pieczęcie Szarych wprawione w jej ciało, a potem podnoszę wzrok na jej piegowatą, szczerą twarz. Jedno
oko ma bioniczne, nie mruga tak jak drugie. Słowa Eo brzmią inaczej w jej ustach. Mimo to myślę, że właśnie wtedy wraca do mnie moja dusza.
Nie umysł. Nadal czuję w nim pęknięcia. Pełzającą, wątpiącą ciemność.
Wraca jednak nadzieja. Desperacko chwytam drobniejszą dłoń Holiday.
- Zerwij okowy - powtarzam chrapliwie. - Będziecie musieli mnie nieść. -
Patrzę na swoje nic niewarte nogi. - Nie dam rady wstać.
- Po to przynieśliśmy ten koktajl. - Holiday wyciąga strzykawkę.
- Co to? - pytam.
Trigg się śmieje.
- Pora na wymianę oleju. Serio mówię, przyjacielu, naprawdę nie chcesz
wiedzieć. - Szczerzy zęby w uśmiechu. - To gówno ożywiłoby trupa.
- Dawaj - mówię, podsuwając nadgarstek.
- Zaboli - uprzedza Trigg.
- To duży chłopak. - Holiday podchodzi do nas.
Trigg podaje mi rękawiczkę.
- Proszę zagryźć.
Trochę mniej pewny siebie zagryzam splamioną solą skórę i kiwam głową do
Holiday. Omija moją rękę i wbija mi igłę prosto w serce. Metal przebija
ciało. Dostaję strzał.
- Jasna cholera! - próbuję krzyknąć, ale wydaję z siebie tylko bulgot.
Ogień buzuje mi w żyłach, serce zamienia się w tłok, a ja patrzę w dół,
na wpół spodziewając się, że zobaczę, jak wybiega z galopem z mojej
parszywej piersi. Czuję każdy mięsień. Wszystkie komórki mojego ciała
wybuchają, pulsują kinetyczną energią. Szarpie mną odruch wymiotny.
Padam, drapiąc pierś. Dyszę. Pluję żółcią. Walę pięściami w podłogę.
Szarzy odsuwają się od mojego wijącego się ciała. Wyrzucam z siebie
strumień przekleństw, na dźwięk których Sevro by się zaczerwienił. A potem z drżeniem patrzę na nich.
- Co... to... było?!
Holiday stara się nie śmiać.
- Mama nazywa to ukąszeniem węża. Działanie utrzyma się ze trzydzieści
minut przy twoim metabolizmie.
- To robota waszej mamy?
Trigg wzrusza ramionami.
- Jesteśmy z Ziemi.
4. Cela 2187
4
Cela 2187
Prowadzą mnie korytarzami jak więźnia. Z kapturem na głowie. Z rękami za
plecami w otwartych kajdankach. Brat idzie po mojej lewej, siostra po
prawej, oboje mnie przytrzymują. Ukąszenie węża trzyma mnie na nogach,
ale z chodzeniem jest kiepsko. Moje ciało naszprycowane chemią nadal
zdaje się wiotkie jak mokra szmata. Ledwie czuję rozwalony palec u stopy
i słabość mięśni. Moje cieniutkie więzienne buty szurają o podłogę. W głowie mi się kręci, ale mój mózg pracuje teraz na zwiększonych
obrotach. To skupiona mania. Gryzę się w język, by nie szeptać,
powtarzam sobie, że nie siedzę już w ciemności. Wlokę się betonowym
korytarzem. Idę w stronę wolności. Do mojej rodziny, do Sevro.
Nikt tu nie będzie zatrzymywał dwójki dragonów z Trzynastki, zwłaszcza
kiedy mamy przepustki i przebywa tu Aja we własnej osobie. Wątpię, żeby
wiele osób z armii Szakala choćby wiedziało, że żyję. Zobaczą mój
wzrost, blade ciało i uznają, że jestem pechowym Obsydianowym więźniem.
Mimo to czuję ich spojrzenia. Ogarnia mnie paranoja. Oni wiedzą. Wiedzą,
że zostawiłeś za sobą zwłoki. Ile czasu minie, zanim otworzą tamte
drzwi? Mój mózg błyskawicznie rozważa wszelkie możliwe zakończenia. Jak
bardzo sytuacja może się schrzanić. To ten narkotyk. To po prostu przez
ten narkotyk.
- Nie powinniśmy jechać w górę? - pytam, kiedy zjeżdżamy graWindą w głąb
więzienia pod górską cytadelą. - Czy na dole jest drugi hangar?
- Dobrze pan kombinuje - mówi Trigg. Jest wyraźnie pod wrażeniem. -
Czeka na nas statek.
Holiday strzela balonem z gumy do żucia.
- Trigg, masz coś brązowego na nosie. O... właśnie tu.
- Stul dziób. To nie ja się rumieniłem, kiedy był nagi.
- Jesteś pewien, smarkaczu? Teraz cisza.
GraWinda zwalnia i rodzeństwo sztywnieje nerwowo. Słyszę, jak
odbezpieczają broń. Drzwi się otwierają i ktoś do nas dołącza.
- Dominus - wita gładko Holiday nowe towarzystwo, odpychając mnie na
bok.
Kroki wchodzącego są dostatecznie ciężkie, żeby to był Złoty albo
Obsydianowy, ale Szarzy nigdy nie zwracają się "dominus" do
Obsydianowych, a Obsydianowy nie pachniałby goździkami i cynamonem.
- Sierżancie.
Głos przeszywa mnie na wskroś. To mężczyzna, który nosił naszyjnik z uszu. Vixus. Należał do starej bandy Titusa. Brał udział w masakrze
podczas mojego Triumfu. Kulę się w swojej części graWindy, która znowu
rusza w dół. Słyszę szelest jego kołnierzyka od munduru.
- Trzynasty legion? - pyta po chwili Vixus. Musiał zauważyć ich tatuaże
na szyi. - Jesteście od Ai czy jej ojca?
- Od Furii, podczas tej misji, dominus - odpowiada chłodno Holiday. -
Ale służyliśmy pod Panem Popiołów.
- Więc braliście udział w bitwie pod Dejmosem w zeszłym roku?
- Tak, dominus. Byliśmy z Grimmus w awangardzie, na pokładzie pijawki
wysłanej, żeby zabić Telemanusów, zanim Fabii rozgromił ich i rozproszył
okręty Arcosa. Mój brat strzelił staremu Kavaxowi w bark. Prawie go
załatwił, zanim Augustus i żona Kavaxa nie zaatakowali naszej drużyny.
- Proszę, proszę... - wyraża aprobatę Vixus. - To byłoby pierwszorzędne
trofeum. Mógłbyś dołożyć jeszcze jedną łezkę na swojej twarzy,
legionisto. Ja polowałem na Obsydianowego psa z Siódemką. Pan Popiołów
wyznaczył wcale niezłą nagrodę za zwrócenie mu niewolnika. - Wciąga coś
nosem. To mi brzmi jak te stymy w kapsułkach, które tak lubił Tactus. -
A to kto?
Ma na myśli mnie.
Słyszę bicie serca w uszach.
- Prezent od pretorki Grimmus w zamian... za przesyłkę, którą zabiera do
domu - odpowiada Holiday. - Wie pan, co mam na myśli.
- Przesyłkę. Raczej pół przesyłki. - Śmieje się z własnego dowcipu. -
Ktoś, kogo znam? - Dotyka brzegu mojego kaptura. Cofam się ze strachem.
- Wyjec rozgrzałby serce. Kamyk? Chwast? Nie, za wysoki.
- Obsydianowy - odpowiada szybko Trigg. - Chciałbym, żeby to był Wyjec.
- Fuj. - Vixus cofa gwałtownie rękę, jakby się skaził. - A nie,
czekajcie. - Vixus ma pomysł. - Umieścimy go w celi razem z tą suką
Julii. Niech walczą o kolację. Co wy na to, Trzynastki? Macie ochotę się
zabawić?
- Trigg, załatw kamerę - rzucam ostro spod kaptura.
- Co? - Vixus odwraca się do mnie.
Pstryk.
Włącza się pole zakłócające.
Poruszam się niezręcznie, ale szybko. Wyrywam nadgarstki z kajdanek,
jedną ręką wyciągam ukrytą brzytwę, drugą zrywam kaptur. Dźgam Vixusa w ramię. Przyszpilam go do ściany i uderzam z byka w twarz. Jednak nawet
na chemii nie jestem taki jak dawniej. Obraz przed oczami mi pływa.
Potykam się. Nie to co Vixus. Zanim zdążę zareagować czy choćby
zogniskować wzrok, wyciąga własną brzytwę.
Holiday zasłania mnie własnym ciałem, odpychając w bok. Padam na ziemię.
Trigg jest jeszcze szybszy i ładuje lufę pistoletu prosto w otwarte usta
Vixusa. Złoty zamiera, patrząc wzdłuż lufy, przesuwając językiem po
zimnym metalu. Brzytwa zatrzymuje się parę centymetrów od głowy Holiday.
- Ćśś - szepcze Trigg. - Rzuć brzytwę.
Vixus robi, co mu każą.
- Coś ty sobie myślał? - pyta mnie gniewnie Holiday.
Dyszy ciężko i pomaga mi wstać. Nadal kręci mi się w głowie.
Przepraszam. To było głupie z mojej strony. Staję pewniej i patrzę na
Vixusa, który wpatruje się we mnie ze zgrozą. Nogi mi się trzęsą i muszę
trzymać się poręczy w graWindzie. Serce kołacze mi z wysiłku po
narkotykach. Głupi byłem, że próbowałem walczyć. Głupi, że skorzystałem
z zakłócacza. Zieloni skojarzą fakty. Przyślą Szarych, żeby sprawdzili
pokój badań. Znajdą ciała.
Próbuję poskładać w całość rozpełzające się myśli.
Skup się.
- Victra żyje? - udaje mi się zapytać.
Trigg cofa lufę, tylko odrobinę, tuż za zęby, żeby Vixus mógł
odpowiedzieć. Ale ten nie odpowiada. Na razie.
- Wiesz, co on mi zrobił? - pytam. Po chwili oporu Vixus kiwa głową. - I mimo to... - Śmieję się. Mój śmiech jest jak szczelina w lodzie, rozszerza
się, rozprzestrzenia, sięga coraz dalej, roztrzaskuje lód na tysiąc
możliwych sposobów, aż zagryzam język, żeby go powstrzymać. - Mimo to
nadal masz odwagę kazać mi powtarzać pytanie?
- Żyje.
- Żniwiarzu... Przyjdą po nas. Zorientują się, że ktoś włączył zakłócacz -
odzywa się Holiday, patrząc na małą kamerkę w suficie graWindy. - Nie
możemy zmieniać planu.
- Gdzie ona jest? - Obracam brzytwę w ranie. - Gdzie ona jest?
Vixus syczy z bólu.
- Poziom dwudziesty trzeci, cela 2187. Rozsądek każe mnie nie zabijać.
Możesz wsadzić mnie do celi. Uciec. Powiem ci, którędy powinieneś
uciekać, Darrow. - Mięśnie i żyły pod skórą jego szyi wiją się i wynurzają jak węże pod piaskiem. Nie ma na ciele grama tłuszczu. - Dwóch
zdradzieckich pretorianów daleko cię nie zaprowadzi. Na tej górze siedzi
cała armia. W mieście i na orbicie są legiony. Trzydziestu Niezrównanych
Naznaczonych. Kościarze w południowej Attyce. - Kiwa głową na małą
czaszkę szakala na klapie munduru. - Pamiętasz ich?
- Nie potrzebujemy go - warczy Trigg, przesuwając palcem po spuście
broni.
- Czyżby? - Vixus się śmieje, widząc moją słabość, wraca mu pewność
siebie. - A co ty zrobisz na widok Olimpijskiego Rycerza, blaszaku?
Czekaj. Jest ich tu dwoje, prawda?
Holiday tylko prycha.
- To samo, co ty byś zrobił na ich widok, złociutki. Zwiejemy.
- Poziom dwudziesty trzeci - mówię Triggowi.
Trigg wprowadza poziom na pulpicie sterowniczym windy, zmieniając naszą
trasę ucieczki. Wywołuje mapę na terminalu i analizuje ją pobieżnie
razem z Holiday.
- Cela 2187 jest... tu. Potrzebny będzie kod. I będą tam kamery.
- Za bardzo oddalamy się od drogi ucieczki. - Holiday zaciska usta. -
Jeśli pójdziemy tędy, będziemy załatwieni.
- Victra to moja przyjaciółka - mówię. I myślałem, że nie żyje, ale
jakimś cudem przetrwała, mimo że siostra ją postrzeliła. - Nie zostawię
jej.
- Nie mamy wyboru - odpowiada Holiday.
- Zawsze jest wybór. - Te słowa brzmią słabo nawet w moich własnych
uszach.
- Spójrz na siebie, człowieku. Została z ciebie skorupa!
- Odpuść mu, Holi - odzywa się Trigg.
- Ta Złota suka nie jest jedną z nas! Nie umrę za nią.
Tyle że Victra oddałaby życie za mnie. W ciemności myślałem o niej. O dziecinnej radości w jej oczach, kiedy w gabinecie Szakala dałem jej
buteleczkę petrichoru.
"Nie wiedziałam, Darrow, nie wiedziałam" - to były ostatnie słowa, które
powiedziała mi po tym, jak Roque nas zdradził. Wokół szalała śmierć,
Victra miała pociski w plecach, a chciała tylko, żebym pod koniec nie
myślał o niej źle.
- Nie porzucę przyjaciółki - powtarzam z uporem.
- Pójdę za tobą - odpowiada przeciągle Trigg. - Zrobię, cokolwiek
każesz, Żniwiarzu. Jestem twoim człowiekiem.
- Trigg - szepcze Holiday. - Ares powiedział...
- Ares nie zmienił biegu historii. - Trigg kiwa głową na mnie. - A on
może to zrobić. Idziemy tam, gdzie on.
- A jeśli przegapimy naszą szansę?
- To stworzymy sobie nową.
Holiday ma szkliste oczy. Porusza potężną szczęką. Znam ten wyraz
twarzy. Ona nie widzi w swoim bracie tego, co ja. Dla niej nie jest
lurcherem, zabójcą. Dla niej to chłopiec, z którym dorastała.
- W porządku. Wchodzę w to - zgadza się niechętnie.
- A co z Niezrównanym? - pyta Trigg.
- Wprowadzi kod, o ile dożyje - odpowiadam. - Zastrzel go, jeśli zacznie
fikać.
* * *
Wysiadamy z windy na poziomie 23. Znowu mam kaptur na głowie. Holiday
mnie prowadzi, a Vixus idzie przodem, jakby eskortował nas do celi.
Trigg podąża tuż za nim z bronią w pogotowiu. W korytarzach jest cicho.
Nasze kroki niosą się echem. Nie widzę niczego przez kaptur.
- To tu - mówi Vixus, gdy docieramy do drzwi.
- Wprowadź kod, dupku - rozkazuje Holiday.
Vixus wypełnia polecenie i drzwi otwierają się z sykiem. Otacza nas
hałas, straszliwy biały szum z ukrytych głośników. W celi jest
przeraźliwie zimno, wszystko jest kompletnie białe. Sufit jarzy się tak
silnym światłem, że nie mogę nawet na niego spojrzeć. Wyniszczona
lokatorka celi leży w kącie, skulona w pozycji płodowej, tyłem do mnie.
Plecy ma pokryte starymi oparzeniami i poznaczone pręgami od bicia.
Szopa tak jasnych, że prawie białych włosów opada jej na oczy - jedyna
rzecz, która osłania ją przed oślepiającym światłem. Nie zorientowałbym
się, kim jest, gdyby nie dwie blizny od kul u szczytu kręgosłupa, między
łopatkami.
- Victra! - przekrzykuję hałas. Nie słyszy mnie. - Victra! - krzyczę
znowu, kiedy hałas milknie, zastąpiony odgłosem bicia serca.
Torturują ją dźwiękiem i światłem. Wrażeniami. Dokładnie odwrotna
taktyka niż w moim przypadku. Teraz mnie słyszy, odwraca głowę w moją
stronę. Jej złote oczy patrzą dziko spod skołtunionych włosów. Nie wiem,
czy mnie poznaje. Śmiałość, z jaką nosiła swoją nagość, przepadła bez
śladu. Zasłania się. Wydaje się bezbronna. Przerażona.
- Podnieś ją - mówi Holiday, popychając Vixusa, który pada na brzuch. -
Musimy iść.
- Jest sparaliżowana... - odzywa się Trigg. - Prawda?
- Szlag. W takim razie będziemy ją nieść.
Trigg podchodzi szybko do Victry. Wyciągam rękę, opieram ją na jego
piersi, żeby go zatrzymać. Nawet w takim stanie mogłaby oderwać mu ręce.
Pomny zgrozy, którą czułem, kiedy wyciągnięto mnie z dziury, podchodzę
powoli do Victry. Mój własny strach wycofuje się w głąb mojego umysłu,
zastąpiony gniewem na widok tego, co zrobiła jej własna siostra. Mam
świadomość, że to moja wina.
- Victra, to ja, Darrow. - Nie zdradza się niczym, że mnie usłyszała.
Przykucam obok niej. - Wyciągniemy cię stąd. Czy możemy cię podnieść...
Rzuca się na mnie, odpychając się rękami.
- Zdejmij twarz! - wrzeszczy. - Zdejmij twarz!
Miota się konwulsyjnie, kiedy Holiday podbiega i wali ją gromnikiem w krzyż. Ładunek elektryczny nie wystarcza.
- Padnij! - krzyczy Holiday.
Victra uderza ją w środek napierśnika z duroPlastu. Holiday leci kilka
metrów do tyłu, uderza o ścianę. Trigg strzela z ambiKarabinu,
wielofunkcyjnej długiej broni. Dwa pociski usypiające trafiają w udo
Victry. To ją szybko załatwia. Jednak nawet gdy leży i dyszy na
podłodze, patrzy na mnie zmrużonymi oczami, aż traci przytomność.
- Holiday... - zaczynam.
- Mam się pierwszorzędnie - stęka Holiday, podnosząc się. Ma w napierśniku wgniecenie wielkości pięści. - Piksa potrafi przywalić -
mówi, podziwiając wgniecenie. - Ta zbroja powinna wytrzymywać pociski
EM.
- Genetyka Julii - mruczy Trigg.
Zarzuca sobie Victrę na ramiona i wychodzi na korytarz za Holiday, która
powarkuje na mnie, bym się pośpieszył. Zostawiamy Vixusa leżącego na
brzuchu w celi. Żywego, tak jak obiecałem.
- Znajdziemy cię - mówi i siada, gdy idę zatrzasnąć drzwi. - Wiesz, że
cię znajdziemy. Powiedz małemu Sevro, że nadchodzimy. Jeden Barca z głowy. Został jeszcze jeden.
- Coś ty powiedział?
Wracam szybko do celi, a jemu w oczach zapala się strach. Ten sam, który
musiała czuć Lea wiele lat temu, kiedy chowałem się w ciemności, gdy
Antonia i Vixus torturowali ją, żeby mnie wywabić. Śmiał się, kiedy jej
krew wsiąkała w mech. I potem, kiedy moi przyjaciele umierali w ogrodzie. Chciałby, żebym go teraz oszczędził, aby później móc znowu
zabijać. Zło karmi się litością.
Moja brzytwa przybiera kształt sierpaka.
- Proszę... - błaga teraz, wąskie wargi mu drżą.
Widzę w nim chłopca, kiedy dociera do niego, że popełnił błąd. Gdzieś
ktoś nadal go kocha. Pamięta go jako psotnego dzieciaka albo śpiącego
malucha w kołysce. Szkoda, że nie pozostał tym dzieckiem. Szkoda, że
wszyscy nimi nie pozostaliśmy.
- Miej serce, Darrow, nie jesteś mordercą. Nie jesteś Titusem.
Bicie serca w celi staje się głośniejsze. Białe światło zalewa Vixusa,
tak że widzę tylko zarys sylwetki.
On chce mojej litości.
Moja litość przepadła w ciemności.
Bohaterowie w pieśniach Czerwonych znają miłosierdzie, mają honor.
Oszczędzają ludziom życie, tak jak ja oszczędziłem życie Szakalowi,
dzięki czemu nie plami ich grzech. Niech złoczyńca będzie tym złym.
Niech on nosi czerń i próbuje mnie zadźgać, kiedy tylko odwrócę się
plecami, a wtedy będę mógł się obrócić i go zabić. Satysfakcja bez
poczucia winy. Tylko że to nie jest pieśń. To jest wojna.
- Darrow...
- Jesteś mi potrzebny, żeby przekazać Szakalowi wiadomość.
Podrzynam mu gardło. Kiedy pada na ziemię i pulsujące życie wypływa z niego, wiem, że się boi, bo nic na niego nie czeka po drugiej stronie.
Charczy. Skamle przed śmiercią. A ja nie czuję nic.
Mimo bicia serca w pomieszczeniu słyszę, jak zaczynają wyć syreny
alarmowe.
5. Plan C
5
Plan C
- Szlag - mówi Holiday. - Mówiłam, że nie mamy czasu.
- Damy radę - odpowiada Trigg.
Jesteśmy razem w windzie. Victra leży na podłodze. Trigg pomaga jej się
ubrać w czarny strój przeciwdeszczowy, żeby zasłonić jej nagość. Kostki
u rąk mi zbielały. Krew Vixusa spływa po wizerunku dzieci bawiących się
w tunelu. Kapie na moich rodziców i plami na czerwono włosy Eo, zanim
otrę klingę o swój więzienny kombinezon. Zapomniałem, jak łatwo jest
zabijać.
- Żyj dla siebie, umieraj samotnie - odzywa się cicho Trigg. - Można by
się spodziewać, że zachowując tyle rozumu, będą mieli dość rozsądku,
żeby nie być takimi dupkami. - Zerka na mnie, odrzucając włosy z szarych
jak krzemień oczu. - Przepraszam, jeśli zachowałem się jak palant. Wie
pan, jeśli był przyjacielem...
- Przyjacielem? - Kręcę głową. - On nie miał przyjaciół.
Pochylam się, żeby odgarnąć włosy z twarzy Victry. Śpi spokojnie, oparta
o ścianę. Ma policzki zapadnięte z głodu. Wąskie i smutne wargi. Jej
rysy zyskały teraz dramatyczny rodzaj piękna. Zastanawiam się, co jej
zrobili. Biedna kobieta, zawsze taka silna, taka zuchwała - i zawsze
skrywająca w sobie dobroć. Zastanawiam się, czy coś z tej dobroci
jeszcze w niej zostało.
- Wszystko w porządku? - pyta mnie Trigg. Nie reaguję. - Była pańską
dziewczyną?
- Nie. - Dotykam brody, która mi wyrosła. Nie cierpię tego, jak mnie
drapie i śmierdzi. Żałuję, że Danto nie zgolił także jej. - Nic nie jest
w porządku.
Nie czuję nadziei. Nie czuję miłości.
Nie, kiedy patrzę na to, co zrobili z Victrą. Co zrobili ze mną.
Nienawiść rządzi.
Nienawiść także do tego, czym się stałem. Czuję na sobie spojrzenie
Trigga. Wiem, że jest rozczarowany. Chciał Żniwiarza, a ja jestem pustą
skorupą tamtego człowieka. Przesuwam palcami po żebrach. Tyle
cieniutkich kosteczek... Za dużo obiecałem tym Szarym. Wszystkim za dużo
obiecałem, zwłaszcza Victrze. Była wobec mnie uczciwa. A czym ja byłem
wobec niej, jeśli nie kolejnym człowiekiem, który chciał się nią
posłużyć? Kolejną osobą, przed którą jej matka uczyła ją się bronić?
- Wiecie, czego nam trzeba? - pyta Trigg.
Przyglądam mu się uważnie.
- Sprawiedliwości?
- Zimnego piwa.
Parskam gwałtownym śmiechem. Za głośnym. Aż sam się go przestraszyłem.
- Szlag by to... - mruczy Holiday, przesuwając dłońmi po pulpicie
sterowniczym. - Szlag, szlag, szlag.
- Co jest?
Utknęliśmy między poziomami 24 i 25. Holiday uderza w przyciski, gdy
nagle winda szarpie się w górę.
- Przejęli kontrolę nad windą. Nie zjedziemy do hangaru. Przekierowują
nas... - Wypuszcza powietrze z płuc i podnosi na mnie wzrok. - Na poziom
pierwszy. Szlag, szlag, szlag! Będą czekali na nas lurcherzy, może
Obsydianowi... może Złoci. - Milknie. - Wiedzą, że tu jesteś.
Zwalczam rozpacz, która wypływa mi prosto z trzewi. Nie wrócę. Cokolwiek
się stanie. Zabiję Victrę, zabiję siebie, zanim pozwolę im nas zabrać.
Trigg pochyla się nad siostrą.
- Dasz radę zhakować system?
- Do diabła, a kiedy twoim zdaniem miałam czas się tego nauczyć?
- Szkoda, że nie ma z nami Ephraima. On by potrafił.
- Niestety nie jestem Ephraimem.
- A co powiesz na wspinaczkę?
- Jeśli chcesz, żeby została po tobie mokra plama.
- W takim razie zostaje nam tylko jedno wyjście. Nie? - Trigg sięga do
kieszeni. - Plan C.
- Nie cierpię planu C.
- Trudno. Będzie do bani i czas się z tym pogodzić, skarbie. Wyciągaj
barbarzyńcę.
- Co to jest plan C? - pytam cicho.
- Eskalacja. - Trigg włącza system łączności. Kody rozbłyskują na
ekranie, kiedy przechodzi na bezpieczną częstotliwość. - Grasant do
Biesa, jak mnie słyszysz? Grasant...
- Tu Bies - niesie się echem widmowy głos. - Podaj kod uwierzytelniający
Echo. Odbiór.
Trigg zerka na swój terminal.
- 13439283. Odbiór.
- Kod przyjęty.
- Potrzebujemy awaryjnego transportu za pięć minut. Mamy księżniczkę i dodatkowego gościa w stadium drugim.
Po drugiej stronie na chwilę zapada cisza.
- Późno dajecie znać. - Mimo zakłóceń ulga w głosie jest ewidentna.
- Morderstwo rzadko jest punktualne.
- Bądźcie na miejscu za dziesięć minut. Utrzymajcie go przy życiu.
Łączność zostaje przerwana.
- Cholerni amatorzy - mruczy Trigg.
- Dziesięć minut - powtarza Holiday.
- Bywaliśmy w gorszych opałach.
- Niby kiedy?
Trigg nie odpowiada.
- Trzeba było zjechać do tego cholernego hangaru - dodaje Holiday.
- Co mogę zrobić? - pytam. Wyczuwam ich strach. - Jak mogę pomóc?
- Nie umieraj - odpowiada Holiday, zdejmując plecak. - Bo cała nasza
robota pójdzie się paść.
- Będzie pan musiał ciągnąć swoją przyjaciółkę - mówi Trigg.
Zdejmuje z siebie cały sprzęt z wyjątkiem zbroi. Wyjmuje kolejną
antyczną broń z plecaka: dwa pistolety, na dokładkę do gazowego
ambiKarabinu o dużym zasięgu. Wręcza mi pistolet. Ręka mi się trzęsie.
Nie trzymałem takiej broni, odkąd miałem szesnaście lat i trenowałem u Synów Aresa. Jest ogromnie niewydajna i ciężka, a na skutek odrzutu
także okrutnie niecelna.
Holiday wyciąga z plecaka wielkie plastikowe pudełko. Jej palce
zamierają na chwilę nad zatrzaskami.
Otwiera pudło i odsłania leżący w środku metalowy cylinder z wirującą
kulą rtęci w środku. Wpatruję się w to urządzenie. Gdyby Wspólnota
złapała Holiday z czymś takim, dziewczyna nigdy więcej nie ujrzałaby
światła dziennego. To skrajnie nielegalna zabawka. Zerkam na wyświetlacz
na ścianie graWindy. Jeszcze dziesięć poziomów. Holiday wyjmuje pilot do
cylindra. Osiem poziomów.
Czy Cassius będzie tam czekał? Aja? Szakal? Nie. Pierwszych dwoje jest
na statku, przygotowują się do kolacji. A Szakal jest zajęty własnym
życiem. Nie wiedzą, że alarm dotyczy mnie. A nawet jeśli wiedzą, spóźnią
się. Jednak nawet i bez nich mamy dość powodów do strachu. Byle
Obsydianowy mógłby rozerwać tę dwójkę gołymi rękami. Trigg to wie.
Zamyka oczy, dotyka piersi w czterech miejscach, kreśląc krzyż. Obrączka
ślubna błyszczy słabo w przyćmionym świetle. Holiday zauważa ten gest,
ale go nie powtarza.
- To jest nasz zawód - mówi do mnie cicho - więc schowaj dumę w kieszeń.
Trzymaj się za naszymi plecami i pozwól mnie i Triggowi wykonać naszą
robotę.
Trigg kręci głową na wszystkie strony, aż strzelają mu kręgi szyjne, i całuje palec serdeczny lewej dłoni przez rękawiczkę.
- Proszę trzymać się blisko. Przykleić się nam do tyłków. Nie ma co się
krygować.
Jeszcze trzy poziomy.
Holiday przygotowuje trzymany w prawej ręce karabin i żuje zaciekle
gumę. Lewy kciuk trzyma na pilocie. Jeden poziom. Zwalniamy. Obserwujemy
dwuskrzydłowe drzwi. Łapię nogi Victry i ściskam je pod pachami.
- Kocham cię, smarku - mówi Holiday.
- Ja ciebie też kocham, skarbie - mruczy Trigg; ma teraz napięty, wręcz
mechaniczny głos.
Boję się teraz bardziej, niż kiedy leżałem w astroPancerzu w komorze
wyrzutni przed Deszczem. Boję się nie tylko o siebie, ale też o Victrę i o rodzeństwo. Chcę, żeby przeżyli. Chcę dowiedzieć się czegoś o Pacyfice
Południowej. Chcę wiedzieć, jakie numery wykręcali swojej matce, czy
mieli psa, dom w mieście czy na wsi...
GraWinda zatrzymuje się z jękiem.
Światło nad wyjściem rozbłyskuje. Grube metalowe drzwi, które oddzielają
nas od plutonu elitarnych żołnierzy Szakala, rozsuwają się z sykiem. Dwa
błyszczące energoGranaty wpadają i przyczepiają się do ścian. Bip.
Bip. Holiday przyciska guzik na pilocie. Basowy huk implozji rozrywa
ciszę w windzie, kiedy ze sferycznego urządzenia u naszych stóp wydobywa
się niewidzialny impuls elektromagnetyczny. Granaty zdychają. Światło
gaśnie w windzie i na zewnątrz. Wszyscy Szarzy czekający za drzwiami z supernowoczesną bronią impulsową, wszyscy Obsydianowi w ciężkich
zbrojach z elektromagnetycznymi stawami i w super hełmach z filtrami
powietrza obrywają średniowieczem prosto w gębę.
Za to antyki Holiday i Trigga nadal działają. Rodzeństwo wychodzi z windy na kamienny korytarz, garbiąc się nad swoją bronią jak dwa
złowrogie gargulce. To rzeź. W rozległych wnętrzach dwójka strzelców
wyborowych krótkimi seriami archaicznych pocisków kosi bezbronnych
Szarych, którzy nie mają się gdzie schować. Rozbłyski w korytarzu.
Potężny huk karabinów dużej mocy. Zęby mi szczękają. Zamieram w windzie.
Dopiero kiedy Holiday krzyczy do mnie, pędzę za Triggiem, ciągnąc za
sobą Victrę.
Trzech Obsydianowych pada, kiedy Holiday ciska antycznym granatem.
Bum! Dziura pojawia w suficie. Sypie się tynk. Pył. Krzesła i Miedziani wypadają przez otwór z pomieszczenia piętro wyżej i lądują w ogniu walki. Dopada mnie hiperwentylacja. Głowa jakiegoś mężczyzny
odskakuje do tyłu. Jego ciało koziołkuje na ziemię. Jakaś Szara ucieka,
szukając osłony w głębi kamiennego korytarza. Holiday trafią ją w kręgosłup. Szara wykłada się jak dziecko na lodzie. Wszędzie coś się
rusza. Z boku szarżuje Obsydianowy.
Strzelam z pistoletu, potwornie pudłuję. Kula odbija się od jego zbroi.
Dwieście kilogramów żywego ciała unosi jonowy topór, którego głownia
nadal jest ostra, nawet jeśli bateria padła. Z gardła Obsydianowego
dobywa się typowy dla jego rodzaju lament pieśni bojowej... i nagle z hełmu bucha gejzer czerwonej mgły. Kula przechodzi przez oczodół i otwór
w hełmie. Trigg już zajmuje się kolejnym celem, wbija metal w ludzi z cierpliwością rzemieślnika wbijającego gwoździe w drewno. Nie ma w tym
pasji. Nie ma maestrii. Tylko trening i fizyka.
- Żniwiarz, rusz tyłek! - krzyczy Holiday.
Szarpie mnie w głąb korytarza, z dala od chaosu. Biegnący za nami Trigg
rzuca samoprzylepnym granatem w udo Złotego bez zbroi, który uskoczył
przed czterema strzałami z jego karabinu. Bum! Z kości i mięsa zostaje
krwawa mgiełka.
Brat i siostra przeładowują w biegu, a ja staram się po prostu nie
zemdleć ani nie upaść.
- W prawo za pięćdziesiąt kroków, a potem schodami w górę! - warczy
Holiday. - Mamy siedem minut.
W korytarzach jest upiornie cicho. Nie ma syren. Nie ma świateł.
Podgrzane powietrze nie szumi w przewodach wentylacyjnych. Słychać tylko
huk naszych kroków, krzyki w oddali, trzeszczenie w moich stawach i rzężenie w płucach. Mijamy okno. Okręty, czarne i martwe, spadają z nieba. Tam, gdzie lądują, wybuchają małe pożary. Tramwaje zatrzymują się
gwałtownie na magnetycznych szynach. Jedyne światła, które nadal płoną,
to te na dwóch najbardziej odległych szczytach. Wkrótce zjawią się
posiłki z działającym wyposażeniem, ale nie będą wiedzieli, co się
stało. Gdzie szukać. Ponieważ kamery i skanery biometryczne padły,
Cassius i Aja nie będą w stanie nas znaleźć. To może ocalić nam życie.
Wbiegamy po schodach. Skurcze szarpią mi prawą łydką i ścięgnem
podkolanowym. Stękam i prawie się przewracam. Holiday podtrzymuje
większość mojego ciężaru. Napiera masywną szyją na moją pachę. Za
naszymi plecami Trzech Szarych dostrzega nas z dołu długich marmurowych
schodów. Holiday odpycha mnie na bok, załatwia dwóch z karabinu, ale
trzeci zdąża strzelić. Kule nadgryzają marmur.
- Mają gazową broń w zapasie - warczy Holiday. - Ruchy. Ruchy!
Jeszcze dwa razy skręcamy w prawo, mijamy kilkoro podKolorów, którzy
gapią się na mnie z rozdziawionymi ustami, biegniemy przez marmurowe
sale z wysokimi sufitami i greckimi posągami, mijamy galerie, gdzie
Szakal trzyma skradzione skarby. Kiedyś pokazał mi tutaj deklarację
Hancocka oraz zakonserwowaną głowę ostatniego władcy imperium
amerykańskiego.
Mięśnie mi płoną. W boku potwornie kłuje.
- Tutaj! - krzyczy wreszcie Holiday.
Dobiegamy do drzwi dla personelu w bocznym holu i wychodzimy na zimne
światło dzienne. Wiatr mnie połyka. Lodowate zęby przegryzają się przez
kombinezon, kiedy nasza czwórka wychodzi chwiejnie na metalowy pomost
biegnący wzdłuż muru fortecy Szakala. Na prawo od nas kamienna góra
ustępuje nowoczesnemu budynkowi z metalu i szkła. Po lewej ciągnie się
głęboka na tysiąc metrów przepaść. Śnieg wiruje przed górskim zboczem.
Wiatr wyje. Brniemy przed siebie pomostem, aż okrąży część twierdzy i połączy się z brukowanym mostem, który prowadzi do opuszczonego
lądowiska niczym ręka szkieletu trzymająca betonowy talerz pokryty
śniegiem.
- Cztery minuty - woła Holiday.
Pomaga mi przejść przez most do lądowiska, na końcu rzuca mnie na
ziemię. Układam Victrę obok siebie. Twarda skorupka lodu sprawia, że
beton jest gładki i jego szarość ma dymny odcień. Przy wysokiej do pasa
betonowej ściance, która odgradza lądowisko od tysiącmetrowej przepaści,
zbierają się zaspy.
- Mam osiemdziesiąt w długim magazynku, szóstkę w staroci - woła do
siostry Trigg. - A potem koniec.
- Ja mam dwanaście - odpowiada Holiday. Rzuca mały pojemnik, który
otwiera się z trzaskiem i zielony dym unosi się w powietrze. - Musimy
utrzymać most.
- Mam sześć min.
- Rozmieść je.
Trigg odbiega. Na końcu mostu są zamknięte pancerne drzwi, znacznie
szersze niż boczne przejście, którym przyszliśmy. Drżący i oślepiony
światłem odbitym od śniegu przyciągam Victrę do siebie i blisko murku,
żeby osłonić ją przed wiatrem. Płatki śniegu zbierają się na jej czarnym
stroju przeciwdeszczowym. Sypią się, jak sypał się popiół, kiedy
Cassius, Sevro i ja spaliliśmy cytadelę Domu Minerwy i ukradliśmy im
kucharkę.
- Wszystko będzie dobrze - mówię jej. - Damy radę.
Zerkam ponad murkiem na miasto w dole. Panuje tam przedziwny spokój.
Wszystkie dźwięki, wszystkie kłopoty zostały uciszone przez impuls
elektromagnetyczny. Patrzę, jak płatek śniegu większy od innych dryfuje
na wietrze i zatrzymuje się na moim knykciu.
Jak ja tu wylądowałem? Chłopak z kopalni, który teraz jest drżącym
upadłym wojownikiem, spogląda w dół na wygaszone miasto i wbrew
wszystkiemu ma nadzieję, że zdoła wrócić do domu. Zamykam oczy, żałując,
że nie jestem wśród przyjaciół, wśród rodziny.
- Trzy minuty - mówi za mną Holiday. Obronnym gestem dotyka mnie ręką w rękawicy, patrząc na niebo i wypatrując wrogów. - Trzy minuty i już nas
tu nie ma. Tylko trzy minuty.
Chciałbym jej wierzyć, ale właśnie śnieg przestał padać.
6. Ofiary
6
Ofiary
Przez zmrużone powieki patrzę za plecy Holiday. Opalizujące tarcze
obronne opadają na swoje miejsca nad siedmioma szczytami Attyki,
odcinając nas od chmur i nieba. Generator tarcz musiał znajdować się
poza zasięgiem impulsu elektromagnetycznego. Nie otrzymamy zza nich
żadnej pomocy.
- Trigg! Wracaj tutaj! - krzyczy Holiday, kiedy jej brat umieszcza
ostatnią minę na moście.
Pojedynczy strzał przecina zimowy poranek. Echo jest przykre i zimne.
Rozlegają się kolejne.
Trzask, trzask, trzask.
Śnieg wzbija się wokół Trigga. Chłopak pędzi z powrotem, a Holiday
pochyla się, żeby go osłonić; karabin kołysze jej się na ramieniu. Z trudem się podnoszę. Oczy mnie bolą, kiedy oślepiony słońcem próbuję
zogniskować wzrok. Beton wybucha przede mną. Odłamki ranią mi twarz.
Chowam się, trzęsąc się ze strachu. Ludzie Szakala znaleźli zapasową
broń.
Znowu wyglądam. Spod zmrużonych powiek widzę, że Trigg został
przyszpilony w połowie drogi do nas i trwa wymiana ognia z oddziałem
Szarych z gazowymi karabinami. Wylewają się z fortecy przez pancerne
drzwi, które teraz otworzyły się przy drugim końcu mostu. Dwóch padło.
Kolejni dwaj zbliżają się do miny i znikają w chmurze dymu, kiedy Trigg
strzela im pod nogi. Holiday załatwia kolejnego. W tej samej chwili
Trigg chwiejnie dopada osłoniętego miejsca, trafiony w ramię. Robi sobie
w udo zastrzyk ze stymulantu i zaraz wychyla się z powrotem. Kula
rykoszetuje przede mną na betonie i uderza w Holiday, z mięsistym
głuchym odgłosem trafia w żebra tuż pod pachą.
Dziewczyna pada na ziemię. Kanonada zmusza mnie do przykucnięcia obok
niej. Z góry sypie się beton. Holiday pluje krwią, a jej oddechowi
towarzyszy wilgotny, flegmisty odgłos.
- Oberwałam w płuco - sapie.
Na oślep wyjmuje ze schowka na udzie strzykawkę ze stymem. Gdyby obwody
w jej zbroi nie zostały usmażone, otrzymałaby leki automatycznie, a tak
sama musi otworzyć kaburę i ręcznie podać dawkę. Pomagam jej wyjąć
mikrostrzykawkę i robię zastrzyk w szyję. Źrenice jej się rozszerzają,
oddech zwalnia, lek krąży po ciele razem z jej krwią. Obok mnie leży
Victra. Ma zamknięte oczy.
Ostrzał się urywa. Wychylam się ostrożnie. Szarzy Szakala chowają się za
betonowymi murkami i pylonami po drugiej stronie mostu, jakieś
sześćdziesiąt metrów od nas. Trigg ponownie ładuje broń. Słuchać tylko
wiatr. Coś jest nie tak. Przeszukuję niebo, obawiając się tej ciszy.
Zbliża się Złoty. Wyczuwam to w pulsie walki.
- Trigg! - krzyczę, aż ciało mi dygoce. - Biegiem!
Holiday widzi moją minę. Podnosi się z trudem, rzeżąc z bólu, kiedy
Trigg porzuca swoją kryjówkę. Buty ślizgają mu się na oblodzonym moście.
Przewraca się, podnosi, gramoli się ku nam przerażony. Za późno. Za jego
plecami Aja au Grimmus wypada przez drzwi fortecy, mija czających się w cieniach Szarych i Obsydianowych. Ma na sobie czarną kurtkę od munduru
galowego. Błyskawicznie dogania Trigga, ma dużo dłuższe nogi. To
najsmutniejsza scena, jaką widziałem w życiu.
Ja strzelam z pistoletu, Holiday opróżnia magazynek karabinu. Trafiamy
tylko w powietrze. Aja robi uniki, kręci piruety, a kiedy Trigg jest
dziesięć kroków od nas, przeszywa mu pierś brzytwą. Połyskujący wilgotno
metal wystaje mu z mostka. Zszokowany Trigg wytrzeszcza oczy. Z jego ust
wyrywa się ciche westchnienie. A potem krzyczy, kiedy zostaje uniesiony
w powietrze. Nadziany na brzytwę Ai wygląda jak drgająca żaba na końcu
prowizorycznej włóczni.
- Trigg... - szepcze Holiday.
Ruszam chwiejnym krokiem do przodu, w stronę Ai, też wyciągam brzytwę,
ale Holiday szarpie mnie do tyłu, za murek. Kule wystrzelone z daleka
przez Szarych sieką beton wokół nas. Krew Holiday topi pod nią śnieg.
- Nie bądź głupi - warczy, ściągając mnie na dół resztkami sił. - Nie
możemy mu pomóc.
- To twój brat!
- Nie jest celem misji. Ty jesteś.
- Darrow! - woła z mostu Aja.
Holiday się wychyla i patrzy na Złotą. Cała krew odpływa jej z twarzy.
Aja trzyma Trigga w górze, w jednej ręce, nadzianego na brzytwę. Chłopak
wije się na ostrzu, zsuwa ku jej dłoni.
- Mój łaskawy panie, skończył się czas chowania za innymi. Wychodź.
- Ani się waż - odzywa się Holiday.
- Wyjdź - mówi Aja.
I zrzuca Trigga z mostu. Chłopak spada dwieście metrów, zanim jego ciało
roztrzaskuje się o granitową półkę.
Z piersi Holiday wyrywa się taki odgłos, jakby walczyła z wymiotami.
Unosi karabin i pociąga za spust kilkanaście razy, celując w Furię. Aja
pochyla się, zanim orientuje się, że z broni Holiday nie pada żaden
strzał. Ciągnę Holiday w dół i kula snajpera celującego w jej pierś
trafia w karabin: druzgocze go i wyrywa jej z dłoni, gruchocząc przy
okazji palec. Siedzimy roztrzęsieni, przyciskając plecy do betonu.
Victra leży między nami.
- Przykro mi - udaje się mi wykrztusić.
Holiday mnie nie słyszy. Ręce trzęsą jej się bardziej niż mnie. Nie ma
łez w jej zapatrzonych w dal oczach. Nie ma ani odrobiny koloru w jej
pożłobionej twarzy.
- Przyjdą - mówi po chwili wypełnionej głuchą ciszą. Śledzi wzrokiem
zielony dym. - Muszą przyjść.
Krew przesiąka jej przez ubranie i ścieka kącikiem ust, zanim zamarznie
w połowie szyi. Holiday ściska nóż, który miała schowany w bucie, i próbuje się podnieść, ale jej ciało odmawia współpracy. Oddechom
towarzyszy wilgotny, flegmisty odgłos, wydychane powietrze pachnie
miedzią.
- Przyjdą - powtarza.
- Jaki jest plan? - pytam ją. Oczy jej się zamykają. Potrząsam nią. -
Jak tu dotrą?
Kiwa głową na brzeg lądowiska.
- Słuchaj.
- Darrow! - Cassius przekrzykuje wiatr. Dołączył do Ai. - Darrowie z Lykos, wyjdź! - Jego dźwięczny głos nie pasuje do tej chwili. Jest zbyt
królewski, wysoki i nietknięty smutkiem, który nas pochłania. Ocieram
łzy z oczu. - Musisz zdecydować, czym będziesz w ostatnich chwilach.
Wyjdziesz jak człowiek? Czy musimy cię wykopać jak szczura z jaskini?
Gniew zaciska mi pierś, ale nie chcę wstawać. Kiedyś bym wstał -
dawniej, gdy nosiłem zbroję Złotego i myślałem, że stanę nad zabójcą Eo
i ujawnię swoją prawdziwą tożsamość; ich miasta miały wtedy spłonąć, ich
Kolor upaść. Jednak zbroja przepadła. Maskę Żniwiarza przeżarły
wątpliwości i ciemność. Jestem zwykłym chłopcem, trzęsę się i kryję
przed wrogiem, bo znam cenę swojej porażki i bardzo się boję.
Nie dam się pojmać. Nie będę ich ofiarą i nie pozwolę, żeby Victra znowu
wpadła w ich ręce.
- Walić to - mówię.
Łapię Holiday za kołnierz, a Victrę za rękę. Oczy rozbłyskują mi z wysiłku, oślepione przez słońce odbite od śniegu. Z odrętwiałą twarzą
ciągnę dziewczyny ze wszystkich sił. Wynurzam się z kryjówki i idę przez
lądowisko na drugi jego koniec, gdzie ryczy wiatr.
Moi wrogowie milczą.
Niezły muszę przedstawiać widok: chwiejny krok, wymizerowane ciało,
wlokę dwie przyjaciółki, oczy mam zapadnięte, twarz jak u zagłodzonego
starego demona, brodatego i idiotycznego. Żałosny obrazek. Dwadzieścia
metrów za mną dwoje Rycerzy Olimpijskich stoi władczo na moście w miejscu, gdzie ten łączy się z lądowiskiem. Towarzyszy im pięćdziesięciu
Szarych i Obsydianowych, którzy wyszli za nimi przez drzwi prowadzące do
cytadeli. Srebrna brzytwa Ai ocieka krwią. Jednak to nie jest jej
klinga. To broń Lorna, ukradła ją trupowi. Mam mokre pantofle. Palce
stóp mnie bolą.
Tamci sprawiają wrażenie malutkich na tle ściany ogromnej górskiej
cytadeli. Ich metalowa broń jest taka drobna i prosta. Patrzę na prawo,
za most. Kilka kilometrów dalej oddział wojska podrywa się z odległego
górskiego szczytu, którego nie dosięgnął impuls elektromagnetyczny.
Żołnierze skręcają ku nam, lecąc przez niską warstwę chmur. Za nimi
podążają myśliwce.
- Darrow! - woła do mnie Cassius. We dwoje z Ają schodzą z mostu na
lądowisko. - Nie możesz uciec. - Obserwuje mnie, jego wzrok pozostaje
nieodgadniony. - Aktywowano tarczę. Niebo zostało odcięte. Żaden statek
nie może po ciebie przylecieć. - Zerka na zielony dym kłębiący się z pojemnika na lądowisku w zimowym powietrzu. - Pogódź się ze swoim losem.
Wiatr wyje między nami, niosąc płatki śniegu zerwane z góry.
- Z dysekcją? - pytam. - Myślisz, że na to zasłużyłem?
- Jesteś terrorystą. Straciłeś wszelkie prawa, jakie ci przysługiwały.
- Prawa? - warczę ponad Victrą i Holiday. - Prawo, żeby pociągnąć za
stopy swoją powieszoną żonę? Żeby patrzeć na śmierć swojego ojca? -
Próbuję splunąć, ale tylko opluwam sobie wargi. - Jakim prawem mi ich
odebraliście?
- Nie ma tu miejsca na debatę. Jesteś terrorystą i sprawiedliwości musi
stać się zadość.
- W takim razie czemu ze mną rozmawiasz, ty parszywy hipokryto?
- Bo honor wciąż ma znaczenie. Honor jest tym, co powraca echem.
To słowa jego ojca. Brzmią jednak w jego ustach równie pusto, jak w moich uszach. Ta wojna odebrała mu wszystko. Widzę w jego oczach, jak
bardzo jest złamany. Jak potwornie trudno jest pozostać synem swojego
ojca. Gdyby mógł, wolałby wrócić do Instytutu i znów siedzieć przy
naszym ognisku na wyżynach. Cofnąłby się do dni chwały, kiedy życie było
proste, a przyjaciele wydawali się prawdziwi. Jednakże marzenie o powrocie do przeszłości nie zmyje krwi z rąk żadnego z nas.
Słucham wiatru zawodzącego nad doliną. Piętami dotykam krawędzi
lądowiska. Za mną jest już tylko powietrze... powietrze i zmienna
topografia ciemnego miasta dwa tysiące metrów niżej.
- On skoczy - mówi cicho Aja do Cassiusa. - A my potrzebujemy ciała.
- Darrow... nie rób tego - prosi Cassius.
Jego oczy mówią mi jednak, żebym skoczył, żebym wybrał tę drogę, zamiast
się poddać, zamiast polecieć na Lunę, gdzie rozbiorą mnie na części. To
jego szlachetna droga. Znowu okrywa mnie peleryną.
Nienawidzę go za to.
- Uważasz się za honorowego? - syczę. - Uważasz się za dobrego? Kto
został z tych, którzy cię kochają? Za kogo walczysz? - Gniew przecieka
do moich słów. - Zostałeś sam, Cassiusie. Nie to co ja. Nie byłem sam
ani wtedy, kiedy stawiłem czoło twojemu bratu podczas Próby, ani kiedy
ukrywałem się wśród was, ani kiedy siedziałem w ciemności. Nawet teraz.
- Ściskam ciało nieprzytomnej Holiday z całej siły, wplatam palce w paski jej zbroi. Mocniej ujmuję rękę Victry. Pięty mi zgrzytają na
krawędzi betonu. - Posłuchaj wiatru, Cassiusie. Posłuchaj tego
parszywego wiatru.
Rycerze przechylają głowy, nasłuchując. Nadal nie rozumieją dziwnego
jęku niosącego się z dna doliny, bo niby skąd syn i córka Złotych
mogliby znać dźwięk świdroSzponu przegryzającego się przez skałę? Jak
mogliby odgadnąć, że moi ludzie nie przybędą z nieba, ale z serca
planety?
- Do widzenia, Cassiusie - mówię. - Jeszcze się spotkamy.
Odbijam się od krawędzi obiema nogami i skaczę w pustkę, ciągnąc za sobą
Holiday i Victrę.
7. Trzmiele
7
Trzmiele
Spadamy w stronę stopionego oka w sercu pokrytego śniegiem miasta. Tam,
pośród rzędów fabryk, budynki dygocą i przechylają się, kiedy ziemia
wznosi się do góry. Rury pękają i wynurzają się na powierzchnię. Para
bucha z popękanego asfaltu. Eksplodujące gazy tworzą falującą koronę,
kreślą linie ognia wzdłuż ulic, które wyginają się i podnoszą, jakby sam
Mars wyciągał się w górę na sześć kondygnacji, żeby urodzić jakiegoś
prastarego lewiatana. A potem, kiedy ziemia i miasto nie mogą się już
bardziej rozciągnąć, świdroSzpon wyrywa się na zimowe powietrze -
tytaniczna metalowa ręka ze stopionymi palcami, które dymią, chwytają... i znikają, gdy świdroSzpon zanurza się z powrotem w głąb Marsa, wciągając
za sobą pół kwartału zabudowy.
Za szybko spadamy.
Za wcześnie zeskoczyłem. Victra zaczyna mi się wysuwać z dłoni.
Ziemia pędzi nam na spotkanie.
I wtedy grom dźwiękowy rozrywa powietrze.
A potem drugi. I jeszcze jeden, aż cały ich chór dobiega z tunelu
wyrąbanego przez świdroSzpon, gdy rodzi się z niego mała armia. Dwa,
dwadzieścia, pięćdziesiąt uzbrojonych kształtów w grawiButach wypada z hukiem z ciemności i leci w naszą stronę. Są na lewo i prawo ode mnie.
Pomalowane na krwistoczerwono zalewają niebo za nami ogniem impulsowym.
Włosy stają mi dęba, czuję zapach ozonu. Rozgrzana tarciem amunicja
świeci na niebiesko, kiedy przedziera się przez cząsteczki powietrza.
Minidziałka zamontowane na ludzkich ramiona plują śmiercią.
Pośród wznoszących się w powietrze Synów Aresa uzbrojony szkarłatny
mężczyzna w kolczastym hełmie swojego ojca śmiga naprzód i łapię Victrę
na sekundy przed tym, jak ta uderzyłaby o dach wieżowca. Wycie wilka
rozlega się z głośników jego hełmu. To sam Ares. Mój najlepszy
przyjaciel na świecie nie zapomniał o mnie. Przybył ze swoim legionem
burzycieli imperium, terrorystów i renegatów - Wyjców. Za nim leci tuzin
metalowych mężczyzn i kobiet w czarnych wilczych pelerynach. Największy
z nich ma nieskazitelnie białą zbroję z niebieskimi odciskami dłoni na
piersi i ramionach. Jego czarna peleryna jest splamiona czerwonym pasem
pośrodku. Przez chwilę myślę, że to Pax powrócił dla mnie z martwych,
ale kiedy łapie mnie i Holiday, widzę niebieskie symbole wyrysowane w niebieskiej farbie śladów dłoni. To symbole z południowego bieguna
Marsa, to Ragnar Volarus, książę Wieżyc Walkirii. Rzuca Holiday innemu
Wyjcowi i przesuwa mnie sobie na plecy, żebym mógł złapać go za szyję,
wbijając palce w nity zbroi. Zakręca nad dymiącym miastem w stronę
tunelu.
- Trzymaj się mocno, młodszy bracie - woła do mnie.
I daje nura. Na lewo ode mnie Sevro trzyma Victrę, wszędzie wokół nas są
Wyjce, z ich grawiButów niesie się wizg, gdy spadamy w ciemność tunelu.
Wróg nas ściga. Odgłosy są potworne. Wrzask wiatru. Pękająca skała,
kiedy ogień z broni impulsowej ryje ściany za nami. Skowyt broni. Żuchwa
mi szczęka o metalowe ramię Ragnara. Jego grawiButy wibrują, pracując z całą mocą. Śruby zbroi wbijają mi się w żebra. Bateria na wysokości jego
kości ogonowej wali mnie w krocze, kiedy kluczymy i śmigamy w ciemności.
Sunę na metalowym rekinie w głąb trzewi wściekłego morza. W uszach mi
szumi. Wiatr gwiżdże. Obrywam kamykiem w czoło. Krew zalewa mi twarz,
piecze w oczy. Jedyne światło to poświata butów i błyski wystrzałów.
Skóra na prawym ramieniu nagle płonie mi z bólu: strzał impulsowy chybił
o kilka cali. Mimo to mam pęcherze na skórze, która dymi. Rękaw
kombinezonu staje w ogniu. Wiatr gasi płomień, ale ostrzał trafia tym
razem w grawiButy Syna Aresa tuż przede mną i topi mu nogi w pojedynczy
kawał metalu. Mężczyzna szarpie się w locie, uderza w sufit i jego ciało
wiotczeje. Gubi hełm, który leci prosto na mnie.
* * *
Czerwone światło migocze mi przez powieki. Mięsisty dym wypełnia
powietrze. Drapie mnie w gardło. Zwęglona tkanka tłuszczowa. Pierś
rozżarzona z bólu. Trzęsawisko wrzasków, wycia i nawoływań matki. I coś
jeszcze. Brzęczenie trzmieli w uszach. Ktoś jest nade mną. Widzę go w czerwonym świetle, gdy otwieram oczy. Krzyczy mi w twarz. Przyciska mi
maskę do ust. Wilgotna wilcza peleryna zwiesza się z metalowych ramion,
łaskocze mnie w szyję. Dotykają mnie inne ręce. Świat wibruje, przechyla
się.
- Sterburta! Sterburta! - ktoś krzyczy w oddali, głos dochodzi jakby
spod wody.
Jesteśmy na statku, otaczają mnie umierający mężczyźni. Spalone,
powykręcane skorupy zbroi. Na nich siedzą mniejsi ludzie, pochyleni jak
sępy, z piłami jarzącymi się w rękach, kiedy rozcinają pancerze,
próbując uwolnić umierających. Obok mnie leży chłopiec. Ma szeroko
rozwarte oczy. Osmoloną zbroję. Skóra na jego policzkach jest młoda i gładka pod warstwą sadzy i krwi. Jeszcze nie ma zmarszczek od uśmiechu
wokół ust. Jego oddech staje się coraz krótszy i szybszy. Porusza
wargami, wypowiada moje imię.
I umiera.
1. Tylko ciemność
1
Tylko ciemność
Głęboko w ciemności, z dala od ciepła, słońca i księżyców, leżę cichy
jak kamień, który mnie otacza i więzi moje zgarbione ciało w swoim
straszliwym łonie. Nie mogę stanąć na nogi. Nie mogę się przeciągnąć.
Mogę jedynie zwijać się w kłębek, zasuszone szczątki, skamielina
człowieka, jakim byłem. Ręce mam skute za plecami. Leżę nagi na zimnym
kamieniu.
Całkiem sam w ciemności.
Mam wrażenie, że minęły miesiące, lata, tysiąclecia, odkąd zginałem
kolana, odkąd nie wyginałem kręgosłupa w tej skrzywionej pozie. Ból
doprowadza mnie do szału. Moje stawy zapiekły się jak zardzewiałe
żelazo. Ile czasu upłynęło, odkąd widziałem moich Złotych przyjaciół
wykrwawiających się na trawie? Odkąd Roque złożył na moim policzku
pocałunek, łamiąc mi jednocześnie serce?
Czas nie jest rzeką.
Nie tutaj.
W tym grobie czas jest z kamienia. Jest ciemnością, stałą i nieustępliwą, a jego jedyną miarą są dwa wahadła życia: oddech i bicie
mojego serca.
Wdech. Ba-bach. Ba-bach.
Wydech. Ba-bach. Ba-bach.
Wdech. Ba-bach. Ba-bach.
I tak w nieskończoność. Aż do... kiedy? Aż umrę ze starości? Roztrzaskam
sobie czaszkę o kamień? Przegryzę wprowadzone przez Żółtych do jelit
rurki, którymi otrzymuję składniki odżywcze i którymi odprowadzane są
odchody?
Czy może do chwili, kiedy oszalejesz?
- Nie. - Zgrzytam zębami.
Oooo tak.
- To tylko ciemność.
Nabieram powietrza. Uspokajam się. Dotykam ścian w sposób, który mnie
koi. Plecami. Palcami rąk, piętami, palcami stóp, głową. Powtórka. Tuzin
razy. Sto razy. Niech będzie tysiąc.
Tak. Jestem sam.
Pomyślałbym, że są gorsze rzeczy niż to, ale teraz już wiem, że nie ma.
Człowiek nie jest samotną wyspą. Potrzebujemy tych, którzy nas kochają.
Potrzebujemy tych, którzy nas nienawidzą. Potrzebujemy innych, żeby
kotwiczyli nas w naszym życiu, dawali nam powód do istnienia, do czucia.
Ja mam tylko ciemność. Czasem krzyczę. Czasem śmieję się nocą, czasem za
dnia. Kto to teraz wie? Śmieję się, żeby zabić czas, żeby zużyć kalorie,
których dostarcza mi Szakal, żeby moje ciało z drżeniem pogrążyło się we
śnie.
Czasem też płaczę. Nucę. Gwiżdżę.
Słucham głosów dobiegających z góry. Napływają do mnie z nieskończonego
morza ciemności. Towarzyszy im przyprawiający o szaleństwo brzęk
łańcuchów i kości wibrujący w ścianach mojego więzienia. Rozlegają się
tak blisko, a jednak są odległe o tysiąc kilometrów, jakby cały świat
istniał tuż poza ciemnością, a ja nie mogę go zobaczyć, dotknąć, poczuć,
posmakować, nie mogę przebić tej zasłony i znów stać się jego częścią.
Tkwię uwięziony w samotności.
Słyszę głosy w tej chwili. Brzęk łańcuchów i klekot kości sączą się
przez moje więzienie.
Czy to moje głosy?
Śmieję się na tę myśl.
Przeklinam.
Knuję. Zabij.
Wymorduj. Wyłup. Rozerwij. Spal.
Błagam. Mam przywidzenia. Targuję się.
Skowyczę modlitwy do Eo, szczęśliwy, że oszczędzono jej takiego losu.
Ona nie słucha.
Śpiewam ballady z dzieciństwa i recytuję Umierającą Ziemię, The
Lamplighter, Ramajanę, Odyseję w grece i łacinie, a potem w utraconych językach: arabskim, angielskim, chińskim, niemieckim,
sięgając do wspomnień z infoNośników, które dał mi Matteo, kiedy byłem
ledwie chłopcem. Szukam wsparcia u zbłąkanego Greka, który pragnął tylko
znaleźć drogę do domu.
Zapomniałeś, co zrobił.
Odyseusz był bohaterem. Pokonał mury Troi za pomocą drewnianego konia.
Tak jak ja pokonałem armie Bellony za pomocą Żelaznego Deszczu, który
spadł na Marsa.
A potem...
- Nie - warczę. - Zamilcz.
...jego ludzie weszli do Troi. Znaleźli matki. Znaleźli dzieci. I zgadnij, co zrobili?
- Zamknij się!
Wiesz, co zrobili. Kość. Pot. Ciało. Popiół. Chłosta. Krew.
Ciemność chichocze z radości.
Żniwiarzu, Żniwiarzu, Żniwiarzu... Wszystkie czyny, które pozostają
zapamiętane, są spisane krwią.
Czy ja śnię? Czy to jawa? Zatraciłem się. Wszystko zlewa się ze sobą,
topi mnie w wizjach, szeptach i dźwiękach. Raz za razem szarpię za wątłe
kostki nóg Eo. Roztrzaskuję twarz Julianowi. Słyszę, jak Pax, Quinn,
Tactus, Lorn i Victra wydają ostatnie tchnienie. Tak wiele bólu. I po
co? Żeby zawieść moją żonę. Moich ludzi.
Aresa też. I przyjaciół.
Ilu jeszcze zostało?
Sevro? Ragnar?
Mustang?
Mustang. A jeśli ona wie, że tu jesteś... A jeśli po prostu jej to nie
obchodzi... Bo dlaczego miałoby ją to obchodzić? To ty zdradziłeś. To ty
kłamałeś. To ty posłużyłeś się jej umysłem. Jej ciałem. Jej krwią.
Pokazałeś jej swoją prawdziwą twarz, więc uciekła. A jeżeli to jej
robota? Może to ona cię zdradziła? Mógłbyś ją wtedy kochać?
- Zamknij się! - krzyczę na siebie, na ciemność.
Nie myśl o niej. Nie myśl o niej.
Dlaczego masz o niej nie myśleć? Przecież za nią tęsknisz.
Jej obraz pojawia się w ciemności, tak jak pojawił się wiele razy
wcześniej - dziewczyna odjeżdżająca ode mnie konno po zielonym polu
obraca się w siodle i ze śmiechem woła, żebym za nią ruszył. Jej włosy
falują jak złote źdźbła pszenicy, które wiatr porywa z wozu farmera.
Łakniesz jej. Kochasz ją. Złotą dziewczynę. Zapomnij o tamtej Czerwonej
suce.
- Nie. - Walę głową w ścianę. - To tylko ciemność - szepczę.
Tylko ciemność płatająca figle mojemu umysłowi. Mimo to próbuję
zapomnieć Mustang, Eo. Nie ma świata poza tym miejscem. Nie mogę tęsknić
za czymś, co nie istnieje.
Ciepła krew spływa mi po czole ze starych strupów, teraz świeżo
zdartych. Kapie mi z nosa. Wyciągam język, macam kamień, aż natrafię na
krople. Rozkoszuję się solą, marsjańskim żelazem. Powoli. Powoli. Niech
nowość tego wrażenia trwa. Niech smak pozostanie dłużej i przypomni mi,
że jestem człowiekiem. Czerwonym z Lykos. Piekłonurkiem.
Nie. Nie jesteś. Jesteś niczym. Żona cię porzuciła i ukradła wasze
dziecko. Twoja dziwka odwróciła się od ciebie. Nie byłeś dość dobry.
Byłeś zbyt dumny. Za głupi. Zbyt nikczemny. I teraz o tobie zapomniano.
Tak?
Kiedy ostatnim razem widziałem Złotą dziewczynę, klęczałem obok Ragnara
w tunelach Lykos, prosząc ją, żeby zdradziła własny lud i poszukała w życiu czegoś więcej, dla czego warto trwać. Wiedziałem, że jeśli
zdecyduje się dołączyć do nas, marzenie Eo będzie mogło rozkwitnąć.
Lepszy świat był na wyciągnięcie ręki. A zamiast tego ona odeszła. Czy
mogła o mnie zapomnieć? Czy miłość do mnie ją opuściła?
Kochała tylko twoją maskę.
- To tylko ciemność. Tylko ciemność. Tylko ciemność - mamroczę coraz
szybciej.
Nie powinno mnie tu być.
Powinienem nie żyć. Po śmierci Lorna miałem trafić do Octavii, żeby jej
Rzeźbiarze przeprowadzili sekcję zwłok i odkryli sekrety tego, jak
stałem się Złotym; żeby przekonali się, czy mogą istnieć inni tacy jak
ja. Jednak Szakal dobił targu. Zatrzymał mnie dla siebie. Torturował
mnie w swojej posiadłości w Attyce, wypytując o Synów Aresa, o Lykos i moją rodzinę. Nie powiedział mi, jak odkrył mój sekret. Błagałem, żeby
zakończył moje życie.
A na koniec dał mi kamień.
- Kiedy wszystko przepadnie, honor żąda śmierci - powiedział mi kiedyś
Roque. - To szlachetny koniec.
Ale co wie o śmierci bogaty poeta? Biedni znają śmierć. Niewolnicy znają
śmierć. I chociaż jej pragnę, to się jej boję. Bo im więcej widzę
okrutnego świata, tym mniej wierzę, że kończy się jakąś przyjemną
fikcją.
Dolina nie istnieje naprawdę.
To kłamstwo opowiadane przez matki i ojców, którzy dają powód swoim
umierającym z głodu dzieciom, by te mogły znieść horror. A tak naprawdę
nie istnieje żaden powód. Eo przepadła. Nie patrzyła, jak walczę o jej
marzenie. Było jej obojętne, jaki los wywalczyłem sobie w Instytucie ani
czy pokochałem Mustang, bo w dniu, w którym umarła, rozpadła się w nicość. Nie ma niczego poza tym światem. To nasz początek i koniec.
Nasza szansa na radość przed ciemnością.
Tak. Ale ty nie musisz umierać. Możesz uciec z tego miejsca - szepcze
do mnie ciemność. - Wypowiedz te słowa. Wypowiedz je. Znasz sposób.
Ma rację. Znam.
- Wystarczy, żebyś powiedział "Poddaję się", i wszystko to się zakończy
- powiedział dawno temu Szakal, zanim spuścił mnie do tego piekła. -
Umieszczę cię w ślicznej posiadłości na resztę życia, będę przysyłał ci
ciepłe, śliczne Różowe i tyle jedzenia, że roztyjesz się bardziej niż
Pan Popiołów. Niestety te słowa mają cenę.
Są tego warte. Ratuj się. Nikt inny cię nie uratuje.
- Ceną, drogi Żniwiarzu, jest twoja rodzina.
Moja rodzina, którą wyrwał z Lykos. Wysłał po nią lurcherów i teraz
trzyma ją w swoim więzieniu w trzewiach fortecy w Attyce. Nie pozwolił
mi ich zobaczyć. Nie dał mi powiedzieć, że ich kocham i jest mi przykro,
że nie byłem dość silny, aby ich ochronić.
- Nakarmię nimi więźniów tej twierdzy - powiedział. - Mężczyzn i kobiety, o których myślałeś, że powinni władać zamiast Złotych. Kiedy
zobaczysz zwierzę w człowieku, zrozumiesz, że ja mam rację, a ty się
mylisz. To Złoci muszą rządzić.
Odpuść ich sobie - mówi ciemność. - Taka ofiara jest pragmatyczna.
Jest mądra.
- Nie... Nie zrobię tego...
Twoja matka chciałaby, żebyś żył.
Nie za taką cenę.
Jaki człowiek potrafiłby pojąć matczyną miłość? Żyj. Dla niej. Dla Eo.
Czy mogłaby tego chcieć? Czy ciemność ma rację? W końcu jestem ważny. Eo
tak powiedziała. Ares tak powiedział. Wybrał mnie. Ze wszystkich
Czerwonych wybrał właśnie mnie. Mogę zerwać okowy. Mogę odnaleźć w życiu
coś więcej, coś, dla czego warto żyć. To nie byłby wcale egoizm, gdybym
uciekł z więzienia. Właściwie w szerszej perspektywie byłoby to wręcz
bezinteresowne.
Tak. Naprawdę bezinteresowne...
Matka błagałaby, żebym złożył tę ofiarę. Kieran by zrozumiał. Podobnie
jak moja siostra. Mogę ocalić naszych ludzi. Marzenie Eo trzeba
urzeczywistnić za wszelką cenę. Moim obowiązkiem jest zachować je przy
życiu. Obowiązkiem i prawem zarazem.
Wypowiedz słowa.
Walę głową w kamień i krzyczę na ciemność, żeby odeszła. Nie może mnie
zwieść. Nie może mnie złamać.
Nie wiedziałeś? Każdego można złamać.
Przenikliwy chichot ciemności kpi ze mnie, przeciągając się w nieskończoność.
I wiem, że ma rację. Każdego można złamać. Szakal już złamał mnie
torturami. Powiedziałem mu, że pochodzę z Lykos. Powiedziałem, gdzie
znajdzie moją rodzinę. Istnieje jednak sposób, żeby uszanować to, czym
jestem. To, co kochała Eo. Żeby uciszyć głosy.
- Roque, miałeś rację - szepczę. - Miałeś rację.
Po prostu chcę wrócić do domu. Zniknąć stąd. A jednak nie mogę. Jedyne,
co mi zostało, jedyne honorowe wyjście to śmierć. Zanim jeszcze bardziej
zdradzę człowieka, którym jestem.
Śmierć to droga ucieczki.
Nie bądź głupcem. Przestań. Przestań.
Uderzam głową w ścianę mocniej niż wcześniej. Nie po to, żeby się
ukarać, ale żeby się zabić. Skończyć ze sobą. Skoro ten świat nie kończy
się w żaden miły sposób, to będzie mi musiała wystarczyć pustka. Jeśli
jednak istnieje Dolina poza tą rzeczywistością, to ją znajdę. Nadchodzę,
Eo. W każdym razie jestem już w drodze.
- Kocham cię.
Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.
Walę czaszką w kamień. Żar zalewa mi twarz. Iskry bólu tańczą w czerni.
Ciemność zawodzi do mnie, ale ja nie przestaję.
Jeśli to jest koniec, to popędzę ku niemu z całą moją zaciekłością.
Jednak kiedy cofam głowę, żeby uderzyć po raz ostatni, z całej siły,
moja rzeczywistość jęczy. Dudni jak trzęsienie ziemi. To nie ciemność,
ale coś poza nią. Coś w samym kamieniu nade mną, co staje się coraz
głośniejsze, brzmi coraz bardziej basowo, aż ciemność pęka i rozcina ją
płonący miecz światła.