Gwiazda zaranna - Pierce Brown

Kup ebooka

57.00 zł
48.45 zł (46,55 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2. Więzień L17L6363

2

Wię­zień L17L6363

Sufit się roz­stę­puje. Świa­tło pali mnie w oczy. Zaci­skam powieki, kiedy pod­łoga mojej celi wznosi się, aż zatrzy­muje się ze szczę­kiem, a ja leżę odsło­nięty na pła­skiej kamien­nej powierzchni. Pro­stuję nogi i gwał­tow­nie łapię powie­trze w płuca, pra­wie mdle­jąc z bólu. Stawy mi trzesz­czą. Napięte ścię­gna roz­cią­gają się. Wal­czę, żeby ponow­nie otwo­rzyć oczy mimo rażą­cego świa­tła. Napeł­niają się łzami. Jest tak jasno, że widzę tylko roz­bie­lone prze­bły­ski z ota­cza­ją­cego mnie świata.

Spo­wi­jają mnie urywki obcych gło­sów.

- Adriu­sie, co to jest?

- ...był tam przez cały ten czas?

- Co za smród...

Leżę na kamie­niu. Roz­ciąga się po obu moich stro­nach. Czarny, mie­niący się nie­bie­sko i fio­le­towo jak pan­cerz kre­oń­skiego żuka. Pod­łoga? Nie. Widzę fili­żanki. Spodki. Wózek z kawą. To stół. Stół był moim wię­zie­niem. Nie jakaś ohydna otchłań. Po pro­stu sze­roki na metr i długi na dwa­na­ście metrów kawał mar­muru z pustym wnę­trzem. Co wie­czór jedli rap­tem kilka cali ode mnie. Ich głosy były odle­głymi szep­tami, które sły­sza­łem w ciem­no­ści. Brzęk ich sre­ber i tale­rzy był moim jedy­nym towa­rzy­stwem.

- Bar­ba­rzyń­stwo...

Teraz sobie przy­po­mi­nam. Przy tym stole sie­dział Sza­kal, kiedy odwie­dzi­łem go po tym, jak dosze­dłem do sie­bie po ranach odnie­sio­nych pod­czas Żela­znego Desz­czu. Czy już wtedy pla­no­wał moje uwię­zie­nie? Mia­łem na gło­wie kap­tur, kiedy mnie tu wsa­dzili. Myśla­łem, że znaj­duję się w trze­wiach for­tecy. Myli­łem się. Trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów kamie­nia oddzie­lało ich kola­cyjki od mojego pie­kła.

Pod­no­szę wzrok znad sto­ją­cej koło mojej głowy tacy z kawą. Ktoś wpa­truje się we mnie. Kilka osób. Nie widzę ich z powodu łez i krwi w oczach. Odwra­cam się i zwi­jam w kłę­bek jak ślepy kret po raz pierw­szy w życiu wyko­pany spod ziemi. Jestem zbyt przy­tło­czony i prze­ra­żony, żeby pamię­tać o dumie albo nie­na­wi­ści. Wiem jed­nak, że on się we mnie wpa­truje. Sza­kal. Dzie­cinna twarz i smu­kłe ciało, pia­skowe włosy cze­sane z prze­dział­kiem. Odchrzą­kuje.

- Moi sza­nowni goście, pozwól­cie, że przed­sta­wię wam więź­nia L17L6363.

Jego twarz to niebo i pie­kło zara­zem.

Widok dru­giego czło­wieka...

Świa­do­mość, że nie jestem sam...

A potem przy­po­mnie­nie sobie, co mi zro­bił... To wyrywa ze mnie duszę.

Inne głosy peł­zają i dud­nią, są tak dono­śne, że ogłu­szają. I cho­ciaż zwi­ną­łem się w kłę­bek, czuję coś poza ich hała­sem. Coś natu­ral­nego, deli­kat­nego i dobrego. Coś, czego - jak prze­ko­ny­wała mnie ciem­ność - mia­łem już ni­gdy nie poczuć. Wpada łagod­nie przez otwarte okno i całuje moją skórę.

Póź­no­je­sienny wia­te­rek roz­wiewa mię­si­sty, parny smród mojego brudu i spra­wia, że myślę o dziecku, które gdzieś tam bie­gnie wśród śniegu i drzew, prze­suwa dłońmi po korze i sosno­wych igłach, bru­dzi sobie włosy żywicą. To wspo­mnie­nie, któ­rego wiem, że nie mogę mieć, ale czuję, że powi­nie­nem. To jest życie, jakiego bym pra­gnął. Dziecko, które mógł­bym mieć.

Pła­czę. Nie tyle nad sobą, co nad tym chłop­cem, który myśli, że żyje w dobrym świe­cie, gdzie matka i ojciec są ogromni i silni jak góry. Gdy­bym tylko znowu mógł być tak nie­winny. Gdy­bym tylko wie­dział, że ta chwila nie jest kolejną sztuczką. Nie­stety jest. Sza­kal daje tylko po to, żeby potem ode­brać. Wkrótce świa­tło sta­nie się wspo­mnie­niem i powróci ciem­ność. Zaci­skam mocno powieki, słu­cham krwi kapią­cej z mojej twa­rzy na kamień i cze­kam na kolejny cios.

- Psia­krew, Augu­stus, to naprawdę było konieczne? - mru­czy jak kot zabój­czyni. Chro­pawy akcent przy­tłu­miony ospałą into­na­cją typową dla Luny, wyuczoną na dwo­rach Pala­tynu, gdzie wszystko robi na ludziach mniej­sze wra­że­nie niż gdzie indziej. - Cuch­nie jak śmierć.

- Sfer­men­to­wany pot i mar­twa skóra pod magne­tycz­nymi kaj­da­nami. Widzisz tę żół­tawą sko­rupę na jego przed­ra­mio­nach, Aju? - zwraca jej uwagę Sza­kal. - Mimo to jest w miarę zdrowy i gotowy dla waszych Rzeź­bia­rzy. Zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści.

- Znasz tego czło­wieka lepiej ode mnie - odzywa się Aja do kogoś innego. - Upew­nij się, że to on, a nie jakiś oszust.

- Wąt­pisz w moje słowo? - pyta Sza­kal. - Ranisz mnie.

Wzdry­gam się, kiedy wyczu­wam, że zbliża się ktoś inny.

- Daj spo­kój, do tego musiał­byś mieć serce, arcy­gu­ber­na­to­rze. Natura obsy­pała cię licz­nymi darami, ale oba­wiam się, że tego organu naj­wy­raź­niej ci bra­kuje.

- Zbyt hoj­nie mnie kom­ple­men­tu­jesz.

Łyżeczki ude­rzają z brzę­kiem o por­ce­lanę. Ktoś odchrzą­kuje. Mam ochotę zasło­nić uszy. Za dużo dźwię­ków. Za dużo infor­ma­cji.

- Naprawdę można teraz dostrzec w nim Czer­wo­nego. - To zimny głos kul­tu­ral­nej kobiety z pół­noc­nego Marsa. Wymowa bar­dziej szorstka niż akcent z Luny.

- Wła­śnie, Anto­nio! - odpo­wiada Sza­kal. - Cie­ka­wiło mnie, jak uwię­zie­nie na niego wpły­nie. Czło­nek gatunku homo aureus ni­gdy nie uległby takiemu poni­że­niu jak ten tu, który leży przed nami. Wie­cie, że pro­sił mnie o śmierć, zanim go tam umie­ści­łem? Zaczął pła­kać. Jak na iro­nię, w dowol­nej chwili mógł się zabić. Nie zro­bił tego jed­nak, bo cząstka jego osoby roz­ko­szo­wała się tą dziurą. Widzi­cie, Czer­woni dawno temu zaadap­to­wali się do ciem­no­ści. Jak robaki. Nie ma dumy w ich zardze­wia­łej rasie. Czuł się tam jak u sie­bie w domu. Bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wśród nas.

Teraz przy­po­mi­nam sobie nie­na­wiść.

Otwie­ram oczy, żeby dać im znać, że ich widzę. Że sły­szę. Kiedy jed­nak moje powieki się roz­wie­rają, to nie wróg przy­ciąga mój wzrok, ale zimowy kra­jo­braz, który roz­ciąga się za ple­cami Zło­tych. Za oknami sześć z sied­miu gór­skich szczy­tów Attyki skrzy się w poran­nym świe­tle. Budynki z metalu i szkła zwień­czają kamień i śnieg, wycią­gają się ku błę­kit­nemu niebu. Mosty spi­nają szczyty. Pró­szy drobny śnieg. Obraz zama­zuje się przed moimi osła­bio­nymi po poby­cie w ciem­no­ści oczami.

- Dar­row?

Znam ten głos. Znam tego czło­wieka. Obra­cam lekko głowę, żeby zoba­czyć jedną z jego zgru­bia­łych dłoni na brzegu stołu. Wzdry­gam się i odsu­wam, spo­dzie­wa­jąc się, że mnie ude­rzy. Nie robi tego. Na środ­ko­wym palcu nosi zło­tego orła Bel­lony. Rodziny, którą znisz­czy­łem. Druga dłoń należy do ręki, którą odcią­łem na Lunie, kiedy ostatni raz się poje­dyn­ko­wa­li­śmy. Odtwo­rzył ją Rzeź­biarz Zan­zi­bar. Dwa pier­ście­nie z wil­czymi łbami Domu Marsa zdo­bią palce. Jeden jest mój. Jeden jego. Oba zostały zdo­byte za cenę życia mło­dego Zło­tego.

- Pozna­jesz mnie? - pyta.

Odchy­lam głowę, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Mnie może i zła­mano, ale wojna nie przy­ćmiła urody Cas­siusa au Bel­lona. Jest o wiele pięk­niej­szy, niż odma­lo­wa­łyby go jakie­kol­wiek wspo­mnie­nia. Pul­suje życiem. Ma ponad dwa metry wzro­stu. Nosi biel i złoto Ryce­rza Poranka. Uło­żone w pukle włosy błysz­czą jak smuga cią­gnąca się za spa­da­jącą gwiazdą. Jest gładko ogo­lony, nos ma lekko wykrzy­wiony po nie­daw­nym zła­ma­niu. Kiedy patrzę mu w oczy, robię wszystko, co w mojej mocy, żeby się nie roz­sz­lo­chać. Patrzy na mnie ze smut­kiem, nie­mal czule. Jakim muszę być cie­niem samego sie­bie, żeby zasłu­żyć na litość czło­wieka, któ­rego tak głę­boko zra­ni­łem.

- Cas­sius - mru­czę bez żad­nego powodu poza chę­cią wypo­wie­dze­nia jego imie­nia. Ode­zwa­nia się do dru­giej ludz­kiej istoty. Bycia usły­sza­nym.

- No więc? - pyta Aja au Grim­mus, sta­jąc za Cas­siu­sem.

Naj­bru­tal­niej­sza z Furii Suwe­renki nosi tę samą zbroję, w któ­rej ją widzia­łem, kiedy pierw­szy raz spo­tka­li­śmy się w iglicy Cyta­deli na Lunie, w noc, kiedy Mustang mnie ura­to­wała, a Aja zatłu­kła na śmierć Quinn. Pan­cerz jest pory­so­wany. Znisz­czony w walce. Strach prze­zwy­cięża moją nie­na­wiść i znowu odwra­cam wzrok od ciem­no­skó­rej kobiety.

- Jed­nak żyje - odzywa się cicho Cas­sius. Odwraca się do Sza­kala. - Co mu zro­bi­łeś? Te bli­zny...

- Spo­dzie­wał­bym się, że to oczy­wi­ste - odpo­wiada Sza­kal. - Znisz­czy­łem Żni­wia­rza.

Patrzę w końcu na swoje ciało, się­ga­jąc wzro­kiem poza skoł­tu­nioną brodę, żeby zro­zu­mieć, co ma na myśli. Jestem tru­pem. Chu­dym jak szkie­let i bla­dym. Żebra wystają spod skóry cień­szej niż kożuch na pod­grza­nym mleku. Kolana ster­czą na nogach jak patyki. Paznok­cie u stóp mam dłu­gie i zakrzy­wione. Bli­zny po tor­tu­rach Sza­kala zna­czą mi ciało. Mię­śnie osła­bły. Z brzu­cha wycho­dzą mi rurki, które utrzy­my­wały mnie przy życiu w ciem­no­ści: czarne, włók­ni­ste pępo­winy, które na­dal kotwi­czą mnie do pod­łogi mojej celi.

- Jak długo tam sie­dział? - pyta Cas­sius.

- Trzy mie­siące prze­słu­chań, a potem dzie­więć mie­sięcy odosob­nie­nia.

- Dzie­więć...

- Sto­sow­nie. Nie powin­ni­śmy rezy­gno­wać z uży­wa­nia meta­for z powodu wojny. W końcu nie jeste­śmy dzi­ku­sami, co, Bel­lona?

- Adriu­sie, obra­żasz poczu­cie przy­zwo­ito­ści Cas­siusa - mówi sto­jąca obok Sza­kala Anto­nia.

To zatrute jabłko pod posta­cią kobiety. Z pozoru błysz­czące, rumiane i kuszące, ale zgniłe i zepsute do głębi. W Insty­tu­cie zabiła moją przy­ja­ciółkę Leę. Posłała kulkę w głowę wła­snej matki i dwie kolejne w krę­go­słup swo­jej sio­stry, Vic­try. A teraz sprzy­mie­rzyła się z Sza­ka­lem, czło­wie­kiem, który ukrzy­żo­wał ją w Insty­tu­cie. Co za świat. Za Anto­nią stoi Oset o ciem­nej twa­rzy, daw­niej Wyjec, obec­nie człon­kini Kościa­rzy, sądząc po sym­bolu czaszki sza­kala na jej piersi. Wbija wzrok w pod­łogę, żeby nie patrzeć na mnie. Jej kapi­ta­nem jest łysa Lilath, która sie­dzi na prawo od Sza­kala. Jego ulu­biona zabój­czyni od cza­sów Insty­tutu.

- Wybacz, jeśli nie rozu­miem celu tor­tu­ro­wa­nia poko­na­nego wroga - odpo­wiada Cas­sius. - Zwłasz­cza kiedy wyja­wił wszyst­kie infor­ma­cje, jakie mógł.

- Celu? - Sza­kal wpa­truje się w niego spo­koj­nie i wyja­śnia: - Celem jest kara, mój łaskawy panie. To... coś uwa­żało, że znaj­dzie sobie miej­sce wśród nas. Jakby był nam równy. A może nawet od nas lep­szy. Kpił sobie z nas. Sypiał z moją sio­strą. Śmiał się z nas i uwa­żał za głup­ców, zanim go odkry­li­śmy. Musi wie­dzieć, że nie prze­grał przy­pad­kiem, ale że to było nie­unik­nione. Czer­woni zawsze byli cwa­nymi stwo­rze­niami. A on, mój przy­ja­cielu, jest uoso­bie­niem tego, czym pra­gnęli być i czym by się stali, gdy­by­śmy im na to pozwo­lili. Niech więc czas i ciem­ność zamie­nią go z powro­tem w to, czym naprawdę jest. Homo flam­meus, żeby posłu­żyć się nowym sys­te­mem kla­sy­fi­ka­cyj­nym, który zapro­po­no­wa­łem Komi­sji. Nie­wiele się różni od homo sapiens na dra­bi­nie ewo­lu­cyj­nej. Reszta to była tylko maska.

- Rzecz w tym, że wysze­dłeś przez niego na głupca - pre­cy­zuje Cas­sius - bo twój ojciec wolał Rzeź­bio­nego Czer­wo­nego od potomka wła­snej krwi, prawda? O to tu wła­śnie cho­dzi, Sza­kalu. O wstyd nabur­mu­szo­nego dzie­ciaka, nie­ko­cha­nego i nie­chcia­nego.

Sza­kal wzdraga się na te słowa. Aja też jest wyraź­nie nie­za­do­wo­lona z tonu swo­jego mło­dego towa­rzy­sza.

- Dar­row ode­brał życie Julia­nowi - mówi Anto­nia. - A potem wyrżnął w pień twoją rodzinę. Wysłał zabój­ców, żeby wybić dzieci two­jej krwi, które ukry­wały się na Olym­pus Mons. Aż się czło­wiek zasta­na­wia, co pomy­śla­łaby twoja matka o two­jej lito­ści.

Cas­sius udaje, że ich nie sły­szy, i kiwa głową na Różo­wych sto­ją­cych na obrze­żach pokoju.

- Przy­nie­ście więź­niowi koc.

Żaden nawet nie drgnie.

- Co za maniery... Nawet ty, Oset?

Dziew­czyna nie odpo­wiada. Cas­sius pry­cha pogar­dli­wie, zdej­muje białą pele­rynę i zarzuca na moje drżące ciało. Przez chwilę nikt nie odzywa się sło­wem, są rów­nie wstrzą­śnięci tym gestem jak ja.

- Dzię­kuję - chry­pię. On jed­nak odwraca wzrok od mojej wymi­ze­ro­wa­nej twa­rzy. Litość to nie wyba­cze­nie, a wdzięcz­ność nie ozna­cza roz­grze­sze­nia.

Lilath par­ska śmie­chem, nie pod­no­sząc nawet wzroku znad misy goto­wa­nych na miękko koli­brzych jajek. Sior­bie je jak mię­ciut­kie cukierki.

- Ist­nieje gra­nica, za którą honor staje się wadą cha­rak­teru, Ryce­rzu Poranka. - Sie­dząca obok Sza­kala łysa kobieta zerka na Aję oczami jak śle­pia węgo­rzy z pod­ziem­nych mórz na Wenus. Pożera kolejne jajko. - Stary Arcos prze­ko­nał się o tym bar­dzo bole­śnie.

Aja nie odpo­wiada, jej maniery pozo­stają nie­ska­zi­telne, ale czai się w niej śmier­cio­no­śna cisza; cisza, jaką pamię­tam z chwil poprze­dza­ją­cych śmierć Quinn. Lorn nauczył ją szer­mierki i Aja nie pozwoli, żeby ktoś z niego kpił. Lilath łap­czy­wie sior­bie kolejne jajko, poświę­ca­jąc maniery na rzecz obe­lgi.

Wro­gość panuje wśród sprzy­mie­rzeń­ców. To u nich typowe, tym razem jed­nak roz­łam jest nowy i ostry, mię­dzy sta­rymi Zło­tymi a now­szym rodza­jem pokrew­nym Sza­ka­lowi.

- Jeste­śmy tu wśród przy­ja­ciół - odzywa się żar­to­bli­wie Sza­kal. - Zacho­wuj się, Lilath. Lorn był Żela­znym Zło­tym, który po pro­stu sta­nął po nie­wła­ści­wej stro­nie. Zatem, Aju, jestem cie­kaw: teraz, kiedy koń­czy się mój okres dzier­żawy Żni­wia­rza, na­dal zamier­za­cie pod­dać go sek­cji?

- Ow­szem, taki mamy plan - pota­kuje Aja. Nie powi­nie­nem był dzię­ko­wać Cas­siu­sowi. Jego honor nie jest praw­dziwy. To tylko kwe­stia higieny. - Zan­zi­bara naprawdę cie­kawi, jak go zro­biono. Ma swoje teo­rie, ale aż się pali, żeby dorwać w swoje ręce kon­kretny egzem­plarz. Mie­li­śmy nadzieję zła­pać Rzeź­bia­rza, który tego doko­nał, ale chyba zgi­nął, kiedy pocisk tra­fił w Kato w pro­win­cji Alci­da­lia.

- Albo chcą, żeby­ście tak myśleli - wtrąca się Anto­nia.

- Kie­dyś już go tu mia­łeś, prawda? - rzuca zna­cząco Aja.

Sza­kal kiwa głową.

- Nazywa się Mic­key. Stra­cił licen­cję po tym, jak Rzeź­bił nie­li­cen­cjo­no­wa­nego nowo­rodka Aureu­sów. Rodzina chciała zaosz­czę­dzić dziecku Eks­po­zy­cji. Potem spe­cja­li­zo­wał się w aero- i akwa­mo­dy­fach na Różo­wych. Miał warsz­tat w York­ton, zanim Syno­wie Aresa zwer­bo­wali go do spe­cjal­nego zada­nia. Dar­row pomógł mu uciec z mojego aresztu. Jeśli chce­cie znać moją opi­nię, to Mic­key na­dal żyje. Moi agenci umiej­sca­wiają go w Tinos.

Aja i Cas­sius patrzą po sobie.

- Jeśli masz namiary na Tinos, to powi­nie­neś od razu się nimi podzie­lić - mówi Cas­sius.

- Nie mam na razie żad­nych kon­kre­tów. Tinos jest dobrze ukryte. I wciąż nie zła­pa­li­śmy żad­nego z kapi­ta­nów ich stat­ków... żywego. - Sza­kal sączy kawę. - Ale cały czas kujemy żelazo i pierwsi się dowie­cie, czy coś z tego wynik­nie. Myślę jed­nak, że moi Kościa­rze chcie­liby pierwsi zająć się Wyj­cami. Nie uwa­żasz, Lilath?

Sta­ram się nie poru­szyć, kiedy pada ta nazwa. Jed­nak jest to trudne. Oni żyją. Przy­naj­mniej nie­któ­rzy. Wybrali Synów Aresa zamiast Zło­tych...

- Tak, panie - mówi Lilath, przy­glą­da­jąc mi się. - Byli­by­śmy zachwy­ceni praw­dzi­wym polo­wa­niem. Walka z Czer­wo­nym Legio­nem i innymi bun­tow­ni­kami to nuda, nawet dla Sza­rych.

- Suwe­renka i tak potrze­buje nas w domu, Cas­siu­sie - odzywa się Aja. A potem zwraca się do Sza­kala: - Odle­cimy, kiedy tylko mój trzy­na­sty legion zwi­nie obóz w Niecce Golan. Naj­praw­do­po­dob­niej z samego rana.

- Zabie­ra­cie swoje legiony z powro­tem na Lunę?

- Tylko trzy­na­sty. Reszta zosta­nie pod twoim nad­zo­rem.

Sza­kal jest zasko­czony.

- Pod moim nad­zo­rem?

- To pożyczka do czasu aż to... powsta­nie zosta­nie cał­ko­wi­cie zdła­wione. - Pra­wie spluwa sło­wem "powsta­nie". To coś nowego dla moich uszu. - To oznaka zaufa­nia Suwe­renki. Wiesz, że jest zado­wo­lona z two­ich postę­pów na Mar­sie.

- Mimo two­ich metod - dodaje Cas­sius, znowu ścią­ga­jąc na sie­bie poiry­to­wane spoj­rze­nie Ai.

- Cóż, jeśli odla­tu­je­cie ran­kiem, to powin­ni­ście, rzecz jasna, zjeść dzi­siaj ze mną kola­cję. Cze­ka­łem na oka­zję, żeby omó­wić pewne... kwe­stie zwią­zane z Rebe­lian­tami na Obrzeżu.

Sza­kal nie mówi wprost ze względu na mnie. Infor­ma­cja to dla niego broń. Suge­ro­wał, że przy­ja­ciele mnie zdra­dzili, ale nie powie­dział któ­rzy. Rzu­cał alu­zjami i wska­zów­kami w cza­sie tor­tur, zanim zosta­łem zesłany w ciem­ność. Szary mówiący mu, że jego sio­stra czeka na niego w salo­nie. Jego palce pach­nące masalą ćaj ze spie­nio­nym mle­kiem, ulu­bio­nym napo­jem sio­stry. Czy ona wie, że tu jestem? Czy sie­działa przy tym stole?

Sza­kal na­dal papla. Trudno nadą­żyć za gło­sem. Tak wiele trzeba roz­szy­fro­wać. Zbyt wiele.

- ...każę moim ludziom umyć Dar­rowa przed podróżą i możemy urzą­dzić try­mal­chioń­ską ucztę po naszej roz­mo­wie. Wiem, że rodziny Volox i Coria­lus z rado­ścią ponow­nie was zoba­czą. Minęło za dużo czasu, odkąd mie­li­śmy tak czci­godne towa­rzy­stwo: dwoje Ryce­rzy Olim­pij­skich. Tak czę­sto dzia­ła­cie w tere­nie, krą­ży­cie po pro­win­cjach, polu­je­cie w tune­lach, na morzach i w get­tach. Ile czasu minęło, odkąd zje­dli­ście porządny posi­łek, nie mar­twiąc się noc­nym ata­kiem albo zama­chow­cami-samo­bój­cami?

- Sporo - przy­znaje Aja. - Sko­rzy­sta­li­śmy z gościn­no­ści braci Rath, kiedy prze­jeż­dża­li­śmy przez Salo­niki. Rwali się, żeby oka­zać swoją wier­ność po wcze­śniej­szym... zacho­wa­niu pod­czas Desz­czu Lwa. To było... nie­po­ko­jące.

Sza­kal się śmieje.

- Oba­wiam się, że w porów­na­niu z nimi moja kola­cja wypad­nie banal­nie. Ostat­nio widuję się tylko z poli­ty­kami i żoł­nie­rzami. Domy­śla­cie się pew­nie, że ta prze­klęta wojna bar­dzo zaszko­dziła mojemu życiu towa­rzy­skiemu.

- Na pewno nie cho­dzi o twoją słynną gościn­ność? - upew­nia się Cas­sius. - Albo twoją dietę?

Aja wzdy­cha, pró­bu­jąc ukryć roz­ba­wie­nie.

- Zacho­wuj się, Bel­lona.

- Bez obaw... Trudno zapo­mnieć o wro­go­ści dzie­lą­cej nasze domy, Cas­siu­sie, ale w takich chwi­lach jak ta musimy zna­leźć płasz­czy­znę poro­zu­mie­nia. Przez wzgląd na dobro Zło­tych. - Sza­kal uśmie­cha się, cho­ciaż wiem, że wyobraża sobie, jak rzeza im obojgu głowy tępym nożem. - W każ­dym razie wszy­scy mamy za sobą szkolne wspo­mnie­nia. Nie ma się czego wsty­dzić.

- Jest jed­nak jesz­cze inna kwe­stia, którą chcie­li­by­śmy omó­wić - odzywa się Aja.

Teraz to Anto­nia wzdy­cha.

- A nie mówi­łam? Czego teraz życzy sobie Suwe­renka?

- To doty­czy kwe­stii, o któ­rej wspo­mniał wcze­śniej Cas­sius.

- Moich metod - upew­nia się Sza­kal.

- Tak.

- Myśla­łem, że Suwe­renka jest zado­wo­lona z moich pacy­fi­ka­cyj­nych wysił­ków.

- Jest, ale...

- Chciała porządku i dałem jej porzą­dek. Hel-3 nie prze­staje pły­nąć, pro­duk­cja spa­dła tylko o trzy koma dwa pro­centa. Powsta­nie się dławi. Wkrótce Ares zosta­nie odna­le­ziony, podob­nie jak Tinos, i wszystko to będzie za nami. To Fabii jest tym, kto...

- Cho­dzi o szwa­drony śmierci - prze­rywa mu Aja.

- Ach tak.

- Pro­to­koły likwi­da­cji, które uru­cho­mi­łeś w zbun­to­wa­nych kopal­niach. Suwe­renka mar­twi się, że suro­wość two­ich metod wobec pod­Czer­wo­nych spro­wo­kuje znacz­nie ostrzej­szą reak­cję w porów­na­niu z poprzed­nimi pro­pa­gan­do­wymi wpad­kami. Doszło do zama­chów bom­bo­wych na Pala­ty­nie, ata­ków w laty­fun­diach na Ziemi, a nawet do pro­te­stów u bram samej Cyta­deli. Duch rebe­lii pozo­staje żywy. Jed­nak osła­biają go roz­łamy. I tak musi pozo­stać.

- Wąt­pię, żeby­śmy zoba­czyli wiele wię­cej pro­te­stów, kiedy do ich stłu­mie­nia zostaną wysłani Obsy­dia­nowi - odpo­wiada zado­wo­lona z sie­bie Anto­nia.

- Mimo to...

- Nie grozi nam, że sekrety mojej tak­tyki ujrzą świa­tło dzienne. Pozba­wi­li­śmy Synów Aresa moż­li­wo­ści roz­sie­wa­nia swo­jej pro­pa­gandy - odpo­wiada Sza­kal. - Teraz to ja kon­tro­luję prze­pływ infor­ma­cji, Aju. Ludzie wie­dzą, że ta wojna jest już prze­grana. Na­dal będą oglą­dać ataki Czer­wo­nych na obiekty cywilne, dzieci śród­Ko­lo­rów i nad­Ko­lo­rów mar­twe w szko­łach. Opi­nia publiczna stoi po naszej stro­nie...

- A jeśli ludzie zoba­czą, co robisz? - pyta Cas­sius.

Sza­kal nie odpo­wiada natych­miast. Zamiast tego daje znać pra­wie nagiej Różo­wej sie­dzą­cej na kana­pie w przy­le­ga­ją­cym do salonu pokoju. Dziew­czyna, nie­wiele star­sza od Eo, pod­cho­dzi do niego i wpa­truje się potul­nie w pod­łogę. Oczy ma jak różowy kwarc, sre­brzy­sto-liliowe włosy zaple­cione w war­ko­cze opa­dają jej na nagi krzyż. Została wycho­wana, aby spra­wiać przy­jem­ność tym potwo­rom, i nie chciał­bym się dowie­dzieć, co te łagodne oczy widziały. Nagle mój ból wydaje mi się maleńki, sza­leń­stwo w moim umy­śle ciche. Sza­kal głasz­cze dziew­czynę po twa­rzy i cały czas patrząc na mnie, wpy­cha jej palce w usta, roz­wiera zęby. Kiku­tem ręki obraca jej głowę, żebym zoba­czył ją naj­pierw ja, a potem także Aja i Cas­sius.

Dziew­czyna nie ma języka.

- Zro­bi­łem to oso­bi­ście po tym, jak zła­pa­li­śmy ją osiem mie­sięcy temu. Pró­bo­wała zabić jed­nego z moich Kościa­rzy w Per­ło­wym Klu­bie w Agei. Nie­na­wi­dzi mnie. Niczego nie pra­gnie tak bar­dzo, jak zoba­czyć, że gniję w ziemi. - Sza­kal pusz­cza dziew­czynę, wyj­muje z kabury broń oso­bi­stą i wpy­cha jej w ręce. - Strzel mi w głowę, Cal­liope. Za wszyst­kie upo­ko­rze­nia, które przeze mnie zno­si­łaś, ty i twoi ludzie. Śmiało. Odcią­łem ci język. Pamię­tasz, co zro­bi­łem ci w biblio­tece. To się będzie powta­rzało raz za razem. - Znowu unosi rękę do jej twa­rzy i ści­ska jej kru­chą szczękę. - Raz za razem. Pocią­gnij za spust, ty mała zdziro. Pocią­gnij!

Różowa trzę­sie się ze stra­chu i odrzuca broń na zie­mię, pada na kolana i obej­muje jego stopy. On stoi nad nią, łaskawy i kocha­jący. Dotyka jej głowy.

- No już, już, Cal­liope. Dobrze się spra­wi­łaś. Dobrze. - Odwraca się do Ai. - Dla opi­nii publicz­nej miód zawsze jest lep­szy od octu. Ale wobec tych, któ­rzy wal­czą z klu­czami nastaw­nymi w ręku, posłu­gują się tru­ci­zną, sabo­ta­żem w kana­łach ście­ko­wych i ter­ro­rem na uli­cach i któ­rzy pod­sku­bują nas jak kara­lu­chy nocą, strach jest jedyną metodą. - Patrzy mi w oczy. - Strach i eks­ter­mi­na­cja.

3. Ukąszenie węża

3

Uką­sze­nie węża

Krew perli się w miej­scach, gdzie brzę­czący metal zaha­cza o skórę. Ciem­no­blond włosy spa­dają na beton, kiedy Szary koń­czy skal­po­wać mnie elek­tryczną golarką. Jego kom­pani nazy­wają go Danto. Kręci moją głową, żeby upew­nić się, że ściął wszystko, po czym kle­pie mnie mocno w cie­mię.

- Co powiesz na kąpiel, domi­nus? - pyta. - Podobno Grim­mus lubi, jak jej więź­nio­wie ład­nie pachną, zga­dza się?

Puka w kaga­niec, który zało­żyli mi na twarz, kiedy pró­bo­wa­łem jed­nego z nich ugryźć. Przy­pro­wa­dzili mnie tutaj po zało­że­niu mi elek­trycz­nej obroży i sku­ciu rąk za ple­cami: oddział dwu­na­stu twar­dych lur­che­rów wlókł mnie kory­ta­rzami jak worek śmieci.

Kolejny Szary szarp­nię­ciem za obrożę zwleka mnie z krze­sła, kiedy Danto idzie po wyso­ko­ci­śnie­niowy szlauch wiszący na ścia­nie. Są ode mnie o ponad głowę niżsi, ale to zwa­li­ści i twar­dzi faceci. Pro­wa­dzą cięż­kie życie: ści­gają Gra­san­tów w Pasie, tro­pią zabój­ców Syn­dy­katu w głę­bi­nach Luny, polują na Synów Aresa w kopal­niach...

Nie mogę znieść ich dotyku, w ogóle wszyst­kich wzro­ko­wych i słu­cho­wych bodź­ców, któ­rych są źró­dłem. Jest ich za wiele. Są zbyt szorst­kie. Za twarde. Wszystko, co robią ci ludzie, rani. Szar­pa­nie. Pokle­py­wa­nie mnie od nie­chce­nia. Sta­ram się jak mogę, żeby powstrzy­mać łzy, ale nie potra­fię tego wszyst­kiego w sobie upchać.

Sze­reg dwu­na­stu żoł­nie­rzy tło­czy się razem, patrząc, jak Danto mie­rzy we mnie z węża. Mają ze sobą trzech Obsy­dia­no­wych. To typowe dla oddzia­łów lur­che­rów. Woda ude­rza we mnie jak koń­ski kop­niak wymie­rzony w pierś. Roz­dziera skórę. Kozioł­kuję po beto­no­wej pod­ło­dze, śli­zgam się przez całe pomiesz­cze­nie, aż zostaję przy­szpi­lony w kącie. Walę czaszką w ścianę. Gwiazdy latają mi przed oczami. Poły­kam wodę. Dła­wię się, gar­bię, żeby chro­nić twarz, bo ręce na­dal mam skute z tyłu.

Kiedy już skoń­czą, na­dal łapię łap­czy­wie powie­trze i kaszlę przez kaga­niec, pró­bu­jąc ode­tchnąć. Roz­ku­wają mi ręce, wsu­wają moje koń­czyny do czar­nego jed­no­czę­ścio­wego kom­bi­ne­zonu wię­zien­nego, a potem znowu zakła­dają mi kaj­dany. Jest też kap­tur, który wkrótce nacią­gną mi na głowę, żeby ogra­bić mnie z tych resz­tek czło­wie­czeń­stwa, które mi jesz­cze zostały. Zostaję ciśnięty z powro­tem na krze­sło. Przy­twier­dzają łań­cuch do moco­wa­nia w sie, więc nie mogę się ruszyć. Wszystko to jest zbędne. Obser­wują każdy mój ruch. Strzegą mnie jak to, czym byłem, a nie czym jestem. Patrzę na nich spod zmru­żo­nych powiek, wzrok mi się mgli, nie sięga za daleko. Woda kapie mi z rzęs. Pró­buję pocią­gnąć nosem, ale jest zatkany zakrze­płą krwią od noz­drzy aż po jamę nosową. Zła­mali mi go, kiedy zakła­dali kaga­niec.

Znaj­du­jemy się w pokoju badań Komi­sji Kon­troli Jako­ści, która admi­ni­struje wię­zie­niem poni­żej twier­dzy Sza­kala. Budy­nek przy­po­mina beto­nowe pudło, jak każdy rzą­dowy gmach. Jado­wite świa­tło spra­wia, że każdy wygląda tu jak cho­dzący trup z porami wiel­ko­ści kra­te­rów po ude­rze­niach mete­ory­tów. Pomi­ja­jąc Sza­rych, Obsy­dia­no­wych i samot­nego Żół­tego leka­rza, znaj­duje się tu krze­sło, stół do badań i szlauch. Jed­nakże plamy wokół meta­lo­wych odpły­wów w pod­ło­dze i zadra­pa­nia od paznokci na meta­lo­wym krze­śle dowo­dzą praw­dzi­wego cha­rak­teru tego pomiesz­cze­nia. Tu się zaczyna koniec życia.

Cas­sius ni­gdy nie zszedłby do tej dziury. Nie­wielu Zło­tych potrze­bo­wa­łoby albo chcia­łoby tu zejść, chyba że nara­zili się komuś nie­wła­ści­wemu. To wnę­trze zegara, gdzie tryby wirują i mielą. Jak kto­kol­wiek mógłby być dzielny w rów­nie nie­ludz­kim miej­scu?

- Sza­leń­stwo, co? - pyta Danto tych, któ­rzy za nim stoją. Znowu zerka na mnie. - Przez całe życie nie widzia­łem cze­goś tak powa­lo­nego.

- Rzeź­biarz musiał mu dorzu­cić ze sto kilo - odzywa się inny.

- Wię­cej. Widzia­łeś go kie­dyś w zbroi? To był praw­dziwy potwór. - Danto pstryka w mój kaga­niec wyta­tu­owa­nym pal­cem. - Założę się, że takie powtórne naro­dziny są naprawdę bole­sne. To trzeba usza­no­wać. Ból to uni­wer­salny język. Prawda, Rdzawy?

Kiedy nie odpo­wia­dam, pochyla się i przy­dep­tuje moją nagą stopę pod­ku­tym stalą butem. Pęka mi pazno­kieć na dużym palcu. Ból i krew try­skają z odsło­nię­tej macie­rzy. Głowa leci mi na bok, kiedy łapię gwał­tow­nie powie­trze.

- Prawda? - dopy­tuje się Danto.

Łzy płyną mi z oczu - nie z bólu, ale z powodu non­sza­lan­cji, z jaką oka­zuje mi okru­cień­stwo. Czuję się przez to taki mały. Dla­czego tak nie­wiele trzeba, żeby skrzyw­dził mnie tak bar­dzo? Pra­wie tęsk­nię za swoją celą.

- To tylko pawian w zbroi - odzywa się ktoś inny. - Zostaw go. On nie ma o niczym poję­cia.

- Nie ma poję­cia? - powta­rza Danto. - Chrza­nisz. Lubił nosić pań­skie szatki. Roz­sta­wiać nas po kątach.

Kuca, żeby spoj­rzeć mi w oczy. Sta­ram się odwró­cić wzrok, prze­ra­żony, że znowu mnie skrzyw­dzi, ale on łapie mnie za głowę i roz­wiera mi powieki kciu­kami, żeby­śmy popa­trzyli na sie­bie.

- Dwie moje sio­stry zgi­nęły w tym twoim Desz­czu, Rdzawy. I mnó­stwo przy­ja­ciół, wiesz? - Ude­rza mnie w skroń czymś meta­lo­wym. Widzę plamy przed oczami. Znowu pły­nie ze mnie krew. Za jego ple­cami cen­tu­rion spraw­dza coś na ter­mi­nalu. - Tego samego życzył­byś sobie dla moich dzieci, co?

Danto szuka w moich oczach odpo­wie­dzi. Nie mam takiej, którą by przy­jął.

Podob­nie jak pozo­stali jest legio­ni­stą-wete­ra­nem, szorst­kim jak zardze­wiała krata w kanale ście­ko­wym. Dodat­kowe wypo­sa­że­nie tech­niczne obra­sta jego czarną zbroję tak­tyczną, na któ­rej pory­so­wa­nej powierzchni fio­le­towe smoki wiją się w sub­tel­nym fili­gra­nie. Posiada optyczne implanty w oczach, żeby widzieć w pod­czer­wieni i czy­tać woj­skowe mapy. Pod skórą ma jesz­cze wię­cej implan­tów, które poma­gają mu polo­wać na Zło­tych i Obsy­dia­no­wych. Tatuaż przed­sta­wia­jący XIII w łapach rucho­mego mor­skiego smoka plami szyje ich wszyst­kich, pod liczbą wid­nieją małe kupki popiołu. To człon­ko­wie Legio XIII Dra­co­nes - trzy­na­stego legionu dra­go­nów, ulu­bio­nego oddziału pre­to­riań­skiego Pana Popio­łów, a teraz także jego córki, Ai. Cywile nazy­wają ich po pro­stu smo­kami. Mustang nie­na­wi­dziła tych fana­ty­ków. To prak­tycz­nie cała nie­za­leżna armia licząca trzy­dzie­ści tysięcy ludzi wybra­nych przez Aję, żeby byli dło­nią Suwe­renki z dala od Luny.

Nie­na­wi­dzą mnie.

Nie­na­wi­dzą pod­Ko­lo­rów i są prze­siąk­nięci do szpiku kości rasi­zmem głęb­szym od wszyst­kiego, co żywią nawet Złoci.

- Wal w uszy, jeśli chcesz, by wrza­snął - suge­ruje jakaś Szara.

Stoi przy drzwiach i poru­sza szczę­kami jak u dziadka do orze­chów, żując gumę. Szare jak popiół włosy nosi obcięte na krót­kiego iro­keza. Mówi prze­cią­gle z akcen­tem z jakie­goś zakątka Ziemi. Opiera się o metal obok zie­wa­ją­cego Sza­rego o deli­kat­nym nosie, bar­dziej pasu­ją­cym Różo­wemu niż żoł­nie­rzowi.

- Uderz w nie dło­nią stu­loną, jak­byś chciał nabrać wody, to ciśnie­nie roz­wali mu bębe­nek.

- Dzięki, Holi.

- Po to tu jestem.

Dante składa dło­nie.

- W ten spo­sób?

Ude­rza mnie w głowę.

- Tro­chę bar­dziej zakrzyw.

Cen­tu­rion pstryka pal­cami.

- Danto! Grim­mus chce go mieć w jed­nym kawałku. Odsuń się i daj popa­trzeć dok­tor­kowi.

Wzdy­cham z ulgą.

Otyły Żółty lekarz pod­cho­dzi nie­śpiesz­nie, żeby przyj­rzeć mi się śle­piami jak ochrowe paciorki. W sła­bym świe­tle jego łysina błysz­czy jak blade, nawo­sko­wane jabłko. Prze­suwa bio­sko­pem nad moją pier­sią, obser­wuje funk­cje życiowe, korzy­sta­jąc z małych cyfro­wych wsz­cze­pów w oczach.

- No więc, dok­torku? - pyta cen­tu­rion.

- Nad­zwy­czajny - szep­cze Żółty po chwili. - Gęstość kości i funk­cje orga­nów są wła­ści­wie w nor­mie mimo nisko­ka­lo­rycz­nej diety. Mię­śnie ule­gły atro­fii, jak to obser­wo­wa­li­śmy w warun­kach labo­ra­to­ryj­nych, ale nie tak bar­dzo jak w przy­padku natu­ral­nej tkanki Aureu­sów.

- Chcesz powie­dzieć, że jest lep­szy od Zło­tego? - upew­nia się cen­tu­rion.

- Nie powie­dzia­łem niczego takiego - war­czy lekarz.

- Spo­koj­nie, tu nie ma kamer, dok­torku. To pokój badań. Jak brzmi wer­dykt?

- To coś może podró­żo­wać.

- To coś? - udaje mi się wark­nąć gar­dłowo zza kagańca.

Lekarz wzdraga się, zasko­czony tym, że mogę mówić.

- A dłu­go­trwałe uśpie­nie? Z tej orbity na Lunę będziemy lecieć trzy tygo­dnie.

- Nie powinno być pro­blemu. - Lekarz zerka na mnie prze­stra­szony. - Ale zwięk­szył­bym dawkę o dzie­sięć mili­gra­mów dzien­nie, kapi­ta­nie, na wszelki wypa­dek. To coś ma nad­zwy­czaj silny układ krą­że­nia.

- Jasne. - Kapi­tan kiwa głową na Szarą. - Do roboty, Holi. Poślij go do łóżeczka. A potem łapiemy za wózek i wyjeż­dżamy. Nudziarz z cie­bie, dok­torku. Wra­caj do swo­jego bez­piecz­nego światka espresso i jedwabi. My się zaj­miemy...

Pstryk.

Czoło cen­tu­riona odpada. Coś meta­lo­wego ude­rza w ścianę. Gapię się na cen­tu­riona, mój umysł nie ogar­nia, dla­czego jego twarz znik­nęła.

Pstryk. Pstryk. Pstryk. Pstryk.

Jakby ktoś gło­śno wyła­my­wał stawy dłoni. Czer­wona mgiełka bucha w powie­trze z głów naj­bliż­szych dra­go­nów. Ochla­puje mi twarz. Pochy­lam głowę. Kobieta o potęż­nych szczę­kach idzie jakby ni­gdy nic wśród swo­ich towa­rzy­szy i strzela im pro­sto w poty­lice. Pozo­stali się­gają po broń, gme­rają przy niej, nie zdążą nawet zakląć, kiedy drugi Szary zała­twia ich ze swo­jego miej­sca przy drzwiach. Strzela do każ­dego po dwa razy ze sta­ro­świec­kiej broni pro­cho­wej. Ma tłu­mik na lufie, więc wszystko roz­grywa się spo­koj­nie i cicho. Obsy­dia­nowi pierwsi padają na zie­mię i zale­wają ją czer­wie­nią.

- Teren czy­sty - oznaj­mia kobieta.

- Nie licząc tej dwójki - odpo­wiada męż­czy­zna.

Zabija Żół­tego leka­rza, który czołga się do drzwi, pró­bu­jąc uciec, a potem opiera but na piersi Danto. Szary wpa­truje się w niego, krwa­wiąc spod szczęki.

- Trigg...

- Ares prze­syła pozdro­wie­nia, skur­wy­synu. - Męż­czy­zna strzela tuż pod kra­wędź tak­tycz­nego hełmu Danto, pro­sto mię­dzy oczy. Obraca pisto­let w ręku, zdmu­chuje dym z lufy i chowa go w kabu­rze. - Teraz teren jest czy­sty.

Poru­szam ustami za kagań­cem, nie­zdolny do choćby jed­nej spój­nej myśli.

- Kim... jeste­ście?

Szara kobieta odsuwa sobie ciało z drogi.

- Nazy­wam się Holi­day ti Naka­mura, a to mój młod­szy brat Trigg. - Unosi prze­ciętą bli­zną brew. - Pyta­nie brzmi, kim ty jesteś?

- Kim jestem? - mam­ro­czę.

- Przy­szli­śmy po Żni­wia­rza, ale jeśli to ty, to chyba powin­ni­śmy popro­sić o zwrot kasy. - Nagle pusz­cza do mnie oczko. - Żar­tuję!

- Holi­day, odpuść sobie. - Trigg odsuwa ją opie­kuń­czym gestem. - Nie widzisz, że jest w szoku? - Pod­cho­dzi ostroż­nie z wycią­gnię­tymi rękami i prze­ma­wia kojąco: - Wszystko jest w naj­lep­szym porządku, pro­szę pana. Jeste­śmy tu, żeby pana ura­to­wać.

Mówi z moc­niej­szym akcen­tem, nie tak ład­nie jak Holi­day. Wzdra­gam się, kiedy robi następny krok. Szu­kam w jego rękach broni. On zaraz mnie skrzyw­dzi.

- Za chwilę pana roz­kuję. Tylko tyle. Chce pan tego, prawda?

To kłam­stwo. Pod­stęp Sza­kala. Męż­czy­zna ma tatuaż trzy­nastki. To pre­to­ria­nie, nie Syno­wie Aresa. Kłamcy. Zabójcy.

- Nie roz­kuję pana, jeśli pan tego nie chce.

Nie, nie, prze­cież zabił straż­ni­ków. Naprawdę jest tu po to, żeby mi pomóc. Musi tu być po to, żeby mi pomóc. Kiwam ostroż­nie głową. On staje za mną. Nie ufam mu. Na wpół spo­dzie­wam się igły. Oszu­stwa. Czuję jed­nak tylko ulgę, gdy dostaję nagrodę za pod­jęte ryzyko. Kaj­danki zostają roz­pięte. Aż strze­lają mi barki, gdy z jękiem wycią­gam ręce przed sobą po raz pierw­szy od dzie­wię­ciu mie­sięcy. Trzęsą się z bólu. Paznok­cie uro­sły mi dłu­gie i paskudne. Jed­nak te dło­nie znowu są moje. Pod­ry­wam się na równe nogi, żeby uciec, i padam na zie­mię.

- Ejże... ejże... - mówi Holi­day, dźwi­ga­jąc mnie z powro­tem na krze­sło. - Spo­koj­nie, boha­te­rze. Masz potworną atro­fię mię­śni. Potrze­bu­jesz wymiany oleju.

Trigg wycho­dzi zza moich ple­ców i staje przede mną, uśmie­cha­jąc się krzywo. Ma szczerą, chło­pięcą twarz, w żad­nym razie nie budzi takiej zgrozy jak twarz jego sio­stry, mimo dwóch zło­tych łez wyta­tu­owa­nych pod pra­wym okiem. Przy­po­mina wier­nego ogara. Deli­kat­nie zdej­muje mi kaga­niec z twa­rzy, a potem nagle coś sobie przy­po­mina.

- Mam coś dla pana.

- Nie teraz, Trigg. - Holi­day zerka na drzwi. - Nie mamy czasu.

- On tego potrze­buje - mru­czy pod nosem Trigg, ale czeka, aż Holi­day ski­nie głową, zanim wyj­mie skó­rzane zawi­niątko z twar­dego pła­skiego ple­caka. Podaje mi je. - To należy do pana. Pro­szę to wziąć. - Wyczuwa mój lęk. - Ej, prze­cież nie kła­ma­łem, kiedy pana roz­ku­łem, prawda?

- Nie...

Wycią­gam ręce, a Trigg umiesz­cza w nich paku­nek. Drżą­cymi pal­cami pocią­gam troczki, któ­rym go obwią­zano, i wyczu­wam moc, zanim jesz­cze zoba­czę śmier­cio­no­śny blask. Pra­wie wypusz­czam zawi­niątko, rów­nie prze­ra­żony jak moje oczy, gdy ujrzały świa­tło.

To moja brzy­twa. Ta, którą poda­ro­wała mi Mustang. Już dwa razy ją stra­ci­łem. Pierw­szy raz przez Kar­nusa, a drugi pod­czas mojego Triumfu - na rzecz Sza­kala. Jest biała i gładka jak pierw­szy ząbek dziecka. Prze­su­wam dłońmi po chłod­nym metalu i spla­mio­nej solą cie­lę­cej skórce na ręko­je­ści. Ten dotyk budzi melan­cho­lijne wspo­mnie­nia dawno utra­co­nej siły i dawno zapo­mnia­nego cie­pła. Wraca zapach orze­chów lasko­wych i prze­nosi mnie do sal tre­nin­go­wych Lorna, który mnie uczył, pod­czas gdy w kuchni po sąsiedzku jego ulu­biona wnuczka uczyła się piec cia­sta.

Brzy­twa prze­cina powie­trze, piękna i zdra­dziecka w swo­jej obiet­nicy mocy. To ostrze mówiło mi, że jestem bogiem, tak jak mówiło to poko­le­niom męż­czyzn przede mną, ale teraz już roz­po­znaję to kłam­stwo. Znam potworną cenę, jaką moi poprzed­nicy musieli pła­cić za swoją dumę.

Boję się znowu wziąć ją do ręki.

Roz­lega się zgrzyt jak wrzask godowy żmii jaski­nio­wej, kiedy brzy­twa przy­biera kształt sier­paka. Była zupeł­nie gładka, kiedy ostatni raz ją widzia­łem, ale teraz mieni się obra­zami wytra­wio­nymi na bia­łym metalu. Prze­krzy­wiam ostrze, żeby lepiej widzieć kształt widoczny tuż nad ręko­je­ścią. Gapię się na niego tępo. Patrzy na mnie Eo. To jej wize­ru­nek utrwa­lono w metalu. Arty­sta nie przed­sta­wił jej na szu­bie­nicy, w ostat­niej chwili, która na zawsze zde­fi­nio­wała ją dla wszyst­kich, ale uchwy­cił ją w spo­sób nie­zwy­kle oso­bi­sty: jako dziew­czynę, którą kocha­łem. Kuca z potar­ga­nymi wło­sami do ramion i zrywa kwiat heman­tusa, pod­no­sząc wzrok, jakby zaraz miała się uśmiech­nąć. Wyżej, nad nią, mój ojciec całuje matkę w progu domu. A przy końcu ostrza Leanna, Loran i ja gonimy Kie­rana w tunelu; wszy­scy nosimy maski z oka­zji Okto­ber­nacht. To moje dzie­ciń­stwo.

Kto­kol­wiek stwo­rzył te wize­runki, dobrze mnie zna.

- Złoci upa­mięt­niają swoje wyczyny na mie­czach. Wiel­kie czyny, akty prze­mocy, któ­rych się dopu­ścili. Ares uznał jed­nak, że ty wolał­byś widzieć ludzi, któ­rych kochasz - odzywa się cicho Holi­day zza ple­ców Trigga. Znowu ogląda się na drzwi.

- Ares nie żyje. - Przy­glą­dam się ich twa­rzom. Dostrze­gam fałsz. Widzę per­fi­dię w ich oczach. - Sza­kal was przy­słał. To pod­stęp. Pułapka. Żebym dopro­wa­dził was do bazy Synów Aresa. - Zaci­skam rękę na ręko­je­ści brzy­twy. - Żeby się mną posłu­żyć. Kła­mie­cie.

Holi­day odsuwa się ode mnie, oba­wia­jąc się ostrza, które trzy­mam w dłoni. Za to Trigga moje oskar­że­nia roz­dzie­rają na strzępy.

- Okła­mu­jemy? Pana? Umar­li­by­śmy za pana. Umar­li­by­śmy za Per­se­fonę... za Eo. - Pró­buje zna­leźć słowa, a ja wyczu­wam, że zwy­kle pozwala mówić sio­strze w swoim imie­niu. - Za tymi murami czeka na pana armia. Rozu­mie pan? Armia, która czeka na... powrót swo­jej duszy. - Pochyla się w bła­gal­nym geście. Holi­day spo­gląda na drzwi. - Jeste­śmy z Pacy­fiki Połu­dnio­wej, ziem­skiego zadu­pia. Myśla­łem, że do śmierci będę pil­no­wał silo­sów z ziar­nem. Ale jestem tutaj. Na Mar­sie. I naszym jedy­nym zada­niem jest spro­wa­dzić pana do domu...

- Spo­ty­ka­łem lep­szych kłam­ców od cie­bie - szy­dzę.

- Pie­przyć to. - Holi­day sięga po ter­mi­nal.

Trigg chce ją powstrzy­mać.

- Ares powie­dział, że możemy z tego sko­rzy­stać tylko w sytu­acji awa­ryj­nej. Jeśli zha­kują sygnał...

- Spójrz na niego. To jest sytu­acja awa­ryjna.

Holi­day zdej­muje ter­mi­nal i rzuca go mnie. Urzą­dze­nie łączy się z innym. Ekran mruga na nie­bie­sko, cze­ka­jąc na reak­cję po dru­giej stro­nie. Obra­cam ter­mi­nal w ręku, gdy wtem w powie­trzu poja­wia się holo­gram kol­cza­stego hełmu, mały jak moja zaci­śnięta pięść. Czer­wone oczy jarzą się zło­wrogo za przy­łbicą.

- Fitch­ner?

- Zga­duj dalej, dupku - odpo­wiada znie­kształ­cony głos.

To nie­moż­liwe.

- Sevro? - pra­wie skamlę.

- Rety, młody, wyglą­dasz, jak­byś wypełzł z roz­chwie­ru­ta­nej kuciapy szkie­letu.

- Ty żyjesz...

Holo­gra­ficzny hełm zsuwa się, uka­zu­jąc wąską twarz mojego przy­ja­ciela. Sevro uśmie­cha się, szcze­rząc zęby jak u piły. Obraz migo­cze.

- Nie ma Piksa na tym świe­cie, który zdo­łałby mnie zabić. - Rechoce. - A teraz czas wra­cać do domu, Żni­wia­rzu. Nie mogę jed­nak przyjść po cie­bie. Ty musisz przyjść do mnie. Cza­isz?

- Ale jak? - Ocie­ram łzy z oczu.

- Zaufaj moim Synom. Dasz radę?

Patrzę na rodzeń­stwo i kiwam głową.

- Sza­kal... ma moją rodzinę.

- Ten kani­ba­li­styczny kutas gówno ma, a nie twoją rodzinę. Ja mam twoją rodzinę. Zwi­ną­łem ich z Lykos, kiedy cię zła­pano. Twoja matka czeka, żeby cię zoba­czyć.

Znowu zaczy­nam pła­kać. Ulga jest zbyt wielka, żeby ją znieść.

- Ale musisz wziąć się w garść, młody. I ruszyć tyłek. - Sevro zerka na kogoś z ukosa. - Daj mi Holi­day. - Podaję ter­mi­nal dziew­czy­nie. - Załatw to tak czy­sto, jak się da. A jak się nie da, możesz zagrać ostrzej. Jasne?

- Jasne.

- Zerwij okowy.

- Zerwij okowy - odpo­wia­dają Sza­rzy i obraz znika.

- Nie patrz na nasz Kolor - mówi do mnie Holi­day.

Sięga wyta­tu­owaną ręką w dół. Gapię się na Pie­czę­cie Sza­rych wpra­wione w jej ciało, a potem pod­no­szę wzrok na jej pie­go­watą, szczerą twarz. Jedno oko ma bio­niczne, nie mruga tak jak dru­gie. Słowa Eo brzmią ina­czej w jej ustach. Mimo to myślę, że wła­śnie wtedy wraca do mnie moja dusza. Nie umysł. Na­dal czuję w nim pęk­nię­cia. Peł­za­jącą, wąt­piącą ciem­ność. Wraca jed­nak nadzieja. Despe­racko chwy­tam drob­niej­szą dłoń Holi­day.

- Zerwij okowy - powta­rzam chra­pli­wie. - Będzie­cie musieli mnie nieść. - Patrzę na swoje nic nie­warte nogi. - Nie dam rady wstać.

- Po to przy­nie­śli­śmy ten kok­tajl. - Holi­day wyciąga strzy­kawkę.

- Co to? - pytam.

Trigg się śmieje.

- Pora na wymianę oleju. Serio mówię, przy­ja­cielu, naprawdę nie chcesz wie­dzieć. - Szcze­rzy zęby w uśmie­chu. - To gówno oży­wi­łoby trupa.

- Dawaj - mówię, pod­su­wa­jąc nad­gar­stek.

- Zaboli - uprze­dza Trigg.

- To duży chło­pak. - Holi­day pod­cho­dzi do nas.

Trigg podaje mi ręka­wiczkę.

- Pro­szę zagryźć.

Tro­chę mniej pewny sie­bie zagry­zam spla­mioną solą skórę i kiwam głową do Holi­day. Omija moją rękę i wbija mi igłę pro­sto w serce. Metal prze­bija ciało. Dostaję strzał.

- Jasna cho­lera! - pró­buję krzyk­nąć, ale wydaję z sie­bie tylko bul­got.

Ogień buzuje mi w żyłach, serce zamie­nia się w tłok, a ja patrzę w dół, na wpół spo­dzie­wa­jąc się, że zoba­czę, jak wybiega z galo­pem z mojej par­szy­wej piersi. Czuję każdy mię­sień. Wszyst­kie komórki mojego ciała wybu­chają, pul­sują kine­tyczną ener­gią. Szar­pie mną odruch wymiotny. Padam, dra­piąc pierś. Dyszę. Pluję żół­cią. Walę pię­ściami w pod­łogę. Sza­rzy odsu­wają się od mojego wiją­cego się ciała. Wyrzu­cam z sie­bie stru­mień prze­kleństw, na dźwięk któ­rych Sevro by się zaczer­wie­nił. A potem z drże­niem patrzę na nich.

- Co... to... było?!

Holi­day stara się nie śmiać.

- Mama nazywa to uką­sze­niem węża. Dzia­ła­nie utrzyma się ze trzy­dzie­ści minut przy twoim meta­bo­li­zmie.

- To robota waszej mamy?

Trigg wzru­sza ramio­nami.

- Jeste­śmy z Ziemi.

4. Cela 2187

4

Cela 2187

Pro­wa­dzą mnie kory­ta­rzami jak więź­nia. Z kap­tu­rem na gło­wie. Z rękami za ple­cami w otwar­tych kaj­dan­kach. Brat idzie po mojej lewej, sio­stra po pra­wej, oboje mnie przy­trzy­mują. Uką­sze­nie węża trzyma mnie na nogach, ale z cho­dze­niem jest kiep­sko. Moje ciało naszpry­co­wane che­mią na­dal zdaje się wiot­kie jak mokra szmata. Led­wie czuję roz­wa­lony palec u stopy i sła­bość mię­śni. Moje cie­niut­kie wię­zienne buty szu­rają o pod­łogę. W gło­wie mi się kręci, ale mój mózg pra­cuje teraz na zwięk­szo­nych obro­tach. To sku­piona mania. Gryzę się w język, by nie szep­tać, powta­rzam sobie, że nie sie­dzę już w ciem­no­ści. Wlokę się beto­no­wym kory­ta­rzem. Idę w stronę wol­no­ści. Do mojej rodziny, do Sevro.

Nikt tu nie będzie zatrzy­my­wał dwójki dra­go­nów z Trzy­nastki, zwłasz­cza kiedy mamy prze­pustki i prze­bywa tu Aja we wła­snej oso­bie. Wąt­pię, żeby wiele osób z armii Sza­kala choćby wie­działo, że żyję. Zoba­czą mój wzrost, blade ciało i uznają, że jestem pecho­wym Obsy­dia­no­wym więź­niem. Mimo to czuję ich spoj­rze­nia. Ogar­nia mnie para­noja. Oni wie­dzą. Wie­dzą, że zosta­wi­łeś za sobą zwłoki. Ile czasu minie, zanim otwo­rzą tamte drzwi? Mój mózg bły­ska­wicz­nie roz­waża wszel­kie moż­liwe zakoń­cze­nia. Jak bar­dzo sytu­acja może się schrza­nić. To ten nar­ko­tyk. To po pro­stu przez ten nar­ko­tyk.

- Nie powin­ni­śmy jechać w górę? - pytam, kiedy zjeż­dżamy gra­Windą w głąb wię­zie­nia pod gór­ską cyta­delą. - Czy na dole jest drugi han­gar?

- Dobrze pan kom­bi­nuje - mówi Trigg. Jest wyraź­nie pod wra­że­niem. - Czeka na nas sta­tek.

Holi­day strzela balo­nem z gumy do żucia.

- Trigg, masz coś brą­zo­wego na nosie. O... wła­śnie tu.

- Stul dziób. To nie ja się rumie­ni­łem, kiedy był nagi.

- Jesteś pewien, smar­ka­czu? Teraz cisza.

Gra­Winda zwal­nia i rodzeń­stwo sztyw­nieje ner­wowo. Sły­szę, jak odbez­pie­czają broń. Drzwi się otwie­rają i ktoś do nas dołą­cza.

- Domi­nus - wita gładko Holi­day nowe towa­rzy­stwo, odpy­cha­jąc mnie na bok.

Kroki wcho­dzą­cego są dosta­tecz­nie cięż­kie, żeby to był Złoty albo Obsy­dia­nowy, ale Sza­rzy ni­gdy nie zwra­cają się "domi­nus" do Obsy­dia­nowych, a Obsy­dia­nowy nie pach­niałby goź­dzi­kami i cyna­mo­nem.

- Sier­żan­cie.

Głos prze­szywa mnie na wskroś. To męż­czy­zna, który nosił naszyj­nik z uszu. Vixus. Nale­żał do sta­rej bandy Titusa. Brał udział w masa­krze pod­czas mojego Triumfu. Kulę się w swo­jej czę­ści gra­Windy, która znowu rusza w dół. Sły­szę sze­lest jego koł­nie­rzyka od mun­duru.

- Trzy­na­sty legion? - pyta po chwili Vixus. Musiał zauwa­żyć ich tatu­aże na szyi. - Jeste­ście od Ai czy jej ojca?

- Od Furii, pod­czas tej misji, domi­nus - odpo­wiada chłodno Holi­day. - Ale słu­ży­li­śmy pod Panem Popio­łów.

- Więc bra­li­ście udział w bitwie pod Dej­mo­sem w zeszłym roku?

- Tak, domi­nus. Byli­śmy z Grim­mus w awan­gar­dzie, na pokła­dzie pijawki wysła­nej, żeby zabić Tele­ma­nu­sów, zanim Fabii roz­gro­mił ich i roz­pro­szył okręty Arcosa. Mój brat strze­lił sta­remu Kava­xowi w bark. Pra­wie go zała­twił, zanim Augu­stus i żona Kavaxa nie zaata­ko­wali naszej dru­żyny.

- Pro­szę, pro­szę... - wyraża apro­batę Vixus. - To byłoby pierw­szo­rzędne tro­feum. Mógł­byś doło­żyć jesz­cze jedną łezkę na swo­jej twa­rzy, legio­ni­sto. Ja polo­wa­łem na Obsy­dia­no­wego psa z Sió­demką. Pan Popio­łów wyzna­czył wcale nie­złą nagrodę za zwró­ce­nie mu nie­wol­nika. - Wciąga coś nosem. To mi brzmi jak te stymy w kap­suł­kach, które tak lubił Tac­tus. - A to kto?

Ma na myśli mnie.

Sły­szę bicie serca w uszach.

- Pre­zent od pre­torki Grim­mus w zamian... za prze­syłkę, którą zabiera do domu - odpo­wiada Holi­day. - Wie pan, co mam na myśli.

- Prze­syłkę. Raczej pół prze­syłki. - Śmieje się z wła­snego dow­cipu. - Ktoś, kogo znam? - Dotyka brzegu mojego kap­tura. Cofam się ze stra­chem. - Wyjec roz­grzałby serce. Kamyk? Chwast? Nie, za wysoki.

- Obsy­dia­nowy - odpo­wiada szybko Trigg. - Chciał­bym, żeby to był Wyjec.

- Fuj. - Vixus cofa gwał­tow­nie rękę, jakby się ska­ził. - A nie, cze­kaj­cie. - Vixus ma pomysł. - Umie­ścimy go w celi razem z tą suką Julii. Niech wal­czą o kola­cję. Co wy na to, Trzy­nastki? Macie ochotę się zaba­wić?

- Trigg, załatw kamerę - rzu­cam ostro spod kap­tura.

- Co? - Vixus odwraca się do mnie.

Pstryk.

Włą­cza się pole zakłó­ca­jące.

Poru­szam się nie­zręcz­nie, ale szybko. Wyry­wam nad­garstki z kaj­da­nek, jedną ręką wycią­gam ukrytą brzy­twę, drugą zry­wam kap­tur. Dźgam Vixusa w ramię. Przy­szpi­lam go do ściany i ude­rzam z byka w twarz. Jed­nak nawet na che­mii nie jestem taki jak daw­niej. Obraz przed oczami mi pływa. Poty­kam się. Nie to co Vixus. Zanim zdążę zare­ago­wać czy choćby zogni­sko­wać wzrok, wyciąga wła­sną brzy­twę.

Holi­day zasła­nia mnie wła­snym cia­łem, odpy­cha­jąc w bok. Padam na zie­mię. Trigg jest jesz­cze szyb­szy i ładuje lufę pisto­letu pro­sto w otwarte usta Vixusa. Złoty zamiera, patrząc wzdłuż lufy, prze­su­wa­jąc języ­kiem po zim­nym metalu. Brzy­twa zatrzy­muje się parę cen­ty­me­trów od głowy Holi­day.

- Ćśś - szep­cze Trigg. - Rzuć brzy­twę.

Vixus robi, co mu każą.

- Coś ty sobie myślał? - pyta mnie gniew­nie Holi­day.

Dyszy ciężko i pomaga mi wstać. Na­dal kręci mi się w gło­wie. Prze­pra­szam. To było głu­pie z mojej strony. Staję pew­niej i patrzę na Vixusa, który wpa­truje się we mnie ze zgrozą. Nogi mi się trzęsą i muszę trzy­mać się porę­czy w gra­Win­dzie. Serce koła­cze mi z wysiłku po nar­ko­ty­kach. Głupi byłem, że pró­bo­wa­łem wal­czyć. Głupi, że sko­rzy­sta­łem z zakłó­ca­cza. Zie­loni sko­ja­rzą fakty. Przy­ślą Sza­rych, żeby spraw­dzili pokój badań. Znajdą ciała.

Pró­buję poskła­dać w całość roz­peł­za­jące się myśli.

Skup się.

- Vic­tra żyje? - udaje mi się zapy­tać.

Trigg cofa lufę, tylko odro­binę, tuż za zęby, żeby Vixus mógł odpo­wie­dzieć. Ale ten nie odpo­wiada. Na razie.

- Wiesz, co on mi zro­bił? - pytam. Po chwili oporu Vixus kiwa głową. - I mimo to... - Śmieję się. Mój śmiech jest jak szcze­lina w lodzie, roz­sze­rza się, roz­prze­strze­nia, sięga coraz dalej, roz­trza­skuje lód na tysiąc moż­li­wych spo­so­bów, aż zagry­zam język, żeby go powstrzy­mać. - Mimo to na­dal masz odwagę kazać mi powta­rzać pyta­nie?

- Żyje.

- Żni­wia­rzu... Przyjdą po nas. Zorien­tują się, że ktoś włą­czył zakłó­cacz - odzywa się Holi­day, patrząc na małą kamerkę w sufi­cie gra­Windy. - Nie możemy zmie­niać planu.

- Gdzie ona jest? - Obra­cam brzy­twę w ranie. - Gdzie ona jest?

Vixus syczy z bólu.

- Poziom dwu­dzie­sty trzeci, cela 2187. Roz­są­dek każe mnie nie zabi­jać. Możesz wsa­dzić mnie do celi. Uciec. Powiem ci, któ­rędy powi­nie­neś ucie­kać, Dar­row. - Mię­śnie i żyły pod skórą jego szyi wiją się i wynu­rzają jak węże pod pia­skiem. Nie ma na ciele grama tłusz­czu. - Dwóch zdra­dziec­kich pre­to­ria­nów daleko cię nie zapro­wa­dzi. Na tej górze sie­dzi cała armia. W mie­ście i na orbi­cie są legiony. Trzy­dzie­stu Nie­zrów­na­nych Nazna­czo­nych. Kościa­rze w połu­dnio­wej Attyce. - Kiwa głową na małą czaszkę sza­kala na kla­pie mun­duru. - Pamię­tasz ich?

- Nie potrze­bu­jemy go - war­czy Trigg, prze­su­wa­jąc pal­cem po spu­ście broni.

- Czyżby? - Vixus się śmieje, widząc moją sła­bość, wraca mu pew­ność sie­bie. - A co ty zro­bisz na widok Olim­pij­skiego Ryce­rza, bla­szaku? Cze­kaj. Jest ich tu dwoje, prawda?

Holi­day tylko pry­cha.

- To samo, co ty byś zro­bił na ich widok, zło­ciutki. Zwie­jemy.

- Poziom dwu­dzie­sty trzeci - mówię Trig­gowi.

Trigg wpro­wa­dza poziom na pul­pi­cie ste­row­ni­czym windy, zmie­nia­jąc naszą trasę ucieczki. Wywo­łuje mapę na ter­mi­nalu i ana­li­zuje ją pobież­nie razem z Holi­day.

- Cela 2187 jest... tu. Potrzebny będzie kod. I będą tam kamery.

- Za bar­dzo odda­lamy się od drogi ucieczki. - Holi­day zaci­ska usta. - Jeśli pój­dziemy tędy, będziemy zała­twieni.

- Vic­tra to moja przy­ja­ciółka - mówię. I myśla­łem, że nie żyje, ale jakimś cudem prze­trwała, mimo że sio­stra ją postrze­liła. - Nie zosta­wię jej.

- Nie mamy wyboru - odpo­wiada Holi­day.

- Zawsze jest wybór. - Te słowa brzmią słabo nawet w moich wła­snych uszach.

- Spójrz na sie­bie, czło­wieku. Została z cie­bie sko­rupa!

- Odpuść mu, Holi - odzywa się Trigg.

- Ta Złota suka nie jest jedną z nas! Nie umrę za nią.

Tyle że Vic­tra odda­łaby życie za mnie. W ciem­no­ści myśla­łem o niej. O dzie­cin­nej rado­ści w jej oczach, kiedy w gabi­ne­cie Sza­kala dałem jej bute­leczkę petri­choru.

"Nie wie­dzia­łam, Dar­row, nie wie­dzia­łam" - to były ostat­nie słowa, które powie­działa mi po tym, jak Roque nas zdra­dził. Wokół sza­lała śmierć, Vic­tra miała poci­ski w ple­cach, a chciała tylko, żebym pod koniec nie myślał o niej źle.

- Nie porzucę przy­ja­ciółki - powta­rzam z upo­rem.

- Pójdę za tobą - odpo­wiada prze­cią­gle Trigg. - Zro­bię, cokol­wiek każesz, Żni­wia­rzu. Jestem twoim czło­wie­kiem.

- Trigg - szep­cze Holi­day. - Ares powie­dział...

- Ares nie zmie­nił biegu histo­rii. - Trigg kiwa głową na mnie. - A on może to zro­bić. Idziemy tam, gdzie on.

- A jeśli prze­ga­pimy naszą szansę?

- To stwo­rzymy sobie nową.

Holi­day ma szkli­ste oczy. Poru­sza potężną szczęką. Znam ten wyraz twa­rzy. Ona nie widzi w swoim bra­cie tego, co ja. Dla niej nie jest lur­che­rem, zabójcą. Dla niej to chło­piec, z któ­rym dora­stała.

- W porządku. Wcho­dzę w to - zga­dza się nie­chęt­nie.

- A co z Nie­zrów­na­nym? - pyta Trigg.

- Wpro­wa­dzi kod, o ile dożyje - odpo­wia­dam. - Zastrzel go, jeśli zacznie fikać.

* * *

Wysia­damy z windy na pozio­mie 23. Znowu mam kap­tur na gło­wie. Holi­day mnie pro­wa­dzi, a Vixus idzie przo­dem, jakby eskor­to­wał nas do celi. Trigg podąża tuż za nim z bro­nią w pogo­to­wiu. W kory­ta­rzach jest cicho. Nasze kroki niosą się echem. Nie widzę niczego przez kap­tur.

- To tu - mówi Vixus, gdy docie­ramy do drzwi.

- Wpro­wadź kod, dupku - roz­ka­zuje Holi­day.

Vixus wypeł­nia pole­ce­nie i drzwi otwie­rają się z sykiem. Ota­cza nas hałas, strasz­liwy biały szum z ukry­tych gło­śni­ków. W celi jest prze­raź­li­wie zimno, wszystko jest kom­plet­nie białe. Sufit jarzy się tak sil­nym świa­tłem, że nie mogę nawet na niego spoj­rzeć. Wynisz­czona loka­torka celi leży w kącie, sku­lona w pozy­cji pło­do­wej, tyłem do mnie. Plecy ma pokryte sta­rymi opa­rze­niami i pozna­czone prę­gami od bicia. Szopa tak jasnych, że pra­wie bia­łych wło­sów opada jej na oczy - jedyna rzecz, która osła­nia ją przed ośle­pia­ją­cym świa­tłem. Nie zorien­to­wał­bym się, kim jest, gdyby nie dwie bli­zny od kul u szczytu krę­go­słupa, mię­dzy łopat­kami.

- Vic­tra! - prze­krzy­kuję hałas. Nie sły­szy mnie. - Vic­tra! - krzy­czę znowu, kiedy hałas milk­nie, zastą­piony odgło­sem bicia serca.

Tor­tu­rują ją dźwię­kiem i świa­tłem. Wra­że­niami. Dokład­nie odwrotna tak­tyka niż w moim przy­padku. Teraz mnie sły­szy, odwraca głowę w moją stronę. Jej złote oczy patrzą dziko spod skoł­tu­nio­nych wło­sów. Nie wiem, czy mnie poznaje. Śmia­łość, z jaką nosiła swoją nagość, prze­pa­dła bez śladu. Zasła­nia się. Wydaje się bez­bronna. Prze­ra­żona.

- Pod­nieś ją - mówi Holi­day, popy­cha­jąc Vixusa, który pada na brzuch. - Musimy iść.

- Jest spa­ra­li­żo­wana... - odzywa się Trigg. - Prawda?

- Szlag. W takim razie będziemy ją nieść.

Trigg pod­cho­dzi szybko do Vic­try. Wycią­gam rękę, opie­ram ją na jego piersi, żeby go zatrzy­mać. Nawet w takim sta­nie mogłaby ode­rwać mu ręce. Pomny zgrozy, którą czu­łem, kiedy wycią­gnięto mnie z dziury, pod­cho­dzę powoli do Vic­try. Mój wła­sny strach wyco­fuje się w głąb mojego umy­słu, zastą­piony gnie­wem na widok tego, co zro­biła jej wła­sna sio­stra. Mam świa­do­mość, że to moja wina.

- Vic­tra, to ja, Dar­row. - Nie zdra­dza się niczym, że mnie usły­szała. Przy­ku­cam obok niej. - Wycią­gniemy cię stąd. Czy możemy cię pod­nieść...

Rzuca się na mnie, odpy­cha­jąc się rękami.

- Zdej­mij twarz! - wrzesz­czy. - Zdej­mij twarz!

Miota się kon­wul­syj­nie, kiedy Holi­day pod­biega i wali ją grom­ni­kiem w krzyż. Ładu­nek elek­tryczny nie wystar­cza.

- Pad­nij! - krzy­czy Holi­day.

Vic­tra ude­rza ją w śro­dek napier­śnika z duro­Pla­stu. Holi­day leci kilka metrów do tyłu, ude­rza o ścianę. Trigg strzela z ambi­Ka­ra­binu, wie­lo­funk­cyj­nej dłu­giej broni. Dwa poci­ski usy­pia­jące tra­fiają w udo Vic­try. To ją szybko zała­twia. Jed­nak nawet gdy leży i dyszy na pod­ło­dze, patrzy na mnie zmru­żo­nymi oczami, aż traci przy­tom­ność.

- Holi­day... - zaczy­nam.

- Mam się pierw­szo­rzęd­nie - stęka Holi­day, pod­no­sząc się. Ma w napier­śniku wgnie­ce­nie wiel­ko­ści pię­ści. - Piksa potrafi przy­wa­lić - mówi, podzi­wia­jąc wgnie­ce­nie. - Ta zbroja powinna wytrzy­my­wać poci­ski EM.

- Gene­tyka Julii - mru­czy Trigg.

Zarzuca sobie Vic­trę na ramiona i wycho­dzi na kory­tarz za Holi­day, która powar­kuje na mnie, bym się pośpie­szył. Zosta­wiamy Vixusa leżą­cego na brzu­chu w celi. Żywego, tak jak obie­ca­łem.

- Znaj­dziemy cię - mówi i siada, gdy idę zatrza­snąć drzwi. - Wiesz, że cię znaj­dziemy. Powiedz małemu Sevro, że nad­cho­dzimy. Jeden Barca z głowy. Został jesz­cze jeden.

- Coś ty powie­dział?

Wra­cam szybko do celi, a jemu w oczach zapala się strach. Ten sam, który musiała czuć Lea wiele lat temu, kiedy cho­wa­łem się w ciem­no­ści, gdy Anto­nia i Vixus tor­tu­ro­wali ją, żeby mnie wywa­bić. Śmiał się, kiedy jej krew wsią­kała w mech. I potem, kiedy moi przy­ja­ciele umie­rali w ogro­dzie. Chciałby, żebym go teraz oszczę­dził, aby póź­niej móc znowu zabi­jać. Zło karmi się lito­ścią.

Moja brzy­twa przy­biera kształt sier­paka.

- Pro­szę... - błaga teraz, wąskie wargi mu drżą.

Widzę w nim chłopca, kiedy dociera do niego, że popeł­nił błąd. Gdzieś ktoś na­dal go kocha. Pamięta go jako psot­nego dzie­ciaka albo śpią­cego malu­cha w koły­sce. Szkoda, że nie pozo­stał tym dziec­kiem. Szkoda, że wszy­scy nimi nie pozo­sta­li­śmy.

- Miej serce, Dar­row, nie jesteś mor­dercą. Nie jesteś Titu­sem.

Bicie serca w celi staje się gło­śniej­sze. Białe świa­tło zalewa Vixusa, tak że widzę tylko zarys syl­wetki.

On chce mojej lito­ści.

Moja litość prze­pa­dła w ciem­no­ści.

Boha­te­ro­wie w pie­śniach Czer­wo­nych znają miło­sier­dzie, mają honor. Oszczę­dzają ludziom życie, tak jak ja oszczę­dzi­łem życie Sza­ka­lowi, dzięki czemu nie plami ich grzech. Niech zło­czyńca będzie tym złym. Niech on nosi czerń i pró­buje mnie zadźgać, kiedy tylko odwrócę się ple­cami, a wtedy będę mógł się obró­cić i go zabić. Satys­fak­cja bez poczu­cia winy. Tylko że to nie jest pieśń. To jest wojna.

- Dar­row...

- Jesteś mi potrzebny, żeby prze­ka­zać Sza­ka­lowi wia­do­mość.

Pod­rzy­nam mu gar­dło. Kiedy pada na zie­mię i pul­su­jące życie wypływa z niego, wiem, że się boi, bo nic na niego nie czeka po dru­giej stro­nie. Char­czy. Skamle przed śmier­cią. A ja nie czuję nic.

Mimo bicia serca w pomiesz­cze­niu sły­szę, jak zaczy­nają wyć syreny alar­mowe.

5. Plan C

5

Plan C

- Szlag - mówi Holi­day. - Mówi­łam, że nie mamy czasu.

- Damy radę - odpo­wiada Trigg.

Jeste­śmy razem w win­dzie. Vic­tra leży na pod­ło­dze. Trigg pomaga jej się ubrać w czarny strój prze­ciw­desz­czowy, żeby zasło­nić jej nagość. Kostki u rąk mi zbie­lały. Krew Vixusa spływa po wize­runku dzieci bawią­cych się w tunelu. Kapie na moich rodzi­ców i plami na czer­wono włosy Eo, zanim otrę klingę o swój wię­zienny kom­bi­ne­zon. Zapo­mnia­łem, jak łatwo jest zabi­jać.

- Żyj dla sie­bie, umie­raj samot­nie - odzywa się cicho Trigg. - Można by się spo­dzie­wać, że zacho­wu­jąc tyle rozumu, będą mieli dość roz­sądku, żeby nie być takimi dup­kami. - Zerka na mnie, odrzu­ca­jąc włosy z sza­rych jak krze­mień oczu. - Prze­pra­szam, jeśli zacho­wa­łem się jak palant. Wie pan, jeśli był przy­ja­cie­lem...

- Przy­ja­cie­lem? - Kręcę głową. - On nie miał przy­ja­ciół.

Pochy­lam się, żeby odgar­nąć włosy z twa­rzy Vic­try. Śpi spo­koj­nie, oparta o ścianę. Ma policzki zapad­nięte z głodu. Wąskie i smutne wargi. Jej rysy zyskały teraz dra­ma­tyczny rodzaj piękna. Zasta­na­wiam się, co jej zro­bili. Biedna kobieta, zawsze taka silna, taka zuchwała - i zawsze skry­wa­jąca w sobie dobroć. Zasta­na­wiam się, czy coś z tej dobroci jesz­cze w niej zostało.

- Wszystko w porządku? - pyta mnie Trigg. Nie reaguję. - Była pań­ską dziew­czyną?

- Nie. - Doty­kam brody, która mi wyro­sła. Nie cier­pię tego, jak mnie dra­pie i śmier­dzi. Żałuję, że Danto nie zgo­lił także jej. - Nic nie jest w porządku.

Nie czuję nadziei. Nie czuję miło­ści.

Nie, kiedy patrzę na to, co zro­bili z Vic­trą. Co zro­bili ze mną.

Nie­na­wiść rzą­dzi.

Nie­na­wiść także do tego, czym się sta­łem. Czuję na sobie spoj­rze­nie Trigga. Wiem, że jest roz­cza­ro­wany. Chciał Żni­wia­rza, a ja jestem pustą sko­rupą tam­tego czło­wieka. Prze­su­wam pal­cami po żebrach. Tyle cie­niut­kich koste­czek... Za dużo obie­ca­łem tym Sza­rym. Wszyst­kim za dużo obie­ca­łem, zwłasz­cza Vic­trze. Była wobec mnie uczciwa. A czym ja byłem wobec niej, jeśli nie kolej­nym czło­wie­kiem, który chciał się nią posłu­żyć? Kolejną osobą, przed którą jej matka uczyła ją się bro­nić?

- Wie­cie, czego nam trzeba? - pyta Trigg.

Przy­glą­dam mu się uważ­nie.

- Spra­wie­dli­wo­ści?

- Zim­nego piwa.

Par­skam gwał­tow­nym śmie­chem. Za gło­śnym. Aż sam się go prze­stra­szy­łem.

- Szlag by to... - mru­czy Holi­day, prze­su­wa­jąc dłońmi po pul­pi­cie ste­row­ni­czym. - Szlag, szlag, szlag.

- Co jest?

Utknę­li­śmy mię­dzy pozio­mami 24 i 25. Holi­day ude­rza w przy­ci­ski, gdy nagle winda szar­pie się w górę.

- Prze­jęli kon­trolę nad windą. Nie zje­dziemy do han­garu. Prze­kie­ro­wują nas... - Wypusz­cza powie­trze z płuc i pod­nosi na mnie wzrok. - Na poziom pierw­szy. Szlag, szlag, szlag! Będą cze­kali na nas lur­che­rzy, może Obsy­dia­nowi... może Złoci. - Milk­nie. - Wie­dzą, że tu jesteś.

Zwal­czam roz­pacz, która wypływa mi pro­sto z trzewi. Nie wrócę. Cokol­wiek się sta­nie. Zabiję Vic­trę, zabiję sie­bie, zanim pozwolę im nas zabrać.

Trigg pochyla się nad sio­strą.

- Dasz radę zha­ko­wać sys­tem?

- Do dia­bła, a kiedy twoim zda­niem mia­łam czas się tego nauczyć?

- Szkoda, że nie ma z nami Eph­ra­ima. On by potra­fił.

- Nie­stety nie jestem Eph­ra­imem.

- A co powiesz na wspi­naczkę?

- Jeśli chcesz, żeby została po tobie mokra plama.

- W takim razie zostaje nam tylko jedno wyj­ście. Nie? - Trigg sięga do kie­szeni. - Plan C.

- Nie cier­pię planu C.

- Trudno. Będzie do bani i czas się z tym pogo­dzić, skar­bie. Wycią­gaj bar­ba­rzyńcę.

- Co to jest plan C? - pytam cicho.

- Eska­la­cja. - Trigg włą­cza sys­tem łącz­no­ści. Kody roz­bły­skują na ekra­nie, kiedy prze­cho­dzi na bez­pieczną czę­sto­tli­wość. - Gra­sant do Biesa, jak mnie sły­szysz? Gra­sant...

- Tu Bies - nie­sie się echem wid­mowy głos. - Podaj kod uwie­rzy­tel­nia­jący Echo. Odbiór.

Trigg zerka na swój ter­mi­nal.

- 13439283. Odbiór.

- Kod przy­jęty.

- Potrze­bu­jemy awa­ryj­nego trans­portu za pięć minut. Mamy księż­niczkę i dodat­ko­wego gościa w sta­dium dru­gim.

Po dru­giej stro­nie na chwilę zapada cisza.

- Późno daje­cie znać. - Mimo zakłó­ceń ulga w gło­sie jest ewi­dentna.

- Mor­der­stwo rzadko jest punk­tu­alne.

- Bądź­cie na miej­scu za dzie­sięć minut. Utrzy­maj­cie go przy życiu.

Łącz­ność zostaje prze­rwana.

- Cho­lerni ama­to­rzy - mru­czy Trigg.

- Dzie­sięć minut - powta­rza Holi­day.

- Bywa­li­śmy w gor­szych opa­łach.

- Niby kiedy?

Trigg nie odpo­wiada.

- Trzeba było zje­chać do tego cho­ler­nego han­garu - dodaje Holi­day.

- Co mogę zro­bić? - pytam. Wyczu­wam ich strach. - Jak mogę pomóc?

- Nie umie­raj - odpo­wiada Holi­day, zdej­mu­jąc ple­cak. - Bo cała nasza robota pój­dzie się paść.

- Będzie pan musiał cią­gnąć swoją przy­ja­ciółkę - mówi Trigg.

Zdej­muje z sie­bie cały sprzęt z wyjąt­kiem zbroi. Wyj­muje kolejną antyczną broń z ple­caka: dwa pisto­lety, na dokładkę do gazo­wego ambi­Ka­ra­binu o dużym zasięgu. Wrę­cza mi pisto­let. Ręka mi się trzę­sie. Nie trzy­ma­łem takiej broni, odkąd mia­łem szes­na­ście lat i tre­no­wa­łem u Synów Aresa. Jest ogrom­nie nie­wy­dajna i ciężka, a na sku­tek odrzutu także okrut­nie nie­celna.

Holi­day wyciąga z ple­caka wiel­kie pla­sti­kowe pudełko. Jej palce zamie­rają na chwilę nad zatrza­skami.

Otwiera pudło i odsła­nia leżący w środku meta­lowy cylin­der z wiru­jącą kulą rtęci w środku. Wpa­truję się w to urzą­dze­nie. Gdyby Wspól­nota zła­pała Holi­day z czymś takim, dziew­czyna ni­gdy wię­cej nie ujrza­łaby świa­tła dzien­nego. To skraj­nie nie­le­galna zabawka. Zer­kam na wyświe­tlacz na ścia­nie gra­Windy. Jesz­cze dzie­sięć pozio­mów. Holi­day wyj­muje pilot do cylin­dra. Osiem pozio­mów.

Czy Cas­sius będzie tam cze­kał? Aja? Sza­kal? Nie. Pierw­szych dwoje jest na statku, przy­go­to­wują się do kola­cji. A Sza­kal jest zajęty wła­snym życiem. Nie wie­dzą, że alarm doty­czy mnie. A nawet jeśli wie­dzą, spóź­nią się. Jed­nak nawet i bez nich mamy dość powo­dów do stra­chu. Byle Obsy­dia­nowy mógłby roze­rwać tę dwójkę gołymi rękami. Trigg to wie. Zamyka oczy, dotyka piersi w czte­rech miej­scach, kre­śląc krzyż. Obrączka ślubna błysz­czy słabo w przy­ćmio­nym świe­tle. Holi­day zauważa ten gest, ale go nie powta­rza.

- To jest nasz zawód - mówi do mnie cicho - więc scho­waj dumę w kie­szeń. Trzy­maj się za naszymi ple­cami i pozwól mnie i Trig­gowi wyko­nać naszą robotę.

Trigg kręci głową na wszyst­kie strony, aż strze­lają mu kręgi szyjne, i całuje palec ser­deczny lewej dłoni przez ręka­wiczkę.

- Pro­szę trzy­mać się bli­sko. Przy­kleić się nam do tył­ków. Nie ma co się kry­go­wać.

Jesz­cze trzy poziomy.

Holi­day przy­go­to­wuje trzy­many w pra­wej ręce kara­bin i żuje zacie­kle gumę. Lewy kciuk trzyma na pilo­cie. Jeden poziom. Zwal­niamy. Obser­wu­jemy dwu­skrzy­dłowe drzwi. Łapię nogi Vic­try i ści­skam je pod pachami.

- Kocham cię, smarku - mówi Holi­day.

- Ja cie­bie też kocham, skar­bie - mru­czy Trigg; ma teraz napięty, wręcz mecha­niczny głos.

Boję się teraz bar­dziej, niż kiedy leża­łem w astro­Pan­ce­rzu w komo­rze wyrzutni przed Desz­czem. Boję się nie tylko o sie­bie, ale też o Vic­trę i o rodzeń­stwo. Chcę, żeby prze­żyli. Chcę dowie­dzieć się cze­goś o Pacy­fice Połu­dnio­wej. Chcę wie­dzieć, jakie numery wykrę­cali swo­jej matce, czy mieli psa, dom w mie­ście czy na wsi...

Gra­Winda zatrzy­muje się z jękiem.

Świa­tło nad wyj­ściem roz­bły­skuje. Grube meta­lowe drzwi, które oddzie­lają nas od plu­tonu eli­tar­nych żoł­nie­rzy Sza­kala, roz­su­wają się z sykiem. Dwa błysz­czące ener­go­Gra­naty wpa­dają i przy­cze­piają się do ścian. Bip. Bip. Holi­day przy­ci­ska guzik na pilo­cie. Basowy huk implo­zji roz­rywa ciszę w win­dzie, kiedy ze sfe­rycz­nego urzą­dze­nia u naszych stóp wydo­bywa się nie­wi­dzialny impuls elek­tro­ma­gne­tyczny. Gra­naty zdy­chają. Świa­tło gaśnie w win­dzie i na zewnątrz. Wszy­scy Sza­rzy cze­ka­jący za drzwiami z super­no­wo­cze­sną bro­nią impul­sową, wszy­scy Obsy­dia­nowi w cięż­kich zbro­jach z elek­tro­ma­gne­tycznymi sta­wami i w super heł­mach z fil­trami powie­trza obry­wają śre­dnio­wie­czem pro­sto w gębę.

Za to antyki Holi­day i Trigga na­dal dzia­łają. Rodzeń­stwo wycho­dzi z windy na kamienny kory­tarz, gar­biąc się nad swoją bro­nią jak dwa zło­wro­gie gar­gulce. To rzeź. W roz­le­głych wnę­trzach dwójka strzel­ców wybo­ro­wych krót­kimi seriami archa­icz­nych poci­sków kosi bez­bron­nych Sza­rych, któ­rzy nie mają się gdzie scho­wać. Roz­bły­ski w kory­tarzu. Potężny huk kara­bi­nów dużej mocy. Zęby mi szczę­kają. Zamie­ram w win­dzie. Dopiero kiedy Holi­day krzy­czy do mnie, pędzę za Trig­giem, cią­gnąc za sobą Vic­trę.

Trzech Obsy­dia­no­wych pada, kiedy Holi­day ciska antycz­nym gra­na­tem. Bum! Dziura poja­wia w sufi­cie. Sypie się tynk. Pył. Krze­sła i Mie­dziani wypa­dają przez otwór z pomiesz­cze­nia pię­tro wyżej i lądują w ogniu walki. Dopada mnie hiper­wen­ty­la­cja. Głowa jakie­goś męż­czy­zny odska­kuje do tyłu. Jego ciało kozioł­kuje na zie­mię. Jakaś Szara ucieka, szu­ka­jąc osłony w głębi kamien­nego kory­ta­rza. Holi­day tra­fią ją w krę­go­słup. Szara wykłada się jak dziecko na lodzie. Wszę­dzie coś się rusza. Z boku szar­żuje Obsy­dia­nowy.

Strze­lam z pisto­letu, potwor­nie pudłuję. Kula odbija się od jego zbroi. Dwie­ście kilo­gra­mów żywego ciała unosi jonowy topór, któ­rego głow­nia na­dal jest ostra, nawet jeśli bate­ria padła. Z gar­dła Obsy­dia­no­wego dobywa się typowy dla jego rodzaju lament pie­śni bojo­wej... i nagle z hełmu bucha gej­zer czer­wo­nej mgły. Kula prze­cho­dzi przez oczo­dół i otwór w heł­mie. Trigg już zaj­muje się kolej­nym celem, wbija metal w ludzi z cier­pli­wo­ścią rze­mieśl­nika wbi­ja­ją­cego gwoź­dzie w drewno. Nie ma w tym pasji. Nie ma maestrii. Tylko tre­ning i fizyka.

- Żni­wiarz, rusz tyłek! - krzy­czy Holi­day.

Szar­pie mnie w głąb kory­ta­rza, z dala od cha­osu. Bie­gnący za nami Trigg rzuca samo­przy­lep­nym gra­na­tem w udo Zło­tego bez zbroi, który usko­czył przed czte­rema strza­łami z jego kara­binu. Bum! Z kości i mięsa zostaje krwawa mgiełka.

Brat i sio­stra prze­ła­do­wują w biegu, a ja sta­ram się po pro­stu nie zemdleć ani nie upaść.

- W prawo za pięć­dzie­siąt kro­ków, a potem scho­dami w górę! - war­czy Holi­day. - Mamy sie­dem minut.

W kory­ta­rzach jest upior­nie cicho. Nie ma syren. Nie ma świa­teł. Pod­grzane powie­trze nie szumi w prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych. Sły­chać tylko huk naszych kro­ków, krzyki w oddali, trzesz­cze­nie w moich sta­wach i rzę­że­nie w płu­cach. Mijamy okno. Okręty, czarne i mar­twe, spa­dają z nieba. Tam, gdzie lądują, wybu­chają małe pożary. Tram­waje zatrzy­mują się gwał­tow­nie na magne­tycz­nych szy­nach. Jedyne świa­tła, które na­dal płoną, to te na dwóch naj­bar­dziej odle­głych szczy­tach. Wkrótce zja­wią się posiłki z dzia­ła­ją­cym wypo­sa­że­niem, ale nie będą wie­dzieli, co się stało. Gdzie szu­kać. Ponie­waż kamery i ska­nery bio­me­tryczne padły, Cas­sius i Aja nie będą w sta­nie nas zna­leźć. To może oca­lić nam życie.

Wbie­gamy po scho­dach. Skur­cze szar­pią mi prawą łydką i ścię­gnem pod­ko­la­no­wym. Stę­kam i pra­wie się prze­wra­cam. Holi­day pod­trzy­muje więk­szość mojego cię­żaru. Napiera masywną szyją na moją pachę. Za naszymi ple­cami Trzech Sza­rych dostrzega nas z dołu dłu­gich mar­mu­ro­wych scho­dów. Holi­day odpy­cha mnie na bok, zała­twia dwóch z kara­binu, ale trzeci zdąża strze­lić. Kule nad­gry­zają mar­mur.

- Mają gazową broń w zapa­sie - war­czy Holi­day. - Ruchy. Ruchy!

Jesz­cze dwa razy skrę­camy w prawo, mijamy kil­koro pod­Ko­lo­rów, któ­rzy gapią się na mnie z roz­dzia­wio­nymi ustami, bie­gniemy przez mar­mu­rowe sale z wyso­kimi sufi­tami i grec­kimi posą­gami, mijamy gale­rie, gdzie Sza­kal trzyma skra­dzione skarby. Kie­dyś poka­zał mi tutaj dekla­ra­cję Han­cocka oraz zakon­ser­wo­waną głowę ostat­niego władcy impe­rium ame­ry­kań­skiego.

Mię­śnie mi płoną. W boku potwor­nie kłuje.

- Tutaj! - krzy­czy wresz­cie Holi­day.

Dobie­gamy do drzwi dla per­so­nelu w bocz­nym holu i wycho­dzimy na zimne świa­tło dzienne. Wiatr mnie połyka. Lodo­wate zęby prze­gry­zają się przez kom­bi­ne­zon, kiedy nasza czwórka wycho­dzi chwiej­nie na meta­lowy pomost bie­gnący wzdłuż muru for­tecy Sza­kala. Na prawo od nas kamienna góra ustę­puje nowo­cze­snemu budyn­kowi z metalu i szkła. Po lewej cią­gnie się głę­boka na tysiąc metrów prze­paść. Śnieg wiruje przed gór­skim zbo­czem. Wiatr wyje. Brniemy przed sie­bie pomo­stem, aż okrąży część twier­dzy i połą­czy się z bru­ko­wa­nym mostem, który pro­wa­dzi do opusz­czo­nego lądo­wi­ska niczym ręka szkie­letu trzy­ma­jąca beto­nowy talerz pokryty śnie­giem.

- Cztery minuty - woła Holi­day.

Pomaga mi przejść przez most do lądo­wi­ska, na końcu rzuca mnie na zie­mię. Ukła­dam Vic­trę obok sie­bie. Twarda sko­rupka lodu spra­wia, że beton jest gładki i jego sza­rość ma dymny odcień. Przy wyso­kiej do pasa beto­no­wej ściance, która odgra­dza lądo­wi­sko od tysiąc­me­tro­wej prze­pa­ści, zbie­rają się zaspy.

- Mam osiem­dzie­siąt w dłu­gim maga­zynku, szóstkę w sta­roci - woła do sio­stry Trigg. - A potem koniec.

- Ja mam dwa­na­ście - odpo­wiada Holi­day. Rzuca mały pojem­nik, który otwiera się z trza­skiem i zie­lony dym unosi się w powie­trze. - Musimy utrzy­mać most.

- Mam sześć min.

- Roz­mieść je.

Trigg odbiega. Na końcu mostu są zamknięte pan­cerne drzwi, znacz­nie szer­sze niż boczne przej­ście, któ­rym przy­szli­śmy. Drżący i ośle­piony świa­tłem odbi­tym od śniegu przy­cią­gam Vic­trę do sie­bie i bli­sko murku, żeby osło­nić ją przed wia­trem. Płatki śniegu zbie­rają się na jej czar­nym stroju prze­ciw­desz­czo­wym. Sypią się, jak sypał się popiół, kiedy Cas­sius, Sevro i ja spa­li­li­śmy cyta­delę Domu Minerwy i ukra­dli­śmy im kucharkę.

- Wszystko będzie dobrze - mówię jej. - Damy radę.

Zer­kam ponad mur­kiem na mia­sto w dole. Panuje tam prze­dziwny spo­kój. Wszyst­kie dźwięki, wszyst­kie kło­poty zostały uci­szone przez impuls elek­tro­ma­gne­tyczny. Patrzę, jak pła­tek śniegu więk­szy od innych dry­fuje na wie­trze i zatrzy­muje się na moim knyk­ciu.

Jak ja tu wylą­do­wa­łem? Chło­pak z kopalni, który teraz jest drżą­cym upa­dłym wojow­ni­kiem, spo­gląda w dół na wyga­szone mia­sto i wbrew wszyst­kiemu ma nadzieję, że zdoła wró­cić do domu. Zamy­kam oczy, żału­jąc, że nie jestem wśród przy­ja­ciół, wśród rodziny.

- Trzy minuty - mówi za mną Holi­day. Obron­nym gestem dotyka mnie ręką w ręka­wicy, patrząc na niebo i wypa­tru­jąc wro­gów. - Trzy minuty i już nas tu nie ma. Tylko trzy minuty.

Chciał­bym jej wie­rzyć, ale wła­śnie śnieg prze­stał padać.

6. Ofiary

6

Ofiary

Przez zmru­żone powieki patrzę za plecy Holi­day. Opa­li­zu­jące tar­cze obronne opa­dają na swoje miej­sca nad sied­mioma szczy­tami Attyki, odci­na­jąc nas od chmur i nieba. Gene­ra­tor tarcz musiał znaj­do­wać się poza zasię­giem impulsu elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Nie otrzy­mamy zza nich żad­nej pomocy.

- Trigg! Wra­caj tutaj! - krzy­czy Holi­day, kiedy jej brat umiesz­cza ostat­nią minę na moście.

Poje­dyn­czy strzał prze­cina zimowy pora­nek. Echo jest przy­kre i zimne. Roz­le­gają się kolejne.

Trzask, trzask, trzask.

Śnieg wzbija się wokół Trigga. Chło­pak pędzi z powro­tem, a Holi­day pochyla się, żeby go osło­nić; kara­bin koły­sze jej się na ramie­niu. Z tru­dem się pod­no­szę. Oczy mnie bolą, kiedy ośle­piony słoń­cem pró­buję zogni­sko­wać wzrok. Beton wybu­cha przede mną. Odłamki ranią mi twarz. Cho­wam się, trzę­sąc się ze stra­chu. Ludzie Sza­kala zna­leźli zapa­sową broń.

Znowu wyglą­dam. Spod zmru­żo­nych powiek widzę, że Trigg został przy­szpi­lony w poło­wie drogi do nas i trwa wymiana ognia z oddzia­łem Sza­rych z gazo­wymi kara­bi­nami. Wyle­wają się z for­tecy przez pan­cerne drzwi, które teraz otwo­rzyły się przy dru­gim końcu mostu. Dwóch padło. Kolejni dwaj zbli­żają się do miny i zni­kają w chmu­rze dymu, kiedy Trigg strzela im pod nogi. Holi­day zała­twia kolej­nego. W tej samej chwili Trigg chwiej­nie dopada osło­nię­tego miej­sca, tra­fiony w ramię. Robi sobie w udo zastrzyk ze sty­mu­lantu i zaraz wychyla się z powro­tem. Kula ryko­sze­tuje przede mną na beto­nie i ude­rza w Holi­day, z mię­si­stym głu­chym odgło­sem tra­fia w żebra tuż pod pachą.

Dziew­czyna pada na zie­mię. Kano­nada zmu­sza mnie do przy­kuc­nię­cia obok niej. Z góry sypie się beton. Holi­day pluje krwią, a jej odde­chowi towa­rzy­szy wil­gotny, fleg­mi­sty odgłos.

- Obe­rwa­łam w płuco - sapie.

Na oślep wyj­muje ze schowka na udzie strzy­kawkę ze sty­mem. Gdyby obwody w jej zbroi nie zostały usma­żone, otrzy­ma­łaby leki auto­ma­tycz­nie, a tak sama musi otwo­rzyć kaburę i ręcz­nie podać dawkę. Poma­gam jej wyjąć mikrostrzy­kawkę i robię zastrzyk w szyję. Źre­nice jej się roz­sze­rzają, oddech zwal­nia, lek krąży po ciele razem z jej krwią. Obok mnie leży Vic­tra. Ma zamknięte oczy.

Ostrzał się urywa. Wychy­lam się ostroż­nie. Sza­rzy Sza­kala cho­wają się za beto­no­wymi mur­kami i pylo­nami po dru­giej stro­nie mostu, jakieś sześć­dzie­siąt metrów od nas. Trigg ponow­nie ładuje broń. Słu­chać tylko wiatr. Coś jest nie tak. Prze­szu­kuję niebo, oba­wia­jąc się tej ciszy. Zbliża się Złoty. Wyczu­wam to w pul­sie walki.

- Trigg! - krzy­czę, aż ciało mi dygoce. - Bie­giem!

Holi­day widzi moją minę. Pod­nosi się z tru­dem, rze­żąc z bólu, kiedy Trigg porzuca swoją kry­jówkę. Buty śli­zgają mu się na oblo­dzo­nym moście. Prze­wraca się, pod­nosi, gra­moli się ku nam prze­ra­żony. Za późno. Za jego ple­cami Aja au Grim­mus wypada przez drzwi for­tecy, mija cza­ją­cych się w cie­niach Sza­rych i Obsy­dia­no­wych. Ma na sobie czarną kurtkę od mun­duru galo­wego. Bły­ska­wicz­nie doga­nia Trigga, ma dużo dłuż­sze nogi. To naj­smut­niej­sza scena, jaką widzia­łem w życiu.

Ja strze­lam z pisto­letu, Holi­day opróż­nia maga­zy­nek kara­binu. Tra­fiamy tylko w powie­trze. Aja robi uniki, kręci piru­ety, a kiedy Trigg jest dzie­sięć kro­ków od nas, prze­szywa mu pierś brzy­twą. Poły­sku­jący wil­gotno metal wystaje mu z mostka. Zszo­ko­wany Trigg wytrzesz­cza oczy. Z jego ust wyrywa się ciche wes­tchnie­nie. A potem krzy­czy, kiedy zostaje unie­siony w powie­trze. Nadziany na brzy­twę Ai wygląda jak drga­jąca żaba na końcu pro­wi­zo­rycz­nej włóczni.

- Trigg... - szep­cze Holi­day.

Ruszam chwiej­nym kro­kiem do przodu, w stronę Ai, też wycią­gam brzy­twę, ale Holi­day szar­pie mnie do tyłu, za murek. Kule wystrze­lone z daleka przez Sza­rych sieką beton wokół nas. Krew Holi­day topi pod nią śnieg.

- Nie bądź głupi - war­czy, ścią­ga­jąc mnie na dół reszt­kami sił. - Nie możemy mu pomóc.

- To twój brat!

- Nie jest celem misji. Ty jesteś.

- Dar­row! - woła z mostu Aja.

Holi­day się wychyla i patrzy na Złotą. Cała krew odpływa jej z twa­rzy. Aja trzyma Trigga w górze, w jed­nej ręce, nadzia­nego na brzy­twę. Chło­pak wije się na ostrzu, zsuwa ku jej dłoni.

- Mój łaskawy panie, skoń­czył się czas cho­wa­nia za innymi. Wychodź.

- Ani się waż - odzywa się Holi­day.

- Wyjdź - mówi Aja.

I zrzuca Trigga z mostu. Chło­pak spada dwie­ście metrów, zanim jego ciało roz­trza­skuje się o gra­ni­tową półkę.

Z piersi Holi­day wyrywa się taki odgłos, jakby wal­czyła z wymio­tami. Unosi kara­bin i pociąga za spust kil­ka­na­ście razy, celu­jąc w Furię. Aja pochyla się, zanim orien­tuje się, że z broni Holi­day nie pada żaden strzał. Cią­gnę Holi­day w dół i kula snaj­pera celu­jącego w jej pierś tra­fia w kara­bin: dru­zgo­cze go i wyrywa jej z dłoni, gru­cho­cząc przy oka­zji palec. Sie­dzimy roz­trzę­sieni, przy­ci­ska­jąc plecy do betonu. Vic­tra leży mię­dzy nami.

- Przy­kro mi - udaje się mi wykrztu­sić.

Holi­day mnie nie sły­szy. Ręce trzęsą jej się bar­dziej niż mnie. Nie ma łez w jej zapa­trzo­nych w dal oczach. Nie ma ani odro­biny koloru w jej pożło­bio­nej twa­rzy.

- Przyjdą - mówi po chwili wypeł­nio­nej głu­chą ciszą. Śle­dzi wzro­kiem zie­lony dym. - Muszą przyjść.

Krew prze­siąka jej przez ubra­nie i ścieka kąci­kiem ust, zanim zamar­z­nie w poło­wie szyi. Holi­day ści­ska nóż, który miała scho­wany w bucie, i pró­buje się pod­nieść, ale jej ciało odma­wia współ­pracy. Odde­chom towa­rzy­szy wil­gotny, fleg­mi­sty odgłos, wydy­chane powie­trze pach­nie mie­dzią.

- Przyjdą - powta­rza.

- Jaki jest plan? - pytam ją. Oczy jej się zamy­kają. Potrzą­sam nią. - Jak tu dotrą?

Kiwa głową na brzeg lądo­wi­ska.

- Słu­chaj.

- Dar­row! - Cas­sius prze­krzy­kuje wiatr. Dołą­czył do Ai. - Dar­rowie z Lykos, wyjdź! - Jego dźwięczny głos nie pasuje do tej chwili. Jest zbyt kró­lew­ski, wysoki i nie­tknięty smut­kiem, który nas pochła­nia. Ocie­ram łzy z oczu. - Musisz zde­cy­do­wać, czym będziesz w ostat­nich chwi­lach. Wyj­dziesz jak czło­wiek? Czy musimy cię wyko­pać jak szczura z jaskini?

Gniew zaci­ska mi pierś, ale nie chcę wsta­wać. Kie­dyś bym wstał - daw­niej, gdy nosi­łem zbroję Zło­tego i myśla­łem, że stanę nad zabójcą Eo i ujaw­nię swoją praw­dziwą toż­sa­mość; ich mia­sta miały wtedy spło­nąć, ich Kolor upaść. Jed­nak zbroja prze­pa­dła. Maskę Żni­wia­rza prze­żarły wąt­pli­wo­ści i ciem­ność. Jestem zwy­kłym chłop­cem, trzęsę się i kryję przed wro­giem, bo znam cenę swo­jej porażki i bar­dzo się boję.

Nie dam się poj­mać. Nie będę ich ofiarą i nie pozwolę, żeby Vic­tra znowu wpa­dła w ich ręce.

- Walić to - mówię.

Łapię Holi­day za koł­nierz, a Vic­trę za rękę. Oczy roz­bły­skują mi z wysiłku, ośle­pione przez słońce odbite od śniegu. Z odrę­twiałą twa­rzą cią­gnę dziew­czyny ze wszyst­kich sił. Wynu­rzam się z kry­jówki i idę przez lądo­wi­sko na drugi jego koniec, gdzie ryczy wiatr.

Moi wro­go­wie mil­czą.

Nie­zły muszę przed­sta­wiać widok: chwiejny krok, wymi­ze­ro­wane ciało, wlokę dwie przy­ja­ciółki, oczy mam zapad­nięte, twarz jak u zagło­dzo­nego sta­rego demona, bro­da­tego i idio­tycz­nego. Żało­sny obra­zek. Dwa­dzie­ścia metrów za mną dwoje Ryce­rzy Olim­pij­skich stoi wład­czo na moście w miej­scu, gdzie ten łączy się z lądo­wi­skiem. Towa­rzy­szy im pięć­dzie­się­ciu Sza­rych i Obsy­dia­no­wych, któ­rzy wyszli za nimi przez drzwi pro­wa­dzące do cyta­deli. Srebrna brzy­twa Ai ocieka krwią. Jed­nak to nie jest jej klinga. To broń Lorna, ukra­dła ją tru­powi. Mam mokre pan­to­fle. Palce stóp mnie bolą.

Tamci spra­wiają wra­że­nie malut­kich na tle ściany ogrom­nej gór­skiej cyta­deli. Ich meta­lowa broń jest taka drobna i pro­sta. Patrzę na prawo, za most. Kilka kilo­me­trów dalej oddział woj­ska pod­rywa się z odle­głego gór­skiego szczytu, któ­rego nie dosię­gnął impuls elek­tro­ma­gne­tyczny. Żoł­nie­rze skrę­cają ku nam, lecąc przez niską war­stwę chmur. Za nimi podą­żają myśliwce.

- Dar­row! - woła do mnie Cas­sius. We dwoje z Ają scho­dzą z mostu na lądo­wi­sko. - Nie możesz uciec. - Obser­wuje mnie, jego wzrok pozo­staje nie­od­gad­niony. - Akty­wo­wano tar­czę. Niebo zostało odcięte. Żaden sta­tek nie może po cie­bie przy­le­cieć. - Zerka na zie­lony dym kłę­biący się z pojem­nika na lądo­wi­sku w zimo­wym powie­trzu. - Pogódź się ze swoim losem.

Wiatr wyje mię­dzy nami, nio­sąc płatki śniegu zerwane z góry.

- Z dysek­cją? - pytam. - Myślisz, że na to zasłu­ży­łem?

- Jesteś ter­ro­ry­stą. Stra­ci­łeś wszel­kie prawa, jakie ci przy­słu­gi­wały.

- Prawa? - war­czę ponad Vic­trą i Holi­day. - Prawo, żeby pocią­gnąć za stopy swoją powie­szoną żonę? Żeby patrzeć na śmierć swo­jego ojca? - Pró­buję splu­nąć, ale tylko oplu­wam sobie wargi. - Jakim pra­wem mi ich ode­bra­li­ście?

- Nie ma tu miej­sca na debatę. Jesteś ter­ro­ry­stą i spra­wie­dli­wo­ści musi stać się zadość.

- W takim razie czemu ze mną roz­ma­wiasz, ty par­szywy hipo­kryto?

- Bo honor wciąż ma zna­cze­nie. Honor jest tym, co powraca echem.

To słowa jego ojca. Brzmią jed­nak w jego ustach rów­nie pusto, jak w moich uszach. Ta wojna ode­brała mu wszystko. Widzę w jego oczach, jak bar­dzo jest zła­many. Jak potwor­nie trudno jest pozo­stać synem swo­jego ojca. Gdyby mógł, wolałby wró­cić do Insty­tutu i znów sie­dzieć przy naszym ogni­sku na wyży­nach. Cof­nąłby się do dni chwały, kiedy życie było pro­ste, a przy­ja­ciele wyda­wali się praw­dziwi. Jed­nakże marze­nie o powro­cie do prze­szło­ści nie zmyje krwi z rąk żad­nego z nas.

Słu­cham wia­tru zawo­dzą­cego nad doliną. Pię­tami doty­kam kra­wę­dzi lądo­wi­ska. Za mną jest już tylko powie­trze... powie­trze i zmienna topo­gra­fia ciem­nego mia­sta dwa tysiące metrów niżej.

- On sko­czy - mówi cicho Aja do Cas­siusa. - A my potrze­bu­jemy ciała.

- Dar­row... nie rób tego - prosi Cas­sius.

Jego oczy mówią mi jed­nak, żebym sko­czył, żebym wybrał tę drogę, zamiast się pod­dać, zamiast pole­cieć na Lunę, gdzie roz­biorą mnie na czę­ści. To jego szla­chetna droga. Znowu okrywa mnie pele­ryną.

Nie­na­wi­dzę go za to.

- Uwa­żasz się za hono­ro­wego? - syczę. - Uwa­żasz się za dobrego? Kto został z tych, któ­rzy cię kochają? Za kogo wal­czysz? - Gniew prze­cieka do moich słów. - Zosta­łeś sam, Cas­siu­sie. Nie to co ja. Nie byłem sam ani wtedy, kiedy sta­wi­łem czoło two­jemu bratu pod­czas Próby, ani kiedy ukry­wa­łem się wśród was, ani kiedy sie­dzia­łem w ciem­no­ści. Nawet teraz. - Ści­skam ciało nie­przy­tom­nej Holi­day z całej siły, wpla­tam palce w paski jej zbroi. Moc­niej ujmuję rękę Vic­try. Pięty mi zgrzy­tają na kra­wę­dzi betonu. - Posłu­chaj wia­tru, Cas­siu­sie. Posłu­chaj tego par­szy­wego wia­tru.

Ryce­rze prze­chy­lają głowy, nasłu­chu­jąc. Na­dal nie rozu­mieją dziw­nego jęku nio­są­cego się z dna doliny, bo niby skąd syn i córka Zło­tych mogliby znać dźwięk świ­droSz­ponu prze­gry­za­ją­cego się przez skałę? Jak mogliby odgad­nąć, że moi ludzie nie przy­będą z nieba, ale z serca pla­nety?

- Do widze­nia, Cas­siu­sie - mówię. - Jesz­cze się spo­tkamy.

Odbi­jam się od kra­wę­dzi obiema nogami i ska­czę w pustkę, cią­gnąc za sobą Holi­day i Vic­trę.

7. Trzmiele

7

Trzmiele

Spa­damy w stronę sto­pio­nego oka w sercu pokry­tego śnie­giem mia­sta. Tam, pośród rzę­dów fabryk, budynki dygocą i prze­chy­lają się, kiedy zie­mia wznosi się do góry. Rury pękają i wynu­rzają się na powierzch­nię. Para bucha z popę­ka­nego asfaltu. Eks­plo­du­jące gazy two­rzą falu­jącą koronę, kre­ślą linie ognia wzdłuż ulic, które wygi­nają się i pod­no­szą, jakby sam Mars wycią­gał się w górę na sześć kon­dy­gna­cji, żeby uro­dzić jakie­goś pra­sta­rego lewia­tana. A potem, kiedy zie­mia i mia­sto nie mogą się już bar­dziej roz­cią­gnąć, świ­droSz­pon wyrywa się na zimowe powie­trze - tyta­niczna meta­lowa ręka ze sto­pio­nymi pal­cami, które dymią, chwy­tają... i zni­kają, gdy świ­droSz­pon zanu­rza się z powro­tem w głąb Marsa, wcią­ga­jąc za sobą pół kwar­tału zabu­dowy.

Za szybko spa­damy.

Za wcze­śnie zesko­czy­łem. Vic­tra zaczyna mi się wysu­wać z dłoni.

Zie­mia pędzi nam na spo­tka­nie.

I wtedy grom dźwię­kowy roz­rywa powie­trze.

A potem drugi. I jesz­cze jeden, aż cały ich chór dobiega z tunelu wyrą­ba­nego przez świ­droSz­pon, gdy rodzi się z niego mała armia. Dwa, dwa­dzie­ścia, pięć­dzie­siąt uzbro­jo­nych kształ­tów w gra­wi­Bu­tach wypada z hukiem z ciem­no­ści i leci w naszą stronę. Są na lewo i prawo ode mnie. Poma­lo­wane na krwi­sto­czer­wono zale­wają niebo za nami ogniem impul­so­wym. Włosy stają mi dęba, czuję zapach ozonu. Roz­grzana tar­ciem amu­ni­cja świeci na nie­bie­sko, kiedy prze­dziera się przez czą­steczki powie­trza. Mini­działka zamon­to­wane na ludz­kich ramiona plują śmier­cią.

Pośród wzno­szą­cych się w powie­trze Synów Aresa uzbro­jony szkar­łatny męż­czy­zna w kol­cza­stym heł­mie swo­jego ojca śmiga naprzód i łapię Vic­trę na sekundy przed tym, jak ta ude­rzy­łaby o dach wie­żowca. Wycie wilka roz­lega się z gło­śni­ków jego hełmu. To sam Ares. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel na świe­cie nie zapo­mniał o mnie. Przy­był ze swoim legio­nem burzy­cieli impe­rium, ter­ro­ry­stów i rene­ga­tów - Wyj­ców. Za nim leci tuzin meta­lo­wych męż­czyzn i kobiet w czar­nych wil­czych pele­ry­nach. Naj­więk­szy z nich ma nie­ska­zi­tel­nie białą zbroję z nie­bie­skimi odci­skami dłoni na piersi i ramio­nach. Jego czarna pele­ryna jest spla­miona czer­wo­nym pasem pośrodku. Przez chwilę myślę, że to Pax powró­cił dla mnie z mar­twych, ale kiedy łapie mnie i Holi­day, widzę nie­bie­skie sym­bole wyry­so­wane w nie­bie­skiej far­bie śla­dów dłoni. To sym­bole z połu­dnio­wego bie­guna Marsa, to Ragnar Vola­rus, książę Wie­życ Wal­ki­rii. Rzuca Holi­day innemu Wyj­cowi i prze­suwa mnie sobie na plecy, żebym mógł zła­pać go za szyję, wbi­ja­jąc palce w nity zbroi. Zakręca nad dymią­cym mia­stem w stronę tunelu.

- Trzy­maj się mocno, młod­szy bra­cie - woła do mnie.

I daje nura. Na lewo ode mnie Sevro trzyma Vic­trę, wszę­dzie wokół nas są Wyjce, z ich gra­wi­Bu­tów nie­sie się wizg, gdy spa­damy w ciem­ność tunelu. Wróg nas ściga. Odgłosy są potworne. Wrzask wia­tru. Pęka­jąca skała, kiedy ogień z broni impul­so­wej ryje ściany za nami. Sko­wyt broni. Żuchwa mi szczęka o meta­lowe ramię Ragnara. Jego gra­wi­Buty wibrują, pra­cu­jąc z całą mocą. Śruby zbroi wbi­jają mi się w żebra. Bate­ria na wyso­ko­ści jego kości ogo­no­wej wali mnie w kro­cze, kiedy klu­czymy i śmi­gamy w ciem­no­ści. Sunę na meta­lo­wym reki­nie w głąb trzewi wście­kłego morza. W uszach mi szumi. Wiatr gwiż­dże. Obry­wam kamy­kiem w czoło. Krew zalewa mi twarz, pie­cze w oczy. Jedyne świa­tło to poświata butów i bły­ski wystrza­łów.

Skóra na pra­wym ramie­niu nagle pło­nie mi z bólu: strzał impul­sowy chy­bił o kilka cali. Mimo to mam pęche­rze na skó­rze, która dymi. Rękaw kom­bi­ne­zonu staje w ogniu. Wiatr gasi pło­mień, ale ostrzał tra­fia tym razem w gra­wi­Buty Syna Aresa tuż przede mną i topi mu nogi w poje­dyn­czy kawał metalu. Męż­czy­zna szar­pie się w locie, ude­rza w sufit i jego ciało wiot­czeje. Gubi hełm, który leci pro­sto na mnie.

* * *

Czer­wone świa­tło migo­cze mi przez powieki. Mię­si­sty dym wypeł­nia powie­trze. Dra­pie mnie w gar­dło. Zwę­glona tkanka tłusz­czowa. Pierś roz­ża­rzona z bólu. Trzę­sa­wi­sko wrza­sków, wycia i nawo­ły­wań matki. I coś jesz­cze. Brzę­cze­nie trzmieli w uszach. Ktoś jest nade mną. Widzę go w czer­wo­nym świe­tle, gdy otwie­ram oczy. Krzy­czy mi w twarz. Przy­ci­ska mi maskę do ust. Wil­gotna wil­cza pele­ryna zwie­sza się z meta­lo­wych ramion, łasko­cze mnie w szyję. Doty­kają mnie inne ręce. Świat wibruje, prze­chyla się.

- Ster­burta! Ster­burta! - ktoś krzy­czy w oddali, głos docho­dzi jakby spod wody.

Jeste­śmy na statku, ota­czają mnie umie­ra­jący męż­czyźni. Spa­lone, powy­krę­cane sko­rupy zbroi. Na nich sie­dzą mniejsi ludzie, pochy­leni jak sępy, z piłami jarzą­cymi się w rękach, kiedy roz­ci­nają pan­ce­rze, pró­bu­jąc uwol­nić umie­ra­jących. Obok mnie leży chło­piec. Ma sze­roko roz­warte oczy. Osmo­loną zbroję. Skóra na jego policz­kach jest młoda i gładka pod war­stwą sadzy i krwi. Jesz­cze nie ma zmarsz­czek od uśmie­chu wokół ust. Jego oddech staje się coraz krót­szy i szyb­szy. Poru­sza war­gami, wypo­wiada moje imię.

I umiera.

1. Tylko ciemność

1

Tylko ciem­ność

Głę­boko w ciem­no­ści, z dala od cie­pła, słońca i księ­ży­ców, leżę cichy jak kamień, który mnie ota­cza i więzi moje zgar­bione ciało w swoim strasz­li­wym łonie. Nie mogę sta­nąć na nogi. Nie mogę się prze­cią­gnąć. Mogę jedy­nie zwi­jać się w kłę­bek, zasu­szone szczątki, ska­mie­lina czło­wieka, jakim byłem. Ręce mam skute za ple­cami. Leżę nagi na zim­nym kamie­niu.

Cał­kiem sam w ciem­no­ści.

Mam wra­że­nie, że minęły mie­siące, lata, tysiąc­le­cia, odkąd zgi­na­łem kolana, odkąd nie wygi­na­łem krę­go­słupa w tej skrzy­wio­nej pozie. Ból dopro­wa­dza mnie do szału. Moje stawy zapie­kły się jak zardze­wiałe żelazo. Ile czasu upły­nęło, odkąd widzia­łem moich Zło­tych przy­ja­ciół wykrwa­wia­ją­cych się na tra­wie? Odkąd Roque zło­żył na moim policzku poca­łu­nek, łamiąc mi jed­no­cze­śnie serce?

Czas nie jest rzeką.

Nie tutaj.

W tym gro­bie czas jest z kamie­nia. Jest ciem­no­ścią, stałą i nie­ustę­pliwą, a jego jedyną miarą są dwa waha­dła życia: oddech i bicie mojego serca.

Wdech. Ba-bach. Ba-bach.

Wydech. Ba-bach. Ba-bach.

Wdech. Ba-bach. Ba-bach.

I tak w nie­skoń­czo­ność. Aż do... kiedy? Aż umrę ze sta­ro­ści? Roz­trza­skam sobie czaszkę o kamień? Prze­gryzę wpro­wa­dzone przez Żół­tych do jelit rurki, któ­rymi otrzy­muję skład­niki odżyw­cze i któ­rymi odpro­wa­dzane są odchody?

Czy może do chwili, kiedy osza­le­jesz?

- Nie. - Zgrzy­tam zębami.

Oooo tak.

- To tylko ciem­ność.

Nabie­ram powie­trza. Uspo­ka­jam się. Doty­kam ścian w spo­sób, który mnie koi. Ple­cami. Pal­cami rąk, pię­tami, pal­cami stóp, głową. Powtórka. Tuzin razy. Sto razy. Niech będzie tysiąc.

Tak. Jestem sam.

Pomy­ślał­bym, że są gor­sze rze­czy niż to, ale teraz już wiem, że nie ma. Czło­wiek nie jest samotną wyspą. Potrze­bu­jemy tych, któ­rzy nas kochają. Potrze­bu­jemy tych, któ­rzy nas nie­na­wi­dzą. Potrze­bu­jemy innych, żeby kotwi­czyli nas w naszym życiu, dawali nam powód do ist­nie­nia, do czu­cia. Ja mam tylko ciem­ność. Cza­sem krzy­czę. Cza­sem śmieję się nocą, cza­sem za dnia. Kto to teraz wie? Śmieję się, żeby zabić czas, żeby zużyć kalo­rie, któ­rych dostar­cza mi Sza­kal, żeby moje ciało z drże­niem pogrą­żyło się we śnie.

Cza­sem też pła­czę. Nucę. Gwiż­dżę.

Słu­cham gło­sów dobie­ga­ją­cych z góry. Napły­wają do mnie z nie­skoń­czo­nego morza ciem­no­ści. Towa­rzy­szy im przy­pra­wia­jący o sza­leń­stwo brzęk łań­cu­chów i kości wibru­jący w ścia­nach mojego wię­zie­nia. Roz­le­gają się tak bli­sko, a jed­nak są odle­głe o tysiąc kilo­me­trów, jakby cały świat ist­niał tuż poza ciem­no­ścią, a ja nie mogę go zoba­czyć, dotknąć, poczuć, posma­ko­wać, nie mogę prze­bić tej zasłony i znów stać się jego czę­ścią. Tkwię uwię­ziony w samot­no­ści.

Sły­szę głosy w tej chwili. Brzęk łań­cu­chów i kle­kot kości sączą się przez moje wię­zie­nie.

Czy to moje głosy?

Śmieję się na tę myśl.

Prze­kli­nam.

Knuję. Zabij.

Wymor­duj. Wyłup. Roze­rwij. Spal.

Bła­gam. Mam przy­wi­dze­nia. Tar­guję się.

Sko­wy­czę modli­twy do Eo, szczę­śliwy, że oszczę­dzono jej takiego losu.

Ona nie słu­cha.

Śpie­wam bal­lady z dzie­ciń­stwa i recy­tuję Umie­ra­jącą Zie­mię, The Lam­pli­gh­ter, Rama­janę, Ody­seję w grece i łaci­nie, a potem w utra­co­nych języ­kach: arab­skim, angiel­skim, chiń­skim, nie­miec­kim, się­ga­jąc do wspo­mnień z info­No­śni­ków, które dał mi Mat­teo, kiedy byłem led­wie chłop­cem. Szu­kam wspar­cia u zbłą­ka­nego Greka, który pra­gnął tylko zna­leźć drogę do domu.

Zapo­mnia­łeś, co zro­bił.

Ody­se­usz był boha­te­rem. Poko­nał mury Troi za pomocą drew­nia­nego konia. Tak jak ja poko­na­łem armie Bel­lony za pomocą Żela­znego Desz­czu, który spadł na Marsa.

A potem...

- Nie - war­czę. - Zamilcz.

...jego ludzie weszli do Troi. Zna­leźli matki. Zna­leźli dzieci. I zgad­nij, co zro­bili?

- Zamknij się!

Wiesz, co zro­bili. Kość. Pot. Ciało. Popiół. Chło­sta. Krew.

Ciem­ność chi­cho­cze z rado­ści.

Żni­wia­rzu, Żni­wia­rzu, Żni­wia­rzu... Wszyst­kie czyny, które pozo­stają zapa­mię­tane, są spi­sane krwią.

Czy ja śnię? Czy to jawa? Zatra­ci­łem się. Wszystko zlewa się ze sobą, topi mnie w wizjach, szep­tach i dźwię­kach. Raz za razem szar­pię za wątłe kostki nóg Eo. Roz­trza­skuję twarz Julia­nowi. Sły­szę, jak Pax, Quinn, Tac­tus, Lorn i Vic­tra wydają ostat­nie tchnie­nie. Tak wiele bólu. I po co? Żeby zawieść moją żonę. Moich ludzi.

Aresa też. I przy­ja­ciół.

Ilu jesz­cze zostało?

Sevro? Ragnar?

Mustang?

Mustang. A jeśli ona wie, że tu jesteś... A jeśli po pro­stu jej to nie obcho­dzi... Bo dla­czego mia­łoby ją to obcho­dzić? To ty zdra­dzi­łeś. To ty kła­ma­łeś. To ty posłu­ży­łeś się jej umy­słem. Jej cia­łem. Jej krwią. Poka­za­łeś jej swoją praw­dziwą twarz, więc ucie­kła. A jeżeli to jej robota? Może to ona cię zdra­dziła? Mógł­byś ją wtedy kochać?

- Zamknij się! - krzy­czę na sie­bie, na ciem­ność.

Nie myśl o niej. Nie myśl o niej.

Dla­czego masz o niej nie myśleć? Prze­cież za nią tęsk­nisz.

Jej obraz poja­wia się w ciem­no­ści, tak jak poja­wił się wiele razy wcze­śniej - dziew­czyna odjeż­dża­jąca ode mnie konno po zie­lo­nym polu obraca się w sio­dle i ze śmie­chem woła, żebym za nią ruszył. Jej włosy falują jak złote źdźbła psze­nicy, które wiatr porywa z wozu far­mera.

Łak­niesz jej. Kochasz ją. Złotą dziew­czynę. Zapo­mnij o tam­tej Czer­wo­nej suce.

- Nie. - Walę głową w ścianę. - To tylko ciem­ność - szep­czę.

Tylko ciem­ność pła­ta­jąca figle mojemu umy­słowi. Mimo to pró­buję zapo­mnieć Mustang, Eo. Nie ma świata poza tym miej­scem. Nie mogę tęsk­nić za czymś, co nie ist­nieje.

Cie­pła krew spływa mi po czole ze sta­rych stru­pów, teraz świeżo zdar­tych. Kapie mi z nosa. Wycią­gam język, macam kamień, aż natra­fię na kro­ple. Roz­ko­szuję się solą, mar­sjań­skim żela­zem. Powoli. Powoli. Niech nowość tego wra­że­nia trwa. Niech smak pozo­sta­nie dłu­żej i przy­po­mni mi, że jestem czło­wie­kiem. Czer­wo­nym z Lykos. Pie­kło­nur­kiem.

Nie. Nie jesteś. Jesteś niczym. Żona cię porzu­ciła i ukra­dła wasze dziecko. Twoja dziwka odwró­ciła się od cie­bie. Nie byłeś dość dobry. Byłeś zbyt dumny. Za głupi. Zbyt nik­czemny. I teraz o tobie zapo­mniano.

Tak?

Kiedy ostat­nim razem widzia­łem Złotą dziew­czynę, klę­cza­łem obok Ragnara w tune­lach Lykos, pro­sząc ją, żeby zdra­dziła wła­sny lud i poszu­kała w życiu cze­goś wię­cej, dla czego warto trwać. Wie­dzia­łem, że jeśli zde­cy­duje się dołą­czyć do nas, marze­nie Eo będzie mogło roz­kwit­nąć. Lep­szy świat był na wycią­gnię­cie ręki. A zamiast tego ona ode­szła. Czy mogła o mnie zapo­mnieć? Czy miłość do mnie ją opu­ściła?

Kochała tylko twoją maskę.

- To tylko ciem­ność. Tylko ciem­ność. Tylko ciem­ność - mam­ro­czę coraz szyb­ciej.

Nie powinno mnie tu być.

Powi­nie­nem nie żyć. Po śmierci Lorna mia­łem tra­fić do Octa­vii, żeby jej Rzeź­bia­rze prze­pro­wa­dzili sek­cję zwłok i odkryli sekrety tego, jak sta­łem się Zło­tym; żeby prze­ko­nali się, czy mogą ist­nieć inni tacy jak ja. Jed­nak Sza­kal dobił targu. Zatrzy­mał mnie dla sie­bie. Tor­tu­ro­wał mnie w swo­jej posia­dło­ści w Attyce, wypy­tu­jąc o Synów Aresa, o Lykos i moją rodzinę. Nie powie­dział mi, jak odkrył mój sekret. Bła­ga­łem, żeby zakoń­czył moje życie.

A na koniec dał mi kamień.

- Kiedy wszystko prze­pad­nie, honor żąda śmierci - powie­dział mi kie­dyś Roque. - To szla­chetny koniec.

Ale co wie o śmierci bogaty poeta? Biedni znają śmierć. Nie­wol­nicy znają śmierć. I cho­ciaż jej pra­gnę, to się jej boję. Bo im wię­cej widzę okrut­nego świata, tym mniej wie­rzę, że koń­czy się jakąś przy­jemną fik­cją.

Dolina nie ist­nieje naprawdę.

To kłam­stwo opo­wia­dane przez matki i ojców, któ­rzy dają powód swoim umie­ra­ją­cym z głodu dzie­ciom, by te mogły znieść hor­ror. A tak naprawdę nie ist­nieje żaden powód. Eo prze­pa­dła. Nie patrzyła, jak wal­czę o jej marze­nie. Było jej obo­jętne, jaki los wywal­czy­łem sobie w Insty­tu­cie ani czy poko­cha­łem Mustang, bo w dniu, w któ­rym umarła, roz­pa­dła się w nicość. Nie ma niczego poza tym świa­tem. To nasz począ­tek i koniec. Nasza szansa na radość przed ciem­no­ścią.

Tak. Ale ty nie musisz umie­rać. Możesz uciec z tego miej­sca - szep­cze do mnie ciem­ność. - Wypo­wiedz te słowa. Wypo­wiedz je. Znasz spo­sób.

Ma rację. Znam.

- Wystar­czy, żebyś powie­dział "Pod­daję się", i wszystko to się zakoń­czy - powie­dział dawno temu Sza­kal, zanim spu­ścił mnie do tego pie­kła. - Umiesz­czę cię w ślicz­nej posia­dło­ści na resztę życia, będę przy­sy­łał ci cie­płe, śliczne Różowe i tyle jedze­nia, że roz­ty­jesz się bar­dziej niż Pan Popio­łów. Nie­stety te słowa mają cenę.

Są tego warte. Ratuj się. Nikt inny cię nie ura­tuje.

- Ceną, drogi Żni­wia­rzu, jest twoja rodzina.

Moja rodzina, którą wyrwał z Lykos. Wysłał po nią lur­che­rów i teraz trzyma ją w swoim wię­zie­niu w trze­wiach for­tecy w Attyce. Nie pozwo­lił mi ich zoba­czyć. Nie dał mi powie­dzieć, że ich kocham i jest mi przy­kro, że nie byłem dość silny, aby ich ochro­nić.

- Nakar­mię nimi więź­niów tej twier­dzy - powie­dział. - Męż­czyzn i kobiety, o któ­rych myśla­łeś, że powinni wła­dać zamiast Zło­tych. Kiedy zoba­czysz zwie­rzę w czło­wieku, zro­zu­miesz, że ja mam rację, a ty się mylisz. To Złoci muszą rzą­dzić.

Odpuść ich sobie - mówi ciem­ność. - Taka ofiara jest prag­ma­tyczna. Jest mądra.

- Nie... Nie zro­bię tego...

Twoja matka chcia­łaby, żebyś żył.

Nie za taką cenę.

Jaki czło­wiek potra­fiłby pojąć mat­czyną miłość? Żyj. Dla niej. Dla Eo.

Czy mogłaby tego chcieć? Czy ciem­ność ma rację? W końcu jestem ważny. Eo tak powie­działa. Ares tak powie­dział. Wybrał mnie. Ze wszyst­kich Czer­wo­nych wybrał wła­śnie mnie. Mogę zerwać okowy. Mogę odna­leźć w życiu coś wię­cej, coś, dla czego warto żyć. To nie byłby wcale ego­izm, gdy­bym uciekł z wię­zie­nia. Wła­ści­wie w szer­szej per­spek­ty­wie byłoby to wręcz bez­in­te­re­sowne.

Tak. Naprawdę bez­in­te­re­sowne...

Matka bła­ga­łaby, żebym zło­żył tę ofiarę. Kie­ran by zro­zu­miał. Podob­nie jak moja sio­stra. Mogę oca­lić naszych ludzi. Marze­nie Eo trzeba urze­czy­wist­nić za wszelką cenę. Moim obo­wiąz­kiem jest zacho­wać je przy życiu. Obo­wiąz­kiem i pra­wem zara­zem.

Wypo­wiedz słowa.

Walę głową w kamień i krzy­czę na ciem­ność, żeby ode­szła. Nie może mnie zwieść. Nie może mnie zła­mać.

Nie wie­dzia­łeś? Każ­dego można zła­mać.

Prze­ni­kliwy chi­chot ciem­no­ści kpi ze mnie, prze­cią­ga­jąc się w nie­skoń­czo­ność.

I wiem, że ma rację. Każ­dego można zła­mać. Sza­kal już zła­mał mnie tor­tu­rami. Powie­dzia­łem mu, że pocho­dzę z Lykos. Powie­dzia­łem, gdzie znaj­dzie moją rodzinę. Ist­nieje jed­nak spo­sób, żeby usza­no­wać to, czym jestem. To, co kochała Eo. Żeby uci­szyć głosy.

- Roque, mia­łeś rację - szep­czę. - Mia­łeś rację.

Po pro­stu chcę wró­cić do domu. Znik­nąć stąd. A jed­nak nie mogę. Jedyne, co mi zostało, jedyne hono­rowe wyj­ście to śmierć. Zanim jesz­cze bar­dziej zdra­dzę czło­wieka, któ­rym jestem.

Śmierć to droga ucieczki.

Nie bądź głup­cem. Prze­stań. Prze­stań.

Ude­rzam głową w ścianę moc­niej niż wcze­śniej. Nie po to, żeby się uka­rać, ale żeby się zabić. Skoń­czyć ze sobą. Skoro ten świat nie koń­czy się w żaden miły spo­sób, to będzie mi musiała wystar­czyć pustka. Jeśli jed­nak ist­nieje Dolina poza tą rze­czy­wi­sto­ścią, to ją znajdę. Nad­cho­dzę, Eo. W każ­dym razie jestem już w dro­dze.

- Kocham cię.

Nie. Nie. Nie. Nie. Nie.

Walę czaszką w kamień. Żar zalewa mi twarz. Iskry bólu tań­czą w czerni. Ciem­ność zawo­dzi do mnie, ale ja nie prze­staję.

Jeśli to jest koniec, to popę­dzę ku niemu z całą moją zacie­kło­ścią.

Jed­nak kiedy cofam głowę, żeby ude­rzyć po raz ostatni, z całej siły, moja rze­czy­wi­stość jęczy. Dudni jak trzę­sie­nie ziemi. To nie ciem­ność, ale coś poza nią. Coś w samym kamie­niu nade mną, co staje się coraz gło­śniej­sze, brzmi coraz bar­dziej basowo, aż ciem­ność pęka i roz­cina ją pło­nący miecz świa­tła.