Ławka dla leniucha z widokiem na jaskółkę
Z ostatniej ławki Helenka widzi wszystkich. Siedzi na końcu, z Kornelką, bo są najwyższe. Kiedyś trochę ją złościło, że patrzy głównie na plecy koleżanek i kolegów. Fajniej jest myśleć o kimś, widząc jego twarz. Choćby tylko oczy - można z nich sporo wyczytać.
Ale od czasu "tamtego najgorszego" jest nawet zadowolona, że ogląda tylko dziewczyńskie fryzury i śmiesznie przycięte czubki chłopięcych głów. Tak jest lepiej.
Różnie to było, kiedy wróciła do klasy po "najgorszym". Niektórzy wyczytali w jej oczach, że nie chce rozmawiać o tym, co się wydarzyło. Ale byli i tacy, co chcieli rozmawiać tylko o tym. Wiadomo! Nie każdy potrafi usłyszeć słowa, których wprawdzie głośno nie wypowiadasz, ale mówisz je całym sobą.
Kornelia na szczęście potrafi, choć i ona zaczęła bardziej przyglądać się Helenie. Z jakąś chorą ciekawością. Tak się przynajmniej Helenie wydawało.
Kiedyś przyłapała Kornelię na długim świdrowaniu oczami i zapytała ją wprost:
- Coś jest ze mną nie tak? Bo już sama nie wiem...
- Ja... ja tylko sprawdzam, czy ty nie śpisz, bo oczy masz przymknięte... - bąknęła Kornelia przepraszająco.
- Pewnie, że nie śpię! - oburzyła się Helena. - Dlaczego miałabym spać?
- Bo... bo... już jest przerwa śniadaniowa i w klasie zostałyśmy tylko my!
Tak je to wtedy rozbawiło, że do dzwonka chichotały na zmianę. Właściwie nie wiadomo z czego. Dopiero przed lekcją Kornelka spoważniała. Niby szukała czegoś w piórniku, grzebała w plecaku, aż wreszcie, nie patrząc na Helenę, cicho mruknęła:
- Ale super, że już można cię rozśmieszyć...
Nie każdy to potrafił. Na przykład bliźniaczki, Ola i Tola, udawały, że Helenki nie ma, nawet jak stawała koło nich lub mijała je na korytarzu. To było przykre, bo Helena lubiła je podwójnie i nie rozumiała, dlaczego nagle przestały z nią rozmawiać. Wspomniała nawet o tym mamie.
- Zapytaj je - poradziła mama, ale trochę tak na odczepnego.
Jak mogę je o to zapytać, skoro mnie nie widzą? - zastanawiała się Helena. To samo pytanie zadała po lekcji polskiego swojej wychowawczyni, słusznie przezywanej "Milusią". Ona zawsze wiedziała, co powiedzieć, i zawsze miała rację.
Milusia jak to Milusia - mocno przytuliła Helenę.
- Chyba wiem, o co chodzi - odezwała się po chwili z troską w głosie. - Ola i Tola podczas wakacji straciły babcię. Były z nią bardzo związane...
Helence zrobiło się Milusi żal, bo tak szukała słów, jakby wszystkie, których teraz potrzebowała, poszły na wagary.
- Myślę, że bliźniaczki świetnie cię rozumieją, ale jeszcze nie potrafią o tym rozmawiać.
- Nie chcę z nimi rozmawiać o "najgorszym"! - zapewniła Helena pośpiesznie. - Tylko normalnie, jak dawniej!
Coś złego zaczęło się dziać z jej oczami, więc na wszelki wypadek zamilkła.
- Nie każdy potrafi tak szczerze mówić o swych uczuciach... - Milusia gorączkowo dobierała najwłaściwsze słowa. - Chcę powiedzieć, że nie każdy jest taki dzielny jak ty - dokończyła z ulgą, zanim jej wzrok zatrzymał się na Helenkowych kucykach. - Ależ ci włosy urosły! To już niemal warkocze!
- Muszą być dłuższe - szepnęła Helena. - O tyle - dotknęła ręką ramienia. - Lena takie miała, pamięta pani? - odważnie podjęła temat wyraźnie niedający jej spokoju.
- Mama się chyba ucieszy... będzie jej miło, prawda? - Spojrzała na swoją panią z wielką nadzieją. Jakby szczęście mamy zależało od Milusi.
Nauczycielka wciąż się uśmiechała, ale już nie tak radośnie.
- Dla mamy nie są ważne twoje włosy - lekko ściszyła głos. - Ty jesteś dla niej najważniejsza. Nie musisz być do nikogo podobna... Zresztą nie znam drugiej tak mądrej i zabawnej dziewczynki - dodała z powagą.
- No... Nie wiem... - zastanowiła się głośno Helena, wciąż pełna wątpliwości. - Gdybym jeszcze była mniej roztrzepana i gdybym lepiej grała na pianinie... miała lepsze oceny, no i takie piękne włosy jak Lenka... Mhm... Myślę, że wtedy wszystkim byłoby łatwiej. Mama by tak nie cierpiała. Tata częściej by z nami rozmawiał, i w ogóle... - zamilkła na chwilę. - Ale... - zamrugała zabawnie - z tych wszystkich rzeczy najłatwiejsze są włosy!
Helena przestraszyła się wtedy swojego gadulstwa. To przecież nie były sprawy do rozmawiania. Nawet ściszonym głosem. Nawet z Milusią. To jej sekrety, które nagle wysypały się ze skrytki w głowie, nie wiadomo dlaczego.
Gdyby mama umiała przytulić Helenę jak nauczycielka, wszystko byłoby łatwiejsze. Tak wówczas pomyślała, biegnąc na lekcję wuefu. I dobrze, że Milusia przed tą lekcją Helenę przytuliła, bo potem były już same przykre chwile. Worek ze strojem do ćwiczeń został w domu. I tenże worek otrzymał kolejnego minusa w dzienniku. Helena musiała całą godzinę siedzieć na ławce dla leniucha i patrzeć, jak Adela pięknie robi jaskółkę. W dodatku tak ją robiła, żeby chłopcy, ćwiczący w salce obok, widzieli, co to za klasowa gwiazda z tej Adeli.
Jakby tych nieszczęść było mało, w drodze powrotnej do domu przyczepił się do Heleny ten pyszałkowaty Bruno i cały czas mówił jej o szpitalu, że niby wie więcej niż ona o tym "najgorszym". A przecież to nie Bruno miał wtedy dyżur, tylko jego tata. Poza tym Helena wcale nie chciała rozmawiać z Brunem ani z nim iść, ani słuchać o karetce... Skłamała, że zostawiła w szkole czapkę, i pędem ruszyła w drugą stronę.
- Helena! - krzyczał za nią Bruno. - Przecież ty masz tę czapkę na głowie!!!
Ale udała, że tego nie słyszy...