Rozdział 3
Bez nadziei na odsiecz
Katarzyna z utęsknieniem spoglądała przez południowe okienko w celi na roztaczający się pejzaż. Dookoła rozłożyła się zieleń, tylko gdzieniegdzie widać było czarny pas gruntu czekający na zasiew. Wiosna niosła ze sobą świeży zapach zieleniących się z wolna drzew, śpiew ptaków wzniósł się nad polami, a dźwięk ich docierał do uszu dziewczyny, wyrywając z jej duszy tęsknotę do wolności.
Wiosną różnobarwne ptaki przynosiły ze sobą przepowiednię przyszłego męża. Już dawno dziewczęta w jej rodzinnych stronach wybrały swoich kawalerów. Jak każdego roku losowały karteczki z męskimi imionami, aby nosić je przez jakiś czas przypięte do rękawa koszuli na znak przynależności. Kto wie, może Sara, jej przyjaciółka, w tym roku dała się skusić i wybrała w końcu jakąś wróżbę?
Do jej zmysłów wdarł się dźwięk męskich rozmów i końskich kopyt. Wyjrzała przez zachodnie okno. W tym momencie do celi wszedł strażnik Frank Bryck.
- Nie próbuj żadnych sztuczek - wymamrotał, żując poranny chleb.
Katarzynie zrobiło się niedobrze na jego widok. Umorusanymi rękoma wniósł misę z jedzeniem oraz spory dzban napoju.
- Co masz na myśli, szelmo? - parsknęła. - Cóż mogłabym uczynić, o czym byś nie wiedział? Wszak pilnujesz mnie skrzętnie, nieprawdaż?
Mężczyzna oparł się o kamienny mur, dłubiąc w zębach.
Widziała, że goście pospiesznie się zbierają, nie pozostawiając jej nadziei na odsiecz. Tylko jeden mężczyzna stał nieruchomo, wędrując wzrokiem po murach zamczyska. Odniosła wrażenie, że wpatrywał się prosto w jej okno, wyzwalając w niej iskierkę nadziei na wyjście z tarapatów. Możliwe, że ją widzi, być może uratuje.
Odziany w długie, białe szaty nie wyglądał ani na rycerza, ani na zakonnika. Zapewne to jakiś wędrowiec albo pielgrzym. Bujne włosy, lśniące i prawie białe, sprawiały, że jego postać stawała się majestatyczna.
Stała nieruchomo, słysząc bicie własnego serca. Słońce, które zaczęło wschodzić coraz wyżej, odbijając się w fosie, poraziło ją, więc zakryła ręką oczy, które po chwili odmówiły posłuszeństwa, widziały już tylko czarną plamę.
- Słońce, ach słońce, czyż jesteś mym wrogiem? - zanuciła głośno, zerkając zwężonymi oczyma w stronę szyldwacha, który niewzruszenie czuwał.
Nie przejmowała się jednak strażą i niezmiennie próbowała uchwycić wzrokiem sytuację na dziedzińcu. Gdy spojrzenie nabrało ostrości, miała wrażenie, że mężczyzna wpatrujący się w jej okienko wyciągnął rękę ku górze i pomachał do niej. Ale czy to możliwe, żeby ktoś ją tu zauważył? Niewykluczone, że jej dola rychło się odmieni.
Jednak los nie bywa zrazu taki łaskawy. Po chwili okazało się, że wszyscy rozpoczęli odwrót, pozostawiając ją zdaną na niełaskę wroga. Nawet nieznajomy, któremu wśród białych pasm włosów migotały gwiazdy.
Jedwabnej koszuli z moim monogramem pewnie nikt nie dostrzegł. Przygryzając wargę, roztrząsała w myślach. A pierścień z pewnością zabrał ten gbur, a jako że był cenny, nie wróci już do mnie. Jak mogłam tak nierozsądnie z nim postąpić? Nie mogę go stracić! Co ja narobiłam?! A teraz jeszcze odjeżdżają goście lorda. Jestem naiwna, a myślałam, że sprytna! Złościła się sama na siebie. Po raz kolejny rozdrażnienie zawładnęło jej umysłem. Wychodząc za lorda, oddam mu cały posag, spuściznę moich drogich rodziców, sama zaś będę mu wierną, kochającą żoną, która da mu tuzin maluchów, oczywiście samych synów.
Zaczęła nerwowo snuć się po celi, wymachując zamaszyście rękami. Przy wtórze szyderczego śmiechu śmierdziela kopnęła mały taboret, który znalazł się na jej drodze. Nie ulżyło jej, za to na ustach strażnika pojawił się szyderczy śmiech. Złapała za stojącą na podłodze cynową miskę, którą podał jej ze śniadaniem, a którego resztkami swej silnej woli nie tknęła, i wyrzuciła przez okno z rozsierdzoną, wręcz niedźwiedzią siłą, na co nie zdążył zareagować jej opiekun.
Bryck rzucił się do okna i zauważył, że odjeżdżający na swym rumaku Merick obejrzał się instynktownie za siebie. Widząc lecące naczynie, uchylił się, aby nie stać się ofiarą nieznanego rekwizytu. Robiąc unik, pozbawił obrony rozjuszonego swoją niepewną przyszłością giermka.
- Co do kroćset! - zaklął, pocierając obolałą głowę. - Iście zabawne towarzystwo mieszka w Dolgellau. - Zszedł z kasztanka, widząc rozbawienie na twarzach towarzyszy, trąc powstającego guza na głowie, podniósł naczynie i wymamrotał: - Komuś jadło nie smakowało. - Powąchał oblepione na ściankach miski resztki jedzenia. - I wcale temu komuś się nie dziwię, śmierdzi jak z końskiego zadka, bleee. - Skrzywił się, jakby skosztował zwierzęcych odchodów.
Merick zatrzymał wzrok na lewej wieży. Niewielkie okienka na tej wysokości wydawały się zbyt małe, żeby cokolwiek dostrzec. Strażnik odsunął się od okna, kryjąc się za murem, tak by pozostać niewidocznym.
- Masz szczęście, że nikt cię nie zauważył! - wysyczał, podchodząc w stronę dziewczyny. - Zostawię cię teraz samą, lady. Rozkoszuj się samotnością, aliści niebawem dnie i noce będziesz spędzała inaczej.
Katarzyną wstrząsnął dreszcz.
- Szczęście to ty masz, łachudro, że nie spłonąłeś na stosie własnych nieprawości. - Odwzajemniła się spojrzeniem godnym wiedźmy. - Ale nie martw się, takie sługusy diabła prędzej czy później odbierają należną zapłatę.
- Pamiętaj, lord nie zawsze będzie przy tobie, nadarzy się dobra okazja, wtenczas porozmawiamy inaczej. - Chwycił ją za nadgarstek, który natychmiast wyszarpała ze wstrętem na ustach, po czym odszedł, zostawiając ją roztrzęsioną.
Merick podjechał bliżej baszty, przyjrzał się jej uważnie. Odwrócił się i z delikatnym uśmiechem na zamyślonej twarzy pognał konia do przodu.
- Jedziemy, Bowen!
- Myślę, że powinniśmy sprawdzić, dlaczego nas obrzucono jadłem. To obraza, panie, i może powinniśmy...
- Milczeć! - zażądał Merick. - Nie mamy czasu na twoje myślenie. - Zgasił go wzrokiem, po czym spiął rumaka i pogalopował.
Katarzyna obmyśliła kolejny, jak jej się zdawało, chytry plan. Chwyciła metalowy kubek, nalała nalewki z mosiężnego dzbanka, który przyniesiono wczorajszego wieczora zamiast kolacji. Wypiła płyn jednym haustem prawie do dna, wycierając zamaszyście usta rękawem sukni. Na jej posępnej twarzy pojawił się cień otuchy, a usta wygięły się w wyzywającym uśmiechu. Usiadła na zimnej posadzce, układając wszystko po kolei w skołowanej od przemyśleń głowie, nieświadomie dopijając podany wcześniej napój.
Udam, że się zgadzam, i zażądam zwrotu rodowego skarbu. Pomysł był idealny. Ona będzie mu posłuszna, nawet pozwoli na przygotowania do ślubu, a gdy już da jej więcej swobody, ucieknie. Jeszcze nie wie jak, ale ucieknie. Ojciec nauczył ją, jak przetrwać długie drogi i nie dać się zagryźć wygłodniałemu wilkowi. Poradzę sobie z rabusiami!
- A teraz - powiedziała, ziewając - muszę odpocząć, jest mi słabo i na nic już nie mam siły. Dziwnie ściska mnie w żołądku i kręci mi się w głowie.
Zachwiała się. Zaczęła słabnąć. Głodówka, którą sobie zafundowała, i napój podany z przyrządzonego wcześniej naparu z kozłka, zaczęły działać. Wyczerpana i wygłodzona, resztkami sił dowlekła się do posłania, po czym straciła przytomność.
Pan domu rzeczywiście musiał opuścić twierdzę jeszcze przed wyjazdem gości, zabrał ze sobą jednego giermka. Nie pożegnał się z przybyszami, bowiem skoro świt zawitał, musiał się pilnie udać w drogę na spotkanie z szeryfem w hrabstwie Gwynedd.
- Przysłał po mnie, jakby nie mógł się pofatygować osobiście.
Lord Enemy głośno wypowiadał się na temat szeryfa, twierdząc, że król Edward dawno powinien powołać innego. Jego zdaniem ten był za stary i zbyt leniwy, ale popierał stronników króla takich jak lord Szymon de Montfort. Wszyscy żyli w zgodzie i dlatego król nie chciał innego szeryfa. A szeryf to szelma, wiedział, z kim trzymać, aby zachować stanowisko.
Tym razem Alec z chęcią wybrał się do niego z jednodniową wizytą.
- Przy okazji dowiem się, kim jest nieznajomy i jak na mój gust, zbyt ciekawski rycerz o egzotycznej urodzie - zwierzył się ze swoich zamiarów jednemu z zaufanych sług. - Chcę się zabezpieczyć przed ewentualnymi kłopotami, rozumiesz.
Sługa przytakiwał, nie chcąc urazić swego pana, że niewiele z tego pojmuje.
Lord był człowiekiem, który najpierw musiał poznać wroga, aby potem skutecznie go pokonać. A na ogół wszystkich uważał za wrogów. I nic nie mogło ujść jego uwadze ani przeszkodzić mu w realizacji zamierzeń. Katarzyna miała szczególne miejsce w jego niecnych planach, w jego łożu. I mimo że działała na niego jak czerwona płachta na byka, to jednak najważniejszy był dla niego majątek dziedziczki. Bogactwo ekscytowało go bardziej niż niejedna namiętna dziewczyna.
Wieczory, mimo że światem zaczęła władać wczesna wiosna, zapadały szybko i Alec nie zdążył załatwić tego, co zamierzał w ciągu dnia, gdyż szeryf kazał mu długo na siebie czekać. Wyjechał ze swej posiadłości w ważnej, jak go poinformowano, sprawie wagi państwowej.
- Po licha mnie wzywał?! - krzyczał, rozładowując gniew na swoim giermku.
Zatem chciał czy nie chciał, musiał pozostać na noc w gościnie u szeryfa, gdyż wieczorowe przygody wcale go nie pociągały, tym bardziej że ostatnimi czasy wiele słyszało się na temat rozjuszonej bandy rozbójników. Żałował teraz, że nie wziął ze sobą kilku ludzi, lecz wtenczas uważał, że lepiej będzie nie zmniejszać straży w twierdzy.
Rozdział 8
Znów kłopoty
Uszła spory kawał drogi. Las był porośnięty gęstymi paprociami, raczej rzadko odwiedzany przez okolicznych ludzi. Zapach wilgotnego błota unosił się w powietrzu. Wiatr kołysał bujnymi koronami drzew, donośny ćwierkot ptaków rozbudził jej zmysły, od czasu do czasu słyszała stukot dzięcioła. Dawno nie doświadczyła tylu przyjemnych dźwięków i nie czuła woni natury w samotności.
Zamyślona brnęła wciąż w głąb, kiedy to dotarły do niej ludzkie odgłosy. Pierwszym jej odruchem było przykucnięcie, by nikt jej nie dostrzegł. Po chwili ciekawość wzięła górę i starając się jak najmniej szeleścić, choć nie było to łatwe, podczołgała się bliżej głosów.
Nieznacznie rozsunęła gałąź krzewiny. Ujrzała pięciu mężczyzn w sile wieku, naprędce rozprawiających o zdobytych dzisiejszego ranka łupach, o ile właściwie zrozumiała.
- To są zwykli rabusie - wyszeptała do siebie, krzywiąc przy tym usta i marszcząc szczupły nos.
Nieopodal słychać było rżenie koni i trzask palących się drew.
Przed jej oczami ni stąd, ni zowąd na wielkim liściu paproci pojawił się ogromny, szary pająk. Dziewczyna zacisnęła sobie ręką usta, nie chciała bowiem, żeby jakowyś oprych usłyszał jej pisk wywołany strachem przed bestią. Rozpoczęła powoli się wycofywać.
- Tutaj nic nie upoluję, wracam - wydukała.
W tym momencie rozległo się łamanie gałęzi, jak gdyby ktoś przedzierał się przez krzaki. Już chciała wstać, by spiesznie wrócić w bezpieczniejsze miejsce, gdy poczuła, jak czyjaś wielka łapa chwyta ją za kubrak, którego sznurki zawiązane na piersiach zaczęły po kolei pękać niczym jedwabne nici.
- Co my tu mamy? - Ochrypły męski głos na podobieństwo żabiego skrzeku wprawił ją w odrazę. - Śliczny chłoptaś czy brzydkie dziewczę udające pięknego chłoptasia?
- Jak śmiesz, ty gburze, puszczaj, bo... bo...
Właśnie, bo co? Zastanowiła się. Co mogła im zrobić? Przecież nie może liczyć, że pokona ich łukiem ani nie może liczyć na pomoc Mericka, bo ten poluje zapewne w innej części lasu, a Bowen nie odejdzie od obozowiska. Znów tarapaty. Moja matka powinna nadać mi zupełnie inne imię: Kłopoty.
- Bo co mi zrobisz, paniusiu? - Zachichotał szyderczo mężczyzna wielki jak olbrzym. - Może powalisz mnie swoją zgrabną rączką?
Zawlókł ją do pozostałych czterech zbójów i rzucił nią, jakby była workiem pełnym gęsich piór. Rozejrzała się. Wokół niej stało pięciu wysokich, postawnych mężczyzn o obliczach niezbyt anielskich. Jeden z nich miał na głowie hełm rycerski z odkrytą lekko przyłbicą. Zważywszy na to, że pozostała część stroju należała raczej do wędrownego żebraka, wyglądał w rzeczy samej dziwacznie.
- Mamy gościa! - wrzasnął do pozostałych.
Podszedł do niej mężczyzna o kwadratowej twarzy i zimnych, bladoniebieskich oczach. Na iście szarej twarzy zauważyła niewielką bliznę wzdłuż lewego policzka, która nadawała mu upiorny wygląd. Widać było, że cyrulik nie sprawił się najlepiej.
- Jak myślisz, ile możemy dostać za tę dziewkę? Jest jakaś niemrawa, chuda jak szczapa.
Miał tak donośny głos, że Katarzynie zdawało się, że słyszy gromy na niebie. Serce jej zamarło, gdy dotarło do niej, co powiedział. Chcieli ją sprzedać? Do niewoli? Gorzej być nie mogło? Przed oczami pojawił się jej Bowen opowiadający o śmierci rodziców, którzy nie przetrzymali pracy niewolniczej, a czy ona, Katarzyna de Ridic, byłaby w stanie przejść taką próbę? Uświadomiła sobie, w jakim położeniu się znajduje. Zaiste mam frasunek!
Do wystraszonej dziewczyny podszedł młodszy i jak czuć było, odurzony mężczyzna, wlepiając w nią obleśne, zamglone spojrzenie.
- A może by wypróbować zdolności waćpanny?
Zaczął dotykać wychudzonych nóg Katarzyny, których nie skrywała żadna suknia, a jedynie obcisłe, męskie spodnie uwydatniające jej kobiece wdzięki. Mrucząc przy tym, przyprawiał zdruzgotaną o mdłości. Wiedziała, że musi natychmiast działać.
- Mam pieniądze - rzuciła w te pędy, wyszarpując się z niechcianych rąk. - Dużo pieniędzy, dużo złota i klejnotów! - Drżała z przejęcia.
Mężczyzna o kwadratowej twarzy ważył jej słowa z coraz to większym zaciekawieniem. Kopnął pijanego towarzysza, aby się odsunął od ofiary.
- Powiadasz, że masz pieniądze? - zwrócił się do niej z namysłem. - A gdzież je skryłaś? Może w tych nędznych fałdach koszuliny? - Wybuchnął śmiechem i po chwili wszyscy pozostali mu wtórowali.
Katarzynie wydawało się, że drzewa wokół zakołysały się w rytm ich głupkowatego śmiechu. Nie poddawała się jednak i próbowała ratować swoją skórę przekupstwem.
- Jam jest Katarzyna de Ridic, pani na włościach zamku On The Hill, zaginiona dziedziczka, za której odnalezienie czeka sowita nagroda, a i ja mogę zapłacić wam tyle, ile zechcecie - mówiła z nostalgią za własnym rodem, a jednocześnie z lekką obawą w sercu. No cóż, nie do końca wszystko było prawdą, lecz chwilowo nie pozostało jej nic innego, jak odwlec w czasie swoją śmierć albo jeszcze gorzej, kajdany.
- Jest jednak jeden warunek, oczywista. Nie możecie mnie tknąć! - Spoglądała niepewnie na swoje nogi, lecz wiedziała, że nie może teraz okazać strachu, więc bez zwłoki podniosła powieki do góry i z nieugiętą naturą obrzuciła wzrokiem obecnie gapiących się na nią jak na trefną zdobycz.
- Mamy ci uwierzyć, że takie obszarpane truchełko jak ty ma pieniądze? Wybacz - wytrzeszczył na nią swoje maleńkie, guzikowate źrenice, prychając przy tym, jak prosię - ale musisz dać nam dowód na to, coś rzekła. A warunki to my stawiamy, a nie nasza zdobycz, zapamiętaj to sobie! - ryknął tak potwornie, że aż podskoczyła niczym skórzana piłeczka, ulubiona zabawka Maxa.
- Ma się rozumieć. - Podniosła się z ziemi i wyciągnęła do niego spoconą z nerwów rękę. - To jest dowód. Jestem Katarzyna de Ridic, jak nadmieniłam, a oto świadectwo mej prawdomówności.
- Chcesz, bym cię całował po rękach? - Mężczyzna zaniósł się rechotem. - A może nie tylko na rękach skończymy? - Mężczyzna stojący obok, który wyglądał z racji swoich sterczących uszu jak leśny elf, oblizał rubasznie wargi, jakby zamierzał zasiąść do wieczerzy.
- Bacz tedy, głupku! - Trochę się zagalopowała ze swoją odpowiedzią, lecz nie dała poznać po sobie trwogi, która w tej chwili nią zawładnęła.
Zdjęła pierścień i wcisnęła zgłupiałemu mężczyźnie do ręki. Strach Katarzyny ustąpił wściekłości. Mężczyzna obejrzał klejnot rodowy, na którym znajdował się monogram.
- Ajuści, za to cacko i ciebie sporo dostaniemy. To droga biżuteria.
Katarzyna na sam dźwięk tych słów wzdrygnęła się, napięcie rosło. Krew zaczęła w niej szybciej krążyć, wywołując wypieki na policzkach. Pod wpływem wzburzenia zaczęła palić ją szyja.
- Ale nie tak wiele, ile ja wam mogę ofiarować. Dostaniecie złoto, które zapewni wam i waszym rodzinom wszystko, o czym mogliście marzyć. - Z pewnością jakieś rodziny mają. Rozważała, czy dobrze to przemyślała. - Dostatek do końca życia, i to bez przepychanek.
- Ale my lubimy walkę - wypalił młodszy z niewielkim zarostem.
- Aha - ciągnęła niewzruszenie - lecz jeśli coś mi się stanie, mój kochający do szaleństwa stryj - skłamała - nie spocznie, dopóki was wszystkich nie wybije, i nici z waszego złota. Wszak po śmierci nie ono będzie stanowić o waszej wartości.
- Nie straszny mi nawet sam król, jak widać do tej pory nikt nas nie pokonał. - Dookoła rozległ się urągliwy śmiech. - I długo tak pozostanie. A szranki zaostrzają nasz apetyt.
Pozostali przytakiwali, ale Katarzyna zawzięła się i wciąż nie poddawała.
- Jak chcecie. - Założyła ręce i odwróciła się do nich plecami, chciała ukryć swe przerażenie, a jednocześnie pokazać odwagę albo głupotę, stając plecami do wroga. - Lecz ja mogę dać wam o wiele więcej, niż sobie wyobrażacie. W moim domu są księgi ze złota i lustra wysadzane diamentami, nawet broń wykuta orientalnymi klejnotami służyła najznamienitszym szejkom. - Jak kłamać to na wielką skalę, od tego zależało jej życie. Chwilowe odciągnięcie ich myśli od rabunków i skuszenie łatwym zyskiem może odwlec jej zgubny los. - A to wszystko na wyciągnięcie ręki. Czyż wasze żony, siostry, matki i dzieci nie marzą o ciepłym, pewnym ognisku w domu, sukniach i klejnotach, które dadzą im poczucie bezpieczeństwa? Co im powiecie, gdy do nich wrócicie? Że odrzuciliście podaną na złotej tacy przyszłość, o jakiej może marzyć tylko człowiek, który kocha swoją rodzinę? Możecie wszystko to osiągnąć. Rodzinę, przyszłość i pieniądze, albo marną namiastkę tego, o czym śnią wasze rodziny. Wasz wybór!
- Nikt nie rozdaje swego majątku ot tak - wtrącił jeden z nich. Starszy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, o ciepłej, choć ochrypłej barwie głosu zwrócił jej uwagę. Jego przyszarzałe oczy wiele mówiły. Zdaje się, że położenie, w którym się znajdował, nie było do końca jego ulubionym zajęciem. I wydaje się, że słowa Katarzyny dawały mu cień szansy na zmianę.
- A czy zachowanie mojego życia to nie jest nagła i wielka potrzeba?! - Odwróciła się na nowo w stronę oprawcy i spojrzała mu prosto w oczy, badając w nim bodaj ostatnią, choć nikłą oznakę człowieczeństwa. - Ja życie cenię najwyżej, na nic mi złoto i diamenty, gdy żywot utracę. - Wydobyła z siebie przyjazny uśmiech zakropiony maleńkimi łzami, po chwili ciszy ciągnęła: - A tak nie stracę tego, co stanowi dla mnie najwyższe dobro, a wy zyskacie to, czego wam potrzeba, niezgorszą przyszłość. Jak wspomniałam, wasz wybór. A teraz bądź łaskaw i oddaj moją własność i wyjaw swoją cenę. - Zwęziła oczy i swoją postawą wymusiła, by pierścień do niej powrócił.
Mężczyzna, najprawdopodobniej dowodzący całą bandą, zebrał wokół siebie całą zgraję. Przerażona dziewczyna nie mogła nic usłyszeć, toteż stała, czekając jak na egzekucję. A może skorzystać z ich nieuwagi i... Lecz już po chwili doszła do wniosku, że to by niewątpliwie nie wyszło.
Nad lasem w zawrotnym tempie pochylała się noc, a właściwie prawdopodobnie to tylko Katarzynie tak się zdawało.
- Coś rzekł?! - Merick wrzasnął na trzęsącego się chłopaka. Rzucił obok ogniska dwa zające, które zdołał ustrzelić.
- Poszła ci pomóc, panie. To uparta niewiasta, nic nie mogłem zrobić. - Bronił się, skulił głowę, bojąc się reakcji swego pana, którego jeszcze nigdy takim wściekłym nie widział.
- W którą stronę poszła?! - Ręce mężczyzny trzęsły się niczym osika kołysana na wietrze, kiedy przypinał swój skórzany pas wraz z bułatem do bioder. Miał przyspieszony oddech, a wzburzenie rosło z każdym szeleszczącym liściem i łamaną gałązką pod stopami.
- Na północ, panie, tam, gdzie ty, oczywista.
- Musieliśmy się minąć. - Zaczerpnął powietrza. - Idę ją odnaleźć. Jeśli ją jaki dziki zwierz nie dopadł, to jest szansa, że znajdę ją w jednym kawałku.
- Czy mam iść z tobą, panie?
- Nie! Czekaj tu, może sama powróci. Dopilnuj, by ogień nie zgasł.
Bowen po chwili krzyknął za oddalającym się mężczyzną, by uważał na zagubione strzały, ale nie było najmniejszej reakcji.
- Zważywszy na stan, w jakim się, panie, znajdujesz, dobrze, że nie usłyszałeś.
- Wszystko słyszałem, Bowenie! - dobiegł go dźwięk z lasu. - Na diabli mi nadali tę niewiastę... - mruczał pod nosem. - Gdy ją dorwę, to złoję jej skórę! Co to za kobieta, która nie słucha się mężczyzny? - Przedzierał się przez krzaki, siekając witki mieczem.