Gwiazda przewodnia - Jeanie Gould

Kup ebooka

6.30 zł
5.42 zł (6,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ II.

 

- Reginaldzie - rzekła miss Rachela Gray, zatrzymując się w przechadzce swej po pokoju - proszę cię, przestań grać i usiądź spokojnie na chwilę. Ojciec twój powinien zaraz przybyć.

Ogień płonął wesoło na marmurowym kominku, ponad którym zawieszone lustro odbijało elegancki i wygodnie urządzony pokój; w pośrodku stał stół śnieżnym obrusem nakryty ze srebrnym przyborem do herbaty.

Po dwóch czy trzech silnych akordach Reginald Gray zamknął hałaśliwie fortepian i wyszedł do sąsiedniego pokoju z głową nieco wtył odrzuconą i wyrazem twarzy, zdradzającym lekkie zniecierpliwienie.

Był to szesnastoletni chłopiec, wysoki nad wiek, pełen sprytu i życia, które tryskało z każdego ruchu i wejrzenia jego. Miał świeżą cerę i piękne rysy swego ojca, delikatne i wrażliwe usta, oraz ciemno-błękitne oczy zmarłej przedwcześnie matki. Wychowany przez rozsądnego a kochającego ojca, pokładał w nim zaufanie bez granic; to też zwierzał mu się z każdego kroku swojego i z każdego wybryku chłopięcego.

Usłyszawszy kroki u drzwi wchodowych, Rex, gdyż tak nazywano go przez skrócenie, skoczył żywo do sieni, wołając uradowanym głosem:

- Papo, drogi papo! jakże rad jestem, że cię widzę!

- I ja również, mój chłopcze! - rzekł sędzia wesoło.

Rex zarzucił ojcu obie ręce ma szyję, całując go i ściskając z całej siły. Jakkolwiek był już dużym chłopcem, zawsze ojca witał i żegnał w podobny sposób.

- Jak się masz, Rachelo? - spytał sędzia, witając siostrę. - Czy ból głowy mniej ci dokucza, niż zwykle? Mam nadzieję, że Rex nie zachowywał się zbyt hałaśliwie. A czy pamięta, na jaki użytek przeznaczone są słomianki przede drzwiami?

- Przypominam to sobie raz na trzy dni - odparł Rex, śmiejąc się. - Zabłocone obuwie zostawiam zawsze w sieni, a w pokoju, dla przyjemności cioci, noszę cichostępy.

To mówiąc, wysunął nogę, obutą w kanwowe pantofle.

- Babcia wyhaftowała mi je w tym celu.

- Jakże się ma babcia? - spytał sędzia.

Tak rozmawiając, zdejmował z siebie palto, poczem cała rodzina zasiadła do kolacji.

- Jakże ci idzie greczyzna? - zapytał syna.

- Kapitalnie, papo! Nie mogę tylko zapamiętać nazw okrętów, a jestem pewny, że i stary Homer musiał równie jak ja nałamać sobie głowy nad niemi. W łacinie zrobiłem również duży postęp. Pan Ransom upewnia, że na przyszły rok zdam egzamin do uniwersytetu. Cóż papa mówi na to?

- Bardzo pięknie, mój synu.

- A teraz proszę mi powiedzieć, czy papa osądził już wszystkie sprawy?

- Nie jeszcze, ale dużo ich już zbyłem z głowy. Opowiem ci ciekawą przygodę, jaka zdarzyła mi się w drodze.

- Słucham! - żywo podchwycił Rex, zbliżając krzesło swoje do ojca.

- Przypominasz sobie, w jak okropną zawieję wyjechałem z domu. Stanęliśmy w Seybrock bardzo późno. Prócz Stevensa i mnie, jechały w dyliżansie dwie tylko podróżne. Jedną z nich była 10-cioletnia dziewczynka, bardzo ubogo odziana.

Tu głos sędziego zadrżał nieco. Nie mógł nigdy bez wzruszenia mówić o cierpieniach biednych dzieci.

- Na imię jej Marjorie - dodał po krótkiej przerwie - otóż stary mój płaszcz okazał się znów bardzo użytecznym, bo ochronił ją od mrozu... Poczciwa Zuzanna uraczyła nas wyśmienitą wieczerzą i ułożyła dziewczynkę do snu w swoim pokoju.

- Skądże ona jechała i dokąd? - spytał Reginald.

- Widzisz, Irlandczyk, który wsadził ją do dyliżansu w Wyn, prosił mnie, abym ją odstawił do niejakiego Terencjusza Mac-Keona w Seybrock; ale zebrawszy różne niepochlebne informacje o tym człowieku, powziąłem przekonanie, iż nie godziłoby się powierzać mu tak wątłej i delikatnej dzieciny. Nie jest ona żadną krewną Mac-Keonów; matka jej, której wcale nie pamięta, umarła przed laty w domu Darbego Mac-Keona, a i on przed dwoma tygodniami przeniósł się także do wieczności. Żona jego Judyta, nie chcąc dłużej trzymać u siebie sierotki, postanowiła odesłać ją do brata nieboszczyka swego męża, do owego Terencjusza. W całej tej historji jedynym porządnym człowiekiem wydał mi się ów Irlandczyk, który przyprowadził dziewczynkę do dyliżansu. Jest to niejaki Barnej Brian, skrzypek z powołania, jak Zuzanna utrzymuje, bardzo poczciwy człowiek. Widziałem się z nim dzisiaj, przejeżdżając przez Wyn, i poczciwiec aż się rozpłakał z wdzięczności, gdy mu powiedziałem, że chcę się zaopiekować losem małej jego protegowanej.

- O! papo! sprowadź ją tutaj! - z uniesieniem zawołał Rex

- Ależ, Reginaldzie... - zaprotestowała miss Rachela.

- Właśnie chcę się w tym względzie poradzić babci, i ciebie, siostro - rzekł sędzia, zwracając się ku niej.

Zaufanie brata widocznie pochlebiło miss Racheli.

- Czyż naprawdę myślisz wziąć tę małą Irlandkę do swego domu, Dżemsie? - spytała.

- Nie mam zamiaru ulokować jej tutaj na stałe, ale przynajmniej na jakiś czas, nim nawyknie do obcego otoczenia. Przychodzi mi na myśl prosić babcię, aby ją przyjęła do swojej ochronki. Cóż ty na to, Rachelo?

- Możeby to dało się zrobić, ale nie wiem, czy opiekunki tego schronienia przyjmują dzieci z innej prowincji.

- Głupstwo! - przerwał Rex, wybuchając.

- Zapominasz się, Regie!

- Ale bo, przepraszam cioteczkę, bo wiem, że babunia nigdy nie odmówi miłosierdzia dla biednego dziecka, którem się papa interesuje. Czegoby babunia nie zrobiła dla papy.

- Uspokój się, moje dziecko. Otóż Rachelo, myślę pójść do babci i o tym interesie zaraz z nią pomówić. Stevens obiecał mi przywieźć tu tę maleńką i chciałbym o to napisać do niego jutrzejszą pocztą.

- Ależ, mój drogi Dżemsie - rzekła miss Rachela, przerażona wprowadzeniem tego obcego i nieznanego żywiołu do rodzinnego swego kółka - czyż nie wypadałoby, abym wpierw napisała do mistress Merill, zapytując o tę małą? Wszakże należy zachować pewne ostrożności...

Figlarne oczy Rexa poczęły mrugać znacząco, lecz ojciec, unikając spotkania z jego wzrokiem, odparł siostrze łagodnie:

- Nie trafi się prędko druga taka dobra sposobność; trzeba korzystać z propozycji Stevensa. Zresztą poinformowałem się już dokładnie o wszystkiem.

- Rex, zbieraj się. Pójdziemy do babci.

Jednym susem chłopiec skoczył na górę po czapkę i wybiegł za ojcem, nie bacząc na napomnienia ciotki, wygłoszone jednostajnym miarowym tonem, który rozdrażniał go zawsze do żywego.

Sędzia wraz z synem zastali panią Livingstone siedzącą w bawialnym pokoju z pończoszką w ręku. Dziadek poszedł do siebie na górę, aby przeczytać gazety.

- Ach, to ty, Rexie! - zawołała babcia, witając go serdecznie.

Głos zacnej kobiety nie zestarzał się, równie jak i serce; zachował on miłe brzmienie i dźwięk metaliczny.

- Domyśliłam się, że cię tu dzisiaj sprowadzi przeczucie, bo Betsy upiekła świeże ciastka z migdałami.

- Co widzę! i twój ojciec jest z tobą!

- Jak zdrowie twoje, matko? - spytał sędzia, całując ręce teściowej.

Rex udał się zaraz do kredensu, skąd przyniósł sobie ogromny zapas ulubionych swoich przysmaków. Babcia zaś, siedząc w fotelu i poruszając machinalnie drutami, przysłuchiwała się z zajęciem opowiadaniu sędziego i ku nieopisanej pociesze wnuka zaaprobowała w zupełności projekt umieszczenia Marjorie w ochronce.

- Są właśnie dwa miejsca wolne - rzekła. - Jutro zaraz pójdę do miss Brooks (Bruks), przełożonej zakładu, aby się z nią naradzić. A czy pomyślałeś o ubraniu jej, mój zięciu, czy też życzysz sobie, abym ja się tem zajęła?

- Zostawiłem w tym celu trochę pieniędzy Zuzannie, a ta obiecała mi dopilnować, aby wszystko było w porządku.

- Można śmiało polegać na jej praktyczności. Cóż na to mówi Rachela?

- Sądzę, że zgodzi się na wszystko, gdy sprawa zostanie już załatwioną.

Po tej rozmowie, gdy decyzja względem losu sierotki już stanowczo zapadła, sędzia udał się do swego teścia na górę, aby porozmawiać z nim o ostatnich wiadomościach z dziedziny polityki. Rex pozostał przy babce, chrupiąc ciastka i projektując różne sposoby zabawienia małej nieznajomej. Tak przytem był wesół i niewyczerpany w opowiadaniu różnych swoich figlów szkolnych, że babcia uśmiała się do łez, co mu zawsze wielce pochlebiało, świadczyło bowiem dobrze o narratorskim jego talencie.

Już późnym wieczorem ojciec i syn, obaj zadowoleni, powrócili do domu, a Rex, skacząc po trzy schody na raz, przypadł do drzwi ciotki i, stukając w nie z całych sił, zawołał:

- Babcia zgadza się! Dziewczynka przyjedzie do nas w przyszłym tygodniu!

I lotem strzały puścił się napowrót na dół.

 

 

ROZDZIAŁ IV.

 

Przyjęcie sierotki do domu sędziego Graya wywołało wrażenie pośród wszystkich jego znajomych; jedni chwalili ten postępek, inni mieli mu go za złe, głównie ze względu na syna jego, Reginalda, i z powodu wielkiego przywiązania, jakie młody chłopiec okazywał dziewczynce. Właśnie tego rodzaju rozmowa toczyła się już od chwili w pokoju babki Reginalda.

- Jest to bardzo niedorzecznie ze strony Dżemsa - mówiła pani Marston, siostra sędziego Graya. - Nie zastanawia się, jakie to może pociągnąć za sobą następstwa. Przekonasz się pani, kochana mistress Livingstone, że jeżeli to dziecko dłużej pozostanie w domu mego brata, nie będzie zdatne później do żadnej ochronki. Reginald tak ją rozpieszcza...

Tu pani Marston przerwała, przypomniawszy sobie w porę, że babcia nie lubiła, aby ganiono jej ulubionego wnuka.

Pani Marston była to piękna kobieta, elegancko wystrojona, jednak w niczem, ani w rysach, ani w usposobieniu, do brata nie podobna.

- Regie tak lubi małe dziewczynki... - uśmiechając się, odparła mistress Livingstone.

- I owszem, ale to jego zachwycanie się dziewczynkami nie tyczy się jakoś jego kuzynek - kwaśno zaprzeczyła pani Marston, spoglądając w stronę okna, przy którem siedziała przesadnie wystrojona dziesięcioletnia dziewczynka. - Prawda, ze moja Lilka ma także swoje kaprysiki! Zupełnie słusznie czyni Rachela, że usiłuje tę małą Irlandkę utrzymać na właściwem stanowiska, ale Rachela jest tak dobra, że byle mała była czysto umytą i nie rozsypywała okruszyn po dywanie, to jej pozwala robić, co chce. Dziś wstąpiłam tam po śniadaniu i zastałam dziecko to, siedzące na kanapie, a Reginalda, grającego dla niej na fortepianie! Da pani temu wiarę?

Marjorie już od 10 dni zostawała pod gościnnym dachem sędziego Graya. Zbliżało się Boże Narodzenie, a pani Marston, która przybyła w celu urządzenia choinki dla bratanka, doznała niemiłego zdziwienia, widząc, że choinka już jest prawie przybraną i że drobne podarki, zawieszone na drzewku z napisem: "Marjorie", były tak liczne, jak i prezenty, przeznaczone dla jej dzieci. Rex nie tylko, że wydał wszystkie swoje pieniądze na zabawki dla swej małej przyjaciółki, ale jeszcze uprosił babci, aby dla niej kupiła ciepłe, choć tanie popielicowe futerko. Dobra staruszka przydała zaś do niego parę czerwonych, wełnianych pończoszek własnej roboty i pudełko owsianego cukru. Zobaczywszy to, pani Marston nie chciała sprzeciwić się wprost bratu, lecz wystąpiła ze swemi żalami przed babcią, sądząc, że znajdzie u niej poparcie.

- Margie jest bardzo miłą i grzeczną dziewczynką - rzekła pani Livingstone, śmiejąc się w duchu z niezadowolenia siostry swego zięcia. - Regie zaś o tyle starszym jest od niej, że nie widzę nic złego w ich przyjaznym stosunku. Wiesz, moja Helenko, że nie wiem wprawdzie dlaczego, ale nie mogę uwierzyć, aby ona była irlandzkiego pochodzenia; mówi tak poprawnie i bez cudzoziemskiego akcentu, że mnie to mocno zadziwia.

- Czy jest Irlandką, czy nie, mniejsza o to, ale jeżeli ją przeznaczają do ochronki, to nie powinna pozostawać dłużej u mego brata - rzekła pani Marston.

- Szkarlatyna panowała w ochronce, więc nie możemy jej tam umieścić, póki obawa zarazy nie minie. Margie jest bardzo wątłą, a doktór Gibs powiedział, że znać, iż w dzieciństwie przechodziła ciężką jakąś chorobę, dlatego też zdrowie jej wymaga wielkiej pieczołowitości. Dziś widziałam się z ochmistrzynią zakładu, która mi mówiła, że jeszcze czworo dzieci leży chorych na wysypkę.

- W takim razie będę trzymać Lilkę zdala od tej dziewczynki. Nie życzę sobie, aby moja córka przebywała w podobnem towarzystwie.

- Tylko nie przesadzaj, moja Helenko - odparła babcia, szybko poruszając drutami. - Obcowanie z czystemi, dobremi dziećmi nikomu ujmy nie przynosi. Moim córkom pozwalałam zawsze bawić się z dziećmi piastunki i nie wynikła stąd żadna dla nich krzywda. - To mówiąc, babcia wyprostowała się z godnością.

Pani Livingstone pochodziła z bardzo znacznej rodziny i miała w sobie wiele rodowej dumy, chociaż nie lubiła przechwalać się swemi stosunkami.

Mroźny i pogodny dzień Bożego Narodzenia zabłysnął nad światem. Reginald, który bawił się z Margie rzucaniem kul śnieżnych na podwórzu, szedł do śniadania wesół i zarumieniony, gdy ciotka Rachela napomniała go, aby poszedł złożyć dziadkom życzenia świąt wesołych.

Po odejściu jego wzięła Marjorie na kolana i zaczęła jej opowiadać biblijną legendę o jasnej, błyszczącej gwieździe, która oczom mędrców i pastuszków zaświtała na niebie w ową cudowną noc zimową. Gdy następnie cała rodzina udała się do kościoła, Margie, która nigdy przedtem nie była w domu Bożym w dzień Bożego Narodzenia, ledwo mogła powstrzymać okrzyk zdumienia na widok złocistej gwiazdy, zwieszonej wśród festonów z kwiatów i zieleni. Gdy zaś poważne, a przejmujące tony organów zabrzmiały wśród ciszy, dziewczynka, zachwycona i zarazem przelękniona, zawołała wpół głośno:

- O! cóż to za wielkie, wielkie skrzypce!

Na te słowa Regie o mało nie zadławił się od śmiechu, nawet miss Rachela zaledwie zdołała utrzymać swoja powagę.

Przez dzień cały dziecinna wyobraźnia Margie podnieconą była do wysokiego stopnia opowiadaniem Rexa o cudach i niespodziankach, kryjących się za szczelnie zamkniętemi drzwiami bibljoteki. Dzień ten wydawał im się nieskończenie długim, pomimo wesołego obiadu u babci, której stół był zastawiony rozmaitemi łakociami.

O godzinie 5-tej rodzina zaczęła się schodzić, a młodzież zebrała się bardzo licznie. Pani Marston przyprowadziła trzy swoje córki; brat sędziego, pan Norton Gray, czterech chłopców i maleńką, trzyletnią córeczkę, a pani Maxwell, jedyna córka babci Livingstone, przybyła z siedmiorgiem dzieci, z których Persy, student z uniwersytetu w Kambridge (Kembridż), o dwa lata był starszy od Reginalda. Po nim następowała Klara, siedemnastoletnia panienka, która za rok już wystąpić miała w świecie jako dorosła panna.

Pani Marston stanowiła wzór elegancji dla Klary, która zachwycała się właśnie jej wachlarzem ze strusich piór.

- Czy widziałaś kiedy w życiu coś piękniejszego? - mówiła do Mety Livingstone.

Meta, wesoła i pełna prostoty i swobody piętnastoletnia dzieweczka, ulubiona przez Reginalda z pomiędzy licznych kuzynek, rozśmiała się.

- Moja Klaro, przyznam ci się, że się wcale na tem nie znam.

Tymczasem Margie, walcząc ze swoją nieśmiałością, stała ukryta za krzesłem miss Racheli i przyglądała się zabawom hałaśliwej dziecinnej gromadki.

- Gdzie może być pan sędzia? - zapytywała siebie w duchu. - Nie widziałam go od obiadu. A Regie? Serduszko jej uderzyło niepokojem na myśl, iż może o niej zapomniał.

Wtem drzwi bibljoteki nagle się otworzyły i w tej samej chwili ktoś pochwycił ją i uniósł do góry.

- A co, maleńka? czy widziałaś kiedy podobnie wspaniałą choinkę? - wesoło zapytał Rex, podtrzymując ją, aby nie spadła ze stołka, na którym ją postawił.

W pośrodku obszernej sali stało drzewo, wierzchołkiem sięgające niemal sufitu. Na zielonych gałązkach, oświetlonych różnokolorowemi stoczkami, wisiało mnóstwo książek, zabawek i łakoci, dokoła których dzieci cisnęły się w radosnem oczekiwaniu.

- Zaczynajmy! - wołała Lilka, niecierpliwiąc się. - Ta śliczna lalka z włosami to pewnie dla mnie!...

- Przestań, Lilko - upominała matka.

Wtem pan Norton Gray zabrał głos:

- Panowie i panie! pozwólcie mi przedstawić sobie dostojnego nieznajomego, który na usilne prośby gospodarza domu, przyszedł zaszczycić nas swoją obecnością. Przybywa on z bardzo daleka, niosąc drogocenne dary dla każdego; ponieważ jednak bardzo mu się śpieszy, gdyż musi dążyć do wielu jeszcze innych domów, gdzie go dzieci z upragnieniem wyczekują, proszeni zatem jesteście nie trudzić go żadnemi pytaniami. Słyszę go już stukającego do okna. Witaj nam, święty Mikołaju!

Oczy wszystkich zwróciły się ku balkonowi, a gdy pan Norton otworzył jedną połowę szklanych drzwi, wszedł przez nie człowiek ubrany w obszerny płaszcz, z długą siwą brodą i białemi włosami, od których spływały sople lodowe. Oczy jego żywo błyszczały, choć plecy uginały się pod dużym tłumokiem, z którego kolejno zaczął wyjmować różne przedmioty. Skłoniwszy się najsamprzód głęboko przed Klarą, rzucił jej na kolana maleńkie lusterko, na widok czego wszystkie dzieci parsknęły głośnym śmiechem, bo próżność młodej dziewczyny znaną była każdemu. Potem z otwartego pudła zaczął padać istny deszcz cukierków i pralinek, zaściełając całą posadzkę; dzieci rzuciły się na nie gromadnie. Wielkie pudełko smażonych zagranicznych owoców dostało się Mecie; Jerzy Gray dostał łyżwy, a mały Dżim Maxwell loteryjkę. Gdy zaś św. Mikołaj przystanął przed Marjorie, broda jego zatrzęsła się tak silnie, że aż odpadł z niej jeden sopel lodowy. Margie, która, stojąc na krześle obok Rexa, z niedającym się opisać zachwytem śledziła ruchy starca, ujrzała go zdejmującego z drzewa ową śliczną, o długich włosach lalkę, będącą celem gorących pragnień kapryśnej Lilki, i przybliżającego się do niej. Twarz Margie przybrała taki wyraz zdumienia i niewysłowionej radości, gdy staruszek złożył tę lalkę w jej ręce, że mniemany św. Mikołaj nie mógł się powstrzymać od uśmiechu; zdradził tem swoje incognito.

- Ależ to pan sędzia! - zawołała Margie w radosnem uniesieniu. - Poznaję jego oczy i zęby!

Grzmot oklasków zawtórował słowom dziewczynki, która, przerażona swoją śmiałością, zbladła i cofała się wtył, gdy sędzia, odrzucając siwą perukę, długą, przyprawioną brodę, oraz białą, fałdzistą suknię, schwycił ją w swoje objęcia.

Nie uszło to złośliwej uwagi pani Marston.

Dzieci z ciekawością zaczęły oglądać swoje podarki; były one piękne, a niektóre kosztowne. Regie otrzymał w darze od ojca i od wuja książki ozdobnie oprawne; ciotka Rachela podarowała mu złote spinki do mankietów, ciotka Marston pierścień z wyrytym na nim familijnym herbem, babcia Livingstone ofiarowała ukochanemu wnukowi parę futrzanych rękawiczek. Klara rozkoszowała się darem ślicznego wachlarza, podobnego do tego, który miała pani Marston, a Meta otrzymała od wuja dwie śliczne bransoletki. Każdy więc był zadowolony, z wyjątkiem jednej tylko Lilki, która znieść nie mogła myśli, że piękna lalka o złocistych puklach i błękitnych, jak niebo, oczach dostała się małej, nieznanej Irlandce.

Dzieci rozeszły się małemi gromadkami po pokoju, a Margie usiadła cichutko pod oknem, tuląc do siebie swoje skarby. Oprócz owej pięknej lalki, na zakupienie której Regie wydał wszystkie swoje pieniądze, i trzech podarunków od babci, dostała ona jeszcze czerwono oprawną książkę z obrazkami od sędziego Graya, a od ciotki Racheli niebieską, włóczkową chusteczkę i mały koszyczek do roboty. Oglądając po szczególe każdy przedmiot, a mianowicie śliczną lalkę, ubraną w białą sukienkę, z błękitnemi kokardami, oraz prześliczne pantofelki na jej nóżkach, obciągniętych ażurowemi pończoszkami, Margie, pogrążona w cichym zachwycie, nie zauważyła, że dzieci podchodzą ku niej.

- Pozwól i mnie przypatrzeć się twojej lalce! - z ładnym uśmieszkiem prosiła Patti Gray.

- I mnie! i mnie! - powtórzyły za nią inne głosy.

- I owszem, proszę! - uprzejmie odparła dziewczynka - tylko nie stłuczcie jej!

Wtem Lili podeszła ku niej i ostrym tonem zapytała:

- Kto ci dał tę lalkę?

- Regie - nieśmiało odparła Margie, rumieniąc się z przestrachu pod surowem wejrzeniem gniewnych oczu, skierowanych ku niej.

- Powinien był mnie ją dać, zamiast jakiejś tam głupiej gry, którą dostałam od niego... Nie cierpię gier! - mówiła, bliska płaczu.

- Wstydź się, Lilko! - napominały dzieci.

- Nie! nie wstydzę się tego, co myślę! - wołała, zapalając się coraz bardziej. - Rex musiał chyba stracić zmysły, żeby taką piękną lalkę darować tej ordynarnej irlandzkiej dziewczynie!

Głos jej przeszedł niemal w łkanie, gdy naraz silna dłoń szarpnęła jej ramieniem.

- Jak śmiesz odzywać się w ten sposób! - zawołał Rex głosem porywczym i drżącym z oburzenia. - Jakiekolwiekby było jej pochodzenie, Marjorie stokroć lepiej jest wychowaną od ciebie.

Podniesiony ton żywo toczącej się rozmowy zwrócił uwagę starszych.

- Co tu się stało, Rexie - spytał sędzia, że jesteś taki wzburzony?

- Lili Marston przezywa Marjorie ordynarną Irlandką. Ciotko Heleno, proszę zabronić jej tego. Margie jest naszym gościem, zarówno jak i inni. Nikt nie ma prawa jej ubliżać!

- Nie mówię tego, coby nie było prawdą! - wtrąciła Lili, blada z gniewu. - Słyszałam wczoraj, jak mama mówiła do babci Livingstone, że Marjorie jest ordynarną irlandzką dziewczyną i że nie życzy sobie, abym przestawała w jej towarzystwie. I... i... zabierz sobie swoją grę, Regie!... nie chcę jej!... [Pogardliwe wyrażenia o Irlandji i Irlandczykach, z jakiemi czytelnik spotka się w ciągu tej powieści, dają miarę, jak brzydko Anglicy obchodzą się z zawojowanym przez nich nieszczęśliwym narodem, dającym jednakże, mimo swego ubóstwa i pognębienia, dowody niezwykłej żywotności i siły moralnej oraz pięknych cnót domowych i narodowych].

- Lili! Lili! - napominała zawstydzona matka.

- Lili! wstydzę się za ciebie! - przemówił sędzia głosem tak surowym, że rozzłoszczona dziewczynka przestała płakać pod wpływem strachu. - Jak możesz poddawać się tak brzydkiemu uczuciu zazdrości względem tego biednego dziecka, które nigdy w życiu swojem nie zaznało żadnej przyjemności! Proszę cię bardzo, niechaj to będzie po raz ostatni!

- Idź na górę i czekaj tam, aż powóz zajedzie - rozkazała mocno podrażniona matka Lili; potem, zwracając się do brata, dodała:

- Dżemsie, mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie?

- Gniewać się... nie, ale ze smutkiem spostrzegam, jak źle prowadzisz dzieci swoje, Heleno - odparł sędzia.

- Lili zostanie surowo ukaraną - zapewniała matka - ale pozwól sobie powiedzieć, bracie, że i ty jesteś bardzo nieoględnym. Do czego doprowadzi ta twoja przesadna filantropja?

- Nie obawiaj się, moja droga, o Rexa jestem spokojny. - Czy mogę ci służyć filiżanką herbaty?

Babcia, spostrzegłszy, że Margie wyszła z pokoju, poszła jej szukać i zastała ją siedzącą na schodach z główką opartą na ramieniu Reginalda, który daremnie usiłował ją pocieszyć i w płaczu utulić.

- Cóż znowu? - wesoło uspokajała babcia. - Margie, kochanie! nic przecie złego nie zrobiłaś, a wtedy godzi się tylko płakać, gdy się ma nieczyste sumienie.

- Czyż ja jestem inną, niż tamte dziewczynki? - mówiła z płaczem. - Przezywają mnie Irlandką, ale ja nie jestem Irlandką! Mac-Keonowie są Irlandczycy, ale ja nie!

- Uspokój się, moje dziecko - odparła babcia - a w duchu pomyślała sobie, że niejedno bolesne przejście czeka w późniejszem życiu tę tak głęboko uczuciową i wrażliwą dziecięcą naturę.

- Lili nie powinna była w ten sposób przemawiać do mnie!... - mówiła Margie, boleśnie dotknięta jej niesprawiedliwością.

- No przestań już, przestań, maleńka! - prosił Regie - bo zobaczysz, że poobcinam wszystkie loczki lalce i będzie wyglądać jak pudelek małego Tomcia!

Margie uśmiechnęła się wśród łez, nie mogąc oprzeć się przewadze, jaką Regie miał nad nią.

- Gdzie moje dzieci? - zawołał z dołu głos sędziego. - Rexie, przyprowadź mi małą! Chcę jej dać kremu śmietankowego z konfiturami, zje go w towarzystwie świętego Mikołaja. A niechaj pamięta, że to niemały zaszczyt zasiadać w tak świątobliwem towarzystwie! Cóż mała panieneczka na to?

I wprowadziwszy ją za rękę, wziął potem na kolana i usiadł między Metą Livingstone i Emmą. Obie dziewczynki, współczując głęboko z sierotką, zabawiały ją, jak mogły; następnie sędzia zaproponował grę w ciuciubabkę i pierwszy sobie pozwolił zawiązać oczy. Nastąpił hałas i gwar nie do opisania; wesołość zapanowała ogólna. Pani Marston, która zafrasowana siedziała na uboczu, uczuła nagle, jak nieśmiała rączka dotknęła jej ramienia. Obejrzawszy się, spostrzegła obok siebie stojącą Marjorie, z twarzyczką silnie zarumienioną i zakłopotaną.

- Pani! - szepnęła bardzo lękliwie - czy nie mogłabym prosić pani o przywołanie Lili?

- Dlaczego mnie o to prosisz? - spytała pani Marston zdziwiona.

- Bo - ciągnęła dalej dziewczynka, nabrawszy trochę odwagi z łagodnego spojrzenia babci, zachęcająco zwróconego ku niej - bo... musi jej być przykro, iż odsuniętą została od tak wesołej zabawy, a ja... ja się nie gniewam już na nią o to, co powiedziała.

Słowa te wyrzekła z takim spokojem, pełnym jakiejś wrodzonej godności, że pani Marston zwróciła się ku niej z jeszcze większem zdziwieniem.

- Lili znalazła się bardzo niewłaściwie, ale na twoją prośbę przebaczę jej.

Marjorie pocałowała panią Marston w rękę i uradowana odchodziła, gdy babcia nagle przyciągnęła ją do siebie i serdeczny pocałunek złożyła na jej czole.

- Jesteś dobrem, poczciwem dzieckiem - rzekła staruszka ze łzą w oku. - Niech ci Bóg błogosławi za to, że nie przestajesz być szlachetną nawet wtedy, gdy dotknie cię niesprawiedliwość ludzka.

Lili ukazała się wkrótce potem w salonie z zadąsaną minką, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Po skończonej zabawie dzieci rozstały się, uszczęśliwione rozkosznem spędzeniem dnia całego. - Wszyscy, cisnąc się do rąk ukochanego wuja, dziękowali mu za miłe niespodzianki, a sędzia, życząc im wesoło dobrej nocy, kolejno pakował malców do powozu.

Margie, ułożywszy Dolcię (bo tak nazwała córeczkę swoją) do snu, udała się sama na spoczynek i zasnęła, uśmiechnięta słodko i czując niejako, że błogosławieństwo zacnej staruszki spoczywa nad jej dziecięcą główką.

 

 

ROZDZIAŁ III.

 

- Marjorie! - zabrzmiał wzdłuż korytarza głos pani Merill.

- Idę, idę! - odparła dziewczynka, biorąc oba kotki na ręce.

Dwutygodniowy pobyt w domu pani Merill posłużył jej bardzo na zdrowiu. Blada twarz sierotki zabarwiła się delikatnym rumieńcem, oczy jej straciły wylękniony wyraz, usteczka zaczynały się uśmiechać do życia. Z rozjaśnionem spojrzeniem pięknych swych oczu stanęła przed swoją opiekunką, wyczekując, co jej powie.

- Marjorie - rzekła pani Merill, wskazując jej siedzącą opodal osobę z małem zawiniątkiem w ręku. - Mówiłam ci, że sędzia Gray zostawił mi pieniądze z poleceniem, abym cię zaopatrzyła w potrzebne ubranie. Otóż miss Banks i ja zabieramy się do szycia twojej wyprawki, bo pan sędzia pisze, iż masz jechać do niego w sobotę pod opieką Stevensa.

Twarz dziewczynki bladła i rumieniła się naprzemian pod wpływem silnego wzruszenia.

- Mam jechać do pana sędziego, aby tam pozostać?... w jego domu? Nie będę u Terencjusza Mac-Keona? A Barneja dotąd niema!...

- Przybędzie w niedzielę na pewno, on zawsze dotrzymuje słowa...

- Ja nie mogę wyjechać stąd, nie zobaczywszy Barneja!... - dokończyła Margie bardzo stroskana i bliska płaczu.

Miss Banks i pani Merill spojrzały po sobie.

- Jesteś dobrem, wdzięcznem dzieckiem - gorąco pochwaliła pani Merill - i nie odjedziesz, nie zobaczywszy się z Barnejem. Jutro ma być bal "Pod słoneczną tarczą", a na nim on będzie grać do tańca. A teraz patrz, jak ci się podoba ta sukienka?

To mówiąc, rozłożyła przed nią materjał bronzowy w czerwone cętki.

Marjorie klasnęła w rączki z radości.

- I to ma być dla mnie! ta śliczna sukienka... I buciki w dodatku!... A to, co to jest?

- Perkal na dwie koszulki.

Marjorie usiadła na podłodze i, obejmując rączkami skarby swoje, rozpłakała się na dobre.

- Co tobie jest, dziecko? - spytała miss Banks, zabierając się do roboty.

- Ja... ja sama nie wiem... tylko nigdy w życiu jeszcze nie miałam równie pięknej sukienki; ja tak bardzo, bardzo kocham pana sędziego Graya!

Pani Merill czule pogłaskała ją po główce.

- No, przestań, maleńka. Chodź lepiej przymierzyć stanik.

Cały dzień następny pani Merill i miss Banks siedziały przy maszynie, szyjąc pilnie, a Margie przypatrywała im się z podziwieniem; wkońcu poprosiła, aby i jej dano co do roboty. Miss Banks rozśmiała się, dając jej skrawek materjału wraz z nawleczoną igłą i polecając, aby uszyła fartuszek dla kotka.

Gdy dziewczynka, śmiejąc się wesoło, wiązała takowy dokoła szyi swego faworyta, drzwi kuchni uchyliły się zwolna i wysoka, barczysta postać stanęła w progu. Nagle dłoń przybysza spoczęła na ramieniu dzieweczki i rozległ się uradowany głos Barneja:

- Margie, kochanie moje! co się to stało? Nigdy nie widziałem cię śmiejącą się tak swobodnie.

Margie podskoczyła do góry, ucałowała gorąco ogorzałą twarz swego przyjaciela, pogłaskała po dawnemu szorstkie jego włosy, a gdy mistress Merill wyszła do kuchni, aby przygotować podwieczorek, zaczęła z żywością i zapałem opowiadać jedynemu swemu powiernikowi o zmianie, jaka zaszła w jej losie.

- Chwała niechaj będzie Bogu Najwyższemu za to! - pobożnie odezwał się ucieszony Irlandczyk. - Szczęście wielkie spadło na ciebie, dziecko! Słyszałem ja, co to za zacności człowiek, ten sędzia Gray; ci nawet, których on karze, nie mają dość pochwał dla niego. Kiedy już muszę rozstać się z tobą, klejnociku ty mój, to cieszę się przynajmniej, że się w podobne dostajesz ręce. A nie zapomnisz twojego starego Barneja, aniołku?

- Nigdy, póki żyję! - gorąco zawołała dziewczynka, obejmując głowę jego w serdecznym uścisku.

- No, pamiętaj, kochanie. Przyjdę ja tam odwiedzić cię w mieście... i... i Bogu dziękuję, że nie dostałaś się pod opiekę Terencjusza Mac-Keona. Słyszę, że to strasznie nałogowy człowiek i że towarzystwo jego rodziny wcale nie byłoby odpowiedniem dla ciebie.

- Ja też wcale nie pragnęłam tam się dostać. Możeby mnie żona jego biła, tak jak Judyta?

- No, no, nie myśl już o tem. Chodź lepiej posłuchać, jak będę grał na balu, jeżeli ci pani Merill pozwoli.

- Już czas, aby Margie szła spać - rzekła gospodyni, wchodząc. - Z mojego pokoju może przysłuchiwać się muzyce, a jutro rano możecie się z nią zobaczyć, Barneju.

Irlandczyk potrząsnął głową markotnie.

- Muszę wyruszyć z powrotem tej jeszcze nocy, bo John Magir (Dżon Madżir) obiecał mnie zabrać do swoich sanek. Ale... - tu zakrztusił się i dokończył nieśmiało - możeby pani była tak dobrą i pozwoliła Margie posiedzieć jeszcze trochę i porozmawiać ze mną. Jeszcze się goście nie poschodzili.

- I owszem - chętnie przystała pani Merill. - Jeżeli chcesz, Margie, zaprowadź twego przyjaciela do mego pokoju. Tam wam nikt przeszkadzać nie będzie.

- Dziękuję pani bardzo - rzekł Barnej, zrywając się z ochotą i biorąc dziewczynkę za rękę - zejdę, gdy goście zaczną się schodzić.

- No! no! mówił, potrząsając głową z podziwu, gdy Margie pokazała mu czyściuchno zasłane, białe swoje łóżeczko, nową cętkowaną sukienkę, zawieszoną w szafie, i włożyła na nóżki skórkowe nowe buciki. - Chodź w moje objęcia, kochanie, bo tak paradnie wyglądasz w tych strojach, że gotów jestem pomyśleć, iż to inna jakaś obca dziewczynka, a nie moja dawna, maleńka Margie. A czy nie chciałabyś, abym ci opowiedział jaką historyjkę?

- O czerwonym lisku? - ciekawie spytała dziewczynka, wspinając się na jego kolana.

- Nie, inną, której dotąd nie słyszałaś. - Czy pamiętasz mamę twoją, Margie? - spytał po chwili wahania.

Margie szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

- Niebardzo, to jest pamiętam dzień, w którym umarła, i jeszcze jedną rzecz...

- Cóż to takiego?

- O! to już było temu dawno, dawno! - rzekła Margie. - Byłyśmy obie z mamą w dużym jakimś pokoju i był tam także z nami jakiś stary pan z białemi włosami, którego oczy, gdy mówił, wychodziły na wierzch ze złości. Gniewał się bardzo o coś i mówił tak głośno, że mama rzewnie płakała; ja podbiegłam do niego, ale mnie odepchnął tak silnie, że o mało nie upadłam. - Oto wszystko, co pamiętam.

Zatrzymała się chwilę, jakby namyślając, potem dodała:

- Nade drzwiami był jakiś wielki, szary ptak, którego bałam się bardzo. Zresztą nic więcej nie przypominam sobie, Barneju. Czasem nawet, zdaje mi się, że mi to wszystko chyba się przyśniło. A jednak tego ptaka pamiętam... wiem, wiem, że go tam widziałam nade drzwiami...

- Musiało to być wtedy, gdy byłaś bardzo maleńką, Margie, bo nie miałaś więcej nad cztery lata, gdy cię ujrzałem po raz pierwszy. Nie mówiłbym ci o tem, gdyby nie to, że idziesz między obcych ludzi. Pytałaś minie raz, czy jesteś krewną Mac-Keonów. Nie, dziecko; między niemi a tobą niema żadnego powinowactwa; o tem wiem najdowodniej; ale z tem wszystkiem nie wiem, kim ty jesteś, Margie. Pewnej nocy, było to w grudniu, lat temu pięć, straszna zawieja była na dworze. Przyszedłem na pogawędkę do Darbego, a że śnieżyca zerwała się okropna, namówił on mnie, abym przenocował u niego. Siedzieliśmy wszyscy dokoła komina, grzejąc się przy ogniu, gdy z za drzwi doszedł nas przenikliwy krzyk dziecka. Wszyscy zerwali się przestraszeni, a ja pobiegłem do drzwi, które uchyliłem z trudnością, tak były zasypane śniegiem. W progu leżała zemdlona kobieta a obok niej, drżąc z zimna, stała mała dziewczynka. Dziewczynką tą byłaś ty, Margie. Czy przypominasz sobie to?

- Nie; pamiętam tylko okropny mróz, śnieg i upadek mamy. Mówiąc to, zbladła i poczęła trząść się jakby ze strachu. - Dlaczegóż ja ciebie nie pamiętam, Barneju?

- Bo byłaś chorą i bliską śmierci. Dlatego też zapytuję cię o to, bo może mogłabyś sobie przypomnieć, gdzie byłaś przedtem?

- Nie, nie mogę - smutnie odparła dziewczynka.

- Darby i ja wnieśliśmy na rękach bezprzytomną kobietę do domu i poczęliśmy ją ogrzewać przy ogniu. Sądziliśmy zrazu, że nie żyje, ale gdy przez zaciśnięte zęby wleliśmy jej do ust parę kropel whisky, otworzyła oczy, a jakie oczy! czarne jak noc, a błyszczące jak diamenty, i zaczęła mówić zupełnie bezprzytomnie obcym jakimś językiem, którego nie rozumieliśmy wcale. Biedaczka dostała widocznie uderzenia krwi do mózgu i nigdy już potem nie przyszła do siebie. Opowiadała różne rzeczy, ale nie zdawała sobie dobrze sprawy z tego, co mówiła. Tak mi się zdaje przynajmniej... Zapytana o imię, nazwałaś sama siebie Marjorie, ale nazwiska swego nie umiałaś powiedzieć. Gdy mama twoja wkrótce umarła, ty także, dziecino, popadłaś w ciężką chorobę, w czasie której prawdopodobnie straciłaś pamięć o przeszłości.

- Czemu nie mówiłeś mi nigdy a tem wszystkiem? - spytała rozżalona dziewczynka.

- Na cóżby się to zdało, moje serce?

- Wszak mama moja musiała zostawić coś, może jakieś ubranie?

- Zawsze mówiłem, że masz stary rozum w młodej główce! - z podziwieniem rzekł Barnej. - Tak, było trochę ubrania, ale Judyta sprzedała sztukę po sztuce na wódkę. Został tylko po matce twojej ten szal, który masz, a który Darby odebrał z rąk swej żonie. Ale prócz tego zostało jeszcze coś, co na szczęście udało mi się uratować dla ciebie. Sukienka twoja była strojna i kosztowna; pod płaszczykiem ramionka białe, obnażone, na rączkach miałaś bransoletki, jedną przynajmniej, bo drugiej nie mogłem odszukać. Może zgubiłaś ją w śniegu, a może dostała się do rąk Judyty; a na szyjce miałaś złoty łańcuszek, który również ocalał, bo Darby dał mi go zaraz do przechowania. Otóż teraz chcę tę pamiątkę, którą przechowywałem starannie dla ciebie przez te wszystkie lata, zawiązać dokoła twojej szyjki. Nie oddawaj jej nikomu, a jeżeli się obawiasz zgubić, to lepiej daj do schowania komuś bardzo dobremu i życzliwemu, aż do czasu, gdy wyrośniesz.

To mówiąc, Barnej wydostał z kieszeni owinięty w papier złoty łańcuszek misternej roboty, składający się z drobnych, rzeźbionych paciorków, a zakończony spięciem koralowem.

- Patrz, maleńka - rzekł - tu na skówce są dwie litery M. H., które oznaczają prawdopodobnie początek twego nazwiska.

- Czy to wszystko? - spytało dziecko zawiedzionym głosem. - Czy nie dowiedziałeś się nigdy mego nazwiska?

- Nie, kochanie. Chciałem cię tylko zapewnić, iż nie pochodzisz z rodziny Mac-Keonów.

- Byłam tego zawsze pewną.

Barnej popatrzył na nią z zachwytem. - Prawdziwie wielka pani! - pomyślał w duchu. Krew wielkiego rodu odzywa się w niej...

Wtem usłyszał głos wzywającej go pani Merill.

- Idę! - odparł śpiesznie. - Bywaj mi zdrowa, Margie kochanie, a Matka Boża i wszyscy Święci niechaj czuwają nad twoją niewinną główką. Przyjdę wkrótce odwiedzić cię...

Margie wybuchnęła płaczem, na który oddawna jej się zbierało. Barnej był najlepszym, jedynym jej przyjacielem i wdzięczne serce sierotki lgnęło do niego całą siłą. Gdy uściskawszy dziewczynkę kilkakrotnie, postawił ją na ziemi, oczy jego wilgotne były od łez.

- Dość już, dość, maleńka... chłopcy i dziewczęta niecierpliwią się na mnie. Pomódl się czasem za Barneja, a nie zgub bransoletki!

Margie cichutko osunęła się na ziemię, z twarzą przytuloną do krzesła; w tej nieruchomej pozycji zastała ją pani Merill. Dobra kobieta daremnie usiłowała czułemi słowy ukoić żal sieroty.

Przez dwie następne noce dziewczynka nie ustawała przez sen wołać Barneja, budząc tym sposobem opiekunkę swoją, która nadto współczuła, aby gniewać się o to.

Barnej, rozstawszy się z Margie, zatrzymał się w pół schodów, jakby namyślał się nad czemś. Wyjął z kieszeni małą jakąś paczkę i rzekł jakby sam do siebie: Możeby jej to oddać?!... Przyrzekłem biednej matce... ale jeszcze za młoda na to... Nieprędko może rozpocząć jakieś poszukiwania... Nie, zatrzymam papiery przy sobie. Może je oddam panu sędziemu, jeżeli się nadarzy sposobność... A jednak takbym rad przysłużyć się maleństwu, odnajdując jej ojca.

I paczka znikła napowrót w głębi kieszeni Barneja, a historja pochodzenia Margie pozostała tajemniczą, jak wprzódy.

Nadeszła sobota, a Margie, jakkolwiek nie przebolała jeszcze rozstania swego z Barnejem, czuła się mocno wzruszoną i przejętą na myśl o nowej podróży. Tęskniła do sędziego Graya, który jej tyle ojcowskiej okazał troskliwości. To też, gdy pan Stevens przyszedł po nią, blada jej twarzyczka zakwitła rumieńcem, dającym jej tyle uroku, że zobaczywszy ją, zawołał:

- Czy to ta sama dziewczynka? Cóżeś pani z niej zrobiła, mistress Merill? Wygląda ślicznie, jak pączek róży!

- Jest to dobre, poczciwe dziecko - rzekła oberżystka. - Odmieniło ją zapewne ubranie, które pan sędzia jej sprawił; niema w tem więc żadnej mojej zasługi. Margie, kochanie, oto koszyczek z prowjantami na drogę dla ciebie. Znajdziesz tam parę pierniczków, które wiem, że lubisz, i jedno rumiane jabłuszko. Koszyczek możesz zostawić sobie, a tłumoczek, który ci pożyczyłam na rzeczy, odeślij mi, gdy się trafi sposobność. Bywaj zdrowa, maleńka, a pokłoń się pięknie panu Regie od starej Zuzi.

Dobra kobieta stała na progu, powiewając chusteczką za odjeżdżającymi.

Kareta powiozła podróżnych do najbliższej stacji, skąd dalszą drogę odbyć mieli koleją. Margie nigdy przedtem nie widziała kolei, to też przestraszyła się bardzo, widząc wielką czarną lokomotywę, pędzącą ku nim całą siłą. Uchwyciła mocno rękę pana Stevensa, który, spojrzawszy na nią, spostrzegł, iż była bardzo bladą.

- Boisz się, mała? - zapytał. - Zapomniałem, że nie jeździłaś koleją. Nie powinienem był podchodzić tak blisko.

- Widziałam obrazek, przedstawiający taką maszynę - drżącym jeszcze głosem odparła dziewczynka, siadając w kąciku wagonu. - Ale czemu to tak syczy i parska?

Pan Stevens rozśmiał się.

- Ależ to para... - przerwał, widząc ze zdziwionego spojrzenia, jakie rzuciła, iż mała nic nie rozumie. - Gdy będziesz starsza, wytłumaczą ci to. Nie bój się tylko! Ot, widzisz, pociąg rusza z miejsca. Patrz, jak domy i drzewa uciekają przed nami.

Oswoiwszy się z ruchem, Margie z ciekawością zaczęła się rozglądać dokoła, a wielkie, siwe jej oczy chciwie chwytały każdy szczegół krajobrazu. Potem zaczęła się przypatrywać towarzyszom podróży, między któremi znajdowała się kobieta z małem dziecięciem na ręku. Margie lubiła bardzo dzieci, to też miała wielką ochotę podejść do chłopczyka, który wyglądał tak biało i różowo, a czysto, jak żadne z dzieci, które dotąd widziała. Takie śliczne miał dołeczki na buzi, i tak uśmiechał się ładnie, że dziewczynka bardzo pragnęła ucałować go w te rumiane usteczka i ofiarować mu jabłuszko, podarowane jej przez panią Merill. Nie śmiała jednakże tego uczynić. Następnie uwaga jej zwróconą została na dziewczynkę, mniej więcej w jej własnym wieku, ubraną w granatową sukienkę, oszytą futerkiem i w czarny aksamitny kapelusz, z którego spływało długie strusie pióro. Rozpatrując z ciekawością szczegóły tej tualety, nie spostrzegła, jak czas szybko upływał. W Binghampton pan Stevens przyniósł jej z bufetu parę ciastek i pomarańczę. Posiliwszy się, Margie zasnęła, oparłszy główkę o poręcz siedzenia i obudziła się dopiero wtedy, gdy uczuła dotknięcie ręki Stevensa.

- Przespałaś się dobrze, kochaneczko - rzekł, widząc ją zrywającą się ze strachem i nie mogącą narazie opamiętać się, gdzie jest - a teraz wstawaj! już dojeżdżamy do miejsca! Nie zdziwiłbym się, gdybyśmy zastali sędziego Graya, czekającego na nas. A co? nie mówiłem? Otóż i on! - dodał, widząc mężczyznę, podchodzącego spiesznie do drzwiczek wagonu. - Jesteśmy, kochany sędzio.

Z okrzykiem radości dziewczynka poskoczyła w wyciągnięte ku niej ramiona, które utuliły ją z całej mocy.

- O, to mi powitanie! - rozśmiał się pan Stevens. - Musisz posiadać jakiś talizman, sędzio, że dzieci tak za tobą przepadają.

- Bo czują, że je kocham - odparł sędzia. - Gdzież twój tłumoczek, Margie? Stevensie, dziękuję ci bardzo za odwiezienie mi małej.

- Niema za co, kochany sędzio. Miło mi zawsze usłużyć ci w czemkolwiek. - Do widzenia, Margie!

Nieśmiałe usteczka Margie rozwiązały się naraz, gdy pozostała sama ze swoim opiekunem. Sędzia słuchał z uśmiechem, gdy mu opowiadała o swojej podróży, o czarnej, syczącej maszynie, o małem rumianem dzieciątku, o dziewczynce ze strusiem piórem, a nakoniec o swojej nowej sukience.

- Czy nie śliczna, panie sędzio, proszę powiedzieć? w takie ładne czerwone kropki! A buciki... proszę patrzeć!

- Bardzo piękne - zaśmiał się sędzia. - Piękniejsze od szklanych pantofelków "kopciuszka". Jakto? nie znasz tej bajeczki, Margie? Rex musi ci ją kiedy opowiedzieć. Ale otóż jesteśmy w domu. Oto moja siostra, która wygląda przez okno, a czy widzisz? Rex czeka nas na progu. Tak, tak, przywiozłem ją - dodał, widząc chłopca, który z gołą głową zbiegł szybko ze schodów na ich spotkanie.

- Jak się miewasz, Marjorie? - wesoło zabrzmiał głos młodzieńczy. - Zaniosę ją na rękach, papo. Schody są bardzo śliskie.

Margie nieśmiało spojrzała w górę, ale odrazu nabrała otuchy, spotkawszy śmiejące się wejrzenie błękitnych oczu Reginalda, który, pochwyciwszy ją na ręce, ostrożnie i czule zaniósł aż do przedsionka.

- Cóż to za odrobinka! - śmiał się, stawiając ją na ziemię. Ciociu Rachelo, oto jest Marjorie - to mówiąc, wprowadził ją za rączkę do pokoju, gdzie pod oknem stała miss Gray.

- Jak się masz, moje dziecię! - uprzejmie odezwała się miss Rachela, która zawsze delikatnie obchodziła się z dziećmi. Od pierwszego rzutu oka zauważyła z zadowoleniem, że mała nie jest źle wychowanem dzieckiem. Ale Margie zalękniona, nie śmiała kroku postąpić naprzód, a paluszki jej drżące obejmowały silniej rękę Reginalda.

- Pozwól, niech ci zdejmę kapelusik - rzekł, rozwiązując wstążki, - ciociu! przypatrz się, jakie śliczne, jakie jedwabiste ma włoski!

Figlarny uśmieszek przemknął przez usta dziewczynki.

- Czego się śmiejesz? - spytał Rex.

- Nic, tylko Judyta nazywała je zawsze kudłami i myślałam, że doprawdy są tak brzydkie... - rumieniąc się, nieśmiało odparła Margie.

- A co za niegodziwość! - zaśmiał się Rex.

- Zaprowadź małą na górę, Regie, i oddaj Joannie jej kapelusz - przerwała miss Gray. - Herbata już gotowa. Łóżeczko przygotowane dla niej w pokoiku obok schodów. A może będzie wolała spać z Joanną... Czy nie boisz się sypiać sama, Margie?

- O, nie, pani! - zawołała dziewczynka, której oczy zabłysły radością na myśl posiadania własnego pokoiku.

- Dobrze robisz, mój chłopcze! - pochwalił sędzia, widząc Reginalda prowadzącego Margie na górę. - Opiekuj się małą i zabawiaj ją, jak możesz.

Margie patrzała uśmiechnięta na tego dużego chłopca, który jej usługiwał z prawdziwie rycerską grzecznością. Nalał jej wody w porcelanową miednicę, wskazał, gdzie mydło, i otworzywszy stojącą w rogu szafę, zawiesił w niej kapelusik i płaszczyk.

Ośmieliła się do niego od pierwszej chwili; posiadał on urok łagodności i dobroci, odziedziczonych po ojcu, a choć żywy był jak iskra i lubił często psoty płatać, jak każdy młody chłopiec, w obejściu swojem zawsze był bardzo delikatny. Nie mając siostry, lubił niezmiernie małe dziewczynki, choć krył się z tem przed kolegami, aby go nie wyśmiano.

- Czy te kwiatki nie rozmokną w wodzie? - spytała Marjorie, ocierając wilgotne rączki i wskazując z podziwieniem na bukiet róż, wymalowany na dzbanku.

- Spróbuj potrzeć je mydłem! Nie, maleńka! toż to malowane. Czy nie widziałaś nigdy kwiatów na porcelanie?

- Nie, nigdy. Judyta myła mnie pod pompą albo w szafliku, a mistress Merill miała białą miednicę.

- Otóż i dzwonek - rzekł Regie - wołający nas na wieczerzę! Daj rączki, Margie! Zaniosę cię na barana.

Dziewczynka przestraszyła się trochę, widząc, że to miało znaczyć, aby usiadła na jego plecach, ale dłonie Reginalda tak silnie trzymały małe jej rączęta, że nim zeszli ze schodów, oswoiła się z tego rodzaju jazdą i w ten sposób oboje triumfalnie pojawili się w stołowym pokoju.

Ciotka Rachela była tem trochę zgorszona, ale sędzia rozśmiał się tylko i pogłaskał Margie po główce, poczem posadził ją obok siebie i nałożył jej na talerz ciepłych jeszcze pasztecików i szynki. Przez cały czas wieczerzy Margie walczyć musiała z wrodzoną swoją nieśmiałością. Nie umiała posługiwać się srebrnym widelcem, co wprawiało ją w wielki kłopot, to też pełne wdzięczności spojrzenie zwróciła na sędziego, gdy jej podał łyżeczkę. Usłużna i czysto ubrana pokojówka, Joanna, stojąca za krzesłem pani domu i podająca półmiski dokoła, przejmowała ją wielką obawą i poszanowaniem. Nie mogła też jeść, ku wielkiemu zmartwieniu Rexa, który podał jej kawałek ciasta do ręki, gdy wstawali od stołu.

- Chodź ze mną do bawialnego pokoju, maleńka. Sprzątnę okruszyny, cioteńko, nie narobimy ci nieporządku. Czy lubisz muzykę, Margie?

- Barnej gra... - odparła - i śpiewał mi czasem "Rary o'Moore" - przerwała zdumiona, gdy nóżki jej, nawykłe do twardej ziemi, utonęły naraz w miękkim, puszystym dywanie, po którym rozsiane były bukiety róż i bławatków, zdających się wykwitać z zieleni. Obrazy w złoconych ramach okrywały ściany; ozdobne fraszki rozrzucone były po stołach i etażerkach. Naprzeciwko drzwi wchodowych stało duże lustro, sięgające do sufitu; dziewczynka, zobaczywszy w niem odbicie swojej figurki, drgnęła z przestrachu.

- Kto jest ta dziewczynka? - spytała lękliwym szeptem, tuląc się do Reginalda, który wybuchnął głośnym śmiechem.

- O, Margie! jaka ty jesteś zabawna! Czy nigdy w życiu nie widziałaś zwierciadła? Ależ ta dziewczynka to bardzo dobra twoja znajoma. Przypatrzno jej się zbliska. Na imię jej Marjorie.

To mówiąc, podprowadził ją do lustra.

- Ależ to... to... ja jestem! - odparła ze zdumieniem, nie dającem się opisać. Po chwili, wpatrzywszy się w swój obraz, uśmiechnęła się słodko, dodając: - A jak moja sukienka ślicznie wygląda! a moje trzewiczki!...

- Istna kobieta! - rozśmiał się Regie, ubawiony. - No chodź, przypatrzysz się sobie innym razem... Teraz ci coś zagram. To mówiąc, posadził ją wygodnie w głębi aksamitnego fotelu i, usiadłszy przy fortepianie, puścił palce po białych klawiszach. Instrument był dobry, a Regie, jak na swój wiek, grał bardzo wprawnie.

Wykonawszy fantazję, improwizowaną na tle irlandzkiej ballady: "Rary O'Moore" i "Dan Tuckera", puścił potem wodze swojemu muzykalnemu talentowi i, zapomniawszy całkiem o obecności słuchającej go dziewczynki, zaczął grać rzewną i łzawą modlitwę Mojżesza w Egipcie.

Marjorie siedziała pogrążona w milczącym zachwycie, nie dającym się słowami wyrazić. Wrażliwa a poetyczna natura dziecka do głębi przejętą była cudowną harmonją, która jakby jakieś dźwięki dalekich wspomnień budziła w młodej jej duszyczce. Chciałaby była zapłakać... przytulić się do kogoś... i naraz w sercu sieroty zbudziła się taka tęsknota za utraconą matką, taki żal nad własną niedolą, że Reginald, zatopiony w poetycznem natchnieniu, nagle przywołanym został do rzeczywistości, czując na ramieniu dotknięcie dziecinnej rączki i usłyszawszy łzawy głos, wołający:

- Przestań, o! przestań, proszę! Ja chcę mamy... mojej drogiej mamy!... O! Boże! Boże! gdzie ona?!...

Tęskne wołanie sierotki rozrzewniło go do głębi. Posadził ją na kolanach, utulił jasną główkę na ramieniu i ucałował tak czule i gorąco, że osuszył łzy, które płynęły z wielkich jej, zamglonych smutkiem oczu. Jego własna, piękna, błękitnooka matka, która tak młodo zmarła, stanęła mu w pamięci, gdy ją widział leżącą w białych szatach wśród kwiatów i zieleni, wpośród żółtego blasku gromnic, oświetlających twarz wybladłą... w rzewnem też poczuciu wspólnego sieroctwa serce jego silniej jeszcze przylgnęło do opuszczonego dziecka.

- Podobają mi się twoje skrzypce - rzekła po chwili Margie, uspokojona jego pieszczotami.

- Moje co?

- Twoje skrzypce - rzekła, dotykając z uszanowaniem białych klawiszy. - Tak ładnie grają, jak skrzypce Barneja.

- Dziękuję za komplement - odparł, uśmiechając się na tę wątpliwą pochwałę. - Ale to nie skrzypce, Margie, tylko fortepian.

- Dzieci! proszę! - zawołał sędzia z drugiego pokoju. - Ciotka Rachela uważa, że dla Margie już czas iść spać, a ty, Rexie, zabierzno się do swoich ekstemporaljów (zadań).

Miss Rachela, stojąca w drzwiach pokoiku, przeznaczonego dla Margie, przywołała dziewczynkę do siebie i poleciwszy ją staraniom Joanny, powiedziała jej dobranoc, przykazując pobożnie odmówić pacierz wieczorny. Joanna szybko rozebrała małą i odeszła, zabierając światło. Po chwili Margie zasnęła słodko, śniąc, że jest w niebie i że słyszy chóry anielskie, wśród których widzi łagodnie uśmiechniętą i wyciągającą ku niej ręce matkę swoją.

 

 

ROZDZIAŁ I.

 

Był mroźny, przykry, zimowy poranek. Śnieg, padający przez całą noc, zaściełał białym całunem ziemię, a ostry wiatr północny tamował oddech w piersiach.

Mieszkańcy małej wioski Wyn chronili się przed zimnem w szczelnie opatrzonych domach, które wyglądały posępnie i szaro wśród cieni brzasku zaledwie budzącego się dnia. Jedynie tylko wiejska gospoda, o żółto malowanych wrotach i zielonych okiennicach, której okna były oświetlone, zdradzała ślady życia wewnątrz. Na ganku jej, jako tako od wichru osłonionym, stały trzy osoby, zbite w jedną gromadkę.

- Coś się dzisiaj spóźnia ta kareta - zauważył barczysty mężczyzna, zajęty zeskrobywaniem śniegu z progu.

- I nie dziwota, na taki psi czas - odparł drugi, zawiązując silniej dokoła szyi czerwony włóczkowy szalik.

- Dokądże ta mała jedzie, Barneju?

- Do Seybrock (Sejbruk) - odparł zapytany. - Do brata Darbiego, Mac-Keona (Mak Kiona). Jak wam wiadomo, Sandy, ten poczciwiec Darbi zmarł wczoraj. Panie świeć nad jego zacną duszą! A Judyta... Cóż, Margie (Mardżi) kochanie - przerwał, zwracając się do stojącej obok dziewczynki - nie boli cię już rączka, w którą cię żona Darbego tak silnie uderzyła?

Zagadnięta w ten sposób dziewczynka podniosła ku mówiącemu bladą swoją twarzyczkę, na której wyraźne były ślady cierpienia, i próbowała uśmiechnąć się smutnie.

- Więc to ta mała - rzekł Sandy - o której opowiadaliście mi kiedyś, Barneju, że...

- Tak, tak - szybko przerwał Barnej wybitnym irlandzkim akcentem, świadczącym wymownie o jego zamorskiem pochodzeniu. - Ale nie wspominajcie o tem. Widzicie - dodał, zniżając głos - mała jest nad wiek swój rozwinięta i gdyby wiedziała o wszystkiem, dopuszczałaby sobie niepotrzebne myśli do główki...

- Rozumiem - odparł Sandy, potakując głową. - No i cóż, mała? - dodał, zwracając się do dziecka - czy chętnie jedziesz w drogę?

- Judyta biła mnie - zwięźle odparła dziewczynka.

Sandy popatrzył na nią bacznie. Nie zdawała się jednak zwracać na to uwagi, tylko drobne jej, przeziębłe paluszki zacisnęły się silniej dokoła spracowanej dłoni Irlandczyka.

- He! he! - zauważył Sandy. - Widzę, że masz stary rozum w młodej główce!... Ale skądże to poszło, Barneju, że powzięliście myśl wysłania jej do Seybrock?

- O tem opowiem wam kiedyś - przerwał Barnej. - No! no! nie płacz, maleńka! - rzekł do niej, widząc dużą łzę, płynącą powoli ze smutnych oczu sierotki. Przyjdę cię odwiedzić od tej niedzieli za tydzień; przyniosę ze sobą skrzypce i dopieroż nam będzie wesoło!... Zobaczysz!... Ale oto i kareta!...

U podnóża góry ukazał się ciężki, pocztowy dyliżans, zaprzężony w cztery konie. Barnej, dla rozweselenia swojej małej przyjaciółki, zaczął jej opowiadać ciekawą bajkę o małym, rudym lisku; ale zwykły w takich razach wyraz rozweselenia nie ukazał się na jej pochylonej, dziecinnej twarzyczce, która w miarę, jak powóz się zbliżał, powlekała się coraz większym smutkiem.

Kareta ciężko zatoczyła się przed bramę, a przeziębły woźnica zapytał, czy są jacy pasażerowie na dalszą drogę.

- Ta oto tylko mała odrobina, niewiele zabierze wam miejsca - odparł Sandy.

Barnej otworzył drzwiczki i wejrzał wgłąb karety; siedziały w niej już trzy osoby: dwóch mężczyzn i jedna stara dama, otulona w pledy i szale.

- No, duszyczko! nie zapomnij - mówił do małej, podnosząc ją wraz ze skromnym jej pakunkiem do góry. - Skoro przyjedziesz do Seybrock, zapytasz o Terencjusza Mack-Keona. Pomówię z woźnicą, aby cię wysadził przed jego mieszkaniem. Pamiętaj o sobie, mój aniołku, a w przyszłą niedzielę wyglądaj mnie na pewno.

Usta dziewczynki drżały stłumionem wzruszeniem, gdy przytulała swą wybladłą twarzyczkę do ogorzałej twarzy Irlandczyka.

- Bywaj zdrów, Barneju - szepnęła cicho i żałośnie, usiłując wspiąć się na stopnie powozu.

- Ostrożnie, maleńka! bo się pośliźniesz! Podaj mi wpierw swój węzełek - odezwał się dźwięczny głos męski z wnętrza karety, a jednocześnie życzliwa dłoń wyciągnęła się na pomoc dziecku.

Margie zawahała się, gdzie usiąść, ale nieznajomy pan zrobił jej miejsce obok siebie; gdy fałdzisty płaszcz, w który był otulony, odchylił się nieco, dziewczynka spotkała łagodne wejrzenie dwojga piwnych oczu, które przypatrywały się jej z przychylnością.

Tymczasem Barnej, brnąc przez śnieg po kostki, obszedł powóz i stanął przy drugich drzwiczkach, ciekawie wglądając w głąb karety. Przyjrzawszy się nieznajomemu panu, który tak łaskawie zaopiekował się jego małą protegowaną, skłonił się z oznakami najgłębszego uszanowania.

- Wielce obowiązany jestem wielmożnemu panu - odezwał się, mnąc baranią czapkę w palcach. - Bardzo mi nie na rękę, że muszę małą wysyłać samą, ale to dziecko ma sprytną główkę na karku i przy Boskiej pomocy da sobie radę w drodze.

- Czy to wasza córeczka? - spytał sędzia Gray (Grej) z pewnem powątpiewaniem w tonie.

- Nie, wielmożny panie. Nie mam dzieci i jestem samotny, jak ptak, na świecie. Jest to wychowanka Darbego Mac-Keona, który zmarł, biedaczysko, zeszłej nocy. Jedzie ona do jego brata, do Seybrock; a wielmożny pan udaje się zapewne tam na sądy?

- Zgadłeś, przyjacielu - uśmiechnął się sędzia. - Ale czy mi się zdaje, że ja cię gdzieś już widziałem? Może stawałeś kiedy w sądzie? przyznaj się!

- Uchowaj, Panie Boże! - gorąco zaprzeczył Irlandczyk. - Nigdy nie miałem osobiście do czynienia z wielmożnym panem, chociaż nie mógłbym tego powiedzieć o wszystkich moich przyjaciołach!...

Sędzia rozśmiał się szczerze, ale w tejże chwili woźnica trzasnął z bicza i kareta leniwo ruszyła z miejsca. Sędzia zdążył tylko rzucić Barnejowi zapewnienie, że zaopiekuje się dzieckiem w drodze i dostawi je na miejsce przeznaczenia.

Margie żałośnie wychyliła się przez okno i na pożegnanie Barnejowi poczęła poruszać wilgotną chusteczką. Potem, w miarę wzrastającego oddalenia, długo patrzyła za niknącym; wkońcu, westchnąwszy, usiadła i cichutko przytuliła się do swego kącika. Sędzia, zdziwiony jej panowaniem nad sobą, zwrócił się ku dziewczynce i zaczął przyglądać się jej z coraz wzrastającą ciekawością.

Widział przed sobą bladą dziecinną twarzyczkę o słodko wykrojonych usteczkach, ściągniętych wyrazem pewnej stanowczości i siły moralnej, która go niepomiernie zdziwiła w tak młodem dziecku. Z pod białego i gładkiego czoła świeciło dwoje prześlicznych, ciemno-siwych oczu, ocienionych czarnemi, długiemi rzęsami. Dziewczynka ubrana była bardzo ubogo, ale czysto i schludnie. Stara, perkalowa sukienka była w kilku miejscach połatana, wyblakły czerwony kapturek osłaniał jej złocistą główkę, a ramiona jej obejmował, spięty pod szyją, biały miękki szal z kosztownej, jedwabiami i złotem przetykanej tkaniny. Bogactwo tego szala, jakkolwiek już wyszarzanego, stanowiło dziwną sprzeczność z ubóstwem całego stroju dziecka.

Mróz dawał się czuć coraz dotkliwiej i dreszcz począł wstrząsać delikatną postacią biednej dzieciny, źle zabezpieczonej przed chłodem.

Widząc to, sędzia rozpiął swój płaszcz i począł ją nim osłaniać.

- Ciekaw jestem, maleńka, czybyś się też utrzymała na moich kolanach - rzekł z dobrocią. - Spróbujmy, chcesz? Ot, widzisz, jak dobrze! Mam w domu dwa razy większego od ciebie chłopaka, który mimo to bawi się jeszcze w takie pieszczoty.

- Obawiam się, że panu będzie może niedogodnie - szepnęła, tuląc się do niego.

- A jak ci na imię, maleńka? - spytał sędzia,

- Marjorie (Merdżiori) - skromnie odparła dziewczynka.

- Marjorie? To szkockie imię; ale nazwisko?

- Nie mam żadnego - odrzekła ze łzami w oczach. - Nazywano mnie Mac-Keon, ale wiem, że moja mama nazywała się jakoś inaczej. Nie pamiętam jej wcale. Ach, żebym choć zapamiętała, jak ona wyglądała!

Mówiąc to, twarzyczka dziecka oblała się takim smutkiem, że sędzia z większem jeszcze zajęciem zaczął się w nią wpatrywać.

- Masz ładne imię, maleńka - rzekł. - Miałem cioteczną babkę, która nazywała się także Marjorie. Ubierała się bardzo oryginalnie w śpiczaste czepce i ciemne okulary, spadające aż na sam czubek nosa. Jakbyś też ty wyglądała w okularach, Margie, z twarzą tak naprzykład wykrzywioną?

I sędzia wydął usta i policzki w tak komiczny sposób, że dziewczynka z oczami jeszcze pełnemi łez roześmiała się wesoło, a nowy jej przyjaciel ucieszył się, widząc, iż nakoniec udało mu się ją rozweselić.

Podróż nie wydała się dziewczynce długą, choć konie wlokły się powoli po zasypanym śniegiem gościńcu. Raz o mało kareta się nie wywróciła, co trochę nabawiło strachu podróżnych. Margie nie krzyknęła, tylko zbladła więcej jeszcze i silniej przytuliła się do swego opiekuna; gdy zaś niebezpieczeństwo minęło, odetchnęła pełną piersią, a sędzia pogłaskał ją po główce, chwaląc jej odwagę i panowanie nad sobą.

Koło piątej po południu, zapóźniwszy się o jakie trzy godziny, kareta stanęła w Seybrock.

- Proszę pana, niech pan będzie tak łaskaw przypomnieć woźnicy, że miał mi wskazać dom Terencjusza Mac-Keona - rzekła Margie gdy dyliżans wtoczył się w ulice miasta.

- Obiecałem twojemu przyjacielowi, Barnejowi, że cię sam dostawię na miejsce twego przeznaczenia - odparł sędzia. - Ale sądzę, że wpierw trzeba nam zjeść cośkolwiek. Musisz być głodna, maleńka, równie jak i ja. Moja stara przyjaciółka, pani Merill, gospodyni w zajeździe "Pod jeleniem", musi nam przyrządzić naprędce coś smacznego. Potem zobaczymy... Ale oto i zajazd; a pani Merill wygląda właśnie przez okno, jakby nas oczekiwała.

Sędzia Gray żywo zeskoczył ze stopni powozu, pożegnał towarzysza swego, pana Stevensa, a dopomógłszy starej damie wysiąść, zajął się następnie swoją małą protegowaną, którą wprowadził do izby ciepło ogrzanej.

- Dobry wieczór, pani Merill! - zawołał wesoło, wstrząsając przyjaźnie ręką śpieszącej na jego powitanie gospodyni. - Cóż tu u was słychać nowego? Panowie adwokaci znudzili się już pewnie, czekając ma mnie?

- Miło nam oglądać pana sędziego w dobrem zdrowiu - odparła pani Merill z uśmiechem szczerego zadowolenia. - A jakże się miewa panna Rachela i pan Reginald?

- Zdrowi, dziękuję pani. Siostra moja tylko, jak zazwyczaj, uskarża się często na migrenę. Regie (Redżi) wyrósł na tęgiego chłopaka. Nie poznałabyś go pani!

Pani Merill spędziła kilka lat w domu sędziego. Ona to wychowywała jego jedynaka, aż do chwili wyjścia swego zamąż. Matka Reginalda umarła, a Zuzanna Biggs, jak wówczas zwano dzisiejszą gospodynię zajazdu "Pod jeleniem", miała sobie powierzoną pieczę nad dziecięciem, sierotą.

Wielce też poważano Zuzannę w rodzinie i w całym domu, nad którym po śmierci bratowej objęła przewodnictwo siostra sędziego, miss Rachela Gray.

- Cóż to za dziewczynka i dokąd z panem jedzie? - spytała pani Merill po przywitaniu.

- Przybyła ze mną z Wyn - odrzekł sędzia - i równie, jak ja, jest spragnioną posiłku, którego oczekujemy od gościnności pani. Ale zanim pani zakrzątniesz się koło wieczerzy, zechciej przejść się ze mną do sąsiedniego pokoju. Mam z panią parę słów do pomówienia.

- Służę panu sędziemu - rzekła gospodyni, prowadząc go do alkierza i zamykając drzwi za sobą.

- Czy możesz mię pani objaśnić, co to za człowiek niejaki Terencjusz Mac-Keon?

Gospodyni pomyślała chwilę.

- Jest tu jeden Irlandczyk tego imienia. Bardzo nieciekawa osobistość... Nie ma żadnego stanowiska i obarczony jest liczną rodziną. Bieda tam u nich wielka. Mieszkają w tak zwanej żebraczej dzielnicy miasta... jeżeli się to mieszkaniem może nazywać... Ale mąż mój lepiej potrafi objaśnić pana sędziego w tym względzie.

- Dziewczynka ta jest sierotą i jest wysłaną do Mac-Keonów przez niejakiego Barneja, aby zostać tu pod ich opieką - rzekł sędzia.

- Biedne dziecko! Przez Barneja, powiada pan sędzia? To pewnie Barnej Brian, z Wyn. Znam go... bardzo poczciwy i dobry człowiek. Grywa na skrzypcach i posiada rzeczywiście niezwykły muzykalny talent... Czy pan sędzia życzy sobie, abym zawołała mego męża?

- Nie, nie potrzeba, ja sam zajdę do niego. A teraz, kochana Zuzanno, zajmij się, proszę, tą małą. Tylko nie okarmiaj jej nadto słodyczami, zostaw jej miejsce na wyborną jajecznicę, którą przyrządzasz tak znakomicie.

Pani Merill uśmiechnęła się z zadowoleniem i pośpieszyła do kuchni przyrządzić posiłek dla swego dawnego pana. Sędzia zaś udał się do gospodarza; zastał go w izbie gościnnej, wspartego o stół i śmiejącego się z pijanego Irlandczyka, który, słaniając się na nogach, z poczerwieniałą od trunków twarzą, noszącą wybitne piętno wstrętnego nałogu, dopraszał się daremnie o "jeszcze jeden" mały kieliszeczek "whisky" (wódka ze zboża).

- Jak się masz, Johnie (Dżonie) - rzekł sędzia, wyciągając rękę do oberżysty z taką uprzejmością, jak do swego równego. - Czy to w ten sposób traktujesz swoich gości?

- Uchowaj, Boże! panie sędzio - zaprzeczył John Merill, witając przybyłego z wielkiem uszanowaniem i radością zarazem. - Nie dopuszczam nigdy nadużyć tego rodzaju. Ale Terencjusz Mac-Keon wstępuje wszędzie po drodze na kieliszek... dlatego też zawsze prawie jest w takim stanie, w jakim go pan sędzia teraz widzi.

Sędzia popatrzył uważnie na pijaka, który, czepiając się ściany i mrucząc przekleństwa, wynosił się z izby. Sam ten widok był dostateczną odpowiedzią na zapytanie, z jakiem przyszedł.

Nie godziło się niewinnego i delikatnego dziecięcia powierzać podobnej opiece... To też zamieniwszy parę słów obojętnych z gospodarzem, powrócił do pokoju, gdzie zostawił był Margie.

Jasny ogień palił się na kominku, rzucając wesoły blask dokoła. Zasunięte u okien białe firanki nie przepuszczały widoku śnieżnej zawiei, która szalała na dworze, a kwitnące w doniczkach kwiaty rozsiewały miłą woń w powietrzu. Czystość wzorowa panowała w schludnej izdebce, w pośrodku której zastawiony był stół, nakryty białym, cienkim obrusem i dokoła którego krzątała się pani Merill. Margie, siedząc przy kominku na niskim taburecie, z twarzyczką zarumienioną od ognia, którego odblask pieścił jej lica i jasne włoski, zdaleka przypatrywała się gospodyni.

Wieczerza przeszła bardzo wesoło. Sędzia dokładał wszelkich usiłowań, aby z twarzy małej swej towarzyszki spędzić ten wyraz cierpienia i smutku, który osiadł na niej tak głęboko. Opowiadał jej różne zabawne historyjki, nakładał jej jedzenia na talerz, a gdy po bifsztyku, jajecznicy i filiżance ciepłego, dymiącego mleka przyszła kolej na ciasto z rodzynkami, dziewczynka, która nigdy rodzynków w życiu swem nie widziała, nie odważyła się jeść swojej porcji, dopóki sędzia nie ośmielił ją do tego przykładem.

- Proszę pana - mówiła, pokosztowawszy ciasta - te czarne, drobne śliweczki są najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek jadłam.

Sędzia uśmiechnął się, częstując ją jeszcze jednym kawałkiem.

Gdy uprzątnięto stół, pani Merill przyniosła piękną, białą, wypieszczoną kotkę z dwoma kociętami, które Margie z taką czułością pochwyciła na rączki i przytuliła do siebie, że gdy nadszedł czas udania się na spoczynek, poprosiła nieśmiało sędziego:

- Czy nie mogłabym jednego z tych kotków, ot tego z łatką na nosku, zabrać ze sobą do łóżeczka?

- To już zależy od pani Merill - odparł sędzia z dobrocią. - Reginaldowi zwykle nie pozwalała sypiać z kotkiem, ale może na ten raz odstąpi od swoich zasad... A teraz idź spać, maleńka, i wstań mi jutro z twarzyczką wesołą i wypoczętą.

Margie, pieszcząc kotka, szła ku drzwiom; naraz zwróciła się z progu i bardzo cichutkim głosem zapytała:

- Czyby pan nie pozwolił mi pocałować się?

Za całą odpowiedź maleńka jasna główka ujętą została w ręce sędziego, a gorący ojcowski pocałunek spoczął na główce sieroty, która oddawna pozbawioną była słodkich pieszczot macierzyńskich.

Chociaż przyjaciele czekali już na sędziego, on wziął Margie na ręce i tuląc ją do swej męskiej piersi, zaniósł do kuchni, gdzie czekała nań pani Merill.

- A pościel jej miękko, moja dobra Zuzanno - rzekł, oddając jej dziewczynkę.

Margie patrzała za odchodzącym; nieznane uczucie wzbierało w jej młodem serduszku, a oczęta zaszły łzami wdzięczności.

Gdy pani Merill rozbierała ją, układając w białem łóżeczku, które przystawić kazała do swojego własnego, dziewczynka, zamyślona, rzekła jakby sama do siebie:

- Jaki ten pan dobry!

- Masz słuszność, dziecko - rzekła pani Merill. - Mało jest na świecie ludzi jemu podobnych. Wdziej tę koszulkę... Jakto, maleńka, czy nie masz nic więcej na sobie, tylko to?

Margie zarumieniła się boleśnie, a coś jakby stłumione łkanie odezwało się w jej piersi.

- Nie mam nic więcej - rzekła. - W tem zawiniątku jest stara sukienka i fartuszek, który mi dał Barnej... zresztą nic więcej...

- To nic, to nic, kochanie - uspokajała pani Merill. - Jutro temu zaradzimy. Tymczasem jest tu stary flanelowy kaftanik, który w sam raz będzie na ciebie.

To mówiąc, wydobyła z szuflady nocne odzienie, które należało kiedyś do Reginalda; Margie, zapatrzywszy się w jaskrawe barwy kaftanika, zapomniała na chwilę o swojem upokorzeniu i z zadowoloną twarzyczką wsunęła się pod ciepłą kołderkę, przytuliwszy głowę do białej, miękkiej poduszki.

- A pacierz? - przypomniała pani Merill. - Czy nie umiesz mówić pacierza?

- Barnej nauczył mnie odmawiać Zdrowaś Marja, ale jest jeszcze jedna modlitwa, którą zapamiętałam sama nie wiem, skąd... - sennym głosem i jakby siląc się na przypomnienie zasłyszanych kiedyś słów, rzekła Margie. - Zaczynała się ona: Boże mój i Panie, w ojcowskie ręce Twoje... nie mogę sobie przypomnieć dalej...

- To szczególne! - pomyślała pani Merill. - Nigdy nie słyszałam irlandzkiego dziecka, odmawiającego tę modlitwę.

Potem dodała głośno:

- Ja ci przypomnę, moje dziecię. Odmawiałam kiedyś tę modlitwę w dzieciństwie.

Klęcząc na białej pościeli, ze złożonemi pobożnie rączkami, spokojnym a przejętym głosem dziewczynka odmówiła za swoją opiekunką słowa modlitwy, którą dziecięce usta widocznie kiedyś szeptały na łonie matki. Patrząc na tę sierotę, łagodne oczy starej kobiety napełniały się łzami litości i rozrzewnienia.

Wkrótce, tuląc białego kotka do piersi, Margie zasnęła słodko, z oczami utkwionemi w przeciwległą ścianę, na której drżący płomyk świecy kreślił fantastyczne arabeski.