PROLOG
Jastrzębia Góra, sierpień 2005
Amelię obudziło lekkie potrząsanie za ramię. W pierwszej chwili odniosła wrażenie, że to tylko sen, ten przyjemny, w którym świat zdaje się spokojniejszy, a rzeczywistość nie ma jeszcze prawa wstępu, ale gdy usłyszała dobrze znany, ciepły głos ojca, natychmiast otworzyła oczy.
- To jak, księżniczko, idziemy na wschód słońca czy wolisz jeszcze sobie pospać?
- No jasne, że idziemy! - zawołała z entuzjazmem, a resztki snu, które jeszcze przed chwilą trzymały ją w swych bezpiecznych ramionach i sklejały powieki, rozpłynęły się jak poranna mgła albo dmuchawce, które uwielbiała zrywać podczas spacerów do parku.
- Tatusiu, myślisz, że tym razem się uda? - zapytała, wygrzebując się z pościeli i siadając na łóżku.
- Jestem pewien, że tak - odpowiedział z przekonaniem, posyłając Amelii szeroki uśmiech. - Zresztą sama zobacz - zachęcił, wskazując na okno dachowe, którego odsłonięta roleta pozwalała zobaczyć granatowe niebo usiane dziesiątkami, setkami, a może nawet milionami gwiazd, których według taty nigdy nie zdołałaby policzyć. Wiedziała jednak, że właśnie wśród nich migoce gwiazda jej mamy, która dawno, dawno temu, gdy ona sama była malutka, odfrunęła do nieba. Tata mówił, że tam świeci najjaśniej i czasem można ją rozpoznać, jeśli tylko spojrzy się wystarczająco długo. Teraz gwiazdy mieniły się cicho, jakby wciąż nie zauważyły, że noc powoli się kończy.
- Łał, ale będzie super - zapiszczała Amelia, podbiegając do krzesła, gdzie leżały ubrania, które przygotowała sobie poprzedniego wieczoru. Pośpiesznie włożyła różowe legginsy, białe skarpety, bo jak ostrzegła ciocia, na plaży o tej porze mogło być jeszcze zimno, koszulkę, z której uśmiechał się Kubuś Puchatek, i ulubioną ciepłą bluzę z Prosiaczkiem, a na stopy wsunęła żółte kalosze. - Jestem gotowa - oznajmiła z dumą, nie mogąc doczekać się chwili, gdy ujrzy pomarańczową kulę wynurzającą się z morskiej toni. Do tej pory wszystkie próby zobaczenia wschodu słońca kończyły się niepowodzeniem. Za pierwszym razem tato zapomniał nastawić budzik, a przez kolejne dni ich plany krzyżowała deszczowa pogoda.
- To chodźmy, tylko musimy zachowywać się cicho, bo reszta gości pensjonatu jeszcze śpi.
- To oni nie idą zobaczyć wschodu słońca? - zdziwiła się Amelia, ostrożnie stąpając po drewnianych, skrzypiących schodach. Nie rozumiała, jak można choć raz nie chcieć podziwiać wspaniałego przedstawienia ze słońcem w roli głównej.
- Nie wszyscy muszą lubić to samo. Na przykład ty nie lubisz żurku, a mi on bardzo smakuje. Z kolei ja nie przepadam za czekoladą...
- A ja ją uwielbiam - dopowiedziała Amelia, wychodząc przed pensjonat, gdzie czekała już ciocia Kasia, wesoła brunetka o oczach koloru bursztynu, którego maleńkie bryłki Amelia czasami znajdowała na plaży. Ciocia mieszkała z nimi od kilku tygodni i zastąpiła ciocię Anetę, przed którą z kolei była ciocia Renata. Amelia doskonale pamiętała imiona wszystkich cioć, jakie na dłużej lub krócej tato przyprowadzał do domu. Choć lubiła je wszystkie, nauczyła się nie przywiązywać za bardzo, ponieważ zawsze przychodził moment, gdy nagle znikały. Czasami nowa ciocia podczas wspólnego spaceru lub wypadu do pobliskiej lodziarni wypytywała o poprzednie ciocie, a wtedy Amelia miała okazję pochwalić się doskonałą pamięcią. Niestety często odnosiła wrażenie, że ciocie zwyczajnie jej nie wierzyły i uważały ją za kłamczuchę, a przecież nie zmyślała, tylko mówiła prawdę. Miała w końcu prawie dziesięć lat, przeszła do trzeciej klasy, więc nie była już małym bobaskiem. Znała też kilka brzydkich słów, których używali dorośli, a kiedyś tato pozwolił jej nawet potrzymać służbowy pistolet, który nosił w kaburze pod pachą, zupełnie jak na amerykańskich filmach.
- A ty lubisz oglądać wschód słońca? - zapytała Amelia, chwytając ciepłą dłoń cioci Kasi. Wiedziała, że ciocia lubi lody śmietankowe, naleśniki z dżemem truskawkowym, czarne krótkie sukienki, kawę bez mleka i cukru oraz bukiety czerwonych róż, które czasami dostawała od taty. Choć akurat kwiaty sprawiały przyjemność wszystkim ciociom.
- No jasne, że lubię. Przecież gdybym nie lubiła, to teraz przewracałabym się w łóżku na drugi bok - odpowiedziała ciocia, ruszając w stronę klifu.
Powietrze było chłodne i rześkie, niosło ze sobą zapach soli, wilgoci i lasu, a w oddali słychać było cichy, miarowy szum morza. Gdy po kilku minutach dotarli do schodów prowadzących na położoną kilkadziesiąt metrów niżej plażę, Amelia usiadła na pierwszym schodku i z niecierpliwością czekała na spektakl, który wkrótce miał się rozpocząć. W pewnej chwili niebo zaczęło się zmieniać. Granat ustąpił miejsca różowi, który przechodził w pomarańczowy. Na horyzoncie pojawił się delikatny, ognisty punkt. Amelia wstrzymała oddech.
- Patrz, tatusiu! Już wychodzi! - szepnęła podekscytowana.
Słońce powoli wynurzało się z morskich głębin. Jego światło rozlewało się po wodzie jak płynne złoto. Fale lśniły jak tafle szkła, a w powietrzu unosił się delikatny zapach soli i mokrego piasku. Świat w jednej chwili stał się cieplejszy, piękniejszy i przynajmniej w oczach Amelii doskonały. Po kilku minutach czerwona kula nieco zbladła, straciła na intensywności i zaczęła przypominać takie zwyczajne słońce, które Amelia widziała na co dzień.
- Możemy jeszcze pójść na spacer po plaży? - poprosiła, kierując na tatę błagalne spojrzenie. Ten przez chwilę się wahał, ale gdy ciocia Kasia nieznacznie skinęła głową, wyraził zgodę. Uradowana Amelia zbiegła po schodach, których podobno było prawie trzysta, i ruszyła w lewo, wypatrując na mokrym piasku bursztynowych skarbów. Niestety tam, gdzie morze łączyło się z lądem, widziała wyłącznie owalne muszelki, a ich miała już całe pudełko, więc nawet nie zawracała sobie nimi głowy.
- Amelka, stań na chwilę - zawołała ciocia Kasia.
Amelia zatrzymała się niechętnie i wolno odwróciła. Jednak gdy dostrzegła w dłoni cioci Kasi aparat fotograficzny, natychmiast zapozowała. Po krótkiej sesji na tle porannego morza wróciła do swojego zajęcia: pochylała się nad piaskiem i wypatrywała czegokolwiek, co nie było kolejną nudną muszelką. W pewnym momencie kilkanaście metrów od brzegu, gdzie piaszczysta plaża przechodziła w stromy skalisty klif, dostrzegła nagą kobietę leżącą na piasku.
Musi jej być bardzo zimno - pomyślała Amelia, ostrożnie zbliżając się do nieruchomej, skulonej postaci. Najpierw chciała ją obudzić, lecz gdy podeszła bliżej, dostrzegła, że oczy kobiety są szeroko otwarte, a więc nie spała.
- Czy coś się pani stało? - zapytała, podziwiając łańcuszek z zawieszką w kształcie ryby, który leżąca miała na szyi, ale nie doczekała się odpowiedzi. To milczenie było dziwne, nienaturalne. Amelia poczuła zimny dreszcz na karku i uznała, że powinna zawołać tatę. Jednak gdy się odwróciła, aby to zrobić, głos uwiązł jej w gardle. W pierwszej chwili uznała, że ubrany na czarno mężczyzna, którego zobaczyła w połowie ścieżki prowadzącej na klif, jest tylko sennym koszmarem. Jednak im dłużej na niego patrzyła, tym więcej szczegółów zapadało jej w pamięć. Czarne, długie włosy, ciężka broda i te zielone oczy, zmrużone jak u polującego kota. Nagle nieznajomy położył palec wskazujący lewej dłoni na ustach, nakazując Amelii milczenie. Niemal w tej samej chwili kantem prawej dłoni przejechał po szyi. Amelia zacisnęła powieki, policzyła do dziesięciu, a gdy je otworzyła, na klifie nie było już nikogo. Jednak leżąca na piasku kobieta, w której dziewczynka rozpoznała jedną ze swoich poprzednich cioć, była tak realna, jak słońce, które mozolnie wspinało się na szczyt nieba.
- Tato, tato, tutaj leży ciocia Magda! - zawołała z całej siły i pobiegła do ojca, który na dźwięk jej słów zatrzymał się w pół kroku.