Prolog
Belfast, 1938
Mroczne wnętrze baru, z boksami wyłożonymi ciemnym drewnem i mlecznymi
szybami, stanowiło doskonałe miejsce spotkania. Boksy dawały intymność -
choć w lokalu było kilku gości, ich sylwetki zacierały się za szkłem. Na
zewnątrz, na Donegal Square, ludzie spieszyli zajęci swoimi sprawami,
nie zwracając uwagi na wysokiego mężczyznę, który wszedł do pubu tuż po
porze lunchu. Barman, co należało uznać za szczęśliwy zbieg
okoliczności, zajęty był właśnie pijaną klientką i obsłużył go nieco
roztargniony. Mężczyzna wziął swojego drinka, usiadł w jednym z tylnych
boksów, tak jak to wcześniej ustalono, i uzbroiwszy się w cierpliwość -
czekał; jego kontakt się spóźniał. Zerknął na zegarek i pomyślał, że da
spóźnialskiemu jeszcze dziesięć minut. Po upływie tego czasu musiałby
założyć, że stało się coś złego.
Nie wiedział, z kim się ma spotkać; tak było bezpieczniej, na zasadzie:
wiedz tylko tyle, ile musisz wiedzieć. Poczuł nagły dreszcz podniecenia
- świadomość, że robi coś konkretnego, dawała zadowolenie. Idealnie
nadawał się do tej roboty. Pomysł spotkania wyszedł od niego, rozpierała
go z tego powodu duma. Zdawał sobie sprawę, że ci na górze powinni to
zauważyć.
Wojna była z pewnością nieunikniona, i to bez względu na to, jaki
świstek papieru przywiózłby z Monachium stary Chamberlain. Jeśli Brytole
wierzyli, że obiecany przez niego pokój jest prawdopodobny, to cóż...
uwierzyliby we wszystko. Uśmiechnął się.
Próbował skupić uwagę na gazecie, którą ze sobą przyniósł, ale jego
myśli znowu powędrowały ku przypuszczeniu, które nie dawało mu spokoju
od chwili, gdy odebrał telefon. Jeśli Niemcy mogły otrzymać wszelkie
wsparcie, by podporządkować sobie Wielką Brytanię - a jego pozycja
oznaczała, że można to zaoferować, a nawet więcej - to musiałyby spełnić
swoją obietnicę. Wreszcie zjednoczona Irlandia. To wszystko, czego
pragnął.
Ponownie spojrzał na zegarek. Ledwie pięć minut, tylko tyle czasu mógł
tu jeszcze spędzić. W przeciwnym razie narażałby się na
niebezpieczeństwo.
Przebiegł niewidzącym wzrokiem stronice gazety z wynikami wyścigów
konnych.
Wtem rozległ się brzęk dzwonka przy drzwiach. Ktoś wszedł do pubu, wziął
drinka i zbliżył się do jego stolika. Mężczyzna siedział pochylony nad
gazetą, póki nie usłyszał umówionego hasła. Podniósł wzrok i spojrzał w oczy nieznajomego.
Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie. Jeśli czegokolwiek lub
kogokolwiek się spodziewał, to z pewnością nie tego.
Rozdział 1
Liverpool, Anglia, rok 1939
Elizabeth odłożyła kopertę i zdjęła okulary. Cienki papier i irlandzkie
znaczki zirytowały ją. To najprawdopodobniej znowu ten agent
nieruchomości, który próbował sprzedać dom jej matki. Dwukrotnie go już
informowała, że nie zamierza tego zrobić, choć nie miała pojęcia
dlaczego. Nie planowała wszak nigdy więcej wracać do Irlandii. Jej
ojciec od dawna nie żył, a matka odeszła w ubiegłym roku - fruwała teraz
zapewne w niebie, zadręczając biednych świętych swoją rozległą wiedzą
religijną.
List sprawił, że znów powróciła myślami do małej północnoirlandzkiej
wioski, którą nazywała domem... do tego wielkiego, starego, samotnego
budynku... do matki.
Margaret Bannon. Filar społeczności w irlandzkim Ballycreggan, w hrabstwie Down, pobożna katoliczka w miejscu naznaczonym głębokimi
podziałami. Choć była tak religijna, w jej piersi biło jednak serce z kamienia.
Elizabeth westchnęła. Starała się nie myśleć o matce, wprawiało ją to w rozdrażnienie. Nie zamieniły nawet słowa przez dwadzieścia jeden lat, a potem Margaret zmarła w samotności. Elizabeth włożyła list za zegar;
musiała już iść do szkoły. Postanowiła, że przeczyta go później... albo w następnym tygodniu... albo nigdy.
Z fotografii stojącej na toaletce uśmiechnął się do niej Rudi. "Nie
ulegaj goryczy, nie bądź jak ona", zdawał się mówić. Patrząc na jego
chłopięcą twarz, zastygłą w bezruchu sepiowej fotografii, na jego mundur
królewskiego regimentu, wyobrażała sobie, jak ją strofuje. Był taki
dumny, taki podekscytowany, taki cholernie młody. Co wiedział o okropnościach, które go czekały we Flandrii? Co wiedział którykolwiek z nich?
Otrząsnęła się w duchu. Takie myśli w niczym nie pomagały. Rudi już nie
żył, a ona nie była swoją matką, lecz sobą. Czyż nie udowodniła tego,
sprzeciwiając się jej i wychodząc za Rudiego? Wszystko to zdawało się
tak odległe, ale intensywność tamtych emocji wciąż w niej trwała.
Poznała, pokochała i poślubiła Rudiego Kleina jako zaledwie
osiemnastoletnia dziewczyna. Jej matka, Margaret Bannon, nie kryła
przerażenia na myśl, że jej katolicka córka wyjdzie za Żyda; Elizabeth
wciąż miała w pamięci to oszałamiające uczucie, gdy się jest młodym i zakochanym. Rudi mógłby być nawet Marsjaninem, jeśli o nią chodziło.
Chłopięcy, przystojny, zabawny - sprawiał, że czuła się kochana.
Przeszło jej naraz przez myśl, czy gdyby teraz wrócił w jakiś sposób zza
grobu i zjawił się na ulicy, a potem stanął w drzwiach ich małego
szeregowca, to czy rozpoznałby mieszkającą w nim kobietę? Jej kasztanowe
włosy, zawsze opadające na ramiona, były teraz zebrane w kok z tyłu
głowy, a dziewczyna, która niegdyś kochała sukienki, zmieniła się w kobietę ubraną funkcjonalnie i skromnie. Miała trzydzieści dziewięć lat,
wiedziała jednak, że może wydawać się starsza. Uchodziła niegdyś za
piękność, no w każdym razie nie była koszmarnie brzydka. Rudi powtarzał,
że ją kocha, a nawet, że jest piękna.
Włączyła radio, ale znowu mówili o tym, co się dzieje w Europie. Zgasiła
odbiornik; trudno było słuchać tego z samego rana. Niezachwianie
wierzyła, że wielcy tego świata nie dopuszczą do tego po raz drugi,
zwłaszcza po ostatniej krwawej wojnie.
Wszyscy w kółko gadali o jej wybuchu, o tym, co zamierza uczynić Hitler.
Więc czy rzeczywiście zapanuje pokój, tak jak obiecywał pan Chamberlain?
Wedle tego, co pisano w gazetach, miało być gorzej, nim byłoby lepiej,
oczywiście jeśli wierzyć gazetom.
Choć była spóźniona, zdjęła z toaletki zdjęcie. Gładkie czoło jej męża
przecinała smuga sadzy; starła ją rękawem swetra i popatrzyła mu w oczy.
- Do widzenia, kochany Rudi. Zobaczymy się później.
Pocałowała szkło, tak jak to robiła każdego dnia.
Jakże inne mogło być jej życie... mąż, rodzina. Tymczasem otrzymała
lakoniczny telegram, tak jak wiele innych kobiet podczas tej strasznej
wojny, która miała być kresem wszelkich konfliktów zbrojnych. Od
dwudziestu lat nosiła w sercu to uczucie rozpaczy. Telegram odebrała od
chłopca, który uparcie unikał jej wzroku. Był młodszy od niej najwyżej o kilka lat. Otworzyła depeszę na progu tego samego domu, słowa wyrażające
żal rozpływały się przed jej oczami. Pamiętała gwałtowny skurcz w brzuchu, była to reakcja dziecka, która odzwierciedlała jej własną. "Mój
tata nie żyje".
Musieli zaprowadzić ją do domu, pocieszyć; sąsiedzi nie zawiedli pod tym
względem. Wiedzieli, że kiedy chłopak wiozący telegram pojawia się na
ich ulicy, ktoś będzie potrzebował wsparcia. Tego dnia to była ona...
kiedy indziej ktoś inny. Pamiętała krew i wrażenie strasznego ucisku,
które skończyły się poronieniem w piątym miesiącu ciąży. Po tylu latach
ból fizyczny stępiał do wiecznie obecnego cierpienia duszy.
Odstawiła z czułością zdjęcie na półkę. Jedyne, jakie posiadała. Pod
wieloma względami nie przedstawiało Rudiego zgodnie z rzeczywistością;
nie był wcale taki szczupły ani atrakcyjny. "Armia brytyjska mnie
odświeżyła", zwykł mawiać z humorem. Ale ona pamiętała go takim, jakim
był bez munduru. Najwyrazistsze wspomnienie - siedzieli razem w tej
samej kuchni tego dnia, gdy dostali klucz. Pieniądze na kupno domu
pożyczył im jego wuj Saul, zamierzali go spłacić.
Pobrali się w urzędzie stanu cywilnego latem 1918 roku, kiedy Rudi
przyjechał do domu, otrzymawszy krótką przepustkę z powodu złamanej
ręki. Niemalże słyszała matczyne utyskiwania docierające przez Morze
Irlandzkie, ale nic ją nie obchodziły. Nie miało żadnego znaczenia, że
matka jest przerażona, iż jej córka wychodzi za "Żyda", jak się uparła
go nazywać, albo że Elizabeth odcina się od wszystkiego, czym żyła
dotychczas - wszystko to nie miało najmniejszego znaczenia. Kochała
Rudiego, a on kochał ją. Nic więcej się nie liczyło.
Włożyła jedyną przyzwoitą sukienkę, jaką miała, i rozpinany sweter -
minimalna pensja pomocnicy nauczyciela nie mogła zapewnić nowego
ubrania, ale miała to w nosie. W drodze do urzędu Rudi zebrał dla niej
bukiet kwiatów, świadkowali im jego kuzyn Benjamin i jego żona Nina. Ben
zginął potem nad Sommą, a Nina wyjechała do Londynu do swojej rodziny.
Straciły ze sobą kontakt.
Elizabeth z wysiłkiem przełknęła. Zdawało się, że ten żal wciąż ją
gdzieś gniecie w krtani. Skurcz żalu wywołany myślą o stracie, bólu i gniewie. W tamtym czasie żal ustąpił przed furią, jeśli miała być
szczera. Rudi zginął rankiem 11 listopada 1918 roku w Belgii.
Zawieszenie broni już podpisano, ale zaczęło obowiązywać dopiero po
jedenastej wieczorem. Po jedenastej jedenastego miesiąca. Wyobrażała
sobie, że generałowie musieli dostrzec w tym jakąś wzniosłą symetrię.
Tyle że żadnej nie było. Po prostu żałoba ogarnęła więcej ludzi, niż to
było konieczne. Straciła go, swego Rudiego, ponieważ ktoś w sztabie
pragnął, by kulminacja czterech lat rzezi ładnie się prezentowała na
papierze.
Wzdrygnęła się na to wspomnienie. Rankami panował chłód, choć w powietrzu wyczuwało się już wiosnę. Dzieci w jej klasie bezustannie
pociągały nosami i pokasływały. Przypomniała sobie wielki stary kominek
w szkole państwowej w Ballycreggan, gdzie każde dziecko miało przynieść
grudę torfu albo polano do podtrzymania ognia. Żona dyrektora
O'Reilly'ego stawiała rankami obok paleniska wielki dzban mleka, by
dzieci mogły się napić przed lunchem czegoś gorącego. Elizabeth z radością powitałaby ogień w swojej klasie, niestety, brytyjski system
edukacyjny nigdy nie aprobował takich luksusów.
Zerknęła na zegar. Wpół do ósmej. Powinna już wyjść. Wzięła płaszcz i kapelusz, a także ciężką torbę z zeszytami, które sprawdziła
poprzedniego wieczoru, a potem wyszła z domu.
Wszędzie panował spokój. Oprócz listonosza, który dostarczał przesyłki
po drugiej stronie ulicy, była jedynym człowiekiem w zasięgu wzroku.
Lubiła to, owo poczucie samotności, spokój przed nadchodzącą burzą.
Półtorakilometrowy spacer do szkoły traktowała jako ćwiczenie fizyczne i czas na rozmyślania. Zastanawiała się zazwyczaj nad tym, czego będzie
uczyć danego dnia albo jak sobie poradzić z dzieckiem sprawiającym
problemy - czy też, o wiele częściej, z rodzicem sprawiającym problemy.
Była nauczycielką w szkole podstawowej już tak długo, że widziała
niemalże wszystko. Kiedy przyjechała do Anglii jako bystra
szesnastolatka objąć stanowisko asystentki nauczyciela w katolickiej
szkole, odsunęła się nieskończenie daleko od Ballycreggan, od swojej
matki, od wszystkiego tego, co dotąd znała.
Słabo już pamiętała studia, dzięki którym przestała być asystentką, a stała się w pełni wykwalifikowaną nauczycielką. Kiedy Rudi zginął, a ona
straciła dziecko, pewna miła zakonnica poradziła jej, by zdać egzaminy i zostać nauczycielką, a nie tylko asystentką, a ponieważ mogła w ten
sposób zająć czymś udręczony umysł, zgodziła się. Otrzymywała na
studiach najwyższe oceny, musiała więc pewnie oddawać się bez reszty
nauce, ale niewiele sobie przypominała z tamtych lat. Spowijała je mgła
żalu i bólu.
Rozdział 2
Berlin, rok 1939
Ariella Bannon czekała za drzwiami, serce jej łomotało w piersi. Zakryła
włosy chustą i włożyła jedyny płaszcz, jaki jej jeszcze pozostał, szary
i niegdyś elegancki. Choć w ogóle nie wyglądała na Żydówkę z tymi swoimi
zielonymi oczami i kręconymi rudymi włosami - a małżeństwo z Peterem
Bannonem, katolikiem, zapewniało nieco bardziej uprzywilejowaną pozycję,
niż mieli inni Żydzi - ludzie wiedzieli, kim jest. Zabierała dzieci do
synagogi, prowadziła koszerny dom. Nigdy, w najczarniejszych snach, nie
wyobrażała sobie, że owo spokojne, ciche przestrzeganie zasad jej wiary
doprowadzi do czegoś takiego.
Jeden z listonoszy, Herr Krupp, przystąpił do brunatnych koszul.
Obawiała się, że w ogóle nie dostarczy przesyłki, więc miała nadzieję,
że tego dnia zjawi się Frau Braun. Nie była zbyt przyjacielska, ale
przynajmniej przynosiła listy. Ariella dziwiła się postawie Kruppa;
wcześniej tak miły, od czasu nocy kryształowej całkiem się zmienił;
wszyscy się zmienili. Pamiętała nawet, jak Peter rozmawiał z nim o pogodzie, łowieniu ryb i temu podobnych rzeczach. Trudno było uwierzyć,
że kryje się pod tym taka nienawiść. Można by pomyśleć, że sąsiedzi,
ludzie na ulicy, nawet dzieci, dosłownie wszyscy, zwrócili się przeciwko
Żydom. Liesel i Erich bali się cały czas. Liesel starała się nadrabiać
miną - była takim wspaniałym dzieckiem - ale miała zaledwie dziesięć
lat. Erich ją podziwiał. Jako siedmiolatek wierzył, że starsza siostra
ze wszystkim sobie poradzi.
W przyszłym miesiącu przypadały urodziny córeczki, teraz niepodobna było
je świętować. Ariella wróciła myślą do tych dni z przeszłości - torty,
przyjaciele, prezenty - to już się skończyło. Wszystko się skończyło.
Próbowała przełknąć, by pozbyć się znajomego ucisku paniki w krtani.
Peter został zatrzymany, ponieważ ze swoim kolegą z pracy,
chrześcijaninem, stanął w obronie pewnej starszej żydowskiej damy, którą
nazistowscy chuligani prześladowali na ulicy. Ariella dowiedziała się,
że umundurowani funkcjonariusze pobili obu mężczyzn i wrzucili do
ciężarówki. Wydarzyło się to pięć miesięcy temu. Każdego dnia miała
nadzieję, że pewnego dnia jej mąż do niej wróci, ale jak dotąd nie
wrócił. Zastanawiała się, czy nie odwiedzić żony tego kolegi i nie
sprawdzić, czy coś wie, ale w tych czasach wszelkie kontakty Żydów z aryjczykami, z jakiegokolwiek powodu, nie były dobrym pomysłem.
Jakie to szczęście, że mówiła do dzieci po angielsku od chwili, gdy się
urodziły. Przynajmniej to. Robiła to, bo potrafiła; w dzieciństwie miała
angielską guwernantkę, budzącą grozę kobietę, panią Beech, która
nalegała, by Ariella mówiła nie tylko po niemiecku, ale też po
angielsku, francusku i włosku. Peter uśmiechał się, słysząc, jak dzieci
gaworzą w obcych językach, i zawsze twierdził, że odziedziczyły po niej
tę lingwistyczną smykałkę. Sam mówił tylko po niemiecku, choć jego
ojciec był Irlandczykiem. Wspominała ciepło swojego teścia Paddy'ego.
Umarł jeszcze za niemowlęcych lat Ericha. Posługiwał się niemieckim
biegle, ale zawsze z uroczym zaśpiewem. Raczył ją opowieściami o swoim
dorastaniu w Irlandii. Przyjechał do Niemiec jako młody człowiek, żeby
studiować; spotkał tam Christianę Berger, piękność z Bawarii, i od razu
się w niej zakochał. I został już w Niemczech. Peter był ich jedynym
dzieckiem, Christiana zginęła w wypadku podczas jazdy konnej; chłopiec
miał wtedy ledwie pięć lat. Jak proste jawiły się te dni, siedem
krótkich lat temu, gdy Ariella miała córeczkę drobiącą wokół swoimi
maleńkimi nóżkami, nowo narodzonego synka w ramionach, kochającego męża
i troskliwego teścia. Teraz czuła się taka samotna.
Ulga. To była Frau Braun. Minęła jednak budynek.
Ariella oparła się fali rozpaczy. Adresatka powinna do tej pory otrzymać
list. Został wysłany przed trzema tygodniami. Starała się nie rozważać
wielu ponurych możliwości. A co, jeśli ta kobieta już tam nie mieszkała?
Może rodzina gdzieś się przeniosła? Peter nie utrzymywał kontaktów ze
swą jedyną kuzynką, o ile się orientowała.
Nathaniel, najlepszy przyjaciel Petera, powiedział jej, że może
załatwić, by Liesel i Erich wyjechali z Berlina tak zwanym
Kindertransportem - najwidoczniej miał jakieś koneksje - nie mogła
znieść myśli, że jej dzieci trafią do obcych. Żeby tylko Elizabeth się
zgodziła... jedynie pod tym warunkiem Ariella była gotowa wsadzić dzieci
do pociągu. A nawet i wówczas... Odrzuciła tę myśl, nie chcąc snuć
czarnych wizji. Musiała odesłać syna i córkę i czekać, aż to szaleństwo
się skończy.
Próbowała już wszystkiego, by wydostać ich z kraju. Na próżno.
Skontaktowała się z każdą możliwą ambasadą - Stanów Zjednoczonych,
Wenezueli, Paragwaju, miejsc, o których ledwie słyszała, nie było jednak
nadziei. Kolejki przed ambasadami wydłużały się z każdym dniem, a bez
kogoś, kto mógłby za człowieka poręczyć, rzecz zdawała się niemalże
niemożliwa. Irlandia stanowiła jej ostatnią szansę. Ojciec Petera,
dziadek Liesel i Ericha, był obywatelem irlandzkim. Gdybyż tylko udało
jej się nakłonić Elizabeth, by wzięła do siebie jej dzieci, to
przynajmniej im nic by nie groziło.
Budziła się czasem w nocy, myśląc, że to wszystko jest jakimś koszmarnym
snem. Z pewnością nie działo się w Niemczech, w kraju słynącym z nauki i literatury, muzyki i sztuki? A jednak się działo.
Peter i Ariella powiedzieliby, że są Niemcami, że ich dzieci są
Niemcami, tak jak wszyscy inni, ale okazało się, że nie. To przez nią
jej ukochane dzieci były określane mianem Untermensch, podludzi, z powodu żydowskiej krwi płynącej w jej żyłach.
Rozdział 3
Elizabeth weszła do domu. Miała za sobą długi dzień. Dzieci w jej klasie
były zafascynowane i jednocześnie przerażone perspektywą wojny,
panowania Hitlera i wszystkim, co się z tym wiąże. Tak wiele z nich
straciło poprzednim razem dziadków, wujów i kuzynów, ona jednak
dostrzegała błysk podniecenia w oczach małych chłopców. Usiłowała
porzucić ten temat, malcy jednak bezustannie chcieli do niego wracać.
Hitler i naziści jawili się jako absurd. Był naprawdę najbardziej
odrażającym małym człowieczkiem i jeśli wierzyć doniesieniom, okropnie
traktował swój naród.
Słyszała, jak dyskutowano o tym w szkole, w pokoju nauczycielskim, w autobusie, w sklepie za rogiem. Wydawało się, że to jedyny temat rozmów:
Hitler i naziści. I jak należałoby go powstrzymać.
Odłożyła jutową torbę pełną zeszytów i nalała wody do czajnika. Musiała
się napić herbaty przed sprawdzeniem wypracowań.
Kiedy czekała, aż woda się zagotuje, ponownie dostrzegła list z Ballycreggan. Otworzyła go w roztargnieniu, gotowa wyrzucić jego
zawartość do kosza. Cokolwiek to było, nie wzbudzało jej
zainteresowania.
Zauważyła jednak ku swemu zaskoczeniu, że w kopercie nie ma listu od
agenta nieruchomości, lecz jeszcze mniejsza koperta, zaadresowana do
niej, ale wysłana do domu jej matki w Ballycreggan. Poczta zapewne
przekierowała przesyłkę. Wyjęła cienką kopertę z zagranicznymi
znaczkami. Zaintrygowana otworzyła ją i wyciągnęła pojedynczą kartkę.
Droga Elizabeth
Proszę, wybacz mi śmiałość, z jaką kontaktuję się z Tobą w ten sposób.
Nigdy się nie spotkałyśmy, jestem Ariella Bannon. Wydaje mi się, że mój
mąż Peter był jednym z Twoich kuzynów. Jego ojciec, Paddy, był bratem
Twego ojca. Jestem Żydówką.
Peter i ja mamy dwoje dzieci. Liesel ma dziesięć lat, a Erich siedem,
ja zaś za wszelką cenę chcę je wydostać z Niemiec. Mój mąż zaginął -
zakładam, że nie żyje - i boję się o bezpieczeństwo swoich dzieci, jeśli
nie uda mi się wysłać ich daleko stąd, póki to wszystko się nie
skończy.
Przyjaciel rodziny może załatwić ich wyjazd Kindertransportem, ale nie
zniosłabym myśli, że nie wiem, dokąd albo do kogo by się udały. Wiem, że
proszę o wiele, ale błagam Cię - weź moje dzieci. Dopilnuję, byś jak
najszybciej otrzymała każdego pensa z poniesionych wydatków, jakich
będzie wymagała opieka nad nimi, lecz w tej chwili nie mogę uczynić nic
więcej, jak tylko zdać się na Twoje miłosierdzie i modlić.
Próbowałam uzyskać wizę i wyjechać wraz z nimi, jednak bez powodzenia.
To bardzo dobre dzieci, wierz mi, i zrobią posłusznie wszystko, co im
powiesz, poza tym Liesel jest niezwykle pomocna w domu. Posługują się
biegle angielskim, mówią też po francusku i włosku. Jeśli uznasz w swym
sercu, że możesz mi pomóc, to zaskarbisz sobie moją dozgonną
wdzięczność.
Z poważaniem,
Ariella
PS Proszę, odpisz mi, i jeśli się zgodzisz, postaram się jak
najszybciej wszystko załatwić. Sprawy przybierają tu coraz gorszy
obrót.
Czajnik zagwizdał i Elizabeth wyłączyła pod nim gaz. Usiadła,
zapominając całkiem o herbacie. Przeczytała ponownie list.
Przez jej głowę przetaczały się niezliczone myśli, fala za falą.
Ogarnęło ją współczucie - biedna Ariella, z jakim koszmarnym wyborem
przyszło jej się zmierzyć; nieszczęsna kobieta postradała chyba zmysły.
Elizabeth nie wiedziała nawet, że jej kuzyn ma na imię Peter; musiała
przeczesywać umysł w poszukiwaniu choćby wzmianki o swoim wuju czy
kuzynie. Gdy sięgnęła w głębokie zakamarki pamięci, wydało jej się
naraz, że matka mogła coś wspominać, ale w najlepszym razie jawiło się
to jako odległe, niewyraźne opowieści.
Ta kobieta chciała, by ona, Elizabeth, zaopiekowała się jej dziećmi.
Musiałaby ponosić za nie odpowiedzialność przez czas na razie
nieokreślony. Czy mogła to zrobić? Owszem, była nauczycielką, ale nie
matką i nic nie wiedziała o wychowywaniu dzieci. Kto by się nimi
zajmował, gdy byłaby w pracy? Gdzie by spały? W jej domu znajdowały się
tylko dwie sypialnie. A gdyby ją znienawidziły? I znienawidziły życie w Anglii? A gdyby płakały i mówiły, że chcą wrócić? Lubiła wszak swoje
towarzystwo i swój mały, cichy domek - był oazą spokoju po całym dniu w szkole - i myśl, że miałaby niebawem dzielić go z dwojgiem nieznajomych
maluchów, napawała ją lękiem. Lecz Ariella nie prosiłaby jej, gdyby nie
była zdesperowana. Elizabeth wiedziała, że musi spełnić jej prośbę.
Siedziała przy kuchennym stole, próbując sobie wyobrazić tę niemiecką
rodzinę, swoje kuzynostwo. Wydało jej się, że pamięta kilka kartek
bożonarodzeniowych z dzieciństwa - miały inny kształt niż te irlandzkie,
raczej kwadratowe niż prostokątne, przypominały pocztówki. Obrazy
zaśnieżonych gór. Kiedy zmarł jej ojciec, nawet te kartki przestały
przychodzić. Matka z pewnością nie chciała mieć nic do czynienia z cudzoziemcami.
Posiadała dość pieniędzy, by pokryć wszelkie wydatki związane z opieką
nad dwójką dzieci. Spadek po matce spoczywał nietknięty w banku, a jej
nauczycielska pensja wzrastała z roku na rok. Zapłaciła Saulowi za dom,
choć po śmierci Rudiego próbował to umorzyć, i poza podstawowymi
artykułami niewiele kupowała.
Nie umknęła jej ironia losu - mogła w końcu, przynajmniej na jakiś czas,
zasmakować w macierzyństwie.
Miała nadzieję, że zajdzie w ciążę zaraz po ślubie z Rudim, w czerwcu
1918 roku, i zaszła. Radość wywołana tym wspomnieniem natychmiast
zgasła, stłumiona przez koszmar utraty dziecka. Nigdy więcej nie
zaangażowała się w żaden związek, choć w ciągu minionych lat spotkała
się z propozycjami ze strony kilku mężczyzn. Czuła się w środku
zlodowaciała. Nie chciała ponownie pozwalać sobie na tak głębokie
uczucie. Mówiło się, że żal jest ceną miłości; była to cena, której
nigdy więcej nie zamierzała płacić.
Przez lata godziła się z faktem, że nie tylko straciła Rudiego, ale też,
że nigdy więcej nie zostanie matką. A teraz miała nią być dla dwojga
nieznanych istot.
Wzdychając, wyjęła plik kartek i pióro i zanotowała adres w Berlinie.
"Droga Ariello..." - zaczęła.
Rozdział 4
- Dlaczego płaczesz, mamo? - spytał Erich.
Miał ściągniętą twarz, kiedy wszedł do sypialni. Ariella schowała
pospiesznie zdjęcia pod poduszkę i odwróciła się do niego. Tak bardzo
pragnęła znów ujrzeć szeroki uśmiech syna, w ich domu od dawna nikt się
nie uśmiechał.
- Nie płaczę, kochanie - odpowiedziała. - Coś mi tylko wpadło do oka.
Przygładziła jego ciemne włosy, a on popatrzył na nią z niezachwianym
zaufaniem swymi dużymi, brązowymi oczami. Przestał już pytać, gdzie
tata, ale wciąż się upierał, że będzie z nią spał, i bezustannie
szeptał: "Nie odejdziesz, Mutti, prawda?".
Nienawidziła kłamać - i w gruncie rzeczy nie kłamała. To nie ona miała
odejść, lecz one; wsadziłaby swe ukochane dzieci do pociągu, nawet gdyby
miała to być ostatnia rzecz, jaką by uczyniła. Wraz z całą społecznością
żydowską obserwowała z przerażeniem, jak naziści rosną w siłę. Zbiry w brunatnych koszulach działali praktycznie bez jakiejkolwiek kontroli, a nie-Żydzi stali po prostu z boku, obojętnie się przyglądając. No cóż,
większość z nich. Ludzie, którzy starali się to powstrzymać, znikali jak
Peter.
Sprzedała wszystko, co mogła, i nie zostały jej już żadne pieniądze. Nie
mieli na dobrą sprawę co jeść, więc dawała Liesel i Erichowi to, co
zdołała wygrzebać ze śmietnika. Wiedziała, że słabnie z powodu
wygłodzenia, nie miała jednak wyboru.
List Elizabeth przyszedł w samą porę. Frau Braun wręczyła jej
przesyłkę bez słowa, lecz z zaciętością w oczach. Ariella zdążyła się
już przyzwyczaić do tego spojrzenia.
Elizabeth chciała je zabrać do siebie. Sprawiała wrażenie miłej i serdecznej; wyjaśniła, że nie mieszka już w Irlandii, tylko w Anglii, w Liverpoolu. Jeśli Ariella nie ma nic przeciw temu, by dzieci tam
pojechały, to ona, Elizabeth, zapewni im dom na tak długo, jak będzie
trzeba. Miały wyjechać z Lehrter Banhof w czwartek wieczorem. Był
wtorek, musiała więc im o tym powiedzieć jeszcze tego samego dnia. Mimo
że się bardzo starała, nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Każde
wyjaśnienie, gdy analizowała je, zamierało na ustach.
Spakowała ich bagaże. Organizatorzy podróży byli niezwykle konkretni -
jedna mała walizeczka na osobę i nie więcej niż dziesięć reichsmarek. Ta
akurat zasada się do niej nie stosowała, i tak nie miała pieniędzy,
które mogłaby dać dzieciom. W nocy, gdy spały, wyhaftowała ich imiona na
każdej sztuce odzieży, potem wyprała je po cichu i rozwiesiła. Dołożyła
zdjęcia, swoje i Petera, i całej ich czwórki na bar micwie dziecka
jednego z jej kuzynów. Dorzuciła jeszcze fotografię Petera i jego ojca,
na odwrocie napisała: "Paddy i Peter Bannonowie z Ballycreggan w Irlandii". Mogłoby to pomóc, któż wie? Otrzymałyby tabliczki z imionami
i nazwiskami, i numerem, zawieszone na szyi, ten sam numer miał być
umieszczony na ich walizkach. Dzieci będą miały opiekę przez całą drogę
do Anglii; zapewniono ją, że w chwili przybycia na brytyjską ziemię
zostaną przekazane pod opiekę kuzynki jej męża. Kobieta, która
organizowała Kindertransport, była miła, choć sprawiała wrażenie
udręczonej. Ariella zdawała sobie sprawę, że to wszystko musi
przysparzać cierpienia, ale wiedziała też, jakimi szczęściarzami są
Liesel i Erich. Dostały pozwolenie na wyjazd tylko dlatego, że ich
ojciec zniknął i że Nathaniel pociągnął za właściwe sznurki.
W drzwiach stanęła Liesel. Tak bardzo przypominała Petera, że Arielli
czasami zapierało dech w piersi. Ciemne włosy, zielone oczy, drobna
budowa ciała. Była taka bystra, taka kreatywna. Dostawała najwyższe
oceny w klasie, nim zaczął się ten horror. Żadne z jej dzieci od dawna
nie chodziło do szkoły. Zamknięto ją dla Żydów. Pojawiły się nieśmiałe
próby posłania ich do szkoły ściśle żydowskiej, ale była położona bardzo
daleko od domu, a ponieważ chodzenie po ulicach stało się teraz
niebezpieczne, Ariella nigdzie nie posyłała dzieci. Całymi dniami
szlifowała ich angielski, a kiedy pytały, dlaczego nie robią ćwiczeń z francuskiego czy włoskiego, jak poprzednio, mówiła, że angielski jest
najlepszym z języków. Czytały książki, pisały opowiadania i wymyślały
historie, by doskonalić i tak już bogaty słownik.
Z początku Ariella próbowała kontynuować z nimi lekcje w domu, ale wobec
tego, co się działo, wydawało się to bez sensu. Czytała im opowiadania,
a dzieci rysowały obrazki i grały w różne tworzone przez siebie gry.
Starała się zachowywać pozory normalnego życia, choć w rzeczywistości w niczym takiego nie przypominało.
- Mutti? - zagadnęła Liesel.
Była bardzo spostrzegawczym dzieckiem; wiedziała, że się dzieje coś
złego.
Ariella wzięła głęboki oddech, zdając sobie sprawę, że musi to zrobić.
Zaprowadziła dzieci do łóżka i posadziła je na nim. Ileż to razy
wpełzały do niego rankami, by się przytulić do niej i do Petera?
Łaskotał je, śmiejąc się, i bawił się z nimi, opowiadał im zabawne
historyjki o gadających psach albo stepujących papugach. Ona zaś
wstawała i biegła do piekarni po chleb, a potem jedli razem śniadanie na
ich małym tarasie wiosną i latem, a w zimowe ranki w słonecznej kuchni.
Peter miał dobrą pracę w banku, cieszyli się ładnym mieszkaniem.
Słyszała, że wielu Żydów wyeksmitowano z ich domów, a naziści w to
miejsce wsadzali swoich ludzi, ale jak dotąd Bannonów to nie spotkało.
Wiedziała jednak, że jest kwestią czasu, gdy ich wyrzucą z mieszkania.
- Moje kochane dzieci, muszę wam coś powiedzieć, a wy powinnyście być
bardzo odważne, jak ci rycerze, o których czytaliśmy zeszłego wieczoru.
- Siliła się na beztroski ton, widziała jednak, że przypatrują się jej z obawą; w tych dniach nie zdarzały się miłe niespodzianki. - Wybieracie
się w ekscytującą podróż do Anglii. Najpierw pojedziecie pociągiem, a potem popłyniecie statkiem. A gdy tam dotrzecie, kuzynka taty, urocza
pani imieniem Elizabeth, zabierze was do swojego domu. Zastaniecie tam
mnóstwo dzieci, z którymi będziecie się mogły bawić, i mnóstwo jedzenia.
Będzie wspaniale.
Powstrzymała siłą łzy, które piekły ją w oczy.
- Ale pojedziesz z nami, prawda Mutti? - spytała Liesel niepewnie.
- Nie, moja kochana, nie teraz... to pociąg tylko dla dzieci. Dołączę do
was później, kiedy już zgromadzę odpowiednie papiery.
Starała się przedstawić to jako drobną biurokratyczną niedogodność, nie
coś prawie niemożliwego.
- Nie, Mutti, zaczekamy i pojedziemy, kiedy ty też będziesz mogła
jechać. - Liesel była nieustępliwa.
- Bardzo bym chciała, córeczko, naprawdę, ale ty i Erich musicie
pojechać pierwsi, a ja potem do was dołączę. Łatwiej mi będzie uzyskać
pozwolenie, gdy zostanę sama. A kuzynka Elizabeth zaopiekuje się wami
troskliwie...
Wiedziała, że musi przekonać przede wszystkim córkę. Erich pojechałby
wszędzie, gdzie by mu kazała, a gdyby z nim była, czułby się
bezpieczniej. Że też Liesel musiała mieć w sobie buntowniczą żyłkę ojca!
Peter był wspaniałym człowiekiem, lecz niekiedy upartym; Liesel bardzo
go pod tym względem przypominała.
- Nie! - krzyknęła. - Nie pojadę bez ciebie. I już! Nie mogę!
Teraz i Erich zdradzał niepokój.
Ariella uchwyciła wzrok córki, nakłaniając ją w milczeniu, by
zrozumiała, błagając oczami o zgodę ze względu na brata.
- Możesz, kochanie, zapewniam cię. Możesz to zrobić. Będziecie przez
całą drogę otoczeni opieką, musicie się tylko trzymać razem i troszczyć
o siebie nawzajem, póki do was nie dojadę.
- Nie możemy tu zostać? - Te słowa padły niczym ciężkie kamienie.
W głosie córki pojawiło się coś... Potem Ariella zastanawiała się nad tym
wiele razy. W dziewczynce dokonała się jakaś zmiana.
Ariella spojrzała jej głęboko w oczy. Przez całe życie córki robiła
wszystko, by jej pomagać - bandażowała kolano, kiedy się przewróciła,
zdrapywała twardą skorupkę z grzanki, przyszywała oko pluszowemu misiowi
- ale tego nie dawało się łatwo naprawić, a wzrok Liesel jasno dowodził,
że żadne słowa nie zdołają tego uczynić.
- Nie, kochanie, nie możemy - odparła. - Ten kraj nie jest już dla nas.
Musimy stąd wyjechać.
Upłynęła długa chwila milczenia, nim Liesel znów się odezwała.
- I obiecujesz, że do nas przyjedziesz? Przysięgniesz, że tak się
stanie?
Płonący wzrok dziewczynki palił matczyne oczy.
- Przysięgam. Dopóki starczy mi tchu, moje najmilsze dzieci, zrobię
wszystko, co w mojej mocy, by do was dotrzeć. Ale teraz musicie być
dzielne i silne, tak jak o tym wiemy, ja i tata, że jesteście, i wsiąść
do tego pociągu. Zrobicie to dla mnie? Dla taty?
Erich popatrzył na Liesel i wsunął rączkę w jej dłonie, ona zaś
odpowiedziała z powagą za nich oboje:
- Pojedziemy, Mutti. Zostaniemy razem i zaczekamy na ciebie w Anglii.
Ariella rozłożyła ramiona, a dzieci przytuliły się do niej z całych sił.
Siedzieli tak jeszcze długi czas, obejmując się nawzajem i dodając sobie
otuchy.
Rozdział 5
Elizabeth stała przy barierce wraz z innymi londyńczykami czekającymi na
ludzi, którzy wysiadali z pociągu na stacji przy Liverpool Street. W wyznaczonym czasie na peronie pojawiła się grupa dzieci prowadzonych
przez kilkoro dorosłych, którzy wydawali polecenia w obcym języku -
niemieckim, jak przypuszczała Elizabeth - po czym ruszyła w stronę
głównej hali dworca.
Elizabeth podeszła do kobiety, na oko sześćdziesięciokilkuletniej, która
trzymała w ręku podkładkę z klipsem, a na szyi miała zawieszony gwizdek.
- Witam - powiedziała. - Nazywam się Elizabeth Klein, mam odebrać dwoje
dzieci, Liesel i Ericha Bannonów.
Wydawało się to dość osobliwe - posługiwać się panieńskim nazwiskiem w celu identyfikacji dwójki nieznajomych maluchów.
Kobieta popatrzyła na nią nieprzytomnym, zagubionym wzrokiem.
- Zajmuje się pani przewozem małych uchodźców z Niemiec, czyż nie? -
spytała Elizabeth. Przeszło jej przez głowę, że może zwróciła się do
niewłaściwej osoby.
- Tak, tak... oczywiście... tak. Niech spojrzę na listę. Przepraszam, to
była długa podróż i... przepraszam. Jak się pani nazywa? Może pani
powtórzyć?
Kobieta pochodziła z Europy i miała ciężki akcent.
Stojący wokół nich ludzie podchodzili do innych opiekunów w grupie,
wszyscy bez wyjątku w tym samym celu. Dzieci trzymały się razem, skulone
i przerażone. Elizabeth nie kryła szoku, widząc tak wiele bardzo małych
dzieci, nawet niemowląt trzymanych w ramionach starszych. Był to żałosny
widok.
- Klein, Elizabeth Klein - powiedziała wyraźnie i powoli. - Mam odebrać
Liesel i Ericha Bannonów.
Kobieta przesuwała palec w dół listy, aż natrafiła na właściwą pozycję.
- Tak, są tutaj. Jest pani kuzynką ich ojca, zgodnie z tym, co tu
napisano? - Ponownie sprawdziła listę, zdejmując i wkładając
kilkakrotnie okulary do czytania.
- Tak, zgadza się.
- Pani adres? - Kobieta po raz pierwszy przyjrzała się jej twarzy.
- Barrington Close czternaście, Liverpool.
Zaczekała, aż kobieta to potwierdzi, a potem zerknęła raz jeszcze na
skuloną grupkę dzieciaków. Które to? - zastanawiała się.
- Zgadza się. Proszę zaczekać, przyprowadzę je.
Kobieta zbliżyła się do grupy malców i zawołała:
- Erich i Liesel Bannon! Dein Cousin ist hier.
Ze środka ciasno zbitej gromadki wystąpiło dwoje dzieci i ruszyło w ślad
za kobietą ku miejscu, w którym stała Elizabeth.
- Spotkaliście się wcześniej? - spytała opiekunka.
- Nie, nie. Nigdy. - Elizabeth uśmiechnęła się do dzieci i wyciągnęła
rękę. - Willkommen, freut mich dich kennenzulernen.
Posłużyła się jedyną niemiecką frazą, jaką znała.
Liesel uścisnęła jej dłoń.
- Miło mi panią poznać - odparła nieśmiało po angielsku.
- Witaj, Liesel - rzekła Elizabeth, doznając ulgi. Ariella pisała, że
jej dzieci mówią płynnie po angielsku, ale przeszło jej wtedy przez
głowę, czy przypadkiem ich matka nie stara się w ten sposób nakłonić jej
do spełnienia swej prośby.
- A to zapewne Erich? - zwróciła się do małego chłopca, który chował się
za siostrą.
- Tak. To mój brat.
Liesel popchnęła go łagodnie. Zbliżył się kilka centymetrów, tak że
Elizabeth widziała przynajmniej jego twarz.
Przykucnęła, by mogli sobie patrzeć w oczy, i oznajmiła powoli i wyraźnie:
- Jestem Elizabeth i będę się wami opiekować.
Nie wiedziała, czy zrozumiał, ale wlepił w nią oczy, ona zaś nabrała
nadziei, że poczuł się pewniej. Następnie wypełniła stosowne formularze,
wzięła walizki swych podopiecznych z dużego wózka, po czym ujęła dłonie
dzieci i wyszła z nimi na blask lipcowego słońca.
Przy herbacie i drożdżówce przekonała się, że istotnie - oboje mówią
płynnie po angielsku, tak jak zapewniała ich matka.
- Mutti też mówi - rzekł z dumą Erich. - Tato pracuje w banku, więc
nie musi znać tego języka, ale Mutti nauczyła się go, jak była młoda,
a potem nas nauczyła.
- No to wspaniale. Cieszę się, bo w ogóle nie mówię po niemiecku.
Martwiłam się, że nie zdołam się z wami porozumieć. - Uśmiechnęła się i zauważyła z ulgą, że dzieciaki nie są już takie spięte.
- Ma pani psa? - spytał ją nagle Erich.
- Nie, nie mam psa, ale jest mała kotka, która przychodzi codziennie na
miseczkę mleka. Stawiam ją dla niej na podwórzu. Może zajmiesz się jej
karmieniem, Erichu?
Chłopiec sprawiał wrażenie zachwyconego tą propozycją. Pokiwał radośnie
głową.
- No i jak się czujesz, Liesel? - zwróciła się do dziewczynki. -
Przypuszczam, że jesteś zmęczona?
Ponieważ z racji zawodu rozmawiała z dziećmi po całych dniach, wiedziała
- a przynajmniej się domyślała - że wielu spośród rodziców i kadry
nauczycielskiej uważa, iż lepiej się porozumiewa z dziećmi niż z dorosłymi. Teraz jednak było inaczej. Dręczyła ją niepewność.
- Tak - przyznała dziewczynka, ale nie rzekła nic więcej. Ani na chwilę
nie puściła ręki brata, nawet gdy piła herbatę.
- Zatrzymamy się dziś w hotelu, inaczej długo musielibyśmy jechać tam,
gdzie mieszkam. Zajechalibyśmy na miejsce późno w noc. Pomyślałam, że
przenocujemy w Londynie, a jutro rano udamy się pociągiem do Liverpoolu.
Czuła się głupio. Kiedy rezerwowała pokój w Devonshire Arms Hotel przy
Finsbury Park, sądziła, że będzie to dla nich atrakcja. Teraz jednak,
gdy się z nimi spotkała, uświadomiła sobie, iż są zagubione, smutne i tak bardzo oddalone od swojego domu, że miejsce noclegu stanowiło ich
najmniejszy problem.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała, choć nie wiedziała, czy to
prawda.
- Nasza Mutti niedługo przyjedzie - oznajmił Erich z taką pewnością,
że Elizabeth zaczęła się zastanawiać, czy chłopiec nie próbuje czasem
jej przekonać do siebie.
- Kiedy uzyska wizę - uzupełniła Liesel. Sprawiała wrażenie łagodnej,
ale ta uwaga dowodziła dojrzałości, nietypowej dla tak małego dziecka.
Kobieta odstawiła filiżankę i zaryzykowała - położyła obie ręce na stole
i obróciła je wnętrzem dłoni do góry.
Liesel popatrzyła na nie, a potem spojrzała Elizabeth w twarz. Erich ani
na chwilę nie spuścił oczu z siostry. Dziewczynka wsunęła powoli swoją
dłoń w dłoń Elizabeth, Erich uczynił to samo. Objęła ich małe rączki
palcami i ścisnęła lekko.
Lata pracy ją nauczyły, że dzieci należy traktować z szacunkiem, którego
często brakowało dorosłym. Były małymi ludźmi. Nie odznaczały się
głupotą ani nieświadomością, przeciwnie - niejednokrotnie wiedziały o wiele lepiej od dorosłych, co się dzieje.
Dawno się przekonała, że prawda, czy też to, co jej najbliższe, jest
najlepszym wyjściem z sytuacji.
- Liesel, Erichu, wiem, że to wszystko musi wam się wydawać dziwne i trudne. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak wam jest smutno i jak
ciężko było zostawić waszą Mutti. Będziemy się co dzień wieczorem
modlić za nią i waszego tatę. Poprosiła mnie, żebym się wami
zaopiekowała, a ja się będę bardzo starała. Nie mam własnych dzieci, mój
mąż Rudi zginął podczas ostatniej wojny, więc z początku może mi to za
bardzo nie wychodzić. - Uśmiechnęła się nieznacznie, ale dzieci wciąż
nie okazywały emocji. - Jednak obiecuję wam, że będę się starała z całych sił. Wiem, że bardzo byście chcieli być z rodzicami, to jasne,
lecz chwilowo nie jest dla was w Niemczech bezpiecznie...
Nie miała pojęcia, jak daleko Ariella posunęła się w opisach
narastającego antysemityzmu.
- Bo jesteśmy Żydami, a Hitler nas nienawidzi - rzekła ponuro Liesel.
- Tak, nienawidzi. Ale to okropny człowiek i inne kraje świata, dobre
kraje, nie będą go już długo znosić. Znęca się nad słabszymi, a wiecie,
co się z takimi dzieje, prawda?
Uśmiechnęła się znowu i tym razem też dostrzegła na ich twarzach cień
uśmiechu.
- Dostają w końcu za swoje? - spytał Erich, a Elizabeth zachichotała,
słysząc to sformułowanie w ustach tak małego chłopca.
- Właśnie, Erichu. A paskudny, mały Hitlerek dostanie za swoje, nie
martw się o to.
Malec uśmiechnął się teraz, i to szczerze. Elizabeth poczuła, że
wygrywa.
- Więc jak już dokończymy herbatę i drożdżówki, to pójdziemy do hotelu i się zameldujemy. Możemy też kupić pocztówkę i wysłać ją do waszej
Mutti, żeby wiedziała, że bezpiecznie tu dotarliście. A potem, jak już
będziemy w domu, napiszecie list, taki z prawdziwego zdarzenia. Dam wam
papier i znaczki. Naprzeciw hotelu jest plac zabaw, dlatego jak już
nadamy pocztówkę, może przejdziemy się na spacer? Potem zjemy kolację i porządnie się wyśpimy, a jutro pojedziemy pociągiem do domu. Co wy na
to?
Wiedziała, jak ważne jest, by dzieci miały świadomość, że uczestniczą w podejmowaniu decyzji; dodawało im to pewności siebie i było ożywcze.
- Tak, bardzo tego chcemy - odparła Liesel.
Dokończywszy posiłek, wyszli z kawiarni wprost na gwar dużego miasta.
Najpierw szła Elizabeth, która niosła walizki, a za nią dreptały dzieci.
Ruchem kierował policjant; po chwili dał znak, że mogą przejść na drugą
stronę ulicy. Poczuła, jak Erich przysunął się do niej. Kiedy na niego
popatrzyła, chcąc się przekonać, o co chodzi, dojrzała w jego oczach
przerażenie.
Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Liesel ją uprzedziła:
- W porządku, Erich. To miły brytyjski policjant. Nie skrzywdzi nas.
Chłopiec spojrzał na Elizabeth, szukając u niej potwierdzenia. Ta
podjęła decyzję w ułamku sekundy: wzięła go za rączkę i poprowadziła do
umundurowanego funkcjonariusza.
- Przepraszam, panie władzo - rzekła. - Chciałam panu przedstawić Ericha
i Liesel Bannonów z Berlina. Właśnie zamierzałam im wyjaśnić, że
brytyjskiemu policjantowi można zawsze ufać.
Mężczyzna, napotkawszy jej wzrok, od razu zrozumiał, o co chodzi.
Bezzwłocznie pochylił się i spojrzał dzieciakom w twarz.
- No cóż, młody człowieku i ty, młoda damo, oboje jesteście mile
widziani w Anglii. I dopóki wam nie przyjdzie do głowy obrabować
jakiegoś banku albo wysadzić w powietrze pałacu Buckingham, nie musicie
się obawiać kłopotów. Nie planujecie chyba niczego takiego, prawda? -
spytał z udawaną surowością, na co Liesel zachichotała.
- Nie, sir - odparł Erich z szacunkiem.
- Wobec tego będzie się wam tu dobrze wiodło. A teraz muszę wam coś
uświadomić, a mianowicie to, że samochody jeżdżą tu po lewej stronie,
więc uważajcie, kiedy przechodzicie przez ulicę. Słyszycie, co mówię?
Zawsze pamiętajcie, żeby się najpierw dokładnie rozejrzeć. - Ton miał
szorstki, ale w jego oczach malowała się serdeczność.
- Nasza matka nam o tym powiedziała - odrzekła Liesel. - Ale dziękujemy,
panie władzo.
Policjant się wyprostował, wszedł ponownie na jezdnię, a potem wstrzymał
ruch, by ich małe trio mogło bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy.
Rozdział 6
Ariella czekała w wejściu do kamienicy. Na zewnątrz przechodzili
umundurowani mężczyźni. Przebywanie na ulicy budziło w tych dniach coraz
większy strach, ale musiała coś w końcu zjeść. Mieszkanie świeciło
pustkami. Poinstruowano ją, że należy je zgłosić jako własność żydowską;
było tylko kwestią czasu, kiedy zostanie jej odebrane. W poprzednim roku
większość Żydów wyeksmitowano z ich lokali. Ponieważ jej mieszkanie
widniało w ewidencji jako zarejestrowane na Petera, była jeszcze przez
jakiś czas bezpieczna, ale ktoś doniósł, że Peter zniknął. Miejscowy
członek partii - pamiętała, że jest właścicielem warsztatu szewskiego
dwie ulice dalej; kilka lat wcześniej naprawiał im zimowe buty -
odwiedził ją i kazał zgłosić nieruchomość. Uczyniła tak, jak jej
powiedział. Poprzedniego roku postąpiła zgodnie z dekretem nakazującym
dodać do jej imienia miano "Sara". W dowodzie tożsamości figurowało
teraz: Ariella Sara Bannon, a także duża litera Ż. Jeśliby stwierdzono,
że nie ma przy sobie tego dokumentu, zostałaby od razu aresztowana, ale
gdy go przy sobie nosiła, czuła się naznaczona. Wolała już siedzieć w domu, choć wiecznie siedzieć też nie mogła, musiała wyjść coś kupić do
jedzenia. Na domiar złego nie miała ani kartek żywnościowych, ani
pieniędzy, nie wiedziała, jak zdoła cokolwiek zdobyć.
Ledwo Ariella wyszła na chodnik, tuż obok przejechała na rowerze Frau
Braun. Na zawsze miała zapamiętać ten dzień, gdy listonoszka wręczyła
jej pocztówkę osiem dni po tym, jak Liesel i Erich wsiedli do pociągu.
Na pocztówce widniała londyńska twierdza Tower, a na odwrocie skreślone
po niemiecku słowa: "Dojechaliśmy bezpiecznie, Mutti. Anglia jest
ładna, a Elizabeth bardzo miła. Przybądź szybko. Kochamy Cię. Liesel i Erich. Całusy". Każdej nocy spała niespokojnie z tą pocztówką pod
poduszką. Jej dzieci były bezpieczne.
Ruszyła ulicą, trzymając się jak najbliżej ścian mijanych domów, ale
Frau Braun jej nie darowała: zatrzymała się, zsiadła z roweru i podeszła do niej.
Ariella przyjrzała się jej nieufnie. Mąż listonoszki, Hubert Braun,
należał do partii, a ona, jego żona, nosiła w klapie trójkątny znaczek
Narodowosocjalistycznej Ligi Kobiet. Ich jedyny syn, Willi, służył w Wehrmachcie. Frau Braun stanowiła idealne wprost uosobienie
niemieckiej Hausfrau. Hitler by ją pokochał. Wciąż jeszcze miała
dziewczęcą figurę, choć dobiegała pięćdziesiątki i rysy jej twarzy
zdążyły już stwardnieć. Stalowe spojrzenie oczu spoczęło teraz
oskarżycielsko na Arielli.
- Co też pani wyprawia? - spytała ostrym tonem.
Ariella poczuła, że robi się jej sucho w ustach. Nie mogła wydobyć
słowa. Obok przejechało z turkotem kilka pojazdów wojskowych, sunął za
nimi duży, czarny samochód osobowy z chorągiewkami ze swastyką na masce.
- Pani dzieci są bezpieczne - ciągnęła Frau Braun. - Pani mąż nie
żyje. Nie będzie się pani już długo cieszyć swoim ładnym mieszkankiem.
Ariella skamieniała. Strach, głód i żal splątały się niczym mocno
zaciśnięty węzeł w jej żołądku, skutecznie uniemożliwiając jakąkolwiek
odpowiedź. Tak, Peter prawdopodobnie już nie żył, ale czy Frau Braun
mogła to wiedzieć na pewno?
Teraz przysunęła się do niej, niemalże sycząc jak wąż.
- Nie rozumie pani...? Jest pani Żydówką, w dodatku samotną, i nie powinna
pani tak sobie swobodnie spacerować ulicą.
Po policzku Arielli spłynęła pojedyncza, samotna łza.
- Niechże pani zejdzie z ulicy - nakazała Frau Braun, wsiadając na
rower.
Rozdział 7
Liverpool, sierpień 1940
Elizabeth próbowała sprawić, by kanapki z mielonką konserwową wyglądały
apetyczniej dzięki natce pietruszki, którą hodowała na parapecie okna.
Wybierali się całą trójką na piknik przed rozpoczęciem roku szkolnego po
wakacjach, żeby zobaczyć balony zaporowe niedaleko doków.
Liverpool był największym portem na zachodnim wybrzeżu Brytanii i głównym ogniwem łączącym ją z Ameryką. W Jersey, między Liverpoolem i Birkenhead, roiło się od okrętów wojennych i statków handlowych, a rzeka
tętniła żeglugowym życiem.
Elizabeth bała się, że bezustanne rozmowy o wojnie i widok jednostek
bojowych poruszy dzieci jeszcze bardziej, ale potęga floty brytyjskiej
dodawała pewności siebie. Za dnia dzieci były na ogół pogodne, lecz gdy
zapadała noc, ich niepokój rósł. Towarzyszyła im ciągła troska o rodziców.
Erich bez przerwy pytał, co się stało z jego matką, a Liesel starała się
rozwiać jego obawy, choć Elizabeth widziała, że dziewczynka martwi się
tak samo jak brat. Poprzedniego wieczoru, po kolacji, sytuacja się
powtórzyła. "A jeśli ją skrzywdzą?" - Erich pytał co chwila ze łzami w oczach.
- Erichu, mówiłam ci już, nie krzywdzą kobiet ani dzieci. Chcą tylko,
żebyśmy wyjechali, i tak zrobiliśmy. Może zabrali Mutti do pracy w jednej ze swoich fabryk... pamiętasz, jak słuchaliśmy o tym w wiadomościach? Mają w Niemczech fabryki tak jak tutaj, gdzie się
produkuje różne rzeczy dla żołnierzy, więc pewnie tam jest. A nie
pozwalają nikomu pisać listów, bo ktoś mógłby zdradzić tajemnice
niemieckich dział czy czegoś tam.
Całkowite zaufanie, jakim Erich darzył siostrę, do głębi wzruszało
Elizabeth, ale teraz wsparła Liesel.
- Myślę, że Liesel ma rację. Pamiętasz te slogany, które widzieliśmy?
"Usta paplające to statki tonące" i "Milcz jak grób, bo będzie z ciebie
trup"? No cóż, Niemcy też chcą zachować swoje sekrety, nie pozwolą
nikomu pisać listów.
Wydawał się przekonany... aż do następnego razu. Elizabeth i jego siostra
wymieniły spojrzenia.
Liesel była teraz wysoką jedenastoletnią dziewczynką, a Erich miał osiem
lat i Elizabeth wydawało się pod wieloma względami, że to jej własne
dzieci. Kochała je gorąco i jeśli przedtem żywiła jakieś wątpliwości,
czy zdoła się nimi właściwie zaopiekować, teraz zniknęły bez śladu.
Elizabeth wzięła ze stołu maski gazowe i wiktuały na piknik, wiedząc, że
Liesel i Erich są w holu przy drzwiach wejściowych i czekają na pocztę,
tak jak każdego dnia od przyjazdu.
Nadszedł jeden list od Arielli, dwa tygodnie po tym, jak przybyły do
Anglii, na tym się jednak skończyło.
Elizabeth starała się chronić je przed najgorszymi wiadomościami, jakie
docierały z Europy, niestety, wojna była wszechobecna. Hitler sprzeciwił
się wszystkim i wkroczył minionego września do Polski - od tej pory
minął już prawie rok - a inne kraje europejskie zdawały się padać niczym
kostki domina - Dania, Norwegia, Holandia, Belgia. Płakała, widząc
heroizm pod Dunkierką, flotylle kutrów, które ratowały ludzi. Obietnica,
jaką złożyła Erichowi pierwszego dnia - że Hitler dostanie to, na co
zasłużył, i to bardzo szybko - brzmiała teraz pusto. Wyglądało na to, że
tego człowieka nic nie powstrzyma. Było już dostatecznie tragiczne, że
ten nadęty bufon Mussolini przyłączył się do niego, ale upadek Francji
to już zupełny koszmar. Nic nie stało na drodze Hitlera do Brytanii
prócz wąskiego pasma kanału.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki