Gwiazd naszych wina - John Green

Kup ebooka

34.90 zł
29.67 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Pod koniec zimy sie­dem­na­stego roku mojego życia mama stwier­dziła, że wpa­dłam w depre­sję. Zapewne doszła do tego wnio­sku, bo rzadko wycho­dzi­łam z domu, spę­dza­łam dłu­gie godziny w łóżku, cią­gle czy­ta­łam tę samą książkę, mało co jadłam i cał­kiem sporo wol­nego czasu, któ­rego mia­łam w nad­mia­rze, poświę­ca­łam na roz­my­śla­nia o śmierci.

W każ­dej ulotce, na każ­dej stro­nie inter­ne­to­wej i w ogóle we wszel­kich mate­ria­łach doty­czą­cych raka wśród efek­tów ubocz­nych cho­roby zawsze wymie­niana jest depre­sja. Lecz tak naprawdę ona nie jest skut­kiem ubocz­nym raka. Depre­sja jest skut­kiem ubocz­nym umie­ra­nia. (Zresztą rak też jest skut­kiem ubocz­nym umie­ra­nia. Wła­ści­wie pra­wie wszystko nim jest). Tak czy siak, mama uznała, że potrze­buję pomocy, więc zawio­zła mnie do leka­rza rodzin­nego, dok­tora Jima, który przy­znał, że rze­czy­wi­ście tonę w total­nie obez­wład­nia­ją­cej depre­sji kli­nicz­nej, a zatem należy zaor­dy­no­wać mi odpo­wied­nie leki, a ponadto wysłać mnie na coty­go­dniowe zaję­cia grupy wspar­cia.

Do grupy, któ­rej skład bez­u­stan­nie się zmie­niał, nale­żeli mło­dzi ludzie na róż­nych eta­pach roz­woju cho­roby nowo­two­ro­wej. Dla­czego jej skład się zmie­niał? Efekt uboczny umie­ra­nia.

Oczy­wi­ście, spo­tka­nia grupy były kosz­mar­nie przy­gnę­bia­jące. Odby­wały się co środa w pod­zie­miu kościoła epi­sko­pal­nego, miesz­czą­cego się w kamien­nym gma­chu zbu­do­wa­nym na pla­nie krzyża. Sia­da­li­śmy wszy­scy w kręgu, w samym środku tego krzyża, dokład­nie tam, gdzie nało­ży­łyby się na sie­bie dwie belki i gdzie zna­la­złoby się serce Jezusa.

Zwró­ci­łam na to uwagę, ponie­waż Patrick, lider grupy wspar­cia i jej jedyny peł­no­letni uczest­nik, na każ­dym kosz­mar­nym spo­tka­niu mówił o uświę­co­nym Sercu Jezusa i o tym, jak to my, mło­dzi cho­rzy na raka, sie­dzimy dokład­nie w samym jego środku i tak dalej.

A oto jak prze­bie­gały spo­tka­nia w Sercu Bożym: sze­ścioro, sied­mioro albo dzie­się­cioro nasto­lat­ków wcho­dziło/wjeż­dżało na wóz­kach do sali, raczyło się nędz­nym poczę­stun­kiem zło­żo­nym z cia­ste­czek i lemo­niady, sia­dało w Kręgu Zaufa­nia i wysłu­chi­wało Patricka, który po raz tysięczny rela­cjo­no­wał przy­gnę­bia­jącą histo­rię swo­jego życia, czyli mówił o tym, że miał nowo­twór jąder i leka­rze uwa­żali, że umrze, ale nie umarł, i pro­szę -?oto on, na­dal żywy, zupeł­nie doro­sły, w kościel­nej piw­nicy, w sto trzy­dzie­stym siód­mym naj­ład­niej­szym mie­ście Ame­ryki, roz­wie­dziony, uza­leż­niony od gier kom­pu­te­ro­wych, nie­ma­jący przy­ja­ciół, led­wie wią­żący koniec z koń­cem dzięki eks­plo­ato­wa­niu swo­jej nowo­two­ro­wej prze­szło­ści, mozol­nie dążący do zdo­by­cia dyplomu magi­ster­skiego, choć on i tak nie poprawi jego per­spek­tyw zawo­do­wych, cze­ka­jący, jak my wszy­scy, na miecz Damo­klesa, nio­sący wyzwo­le­nie, któ­remu umknął wiele lat temu, gdy rak ode­brał mu oba jajka, lecz oszczę­dził to, co tylko naj­bar­dziej wspa­nia­ło­myślny czło­wiek mógłby nazwać życiem.

I TY TEŻ MOŻESZ MIEĆ TYLE SZCZĘ­ŚCIA!

Potem się przed­sta­wia­li­śmy: Imię. Wiek. Dia­gnoza. I jak się dzi­siaj czu­jemy. Jestem Hazel, mówi­łam, gdy nad­cho­dziła moja kolej. Szes­na­ście lat. Pier­wot­nie rak tar­czycy, z impo­nu­jącą sate­li­tarną kolo­nią od dawna osia­dłą w płu­cach. I czuję się dobrze.

Gdy już pre­zen­ta­cje obe­szły całe kółko, Patrick zawsze pytał, czy ktoś chciałby się podzie­lić swo­imi prze­ży­ciami. I wów­czas zaczy­nało się praw­dziwe pan­de­mo­nium wspar­cia: wszy­scy opo­wia­dali o sile, walce i wygry­wa­niu, o remi­sji i tomo­gra­fii. Muszę oddać spra­wie­dli­wość Patric­kowi: pozwa­lał nam też mówić o śmierci. Ale więk­szość obec­nych nie umie­rała. Więk­szość miała dożyć wieku doro­słego, tak jak on.

(Co ozna­czało, że wszystko to było pod­szyte sporą dozą rywa­li­za­cji, ponie­waż każdy chciał poko­nać nie tylko nowo­twór, ale też pozo­sta­łych obec­nych w sali. Zdaję sobie sprawę, że to nie­ra­cjo­nalne, ale kiedy ci oznaj­miają, że masz na przy­kład dwa­dzie­ścia pro­cent szans na prze­ży­cie pię­ciu lat, włą­cza się mate­ma­tyka i uświa­da­miasz sobie, że to jak jeden do pię­ciu... Roz­glą­dasz się więc i kal­ku­lu­jesz tak, jak by to zro­biła każda zdrowa osoba: muszę prze­żyć czworo z tu obec­nych).

Jedy­nym pozy­tyw­nym akcen­tem na tych spo­tka­niach był chło­pak imie­niem Isaac, chudy mło­dzie­niec o pocią­głej twa­rzy i pro­stych, jasnych wło­sach opa­da­ją­cych na jedno oko. To wła­śnie oczy były jego pro­ble­mem. Tra­fił mu się jakiś fan­ta­stycz­nie nie­praw­do­po­dobny nowo­twór oczu. Jedno usu­nięto mu, gdy był dziec­kiem, a teraz nosił kosz­mar­nie grube oku­lary, przez które jego oczy (i to praw­dziwe, i to szklane) wyglą­dały na nad­na­tu­ral­nie ogromne, tak jakby cała głowa skła­dała się głów­nie z gałek ocznych. Z tego, czego zdo­ła­łam się dowie­dzieć przy tych rzad­kich oka­zjach, kiedy Isaac dzie­lił się prze­ży­ciami z grupą, nawrót cho­roby sta­no­wił śmier­telne zagro­że­nie dla jego dru­giego oka.

Poro­zu­mie­wa­li­śmy się z Isa­akiem nie­malże wyłącz­nie za pomocą wes­tchnień. Za każ­dym razem, gdy ktoś reko­men­do­wał nową dietę anty­no­wo­two­rową, wdy­cha­nie zmie­lo­nej płe­twy rekina czy coś w tym rodzaju, chło­pak zer­kał na mnie i wzdy­chał dys­kret­nie. Ja nie­znacz­nie krę­ci­łam głową i wzdy­chałam w odpo­wie­dzi.

A zatem grupa wspar­cia była kom­plet­nie denna i po kilku tygo­dniach na samą myśl o niej mia­łam ochotę kopać i wrzesz­czeć. Aku­rat tej środy, kiedy mia­łam poznać Augu­stusa Watersa, sie­dzia­łam na kana­pie z mamą i oglą­da­łam trzeci etap dwu­na­sto­go­dzin­nego mara­tonu z poprzed­niego sezonu Ame­rica's Next Top Model (który, prawdę mówiąc, już widzia­łam, ale co tam), wszel­kimi spo­so­bami usi­łu­jąc się wykrę­cić od wyj­ścia z domu.

Ja: Odma­wiam cho­dze­nia na grupę wspar­cia.

Mama: Jed­nym z symp­to­mów depre­sji jest brak zain­te­re­so­wa­nia for­mami aktyw­nego spę­dza­nia czasu.

Ja: Pro­szę, pozwól mi oglą­dać Ame­rica's Next Top Model. To jest aktywne spę­dza­nie czasu.

Mama: To jest pasywne spę­dza­nie czasu.

Ja: Mamo! Pro­szę.

Mama: Hazel, jesteś już nasto­latką, nie małym dziec­kiem. Musisz mieć przy­ja­ciół, wycho­dzić z domu i pro­wa­dzić nor­malne życie.

Ja: Jeżeli chcesz, żebym była nasto­latką, nie posy­łaj mnie na grupę wspar­cia. Kup mi fał­szywy dowód oso­bi­sty, żebym mogła cho­dzić do klu­bów, pić wódkę i brać haszysz.

Mama: Zacznijmy od tego, że haszy­szu się nie bie­rze.

Ja: Widzisz, wie­dzia­ła­bym takie rze­czy, gdy­byś zała­twiła mi fał­szywy dowód.

Mama: Pój­dziesz na grupę wspar­cia.

Ja: Błeee!

Mama: Hazel, zasłu­gu­jesz na nor­malne życie.

To zamknęło mi usta, choć nie bar­dzo rozu­mia­łam, jak uczest­ni­cze­nie w spo­tka­niach grupy wspar­cia wpa­so­wuje się w defi­ni­cję "nor­mal­nego życia". Zgo­dzi­łam się pójść -?jed­nak naj­pierw wyne­go­cjo­wa­łam prawo do nagra­nia pół­tora odcinka pro­gramu, który miał mnie omi­nąć.

Cho­dzi­łam na grupę wspar­cia z tych samych powo­dów, z któ­rych pozwa­la­łam pie­lę­gniar­kom po zale­d­wie pół­to­ra­rocz­nej edu­ka­cji truć mnie che­mi­ka­liami o egzo­tycz­nych nazwach: chcia­łam zado­wo­lić rodzi­ców. Na tym świe­cie jest tylko jedna rzecz okrop­niej­sza niż umie­ra­nie na raka w wieku szes­na­stu lat, a jest nią posia­da­nie dziecka, które na tego raka umiera.

Mama zapar­ko­wała na okrą­głym pod­jeź­dzie z tyłu kościoła o 16.56. Uda­wa­łam, że popra­wiam coś przy butli z tle­nem, żeby zyskać cho­ciaż sekundę.

-?Chcesz, żebym ci to zanio­sła?

-?Nie trzeba -?odrze­kłam. Cylin­dryczny zie­lony zbior­nik ważył tylko kilka kilo­gra­mów, a poza tym i tak cią­gnę­łam go za sobą na małym meta­lo­wym wózku. Butla dostar­czała mi dwa litry tlenu na minutę za pośred­nic­twem wąsów tle­no­wych -?przej­rzy­stej rurki, która roz­dzie­lała się na karku, zawi­jała za uszami i ponow­nie łączyła pod nosem. Całe to urzą­dze­nie było nie­zbędne, ponie­waż moje płuca w roli płuc spi­sy­wały się bez­na­dziej­nie.

-?Kocham cię -?powie­działa mama, gdy wysia­dłam.

-?Ja cie­bie też, mamo. Do zoba­cze­nia o szó­stej.

-?Zaprzy­jaź­nij się z kimś! -?zawo­łała przez opusz­czone okno, kiedy się odda­la­łam.

Nie chcia­łam jechać windą, ponie­waż jazda windą w gru­pie wspar­cia to czyn­ność symp­to­ma­tyczna dla Ostat­nich Dni. Zeszłam więc po scho­dach. Wzię­łam sobie ciastko, nala­łam tro­chę lemo­niady do pla­sti­ko­wego kubka, a potem się odwró­ci­łam.

Patrzył na mnie chło­pak.

Na pewno ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łam. Był wysoki i smu­kły, choć musku­larny. Pla­sti­kowe krze­sełko, jakich uży­wają dzieci w pod­sta­wówce, wyda­wało się pod nim śmiesz­nie małe. Miał maho­niowe włosy, pro­ste i krót­kie. Wyglą­dał, jakby był w moim wieku, może o rok star­szy. Sie­dział, opie­ra­jąc się kością ogo­nową o kra­wędź krze­sła, w pozie agre­syw­nie nie­dba­łej, z jedną dło­nią do połowy wsu­niętą do kie­szeni ciem­nych dżin­sów.

Odwró­ci­łam wzrok, nagle świa­doma swo­ich roz­licz­nych nie­do­sko­na­ło­ści. Mia­łam na sobie stare dżinsy, które nie­gdyś były obci­słe, ale teraz wisiały w nie­wła­ści­wych miej­scach, oraz żółtą koszulkę z emble­ma­tem zespołu, któ­rego już nawet nie lubi­łam. Do tego ta fry­zura: byłam ostrzy­żona na pazia i nawet się nie pofa­ty­go­wa­łam, żeby przed wyj­ściem prze­cze­sać włosy szczotką. Co wię­cej, mia­łam śmiesz­nie okrą­głe policzki -?efekt uboczny tera­pii. Wyglą­da­łam jak pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wana osoba z balo­nem zamiast głowy. Nie wspo­mi­na­jąc o opuch­nię­tych kost­kach u nóg. Znów zer­k­nę­łam na niego i oka­zało się, że na­dal mnie obser­wuje.

Przy­szło mi do głowy, że naresz­cie rozu­miem, dla­czego to się nazywa kon­takt wzro­kowy.

Weszłam w krąg i usia­dłam przy Isa­acu, w odle­gło­ści dwóch krze­seł od tam­tego chło­paka. Znów zer­k­nę­łam. A on wciąż na mnie patrzył.

Powiem wprost: był przy­stojny. Jeśli nie­atrak­cyjny chło­pak upo­rczy­wie się w cie­bie wga­pia, to w naj­lep­szym wypadku uzna­jesz jego zacho­wa­nie za krę­pu­jące, a w naj­gor­szym za formę napa­sto­wa­nia. Ale przy­stojny chło­pak... no cóż.

Wyję­łam tele­fon i naci­snę­łam przy­cisk, żeby spraw­dzić godzinę -?16.59. Krąg zapeł­nił się nie­szczę­śni­kami w wieku od dwu­na­stu do osiem­na­stu lat, a potem Patrick roz­po­czął od modli­twy o pogodę ducha: "Panie, daj mi siłę, abym zmie­nił to, co zmie­nić mogę; daj mi cier­pli­wość, abym zniósł to, czego zmie­nić nie mogę, i daj mi mądrość, abym odróż­nił jedno od dru­giego". A ten facet na­dal się we mnie wpa­try­wał. Poczu­łam, że się rumie­nię.

W końcu uzna­łam, że naj­od­po­wied­niej­sza stra­te­gia to też zacząć się gapić. Prze­cież chło­paki nie mają mono­polu na takie zacho­wa­nie. Zatem wpi­łam się w niego prze­ni­kli­wym wzro­kiem, pod­czas gdy Patrick po raz tysięczny opo­wia­dał o swo­jej bez­ja­jecz­no­ści i tak dalej. Roz­po­czę­li­śmy poje­dy­nek na spoj­rze­nia. Po chwili przy­stoj­niak uśmiech­nął się i wresz­cie zwró­cił swoje błę­kitne oczy w inną stronę. Kiedy znów na mnie popa­trzył, unie­sie­niem brwi oznaj­mi­łam: "Ja wygra­łam".

Wzru­szył ramio­nami. Patrick mówił dalej, aż w końcu nad­szedł czas na przed­sta­wie­nie się.

-?Isaac, może ty będziesz dzi­siaj pierw­szy. Wiem, że cze­kają cię trudne chwile.

-?Tja -?potwier­dził Isaac. -?Na imię mi Isaac. Mam sie­dem­na­ście lat. I wygląda na to, że za kilka tygo­dni przejdę ope­ra­cję, po któ­rej stracę wzrok. Nie żebym narze­kał czy coś, ponie­waż wiem, że wielu z nas ma gorzej, ale cóż, bycie ślep­cem jest do bani. Jakoś daję radę dzięki pomocy mojej dziew­czyny. I takich przy­ja­ciół jak Augu­stus. -?Ski­nął głową w stronę chło­paka, który w ten spo­sób zyskał imię. -?No i tak... - wes­tchnął. Patrzył teraz na swoje dło­nie, które zło­żył w kształt tipi. - Nic nie można na to pora­dzić.

-?Możesz na nas pole­gać, Isa­acu -?ode­zwał się Patrick. -?Powiedz­cie to Isa­acowi. Wszy­scy mono­ton­nym gło­sem wyskan­do­wa­li­śmy:

-?Możesz na nas pole­gać.

Następ­nie przy­szła kolej na Micha­ela. Dwa­na­ście lat. Bia­łaczka. Od zawsze cho­ro­wał na bia­łaczkę. Czuł się dobrze. (A przy­naj­mniej tak twier­dził. Przy­je­chał windą).

Lida miała szes­na­ście lat i była dość ładna, by nasz przy­stoj­niak mógł zawie­sić na niej oko. Była stałą człon­ki­nią grupy -?miała wła­śnie długi okres remi­sji nowo­tworu wyrostka robacz­ko­wego. Do tej pory nie wie­dzia­łam, że coś takiego w ogóle ist­nieje. Powie­działa -?jak za każ­dym poprzed­nim razem, kiedy bra­łam udział w spo­tka­niu -?że czuje się silna. Ode­bra­łam to jako prze­chwałkę, czu­jąc, jak deli­katny stru­mień tlenu łasko­cze mnie w noz­drza.

Jesz­cze pięć innych osób musiało się przed­sta­wić, zanim dotar­li­śmy do niego. Uśmiech­nął się lekko. Głos miał niski, chra­pliwy i zabój­czo sek­sowny.

-?Nazy­wam się Augu­stus Waters -?oznaj­mił. -?Mam sie­dem­na­ście lat. Pół­tora roku temu zawar­łem prze­lotną zna­jo­mość z kost­nia­ko­mię­sa­kiem, ale dziś przy­sze­dłem tutaj na prośbę Isa­aca.

-?A jak się czu­jesz? -?zapy­tał Patrick.

-?O, świet­nie. -?Augu­stus Waters uśmiech­nął się kątem ust. -?Jak na rol­ler­co­aste­rze, który cały czas jedzie w górę, przy­ja­cielu.

Gdy nade­szła moja kolej, powie­dzia­łam:

-?Jestem Hazel. Mam szes­na­ście lat. Guz tar­czycy z prze­rzu­tami do płuc. Czuję się dobrze.

Godzina mijała szybko. Oma­wiano walki, zwy­cię­skie bitwy w woj­nach ska­za­nych na prze­graną. Żywiono się nadzieją. Wychwa­lano i potę­piano rodziny. Uzgod­niono, że przy­ja­ciele po pro­stu tego nie rozu­mieją. Popły­nęły łzy. Zaofe­ro­wano pocie­sze­nie. Ani Augu­stus Waters, ani ja nie odzy­wa­li­śmy się, dopóki Patrick nie zapro­po­no­wał:

-?Augu­stu­sie, może zechciał­byś podzie­lić się z grupą swo­imi oba­wami.

-?Moimi oba­wami?

-?Tak.

-?Boję się zapo­mnie­nia -?wyznał bez chwili waha­nia. -?Boję się tego niczym śle­piec ciem­no­ści.

-?Za wcze­śnie na takie uwagi -?wtrą­cił Isaac z lek­kim uśmie­chem.

-?Wyra­zi­łem się nie­de­li­kat­nie? -?zafra­so­wał się Augu­stus. -?Potra­fię być ślepy na uczu­cia innych ludzi.

Isaac zaśmiał się, ale Patrick uniósł palec w kar­cą­cym geście.

-?Augu­stu­sie, pro­szę, wróćmy do cie­bie i two­ich walk. Powie­dzia­łeś, że boisz się zapo­mnie­nia?

-?Tak -?potwier­dził chło­pak.

Patrick wyglą­dał na zagu­bio­nego.

-?Czy, hm, czy ktoś chciałby jakoś to sko­men­to­wać?

Nie cho­dzi­łam do nor­mal­nej szkoły od trzech lat. Moimi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi byli rodzice. Trze­cim przy­ja­cie­lem był pisarz, który nie miał nawet poję­cia o moim ist­nie­niu. Nale­ża­łam do osób raczej nie­śmia­łych, nie do takich, które w kla­sie cią­gle sie­dzą z ręką w górze.

A mimo to tym razem posta­no­wi­łam się ode­zwać. Nie­pew­nie pod­nio­słam dłoń i Patrick, wyraź­nie zachwy­cony, natych­miast zawo­łał:

-?Hazel!

Na pewno uznał, że się wresz­cie otwo­rzy­łam, że staję się Czę­ścią Grupy.

Popa­trzy­łam na Augu­stusa Watersa, który odwza­jem­nił moje spoj­rze­nie. Oczy miał tak błę­kit­nie, że aż przej­rzy­ste.

-?Nadej­dzie czas -?zaczę­łam -?gdy wszy­scy będziemy mar­twi. Nadej­dzie czas, gdy nie pozo­sta­nie ani jeden czło­wiek, który by pamię­tał, że kto­kol­wiek kie­dy­kol­wiek żył czy że nasz gatu­nek cze­go­kol­wiek doko­nał. Nie pozo­sta­nie nikt, kto by pamię­tał Ary­sto­te­lesa lub Kle­opa­trę, a co dopiero cie­bie. Wszystko, co zro­bi­li­śmy, zbu­do­wa­li­śmy, napi­sa­li­śmy, wymy­śli­li­śmy albo odkry­li­śmy, pój­dzie w zapo­mnie­nie, a to -?wyko­na­łam sze­roki gest -?zupeł­nie straci sens. Może ta chwila nadej­dzie szybko, a może jest odle­gła o miliony lat, ale nawet jeśli prze­trwamy śmierć naszego słońca, nie będziemy ist­nieć wiecz­nie. Był czas, gdy orga­ni­zmy nie miały świa­do­mo­ści, i nadej­dzie czas, gdy znów będą jej pozba­wione. Nie myśl o tym, że zapo­mnie­nie jest nie­unik­nione. Wierz mi, że wszy­scy tak robią.

Dowie­dzia­łam się tego od wspo­mnia­nego wcze­śniej trze­ciego naj­lep­szego przy­ja­ciela, Petera van Houtena, żyją­cego w odosob­nie­niu autora Ciosu udręki, książki w moim mnie­ma­niu naj­bliż­szej Biblii. Peter van Houten był jedy­nym zna­nym mi czło­wie­kiem, który zda­wał się (a) rozu­mieć, jak to jest umie­rać, lecz (b) jed­nak nie umrzeć.

Kiedy skoń­czy­łam, zapa­dła dość długa cisza, a ja patrzy­łam, jak na twarz Augu­stusa wypełza uśmiech -?nie krzywy uśmie­szek chło­paka, który chciał wyglą­dać sek­sow­nie, gdy się we mnie wga­piał, ale praw­dziwy uśmiech, wręcz za sze­roki na jego twarz.

-?Niech to gęś! -?powie­dział cicho. -?Nie­zły z cie­bie numer.

Żadne z nas nie ode­zwało się wię­cej do zakoń­cze­nia spo­tka­nia. Na koniec musie­li­śmy wszy­scy wziąć się za ręce i Patrick odmó­wił modli­twę.

-?Panie Jezu Chry­ste, zebra­li­śmy się tutaj w Twoim Sercu, dosłow­nie w Twoim Sercu, ponie­waż dotknęła nas cho­roba. Tylko Ty znasz nas tak dobrze, jak my znamy sie­bie. Popro­wadź nas ku życiu i świa­tłu przez ten czas próby. Modlimy się za oczy Isa­aca, za krew Micha­ela i Jamiego, za kości Augu­stusa, za płuca Hazel, za krtań Jamesa. Modlimy się, byś nas uzdro­wił i byśmy odczuli Twój pokój i Twoją miłość, która prze­kra­cza wszel­kie zro­zu­mie­nie. Nosimy w ser­cach tych, któ­rych zna­li­śmy i kocha­li­śmy, a któ­rzy ode­szli do Twego domu: Marię, Kade'a, Jose­pha, Haley, Abi­gail, Ange­linę, Tay­lor, Gabriela...

Lista była długa. Wielu ludzi na tym świe­cie już zmarło. I pod­czas gdy Patrick mono­ton­nym gło­sem odczy­ty­wał lita­nię imion z kartki papieru, ponie­waż była za długa, żeby nauczyć się jej na pamięć, ja z zamknię­tymi oczami sta­ra­łam się zacho­wać modli­tewny nastrój, ale przede wszyst­kim wyobra­ża­łam sobie dzień, w któ­rym moje imię znaj­dzie się w tym zesta­wie­niu, na samym jego końcu, gdy wszy­scy już prze­stają słu­chać.

Kiedy Patrick umilkł, wygło­si­li­śmy tę durną man­trę -?BĘDĘ ŻYŁ DZIŚ NAJ­LE­PIEJ, JAK POTRA­FIĘ -?i spo­tka­nie dobie­gło końca. Augu­stus Waters dźwi­gnął się z krze­sła i pod­szedł do mnie. Chód miał tak samo krzywy jak uśmiech. Był ode mnie znacz­nie wyż­szy, ale sta­nął w pew­nej odle­gło­ści, więc nie musia­łam odchy­lać głowy, by spoj­rzeć mu w oczy.

-?Jak się nazy­wasz? -?zapy­tał.

-?Hazel.

-?A pełne nazwi­sko?

-?Hazel Grace Lan­ca­ster.

Już miał powie­dzieć coś wię­cej, kiedy pod­szedł do nas Isaac.

-?Pocze­kaj chwilę -?popro­sił Augu­stus, uno­sząc palec, a potem zwró­cił się do kolegi: -?Było znacz­nie gorzej, niż uprze­dza­łeś.

-?Mówi­łem ci, że to przy­gnę­bia­jące.

-?To po co bie­rzesz w tym udział?

-?Nie wiem. Może tro­chę pomaga?

Augu­stus spy­tał go na ucho, myśląc, że nie usły­szę:

-?Czy ona czę­sto tu przy­cho­dzi?

Nie dosły­sza­łam odpo­wie­dzi Isa­aca, ale Augu­stus rzekł:

-?Rozu­miem. -?Ujął przy­ja­ciela za oba ramiona i cof­nął się pół kroku. - Opo­wiedz Hazel, co się wyda­rzyło w kli­nice.

Isaac oparł się dło­nią o sto­lik z prze­ką­skami i sku­pił na mnie spoj­rze­nie swo­jego wiel­kiego oka.

-?Dobra. Posze­dłem rano do kli­niki i wyzna­łem chi­rur­gowi, że wolał­bym być głu­chy niż ślepy. A on na to: "To nie działa w ten spo­sób", więc ja: "Tja, rozu­miem, że to tak nie działa. Mówię tylko, że wolał­bym być głu­chy niż ślepy, gdy­bym miał wybór, choć prze­cież wiem, że go nie mam". A facet odpo­wie­dział: "Dobra wia­do­mość jest taka, że nie będziesz głu­chy". Odrze­kłem więc: "Dzię­kuję za zapew­nie­nie, że nie ogłuchnę z powodu raka oka. Mam wiel­kie szczę­ście, że taki inte­lek­tu­alny gigant jak pan zgo­dził się mnie ope­ro­wać".

-?Praw­dziwy kozak -?uzna­łam. -?Posta­ram się zacho­ro­wać na nowo­twór oka, żeby tylko go poznać.

-?Powo­dze­nia. No dobra, muszę lecieć. Czeka na mnie Monica. Chcę się na nią napa­trzeć, póki mogę.

-?Gramy w Coun­te­rin­sur­gence jutro? -?zapy­tał Augu­stus.

-?No pew­nie. -?Isaac okrę­cił się na pię­cie i wbiegł na górę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie naraz.

Augu­stus odwró­cił się do mnie.

-?Dosłow­nie -?powie­dział.

-?Dosłow­nie? -?zdzi­wi­łam się.

-?Znaj­du­jemy się dosłow­nie w Sercu Jezusa -?wyja­śnił. -?Myśla­łem, że to kościelna piw­nica, a tym­cza­sem to dosłow­nie Serce Jezusa.

-?Ktoś powi­nien mu o tym powie­dzieć -?zauwa­ży­łam. -?Chyba nie­bez­piecz­nie jest trzy­mać w swoim sercu mło­dzież chorą na raka.

-?Sam bym mu powie­dział -?wtrą­cił Augu­stus -?ale nie­stety dosłow­nie utkną­łem w Jego Sercu, więc mnie nie usły­szy.

Zaśmia­łam się. Pokrę­cił głową, spo­glą­da­jąc na mnie.

-?Co? -?zapy­ta­łam.

-?Nic -?odrzekł.

-?To dla­czego tak na mnie patrzysz?

Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

-?Bo jesteś piękna. Lubię patrzeć na pięk­nych ludzi, a jakiś czas temu posta­no­wi­łem nie odma­wiać sobie pro­stych życio­wych przy­jem­no­ści. - Zapa­dła krótka nie­zręczna cisza. Augu­stus prze­bił się przez nią. - Zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę to, że wszystko i tak skoń­czy się zapo­mnie­niem, jak przed chwilą wyjąt­kowo kla­row­nie wyło­ży­łaś.

Par­sk­nę­łam, wes­tchnę­łam czy może ode­tchnę­łam, co i tak zabrzmiało jak kaszl­nię­cie, po czym zapro­te­sto­wa­łam:

-?Nie jestem...

-?Przy­po­mi­nasz zbun­to­waną Nata­lie Port­man. Nata­lie Port­man z filmu V jak ven­detta.

-?Nie widzia­łam go.

-?Naprawdę? -?zdzi­wił się. -?Piękna, roz­czo­chrana dziew­czyna zadziera z wła­dzami i wbrew wła­snej woli zako­chuje się w pew­nym męż­czyź­nie, choć wie, że ma on kło­poty. Czy to nie brzmi jak twoja bio­gra­fia?

Flir­to­wał każdą sylabą. Mówiąc szcze­rze, eks­cy­to­wał mnie. Nie wie­dzia­łam nawet, że faceci mogą mnie eks­cy­to­wać -?nie w ten spo­sób, nie w rze­czy­wi­sto­ści.

Obok nas prze­szła jakaś młod­sza dziew­czynka.

-?Jak leci, Aliso? -?zapy­tał.

Uśmiech­nęła się i wymam­ro­tała:

-?Cześć, Augu­stu­sie.

-?Dziew­czyna z Memo­riala -?wyja­śnił. Memo­rial był dużym szpi­ta­lem kli­nicz­nym. -?A ty gdzie się leczysz?

-?W Dzie­cię­cym -?odrze­kłam, a mój głos zabrzmiał dużo sła­biej, niż tego chcia­łam. Augu­stus poki­wał głową. Naj­wy­raź­niej roz­mowa dobie­gła końca. - No cóż... -?powie­dzia­łam, nie­pew­nie wska­zu­jąc głową schody, które miały nas wypro­wa­dzić z Dosłow­nego Serca Jezusa. Prze­chy­li­łam wózek i ruszy­łam. Augu­stus pokuś­ty­kał obok mnie. -?Do zoba­cze­nia następ­nym razem -?zasu­ge­ro­wa­łam.

-?Powin­naś go obej­rzeć -?oznaj­mił. -?To zna­czy film V jak ven­detta.

-?Dobra. Posta­ram się.

-?Nie. Ze mną. W moim domu -?wyja­śnił. -?Teraz.

Zatrzy­ma­łam się.

-?Led­wie cię znam, Augu­stu­sie Water­sie. Rów­nie dobrze możesz mania­kal­nie mor­do­wać ludzi sie­kierą.

Poki­wał głową.

-?Słusz­nie, Hazel Grace. -?Minął mnie. Jego sze­ro­kie ramiona roz­py­chały zie­loną koszulkę polo. Plecy miał pro­ste, choć lekko prze­chy­lał się w prawo, z powodu pro­tezy nogi, jak się domy­śli­łam. Kost­nia­ko­mię­sak cza­sami odbiera koń­czynę, żeby sobie spró­bo­wać czło­wieka. A jak mu posma­kuje, bie­rze też resztę.

Poszłam za nim na górę, ale zosta­łam w tyle. Poru­sza­łam się powoli, gdyż wcho­dze­nie po scho­dach nie sta­no­wiło ulu­bio­nego ćwi­cze­nia dla moich płuc.

Potem wyszli­śmy z Jezu­so­wego Serca na par­king. Wio­senne powie­trze osią­gnęło chłodną stronę dosko­na­ło­ści, a póź­no­po­po­łu­dniowe słońce nie­biań­sko raniło nasze oczy1.

Mama jesz­cze nie przy­je­chała, co wydało mi się dziwne, ponie­waż do tej pory zawsze na mnie cze­kała. Rozej­rza­łam się i zauwa­ży­łam, jak wysoka, kształtna bru­netka wgniata Isa­aca w kamienną ścianę świą­tyni, cału­jąc go zabor­czo. Znaj­do­wali się na tyle bli­sko, że moich uszu dobie­gały spe­cy­ficzne dźwięki, które wyda­wali, a także sły­sza­łam, jak on powta­rza: "Zawsze", a ona odpo­wiada: "Zawsze".

Nagle koło mnie sta­nął Augu­stus i szep­nął:

-?Oni mocno wie­rzą w zasadę Publicz­nego Oka­zy­wa­nia Uczuć.

-?O co cho­dzi z tym "zawsze"? -?Sior­ba­nie zyskało na inten­syw­no­ści.

-?To ich motto. Będą się zawsze kochali i tak dalej. Ostroż­nie sza­cu­jąc, powie­dział­bym, że w ciągu ostat­niego roku użyli tego słowa jakieś cztery miliony razy.

Pod­je­chały kolejne dwa samo­chody, do któ­rych wsie­dli Michael oraz Alisa. Zosta­li­śmy tylko ja i Augu­stus, obser­wu­jący Isa­aca i Monicę, któ­rzy poczy­nali sobie coraz śmie­lej, jakby wcale nie opie­rali się o ścianę miej­sca kultu. Isaac się­gnął do jej piersi pod koszulką i zaczął ją mię­to­sić, trzy­ma­jąc dłoń nie­ru­chomo i poru­sza­jąc tylko pal­cami. Zasta­na­wia­łam się, czy to może być przy­jemne. Wcale tak nie wyglą­dało, ale posta­no­wi­łam wyba­czyć Isa­acowi, ponie­waż miał nie­długo stra­cić wzrok. Zmy­sły muszą się nasy­cić, póki czło­wiek czuje jesz­cze głód i tak dalej.

-?Wyobraź sobie, że po raz ostatni jedziesz do szpi­tala -?ode­zwa­łam się cicho. -?Po raz ostatni w ogóle jedziesz samo­cho­dem.

Nie patrząc na mnie, Augu­stus odparł:

-?Psu­jesz mi nastrój, Hazel Grace. Usi­łuję obser­wo­wać pierw­szą miłość z jej cudowną nie­po­rad­no­ścią.

-?Wydaje mi się, że on spra­wia jej ból -?zauwa­ży­łam.

-?Tak, trudno orzec, czy pró­buje ją pod­nie­cić, czy wyko­nać bada­nie piersi. -?W tym momen­cie Augu­stus Waters się­gnął do kie­szeni i wyjął - Panie, zli­tuj się -?paczkę papie­ro­sów. Otwo­rzył ją i wło­żył papie­rosa do ust.

-?Ty tak na poważ­nie? -?zdu­mia­łam się. -?Uwa­żasz, że to jest fajne? O Boże, wła­śnie wszystko znisz­czy­łeś.

-?Jakie wszystko? -?zain­te­re­so­wał się, patrząc na mnie. Nie­za­pa­lony papie­ros zwi­sał z kącika jego nie­uśmiech­nię­tych ust.

-?Całą sytu­ację, kiedy to chło­pak, który nie jest nie­atrak­cyjny, nie­in­te­li­gentny czy nie do zaak­cep­to­wa­nia w jakiś szcze­gól­nie widoczny spo­sób, gapi się na mnie, rozu­mie nie­wła­ściwe uży­cie dosłow­no­ści, porów­nuje mnie do akto­rek i zapra­sza do swo­jego domu na film. Ale oczy­wi­ście musi ist­nieć jakaś hamar­tia, a twoja polega na tym, że, mój Boże, cho­ciaż mia­łeś cho­ler­nego raka, pła­cisz kor­po­ra­cji za szansę na to, aby wyho­do­wać sobie kolej­nego. O mój Boże! Zapew­niam cię, że pro­blemy z oddy­cha­niem wcale nie są fajne. Total­nie się roz­cza­ro­wa­łam. Total­nie.

-?Hamar­tia? -?zapy­tał, na­dal z papie­ro­sem w ustach, przez co zaci­skał zęby. Nie­stety miał piękną linię szczęki.

-?Tra­giczna skaza -?wyja­śni­łam, odwra­ca­jąc się od niego. Ruszy­łam do kra­węż­nika, zosta­wia­jąc Augu­stusa z tyłu, i wtedy usły­sza­łam, że nie­opo­dal rusza jakiś samo­chód. To była mama. Pew­nie cze­kała, żebym się z kimś zaprzy­jaź­niła czy coś w tym rodzaju.

Czu­łam, jak nara­sta we mnie ta dziwna mie­sza­nina roz­cza­ro­wa­nia i zło­ści. Nawet nie wiem tak naprawdę, co to było za uczu­cie, tylko że mnie prze­peł­niało i że chcia­łam wal­nąć Augu­stusa, a rów­no­cze­śnie wymie­nić moje płuca na takie, które potra­fią być płu­cami. Sta­łam w tramp­kach na samej kra­wę­dzi kra­węż­nika z kulą na łań­cu­chu w postaci zbior­nika z tle­nem i dokład­nie w chwili, gdy mama pod­je­chała, poczu­łam, jak ktoś chwyta mnie za rękę.

Wyrwa­łam dłoń, ale odwró­ci­łam się do niego.

-?Nie zabi­jają, dopóki ich nie zapa­lisz -?powie­dział, kiedy samo­chód zatrzy­mał się przy nas. -?A ja ni­gdy żad­nego nie zapa­li­łem. Widzisz, to meta­fora: trzy­masz w zębach czyn­nik nio­sący śmierć, ale nie dajesz mu mocy, by zabi­jał.

-?Meta­fora -?powtó­rzy­łam z powąt­pie­wa­niem. Mama cze­kała.

-?Ow­szem, meta­fora -?zapew­nił.

-?Czyli wybie­rasz swoje zacho­wa­nia ze względu na ich meta­fo­ryczny wydźwięk... -?pod­su­mo­wa­łam.

-?O, tak. -?Uśmiech­nął się. Sze­ro­kim, głup­ko­wa­tym, praw­dzi­wym uśmie­chem. -?Głę­boko wie­rzę w meta­fory, Hazel Grace.

Odwró­ci­łam się do samo­chodu. Zastu­ka­łam w okno. Otwo­rzyło się.

-?Idę na film do Augu­stusa Watersa -?powie­dzia­łam. -?Pro­szę, nagraj dla mnie kilka kolej­nych odcin­ków mara­tonu ANTM.

Rozdział 2

2

Augu­stus pro­wa­dził kata­stro­fal­nie. Zarówno zatrzy­my­wa­niu, jak i rusza­niu towa­rzy­szyło gwał­towne szarp­nię­cie. Pas toyoty SUV wrzy­nał się w moje ciało za każ­dym razem, gdy Augu­stus hamo­wał, a moja głowa leciała w tył, gdy przy­spie­szał. Być może byłam zde­ner­wo­wana -?w końcu jecha­łam z obcym chło­pa­kiem do jego domu, bole­śnie świa­doma tego, że moje bez­na­dziejne płuca utrud­nią wszel­kie próby obrony przed nie­chcia­nymi awan­sami -?ale pro­wa­dził tak zaska­ku­jąco fatal­nie, że wła­ści­wie nie myśla­łam o niczym innym.

Prze­je­cha­li­śmy może pół­tora kilo­me­tra w szar­pa­nym mil­cze­niu, zanim się uspra­wie­dli­wił:

-?Trzy razy obla­łem egza­min na prawko.

-?Nie mów!

Zaśmiał się, kiwa­jąc głową.

-?No cóż, nie mam odpo­wied­niego wyczu­cia w pro­te­zie, a nie potra­fię nauczyć się wci­skać gaz lewą nogą. Leka­rze twier­dzą, że więk­szość osób po ampu­ta­cjach nie ma pro­ble­mów z jeż­dże­niem, ale... rozu­miesz. Nie ja. W każ­dym razie wybra­łem się na egza­min po raz czwarty i szło mi tak jak teraz. -?Pół kilo­me­tra przed nami świa­tło zmie­niło się na czer­wone. Augu­stus wdep­nął hamu­lec, a ja zawi­słam w trój­kąt­nych obję­ciach pasa bez­pie­czeń­stwa. -?Prze­pra­szam. Przy­się­gam, że sta­ram się być deli­katny. No i pod koniec egza­minu byłem pewien, że znowu obla­łem, a tym­cza­sem instruk­tor powie­dział: "Jazda z tobą jest nie­przy­jemna, ale bez­pieczna w sen­sie tech­nicz­nym".

-?Nie wiem, czy się z nim zga­dzam -?odpo­wie­dzia­łam. -?Wyczu­wam w tym Bonus Rakowy.

Bonusy Rakowe to drobne przy­jem­no­ści należne dzie­ciom z nowo­two­rami i nie­na­leżne tym zdro­wym: piłki do kosza z auto­gra­fami spor­to­wych sław, bez­karne nie­odra­bia­nie zadań domo­wych, nie­za­słu­żone prawo jazdy i tak dalej.

-?Ta -?powie­dział. Zapa­liło się zie­lone. Napię­łam się, a Augu­stus wci­snął gaz do dechy.

-?Wiesz, że są samo­chody z ręcz­nym ste­ro­wa­niem dla ludzi, któ­rzy nie mogą uży­wać nóg? -?zasu­ge­ro­wa­łam.

-?Ta -?powtó­rzył. -?Może kie­dyś. -?Wes­tchnął w spo­sób, który wzbu­dził we mnie wąt­pli­wo­ści, czy wie­rzy w jakie­kol­wiek "kie­dyś". Wie­dzia­łam, że kost­nia­ko­mię­sak jest w znacz­nym stop­niu ule­czalny, ale mimo to...

Ist­nieje wiele spo­so­bów, żeby okre­ślić czy­jeś przy­bli­żone nadzieje na prze­ży­cie, nie pyta­jąc wprost. Uży­łam więc kla­sycz­nego:

-?Cho­dzisz do szkoły?

Zazwy­czaj rodzice w któ­rymś momen­cie zabie­rają cię ze szkoły, naj­czę­ściej wtedy, kiedy spo­dzie­wają się, że nie­długo kop­niesz w kalen­darz.

-?Ta -?potwier­dził. -?Do North Cen­tral. Ale stra­ci­łem rok i jestem w dru­giej kla­sie. A ty?

Zasta­na­wia­łam się, czy nie skła­mać. W końcu nikt nie lubi tru­pów. Ale w efek­cie powie­dzia­łam prawdę.

-?Nie, rodzice wyco­fali mnie trzy lata temu.

-?Trzy lata? -?powtó­rzył ze zdu­mie­niem.

Przed­sta­wi­łam Augu­stu­sowi w skró­cie histo­rię mojego Cudu: gdy mia­łam trzy­na­ście lat, zdia­gno­zo­wano u mnie raka tar­czycy czwar­tego stop­nia. (Nie wspo­mnia­łam mu o tym, że posta­wiono dia­gnozę trzy mie­siące po tym, jak dosta­łam pierw­szą mie­siączkę. Ode­bra­łam to tak: Gra­tu­la­cje! Sta­łaś się kobietą. A teraz możesz umrzeć). Powie­dziano nam, że jest nie­ule­czalny.

Prze­szłam ope­ra­cję o nazwie "rady­kalna lim­fa­de­nek­to­mia szyjna", która jest mniej wię­cej tak przy­jemna jak jej nazwa. Potem były naświe­tla­nia. Następ­nie wypró­bo­wali che­mio­te­ra­pię na guzach, które poja­wiły się w płu­cach. Guzy zma­lały, a potem uro­sły. Wów­czas mia­łam już czter­na­ście lat. Płuca zaczęły wypeł­niać się pły­nem. Wyglą­da­łam dość kosz­mar­nie - dło­nie i stopy mia­łam spuch­nięte jak balony, skórę popę­kaną, usta cią­gle sine. Ist­nieje taki lek, dzięki któ­remu czło­wiek nie czuje się tak okrop­nie prze­ra­żony tym, że nie może oddy­chać, i mnó­stwo tego wle­wano w moje żyły przez wkłu­cie cen­tralne, a prócz niego jesz­cze kilka innych spe­cy­fi­ków. Mimo to jest jed­nak coś nie­przy­jem­nego w tonię­ciu, zwłasz­cza gdy odbywa się ono stop­niowo przez kilka mie­sięcy. W końcu wylą­do­wa­łam na OIOM-ie z zapa­le­niem płuc, a mama uklę­kła przy moim łóżku i zapy­tała: "Jesteś gotowa, skar­bie?". Odpo­wie­dzia­łam, że jestem. Tato tylko powta­rzał, że mnie kocha, gło­sem nie tyle łamią­cym się, ile zła­ma­nym. Mówi­łam mu, że też go kocham. Wszy­scy trzy­ma­li­śmy się za ręce, a ja nie mogłam zła­pać odde­chu. Moje płuca wal­czyły despe­racko, rzę­ziły, wypy­chały mnie z łóżka w poszu­ki­wa­niu pozy­cji, która zapewni im choć tro­chę powie­trza, a ja byłam zaże­no­wana ich despe­ra­cją, zde­gu­sto­wana, że po pro­stu nie odpusz­czą. Pamię­tam, jak mama mówiła, że jest dobrze, że ze mną jest dobrze, że będzie dobrze, a ojciec tak bar­dzo sta­rał się nie pła­kać, że kiedy w końcu zano­sił się szlo­chem, co zda­rzało się regu­lar­nie, brzmiał on jak praw­dziwe trzę­sie­nie ziemi. I pamię­tam, że nie chcia­łam być przy­tomna.

Wszy­scy sądzili, że to już koniec, ale moja pani onko­log, dok­tor Maria, zdo­łała jakoś wycią­gnąć ze mnie tro­chę płynu i wkrótce anty­bio­tyki, które dosta­wa­łam na zapa­le­nie płuc, zaczęły dzia­łać.

Doszłam do sie­bie i po nie­dłu­gim cza­sie zosta­łam włą­czona do grupy testu­ją­cej leki eks­pe­ry­men­talne, tak słynne w Repu­blice Rako­nii dla Nie­pra­cu­ją­cych. Lekar­stwo nazy­wało się Pha­la­nxi­for, a jego mole­kuły były obmy­ślone tak, by łączyły się z komór­kami rako­wymi i spo­wal­niały ich wzrost. Nie dzia­łało na mniej wię­cej sie­dem­dzie­siąt pro­cent cho­rych. Ale na mnie zadzia­łało. Guzy zma­lały.

I takie pozo­stały. Wiwat, Pha­la­nxi­for! Przez ostat­nie pół­tora roku moje prze­rzuty pra­wie się nie powięk­szyły, dzięki czemu mam płuca, które co prawda słabo spraw­dzają się w swo­jej roli, ale moż­liwe, że dzięki butli z tle­nem i dzien­nej dawce Pha­la­nxi­foru będą dawały radę jesz­cze przez jakiś nie­okre­ślony czas.

Mówiąc szcze­rze, mój Wielki Cud kupił mi jedy­nie odro­binę czasu. (Nie zna­łam jesz­cze wiel­ko­ści tej odro­biny). Ale opo­wia­da­jąc o nim Augu­stu­sowi, odma­lo­wa­łam obraz w samych różo­wych bar­wach, pod­kre­śla­jąc cudow­ność tego Cudu.

-?W takim razie teraz musisz wró­cić do liceum -?uznał.

-?Nie­stety nie mogę -?odrze­kłam -?ponie­waż zda­łam już zaocz­nie maturę. Uczę się teraz w MCC. -?To był nasz lokalny col­lege.

-?Dziew­czyna z col­lege'u! -?powie­dział, kiwa­jąc głową. -?To wyja­śnia tę aurę wyra­fi­no­wa­nia. -?Uśmiech­nął się do mnie kpiąco. Żar­to­bli­wie pac­nę­łam go w ramię. Wyczu­łam pod skórą mię­sień, napięty i impo­nu­jący.

Z piskiem opon skrę­ci­li­śmy na osie­dle oto­czone dwu­ipół­me­tro­wym tyn­ko­wa­nym murem. Jego dom był pierw­szy po lewej. Dwu­pię­trowy, w stylu kolo­nial­nym. Gwał­tow­nie zapar­ko­wa­li­śmy na pod­jeź­dzie.

Weszłam za Augu­stu­sem do środka. Na drew­nia­nej tabliczce na drzwiach wygra­we­ro­wano kur­sywą słowa: "Tam dom twój, gdzie serce twoje". Oka­zało się, że całe miesz­ka­nie przy­brane jest podob­nymi mądro­ściami. Nad wie­sza­kiem wisiała sen­ten­cja: "Dobrych przy­ja­ciół trudno zna­leźć, a jesz­cze trud­niej zapo­mnieć". Nato­miast hafto­wana podu­cha w ume­blo­wa­nym anty­kami salo­nie obie­cy­wała: "W cięż­kich chwi­lach rodzi się praw­dziwa miłość". Augu­stus zauwa­żył, że ją czy­tam.

-?Rodzice nazy­wają je moty­wa­to­rami -?wyja­śnił. -?Są wszę­dzie.

Mama i tata mówili na niego Gus. Przy­go­to­wy­wali wła­śnie enchil­lady w kuchni (witraż nad zle­wem gło­sił entu­zja­stycz­nie: "Rodzina jest wieczna"). Mama nakła­dała kur­czaka na tor­tille, które tata zwi­jał i umiesz­czał w szkla­nym naczy­niu żaro­od­por­nym. Nie wyda­wali się zasko­czeni moim przyj­ściem, co miało sens: to, że czu­łam się wyjąt­kowa przy Augu­stu­sie, wcale nie zna­czyło, że taka byłam naprawdę. Może co wie­czór spro­wa­dzał do domu inną dziew­czynę, żeby ją obła­piać pod­czas oglą­da­nia filmu.

-?To jest Hazel Grace -?przed­sta­wił mnie.

-?Wystar­czy tylko Hazel -?spro­sto­wa­łam.

-?Jak się masz, Hazel? -?przy­wi­tał mnie ojciec Gusa. Był wysoki - nie­malże wzro­stu syna -?i chudy tak, jak ludzie w wieku rodzi­ców zazwy­czaj nie bywają.

-?Okay -?odrze­kłam.

-?Jak było na gru­pie wspar­cia u Isa­aca?

-?Fan­ta­stycz­nie -?oznaj­mił Gus z iro­nią.

-?Ależ z cie­bie maruda -?zga­niła go mama. -?Hazel, tobie się podo­bało?

Waha­łam się przez chwilę, nie wie­dząc, czy ska­li­bro­wać odpo­wiedź tak, żeby zado­wo­liła Augu­stusa, czy jego rodzi­ców.

-?Więk­szość uczest­ni­ków jest naprawdę miła -?powie­dzia­łam w końcu.

-?To samo odkry­li­śmy pod­czas lecze­nia Gusa w Memo­rialu, jeśli cho­dzi o rodziny cho­rych -?wyznał ojciec. -?Wszy­scy byli tacy mili. I silni. W naj­cięż­szych chwi­lach Bóg sta­wia na naszej dro­dze naj­lep­szych ludzi.

-?Szybko, daj­cie mi podu­chę i nici, muszę uwiecz­nić nowy moty­wa­tor - oznaj­mił Augu­stus. Jego ojciec wyglą­dał na lekko dotknię­tego, ale Gus objął go za szyję swoim dłu­gim ramie­niem i powie­dział: -?Żar­tuję, tato. Lubię te sza­lone moty­wa­tory. Naprawdę. Tylko nie mogę się do tego przy­zna­wać, bo jestem nasto­lat­kiem.

Ojciec wzniósł oczy do nieba.

-?Mam nadzieję, że zjesz z nami kola­cję? -?zapy­tała mama. Była niską bru­netką, nieco myszo­watą.

-?Chyba tak -?odpo­wie­dzia­łam. -?Muszę być w domu przed dzie­siątą. Ale nie­stety nie jadam mięsa.

-?Nie ma sprawy. Zro­bimy dla cie­bie kilka wege­ta­riań­skich -?zapew­niła.

-?Zwie­rzaki są zbyt milu­sie? -?zakpił Gus.

-?Chcę zmi­ni­ma­li­zo­wać liczbę zgo­nów, za które pono­szę odpo­wie­dzial­ność - wyja­śni­łam.

Gus już otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale się powstrzy­mał.

Jego mama prze­rwała ciszę:

-?Uwa­żam, że to wspa­niałe podej­ście.

Przez chwilę roz­ma­wia­li­śmy o tym, że te enchil­lady to Słynne Enchil­lady Water­sów, któ­rych grzech nie spró­bo­wać, że Gus też musi wra­cać o dzie­sią­tej i że zupeł­nie nie ufają ludziom, któ­rzy każą wra­cać swoim dzie­ciom o innej godzi­nie, i czy cho­dzę do szkoły -?"uczy się w col­lege'u", wtrą­cił Augu­stus -?i że pogoda jest naprawdę abso­lut­nie prze­cu­downa jak na marzec, a na wio­snę wszystko jest takie świeże, i ani razu nie zapy­tali mnie o tlen i dia­gnozę, co było dziwne i miłe, a potem Augu­stus oznaj­mił:

-?Obej­rzymy V jak ven­detta, żeby Hazel zoba­czyła swo­jego fil­mo­wego sobo­wtóra, Nata­lie Port­man z dwu­dzie­stego pierw­szego wieku.

-?Tele­wi­zor w salo­nie jest do waszej dys­po­zy­cji -?rado­śnie zapew­nił tata.

-?Chyba będziemy oglą­dali w piw­nicy.

Ojciec zaśmiał się.

-?Zawsze warto spró­bo­wać! W salo­nie.

-?Ale chciał­bym poka­zać Hazel Grace piw­nicę -?obru­szył się Augu­stus.

-?Wystar­czy tylko Hazel -?popra­wi­łam go.

-?Pokaż więc Tylko Hazel piw­nicę -?zapro­po­no­wał ojciec -?a potem przyjdź­cie na górę i obej­rzyj­cie film w salo­nie.

Augu­stus wydął policzki, prze­niósł cię­żar ciała na zdrową nogę, obró­cił się i ruszył do przodu.

-?Dzięki -?mruk­nął.

Zeszłam za nim po wyło­żo­nych dywa­nem scho­dach do obszer­nej sypialni w piw­nicy. Wokół pokoju na wyso­ko­ści moich oczu bie­gła półka zasta­wiona koszy­kar­skimi memo­ra­bi­liami: dzie­siątki pucha­rów ze zło­tymi pla­sti­ko­wymi ludzi­kami w wyskoku, kozłu­ją­cymi albo wyko­nu­ją­cymi wsad do nie­wi­docz­nego kosza. Było tam też mnó­stwo piłek i spor­to­wych butów z auto­gra­fami.

-?Gra­łem kie­dyś w kosza -?wyja­śnił.

-?Musia­łeś być cał­kiem nie­zły.

-?Nie byłem kiep­ski, ale wszyst­kie te buty i piłki to Bonusy Rakowe. - Pod­szedł do tele­wi­zora, obok któ­rego leżała wielka sterta płyt z fil­mami i grami uło­żona w nie­fo­remną pira­midę. Schy­lił się i wyło­wił V jak ven­detta. -?Byłem typo­wym bia­łym dzie­cia­kiem z Indiany -?wyja­śnił. - Całym ser­cem opto­wa­łem za wskrze­sze­niem zagi­nio­nej sztuki rzutu z pół­dy­stansu. Pew­nego dnia ćwi­czy­łem rzuty oso­bi­ste -?po pro­stu sta­łem na linii rzu­tów wol­nych w sali gim­na­stycz­nej North Cen­tral i rzu­ca­łem pił­kami ze sto­jaka. Nagle poczu­łem, że zupeł­nie nie rozu­miem, z jakiego powodu meto­dycz­nie prze­rzu­cam kuli­sty obiekt przez obiekt w kształ­cie pier­ście­nia. Wydało mi się to naj­głup­szym zaję­ciem na świe­cie.

Pomy­śla­łem o małych dzie­ciach, które wkła­dają cylin­dryczny kołek w okrą­gły otwór. Robią to raz po raz całymi mie­sią­cami, kiedy już pojmą, na czym to polega, a koszy­kówka jest zasad­ni­czo tro­chę bar­dziej aero­bową wer­sją tego samego ćwi­cze­nia. W każ­dym razie przez długi czas ćwi­czy­łem rzuty oso­bi­ste. Tra­fia­łem osiem­dzie­siąt razy z rzędu, to mój rekord, ale im wię­cej tre­no­wa­łem, tym czę­ściej czu­łem się jak dwu­la­tek. A potem z jakie­goś powodu pomy­śla­łem o płot­ka­rzach. Dobrze się czu­jesz?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki