Utwór prawie historyczny
z czasów błędów i wypaczeń.
Konflikt wewnętrzny spędzał Stefci Ruckiej sen
z oczu.
Miała już prawie dziewiętnaście lat i dręczył ją
straszliwy dylemat. Od dzieciństwa ponad
wszystko w świecie pragnęła być niezwykła. Oryginalna.
Inna.
No i była.
I to bycie stawało się coraz trudniejsze.
Rozwydrzenie obyczajów dopiero się lęgło, ale
rosło w zastraszającym tempie. Jeszcze ze cztery lata
temu dziewczynki w jej klasie ze zgrozą i
ukradkiem szeptały sobie do ucha wieści o takich
potwornych rzeczach jak utrata dziewictwa, sypianie
z chłopakiem, z kilkoma chłopakami, alkohol, no
i najstraszniejsze ze wszystkiego, gwałt. Od
gwałtu dostawały wypieków, wprost nieodwracalnych.
Wszystkie w czambuł zarzekały się, że one nigdy, za
nic w świecie i wszystkie jak jedna łgały na potęgę.
Doczekać się nie mogły owych przeżyć niemożliwie
okropnych i budzących tak cudowną zgrozę.
Stefcia również, ale wśród najwymyślniejszych
tortur nie przyznałaby się do tego nawet przed sobą
samą.
Teraz, w cztery lata później, świat zdążył się
zmienić, pojawiło się nowe gorszące słowo: seks.
Też szeptane na ucho, upragnione, wszystkie
dziewczyny aż się trzęsły do niego, coraz
wyraźniej sadowiło się w ich egzystencji, już przecież
były dorosłe, już poznały życie, emocjonujące
tajemnice stanęły przed nimi otworem. Licytowały
się wzajemnie, która też wzbudziła większe
zapały we wspaniałych, dziewiętnasto- i
dwudziestoletnich rycerzach, której życie dostarczyło
potężniejszych doznań i która opędzić się zgoła nie może od
szalonego powodzenia. Ciągle się różni pchają
natrętnie, nachalnie, skamlaniem i siłą...
Wręcz wstyd było zachować cnotę i nie zostać
zgwałconą. A przynajmniej napastowaną. Jeśli
któraś nie, widocznie nikt jej nie chce...
No tak, ale Stefcia upierała się przy
odmienności. Wyróżniać się za wszelką cenę!
Urodą wszystkich dziewczyn przebić nie
zdołała. Ładne były, miały wdzięk, niektórym
sprzyjało szczęście w postaci bogatszych rodziców, mogły
się ubrać bardziej wystrzałowo, talent żaden
niezwykły w rachubę nie wchodził, w szkole pierwszą
uczennicą jakoś nie udawało jej się zostać, co
zatem mogła zrobić?
Tylko jedno. Zachować cnotę aż do ślubu. Jako
wyjątek grzmiący.
I już tak okropnie do tej swojej wyjątkowości
traciła cierpliwość...
* * *
- I co cię tak gna do tego Płocka? - spytała
Patrycja Moller złym i zimnym głosem, bardzo
podejrzliwie. - Zazwyczaj pyskujesz aż wióry lecą,
a tym razem widać jak ci skrzydełka trzepoczą.
Rudy kościotrup tam się wybiera?
Prokurator Kajtuś Trociński w szampańskim
humorze z wielką starannością przebierał w
krawatach, uzupełniając swój służbowy bagaż.
Wcale nie zamierzał ukrywać przed Patrycją uciechy
z wyjazdu, aczkolwiek rudy kościotrup nie miał tu
nic do rzeczy i właśnie przestawał się liczyć. Ale co
szkodziło pozostawić go jako pretekst, skutecznie
kryjący ważność sprawy? Kajtuś uwielbiał sekrety
i podstępy, nie cierpiał przesadnej jawności.
Rzecz oczywista, na chrzcie świętym nie otrzymał
imienia Kajtuś, tylko Konstanty, ale od chwili
urodzenia ten Kajtuś do dzieciątka jakoś tak pasował
i jakoś tak przylgnął, że Konstanty pozostał
wyłącznie w dokumentach urzędowych i bardzo ważnych
służbowych sytuacjach. A nawet i tu przytrafiła się
kulawizna, kiedy nowo mianowany prokurator
generalny, precyzując stanowiska podwładnych i
gratulując awansów, rzekł słowa: ...prokurator Kajtuś,
święcie przekonany, iż wymienia nazwisko. Imienia
mu zabrakło, zająknął się, poprawił na prokurator
Konstanty Kajtuś, tu dla odmiany pojawił się
nadmiar nazwisk, jakiś Trociński, do ucha dostojnika
pochylił się etatowy zastępca, prokurator generalny
odchrząknął i bez cienia zmieszania poprawił.
- Prokurator Konstatnty Trociński. Odpadło
mu z przodu to wice, najwyższy czas.
Nikt nigdy nie twierdził, iż prokurator
generalny objął swoje stanowisko z racji wyjątkowo
wysokiego poziomu intelektu. Miał inne zalety. Między
nimi prokuratura wojewódzka zawdzięczała mu
wielkie i trwałe zainteresowanie wicem, które
niekiedy różnym źle działało z przodu, więdło, a
nawet odpadało.
Patrycja Moller należała do osób, na których
pytania lepiej odpowiadać, a Kajtuś był
chwilowo tak zadowolony, że nie stawiał żadnego oporu.
I oczywiście popełnił drobny błąd.
- Planów kościotrupa aktualnie nie znam.
Pierwszy podrywacz miasta Płocka wreszcie się
naraził i będę go oskarżał. Bardzo mi to pasuje.
- Wolisz podrywacza niż kościotrupa?
- A ty byś nie wolała?
- O, z pewnością. Po moim mężu masz ciepłe
gniazdko, czy ci to nie wystarcza? Musisz mieć
także jego krawaty?
Kajtuś lubił być dobrze ubrany. Z
upodobaniem obejrzał pakowany krawat.
- Skoro zostawił, widocznie ich nie chciał.
Sama podpisałaś zgodę na wynajem pokoju z
dobrodziejstwem inwentarza. Wszyscy mnie pytają,
skąd biorę krawaty i nikt nie wierzy, że je
wybierała kobieta.
- Mojego męża też pytali i też nikt nie wierzył.
Nie sprawdzałam co tu zostało, a szczątki po nim
mam gdzieś.
Kajtuś pomyślał, że najbardziej by chciał po
owym mężu odziedziczyć jego byłą żonę, ale już
od dawna wiedział, że prowadzi do niej grząski
grunt. Metoda wprost okazała się zgubna, wolał
na razie zmienić temat.
I w tym momencie uświadomił sobie, że jeszcze
krok, a pogrążyłby się w bagnie po szyję.
Wspólna egzystencja dwojga osób różnej płci
w jednym mieszkaniu prezentowała się dość
osobliwie i raczej nietypowo.
W przewidywaniu rozwodu i służbowego
wyjazdu, mąż Patrycji wpadł na świetną myśl wynajęcia
jednego z trzech pokoi prokuraturze. Mieszkanie
należało do Patrycji, odziedziczone po dziadkach,
ocalałe z wojennego pogromu. Małżonek
zrezygnował z przynależnej doń połowy mienia i Patrycji
zostało za dużo jak na szalejące normatywy. Własność
prywatna nie cieszyła się szacunkiem ustroju.
Prokuratura wydawała się instytucją bezpieczną, jawnie
kantować nie mogła, ponadto obdarzona była
niezwykłymi możliwościami, dzięki którym udało się
bez trudu dokonać kilku przeróbek. Dwie łazienki,
jedna wprawdzie raczej mała, za to druga znacznie
większa, oddzielne wejście dla służby i tylko
kuchnia wspólna. Patrycja, mając na uwadze swój zawód,
przyjaźń z prokuraturą zaaprobowała, kuchnia nie
spędzała jej snu z oczu, podpisała umowę o
wynajem. Umowa obowiązywała jeszcze przez dwa lata.
Kajtuś zamieszkał tam właśnie przed dwoma
laty, kiedy były pan domu wciąż istniał i dopiero
zaczynał znikać z horyzontu. Patrycja ledwo
wróciła z Francji, sprawa między małżonkami
rozgrywała się cichutko, grzecznie, kulturalnie, Kajtuś jej
nie ocenił trafnie i oczywiście natychmiast się
wygłupił. Pozwolił na wizyty kilku damom, byłej,
aktualnej i przyszłej. Zaraz potem zauważył Patrycję,
wstrząsnęło nim, damy wykopał i ruszył do
szturmu pewien, iż świeża nieszczęśliwa rozwódka
będzie łatwą zdobyczą.
W życiu się tak nie pomylił.
Przeżywszy wstrząs, we własną klęskę nie
uwierzył. Wyrzec się Patrycji nie tylko nie zamierzał,
ale wyraźnie czuł, że nie potrafi, wciąż żywił
nadzieję, że ona się podda, doceni starania i wysiłki,
bo ile w końcu można...? Rywala na razie
wywęszyć nie zdołał, więc chyba go nie było, a ona
właściwie niekiedy jakby... Tyle że każdy jego wybryk
ją cofał, do diabła, powinien ograniczyć wybryki!
Ograniczył. Patrycja bywała w jego pokoju,
wchodziła tam nie z wścibstwa, a z konieczności,
wielokrotnie bowiem potrzebne dokumenty
biegały po całym lokalu, zainteresowania w końcu
mieli zbliżone. Kajtuś do Patrycji też wchodził,
zawsze pukał, no, ona też pukała... i co najmniej
od roku, a może i dłużej... oj, dłużej, z półtora...
nie natykała się na żadne elementy damskiej
garderoby, niegdyś dość często spotykane.
O poglądach i uczuciach Patrycji Kajtuś, rzecz
jasna, nie miał najmniejszego pojęcia, zręczniej od
niego umiała je ukryć. Tak naprawdę leciała na
niego i wściekła była, że ze swoim leceniem musi
się ukrywać, inaczej bowiem dziwkarstwo amanta
wzięłoby górę i spowodowało okropne skutki.
Zabiłaby go albo co.
Kajtuś wszelkimi siłami symulował obojętność
wobec swojej klęski.
Patrycja starannie symulowała obojętność
wobec Kajtusia.
No i teraz właśnie omal się nie wygłupił z
ujawnieniem kolejnego wykroczenia. Gorzej, dwóch
wykroczeń, nie wiadomo, które z nich okazałoby
się gorsze, a oba pociągały go nieprzeparcie. Lepiej
już było uczepić się aktualnej sprawy i może trochę
tę zołzę skołować.
- Nie ciekawi cię podrywacz? - zdziwił się
obłudnie. - To ten sam, na którym istnym cudem
udało mi się nie wyłożyć trzy lata temu...
- A, to wtedy, kiedy symulowałeś żółtaczkę?
- Błogosławiona żółtaczka i błogosławiony
konował, który się na nią nabrał. Mówiłem ci
przecież? Brał facet udział w napadzie na bank,
a udowodnili mu tylko nielegalne posiadanie
broni.
- Bystry chłopiec...
- Nadmiernie bystry. Parczak się na nim
przejechał...
- Ach, to dlatego nie grywa już z nami w
brydża?
- A jak? Wiesz, gdzie zleciał? Do powiatowej
w Sejnach, już trudno niżej, a mnie to ominęło
dzięki konowałowi od żółtaczki...
Patrycja na zaniki pamięci nie cierpiała.
- Płeć mylisz. Konowałce. O ile sobie
przypominam, nie było mnie wtedy, ale później dość
dużo słyszałam o czarującej pani doktór...
Kajtuś całkowicie porzucił pakowanie.
Uświadomił sobie, że w szczerych informacjach wciąż
posuwa się za daleko, Patrycja tkwi w jego
pokoju i patrzy mu na ręce, i nie może się to dziać bez
powodu.
- Czarująca? Nie zauważyłem. Wiedziałem,
co wyniknie z tego podejrzanego palanta, miałem
przeczucie, dlatego tak się zdenerwowałem...
- Aż ci się rzuciło na wątrobę...
- A jak...? Na pół roku nasz podrywacz
poszedł siedzieć, a całej milicji o mało szlag nie
trafił, wyszedł ile...? Niecały rok, trzy kwartały... Oka
od niego nie odrywali i wreszcie podpadł. Teraz go
będę oskarżał!
- O co?
- O gwałt!
- Co...?!
- Gwałt!
- Wygłupiasz się?
- A skąd. To on się wygłupił ku wielkiej
uciesze miejscowych gliniarzy. Co cię tak w tym dziwi?
Patrycja przyglądała się Kajtusiowi uważnie
i w milczeniu. Czuła jakiś tajemniczy swąd i już
wiedziała, że niesłusznie zlekceważyła strzępy akt
prokuratora, poniewierające się ostatnio na jego
biurku. O, żadne takie, bez niej ta sprawa się nie
odbędzie...
* * *
Rozprawy o gwałt zazwyczaj wymagały drzwi
zamkniętych. Dla zaprzyjaźnionej z całą palestrą
Patrycji, dziennikarki kryminalno-śledczej, żadne
zamknięte drzwi nie istniały, o czym Kajtuś
doskonale wiedział. I dlatego, nader przezornie,
zaklepał sobie służbowy gościnny pokój w miejscowej
prokuraturze, aczkolwiek w hotelu cieszyłby się
większą swobodą. Tyle, że hotel był dostępny
także i Patrycji... Ponadto w godzinach wieczornych
prokuratura, w przeciwieństwie do hotelu,
prawie całkowicie pustoszała, a wszelkie klucze Kajtuś
oczywiście dostał do swojej prywatnej dyspozycji.
Nie przewidywał nadmiaru czasu na uboczne
rozrywki, szczególnie że jedna uboczna rozrywka
trochę go zniechęciła, czy to jednak wiadomo, co się
może zdarzyć...? Już pluł sobie w brodę, że
niepotrzebnie za dużo jej powiedział, wyrwało mu się
w euforii, jak kretynowi...
Patrycja również lubiła swobodę, nie
przyjęła zatem zaproszenia pani naczelnej
prokuratury powiatowej do jej własnej willi, mimo
sympatii, jaką obie damy darzyły się wzajemnie. Wolała
hotel. Upewniła się tylko, czy pani Wanda,
osoba w mieś cie Płocku dostojna, zadba o miejsce dla
niej. Ależ zadba, oczywiście, pani Wanda
żelazną ręką trzymała wymiar sprawiedliwości i mogła
wszystko wszędzie.
Spotkały się przed wieczorem, kiedy Patrycja
odpracowała hotelowe formalności i ze szczerą
przyjemnością złożyła kurtuazyjną wizytę. U pani
Wandy siedział już Kajtuś.
Odezwał się jako pierwszy, chwytając byka za
rogi.
- Po co przyjechałaś? Stęskniłaś się za mną?
- O Boże - powiedziała Patrycja.
- Czy on zawsze jest taki uroczy? -
zainteresowała się pani Wanda.
- I coraz bardziej. Udoskonala sztukę. Mieszka
u pani już od wczoraj?
- U mnie? Od wczoraj? Takiego zaszczytu nie
dostąpiłam. Mieszka w służbowym i to zaledwie
od godziny. A mogliście spokojnie przyjechać
razem i obydwoje zagnieździć się tutaj. To
przedwojenny dom, ma pokoje gościnne i nawet
łazienkę.
- Dziękuję, Kajtusia mam po dziurki w nosie
u siebie. Chętnie odetchnę. Od godziny, mówi
pani? To czym go wieźli, na litość boską, wołami?
Czy szedł piechotą? Zdawało mi się, że wyruszył
wczoraj rano.
Kajtusiowi coś-tam gdzieś-tam zdrętwiało i
piknęła w nim rzetelna już złość na siebie. Fakt,
zlekceważył, wyleciało mu z głowy, że w płockiej
palestrze na wyższych szczeblach wszyscy się znają,
a sekretarki zwracają na niego uwagę, o co sam się
lekkomyślnie postarał. Jeden urwany dzień
czkawką mu się odbije, bo uporczywie oporna
Patrycja wyłapie każdy jego błąd. Niepotrzebnie tak się
pchał do wybryku... Pchał, pchał, wcale nie pchał!
Został do niego podstępnie nakłoniony i zupełnie
niepotrzebnie uległ.
Za ten ostatni głupi błąd trzeba będzie zapłacić
więcej niż okazał się wart...
Patrycja była dokładnie takiego samego zdania
i nawet wiedziała jak, ale chwilowo nie rozwijała
tematu. Kajtuś również wolał przeczekać, na razie
wzruszył tylko ramionami.
- Załatwiał coś - podsunęła uczynnie pani
Wanda, nie żałując jadu.
- Czasem trzeba... - podchwycił natychmiast
Kajtuś z tak wyraźnie symulowaną niewinnością,
że szwindel rzucał się w oczy. Dla szwindla wszak
tu przyjechał, ale one nie mogły przecież wiedzieć
wszystkiego! Chociaż pani Wanda...
Przyjrzał się płockiej gangrenie któryś już raz
w życiu. Pięćdziesiątka jak obszył, najmarniej
dycha nadwagi, żadnego zadbania, żadnych starań
o młodość i w dodatku ostra baba, na plewy nie
poleci. Gdyby była głupsza... Nic z tego, a Kajtuś
w jej kierunku palcem nie kiwnie, bo grubych bab
brzydzi się śmiertelnie. Może to uczucie ujawniło
się kiedyś, może był nieostrożny i stąd jej bystrość,
rzekomo pobłażliwa, a naprawdę toksyczna i
nieubłagana...
- Liczę na to, że od pani się dowiem -
powiedziała w tym czasie Patrycja. - Coś mi tu nie gra,
przejrzałam, pożal się Boże, strzępy dokumentów
śledczych i nawet rozumiem gliniarzy. Mogą być
wściekli. Ale całej reszty nie rozumiem
kompletnie, bo jak to jest gwałt, to ja jestem
primadonna i tylko skończony kretyn może żywić
nadzieję, że oskarżenie mu przejdzie. O co tu w ogóle
chodzi? Przecież ten mój wybrakowany sublokator
słowa prawdy nie powie, więc może pani dołoży
parę szczegółów?
Pani Wanda ożywiła się.
- I zrobiłabym to z okrzykami radości. Znam
kulisy i drugie dno, ale panią też znam. Dla swojej
egoistycznej przyjemności chcę ukryć sedno rzeczy
i popatrzeć, co pani z tego wyjdzie. Bez
uprzedzenia i bez żadnych wskazówek, bez sugestii, osoba
z boku, obca stronom. Może być?
- Może, ale uczciwie ostrzegam, że coś już wiem
i czegoś się domyślam, Kajtusiowi się trochę
wyrwało, ponadto akta miał na biurku. Oskarżony już
raz się wyłgał, teraz mu gliny chcą dokopać, co tu
ukrywać, milicja w zmowie z prokuraturą, zielone
światło dla oskarżyciela. Znam życie, ale w żaden
gwałt nie wierzę i nie wierzę, że mu się uda.
- Może jest tam coś więcej...?
Kajtuś umiał myśleć dwutorowo. Reakcje
strzelały z niego same, a tu należało szybko wkroczyć.
- Założymy się?
- Nieuczciwie - rzekła wzgardliwie Patrycja.
- Ty masz pełne tło, ja prawie wcale. Ale proszę
bardzo, nie przyłożą mu tego gwałtu, możemy się
założyć. O co?
- On ma także możliwość działania - ostrzegła
pani Wanda, zachwycona spektaklem we własnym
domu. Wyłapywała wszystkie niuanse.
- Nie szkodzi. O co?
- O samochód.
- W jakim sensie?
- Pożyczysz mi go na pół roku.
- Oszalałeś? Miesiąc.
- Pół roku.
- Pocałuj mnie wszędzie i kup sobie własny.
Miesiąc góra.
Pani Wanda znała sytuację i stanowczo była po
stronie Patrycji, ale bez słowa czekała na wynik.
Zakład stanął, dwa miesiące, od pierwszego listopada.
Osobiście przecięła, kręcąc głową z
niezadowoleniem, pewna klęski Patrycji, pocieszona tylko myślą,
że listopad i grudzień to miesiące do jazdy mało
sympatyczne, łatwo zrezygnować z dalekich podróży.
Ciąg dalszy w wersji pełnej