Gustaw i gadająca żaba - Maciej Siembieda

Kup ebooka

29.99 zł
20.99 zł (22,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
GUSTAW
 
 
Rozdział 1

JOACHIM SCHYMURA OD początku czuł, że to będzie dziwna apokalipsa.

Zupełnie inna od tej biblijnej, w której słychać trzask łamanych pieczęci, a potem głosy bestii i złowieszczy tętent Jeźdźców, paskudnych typów, z których najgorszy był Czwarty. Na koniu trupio bladym, a imię jego to Śmierć. I otchłań podążała za nim.

Nic z tych rzeczy.

Apokalipsa, która czekała spokojną śląską wieś Weissdorf, nie była dla nikogo zaskoczeniem. Miała w końcu wyznaczoną datę i godzinę i nikt z jej powodu nie trząsł portkami.

Ogłoszono ją pół roku wcześniej na afiszach, które wisiały na tablicy parafialnej, drzwiach domu zebrań ludowych, płocie sołtysa i w tak wielu innych miejscach, że nie szło ich przeoczyć. A nawet gdyby, to i tak o zagładzie Weissdorfu wkrótce mówili już wszyscy.

Tubylcy pogrążeni w zadumie na ławkach przed chałupami. Przyjezdni kręcący się po wsi, żeby okazyjnie kupić coś z dobytku, który miała pochłonąć otchłań. Dzieci, co jeszcze wszystkiego nie rozumiały, i starcy, co już nie rozumieli. Niemiecka nauczycielka, polski kowal i śląski proboszcz. Fojerman od pożarów, które już się nie zdarzą. Rzeźnik i brieftrager przynoszący ostatnie listy. Chichoczące panienki i strapione wdowy po żołnierzach poległych na wojnie za cesarza Wilhelma. Wiejskie parobki od pasania krów i czterej miejscowi młodzieńcy z Hitlerjugend maszerujący w podkutych trzewikach jedyną brukowaną ulicą wsi skazanej na śmierć.

Apokalipsę zapowiadała martwa cisza, która wieczorami zapadała w Weissdorfie, i megafony skrzeczące za dnia zapowiedź tego, co nieuchronne.

* * *

ACHIM WYSZEDŁ z domu, trzymając w ręku pajdę chleba polaną ciepłą wodą z czajnika i posypaną cukrem. Pchnął furtkę i po chwili znalazł się na łące pokrywającej wzgórze Schymurów jak zielony dywan, który w Weissdorfie kładziono na ołtarz polowy w Boże Ciało.

Usiadł na trawie, ugryzł pierwszy kęs i spojrzał na wieś leżącą u jego stóp.

Od kiedy sięgał pamięcią, oglądanie Weissdorfu było jego ulubioną rozrywką. W mig wiedział wszystko, co dzieje się na dole. Kto robi pranie, a kogo czeka ważna uroczystość, bo sposobi się zabić wieprzka. Która dzioucha prowadza się z nowym kawalerem i czyj synek coś przeskrobał, bo kazali mu narąbać drewna. Komu przecieka dach, a komu udały się pomidory. Kto wybiera się do miasta, bo pompuje dętki w rowerze, a kto na tamten świat, skoro drepcze do niego farosz spowity dymem kadzidła bujanego przez ministranta.

Achim był w kinie ledwo raz, ale ze szkoły już wiedział, jak robią filmy, i tu, na wzgórzu Schymurów, czuł się, jakby sam był kamerą, której nie umknie żaden ruch i obraz.

Za bajtla leżał plackiem na brzuchu, żuł źdźbło trawy i patrzył. Ale teraz, gdy miał już dziesięć lat, siadał jak dorosły, podciągając nogawki spodni, żeby nie wypchać ich w kolanach.

Obejrzał wieś i przeniósł wzrok za południową stronę wzgórza, gdzie szykowała się apokalipsa.

Jeźdźców było nie czterech, tylko ze czterdziestu. Dosiadali nie koni, ale potworów, które wyły i ryczały jak opętane. Buldożery na gąsienicach przepychały hałdy piachu, jakby to były dziecinne babki na plaży. Koparki z furią gryzły ziemię żelaznymi szczękami, chcąc chyba dobrać się do samego piekła, a dźwigi o nieludzkiej mocy unosiły bloki betonu na paręnaście metrów.

Na południe od wzgórza Schymurów budowano tamę, która raz na zawsze zmieni porządek tutejszego świata. Zatrzyma rzekę Wstęgę, snującą się po okolicy, i skieruje ją do niewielkiej hydroelektrowni, a potem do sztucznego jeziora, które w razie powodzi przyjmie nadmiar wody i ulży sąsiedniemu miastu. Inżynierowie nazywali to Stausee, zbiornikiem retencyjnym, a z ich map, wykresów i obliczeń wynikało jedno: sztuczne jezioro powinno znaleźć się dokładnie tu, gdzie teraz był Weissdorf.

* * *

DZIESIĄTKI RAZY WIDZIAŁ w wyobraźni, jak Wstęga wdziera się do wsi.

Rozlewa się po ulicach, topi sady, wybija okna i wyważa drzwi. Panoszy się w domach i obejmuje władzę w budynkach urzędowych. Zabiera wszystko, co zdoła unieść.

Zatopił się w myślach tak głęboko, że dopiero w ostatniej chwili usłyszał, że ktoś nadchodzi od północnej strony wzgórza, niewidoczny dzięki rosnącym tam krzakom.

Gustaw. Jego jedyny kolega. Wyższy o głowę, barczysty, silny jak spychacz na budowie tamy.

Achim z żalem zerknął na chleb z cukrem. Było jeść - pomyślał - a nie gapić się na Weissdorf.

- Daj ugryźć - zagadnął Gustaw, siadając tuż obok, jakby łąka była widownią kina.

Achim bez słowa podał mu kromkę, która już do niego nie wróciła. Gustaw potrzebował na nią kilku morderczych kłapnięć swojej kwadratowej szczęki. Jak koparka gotowej unicestwić wszystko, w co można się wgryźć.

Achim nigdy nie protestował.

Od urodzenia był mizerny i trochę pokrzywiony. Dziadek mówił, że nie do końca udał się Panu Bogu. Miał prawą nogę krótszą o parę centymetrów, a oko po tej samej stronie czasami uciekało mu w głąb głowy jak u zepsutej lalki. Dzieci nie tolerowały takich jak on. Przed wyzwiskami i zaczepkami we wsi chroniło Achima wzgórze. A w szkole Gustaw. Nie wiadomo dlaczego uznał ułomka od Schymurów za swojego najlepszego przyjaciela, ale powód nie miał znaczenia. Gustaw nie zaprzątał sobie głowy przyczynami. Skutkami zresztą też nie.

Uchodził za tępego, ale budził powszechny respekt. Każda próba dokuczenia Achimowi mogła się skończyć spotkaniem z pięścią Gustawa, a kiedy zaciskał dłonie, żarty się kończyły. Przekonali się o tym nawet ci z Hitlerjugend, którzy chcieli zwerbować Gustawa do swoich szeregów. Kiedy odmówił, zaczaili się na niego po zmroku. W efekcie Weissdorf przez dwa tygodnie nie słyszał nazistowskich śpiewów i walenia zelówkami w bruk, bo wszyscy czterej junacy Führera ukrywali w domach pokiereszowane gęby.

- Już niedługo, co? - Gustaw przełknął ostatni kęs chleba z cukrem i wskazał budowę tamy ruchem podbródka.

- Yhm - potwierdził niepewnie Achim.

- Namyśliłeś się? Idziesz ze mną?

Obawiał się tego pytania. Gustaw parę tygodni temu wymyślił szalony plan. Oślepiły go złocenia, którymi pokryte były elementy kościelnego ołtarza, kamienne ramy stacji drogi krzyżowej, fragmenty chóru i nisz w bocznych nawach.

- Wszystko zabiorą, ale to zostanie - przekonywał. - Jak ludzie uciekną ze wsi, zakradniemy się do kościoła i odłupiemy złoto. A potem też uciekniemy. Ja zostanę zapaśnikiem w cyrku, a ty moim pomagierem.

- To tylko farba... - Achim próbował studzić jego zapał, ale Gustaw, gdy coś postanowił, był jak pędzący parowóz z kotłem rozgrzanym do czerwoności. Nie do zatrzymania.

- Głupiś! Żadna farba. Widział żeś farbę ze złota? To taka bardzo cienka blaszka. No... Tylko trzeba jej będzie dużo zeskrobać, coby potem przetopić w sztabkę. Ale spokojna głowa, Achim, damy radę. Jak ludzie wyjdą ze wsi, to nikt nam nie będzie przeszkadzał.

- Nie pójdę - odparł cicho Achim.

Gustaw popatrzył na niego swoimi małymi rybimi oczami, w których przez moment błysnął gniew.

- Tak myślałem... - sapnął. Gniew zaraz jednak zgasł. - Ale nie przejmuj się! - Klepnął Achima w plecy, aż ten dostał napadu kaszlu. - Zbiorę tyle złota, że starczy dla nas obu.

Mały Schymura bez przekonania pokiwał głową i blado się uśmiechnął. Od tej chwili naprawdę zaczął się bać.

* * *

TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ zajął stanowisko na łące akurat w chwili, gdy w Weissdorfie rozległ się świst batów i ruszyły pierwsze furmanki. Załadowane po brzegi kredensami, krzesłami, siennikami, wiadrami i kuframi z niewiadomą zawartością ruszyły w kierunku przeciwnym do tamy, aby dotrzeć na rozstaje dróg i tam się pożegnać.

Mieszkańcy rozciągnięci w długą kolumnę, pochyleni pod ciężarem plecaków i tobołów zrobionych z prześcieradeł, wyglądali jak pielgrzymka garbusów, którzy wloką się do świętego miejsca z nadzieją na uzdrowienie. Większość dodatkowo niosła walizki lub ciągnęła za ręce zdezorientowane dzieci.

Wielu przesiedleńców miało przed sobą krótki marsz. Niedaleko wsi, za solidnym kamiennym wałem, czekało na nich nowe osiedle, naprędce nazwane Kolonią. Wypełniały je jednakowe domy zbudowane przez władze dla tych, którzy nie chcieli się oddalać. Jednakowe mury, okna, drzwi, dachy, kominy, płoty i ogródki. Stały przy jednakowych ulicach. Wyglądały jak koszary, w których odtąd wszystko będzie na rozkaz.

Ci, którym Kolonia nie przypadła do gustu, mogli wziąć pieniądze i rozpłynąć się w świecie, jak za dwa dni rzeka Wstęga rozpłynie się w sztucznym jeziorze.

Jedni i drudzy docierali do rozstajów i żegnali się zakłopotani lub pocieszali, że teraz będzie lepiej, choć nikt w to nie wierzył. Wielu płakało, ale Achim nie mógł tego widzieć ze wzgórza.

Wreszcie zapanowała cisza i z pozoru nie było już na co patrzeć. Widzowie w kinie przychodzą oglądać aktorów, akcję, śmiech, płacz, szczęście i gniew, nie martwą scenografię. Mimo to Achim trwał w napięciu, wypatrując zdarzenia, na które czekał najbardziej. Parokrotnie miał wrażenie, że od ściany któregoś z opuszczonych domów odrywa się cień i biegnie chyłkiem do kościoła, po chwili jednak orientował się, że to złudzenie. Zmowa słońca i wiatru, które postanowiły zakpić z obserwatora, poruszając gałęziami drzew i bezużytecznymi już okiennicami.

Do zmroku Gustaw się nie pojawił.

Tej nocy Achima dręczyły koszmary. Śniło mu się, że razem z Gustawem odłupują złoto z kościelnych ozdób, gdy nagle do głównej nawy wlewa się Wstęga i nie ma już dla nich ratunku. Jeszcze się miotają, woda unosi ich pod sklepienie, pod skrzydła namalowanych tam aniołów, ale aniołowie nie wybaczają świętokradztwa. Jeszcze oddychają, mając nad sobą kilka centymetrów powietrza, potem zachłystują się wodą i toną.

Tuż przed świtem Achim miał wizję, że Gustaw wrócił po niego. Ale to tylko dziadek szarpał go za ramię i sztorcował, że krzyczy przez sen i nie daje pospać starszym.

Zaraz po przebudzeniu, bez śniadania, wypadł na łąkę.

W Weissdorfie coś się działo. Jacyś ludzie chodzili od domu do domu, sprawdzając każdy kąt, piwnice i strychy. Nie pominęli kościoła.

Achim był pewien, że zaraz wyprowadzą stamtąd Gustawa, targając go za uszy i kopiąc w tyłek, ale do niczego takiego nie doszło. Kontrolerzy opuścili świątynię, nawet nie zamykając za sobą drzwi. Gdyby w Kościele Miłosierdzia Bożego był jeszcze Bóg, mógłby swobodnie wyjść.

Ale już go tam nie było. Odjechał na furmance z rozmontowanym ołtarzem, w wygodnym tabernakulum pokrytym złotem, które uniknęło scyzoryka Gustawa.

Achim spędził na łące jeszcze dwie godziny, ale przyjaciel się nie pojawił. Ani na ulicy opuszczonego Weissdorfu, ani w Kolonii, gdzie zamieszkała jego matka, ani nigdzie indziej.

Gustaw przepadł jak kamień w wodzie.

* * *

TŁUSTY OBERWACHTMEISTER POLICJI zdjął służbowe czako, po czym kraciastą chustką wytarł czoło i kark, zalane strużkami potu. Spojrzeniem, które na moment straciło surowość, podziękował matce Achima za garnuszek wody i wrócił do przesłuchania.

Achim stał przed nim wyprężony jak struna.

- To dobry chłopak - zapewnił ojciec z drugiego końca kuchni. - Powie wszystko jak na spowiedzi.

- Gadaj - warknął policjant. - Gdzie jest Gustaw Kremser?

- Nie wiem, panie starszy wachmistrzu - odparł Achim.

Grubas rozparty na krześle z dłońmi opartymi o uda odkleił ręce od spodni i uniósł w bezradnym geście.

- Miał mówić! - Spojrzał z wyrzutem na ojca.

- Może rzeczywiście nie wie - podpowiedział nieśmiało starszy Schymura i zwrócił się do syna: - Wiesz, Achim, czy nie?

- Nie wiem.

- Przysięgnij na krucyfiks!

Chłopak zawahał się i policjant od razu to wyczuł.

- Wie zasraniec, tylko nie chce powiedzieć.

Ojciec w sekundę zmienił taktykę, kładąc dłoń na pasku.

- Albo zaraz powiesz panu starszemu wachmistrzowi prawdę, albo tak ci spiorę dupę, że przez tydzień nie usiądziesz.

Teraz to Achim się spocił.

Co robić? - myślał gorączkowo. Wyjawić plan przyjaciela? Wezmą nurków z budowy tamy, ci wejdą w skafandrach do zatopionego kościoła i wydobędą nieżywego Gustawa. A wtedy on, Achim, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za to, że nikogo nie uprzedził i nie udaremnił szalonego planu. Ta myśl sparaliżowała go do tego stopnia, że zaczął drżeć.

- Nie mówiłem? - stwierdził z satysfakcją policjant. - Wie dobrze, co się wydarzyło z Kremserem. Nauczycielka twierdziła, że byli kamratami.

Policjant podniósł z krzesła swoje wielorybie cielsko, a ojciec znalazł się tuż przy nim z wyciągniętym do połowy paskiem.

I wtedy w głowie Achima zagrała cyrkowa muzyka towarzysząca występom klownów.

- Powiem... - Na wszelki wypadek cofnął się o krok. - Gustaw chciał uciec do cyrku.

- Gdzie? - spytał osłupiały policjant.

- Do cyrku. - Achim przełknął ślinę. - Jak ludzie opuszczą wieś i nikt się nie zorientuje. On zawsze chciał zostać zapaśnikiem i występować na arenie.

Starszy wachmistrz wymienił z ojcem zaskoczone spojrzenia.

- Prawdą jest - przypomniał sobie policjant - że do bitki to on był pierwszy. Pamiętam, jak stłukł tych czterech z Hitlerjugend. Byłem pewien - wyjaśnił ojcu - że będzie z tego sprawa polityczna, ale tamci nie złożyli skargi. Pewnie ze wstydu, że jeden gówniarz dał im wszystkim radę. Czyli powiadasz, chłopcze - stróż prawa zmienił ton - że zaginiony Gustaw Kremser uciekł z domu, aby zostać artystą cyrkowym?

Achim ochoczo skinął głową.

- Dasz to na protokół? - upewnił się starszy wachmistrz.

- Tak jest, proszę pana.

- No, to piszemy. - Policjant zrobił krok w stronę kuchennego stołu, na którym położył zeszyt i kopiowy ołówek wyjęte ze skórzanej raportówki. - Moja rola skończona - sapnął. - Niech go szukają po cyrkach.

Tego popołudnia Achim usiadł na łące, ale nie starczyło mu odwagi, aby spojrzeć w wodę. Ocalił siebie, czuł się jednak jak zdrajca. Przez niego Gustaw nie będzie miał chrześcijańskiego pogrzebu, choć pewnie na zawsze pozostanie w kościele. Czy to wystarczy, aby Bóg wskrzesił go przed sądem ostatecznym? I czy Gustaw będzie wtedy ociekał wodą?

Nad sztucznym jeziorem nagle zerwał się wiatr, który przyniósł wspomnienie opowieści dziadka o wasermanach. Najgorszych z demonów, które biorą się z dusz topielców skazanych na wieczne potępienie.

Poczuł lodowaty dreszcz.

Zacisnął powieki, pośpiesznie się przeżegnał, wstał i czym prędzej pobiegł do domu. Był przekonany, że gdyby się odwrócił, ujrzałby wynurzającą się z wody siną postać Gustawa, który zdążył zamienić się w upiora.

* * *

KOLEJNE LATO PO zalaniu wsi niosło ze sobą błogi spokój. Ojciec Achima dostał podwyżkę w zakładach drzewnych grafa von Gröbena, który wspaniałomyślnie odstąpił gminie część swojej ziemi, aby można było zbudować na niej Kolonię dla przesiedleńców.

Schymurów stać było teraz na używany motocykl z przyczepą i ojciec czasami zabierał Achima na przejażdżki po okolicy. Najczęściej wybierali się na ryby. Ludzie z Kolonii chętnie łowili je tuż za nowo wybudowaną zaporą, gdzie były najłatwiejszym łupem, ale starszy Schymura tego nie pochwalał. Jeździł kilka kilometrów dalej, w miejsce, w którym Wstęga przepływała przez niewysoki zagajnik, tworząc malownicze zakole. W szuwarach stały tam spore szczupaki, każdy pilnujący swojego odcinka rzeki, a oprócz nich nie brakowało płoci i okoni.

Tamtego sierpniowego popołudnia 1939 roku rozłożyli się nad brzegiem. Przygotowywali wędki i wiązali haczyki, gdy korony okolicznych drzew najpierw się poruszyły, a potem przechyliły w tę samą stronę.

- Wschodni wiatr. - Ojciec splunął na ziemię. - Przy nim niczego nie złapiemy. Szkoda czasu.

Znał rybią magię. Uczył się jej od swojego ojca, a on od swojego i tak dalej, aż do czasów, gdy pierwszy Schymura zbudował dom na wzgórzu i zaczął chodzić z wędką nad Wstęgę. Ojciec wiedział, jak czarować węgorze, a jak karpie, żeby zainteresowały się przynętą, ale też znał ich tajemnice. Jedną z nich było prawo wschodniego wiatru, przy którym z niepojętych powodów ryby przestawały żerować.

Achim popatrzył na niego prosząco.

Od kiedy skończyły się lekcje, marzył o wyjeździe na ryby, lecz gdy marzenie się spełniło, ojciec gotów był zwinąć wędki, zanim zdążyli je zamoczyć.

- No dobrze - uległ wzrokowi syna. - Dwie godziny, nie dłużej.

Zanęcili, wrzucając do wody trochę ziarna, przygotowali ciężkie zestawy do łowienia z gruntu bez spławika i założyli na haczyki po kilka białych robaków. Może skusi się jakiś leniwy leszcz włóczący się przy dnie.

Ale się nie skusił.

Ojciec oparł się plecami o pień nadrzecznej sosny i pociągał piwo z flaszki z porcelanowym korkiem. Achim wbił wzrok w wodę, jakby chciał ją zahipnotyzować, ale nic to nie dało.

Po godzinie poczuł potrzebę, by pójść w krzaki. Poprosił ojca o kawałek gazety, w którą matka zawinęła im po bułce z kiełbasą, i zniknął.

Starszy Schymura wiedział, że zanim Achim wróci, we Wstędze upłynie sporo wody. W przydomowym ustępie potrafił siedzieć pół godziny.

Ziewając, rozejrzał się po łowisku i nagle coś przyszło mu do głowy.

Wstał i wpatrzony w trawę zrobił kilka kroków po łące. Po chwili zerwał żółtobrązowy kwiatek, do złudzenia przypominający owada. Wrócił na brzeg, sięgnął po długi leszczynowy kij do łowienia na żywca i nabił kwiatek na ostrze haczyka. Przyłożył dłoń do oczu, aby nie oślepiało go zachodzące słońce, wypatrzył płytką zatoczkę, w której grasowały żaby, i zarzucił tam wędkę.

Nie czekał nawet dziesięciu sekund.

Na kwiatek wraz z haczykiem połakomił się wielki żabi samiec, którego już po chwili starszy Schymura holował do brzegu, zerkając za siebie w stronę zarośli, czy Achim nie obserwuje jego podstępu. Ale niczego nie zauważył.

Odpiął żabę z haczyka, wyciągnął zestaw gruntowy syna i na jego końcu przywiązał płaza, wielokrotnie owijając go mocną nicią, aby się nie uwolnił. Po czym ponownie zarzucił zestaw mniej więcej w to samo miejsce, co poprzednio.

Minęło kilkanaście sekund i żaba zaczęła się szarpać, a dzwoneczek przy wędce Achima, który miał sygnalizować branie, rozdzwonił się jak szalony.

Syn wypadł z zarośli, podtrzymując w ręce spodnie.

Komicznie dobiegł do brzegu, krzycząc: "Bierze! Tato! Bierze!", ale ojciec tylko wzruszył ramionami. Jego mina mówiła: "A co mnie to obchodzi? Twoja wędka, twoje branie". Obojętność udawał z najwyższym trudem, czekając, aż chłopak wyciągnie z wody żabę, a on będzie mógł uśmiać się do łez na widok jego miny.

Ale w tym momencie stało się coś nieoczekiwanego.

Kołowrotek, na który Achim bez trudu nawijał żyłkę, holując zdobycz do brzegu, nagle wierzgnął, a wędka o mało nie wyskoczyła chłopakowi z rąk. Chwycił ją z całej siły, wtedy zaś wygięła się w pałąk.

- Poluzuj! - wrzasnął ojciec, płosząc ptaki szykujące się do snu w gałęziach nadrzecznych drzew. - Poluzuj, bo ci się zerwie!

Próbował odebrać synowi wędkę, ale chłopak nie pozwolił.

Czerwony z emocji popuszczał żyłkę, a gdy ryba miała szansę się uwolnić, napinał ją. Zmęczony drapieżnik, który połakomił się na żabę, próbował uskakiwać ostro w bok, ale wędkarz był czujny. Z minuty na minutę opór ryby słabł.

- To szczupak! - emocjonował się ojciec, biegając wzdłuż brzegu z podbierakiem w dłoni. - Wielki szczupak!

Mylił się.

Dziesięć minut później Achim podholował na płyciznę potwora o okropnym pysku, którego z pomocą ojca wyciągnął na brzeg i przeniósł na trawę.

To był sum.

Młody, umięśniony jak atleta i całkowicie pozbawiony łusek. Jego długie wąsy spoczywały na ziemi, a nozdrza zakończone tulejkami drgały nerwowo, podobnie jak wargi obnażające przerażające zęby w szerokich, prawie kwadratowych szczękach.

Achim, który nigdy wcześniej nie widział żywego suma, przyklęknął przy nim zaciekawiony wyglądem potwora i nagle poczuł, jak ciarki wędrują mu po plecach.

Ten kształt oczu, ten ich wyraz, to samo nieustępliwe spojrzenie. Achim dobrze je znał. Identycznie jak Gustaw ryba miała bliznę nad lewym okiem, pewnie pamiątkę po spotkaniu z innym drapieżnikiem.

- Piękna sztuka - pochwalił go ojciec. - Zakasowałeś mnie. Takiego okazu jeszcze żem nie złowił. To będziemy mieć dziś kolację!

Chłopak zerwał się na równe nogi.

- Tato! - powiedział nie swoim głosem, chwytając ojca za koszulę. - Nie zabijajmy tej ryby.

- Zgłupiałeś? - Starszy Schymura wyrwał się jak z rąk trędowatego. - Ma z pół metra. Taki jest najsmaczniejszy.

- Nie! - wrzasnął Achim. - Nie będziecie go jedli! Nie pozwolę na to!

Ojciec popatrzył na niego jak na wariata.

Przez chwilę stał kompletnie zdezorientowany, wreszcie machnął ręką.

- Ostatni raz zabrałem cię na ryby - stwierdził złowieszczo. - Nie nadajesz się. Głupota cię ogarnia.

Achim stał, dysząc ciężko z determinacji.

- Złowiłeś, to bierz go - warknął ojciec - i wrzucaj do wody. No już!

- Wrzucę, ale nie tu - odparł Achim po chwili wahania.

- A gdzie?

- Do jeziora.

Ojciec tylko popukał się w głowę.

Chłopak wyciągnął z przyczepy motocykla gumowy sak i ostrożnie włożył do niego suma wściekle kłapiącego zębami. Potem umieścił sak z rybą w przyczepie i wlał do niego wiadro wody, żeby sum miał czym oddychać.

Do zbiornika retencyjnego dojechali pół godziny później. Ojciec obserwował, jak chłopiec wyciąga sak z przyczepy i stawia go na brzegu.

- Na wzgórze wrócisz piechotą, żebyś miał czas po drodze nabrać rozumu - oświadczył stary, po czym wskoczył na siodełko motoru, kopnął rozrusznik i zniknął w chmurze śmierdzącego białego dymu.

Achim został z sumem sam na sam.

Przeciągnął go bliżej pryzmy kamieni i nakrył gałęziami, a następnie ruszył w stronę pobliskich szuwarów, gdzie chłopaki z Kolonii ukrywali czółno. Zepchnął je na wodę, podpłynął do miejsca, w którym znajdował się sak, i zataszczył go do łodzi. Ujął wiosła i skierował dziób w stronę podwodnego Kościoła Miłosierdzia Bożego.

Nawet teraz, gdy wszystko znajdowało się tam w dole, mroczne i niedostępne dla oczu, Achim potrafił nawigować po wsi choćby i po omacku. Machając wiosłami, nakładał na obraz jeziora widok Weissdorfu sprzed zatopienia i czuł się, jakby wcale nie płynął, lecz leciał.

Przemknął nad dachem stodoły Langera, która stała na wschodnim krańcu wsi niczym kamienna forteca broniąca dostępu do domostw. Zostawił pod dnem łodzi chałupy Kansych i Neumannów, sad starego Bonka i zagrodę braci Klimke niegdyś pełną dorodnych krów. Przez chwilę miał wrażenie, że dostrzega pod wodą pomalowany w czerwono-białe pasy maszt stojący obok remizy, skąd było już blisko do kościoła.

Słońce chylące się ku zachodowi świeciło jeszcze dość mocno, dlatego Achim przechylił się przez burtę i przesuwając czółno ruchami dłoni usztywnionej jak wiosło, zobaczył wreszcie wieżę świątyni. Z tej perspektywy wyglądała pokracznie, jakby straciła proporcje i lada chwila miała się zawalić.

Poczuł, że skóra cierpnie mu na plecach.

Rozchylił sak, na co sum zareagował silnym klaśnięciem ogona o dno. Chłopak wsunął ręce pod jego obłe ciało, wyczuł proporcje pozwalające zachować równowagę, uniósł rybę i wrzucił do jeziora.

Sum zastygł zdezorientowany tuż pod powierzchnią.

Patrzył.

Achim nie wytrzymał tego spojrzenia. Nie potrafił spoglądać w rybie ślepia - tak samo okrągłe i wodniste jak oczy Gustawa.

Chwycił wiosła i ruszył do brzegu ze sprawnością sportsmenów, których kiedyś oglądał na Odrze.

Trzy tygodnie później świat skończył się raz jeszcze. Wybuchła wojna.

Rozdział 2

HRABIA FRIEDRICH VON GRÖBEN kiwnął dłonią majstrowi zmianowemu, a ten chwycił rączkę przełącznika i jednym ruchem odciął prąd maszynom w całym tartaku. Niektóre zaczęły protestować głośnym piskiem, bo lubiły swoją robotę i nie życzyły sobie, aby im przerywano. Inne stanęły od razu, zapadając w letarg.

Kiedy zaległa cisza, graf wszedł na schodki największej pilarki i zawiadomił pracowników, że od jutra jego zakłady drzewne zostają zamknięte. Przez blisko cztery lata produkowały burty do wojskowych ciężarówek, ale po Stalingradzie wyszło na jaw, że ciężarówkami się wojny nie wygra. Zwłaszcza że nie bardzo miały już kogo wozić.

- Führer potrzebuje ludzi, nie samochodów. Żołnierzy, nie stolarzy - oznajmił von Gröben i nawet nie patrząc na majstra zmianowego, wyciągnął w jego kierunku dłoń, w którą tamten wcisnął plik urzędowych kopert. Powołania do wojska.

Tego wieczoru na wzgórzu Schymurów było smutno jak w dniu, w którym umarł dziadek.

Matka pochlipywała, babcia plotła coś o okropieństwach pierwszej wojny, a jej skorodowany umysł nie był już zdolny do refleksji, że w takiej chwili to wysoce niestosowne. Ojciec milczał. Wkładał do parcianego plecaka ciepłe kalesony, książeczkę do nabożeństwa, suchą kiełbasę i wełniane skarpety. Potem zapiął klapę na skórzane paski, wyprostował się i bezradnie rozłożył ręce.

Był gotowy.

- Pomódlmy się - powiedziała matka. Pomogła babci zsunąć się z leżanki, oparła jej kolana na podłodze, a łokcie na sienniku. Modlitwa bez klęczenia nie liczyła się w niebie.

Następnie dopilnowała, aby wszyscy poszli w ślady babki, wykonała znak krzyża i powiedziała:

- Zanosimy prośby do ciebie, Ojcze przedwieczny, o szybki powrót do domu naszego syna, męża i ojca Manfreda Schymury.

Bóg może i nie ma czasu na słuchanie modlitw wszystkich ludzi na świecie, ale ta do niego dotarła. Przynajmniej w części. Ojciec odbył krótkie przeszkolenie wojskowe, a potem przerzucono go do Rosji, gdzie pierwszego dnia poszedł do ataku i mina przeciwpiechotna urwała mu nogę. W domu był z powrotem dwa miesiące po tym, jak go opuścił. Gdy przejdzie mu żal i gorycz, powie, że Bóg przeznaczył tę minę specjalnie dla niego. Była z drewna.

Z jego oddziału biorącego udział w operacji, która miała odmienić los wojny na froncie wschodnim, polegli wszyscy.

* * *

OD TEJ PORY kuśtykali obaj.

Achim przez Boga z nieba, który nie dopilnował jego starannego stworzenia, ojciec przez Hitlera, który chciał być bogiem na ziemi. Świat tonął w obłędzie niczym Weissdorf w wodach Wstęgi.

Pod koniec stycznia 1945 Achim poszedł do Kolonii kupić coś do jedzenia, ale osady już nie było. To znaczy była, tylko bez ludzi. Mieszkańców dotknęła ta sama klątwa co siedem lat wcześniej. Znów musieli się wynieść. Zostawili swoje jednakowe nowe domy, zamarznięte warzywniki, kurniki i drwalki na drewno. Zabrali tylko to, co potrafili unieść lub spakować na wózki. Nadciągającą falę tym razem zapowiadały nie megafony, ale złowrogi pomruk na wschodzie. Miała być o wiele groźniejsza od tej, która zalała Weissdorf.

Drugiego opuszczenia wsi nie było widać ze wzgórza Schymurów, dlatego nie zorientowali się w porę, że trzeba uciekać. Zresztą jak? Dwóch kuternogów nie uszłoby za daleko.

Achim zastukał do kilku domów, ale kiedy przekonał się, że są martwe, wyszedł na środek drogi i zatrzymał się sparaliżowany bezradnością. Chuchał w dłonie szczypane przez zimno i tupał nogami na tyle mocno, na ile pozwalała mu ułomność.

Na końcu ulicy pojawił się mechaniczny potwór. W powietrzu rozmazanym przez siarczysty mróz wyglądał niemal tak samo jak buldożery na budowie tamy. A więc wszystko się powtarzało.

Wtoczył się do wsi i powoli sunął na żelaznych gąsienicach, rycząc coraz głośniej. Dopiero gdy podjechał bliżej, Achim usłyszał metaliczny zgrzyt i wieżyczka obróciła się w jego stronę, mierząc z działa. Zanim znalazł się dokładnie naprzeciw lufy, zdążył dostrzec wymalowaną na pancerzu wyraźną czerwoną gwiazdę.

 

[...]

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Projekt graficzny okładki: Klara Gryglicka

Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska

Redaktorka prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

? Copyright by Maciej Siembieda, 2026

? Copyright by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-635-8

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej