Hasiera, czyli początek
Widok setek maleńkich baskijskich flag, zwanych ikurri?ak, zdobiących ulice w czasie lokalnych świąt to jedno z moich pierwszych wspomnień z regionu baskijskiego. Było to w małym miasteczku niedaleko francuskiej granicy. Nadały one miejscowości uroczysty i narodowy charakter.
- Poczekaj chwilę - powiedział barman z baskijskiej knajpki, z którym próbowałam zamienić kilka słów w euskarze: języku baskijskim, którego wówczas zaczynałam się uczyć. Podszedł do stojącej w rogu skrzyni i podał mi jakieś zawiniątko. - Dla ciebie - uśmiechnął się.
To była sporych rozmiarów ikurri?a. W domu mam jeszcze jedną, otrzymaną od baskijskich tancerzy, którzy przebywali w Polsce i występowali podczas uniwersyteckich uroczystości. Ostatniego dnia niespodziewanie zatańczyli dla nas, organizatorów, aurresku. Ten taniec, będący wyrazem szacunku i chęci uhonorowania danej osoby, wykonany nocą na jednym z poznańskich placów, był niezwykle wzruszającym przeżyciem.
Ikurri?a, zakazana w czasach dyktatur (najpierw Miguela Primo de Rivery, później Francisco Franco)[1], dziś powiewa dumnie w każdej baskijskiej miejscowości. Flaga ta została zaprojektowana pod koniec XIX wieku przez Sabino Aranę, uznawanego za ojca baskijskiego ruchu narodowego, oraz jego brata Luisa. Sabino w ostry sposób krytykował politykę Hiszpanii, w tym obecność w baskijskiej przestrzeni flagi hiszpańskiej, będącej, jego zdaniem, nie tyle symbolem wielkości i chwały, ile opresji i podboju. Również wyraz ikurri?a jest jego autorstwa (pochodzi od słów ikurra - symbol, i ehuna - tkanina). Używa się jej wyłącznie w odniesieniu do flagi baskijskiej (nigdy zaś do flag innych państw, choć dosłownie oznacza po prostu flagę). Rozmaite są interpretacje symboliki ikurri?a. Według najpowszechniejszej wypełniająca tło czerwień miała odnosić się do prowincji Bizkaia (pierwotnie tworzona była z myślą o niej), zielony krzyż symbolizować miał dawne prawa i przywileje, biały zaś - wiarę katolicką. Inni mówią, że czerwień oznacza lud, nad którym dominują prawa (zieleń), nad nimi zaś góruje religia (biały krzyż). Jej barwy przypominają też baskijski pejzaż, z białymi domami o czerwonych dachach i wszechobecną soczystą zielenią będącą efektem deszczowego klimatu. Choć jeden z moich rozmówców zauważył, że zielony Kraj Basków to stosunkowo nowy obraz. Że jeszcze do niedawna w tutejszym krajobrazie dominowała szarość - dosłownie i metaforycznie, ze względu na zanieczyszczenie i wszechobecną przemoc - gdy codziennością były zamachy i demonstracje, a dzieci rywalizowały o to, które zbierze więcej gumowych kul używanych przez funkcjonariuszy do rozpędzenia manifestujących.
Moja pierwsza podróż do Kraju Basków zaczęła się bez mapy, o niezbyt odpowiedniej, bo wieczornej porze, z lichym, kupionym w jednym z poznańskich marketów namiotem, bardziej nadającym się do biwakowania we własnym ogródku niż do podróży na drugi koniec Europy. A jednak wyruszyliśmy, mój przyjaciel i ja[2], wierząc, że u kresu naszej wędrówki zobaczymy zielone baskijskie góry, na których od wieków wypasa się stada owiec i koni, i usłyszymy język, od którego zaczęła się moja miłość do tego regionu. Oczyma wyobraźni widziałam typowe wiejskie domy, a przed nimi donice kwiatów i suszące się papryczki. Przed tą wyprawą przestrzegali nas wszyscy, rodzina i przyjaciele, a także nieznajomi spotykani na europejskich autostradach. Miał to być bowiem kraj niebezpieczny, zamieszkany przez nieobliczalnych bojowników, niemal ogarnięty wojną.
W tamtym czasie (był to 2001 rok) niemal jedyne informacje dotyczące regionu baskijskiego odnosiły się do zbrojnej organizacji separatystycznej ETA, a w Polsce prawie nie było prac na temat baskijskiej kultury[3]. Nie nastały jeszcze czasy popularności tanich linii lotniczych czy smartfonów z nielimitowanym dostępem do internetu. Jechaliśmy więc niemal w nieznane. Nie wszyscy wierzyli, że nam się uda. A jednak podróż do Kraju Basków autostopem się powiodła. Pozostały nam w pamięci twarze kierowców - choćby Portugalczyka, z którym po raz pierwszy przekroczyliśmy baskijską granicę, polskich kierowców TIR-a, którzy pomogli nam, gdy utknęliśmy na jednej ze stacji benzynowych, Hiszpana podróżującego z wnukiem, który zaoferował nam nocleg w swojej przyczepie, i wielu, wielu innych. Nasz niepozorny namiot przydał się może dwukrotnie, gdyż zwykle gościli nas w domach poznani przez nas w podróży ludzie. Odwiedzaliśmy ich rodziny i przyjaciół, a niektórzy z nich sami stali się naszymi przyjaciółmi.
Od tej pierwszej podróży minęło kilkanaście lat. Przez ten czas wracałam wielokrotnie do Baskonii, która stała się dla mnie miejscem szczególnym i bliskim. Przypadek, który sprawił, że na studiach trafiłam na lektorat języka baskijskiego na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu, okazał się wydarzeniem, które wywarło na moje życie decydujący wpływ, związując je ściśle z niewielkim regionem zamieszkanym przez mniej ludzi, niż liczy populacja Madrytu czy Berlina[4]. Swoją drogą moja fascynacja językiem baskijskim bywała w tamtym czasie uciążliwa dla najbliższego otoczenia. Zdarzało się, że odpowiadałam po baskijsku mojej rodzinie lub znajomym (którzy tego języka oczywiście nie znali). W tym czasie w Kraju Basków wiele się zmieniło - od drobiazgów po kwestie fundamentalne. W 2002 roku hiszpańską pesetę zastąpiło euro. Dziś w baskijskich barach bez problemu można znaleźć bogaty wybór herbat i menu wegetariańskie, co było rzadkością w czasie moich pierwszych podróży. W stolicy regionu Vitorii-Gasteiz pojawił się tramwaj, a nawet powstały ruchome schody na starówce.
- Ci, którzy tak bardzo protestowali, mówiąc, że one tu nie pasują, teraz wciąż z nich korzystają i nie wyobrażają sobie bez nich życia - śmieje się jedna z mieszkanek tej dzielnicy. Zwłaszcza dla starszych osób jest to duże udogodnienie.
Pomimo tego, że wciąż wiele osób pali papierosy (choć dane wskazują na spadek liczby palących Basków - w Baskijskiej Wspólnocie Autonomicznej wolnych od tego nałogu ma być nawet siedemdziesiąt pięć procent mieszkańców, najwięcej od dwudziestu pięciu lat), w miejscach publicznych można już odetchnąć od dymu. Podczas pierwszych moich pobytów w Baskonii widziałam, z jakim zdziwieniem miejscowi reagują na to, że komuś, kto je posiłek w restauracji, może przeszkadzać dym tytoniowy dochodzący ze stolika obok. Co więcej, po rozszerzeniu zakazu palenia również na otwarte strefy, w których uprawia się sport, zaczęto mówić o konieczności ochrony przed dymem obszaru plaży (pomysłodawcy odwołują się tu nie tyle do restrykcji, ile do kwestii uwrażliwienia obywateli)3.
I wreszcie najważniejsze: zmieniła się też sytuacja polityczna. W 2018 roku ETA ogłosiła samorozwiązanie, co wyznaczyło nowy rozdział we współczesnej baskijskiej (i europejskiej) historii. Stanowiło to finał długiego procesu, kolejnych etapów odchodzenia od przemocy. Informacje o tym wydarzeniu pojawiły się w Polsce, lecz miały charakter raczej marginalny. W mediację zaangażowani byli międzynarodowi eksperci, między innymi Kofi Annan. Tym bardziej, rozmawiając z wieloma Polakami, zwłaszcza młodymi, dziwiłam się, że tak często nie wiedzą nawet, czym była ETA. Można to jednak uznać za pozytywny znak, zważywszy, że rozgłos, jaki zdobyła ta organizacja, związany był zwykle z ofiarami jej akcji. Dawny niebezpieczny region wydaje się dziś budzić zupełnie inne skojarzenia, a nawet staje się atrakcją turystyczną (w ofercie biura podróży Albatros znalazłam jakiś czas temu ofertę wycieczki do Kraju Basków, "najbardziej tajemniczego i magicznego regionu Hiszpanii"4). Podobna przemiana wydaje się zachodzić również w samym Kraju Basków. Pewien baskijski nauczyciel powiedział mi ostatnio, że w gronie jego dwunastoletnich uczniów nie wszyscy mieli wiedzę na temat istnienia i działalności ETA[5].
W 2019 roku minęło czterdzieści lat od uzyskania statutu autonomicznego. Co zmieniło się w tym czasie? Jakim "krajem" stał się Kraj Basków? Czym jest kultura baskijska, a może raczej: czym są kultury baskijskie[6]? Na pewno region jest obecnie bardziej wielokulturowy. Współczesna Baskonia stała się celem podróży dla imigrantów spoza Hiszpanii, a ich obecność nieodwracalnie zmieniła miejscowy pejzaż. Sześćdziesięcioletni Martin zauważył, że po raz pierwszy w życiu zobaczył osobę czarnoskórą, gdy był na studiach, a dziś egzotycznie wyglądający przybysze są jego sąsiadami i kolegami jego dzieci i wnuków. Nowym zjawiskom kulturowym towarzyszy jednak pragnienie zachowania tego, co uznaje się za tradycyjne. Ale czym jest baskijska tradycja? Dyskusja na temat specyfiki współczesnej baskijskiej kultury czy charakteru tożsamości Basków nie ustaje. Widać to na wideoklipie poświęconym cyklicznemu biegowi o nazwie Korrika, którego celem jest promowanie języka baskijskiego. W 2019 roku rapującym muzykom i hiphopowym występom młodych tancerzy towarzyszyły tu elementy ludowych tańców i gry na tradycyjnych instrumentach; wyraźnie obecne były wątki wielokulturowe i feministyczne (między innymi w słowach piosenki)5.
Współczesną Baskonię charakteryzuje więc kulturowa różnorodność, w tym wielojęzyczność (oprócz dwóch głównych języków regionu - hiszpańskiego i baskijskiego - coraz większe znaczenie mają tutaj języki imigrantów), złożoność postaw i tożsamości. Przebywając w różnych środowiskach językowych, światopoglądowych czy tożsamościowych, nierzadko miałam wrażenie, że jestem w różnych Krajach Basków. A także czasem, że ich mieszkańcy niewiele wiedzą o tych, którzy zamieszkują inne baskijskie światy.
Zależało mi na tym, aby w książce wybrzmiały różne głosy, żeby ukazać choć namiastkę baskijskiej różnorodności, przedstawić wielość perspektyw. Chciałam przybliżyć baskijskie tradycje, wartości i specyfikę konkretnych miejsc, bo Kraj Basków to nie tylko region naznaczony piętnem terroryzmu i nacjonalizmu, choć oczywiście uciec od polityki było nie sposób. Jednocześnie ten właśnie temat - polityka - był w mojej pracy najtrudniejszy. Miałam i wciąż mam poczucie, że niezależnie od tego, co napiszę, może się to spotkać z krytyką i sprzeciwem, bo charakter konkretnych doświadczeń bywa bardzo odmienny, a przekonanie o słuszności własnych poglądów tak niewzruszone. Rany są nadal bardzo świeże. Niektórzy mówili mi, że dopiero kolejne pokolenia mają szansę na prawdziwy pokój.
Starałam się rozmawiać z osobami, które prezentują różnorodne opinie i których losy potoczyły się w różny sposób. Choćby z tymi, które odbyły wyroki więzienne za przynależność do ETA, i z tymi, które mają bliskich w więzieniach. Ale i z tymi, których bliscy zginęli w zamachu lub które czuły się prześladowane. Wreszcie z ludźmi próbującymi się nie angażować, wybierając, często niedoskonałą i złudną, neutralność. W jednym z filmów dokumentalnych przywołanych w książce kobieta, której partner odsiaduje w więzieniu wyrok za przynależność do ETA, na pytanie o to, jak wyjaśnia to swoim dzieciom, odpowiada: "Mówię im prawdę".
Można powiedzieć, że każdy z moich rozmówców miał swoją prawdę. I rozmawiając z nimi, rozumiałam zarówno ból tych, którzy stracili bliską osobę w zamachu ETA, jak i tych, których bliskiego zamordowali członkowie organizacji GAL (Grupos Antiterroristas de Liberación - Antyterrorystyczne Grupy Wyzwolenia)[7]. Tych, którzy czują się niesprawiedliwie ukarani jako krewni więźnia umieszczonego w placówce na drugim końcu Hiszpanii, co utrudnia, a czasem uniemożliwia im regularne spotkania - a chcą uroczyście świętować jego wyjście - oraz tych, dla których huczne powitanie osoby zamieszanej w zabójstwo lub porwanie jest niezwykle bolesne i niemożliwe do zaakceptowania. Jedni mówią o odbywających karę więzienia członkach ETA: "Oni są tam za zabójstwa", drudzy: "Oni walczyli za nas". Bliższa mi była pozycja kogoś, kto próbuje opisać i zrozumieć, nie zaś dawać odpowiedzi czy rozwiązania6. Nie dążyłam też do przedstawienia "obiektywnego opisu" - od dawna zresztą kwestionowana jest możliwość (a może i celowość) jego stworzenia. Ostatecznie jest to opowieść wypływająca z moich doświadczeń i nimi uwarunkowana. Dlatego przywołane tu osoby, choć ich głosy wypełniają poszczególne części tej książki, niekoniecznie muszą podzielać moje poglądy. I bez wątpienia nie odpowiadają za całokształt tej pracy. Niektóre pytania przyszło mi zadawać łatwiej, bo nie jestem stamtąd. I może również dlatego łatwiej było uzyskać na nie odpowiedź. "Tu nikt nie pyta tak wprost" - słyszałam czasem. A potem pojawiała się opowieść.
Jednocześnie większość historii z tej książki nie opiera się na umawianych wywiadach z wybranymi rozmówcami, ale jest efektem regularnych spotkań, które odbywały się przez wiele lat, licznych rozmów prowadzonych choćby w kuchni przy posiłku czy w czasie wędrówek po górach. W Vitorii-Gasteiz, Zarautz, Bilbo, Donostii, Orio, Tolosie, Sopeli, Unanu, Ataun...
Metafora archipelagu, do którego baskijski pisarz Bernardo Atxaga przyrównał Kraj Basków, wydaje się dobrze oddawać zróżnicowanie tego regionu. Jednego dnia rozmawiałam z mężczyzną, który pokazał mi miejsce zamachu ETA. Zginął w nim jego przyjaciel, a mówiąc o tym, nie mógł powstrzymać łez. Innego z człowiekiem, dla którego walka jest koniecznością i który na koniec stwierdził, że z wiekiem czuje się coraz bardziej radykalny. Młoda dziewczyna opowiadała o swoich znajomych w więzieniu, inna mówiła o przyjacielu, który został uznany za zdrajcę i przez długi czas zaglądał pod samochód, zanim do niego wsiadł, obawiając się podłożonej bomby. Pewien profesor baskijskiego uniwersytetu wskazywał mi na konieczność emigracji z tego ogarniętego terrorem regionu, inny przywoływał przykłady problemów, z jakimi spotykali się ci wykładowcy, którzy decydowali się być promotorami prac dyplomowych pisanych przez więźniów skazanych za przynależność do ETA. Jedni skarżyli się na brak przestrzegania ich prawa do mówienia po baskijsku, inni czuli się dyskryminowani ze względu na brak znajomości euskary. José określił nacjonalizm jako postawę dziecinną i szkodliwą, Unai opowiadał o starciach z policjantami i ojcu, który zbierał pieniądze dla baskijskich więźniów. Mówił o przyjacielu, który od lat jest w więzieniu i który "jest bardzo silny". Wspominał o jego synu, który żeby zobaczyć tatę, musi spędzić wiele godzin w autobusie ze względu na dzielącą ich odległość od placówki karnej. Jedni witali wracających po zakończeniu pobytu w więzieniu ze łzami radości, inni czuli wówczas rozpacz i gniew, bo dla nich nie byli to bohaterowie, lecz mordercy. Nic nie jest tu czarno-białe ani jednoznaczne, a za baśniowym krajobrazem kryje się wciąż coś mrocznego. Tak jak choćby w Sopeli, na biskajskim wybrzeżu. Na plaży grupki przyjaciół, którzy witają się charakterystycznymi pocałunkami w oba policzki, surferzy niosą swoje deski, od strony wzgórza widać paralotniarzy. W knajpkach turyści popijają mosto, bezalkoholowy napój winogronowy, i mrożoną kawę. Na billboardzie wisi ogłoszenie o sprzedaży nowych domów w szeregowej zabudowie - wydaje się, że wyrastają one jak grzyby po deszczu. Bezchmurne niebo i pejzaż tak piękny, że chwilami aż nierzeczywisty. Ale zaraz za rogiem, na drzwiach nieczynnego już sklepu albo na słupie z nazwą ulicy wisi plakat przedstawiający radiowóz miejscowej policji, Ertzaintzy, i dwóch małych jeszcze chłopców. Jeden stoi tuż przy samochodowej szybie i zagląda do środka z ciekawością. Drugi przygląda się z oddali, za plecami trzymając pistolet (zabawkę?). Na tym tle widnieje napis: "Wszyscy nienawidzimy zdrajców".
Podobnie jest, gdy podczas lokalnego święta lub plażowania zobaczymy grupy krewnych baskijskich więźniów odsiadujących wyroki za współpracę z ETA, którzy regularnie manifestują swoje żądania (nie tylko przeniesienia bliskich do placówek położonych niedaleko miejsca zamieszkania, ale i amnestii). Po każdej ze stron jest wiele gniewu, czasem nienawiści, choć chyba przede wszystkim poczucia krzywdy.
- Ci wszyscy baskijscy separatyści powinni zginąć i im szybciej się to stanie, tym lepiej - mówi Pablo.
Zarazem zdarza się, że mówienie po baskijsku traktowane jest jako prowokacja. Albo że Amnesty International informuje o nieprawidłowościach przy wyjaśnianiu zgłoszeń dotyczących stosowania tortur wobec Basków zatrzymanych przez hiszpańskich funkcjonariuszy7. Amin Maalouf słusznie zauważył, że przyznanie racji jednej grupie niesie za sobą ryzyko niedostrzegania jej występków i że czasem ofiara staje się katem8.
Kończę tę książkę po kolejnym powrocie z Kraju Basków. Teraz, w moim polskim mieszkaniu, przywołuję zapach tamtego powietrza, brzmienie języka. Wokół mnie znajdują się fotografie i baskijskie przedmioty. Myślę o tamtych ludziach, z których szczodrością, w każdym tego słowa znaczeniu, spotykałam się przez ostatnie kilkanaście lat. I o licznych chwilach prawdziwego zachwytu nad tym krajem i jego mieszkańcami, gdy czułam, podobnie jak Pierre Loti, że "moja dusza jest baskijska"9. Gdy byłam szczęśliwa, po prostu idąc baskijską ulicą lub podziwiając tamtejsze góry. Wsłuchując się w subtelności języka, bo przecież to nie to samo użyć dut i duk albo powiedzieć gazteok zamiast gazteak.
- Behingoz erabaki duzu zauden lekuan geratzea - śpiewa Anari z płyty podarowanej przez jednego z przyjaciół. O decyzji, by pozostać tam, gdzie się jest.
Mapa Baskonii to dla mnie mapa spotkań, a poszczególne miejsca mają tam dla mnie twarze poznanych osób[8].