WSTĘP
Był 1 lipca 1999 roku, a ja kręciłem się za kulisami sceny na Meltdown
Festival w Londynie. W tamtym roku byłem dyrektorem imprezy. Trwał
wieczór Niny Simone. Ze sceny właśnie zeszła Germaine Greer, która mocno
skonsternowanej publiczności przeczytała Safonę w oryginale. Nina Simone
zamknęła się w garderobie i nie chciała nikogo widzieć. Ludzie biegali
dookoła i wrzeszczeli na mnie. To był typowy wieczór na Meltdown, pełen
geniuszu i ledwo opanowywanego chaosu.
Dla mnie i moich przyjaciół Nina Simone była boginią. Wielka Nina
Simone. Legendarna Nina Simone. Zadymiara i ryzykantka, która nauczyła
nas wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć o istocie artystycznego
nieposłuszeństwa. Była autentykiem, najlepsza ze wszystkich, a tymczasem
ktoś właśnie klepnął mnie w ramię i powiedział, że Nina Simone chce mnie
widzieć w swojej garderobie.
Siedziała na środku pokoju ubrana w białą pofałdowaną suknię. Miała na
oczach dziwaczny makijaż z metalicznego złota w stylu Kleopatry. Pod
ścianą tkwiło kilku zmartwionych atrakcyjnych mężczyzn. Nina siedziała,
władcza i bojowa, na wózku inwalidzkim, popijając szampana. Popatrzyła
na mnie z nieskrywaną pogardą.
-?Masz mnie zapowiedzieć! -?ryknęła.
-?Dobrze -?odpowiedziałem.
-?Jestem doktor Nina Simone!
Zdawałem sobie sprawę, że znalazłem się w obecności wybitnej postaci, i byłem szczęśliwy, że na małą sekundę zaistniałem w jej świecie, bo
chwila ta naznaczy całe moje życie. Uwielbiałem ją.
Zrobiłem to, o co poprosiła -?zapowiedziałem ją publiczności -?a potem
stałem za kulisami i patrzyłem, jak wchodzi po schodach na scenę. Było
oczywiste, że nie czuje się dobrze. Patrzyłem, jak idzie powoli, z trudem, na przód sceny. Stanęła tam, zawzięta i majestatyczna, z rękami
po bokach i zaciśniętymi pięściami, wpatrując się w tłum. Na widowni,
pięć rzędów w głębi, dostrzegłem twarz Warrena, przejętą i rozpromienioną jak po śnie.
Nina Simone usiadła do steinwaya. Wyjęła z ust gumę do żucia i przykleiła ją do fortepianu. Uniosła ręce nad głowę i, w ogłuszającej
ciszy, rozpoczęło się to, co okazało się najwybitniejszym występem, jaki
widziałem w życiu -?jaki widzieliśmy w życiu. Dziki i transcendentny
występ, w dodatku jej ostatni w Londynie.
Zakończył się stanem powszechnego uniesienia, a Nina Simone zeszła ze
sceny odmieniona -?wskrzeszona, przebudzona, przeobrażona. I my też
byliśmy odmienieni i już nigdy nie mieliśmy być tacy sami. Nigdy. Kiedy
odwróciłem się, żeby wyjść, Warren wdrapał się na scenę i jak opętany
ruszył do steinwaya.
1
Kiedy miałem może cztery lub pięć lat, obudził mnie chichot mojego brata
Stevena, starszego ode mnie o dwa lata. Siedział na łóżku pod oknem
skąpany w świetle i wyglądał przez szparę między roletą a ramą.
Widziałem tylko jego sylwetkę zarysowaną na tle blasku, jak wycięty
nożyczkami profil twarzy. Biała jasność padała na okno wychodzące na
podwórko. Blask buchał ze szczeliny pomiędzy roletą a ramą okna.
-?Co się dzieje? -?spytałem.
-?Chodź i zobacz.
Podszedłem i usiadłem obok Stevena na łóżku. Odciągnął roletę od szyby.
Na podwórku roiło się od klaunów. Niebo było pełne światła. Niczym
gigantyczna żarówka paląca się w nieskończoność. Na trawniku stała
jajowata przyczepa kempingowa. Została przerobiona na gastrobus, a klapę
okienną podniesiono, by udawała markizę. W środku klauni robili
hamburgery. Mieli ruszt wykonany z blachy falistej, na której smażyli
placki z błota, wkładane potem między dwa duże liście eukaliptusa,
następnie podawali kanapki klaunom zebranym pod markizą. Klauni byli
wszędzie. Uśmiechali się, robili miny i salta. Kryli się za drzewami.
Żeby brać innych na cel. Rzucali w siebie hamburgerami, bawili się na
dużych drzewach eukaliptusowych w pobliżu naszego okna i pośród
karmazynowych kalistemonów porastających drewniane ogrodzenie. Stali na
najwyższych gałęziach żółtych akacji. Wdrapywali się na drzewa jak koty,
zwisali głową w dół, oplatając nogami konary, w strojach upapranych
błotem i liśćmi eukaliptusa. Ale zachowywali się cicho. Nasz śmiech
obudził ojca w drugiej sypialni. Ojciec spytał, czy wszystko w porządku.
-?Na podwórku są klauni! -?zawołałem.
-?Rano się wyniosą -?odkrzyknął półprzytomny ojciec ze swojego pokoju. -
A jeśli nie, mama ich wypłoszy, jak będzie wywieszała pranie.
Po jakimś czasie mój brat i ja zmęczyliśmy się i zasnęliśmy z powrotem.
Obudziliśmy się rano i wyjrzeliśmy przez okno. Nie było ich. Przyczepa
zniknęła. Ale odtąd podwórko już nigdy nie wyglądało tak samo.
Co wieczór przed pójściem spać ojciec stawał z pochyloną głową w drzwiach do naszego pokoju, skąpany w bursztynowym świetle z korytarza,
i odmawiał modlitwę.
Ojcze nasz,
Któryś jest w niebie,
Święć się imię Twoje,
Przyjdź królestwo Twoje,
Bądź wola Twoja,
Jako w niebie, tak i na ziemi.
Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
I odpuść nam nasze winy,
Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom,
I nie wódź nas na pokuszenie,
Ale nas zbaw ode złego.
Albowiem Twoje jest królestwo,
Potęga i chwała,
Na wieki wieków.
Prosimy Cię, Panie Boże, miej w opiece nas wszystkich, Mamę, Tatę,
Stevena, Warrena i Murraya,
Wszystkie małe dzieci, wszystkich lekarzy, zakonnice, pielęgniarki i nauczycieli.
Bóg miłuje nas i wysłucha,
Na wieki wieków.
Amen.
Leżałem w łóżku i zastanawiałem się, kim jest tajemniczy Wysłuch.
Wydawało mi się, że modlitwę tę ułożył mój ojciec. Kiedy więc zacząłem
chodzić do kościoła, zdziwiłem się, że ksiądz nie odmawia całej
modlitwy, którą dał mu tata.
Po modlitwie czekałem na zmierzch. Leżałem w łóżku, zmrok ożywał.
Delikatnie poruszały się wyraźne kształty; niosące pociechę duchy
dotykały mojej twarzy, kaskadami cicho spływała przezroczysta
bursztynowa melasa. Widziałem ciemność. Nigdy się nie bałem. Pewnego
dnia te duchy odeszły. Odtąd ich szukałem. Czekałem na ich powrót.
2
Sierpień 2019
W 1975 roku zacząłem uczyć się gry na skrzypcach. Skrzypce, o których
mowa w mojej wymianie esemesowej z Nickiem, to pierwsze skrzypce, jakie
miałem. Instrument, na którym grałem od 1975 do 1996 roku; przez całą
szkołę podstawową, szkołę średnią, studia i pierwszą połowę lat
dziewięćdziesiątych, kiedy zacząłem występować w zespołach. Jest
zdjęcie, które tata zrobił mi na podwórku w 1977 roku i na którym gram
na tych skrzypcach, ubrany w zieloną koszulkę i dżinsy, na tle typowego
australijskiego drewnianego płotu i błękitnego nieba. Z tyłu widać też
drzewo pani Nevett. Pamiętam, że tata kazał mi ustawić rękę pod
odpowiednim kątem, by w moim pierwszym w życiu zegarku odbiło się
światło słoneczne. Zegarek miał gruby wytłaczany skórzany pasek i był
prezentem z okazji niedawnych dwunastych urodzin. Bardziej dumny byłem z zegarka niż ze skrzypiec.
W 1974 roku zacząłem grać na akordeonie. To był mój pierwszy instrument.
Z oboma braćmi, Stevenem i Murrayem, kręciłem się po wysypisku śmieci w Alfredton, na przedmieściach Ballarat. To było nasze miejsce, miejsce do
snucia marzeń i puszczania kółek z dymu z paczką Winfield Blue i Alpine
Menthol pod wierzbą płaczącą rosnącą po drugiej stronie ogrodzenia.
Wysypisko urządzono na miejscu nieczynnego kamieniołomu, który był
wypełniony stojącą wodą, a trzymały tam wartę kompletnie zwariowane mewy
i ibisy. Otoczenie zawalone mułem i odpadami z kopalni. Ścieżka
prowadząca na wierzchołek była znana ze względu na kołujące tam sroki.
Wielu podejmowało wyzwanie, żeby się dostać na samą górę. Legenda
głosiła, że jezioro nie ma dna i jest zamieszkane przez dziwne stwory.
To właśnie tam postanowiłem, że kiedy dorosnę, będę naprawiał rowery.
Pewnego dnia znalazłem wyrzucony akordeon Hohnera, czarny ze 120
guzikami basowymi. Nadepnąłem na niego pośród śmieci i usłyszałem jęk.
Był duży i ważył chyba tonę; cuchnął tak, że żołądek podszedł mi do
gardła, jak po wejściu do sklepu z używaną odzieżą. Mój starszy brat
znalazł silnik od kosiarki. Wyrósł na mechanika samochodowego. Z pomarańczowego i fioletowego materiału mama zrobiła mi torbę ze
sznurkiem, żeby służyła za futerał, a ja nosiłem akordeon na ramieniu do
szkoły, w stylu świętego mikołaja z workiem prezentów. Mój nauczyciel,
Geoff McClean, grał na akordeonie i dawał mi lekcje. Każdego dnia
zaczynał zajęcia od zagrania kilku melodii na akordeonie, a my
musieliśmy zgadywać, co to za muzyka. Niedługo potem, w 1975 roku,
postanowiłem, że będę uczył się gry na skrzypcach, bo nauczyciel muzyki,
John Hughes, zapytał, czy ktoś chciałby nauczyć się gry na tym
instrumencie, i zauważyłem, że wszystkie dziewczyny podniosły ręce, więc
ja też.
Mój ojciec znał takiego faceta, Erica Wilsona, który sprzedawał używane
instrumenty muzyczne. Był pewien, że znajdą się u niego skrzypce. Tata
grał na gitarze i pisał piosenki country and western i przez krótki czas
uczył z Erikiem Wilsonem w Wood's Music przy Stuart Street. Złożyliśmy
mu wizytę. Miał w domu pokój wypełniony wszelkimi instrumentami
muzycznymi pod słońcem: banja, gitary, perkusje, saksofony, cymbały,
dziwne trąbki, dęciaki blaszane i drewniane i trochę skrzypiec. Stałem
zdębiały w progu i patrzyłem, a on grzebał w tym pokoju. Podniósł cytrę
i brzdęknął na niej, dmuchnął w suzafon, ostrożnie przedzierał się i odsuwał instrumenty, żeby zrobić miejsce. Wszystkie te milczące
instrumenty. Potencjał. Wyszedł z pokoju z dwiema kiściami skrzypiec,
trzymając za gryfy po dwa instrumenty w każdej dłoni. Potrafiłem zagrać
Twinkle, Twinkle, Little Star. Spośród czterech wybrałem te skrzypce,
o których była mowa, a rodzice kupili mi je za dwadzieścia dolarów
australijskich. Stały się znane w naszej rodzinie jako "te stare
niemieckie". Wydawały się ogromne na moim ramieniu i pachniały jak
herbatniki z mąki ararutowej Arnott's Milk. Kiedy przyszedłem na zajęcia
ze skrzypcami, okazało się, że jestem tylko ja i jeszcze jeden chłopak,
Craig Menzies, a żadnej dziewczyny. Craig miał jedno spiczaste ucho,
które sterczało z głowy porośniętej prostymi jasnymi włosami jak u Cobaina, i twierdził, że jest Marsjaninem. Był w klasie wyżej. W garażu
rodziców budował latające spodki z taczki i krzeseł, po czym długim
kawałkiem liny przywiązywał je do haka holowniczego rodzinnego auta.
Kiedy jego matka miała ruszać, wkładał duży kask motocyklowy, siadał na
krześle przymocowanym do taczki i krzyczał: "Koniec tego, odlatuję,
wracam do domu!". Mój brat Steven i ja staliśmy w drzwiach garażu i odliczaliśmy, obserwując go z przejęciem w księżycowym świetle
jarzeniówek. Tak więc zacząłem się uczyć gry na skrzypcach razem z Craigiem Menziesem. Wytrwał tydzień. Zostałem tylko ja. Miałem wtedy
dziewięć lat.
W tym samym roku rozwoziłem gazety na rowerze. Do piętnastego roku życia
dostarczałem gazety i upomnienia biblioteczne. Sześć lat, mój osobisty
rekord w utrzymaniu stałej pracy. Pewnego dnia z nieznanego powodu
podniosłem ołowiany ciężarek leżący na drodze. To był szczególny
ciężarek, taki, jaki przymocowuje się do felg, żeby koła obracały się
równomiernie. Różnią się one wielkością w zależności od wymaganej wagi i mogą mieć od jednego do dziesięciu centymetrów długości. Włożyłem go do
kieszeni i zachowałem, bo według mnie przynosił szczęście. Od tego dnia
za każdym razem, gdy widziałem ciężarek felgi, musiałem się zatrzymać,
podnieść go, schować do kieszeni lub wrzucić do szkolnego plecaka. Jeśli
znalazłem taki od ciężarówki, oznaczało to dobry dzień. Miały
dwadzieścia centymetrów długości. Ale fart!
Nie podnosiłem pękniętych ciężarków, bo czułem, że w ich przypadku
szczęście prysło. Nieuszkodzone ciężarki wkładałem do tekturowego pudła,
w którym przewożono towar ze sklepu owocowo-warzywnego Cincotty, 201-209
Mair Street w Ballarat, i które trzymałem pod łóżkiem. Kufer ze
skarbami. Z kiścią bananów wydrukowaną na boku, w stylu Warhola.
Pamiętam R and H Foodland, który znajdował się przy Pleasant Street, tuż
za rogiem obok sklepu z owocami, niedaleko apteki Crawforda. Nad
wejściem widniała nazwa sklepu wypisana dużymi literami na fasadzie z cegły. Znajdował się tam duży ul w stylu Kubusia Puchatka, pełen miodu,
z zapaloną lampką w środku, która dawała miodowe światło zza
przeźroczystej powierzchni. Ustawiony na stole wśród owoców i warzyw.
Już od progu widać było to światło. Stawałem w drzwiach i patrzyłem na
ul, dopiero potem wchodziłem do środka. Słoik stawiało się pod czarny
uchwyt, który należało podnieść, żeby popłynął miód. Stałem przed tym
ulem i wyobrażałem sobie, że znajduję się w środku, skąpany w bursztynowym świetle. Naprzeciw apteki Crawforda był kościół św. Piotra,
w którym w pierwszą niedzielę każdego miesiąca odmawiano modlitwę mojego
ojca.
W końcu pudło pod łóżkiem zapełniłem:
-?ołowianymi ciężarkami do felg
-?komiksami Phantom
-?skarbami z miejscowego wysypiska śmieci
-?zapalniczkami z krzesiwem wymagającymi napełnienia
-?nabojami z czasów II wojny światowej, które zostały przerobione na
samoloty i otwieracze do listów
-?połamanymi pawimi piórami
-?jojami
-?zegarkami z przekręconym mechanizmem
-?cienką broszurką o niewyjaśnionych tajemnicach, z ilustracjami
przedstawiającymi potwora z Loch Ness, wróżki z Cottingley i yeti
-?scyzorykami
-?naklejkami
-?zestawem do naprawy przebitych dętek rowerowych
-?zapełnionym w jednej czwartej małym karnetem ze znaczkami pocztowymi,
z motylami wytłoczonymi na okładce
-?kasetami
-?komiksami z serii Mad
-?dwoma szkłami powiększającymi w szylkretowych ramkach, jednym dużym,
drugim małym
-?czarnym drewnianym słoniem ze złamaną trąbą.
W wysokiej szafce w przedpokoju tata trzymał własne pudełko ze skarbami.
Były tam teksty piosenek, które skomponował na gitarę. Jedna z nich
nosiła tytuł Mis'ry Is My Middle Name. Do tego mnóstwo jego zdjęć z gitarą, które zamierzał podpisać i rozdać fanom, kiedy w końcu zrobi
karierę.
Kawałki papieru, na których ćwiczył swój podpis. Ołowiane klocki z jego
nazwiskiem, Johnny Ellis, do odbijania na fotografiach. Obok pudełka
leżała sterta płyt winylowych, siedemdziesiątek ósemek. Głównie Hank
Williams, Luke the Drifter i Chad Morgan. Trochę Little Richarda i Everly Brothers. Siadywał po domu i grał piosenki, które napisał.
Otwierał tomik poezji, układał melodię na gitarę i grał. Przed
założeniem rodziny nagrał jeden singiel, sfinansowane przez siebie
nagranie Mis'ry na 45 obrotów i It's No Wonder na 78 obrotów z dodaną wersją na żywo The River Looks Lonely Tonight z występu w Queen
Elizabeth Geriatric Centre. Jak mi się wydaje, pewnego dnia spakował
swoje piosenki do tego pudła.
Do szkoły jeździłem rowerem. Rowerem jeździłem bez przerwy. To było dla
mnie całym światem. Wolnością. "Tylko wróć przed wieczorem", mówiła
mama, gdy ruszałem ze żwirowego podjazdu. Mój szkolny plecak był
zawalony ciężarkami, aż się dno przetarło. Wypadały przez te dziury ku
mojemu zażenowaniu, bo reakcją były pytające spojrzenia. Podejrzewam, że
moje pudło wylądowało w śmieciach jakiś czas potem, jak opuściłem dom
rodzinny na początku lat osiemdziesiątych.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki