Rozdział I Podróż do Krainy Liliputów
[ 1 ] Całe
życie chciałem podróżować. W młodości kształciłem się, żeby
zostać lekarzem, ale moim jedynym marzeniem było podróżowanie dookoła
świata i poznawanie nowych lądów.
[ 2 ] W końcu szansa na podróż nadarzyła
się, gdy zatrudniłem się jako chirurg na statku zmierzającym na Morza
Południowe. Wyruszyliśmy z Anglii 4 maja roku 1699 i początkowo
wyprawa przebiegała pomyślnie.
[ 3 ] Jednak na nieszczęście rozpętała
się gwałtowna burza. Nasz statek uderzył w wielką skałę
i w mgnieniu oka rozpadł się na pół.
[ 4 ] Nie
wiem, co stało się z resztą załogi. Płynąłem tak daleko, jak
mogłem, i kiedy już niemal konałem ze zmęczenia, dotarłem do
lądu.
[ 5 ] Nie
dostrzegłem żadnych domów ani ludzi, a ponieważ byłem wyczerpany,
położyłem się na trawie i zasnąłem.
[ 6 ] Gdy
się obudziłem, był już poranek dnia następnego. Spróbowałem wstać,
ale nie mogłem się poruszyć. Leżałem na plecach, a moje ręce
i nogi były mocno przywiązane do ziemi, podobnie jak moje długie,
gęste włosy. Czułem kilka cienkich lin na ciele, i mogłem patrzeć
jedynie w górę. Słońce przygrzewało coraz mocniej, a światło
było bardzo bolesne dla oczu.
[ 7 ] Wokół słyszałem duży hałas. Po
krótkiej chwili poczułem, że coś porusza się na mojej lewej
nodze, zmierzając powoli ku klatce piersiowej, by dotrzeć w końcu
w pobliże brody. Gdy skierowałem wzrok w dół, zobaczyłem, że to
mierząca niespełna sześć cali ludzka postać, trzymająca w dłoniach
łuk i strzałę. Poczułem wtedy co najmniej czterdzieści kolejnych
maleńkich istot podążających za pierwszą. Jedna z nich zakrzyknęła
cienkim głosem:
[ 8 ] -
Hekinah degul!
[ 9 ] Reszta powtórzyła te słowa
kilkakrotnie, nie wiedziałem jednak, o co im chodzi.
[ 10 ] Cały
ten czas leżałem w bardzo niewygodnej pozycji, aż w końcu udało
mi się zerwać niektóre sznurki. Równocześnie mocnym szarpnięciem,
które przysporzyło mi dużo bólu, poluzowałem sznurki przytrzymujące
mi włosy z lewej strony, tak że mogłem nieco przekręcić
głowę.
[ 11 ] Ludziki uciekły, zanim zdołałem je
schwycić. Potem zabrzmiał głośny okrzyk i usłyszałem, jak jeden
z nich woła:
[ 12 ] -
Tolgo phonac.
[ 13 ] Po
chwili poczułem uderzenie setek strzał, niczym grad igieł, na lewej
ręce. Strzelali bardziej w górę, podobnie jak my w Europie wyrzucamy
bomby, i niektóre strzały spadły mi na twarz, którą czym prędzej
osłoniłem lewą ręką.
[ 14 ] Pomyślałem, że najlepiej będzie
przeleżeć nieruchomo do nocy, kiedy to - mając już oswobodzoną
lewą rękę - z łatwością będę mógł się uwolnić. Ufałem,
że bez trudu pokonam największą nawet armię, jaką sprowadzą
przeciwko mnie, jeżeli wszyscy są tego samego wzrostu co stworzenia,
które widziałem.
[ 15 ] Ale
sprawy potoczyły się inaczej. Gdy zobaczyli, że się uspokoiłem,
przestali mnie atakować. W pobliżu lewego ucha przez około godzinę
słyszałem odgłosy postukiwania. Kiedy przekręciłem głowę
w tę stronę, ujrzałem, że zbudowali małe, drewniane rusztowanie
z drabinką do wchodzenia. Wkrótce wszedł na nie człowiek, który
- jak się zdawało - był jakąś ważną osobistością. Był nie
większy niż mój środkowy palec. Wygłosił długą, skierowaną do
mnie przemowę. Mimo, że nic nie rozumiałem, próbowałem powiedzieć
mu, że nie skrzywdzę nikogo oraz że zgadzam się na wszystkie warunki
pokoju.
[ 16 ] Byłem okropnie głodny i starałem
się to zakomunikować, kładąc palec na ustach, żeby pokazać, że
chce mi się jeść. Człowieczek zrozumiał mnie świetnie. Zszedł
z podestu i zarządził, aby przystawiono do mojego ciała kilka drabin,
po których wspięło się ponad stu ludzi. Podeszli do moich ust, niosąc
kosze pełne mięsa i chleba. Pochłaniałem trzy bochenki chleba na raz,
każdy wielkości kuli do strzelby. Dostarczyli mi tyle pożywienia ile
zdołali, zadziwieni moją wielkością i apetytem.
[ 17 ] Potem
dałem znać, że chce mi się pić. Przynieśli największą ze swoich
beczek i dotoczyli do mojej dłoni. Wypiłem to jednym haustem -
smakowało niczym wyborne wino. Przynieśli drugą beczkę, którą
opróżniłem w ten sam sposób.
[ 18 ] Kiedy
skończyłem, krzyknęli z radości i zatańczyli na mojej klatce
piersiowej. Wyznać muszę, ze nie raz miałem ochotę złapać
czterdziestu czy pięćdziesięciu najbliższych, jacy byli w moim
zasięgu, i zrzucić ich na ziemię.
[ 19 ] Przypominałem sobie jednak daną im
obietnicę pokoju i to odsuwało ode mnie te myśli. Poza tym traktowali
mnie teraz miło i z wielką hojnością. Jakże bym mógł złamać
zasady gościnności?
[ 20 ] Gdy
już się posiliłem, pojawił się posłaniec od cesarza. Wspiął się
na moją nogę i w towarzystwie około dwunastu innych ludzi dotarł
w pobliże mej twarzy. Przez dziesięć minut przemawiał do mnie, raz
po raz wskazując przed siebie, gdzie, jak się później zorientowałem,
leżała stolica państwa, do której, na polecenie cesarza, miałem
być zaniesiony.
[ 21 ] Wolną ręką dawałem znaki, że
chciałbym być uwolniony. Zdawało się, że mnie zrozumiał, bo
skinął głową i używając rąk pokazał, że muszę być niesiony
jako więzień. Jednakże za pomocą innych znaków dał mi też do
zrozumienia, że będę miał pod dostatkiem pożywienia i będę bardzo
dobrze traktowany.
[ 22 ] Pięciuset cieśli i inżynierów
przystąpiło do konstruowania największego pojazdu, jaki byli w stanie
zrobić, aby zawieźć mnie do miasta. Była to drewniana platforma
umieszczona na wysokości trzech cali nad ziemią, długa na jakieś
siedem stóp i szeroka na cztery, poruszająca się na dwudziestu
dwóch kołach. Sprowadzono dziewięciuset najsilniejszych ludzi,
aby wciągnąć mnie tam za pomocą lin i bloczków, i w niespełna
trzy godziny leżałem mocno przywiązany do machiny. Tysiąc pięćset
największych koni cesarza, każdy mierzący około czterech i pół
cala, zaciągnęło mnie do miasta. Wszystko to opowiedziano mi później,
gdyż kiedy to się działo, pogrążony byłem w głębokim śnie
za sprawą środka nasennego dodanego do wina, które wcześniej
wypiłem.