Gucio i Gustaw - Filip Moroz

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamach

Życie w dzielnicy korporacyjnej kończy się koło czwartej po południu. Biuro nie fabryka, zamiast dwunastogodzinnej zmiany, siedzi się w pracy osiem godzin. Później po wieżowcach kręcą się jeszcze ekipy sprzątające, a po siódmej w budynkach jest już tylko ochrona i kilku szaleńców, którzy albo nie dokończyli swojej pracy, albo mają do załatwienia biznes w innych strefach czasowych. Stołeczna siedziba spółki węglowej, zarządzającej większością śląskich kopalni, nie była wyjątkiem. Armia księgowych, prawników, sprzedawców i geologów już dawno opuściła swoje boksy urzędowania, odjeżdżając metrem w siną dal. Według monitorującego wszystkie wejścia i wyjścia komputera ochrony, około dziesiątej wieczorem, w wieżowcu przebywało tylko kilka osób. Grafitowy prostopadłościan drapacza chmur wyglądał równie martwo, jak zwykle, kiedy sygnał alarmu przeciwpożarowego wybił dyżurnego ochroniarza z drzemki. Zaspany zerknął na monitor. Chodziło o ćwiczenia, jakim wszyscy pracownicy byli poddawani przynajmniej raz w miesiącu. Tego typu atrakcje zdarzały się zwykle przy pełnym obciążeniu budynku, więc ochroniarz był wdzięczny komputerom, że tym razem system przesunął niemiłą niespodziankę na noc. Będzie mniej chaosu i jeszcze mniej roboty. Lobby powoli zapełniło się człapiącymi po schodach pracownikami. Ochroniarz zabrał tablet z raportami monitorującymi odbicie przepustek i poprowadził grupę do punktu zbiórki ewakuacji, który znajdował się na trawniku, około stu metrów od wejścia. Przeczytawszy dane z tabletu, sprawdził listę. Całe towarzystwo grzecznie pofatygowało się do wyjścia, więc nie trzeba było uruchamiać dodatkowych procedur. Za niestawienie się można było stracić nie tylko premię, ale i pracę, a on, zamiast wrócić do drzemki, musiałby plątać się po budynku poszukując niesubordynacji, a potem wypełniać dodatkowe raporty. Spieszyło mu się wrócić na swój fotel, ale tym razem drzemka nie była mu pisana. Wybuch nastąpił, kiedy zezwalał na powrót do budynku. Huk i błysk dotarły do niego w pół zdania, z otwartymi ustami znalazł się w powietrzu, obijając się o lecących obok niego współpracowników. Nieważkość była krótka. Fala uderzeniowa zmiotła wszystkich na ziemię i poturlała po krawężniku. Deszcz tłuczonego szkła posypał się z elewacji. Ochroniarz podniósł się pierwszy. Ogłuszony, domyślał się, że jeden z garniturowców coś krzyczy, widząc jedynie ruch ust. Pomógł pokrwawionej kobiecie się podnieść. Pozostali też pomogli wstać sobie nawzajem. Odmienieni nie do poznania, przysypani pyłem i umazani krwią. Rzucili się do ucieczki, byle dalej od płonącego budynku. Na szczęście nikt nie był nieprzytomny, obrażenia były powierzchowne. Ludzie ciekawie wyglądają, kiedy nagle przestają bać się bzdur i boją się o swoje życie. Spada z nich konwenans. Takie kilka sekund, opowiada o nich dużo więcej, niż mogą się o sobie dowiedzieć przez lata wspólnej pracy. Wykrzywione lękiem twarze, krzyki i nagle widać kto naprawdę dba o innych, a kto tylko tak mówi. Ochroniarz z satysfakcją obejrzał ten niemy film. Donośnym głosem kazał całej grupie zatrzymać się na ulicy, w sąsiedztwie kolejnego wieżowca, z którego już zaczęli wybiegać ludzie. Powietrze wypełnił dźwięk syren. Ochroniarz poszedł ku przybywającym wozom strażackim, aby poinformować, że w budynku nikogo nie ma. Kiedy wrócił, ratownicy medyczni zajmowali się już jego stadkiem. Reporterzy przybyli niewiele później, ale już zastali policyjną barierę, zamykającą dostęp do miejsca wybuchu. Kiedy pojawiła się pierwsza kamera, pożar trawił kilka pięter. Reporterzy mieli wspaniały widok na płomienie, oraz gwarancję wysokiej oglądalności. Kiedy na miejsce przybyła ekipa dochodzeniowa, cały świat dowiadywał się już, że Zielone Diabły uderzyły po raz kolejny. Terroryści z tej grupy mieli zwyczaj wysyłać mejle do mediów, bezpośrednio po przeprowadzonym ataku. Prezenterzy wiadomości ich uwielbiali, detektywi trochę mniej. Ich zamachy gwarantowały czerwony pasek na dole ekranu, podbijały oglądalność i pozwalały na nieposkromione użytkowanie frazy "globalne ocieplenie". Ekscytacja dziennikarzy miała swoje uzasadnienie. Do tradycyjnych gromów rzucanych na Zielone Diabły dotarł nowy, sensacyjny element: po raz pierwszy zaatakowali w Europie. Pytanie, dlaczego akurat w Polsce, będzie na długie tygodnie źródłem zatrudnienia dla wszelakiej maści komentatorów i publicystów. Zamach gwarantował wypełnienie czasu antenowego całymi godzinami wywiadów i analiz. Nic nie rozkręca spirali strachu lepiej niż terroryści. Nawet brak ofiar w ludziach nie szkodzi popularności tematu. Zielone Diabły były przecież wyjątkowe. Działały globalnie, a dzięki ostrożnej, pozbawionej ofiar strategii, zdobyły duże poparcie społeczne wśród młodzieży, nie tylko odbierając popularność gwiazdom rocka, ale i ośmieszając organy ścigania. Sensacja zaczęła zataczać w eterze coraz większe kręgi. Rano, kiedy szkielet budynku się dopalał, globalne serwisy informacyjne pokazywały wybuch. Ochroniarz, zanim śledczy odwieźli go do domu, zauważył jeszcze, że budynek po raz pierwszy emituje światło, zamiast je wchłaniać.