ROZDZIAŁ I
Szum grzybwaju toczącego się po bezmiernej toni jeziora przyprawiał mnie o dreszcze. Promienie słońca otulały moją twarz, a widok za oknem przemykał przed moimi oczami, tworząc barwny, niebanalny kalejdoskop. Był to pierwszy dzień mojej podróży, który jak się potem okaże, stał się początkiem czegoś naprawdę potężnego.
Wyskoczyłam z pojazdu i pierwsze co poczułam to zapadający się grunt pod moimi nogami.
- Adipositas! -krzyknęłam z przerażeniem.
- Ależ skąd! To tylko jedna z wielu dróg do innego wymiaru- odpowiedział rezolutnie niewielki grzyb, zanurzony prawie do połowy w półpłynnym podłożu.
- Ale co prawda to prawda. Adipositas trzeciego stopnia nej można ci odmówić! -dodał chytrze, kończąc zdanie tym egzotycznym, grzybiańskim akcentem.
Nasze spojrzenia się spotkały, a to co zobaczyłam w jego oczach, było tylko zapowiedzią tego co mnie tu czekało. Jego tęczówka była niczym ekran, na którego powierzchni wyświetlane były pozornie nie powiązane ze sobą elementy. Starałam się zapamiętać wszystko, zadawać pytania, ale jedyne co utkwiło mi w pamięci to ogromna fioletowa pieczarka, śpiewająca coś w nieznanym mi języku. Upadłam na ziemię i całe moje ciało zanurzyło się w mazistym gruncie. Próbowałam się wynurzyć, ale ktoś będący po drugiej stronie skutecznie mi to uniemożliwił, wciągając mnie do galaretowatej otchłani.
Świat, w którym się znalazłam był przepełniony kolorami, których próżno szukać na Ziemi. Wszystko wyglądało inaczej niż zwykle, jednak poszczególne elementy przypominały te, ze znanego mi, pierwszego wymiaru.
Chytre spojrzenia ludzi, grzybów i innych niezdefiniowanych stworów przeszywały mnie na wylot i były powodem mojego oszołomienia.
Mój stan przykuł chyba uwagę grupki obdartusów, pijących krasnoludzki spirytus pod gmachem Menelni.
- Zaprowadzić panią do Studni? - zapytał z typową dla kloszardów uprzejmością.
Bo wie pani, ta dziura w ziemi to dla nas jedyny ratunek przed uciukaniem deską- dodał.
Parzyłam na nich i tysiące myśli przebiegało mi po głowie, niczym bażanty cwałujące w stronę Dino Marketu. Nie chciałam żeby to oni byli moimi pierwszymi przewodnikami po Krainie, ale z drugiej strony bałam się, że nikt nie zaproponuje mi tego z własnej woli. Mimo odoru, krzyków i zaawansowanej padaczki języka, było w nich coś autentycznego i prawdziwego, co skłoniło mnie do podjęcia decyzji.
- To jak? Idziemy? -spytał z lekką dozą poirytowania jeden z Meneli.
- Idziemy! Ale czy będzie nietaktem gdy spytam panów o imiona?
Najwyższy z całej grupy mężczyzna podszedł do mnie i wyciągnął swoją rękę, całą pokrytą łuskami.
- Leśnik jestem.
Uśmiechnęłam się i już miałam powiedzieć swoje imię, kiedy chórem wszyscy krzyknęli:
- Cisza!
Muchomorowłosy mężczyzna podszedł do mnie i szepnął mi do ucha:
- Wiemy kim jesteś, czekaliśmy na ciebie. To tylko kwestia czasu i wszystko stanie się dla ciebie jasne. Na razie chodź z nami i pod żadnym pozorem nie wypowiadaj swojego imienia.
Postanowiłam nie zadawać zbędnych pytań i powierzyć swój los czwórce przedstawicieli Menelni. Wsiedliśmy na taczki i skierowaliśmy się w stronę wcześniej wspomnianej Studni. Podczas naszej podroży starałam się jak najlepiej poznać moich przewodników. Najbardziej zaintrygował mnie Alchemik- najniższy, najgrubszy i najbardziej elokwentny z całej czwórki. Miał ogromną wiedzę na temat szyszek-wiedział o nich wszystko, a może i nawet więcej. Opowiedział mi o produkcji krasnoludzkiego spirytusu i o swojej zajawce na wywary z lisich ogonów. Nie miałam pojęcia, że używana do nich woda pochodzi z moczu delfinów różowawych!
- To tutaj! Puśćcie taczki, niech wrócą do domu, bo trochę tu zabawimy-przerwał nam rozmowę Leśnik.
- To może po Szocixsie na odwagę? -spytał łysy menel, wyciągając pięć grzybnych kapeluszy wypełnionych kleistą miksturą.
To pytanie było oczywiście zbędne i już po chwili cała piątka była najodważniejszą piątką w Krainie Grzybów.
Mimo odwagi, nie wiedziałam w jaki sposób Studnia może pomóc moim towarzyszom uniknąć uciukania. Alchemik chyba zauważył moje zamyślenie i odparł:
- Przez uciukanie deską zginęła większość naszej populacji-to plaga. Studnia jest naszą jedyną nadzieją i motorem do działania. Każdemu kto w nią spojrzy, ukazuje radę lub wskazówki, którymi musi się kierować aż do następnej wizyty. O terminach spotkań dowiadujemy się spod nakrętek dżemu malinowo-płodowego. Mądrości Studni uratowały już wielu Meneli, jednak wciąż sukcesywnie nas ubywa i musimy uzupełniać naszą wiedzę. A jeśli o ciebie chodzi, to to co ujrzysz w głębinach Studni będzie stanowiło o twojej przyszłości w Krainie.
- Czy na to co zobaczę da się jakoś wpłynąć?
- Jeżeli będziesz chciała tu zostać to nie.
- A jeśli wybiorę pierwszy wymiar?
- Wtedy zostaniesz w nim już na zawsze, ponieważ ten kto nie zgadza się ze Studnią, nie może powrócić do Krainy Grzybów.
- Więc chodźmy!
Nasz marsz trwał aż do zachodu Grziężyca. Widziałam w oddali kontury naszego celu.
Kiedy w końcu dotarliśmy, Menelnia ustawiła się w kręgu dookoła Studni i zaczęła miotać się w rytm melodii wody. Ten rytuał trwał, aż do momentu, w którym z otchłani zaczęły wypływać pojedyncze słowa w dialekcie znanym tylko moim towarzyszom. Cała czwórka odśpiewała pieśń pochwalną i zapowiedziała Studni moje nadejście.
Podeszłam do ogromnego otworu, ale bałam się wychylić i zobaczyć co mnie czeka. Alchemik uśmiechnął się, ukazując swoje nietuzinkowe uzębienie.
- Skąd ten uśmiech? -spytałam
- Jestem szczęśliwy, bo znam już decyzje, które zapadły w głębinach. Nie obawiaj się i pozwól poprowadzić się Studni. I pamiętaj jeszcze się zobaczymy!
Te słowa przekonały mnie do zrobienia, jak się potem okaże najważniejszego kroku w moim życiu.
Podeszłam do amelinowej krawędzi, pokrytej farbą, która łuszczyła się, tworząc miliony psychodelicznych plasterków. Popatrzyłam w dół, a nagle wnętrze Studni wciągnęło mnie do swoich tęczowych otchłani. Spadałam coraz głębiej i głębiej, nie widząc końca i żadnej przepowiedni.
- To już koniec-pomyślałam, kiedy nagle moim oczom ukazała się postać. Jej kontury były rozmyte, ale z każdą sekundą mojego spadania stawały się wyraźniejsze.
- Sinvergüenza me llaman a mi-usłyszałam śpiewający głos wydobywający się od tajemniczej postaci i dokończyłam, nie mając pojęcia skąd znam te słowa:
- Porque les llevo de cabeza. Me río, me vuelvo a reír.
- Doskonale! Perfecto! -odpowiedziała postać, ukazując się mi w całej okazałości. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To był grzyb, którego spotkałam w przejściu do innego wymiaru!
***
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Ku mojemu zdziwieniu znajdowałam się we własnym pokoju, w najnormalniejszym, pierwszym wymiarze. Byłam zdezorientowana, ponieważ przypomniałam sobie słowa Alchemika o zaakceptowaniu decyzji Studni. Przecież w tym, co w niej zobaczyłam nie było żadnej przepowiedni. Nieposkładane fragmenty zdarzeń układały się w kształt grzyba przed moimi oczami. Nie wiedziałam co może to oznaczać i postanowiłam nie wracać już do tematu Krainy i innego wymiaru.
ROZDZIAŁ III
Czasami Grzyby muszą opuścić na chwilę zamieszkiwany przez siebie rejon. Albo dla odpoczynku, albo w celach krajoznawczo-szpiegowskich, albo po to, żeby narobić sobie nadprogramowych kłopotów. Razem z Kasią udało się nam połączyć te trzy rzeczy podczas naszej pierwszej, dalszej podróży. Miałyśmy udać się na dworzec i wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bilet, nie dbać o bagaż ściskając w ręku kamyk zielony.
Na początku nasza wyprawa miała charakter czysto rozrywkowy- przysługujący każdemu obywatelowi KG urlop od męczących obowiązków i wydzielania zarodników. Tak pozostało do czasu, kiedy wsiadłyśmy do pociągu z napisem "Kato-Pato". Informacja o kierunku trasy pociągu była wystarczająca by stwierdzić, że to nie będzie w pełni pierwszowymiarowa wycieczka.
Na pierwszy rzut borowika, nasz przedział był całkiem pusty. Planowałyśmy co zwiedzimy i czym zapełnimy nasze nienażarte żołądki, oddając się w pełni swobodnej, głośnej rozmowie. Otworzyłam z ciekawości plecak Kasi (po prostu chciałam sprawdzić stan zapasów) i zaczęłam piszczeć z radości. Nie dlatego, że zobaczyłam trzykrotność zaopatrzenia Dino Marketu. O nie! To było coś wspanialszego. W tylnej kieszeni, ujrzałam szczelnie zapakowane Mięso cztery! Nie widziałam się z nim od końca rewolucji kiełbasianej w 1678 roku. Łezka spłynęła po moim policzku, spadając do czeluści plecaka. Usłyszałam tylko jak kropla uderza w coś na dnie torby. Włożyłam rękę do środka i starałam się wyłowić tajemniczy obiekt. Na początku nie wiedziałam skąd kojarzę ten przedmiot, ale po dokładnych oględzinach i przeczytaniu wyrytego z boku numeru seryjnego, spłynęła na mnie łuna oświecenia. Drewno osiem! Nasz wierny kompan z kopalni kruszonki, znajdował się teraz w mojej dłoni i jechał z nami do Kato-Pato. Kasia też nie mogła uwierzyć własnym oczom i powiedziała przez łzy:
- Kiedy w pierwszym wymiarze spotykasz dwa znamienite elementy z innego wymiaru, to już nie jesteś w pierwszym wymiarze. Zapowiada się na coś transcendentnego! Wyjmij zwierciadło, zobaczymy ile procent grzybności jest wokół nas. Wyjęłam lusterko z tylnej kieszeni spodni i trzymałam je w ten sposób, żeby było widać nasze twarze. Licznik w dolnej części urządzenia zaczął wariować i wskazywać skrajne wartości. Zapisałyśmy obraz i kiedy tylko go zobaczyłam dostałam rozległego paraliżu skarpetek. Między naszymi promiennymi twarzyczkami znajdowała się jeszcze jedna, bardzo dobrze nam znana. Była to pomarszczona facjata Alchemika-człowieka o wielu obliczach. Nam akurat ukazał się z tej gorszej strony, nie godnej adoracji i maślakowych oczu, co trochę odbiło się na odbiorze komunikatu, który starał się nam przekazać. A jak wiadomo, Alchemik nie powtarza niczego dwa razy.
Słyszałam tylko jak fanfra coś pod nosem i nie byłam w stanie połączyć tego bełkotu w całość. Kiedy skończył swoje irytujące fandzolenie, podniósł się ociężale z siedzenia i ruszył w stronę drzwi przedziału. Chwytając za klamkę powiedział: