1996
Weź się w garść. Nie jesteś miękkim robiony.
Zdążyłem pogodzić się z tym, że powtarzane na głos zaklęcia nie mają mocy sprawczej. Stałem przed lustrem i wpatrywałem się w swoje odbicie. Wiele bym dał, by wyglądać inaczej, zmyć ze skóry piegi, które rozsiadły się wokół nosa i wykwitały za każdym razem, kiedy - podobnie jak teraz - robiło się cieplej. Rude włosy układały się w poskręcane strąki, ich przycięcie jeszcze pogarszało sprawę. Przylegały do czaszki niczym bluszcz i chciałem zapaść się ze wstydu pod ziemię. Miałem je po mamie, ale jej tylko dodawały urody.
Zginęła w wypadku trzy lata temu i czasem miałem wrażenie, że te rude włosy są ostatnim świadectwem jej obecności w moim niespełna piętnastoletnim życiu. Długo nie pogodziłem się z tym, że odeszła; wracałem ze szkoły i gapiłem się w zakurzone okna, licząc, że zobaczę ją na prowadzącej do domu ścieżce. Wiedziałem, że to tylko pobożne życzenia.
Tata schował przede mną zdjęcia, na których była - a może się ich pozbył? Nie wiem. Pewnego wieczoru spakował i wywiózł jej ubrania oraz rzeczy osobiste w workach. Widocznie nie chciał, by zostało coś, co mogło nam o niej przypominać. Wymazał ją z naszego życia. Zostały mi rude, poskręcane włosy. Nic więcej.
Opłukałem twarz zimną wodą, umyłem zęby i wyszedłem z domu. Wsiadłem na rower i ruszyłem w stronę szkoły. Stała na wzgórzu, a z polanki na tyłach sypiącego się gmachu można było podziwiać panoramę naszej miejscowości. Całej, oprócz pojedynczych domów przycupniętych pod lasem, w tym odziedziczonej po babci i odremontowanej przez tatę rudery, w której mieszkaliśmy.
Suche Błota. Wieś wciśnięta tak głęboko w tyłek zacofania, że jej nazwę wymyślono na jakimś zakrapianym raucie i nikt nie miał odwagi umieścić jej na żadnej szanującej się mapie. Cytuję tatę, zawsze tak się o niej wyrażał.
Obaj spędzaliśmy w domu niewiele czasu, traktując go wyłącznie jak sypialnię lub - w przypadku taty - miejscówkę do organizacji niekończących się imprez. W starych, zalatujących wilgocią i zgrzybiałych murach czuć było zapach samotności. Rozlewał się w trzewiach, sprawiał trudności z oddychaniem i zatykał arterie. Wiedziałem, że pewnego dnia stąd wyjadę, uwolnię się od tego miejsca i zastygłych pod tapetą bolesnych wspomnień. Na razie nie byłem na to gotowy.
Zostawiłem rower przy drzewie, obok wejścia do szatni. Nikt go tu nie ruszy, uznałem, po co komu taki rupieć. Większość dzieciaków miała górale, ja wciąż śmigałem na starym składaku; bez przerzutek, z potwornie zawodzącymi hamulcami.
Zmieniłem obuwie, powiesiłem kurtkę na wieszaku i poszedłem po schodach na trzecie piętro. Dla pewności zerknąłem na zegarek, który dostałem od mamy na komunię. Przypominał kalkulator z melodyjkami i na początku rzuciłem go w kąt, wściekły, że nie kupiła mi czegoś lepszego. Gdy emocje opadły, odkryłem, że może mi się przydać. Lekcja zaczynała się za pięć minut.
Wszedłem do ubikacji i zamknąłem się w kabinie. Na przesłonach oddzielających boksy roiło się od wulgarnych haseł obrażających nauczycieli i uczniów, rysunków przedstawiających roześmiane fiuty i tym podobnych bzdur, stanowiących ujście dla buzujących pod skórą hormonów.
Znałem je na pamięć. Spędzałem tu sporo czasu. Teraz opuściłem deskę, wszedłem na muszlę i usiadłem po turecku. Nie chciałem, by ktoś mnie tu znalazł. Ostatnim razem o mało nie wyważyli drzwi, a raz, gdy zapomniałem ich zamknąć, wsadzili mi głowę do ubikacji i trzymali pod wodą, aż nie odklepałem, że mam dość. Po wszystkim spuścili mi w kiblu zawartość plecaka. Wygrzebałem tylko to, co pozostało na dnie muszli; zeszyty i podręczniki suszyłem na parapecie. Nie prowokowałem ich, nie rzucałem się w oczy. Przestałem się łudzić, że dadzą mi spokój.
Gnębili mnie od pierwszej klasy, bo zawsze byłem słabszy. Nie potrafiłem zaprotestować, postawić się im. Trudno się dziwić, że stałem się naturalnym celem.
Przerwa dobiegła końca. Dla pewności odczekałem chwilę, a gdy hałas na korytarzu ucichł, wszedłem do klasy. Usiadłem pod oknem. Nauczyciele już dawno przestali strzępić języki, że się spóźniam. Wyjąłem podręcznik, zeszyt i coś do pisania. Chciałem złapać za pasek plecaka i odłożyć go pod kaloryfer, ale usłyszałem, jak chłopak z tyłu szura nim po ziemi i ciągnie w swoją stronę. Nie zdążyłem mu go wyrwać. Za plecami rozległ się śmiech. Udawali, że słuchają, co mówi stojąca przed tablicą nauczycielka.
- Bartek, mógłbyś skupić się łaskawie na lekcji? - zwróciła się do mnie, przecierając okulary. - Oceny są już wystawione, ale z tego, co kojarzę, nadal nie poprawiłeś ostatniego sprawdzianu. Wkrótce egzaminy.
- No właśnie, Bartek - przedrzeźniali ją.
- Zamyśliłem się - odparłem i spuściłem wzrok, unikając spojrzeń kolegów z klasy.
Czułem, że robię się purpurowy ze wstydu, oblał mnie pot. Starałem się kontrolować oddech, ale ręce drżały mi ze zdenerwowania. Nauczycielka wróciła do lekcji, a ja potrzebowałem czasu, by się skupić. Słyszałem wulgarne docinki za plecami, a na porysowanym blacie wylądowała zmięta w kulkę kartka.
Rozwinąłem wiadomość pod ławką.
Zgłoś się po zgubę do szatni na przerwie. I nie waż się strzelić z dupy, leszczu.
Kiedy rozległ się dzwonek, zaczekałem, aż wszyscy opuszczą klasę, i snułem się w stronę drzwi, unikając wzroku nauczycielki, która uzupełniała coś w dzienniku. Zawahałem się, czy nie wspomnieć jej o tym incydencie, ale domyślałem się, że to tylko pogorszy sprawę. Nie mogłem dać im tej satysfakcji.
Przywykłem do tego, że się nade mną znęcają, że znaleźli kogoś, na kim mogli się wyżyć i wyładować frustracje. Za kablowanie wyrwaliby mi z tyłka nogi z korzeniami. Słuchałem ich gróźb wystarczająco często, żeby zrozumieć, że nie żartują. Wolałem więc trzymać język za zębami. I tak niewiele bym wskórał.
Szatnia znajdowała się na najniższym poziomie, tuż za stołówką. O tej porze oprócz woźnej, która akurat skończyła szorować podłogę i jadła kanapkę w składziku na szczotki, nikt się tu nie kręcił. Kobieta miała z siedemdziesiąt lat, paradowała po szatni w starym fartuchu w kwiaty i z włosami spiętymi w kok. Zza grubych denek okularów i tak nic nie widziała.
Wszedłem do okratowanego boksu pod ścianą. Spodziewałem się, że ci durnie tam na mnie czekają. Najwyższy z nich ściskał w dłoni mój plecak. Zawartość leżała rozsypana na podłodze, kopali między sobą zeszyty i przybory szkolne.
- No, jesteś w końcu, śmieciu. Myślałem, że wydygałeś i poszłeś się pożalić dyrce.
- Oddaj mi plecak. Zaraz zaczyna się gegra. - Nie podnosiłem głosu, by go nie rozjuszyć.
- Żebyś się czasem nie zesrał - odparł Blachowski, najsilniejszy z nich, a pozostali zanieśli się śmiechem.
Chłopak rzucił plecak do kolegi obok, ten napluł do środka i odrzucił go z powrotem. Zabawa trwałaby w nieskończoność, gdybym nie chciał jej przerwać, usiłując złapać plecak w locie. Chwyciłem za pasek na ramię, Smalec szarpnął za drugi i wyrywaliśmy go sobie z rąk. Żaden z nas nie zamierzał odpuścić.
Ucho, za które ciągnąłem, odpruło się od reszty i został mi w dłoni tylko fragment paska. Smalec skorzystał z okazji i wyrwał mi go z ręki.
- No i co narobiłeś, ty ryża pokrako! - zaśmiał się Blacha.
Doskoczyłem do chłopaka z plecakiem, odepchnąłem go i odebrałem mu swoją własność, o mały włos nie potykając się o rozsypane rzeczy. Nie zdążył zareagować, a ja poczułem uderzenie w plecy, a za chwilę zaciskającą się na włosach rękę jednego z napastników. Uderzenie było tak silne, że zasyczałem przez zaciśnięte zęby.
Inny z chłopaków wepchnął mnie na metalową siatkę oddzielającą boks od szatni młodszej klasy i docisnął do niej łokciem, tak że czułem wrzynające się w policzek zimne, metalowe pręty. Ból promieniował, mimo to nie użalałem się nad sobą. Nie mogłem dać im tej satysfakcji. Blacha sapał mi coś do ucha, czułem drobinki śliny na skórze i smród tytoniu, zamaskowany gumą do żucia.
Opadłem z sił i przestałem się bronić. Nie miałem szans wyrwać się z uścisku.
- Podskakuj dalej, to połamię ci te kulasy, pizdo! Powiedz staremu, aby trzepał z dala od mojej matki, bo jak go znowu z nią zobaczę, to wybiję ci te koślawe ząbki. Kapujesz, lachociągu? - Blachowski mocnym kopnięciem w łydkę podciął mi nogi.
Zachwiałem się, zgiąłem wpół i odkleiłem od kraty. Smalec pochylił się nade mną i splunął mi za kołnierz, a ktoś inny walnął mnie pięścią w brzuch tak mocno, że upadłem na posadzkę i zwinąłem się z bólu. Oberwałem też w twarz. Nie zorientowałem się nawet od kogo. Kątem oka widziałem tylko Siwego, który przyglądał się całej akcji. Jeszcze kilka lat temu byliśmy kumplami i obaj dostawaliśmy solidne lanie, ale w końcu Szymon wkupił się w ich łaski. A skoro tak, nie mógł stanąć w mojej obronie.
Rozległ się dzwonek i ze składziku wyszła woźna, grożąc im zaciśniętą pięścią.
- Wracać mi do klasy, a nie błaznować tu! - Przegoniła ich, machając brudną szmatą.
Grupa nastolatków, śmiejąc się, rozpłynęła się w ciemnym korytarzu biegnącym w stronę schodów na piętro. Słyszałem ich rechot, leżąc na ziemi.
Woźna mnie nie widziała. Mruczała coś pod nosem i wreszcie zniknęła na zapleczu. Potrzebowałem czasu, by dojść do siebie - wciąż czułem ból w pogruchotanym ciele.
Pozbierałem rozwleczone rzeczy. Upchnąłem je do plecaka. Złamane długopisy nie nadawały się do użytku, więc wyrzuciłem je do śmieci. Zmieniłem obuwie i wyszedłem przed szkołę. W takim stanie nie chciałem już wracać na lekcje.
Zanim wsiadłem na rower i ruszyłem do domu, zwymiotowałem za drzewem.
Na szczęście nic dziś nie jadłem, z żołądka wylała się więc tylko żółtawa ciecz, która paliła w gardle. Jechałem w stronę lasu, czując, że pieką mnie skóra i wnętrzności.
Spodziewałem się, że ojca i tak nie zastanę w domu. Zajmował się budowlanką i remontami, po godzinach naprawiał samochody. Wracał późno - sam, w towarzystwie kumpli albo poznanej kobiety. Za każdym razem innej. Przestałem zwracać na nie uwagę i łudzić się, że któraś z nich zagości w domu na dłużej. Staraliśmy się nie wchodzić sobie w paradę.
Hałasowali do późna, śmiali się, budząc mnie w środku nocy, i pieprzyli się do świtu. Wolałem te noce, gdy tata wracał wyczerpany i zasypiał przed telewizorem z czteropakiem piwa w ręku. Mogłem się wtedy porządnie wyspać.
Skręciłem w szutrową drogę w stronę lasu i pognałem do mieszczącej się przy mokradłach bazy. Znajdowała się w trudno dostępnym miejscu i budowałem ją od wiosny. Zbierałem deski, resztki starych mebli, w końcu skleciłem z nich coś w rodzaju domku na drzewie. Trzeba było wykazać się bujną wyobraźnią, aby dopatrzyć się w tej zbieraninie zarysu zwartej struktury, ale mogłem stąd doglądać okolicy i ukryć się tu przed światem.
Samotność rozgościła się w jej niestabilnych ścianach; oblepiała je, tworząc szczelny kokon, w którym czułem się bezpieczny.