Poranna bryza nie dotknęła jeszcze gładkiej jak szkło tafli morza, więc jedynym dźwiękiem był śpiew ptaków wodnych, raczej głośny niż ładny. Poprzedniego wieczoru widział, jak słońce najpierw przemieniło się w krwistoczerwoną kulę, żeby potem skryć się za horyzontem w takiej samej eksplozji barw jak zazwyczaj.
Przez te kilka godzin bez słońca nie spał za dobrze. Budził się co chwilę z jakimś ćmiącym uczuciem w głowie. Ale po tylu latach błądzenia po omacku był bogatszy o doświadczenie, które mówiło, że złe noce przychodzą i odchodzą. I że najlepsze, co może teraz zrobić, to wyruszyć w naturę.
Miękki szlafrok zamienił szybko na strój sportowy, a zrzucone w biegu kapcie na buty do biegania. Pośpiesznie pochłonął pół banana i szklankę wody, żeby zaraz wyruszyć w drogę przez uśpione jeszcze miasteczko.
Asfaltowa szosa wkrótce ustąpiła miejsca wąskiej, leśnej ścieżce. Zawsze wybierał właśnie tę trasę, chciał tak bardzo, jak to możliwe, zbliżyć się do natury. Biorąc pod uwagę to, co w życiu widział i ile wycierpiał, należało mu się to.
Należał mu się śpiew ptaków. Należało mu się leśne runo pod stopami i wciskający się w nozdrza zapach morza. W końcu należał mu się spokój. A miało przecież być tylko lepiej.
Bo już nic mu teraz nie groziło.
Jasne, ciągle nie przestał wszędzie doszukiwać się spisków. Nie po tym, kiedy będąc na dnie, wszystkich uważał za swoich wrogów. Ale wiedział, że tych spojrzeń, które czuł na sobie w miasteczku, tak naprawdę nie było. Mógł już powiedzieć sobie samemu, że to wszystko nie było naprawdę.
Teraz zamierzał tylko dać z siebie wszystko na trasie. Był przygotowany na zakwasy i uczucie pustki w głowie przez pierwsze kilka godzin w pracy, żeby przez resztę dnia mieć spokojny umysł.
Ale nie zdążył jeszcze nabrać tempa, gdy zatrzymał go jakiś trzask w świerkowym zagajniku. Obrócił się tak gwałtownie, że potknął się o kamień i ledwie złapał równowagę.
Czy tam ktoś jest? Tak wcześnie? Zazwyczaj nikogo nie spotykał.
Wolniejszym już krokiem oddalił się od lasku. Zbliżał się do północnego molo i nie miał odwagi biec dalej. Kamienisty teren tuż przy kładce to nie zabawa i wymaga pełnego skupienia, jeśli chce się przez niego przejść.
Jego uszu dobiegł kolejny trzask. A więc jednak ktoś tam był. Serce zabiło mu szybciej. Zawsze bał się i niedźwiedzi, i wilków, ale żadne z tych zwierząt raczej nie zapuszczało się tak blisko morza. Niedźwiedzie trzymały się trochę wyżej, w lesie. Przynajmniej z tego, co wiedział. Wilków też tu nie było. Tylko ten przedziwny pies sąsiadów.
Przez dłuższą chwilę stał bez ruchu. Oddech uspokoił się, puls trochę zwolnił. Kiedy niepokojące odgłosy ucichły, zebrał się na odwagę i postąpił kilka kroków z powrotem na ścieżkę. Na jego ruch kilka ptaków poderwało się do lotu.
Trach!
Pomiędzy drzewami dostrzegł zająca pędem zmierzającego w głąb lasu. Zaśmiał się.
Wreszcie mógł odetchnąć.
Z uśmiechem spojrzał na zegarek. Nadal miał sporo czasu.
Ale właśnie kiedy odgonił od siebie niepewność, zza pleców dobiegł go jakiś odgłos.
Odwrócił się. Wtedy dotarło do niego, że naprawdę nie był sam.
- O kurde, weź nie strasz - rzucił ze śmiechem.
Ale postać nie zaśmiała się w odpowiedzi.