Grzesznica - Stanisław Antoni Wotowski

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział II. Noc miłosna Otockiego.

 

Otocki zajmował niewielkie, dwupokojowe mieszkanko przy ulicy Pięknej - sam - nie trzymając służby. Łatwo więc mógł przyjmować odwiedziny niewieście, o każdej porze dnia i nocy.

W mieszkaniu - szczególniej w gabinecie - panował nieład, zaiste artystyczny. Pełno tu było książek, grubych foljałów i manuskryptów, tworzących wielkie stosy, zarówno na biurku - gdzie leżał rękopis rozpoczętej powieści, jak i na sąsiadujących z nim krzesłach. Na ścianach dużo obrazów pierwszorzędnych malarzy - tu i ówdzie fotografja kobieca - pamiątka miłosnej przygody.

- Prawdziwy śmietnik, albo pracownia literacka! - oświadczył towarzyszce, gdy znaleźli się w mieszkanku i ona rozglądała się ciekawie dokoła.

Pomógł jej zdjąć jedwabny płaszczyk i złożył go starannie na którymś stosie papierów. Poczem zrzuciwszy na podłogę parę grubych ksiąg, leżących na otomanie, gestem zapraszał, by zajęła na niej miejsce.

- Zechce się pani rozgościć, panno Ryto i nie przerażać powieściopisarskim nieładem!

- Bardzo tu ładnie! - odparła uprzejmie i jakby pragnąc zaznaczyć, że przybywa na dłużej, zsunęła kapelusik, kładąc go wraz z tajemniczą, żółtą walizeczką na kanapę. W złotem obramowaniu swych krótkich włosów, wydawała się jeszcze piękniejsza.

- Istna wiochna! - pomyślał, a głośno dodał - Zniknę na chwilę, ale zaraz powrócę...

Szybko wszedł do sypialni, wyjął z szafki butelkę z winem i kieliszki. Teraz całkowicie odzyskał humor. Nie tylko śliczna osóbka sama zechciała go w nocy odwiedzić - ale zapewne rychło uchyli rąbek, otaczającej ją tajemnicy...

- Jestem! - zawołał wesoło, pojawiając się z powrotem w gabineciku i ustawiając butelkę i kieliszki na stole - Sądzę, że tym razem pani mi nie odmówi i choć usteczka umoczy w winie.. Wypijemy... za nasze powodzenie... i aby panią przestały gnębić troski...

- Troski? Et, głupstwo troski....

Głos panny Ryty - czy też tej, która pragnęła, aby ją tak nazywano - zabrzmiał wyzywająco.

Siedziała na otomanie, zagłębiona w poduszki, uśmiechnięta zalotnie, a jej policzki barwił rumieniec.

- Ot, tak to lubię!... - podawał kieliszek...

Pochwyciła go chętnie i trąciwszy się lekko z Otockim, wychyliła do dna...

- Brawo! Może jeszcze jeden?...

- Za chwilę!... A teraz proszę usiąść tu blisko koło mnie... na kanapie...

Drgnął. Zachęta aż nadto była wyraźna. Zresztą spodziewał się tej zachęty. Toć już w samochodzie tuliła się doń poufale, a później na schodach, gdy uścisnął jej rączkę, mocno odwzajemniła ten uścisk. Nie będzie jednak natarczywy. Może przódy nastąpią zwierzenia...

Przysiadłszy się tedy jaknajbliżej, tak, że ramieniem ocierał się o nią, oczekiwał, co dalej ona mu powie... Ale spodziewane wyznanie nie następowało... Milczała, odwróciwszy nieco, widocznie zawstydzona, główkę...

- Najprzód miłość... a później zwierzenia! - pomyślał cynicznie - Skoro sama chce...

Pochwycił zgrabne, smukłe paluszki i począł je obsypywać pocałunkami. Kusząco bielało, za pod wyciętej, wieczorowej sukienki obnażone ramię. Wzdłuż tego, ciepłego, a gładkiego, niczem jedwab ramienia, pobiegły jego usta. Nie broniła mu tej pieszczoty... Łakome usta wędrowały coraz wyżej, aż...

Aż krew zamieniła się w lawę...

Otocki nie panował dłużej nad sobą. Porwał w ramiona uroczą kusicielkę, przycisnął z całej mocy do siebie to gibkie i piękne ciało, namiętnie szukając jej ust....

Napróżno...

Umyślnie odwracała głowę czy to przez resztki jakiejś skromności, czy też by bardziej pożądanym stał się pocałunek.

Ale Otocki nachylał się coraz bliżej i już miał swemi wargami dotknąć jej krasnych, jak maliny, warg, gdy wtem spostrzegł coś takiego, co zmusiło go do zaniechania myśli o pocałunku, a nawet wypuszczenia z swych objęć tej, którą za zalotnicę poczytywał...

- Pani płacze?

Po policzkach dziewczyny spływały dwie duże, zdawna hamowane łzy - a samych policzków nie barwił rumieniec. Była ziemisto blada.

- Pani płacze, panno Ryto?

Zrazu ciche, coraz głośniejsze stawały się łkania. Znać było iż pragnie się jeszcze opanować. Daremnie. Przypadła główką do poduszki, leżącej na otomanie i ukrywszy w niej twarz, zaszlochała boleśnie, jak ktoś, kogo spotkało nieszczęście wielkie.

- Ależ, panno Ryto! Czuje się pani dotknięta mojem postępowaniem?? Bardzo mi przykro... Choć doprawdy nie rozumiem - bełkotał, istotnie nie mogąc sobie tego nagłego wybuchu rozpaczy wytłomaczyć.

Nie otrzymał odpowiedzi. Łkania trwały dalej, a ciałem dziewczyny wstrząsał raz po raz nerwowy dreszcz.

- A niech cię licho porwie! - pomyślał ze złością w duchu. - Warjatka! histeryczka! Sama zaczepia niemal na ulicy, później urządza fochy! Jedzie do mnie, robi czułe miny, prosi abym się przysiadł... a kiedym ją pocałował... płacze, spazmuje... Wszystko to jest nadzwyczajne i niezrozumiałe... Tak jak niezrozumiała i podejrzana wydaje się historja z tym nieznajomym i z tą walizeczką.

Z gniewem spojrzał na leżący na otomanie żółty kuferek...

Wypadało jednak być dżentelmenem do końca.

- Panno Ryto - rzekł. - Nie uczynię nadal nic takiego, co pani mogłoby być niemiłe. Nie przywykłem siłą zdobywać kobiety... Wogóle, jeśli pozwoliłem sobie względem niej stać się poufalszym, to częściowo jest pani w tem sama winna.

- Niechże pan... zrozumie... - dobiegł go cichy szept wśród łkań - ja... ja nie... jestem... taka...

- Najzupełniej to rozumiem! - odparł. - Ale pocóż była ta cała komedja? Może zechce mi to pani wytłomaczyć?

- Gdybym mogła...

Otockiego nagle olśniła pewna myśl. Nie darmo pisywał psychologiczne opowiadania. Myśl ta wyjaśniała wszystko - i zrobiło mu się dziewczyny żal. Zbyt egoistycznie ją przed chwilą osądził.

- Skoro pani nie chce, to ja za nią wszystko wypowiem! Tylko proszę skończyć z tem zapieraniem się i udawaniem, bo stawia to panią w fałszywem świetle... Nie zamierzam wdzierać się w cudze życie, ani w cudze tajemnice, ale...

Łkania ucichły. Słuchała teraz uważnie.

- Pragnęła pani ukryć się na dzisiejszą noc tak, aby nikt nie mógł jej odszukać... Może chowa się pani przed tym nieznajomym, który nas napotkał w restauracji? Może przed kim innym... W każdym razie chce pozostać w ukryciu... Czy nie tak? Powtarzam, proszę być szczerą...

Zawahała się chwilę - i lekko skinęła główką.

- Dalej wnioskuję - mówił - że jest pani w Warszawie, samotna, lub nie ma do kogo zwrócić się o pomoc. Pragnęła pani na dzisiejszy wieczór męskiego towarzystwa, sądząc, iż gdy się znajdzie pod męską opieką, prześladowcy nie ośmielą się ją napastować...

- Ach, jak pan odgadł słusznie! - zawołała z podziwem.

- Oto przyczyna naszej znajomości! Choć nie wiedziała pani kim jestem, osoba moja wzbudziła widocznie zaufanie. Później, w restauracji, siedziała pani chwilowo spokojna, ale zamyślona nad swemi kłopotami, wprawiając mnie, oczywiście, w osłupienie... Zapewne rozstalibyśmy się rychło, gdyby nie spotkanie z owym nieznajomym. I mimo, że nadal pani się zapiera, przekonany jestem, że należy on do liczby tych, których się pani obawia...

- Może...

- Należało tedy wynaleźć bezpieczny nocleg, - w jakim nie odnajdą prześladowcy. Takim - stać się mogło moje mieszkanie. Zaproponowała więc pani, iż się do mnie uda... Popełniła tylko błąd wielki... Miast powiedzieć szczerze...

- Boże! czyż mi wolno...

- Powiedzieć tylko tyle: - "jeśli pan jest przyzwoitym człowiekiem, proszę nie zadawać żadnych zapytań i mnie przenocować, nie żądając nic wzamian. Znajduję się w bardzo ciężkiem położeniu, kiedyś wszystko wytłomaczę"...

- Ach...

- Pozwoli pani mi dokończyć... Miast tak postąpić, wolała pani udawać kobietę poszukującą przygód miłosnych, nęcić zapłatą swego ciała, czy pocałunku... Doprowadziło to do niezbyt miłej dla mnie sceny, lecz ja tu winy nie ponoszę...

- Niestety - wyrwał się jej okrzyk gwałtowny - poznałam obłudę i przewrotność męską. Czy który z was zrobi co bezinteresownie? Gotowa byłam naprawdę... ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi...

- Doskonale się stało! Co zaś się przewrotności męskiej tyczy, pozwolę sobie zauważyć, że bywają wyjątki. Proponuję więc pani, aby zechciała tu na kanapie przenocować, podczas gdy ja udam się do sypialni... Zaraz przyniosę kołdrę i poduszki... Jutro zaś opuści pani mieszkanie, o dowolnej porze.

- Pan się zgadza?

- Nie tylko się zgadzam, ale proszę...

Wyszedł do sąsiedniego pokoju i wnet powrócił z pościelą. A gdy powstała z otomany, sam jął szykować posłanie.

Ona podeszła do okna - i spozierając na szarzącą się w pierwszym brzasku lipcowego poranka ulicę - dawno minęła już trzecia - długą chwilę pozostawała w zadumie. Wreszcie cicho wyszeptały jej wargi.

- A jednak... spotkałam... przyzwoitego człowieka!

Otocki, ukończywszy swą "pracę", zatrzymał się w niepewności. Odejść czy pozostać? Czy mimo jego dżentelmeńskiego postępku, nie zdradzi nadal swej tajemnicy. Choć wiele się domyślił i musiała przyznać mu słuszność - w gruncie nie wiedział nic o niej! Czyż ta młodziutka, urocza dziewczyna, dziecko prawie, popełniła czyn jaki, tak straszny, że nawet mogąc liczyć na jego pomoc, woli z tej pomocy nie skorzystać? A nuż chroni zbrodniarkę? Toć ta waliza...

Ale teraz już cofać się było za późno.

- Dobranoc, panno Ryto! - wyrzekł, zamierzając skierować się do sypialni.

Lecz ona, odwróciwszy się od okna, szybko zbliżyła się do niego. Zbliżyła, kładąc mu na ramieniu lekko rączkę. Nie było w tym ruchu nic zmysłowego, ale zato wiele kobiecości i wiele przyjaznego oddania. Było to pełne ufności zbliżenie, niby psa wygonionego na szarugę, który przybłąkał się do przechodnia i bezradnie poczciwemi ślepiami go błaga, aby nie odtrącał od siebie i zabrał, bezdomnego, do ciepłego kąta...

- Rozumiem, że czuć się pan może dotknięty - oświadczyła, jakby odgadując jego myśli, a głos jej od czasu ich znajomości, po raz pierwszy brzmiał ciepło, szczerze - iż nadal mu nie mówię, ani kim jestem, ani jaka to otacza mnie tajemnica...

- Nie śmiem nalegać...

- Ale, jeśli tak postępuję, to tylko dla pańskiego dobra!

- Mojego dobra! - zawołał zdumiony.

- Tak! Grozi mi wielkie niebezpieczeństwo! Większe, niźli pan sobie nawet wyobrazić może...

- Tembardziej...

- Zagrażać ono będzie i tym, którzy staną w mojej obronie...

- Niebezpieczeństwa się nie lękam...

Cień przestrachu przesłonił wypogodzoną już twarzyczkę.

- Był ktoś - wymówiła, powoli, cicho - kto tak się odzywał, jak pan... Dziś nie żyje... Przezemnie zginął...

- Na Boga! - krzyknął. - Cóż to wszystko znaczy? Czemu nie uda się pani po opiekę do władz?

- Policja? Detektywi? - jeszcze większy lęk przemknął w jej oczach. - Nie... nigdy...

- Błagam! Niechże pani, panno Ryto, będzie szczera... Opowie wszystko... Toć słyszę same półsłówka... Chętnie uczynię, co leży w mej mocy...

- Chce pan się narażać dla nieznajomej? Toć nawet gdy dowiedzą się, że nocowałam u pana, pociągnie to nieobliczalne skutki. A może tego nie jestem warta... Dziewczyna zła i przewrotna? Zbrodniarka?

- Nie wierzę...

- Oszukiwałam pana dotychczas - i teraz kłamię.

- Et... Komedja na początku była zbędna, ale im bardziej panią, panno Ryto, poznaję, nabieram przekonania, że musi być pani prawa i szlachetna.

- Bo ja wiem...

Wpijała się w Otockiego wzrokiem, jakby pragnąc wysondować go do dna. Ten, choć z ciekawości drżało w nim wszystko, umyślnie milczał, aby zbytniem naleganiem, nie wzbudzić ponownie nieufności dziwnej osóbki. Wreszcie nie wytrzymał.

- Więc? - bąknął.

- Namyślę się jeszcze! - odparła. - Jeśli się waham, to aby pana nie wciągnąć w ten świat występku i zbrodni. Świat, z którego powrotu niema...

- Ale...

- Może jednak się zdecyduję... Jest pan jedynym człowiekiem, który... Nabrałam zaufania... Tylko nie teraz... Nie ucieknę. Zobaczymy się jutro... Takam zmęczona. Spać... spać... spać... Nie śpię już drugą noc...

W oczach jej Otocki wyczytał mocne postanowienie. Wiedział, że mu wierzy i że jutro wszystkiego się dowie. Ucałowawszy rączkę na pożegnanie - odszedł do sypialni, starannie zamykając drzwi za sobą.

- Jutro...

Długo zasnąć nie mógł. Podniecona wyobraźnia rysowała mu homeryczne boje, zacięte walki w obronie nieznajomej - w obronie panny Ryty... O początkowej dziwaczności jej postępowania - już zapomniał. Wydawała mu się ona uciśnioną księżniczką - uosobieniem czystości i piękna, w którego obronie on stanie...

 

- - - - - - - - - - -

 

Obudził go lekki hałas. Hałas, czy też stuk, dobiegający z sąsiedniego pokoju.

Zaspany, nic pojąć nie mógł w pierwszej chwili. Powoli powracała pamięć. - Ach, prawda... Nie jest w mieszkaniu sam... Obok, znajduje się panna Ryta - nieznajoma...

- Czyżby już wstała?

Wyskoczył z łóżka, szybko naciągnął pyjamę i zastukał.

- Panno Ryto! Pani nie śpi?

Żadnej odpowiedzi.

- Mogę wejść?

Cisza.

Cóż to znaczy? Nacisnął klamkę i nie czekając na zezwolenie, wszedł do gabinetu.

W gabinecie nie było nikogo. Tylko nieco zmięte poduszki na kanapie i odrzucona kołdra świadczyły, iż nieznajoma niedawno opuściła swe posłanie.

- Wyszła?

Wpadł do przedpokoju, zajrzał do kuchenki - pustka. Jakby łudząc się, że przez figle, ukryła się gdzie przed, nim - zawołał ją parę razy po imieniu - napróżno...

Więc wyszła, nie chcąc zdradzić swej tajemnicy? Umyślnie łudziła go, mającemi dziś nastąpić rewelacjami, aby dalej nie nalegał... Wykorzystała bezpieczną kryjówkę - i znikła...

W zamyśleniu, pokiwawszy głową, powrócił do gabinetu.

Wtem drgnął ze zdumienia...

Żółty kufereczek!...

Tak, żółta walizeczka, stała na biurku, na rękopisie rozpoczętej powieści, niby celowo w miejscu widocznem położona - i trudno jej było nie zauważyć...

Pozostawiła tajemniczą walizkę? Tedy opuściła mieszkanie na chwilę i wnet z powrotem się zjawi?

Machinalnie zbliżył się do biurka... - i wpił się w nie wzrokiem...

- Kartka...

Tak, obok walizeczki, spoczywała kartka. Skreślona snać w pośpiechu, nieco nerwowem, ale wytwornem, kobiecem pismem.

Pochwycił ją gorączkowo i przeczytał:

"Drogi wybawco! Proszę się na mnie nie gniewać, ani do mnie nie mieć żalu, że bez pożegnania znikam. Tak będzie lepiej! Wiele wyznań z trudem przecisnęłoby mi się przez usta i jeszcze nie pora na wyjaśnienia. Oddał mi pan usługę wielką - a oddać może jeszcze większą. Pozostawiam żółtą walizeczkę. To dowód największego zaufania, gdyż po wczorajszym wieczorze, ufam panu całkowicie. Jest zamknięta i zawiera pewne dokumenty i przedmioty, jakie niektórzy ludzie pragnęliby zdobyć nawet za pomocą zbrodni. Oto wytłomaczenie, czemu ją u pana chwilowo pozostawiam. Sądzę, iż jest pan dżentelmenem i nie zechce jej otwierać... Kiedy ukończę moje zadanie - wrócę po walizeczkę... Gdybym zaś nie powróciła.. niech pan wie, że nie żyję... Ale miejmy nadzieję.... Błagam więc pana raz jeszcze, aby dobrze schował mój depozyt, strzegł go jak oka w głowie... i nigdy nikomu... ale to absolutnie nikomu.. nie przyznał się, że pozwolił mi u siebie przenocować i że cośkolwiek u niego pozostawiłam... Dałby Bóg, abyśmy zobaczyli się prędko... Ta, którą pan znał - jako, pannę Rytę..."

List uczynił na Otockim takie wrażenie, że aż przeczytał go powtórnie.

Walizeczka zawiera przedmioty i dokumenty, jakie niektórzy ludzie, pragnęliby zdobyć za pomocą zbrodni? Ona ma jakieś zadanie do spełnienia, więcej niż niebezpieczne - bo sama pisze, iż gdyby nie powróciła - oznaczałoby to, że rozstała się z życiem... Zagadki! Toć wczoraj jeszcze nadmieniała, że milczy, nie chcąc go narażać i wciągać w środowisko przestępstwa i grozy - skąd powrotu niema.. Cóż to znaczy?

Ujął do ręki walizkę. Była dość ciężka, jakby napełniona czemś szczelnie...

Rozdział I. Tajemnicza nieznajoma.

 

Otocki raz jeszcze spojrzał w jej duże szafirowe oczy.

Patrzyły zimno, obojętnie. Zniknął z nich wszelki ślad tego uśmiechu, który przed godziną zachęcił go do zaczepienia na ulicy pięknej nieznajomej.

Och, była ładna i zgrabna - ta wysmukła złocista blondynka, o oczach rozmarzonych i chciwych zmysłowych ustach.

Kiedy Otocki ośmielony swobodnym uśmiechem szafirowych oczu może godzinę temu podszedł do młodej kobiety, mniemał, że natrafi na łatwą zdobycz. Tymczasem...

Toć nie świętą jest panienka, spacerująca o jedenastej wieczór po Nowym Świecie i rzucająca przechodniom kuszące spojrzenia. Po paru jednak zamienionych z nią zdaniach, wnet poznał, iż los mu zsyła "coś lepszego". Wyrażała się poprawnie, ba, nawet wytwornie a całe obejście znamionowało osóbkę, która otrzymała staranne wychowanie...

- Czyżby?

W dzisiejszych czasach nie należy niczemu się dziwić. Wielkie księżne bywają kelnerkami w kawiarenkach, hrabianki uprawiają zawód kabaretowych tancerek, a przyzwoitych panienek nie straszy znajomość uliczna.

- Tem lepiej...

Otocki z początku był szczerze rad (który literat nie będzie rad) niezwykłej "miłosnej" przygodzie. Szczególnie, gdy ma lat trzydzieści parę, jest przystojny i pod pozorem zbierania materjału do powieści - niejedną kobietkę uwodzi i nie jednej kobietce daje się uwieść... A tu - osóbka, młoda, urodziwa, elegancka i inteligentna. Poszukująca zapewne wrażeń. Może za tem "poszukiwaniem wrażeń" ukrywa się jakaś głębsza przyczyna? Może posłyszy niezwykłe rewelacje? Zna go z widzenia, wie, iż jest literatem i dlatego dała się łatwo zaczepić. Przywilejem bowiem literatów i to piszących "namiętne opowiadania", jest nietylko powodzenie u niewiast, ale wysłuchiwanie zwierzeń niewieścich...

Lecz jeśli początek "przygody" zapowiadał się wielce ciekawie i wielce obiecująco - rychło przyszło rozczarowanie.

Rozczarowanie osobliwszego rodzaju...

Nie, aby panienka nagle poczęła stroić fochy i udawać "nieprzystępną". Po krótkim spacerze, chętnie zgodziła się udać do restauracji i tam wraz z Otockim spożyć kolację. Ale kiedy znaleźli się w jednym z szykowniejszych kulinarnych przybytków na Nowym Świecie - z równie elegancką panną wszędzie pokazać się wypadało - nagle jej zachowanie uległo zmianie zasadniczej...

Zamilkła - i trudno z niej było słówko wydobyć.

Próżno usiłował Otocki ożywić rozmowę. Poza, zdawkowemi, krótkiemi "tak lub nie", nie otrzymywał innej odpowiedzi. Panienka machinalnie dłubała widelcem w podawanych zakąskach i potrawach - zamyślona, rzekłbyś zapomniawszy o swym towarzyszu.

Wreszcie zaczęło go to niecierpliwić.

- Czy pani ma jaką przykrość? - zapytał obcesowo.

- Ja? - drgnęła lekko - czemu?

- Siedzi pani nieswoja... obca tu duchem...

- Zawsze taka jestem...

- A jednak, gdyśmy się poznali, wydawała się pani weselsza.

- Zdawało się panu...

Znów milczenie.

Otocki postanowił zaryzykować.

- Czyżby jaka tragedja życiowa?

- Ach! - zawołała ze zniecierpliwieniem w głosie - Przypomina mi pan młodego studencika... Ledwie godzinę się znamy, a już... wyspowiadaj się... otwórz swą duszę!... Zapewniam, nie przeżywam żadnej tragedji...

- A jednak...

- Nic...

- To pocoś "oczkowała" do mnie i zgodziła się przyjść na kolację! - mało nie krzyknął Otocki, ale w porę ugryzł się w język.

Istotnie, zachowanie się nieznajomej było coraz bardziej zagadkowe. Czyżby jakie rozczarowanie miłosne i chęć zemsty nad "niewiernym"? Dlatego zgodziła się udać do knajpki, przyjmując zaproszenie pierwszego z brzegu, lepiej prezentującego się, przechodnia. A teraz żałuje...

Choć Otocki był przygotowany na coś "niezwykłego" - nie sądził, że tak nudnie spędzi wieczór.

Na szczęście, w tejże chwili zbliżył się kelner, niosąc maszynkę z czarną kawą i nieodzowną butelkę likieru.

Gdy oddalił się, napełniwszy kieliszki, Otocki trącił swoim o kieliszek sąsiadki, sądząc, iż pod wpływem napoju stanie się szczersza. Próżne jednak pozostały te usiłowania. Nie umoczyła nawet w nim swych ust, jak i poprzednio nie udało mu się jej nakłonić, by wychyliła, choć lampkę wina.

- Nie pije pani?

- Nie znoszę alkoholu....

Dobra towarzyszka! Nie pije, rozmawiać nie chce! Ładnie wpadł! A może, gdy się przedstawi - dotychczas nie wymienił swego nazwiska, ani nie wiedział nawet, jak ona ma na imię - nabierze zaufania i opowie mu, co ją skłoniło do samotnej wędrówki po Nowym Świecie i zawarcia z nim znajomości...

- Czy nie słyszała pani o Otockim? - zadał podstępne zapytanie, w nadzieji, że przeczytawszy którą z jego książek, ucieszy się, poznając autora.

- Nie! A czemu pan zapytuje?

- Ot, tak!... - kłamał - Podobno znany literat pisze dużo powieści...

- Jakie?

- Powieści o niezrozumianych kobietach!.. Pełne wiru namiętności... i miłosnych przygód...

- Głupstw nie czytuję...

Otocki zmięszał się i zaczerwienił gwałtownie. Nie, tego było za wiele i po podobnym wstępie trudno wymieniać swoje nazwisko. Poczuł się dotknięty w swej miłości własnej.

- Ładna, bo ładna - pomyślał - ale dziwnie niemiła i narwana. Pewnie histeryczka...

Postanowił, jaknajszybciej zakończyć "ucztę", zapłacić rachunek... i rozstać się z towarzyszką. Nie tylko wieczór zawiódł wszelkie miłe oczekiwania - ale jeszcze natrafił na taką, która nietylko o nim nie słyszała, ale i jego utwory określiła - jako głupstwo....

Podrażniony, rozglądał się teraz po restauracyjnej sali, nie usiłując nawet nadal podtrzymać rozmowy...

Niezadługo pierwsza. W sali panuje ruch i gwar wielki i wszystkie niemal stoliki są zajęte. Muzyka gra jakąś skoczną melodję, a zewsząd dobiegają śmiechy i wesołe głosy kobiet. Młodych, rozbawionych kobiet...

Nagle uderzył go pewien szczegół.

W drzwiach sali stał wysoki, starszy mężczyzna, ubrany elegancko - ale o dziwnie odpychającym wyrazie twarzy. Istny zły i zawzięty buldog. Stał, patrząc wyraźnie w tym kierunku - lecz znać było, że to nie Otocki zaprząta jego uwagę, a siedząca obok towarzyszka. Gdy podobna niema kontemplacja trwała dłuższą chwilę, Otocki nie wytrzymał i szepnął:

- Jakiś pan podziwia panią usilnie.

- Mnie?

- Proszę spojrzeć...

Siedziała nieco tyłem odwrócona do wejścia. Posłyszawszy uwagę Otockiego nie obejrzała się jednak, a drgnąwszy lekko i pochylając jeszcze niżej głowę, aby nieznajomemu uniemożliwić widocznie bliższe jej rozpoznanie - również szeptem zagadnęła nerwowo.

- Jak wygląda?

- Wysoki... tęgi... starszy pan...

- Łysy? Twarz czerwona, nalana?

- Tak! Zna go pani?

- Nie... e! - wyrzuciła po krótkiem wahaniu.

- Dziwne, że go pani nie zna, a jednak określiła wygląd, nie odwracając się nawet!

- Bo... bo...

Otocki nie nalegał. Ciekaw był co dalej nastąpi. Nieznajomy, który nadal wpijał się wzrokiem w dziewczynę, wykonał raptownie gwałtowny ruch, jakby zamierzając podejść do ich stolika - lecz powstrzymał się. Groźnie tylko zmarszczyły się jego brwi, dokoła ust zarysowała się ironiczna zmarszczka, niby chciał rzec - "spotkamy się jeszcze!" Poczem, powoli, widocznie nie zamierzając w miejscu publicznem wywoływać awantury, wykręcił się i wyszedł z sali.

- Poszedł?

- Tak...

Westchnienie ulgi wyrwało się z jej piersi.

- Czemuż pani tak się przelękła, skoro twierdzi, że nie zna tego jegomościa?

- A... nie... znam... Wcale się nie przelękłam!

- Hm...

Oczy Otockiego pobiegły teraz w kierunku rąk towarzyszki. Wysmukłe, białe paluszki, których nie zdobił żaden pierścionek, drżały widocznie i zaciskały się kurczowo.

Lecz nie ten dowód jawnego niepokoju zainteresował go najbardziej. Mimo uporczywych wykrętów łatwo mógł poznać, że bardzo poruszyło ją nieoczekiwane spotkanie. Ale te delikatne, rasowe paluszki zaciskały się silnie pod stołem dokoła niewielkiej, skórzanej walizeczki. Na walizeczkę Otocki już przedtem zwrócił uwagę i zaciekawiło go, czemu dziewczyna na sekundę nie chce się z nią rozstać. Wykwintny, żółty, maleńki kuferek, taki w jakich artystki przechowują szminki, równie dobrze mogący służyć za schowanko dla biżuterji. Choć tajemnicza osóbka posiadała jeszcze elegancką torebkę - tej walizki nie chciała pozostawić w szatni i zabrawszy ją z sobą, położyła obok na krzesełku. Obecnie trzymając ją kurczowo, ukrywała pod stołem.

- Cóż pani za skarby tam przechowuje? - nie wytrzymał Otocki.

- Gdzie?

- W tej walizeczce, czy też neseserze... Widzę, że chroni ją pani starannie, snać obawiając się, że ów nieznajomy dżentelmen powróci, spostrzeże i porwie...

Cios został wymierzony celnie.

- Ja? Cóż znowu... Skąd pan?...

Teraz jej oczy błyszczały nienawiścią. Powtórzyła z gniewem.

- Skąd pan? Czy pan przypadkiem nie jest detektywem?

- Nigdy nim nie byłem! - odrzekł poważnie - Pozwoli pani, że nareszcie się przedstawię... Moje nazwisko brzmi Otocki... Ten sam, Otocki - dodał, widząc jej zdziwioną minę - który pisze powieści, nie znajdujące uznania w oczach łaskawej pani...

- Ach, to pan...

- Zresztą, niema to nic do rzeczy... Ale doprawdy, znalazłem się dziś w dość głupiej sytuacji... Poznając panią, sądziłem, że jej tylko o miłe przepędzenie wieczoru chodzi. Dumą mnie napawało, iż równie elegancka i urocza dama pragnie mnie przyjąć za towarzysza... Tymczasem...

- Tymczasem?

- Ośmielę się być szczery! Łatwo poznać, że coś panią dręczy i coś niepokoi... Napomykałem niedawno o życiowej tragedji, nie dała się pani wyciągnąć na zwierzenia... Obecnie, mimo zaprzeczeń, spotkanie z owym starszym panem też musi posiadać głębsze znaczenie.. I ta waliza, którą pani tak starannie ukrywa...

- Zapewniam... nic... nic!.. - przerwała gwałtownie - Jest pan na mylnej drodze... Ot, zwykłe kobiece nerwy...

- W takim razie...

- Zepsułam panu wieczór! Tak, panie Otocki, czasami się zdarza! Biedny autor! Koniecznie wynajduje sfinksa w bardzo zwykłej kobietce! Proszę o papierosa...

Zaciągnąwszy się głęboko dymem, spojrzała nań z uśmiechem.

- Pragnie pan czegoś się o mnie dowiedzieć? Jestem kapryśna, zmienna, jak mimoza!... Nieraz nie otwieram ust godzinami! A reszta, to pańskie posądzenia.

Choć Otocki nie odparł ani słówkiem, czuł doskonale, że się nie pomylił i że to, co zdążył zauważyć nie było wytworem "literackiej fantazji". Skoro jednak postanowiła się zapierać. Zrozumiał, iż ani prośbą, ani namowami nic z niej nie wydobędzie...

Najlepiej, jaknajszybciej zakończyć "przygodę".

Posiedziawszy jeszcze czas jakiś - oczywiście w milczeniu - przy stoliku, dla przyzwoitości, zawołał kelnera i uregulował rachunek.

- Późna godzina! - oświadczył krótko, spozierając na zegarek i powstając z miejsca - Czy idziemy?

- Sądzę, że pan mnie samej nie pozostawi w restauracji!

- Pani taka tajemnicza, że doprawdy nie wiem ani czego sobie życzy, ani co zamierza...

- Jak każda niewiasta...

Gdy znaleźli się na ulicy, poufale ujęła go pod ramię. W drugiej rączce nadal mocno trzymała walizkę.

- Czy pan mieszka sam?

Na podobne pytanie najmniej był przygotowany.

- Sam... Szczęśliwie jestem dotychczas kawalerem!. Ale czemu to panią zaciekawia?

- Pragnę pojechać do pana!

- Pani? Do mnie?...

Gdyby Otockiemu, oświadczono, że mają go w tej chwili posiekać na kawałki, głos jego nie zabrzmiałby mniejszem zdziwieniem.

- Do mnie chce pani pojechać? - powtórzył.

- Cóż pana to tak dziwi? - roześmiała się, pokazując rząd białych i równych, jak perełki, ząbków - Nie przywykł szanowny autor do odwiedzin niewieścich?

- Tak... Lecz...

- Bo byłam taka nieznośna przy kolacji... Obiecuję całkowitą poprawę... A może nie jestem ładna i nie podobam się panu dobrodziejowi...

- Pani mi się nie podoba?

W każdym mężczyźnie drzemie ukryty samiec. Choćby ten mężczyzna był najkulturalniejszy. Wystarczy, aby kobieta, która przed chwilą wydawała nam się nudna, rzuciła lekką zachętę - by natychmiast względem niej zmieniło się nasze postępowanie. Otocki nie stanowił wyjątku. Za dotychczasowe przykrości mógł otrzymać rekompensatę. I choć przed chwilą poprzysięgał sobie, że nieznajomą co rychlej pożegna - jął śpiesznie wołać taksówkę.

Pozatem może zaspokoi dręczącą go ciekawość! Och, nietylko o przystojną istotkę mu chodziło, która pragnie odwiedzić jego kawalerskie mieszkanko! Nie tylko! Może tam, zechce ona nareszcie opowiedzieć, co oznacza jej dotychczasowe postępowanie... I ta walizeczka...

Gdyby jednak trochę przezorniejszy był Otocki nie przyjąłby tak pochopnie tych odwiedzin... Na ileż przykrości i skomplikowanych przygód miały one go narazić! Jakże nieprzezorni są literaci...

Tymczasem tajemnicza osóbka, jakby zapomniawszy o dotychczasowym smutku, siedząc w samochodzie i blisko przytulona do niego, mówiła:

- I ja zkolei panu się przedstawię!... Na imię mam Ryta!... Ładne imię?

- Ryta! Bardzo ładne!... Panna, czy też pani Ryta?...

- Panna Ryta, do usług!... Nazwisko zaś moje, niechaj chwilowo pozostanie nieznane...

O nazwisko Otocki nie miał zamiaru obecnie się dopytywać. Pochłonął go inny widok... Pożerał oczami najpiękniejszą nóżkę, jaka kiedykolwiek wychylała się dyskretnie z pod sukienki w Warszawie.