Grzeszne strony namiętności -

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (18,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kinga Litkowiec

Książę mroku

Mar­cus od­wo­ził Me­lis­sę, z któ­rą spo­tkał się kil­ka chwil wcze­śniej. Ko­bie­ta po­pro­si­ła go, by od­wió­zł ją do szko­ły, skąd wcze­śniej ją za­brał. Kie­dy byli już bli­sko, te­le­fon dziew­czy­ny za­dzwo­nił. Wy­ci­ągnęła go z to­reb­ki, a mężczy­zna mi­mo­wol­nie zer­k­nął na wy­świe­tlacz. Do­strze­gł zdjęcie ko­bie­ty, pi­ęk­nej, mu­siał to przy­znać. Nie miał jed­nak szans, żeby przyj­rzeć się jej bli­żej, bo jego to­wa­rzysz­ka ode­bra­ła po­łącze­nie i przy­ło­ży­ła ko­mór­kę do ucha.

- Za­raz będę. Po­cze­kaj na mnie przed szko­łą... Coś mi wy­pa­dło i mu­sia­łam wró­cić do domu - wy­ja­śni­ła po­śpiesz­nie, po czym wrzu­ci­ła te­le­fon do tor­by.

Mężczy­zna za­par­ko­wał na­prze­ciw­ko bu­dyn­ku i zga­sił sil­nik.

- Chy­ba nie mu­szę ci mó­wić, że masz o tym za­po­mnieć? - za­py­tał su­ro­wo.

Dziew­czy­na kiw­nęła gło­wą i wy­szła po­śpiesz­nie z sa­mo­cho­du. Gdy szła w stro­nę szko­ły, od­wró­ci­ła się kil­ka razy w jego stro­nę. Pew­nie za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go wci­ąż tam stoi. On miał jed­nak po­wód. Chciał zo­ba­czyć jej ko­le­żan­kę, któ­rej zdjęcie wzbu­dzi­ło jego za­in­te­re­so­wa­nie. Gdy blon­dyn­ka wcho­dzi­ła już na scho­dy, drzwi otwo­rzy­ły się, a oczom Mar­cu­sa uka­za­ła się ślicz­na bru­net­ka. Upew­nił się, że pod­jął do­brą de­cy­zję, nie na­ru­sza­jąc pa­mi­ęci dziew­czy­ny. Me­lis­sa mia­ła się jesz­cze mu przy­dać.

Tego dnia Mar­cus od­czu­wał chęć za­ba­wie­nia się. Jed­nak to pra­gnie­nie nie mia­ło nic wspól­ne­go z tym, co ro­bił z nie­śmia­łą blon­dyn­ką nie tak daw­no temu. Tym ra­zem po­trze­bo­wał ad­re­na­li­ny. Pra­gnął za­bić...

Po tylu la­tach ob­co­wa­nia z lu­dźmi wie­dział do­kład­nie, gdzie ma pó­jść, żeby do­ko­nać zbrod­ni, któ­ra nie wzbu­dzi ni­czy­je­go za­in­te­re­so­wa­nia. Oczy­wi­ście, mógł za­bić ka­żde­go, jed­nak sprząta­nie po wszyst­kim zaj­mo­wa­ło mu zbyt wie­le cza­su, któ­re­go Mar­cus nie lu­bił mar­no­wać. Za­bi­cie czło­wie­ka, któ­re­go śmie­rć ni­ko­go nie ob­cho­dzi, było po pro­stu ła­twiej­sze.

Prze­cho­dził spo­koj­nie chod­ni­kiem, po ciem­nych uli­cach, wie­dząc, że wła­śnie tu spo­tka ide­al­ną ofia­rę. Kto wie, może na­wet zo­sta­nie spro­wo­ko­wa­ny do za­bi­cia? Mężczy­zna ubra­ny w dro­gie ciu­chy ozna­cza pie­ni­ądze. A w tej dziel­ni­cy nie bra­ko­wa­ło ła­sych na to, co nie było ich. Mar­cus pod­wi­nął ręka­wy ma­ry­nar­ki, eks­po­nu­jąc tym sa­mym zło­ty ze­ga­rek. Z kie­sze­ni wy­ci­ągnął cy­ga­ro i od­pa­lił je z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Wy­czuł to­wa­rzy­stwo, a za­raz pó­źniej zo­ba­czył trzech chło­pa­ków, wy­ła­nia­jących się z jed­nej ze śle­pych uli­czek. Jego uśmiech jesz­cze bar­dziej się po­głębił. Już z tej od­le­gło­ści mógł wy­czuć, ja­kie czar­ne mają du­sze. Pie­kło chęt­nie was przyj­mie, po­my­ślał, po czym za­ci­ągnął się cy­ga­rem, rzu­ca­jąc go na­stęp­nie na uli­cę.

Traf­nie prze­czu­wał, że chłop­cy za­mie­rza­li go ogra­bić. Ile oni mo­gli mieć lat? Sie­dem­na­ście? Z pew­no­ścią byli jesz­cze bar­dzo mło­dzi. Po­my­śleć by mo­żna, że zbyt mło­dzi, aby umie­rać. Jed­nak nie dla Mar­cu­sa. Sta­nęli na chod­ni­ku, chcąc za­blo­ko­wać mu dro­gę uciecz­ki. Gdy­by tyl­ko wie­dzie­li, jaki los ich cze­ka.

- Je­śli chcesz żyć, od­daj for­sę i wszyst­ko, co masz - ode­zwał się je­den z nich.

- Wszyst­ko, co mam? - Mar­cus za­py­tał, uda­jąc za­sko­czo­ne­go, po czym uśmiech­nął się z wy­ższo­ścią. - Wierz mi, nie chcia­łbyś tego.

Dru­gi z chło­pa­ków wy­ci­ągnął nóż, ro­bi­ąc krok w stro­nę mężczy­zny. Ten za­śmiał się gar­dło­wo, czym wpro­wa­dził w osłu­pie­nie swo­ich opraw­ców. Bar­dzo chciał, by ten nóż od­bił mu się od skó­ry. Chciał zo­ba­czyć ich re­ak­cję na ten - ja­kże nie­spo­ty­ka­ny - wi­dok.

- Naj­pierw ze­ga­rek - ode­zwał się ten sam, wy­ci­ąga­jąc rękę w stro­nę Mar­cu­sa. Jego głos jed­nak nie brzmiał już tak pew­nie.

- Je­stem do nie­go przy­wi­ąza­ny - od­pa­rł znu­dzo­ny. - Ku­pi­łem go w Me­dio­la­nie. Pa­mi­ętam ten dzień do­kład­nie, bo trzy go­dzi­ny pó­źniej po­su­wa­łem prze­pi­ęk­ną sza­tyn­kę - do­dał roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Że­by­ście ją wi­dzie­li.

- Za­mknij się i da­waj ten pie­przo­ny ze­ga­rek! - wrza­snął chło­pak z no­żem.

- Na­praw­dę nie mo­głeś po­cze­kać, aż sko­ńczę? Te­raz to na­praw­dę się wkur­wi­łem. - I w tym mo­men­cie ostrze noża po­wędro­wa­ło w stro­nę klat­ki pier­sio­wej Mar­cu­sa. Uśmiech­nął się, gdy prze­bi­ło je­dy­nie ma­te­riał jego ma­ry­nar­ki. - Te­raz chy­ba czas, bym to ja ode­brał wam wszyst­ko, co ma­cie - po­wie­dział ni­skim to­nem.

Jego oczy za­świe­ci­ły się. Trzech opraw­ców z prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wa­ło pło­mie­nie ta­ńczące w źre­ni­cach Mar­cu­sa. Nim do ich mó­zgów do­szła in­for­ma­cja, że trze­ba ucie­kać, zo­sta­li we­pchni­ęci w ciem­ny, śle­py za­ułek, z któ­re­go nie­daw­no wy­szli. Nie byli w sta­nie się po­ru­szyć, bo on tego wła­śnie chciał. Nie miał ocho­ty ba­wić się z nimi dłu­żej, niż było to ko­niecz­ne. Nie tym ra­zem.

Pod­sze­dł do pierw­sze­go z nich. Wy­brał tego, któ­ry się nie ode­zwał, uzna­jąc, że za­słu­gi­wał na najła­god­niej­szą śmie­rć. Przyj­rzał mu się do­kład­nie, nim otwo­rzył usta.

- Jaka szko­da, że nie­na­zna­czo­ny musi też umrzeć - po­wie­dział pod no­sem, jed­nak wy­star­cza­jąco gło­śno, by chło­pak go usły­szał. Uśmiech­nął się po tym sze­ro­ko, wy­ci­ąga­jąc rękę przed sie­bie. - Może nie będzie tak źle - rzu­cił roz­ba­wio­ny.

Jego dłoń wbi­ła się w klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka. Wy­ci­ągnął ją po chwi­li, trzy­ma­jąc w niej jesz­cze bi­jące ser­ce. Jego wła­ści­ciel zsu­nął się bez­wład­nie na brud­ny as­falt. Mar­cus zer­k­nął na dwóch po­zo­sta­łych. W ich oczach nie było już prze­ra­że­nia, zmie­ni­ło się ono w obłęd. Do­brze wie­dzie­li, co ich cze­ka. Spoj­rzał jesz­cze raz na ser­ce, po czym rzu­cił nim w mar­twe cia­ło. Unió­sł dłoń na wy­so­ko­ść twa­rzy i skrzy­wił się na wi­dok ka­pi­ącej krwi.

- Na­wet nie wie­cie, jak bar­dzo nie lu­bię nisz­czyć ubrań. Naj­pierw ty - wska­zał na chło­pa­ka, któ­ry gro­ził mu no­żem. - Po­dziu­ra­wi­łeś mi ma­ry­nar­kę. A te­raz jesz­cze to. Ku­rew­sko ci­ężko zmy­wa się krew z ta­kich ma­te­ria­łów - po­wie­dział te­atral­nie.

Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, któ­ry z nich po­wi­nien zgi­nąć naj­pierw. Tego od noża po­sta­no­wił zo­sta­wić na ko­niec. Pod­sze­dł do dru­gie­go chło­pa­ka i tak jak po­przed­nim ra­zem, do­kład­nie mu się przyj­rzał. Ten jed­nak był już na­zna­czo­ny, choć nie na tyle moc­no, by móc cie­szyć się ży­ciem po ży­ciu. Pal­cem wska­zu­jącym prze­su­nął wzdłuż szyi chło­pa­ka, po czym od­su­nął się o dwa kro­ki. Gdy tyl­ko to zro­bił, gło­wa tego nie­szczęśni­ka za­częła od­ry­wać się od resz­ty cia­ła. Mar­cus po­ża­ło­wał, że nie po­zwo­lił mu krzy­czeć. Jaki to by­łby pi­ęk­ny dźwi­ęk.

Trze­ci chło­pak do­kład­nie wie­dział, co go za chwi­lę cze­ka. Mógł mieć ta­kże prze­czu­cia, że jego śmie­rć będzie naj­gor­sza.

- Nie wiem, w ja­kim stop­niu po­cie­szy cię ten fakt, ale jest szan­sa, że zo­sta­nie­my kum­pla­mi. Oczy­wi­ście po two­jej śmier­ci - po­wie­dział za­do­wo­lo­ny. - Wy­gląda na to, że jesz­cze się spo­tka­my. - Z dło­ni chło­pa­ka wy­jął nóż, wpa­tru­jąc się w nie­go do­dał: - Jed­nak te­raz mu­sisz za­pła­cić za to, co zro­bi­łeś.

Mar­cus przez krót­ki mo­ment roz­my­ślał, gdzie wbić ostrze, by śmie­rć była dłu­ga i bo­le­sna. Za­wió­dł się, gdy wy­czuł czy­jąś obec­no­ść. Ktoś nad­cho­dził, co zu­pe­łnie znisz­czy­ło jego pla­ny.

- Na­wet nie zda­jesz so­bie spra­wy, ja­kie masz szczęście - wy­ce­dził przez zęby.

Nie był z tego za­do­wo­lo­ny, ale nie miał in­ne­go wy­jścia. Wbił nóż w szy­ję chło­pa­ka, kie­ru­jąc ostrze ku gó­rze. Był pe­wien, że prze­bił jego mózg, przez co uśmiech­nął się nie­znacz­nie.

Trzy cia­ła spo­wi­ła czar­na mgła, któ­ra za­częła okrążać ta­kże Mar­cu­sa.

- Czas na mnie.

Za­mknął oczy, nim mgła po­kry­ła go ca­łe­go.

Gdy już zni­kła, nie po­zo­sta­wi­ła żad­ne­go śla­du po za­jściu, ja­kie mia­ło miej­sce.

***

Ka­the­ri­ne lu­bi­ła Me­lis­sę, na­praw­dę ją lu­bi­ła, choć wy­da­wa­ła się jej prze­ci­wie­ństwem. Jed­nak dziew­czy­na była szcze­ra, a przy­naj­mniej sta­ra­ła się taka być. Była też obrzy­dli­wie miła i ża­ło­śnie nie­śmia­ła. Zbyt ła­two mo­żna ją skrzyw­dzić, przez jej kru­cho­ść i ła­two­wier­no­ść. Gdy dzień wcze­śniej nie zja­wi­ła się w szko­le, Ka­the­ri­ne wie­dzia­ła, że coś się wy­da­rzy­ło. Me­lis­sa nie po­tra­fi­ła kła­mać, była w tym na­praw­dę kiep­ska.

- Dziś też za­mie­rzasz znik­nąć? - za­py­ta­ła drwi­ąco blon­dyn­kę, gdy prze­kra­cza­ły bra­mę col­le­ge'u.

- Daj już spo­kój. Mó­wi­łam ci, że mu­sia­łam wró­cić do domu, ale to moja oso­bi­sta spra­wa!

Ka­the­ri­ne po­kręci­ła gło­wą, po­sta­no­wi­ła nie wra­cać wi­ęcej do te­ma­tu. Sko­ro jej przy­ja­ció­łka nie chce mó­wić, czas od­pu­ścić. Wie­dzia­ła o tym do­sko­na­le.

Gdy były już przed scho­da­mi do szko­ły, Me­lis­sa za­ma­rła. Pa­trzy­ła w je­den punkt, wy­da­wa­ło się, że coś nie po­zwa­la jej się ru­szyć.

- Co się sta­ło? - bru­net­ka z tro­ską za­py­ta­ła swo­ją przy­ja­ció­łkę. Jed­nak ta nie od­po­wie­dzia­ła.

Ka­the­ri­ne spoj­rza­ła przed sie­bie, chcąc spraw­dzić, co Me­lis­sa zo­ba­czy­ła, że wpra­wi­ło ją w ta­kie osłu­pie­nie. I wte­dy po raz pierw­szy ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły.

Mężczy­zna pa­trzył na nią, w spo­sób zu­pe­łnie obcy. Mu­sia­ła przy­znać, że był pi­ęk­ny. Nie przy­stoj­ny czy atrak­cyj­ny. Te okre­śle­nia w jego przy­pad­ku by­łby obe­lgą. On był pi­ęk­ny, nie­zwy­kły. Mru­gnęła kil­ka razy, a kie­dy uwol­ni­ła się od hip­no­ty­zu­jące­go spoj­rze­nia mężczy­zny, szturch­nęła ko­le­żan­kę. Ta spoj­rza­ła na nią, na po­cząt­ku jej oczy były jed­nak pu­ste, do­pie­ro po chwi­li mo­żna było do­strzec w nich ja­kie­kol­wiek emo­cje.

- Co? - za­py­ta­ła za­sko­czo­na. - Cze­mu mnie ude­rzy­łaś? - do­da­ła z wy­rzu­tem, ma­su­jąc swo­je ra­mię.

Już chcia­ła coś po­wie­dzieć, jed­nak ten sam mężczy­zna zna­la­zł się wła­śnie obok nich.

- Wi­taj, Me­lis­so - po­wie­dział wol­no.

- Hej - wy­du­ka­ła. - Co ty... Co ty tu ro­bisz? - za­py­ta­ła z tru­dem.

- Dziś or­ga­ni­zu­ję małą im­pre­zę. Po­my­śla­łem, że cię za­pro­szę. Cie­bie i oczy­wi­ście two­ją ko­le­żan­kę.

Wte­dy znów po­pa­trzył na Ka­the­ri­ne. Gdy na nią spoj­rzał, po­now­nie po­czu­ła się jak w tran­sie. Jego oczy mu­szą hip­no­ty­zo­wać - po­my­śla­ła, gdy po raz dru­gi nie po­tra­fi­ła ode­rwać od nie­go wzro­ku. Ciem­no­brązo­we tęczów­ki zda­wa­ły się od­czy­ty­wać jej my­śli. Tak bar­dzo chcia­ła nie pa­trzeć, ale nie po­tra­fi­ła.

- U cie­bie w domu?

Ka­the­ri­ne po raz pierw­szy była tak bar­dzo zła na swo­ją przy­ja­ció­łkę. Jej py­ta­nie spra­wi­ło, że mężczy­zna od­wró­cił od niej wzrok. Po­czu­ła wte­dy pust­kę, jak­by coś wła­śnie jej ode­bra­no.

- Tak. Mam na­dzie­ję, że przyj­dzie­cie - od­po­wie­dział mi­ęk­ko.

Znów od­wró­cił się do bru­net­ki, uśmie­cha­jąc się przy tym de­li­kat­nie. Wy­ci­ągnął dłoń w jej stro­nę.

- Je­stem Mar­cus.

Dziew­czy­na po­da­ła mu swo­ją dłoń, a cie­pły dreszcz prze­szył jej cia­ło.

- Ka­the­ri­ne - po­wie­dzia­ła przez za­ci­śni­ęte gar­dło.

- Miło mi cię po­znać, Ka­the­ri­ne.

- Do cie­bie? - Me­lis­sa po­now­nie spra­wi­ła, że mężczy­zna od­wró­cił wzrok.

- Tak. Ad­res już znasz. - Uśmiech­nął się de­li­kat­nie i do­pie­ro wte­dy pu­ścił dłoń Ka­the­ri­ne. - Na mnie już czas. Do zo­ba­cze­nia.

Od­sze­dł, zo­sta­wia­jąc po so­bie pust­kę i cie­pło na dło­ni dziew­czy­ny. Spoj­rza­ła na nią, po czym wzi­ęła kil­ka głęb­szych wde­chów. To nie mo­gło dziać się na­praw­dę. Wie­dzia­ła, że nie po­win­na do nie­go iść. Wie­dzia­ła, że to naj­gor­szy po­my­sł, na jaki kie­dy­kol­wiek wpa­dła. Ale nie mo­gła zro­bić ina­czej.

- Skąd znasz jego ad­res? - za­py­ta­ła Me­lis­sę, gdy po­zbie­ra­ła swo­je my­śli.

- Po pro­stu znam - od­po­wie­dzia­ła za­wsty­dzo­na. - Idziesz?

Ka­the­ri­ne nie wie­dzia­ła, czy przy­ja­ció­łka pyta ją o szko­łę, czy dom Mar­cu­sa, jed­nak na oba te py­ta­nia od­po­wie­dź brzmia­ła tak samo.

- Tak.

Mar­cus nie mógł so­bie od­pu­ścić. Mu­siał przyj­rzeć się jej z bli­ska, a kie­dy już to zro­bił, wie­dział, że musi ją po­znać. Na­wet w ten sam spo­sób, w jaki po­znał Me­lis­sę. Nie mia­ło to dla nie­go zna­cze­nia. Ka­the­ri­ne była pi­ęk­na, nie­zwy­kła. Była też nie­na­zna­czo­na...

Zor­ga­ni­zo­wa­nie kil­ku lu­dzi nie sta­no­wi­ło dla nie­go pro­ble­mu. Wie­dział, że wie­czo­rem w jego domu zja­wi się ich tylu, ilu so­bie za­ży­czy. Nic, co do­ty­czy­ło zwy­kłych lu­dzi, nie spra­wia­ło mu kło­po­tu. Był prze­cież kimś wa­żniej­szym. Jego pier­wot­ne żądze zo­sta­ły za­spo­ko­jo­ne. Wszyst­kie, z wy­jąt­kiem jed­nej. Mar­cus po­trze­bo­wał ko­bie­ty. W tym nie­wie­le ró­żnił się od zwy­kłe­go śmier­tel­ni­ka. Za­nim uma­rł, seks był jego ulu­bio­ną roz­ryw­ką. To się nie zmie­ni­ło. Chciał jed­nak po­cze­kać do wie­czo­ra, chciał mieć swo­im łó­żku pi­ęk­ną Ka­the­ri­ne. Mu­siał ją mieć. Już daw­no żad­na ko­bie­ta tak bar­dzo mu się nie spodo­ba­ła. Już daw­no żad­nej nie pra­gnął tak bar­dzo. Zbyt wie­le ich było, by wzbu­dzić w nim za­chwyt. A jed­nak jej się uda­ło.

Ka­the­ri­ne uda­wa­ła obo­jęt­no­ść, gdy roz­ma­wia­ła z Me­lis­są o ta­jem­ni­czym mężczy­źnie. Po­wie­dzia­ła jej, że pój­dzie do nie­go, bo nic lep­sze­go nie ma dziś w pla­nach. Brzmia­ła dość prze­ko­nu­jąco, bo w oczach przy­ja­ció­łki nie zo­ba­czy­ła ni­cze­go, co mo­gło­by ozna­czać, że jej nie wie­rzy.

Me­lis­sa jed­nak czu­ła, że to Ka­the­ri­ne wzbu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie Mar­cu­sa. Była za­zdro­sna i za­częła ob­wi­niać sama sie­bie. Może, gdy­by nie po­szła z nim do łó­żka, nie prze­sta­łby się nią in­te­re­so­wać? Na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, jak bar­dzo się my­li­ła.

Gdy na­stał wie­czór, Ka­the­ri­ne przy­gląda­ła się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Jej czer­wo­na su­kien­ka z ce­ki­na­mi ide­al­nie pod­kre­śla­ła fi­gu­rę, ale tego wła­śnie chcia­ła. Zro­bić wra­że­nie. Zie­lo­ny cień kon­tra­sto­wał z brązo­wy­mi ocza­mi, a cze­ko­la­do­we wło­sy pod­kre­śla­ły opa­lo­ną bu­zię. Była za­do­wo­lo­na, uśmiech­nęła się do swo­je­go od­bi­cia, po czym pod­kre­śli­ła war­gi bez­barw­nym błysz­czy­kiem. Me­lis­sa wy­sła­ła jej wia­do­mo­ść, że cze­ka na nią w sa­mo­cho­dzie. Dziew­czy­na zła­pa­ła parę czer­wo­nych szpi­lek. Za­nim je za­ło­ży­ła, jesz­cze raz zer­k­nęła w lu­stro, by upew­nić się, że wy­bra­ła ide­al­ny strój.

Wsia­dła do sa­mo­cho­du przy­ja­ció­łki, otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, wi­dząc, jak ta się ubra­ła. Bia­ła su­kien­ka od­kry­wa­ła nie­mal wszyst­ko, a prze­cież Me­lis­sa tak się nie ubie­ra. Chcia­ła za­py­tać, ale zna­ła od­po­wie­dź. Wte­dy wie­dzia­ła, że nie po­win­na z nią je­chać. Nie mo­gła zro­bić tego je­dy­nej oso­bie, któ­rej na niej za­le­ża­ło. Jed­nak było już za pó­źno.

Dom Mar­cu­sa był osza­ła­mia­jący, nie­mal tak samo, jak jego wła­ści­ciel. Ka­the­ri­ne we­szła tam z sil­nym po­sta­no­wie­niem. Mu­sia­ła trzy­mać się z da­le­ka od tego mężczy­zny. Za­nim po­go­dzi­ła się z tym, że Mar­co nie jest dla niej, on zja­wił się na­prze­ciw­ko niej. Bez sło­wa wska­zał dło­nią sa­lon, w któ­rym od­by­wa­ła się im­pre­za. Pu­ścił je przo­dem, a kie­dy Ka­the­ri­ne spoj­rza­ła na nie­go przez ra­mię, za­uwa­ży­ła, jak in­ten­syw­nie się w nią wpa­tru­je. Za­drża­ła. Nie­mal po­tknęła się o wła­sne nogi. Nie po­win­na tu przy­cho­dzić.

Przez dwie go­dzi­ny mężczy­zna nie za­szczy­cił jej na­wet chwi­lą roz­mo­wy. Za to wi­dzia­ła, jak za­mie­nił kil­ka zdań z Me­lis­są. Po­win­na się cie­szyć, bo prze­cież tego wła­śnie chcia­ła. Ale nie po­tra­fi­ła. Wy­pi­ła o je­den drink za dużo, przez co za­kręci­ło się jej w gło­wie. Wsta­ła z fo­te­la i prze­szła przez sa­lon. Nie po­win­na tego ro­bić, jed­nak ru­szy­ła w głąb ko­ry­ta­rza, po­nie­waż na jego ko­ńcu za­uwa­ży­ła bal­kon. Po­trze­bo­wa­ła świe­że­go po­wie­trza. Nie była pi­ja­na, jed­nak do tego sta­nu nie­wie­le jej już bra­ko­wa­ło. Otwo­rzy­ła drzwi i po­de­szła do ba­rier­ki. Wi­dok mo­rza był za­chwy­ca­jący, na­wet o tak pó­źnej po­rze.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Pod­sko­czy­ła na dźwi­ęk ni­skie­go gło­su Mar­cu­sa. Od­wró­ci­ła się do nie­go i za­nim od­po­wie­dzia­ła, przyj­rza­ła mu się uwa­żnie. Miał na so­bie czar­ne je­an­sy i T-shirt w tym sa­mym ko­lo­rze z de­kol­tem w kszta­łcie li­te­ry V. Krót­kie ręka­wy opi­na­ły mi­ęśnie jego ra­mion, przez co Ka­the­ri­ne zro­bi­ło się cie­plej. Na jej uczel­ni nie ma ta­kich mężczyzn. Chy­ba ni­g­dzie ta­kich nie ma.

- Po­trze­bo­wa­łam świe­że­go po­wie­trza. - Uśmiech­nęła się, po czym od­wró­ci­ła się ty­łem do mężczy­zny. - Prze­pra­szam, że tu przy­szłam bez py­ta­nia. Nie chcia­łam ci prze­szka­dzać - do­da­ła spo­koj­nie.

Szyb­ko po­czu­ła jego obec­no­ść tuż za sobą. Był na­praw­dę bli­sko. Po­ło­żył dło­nie na ba­rier­ce, obok jej dło­ni. Czu­ła jego od­dech na swo­jej szyi. Mia­ła wra­że­nie, że sama prze­sta­ła od­dy­chać.

- Nie prze­pra­szaj, Ka­the­ri­ne. Nie masz za co - wy­szep­tał do jej ucha.

- Masz pi­ęk­ny wi­dok. - Chcia­ła zmie­nić te­mat i prze­stać my­śleć o mężczy­źnie, któ­re­go cia­ło czu­ła na swo­ich ple­cach.

- Zga­dza się, jest pi­ęk­ny - po­wie­dział ochry­ple.

Ka­the­ri­ne mia­ła prze­czu­cie, że wca­le nie mó­wił o wi­do­ku z bal­ko­nu.

Jed­na z jego dło­ni pu­ści­ła ba­rier­kę. Po chwi­li po­czu­ła ją na swo­im ra­mie­niu, gdy od­gar­niał jej wło­sy. Wci­ągnęła gło­śno po­wie­trze, czu­jąc na szyi jego cie­płe usta. Chcia­ła to prze­rwać, ale za­bra­kło jej sil­nej woli. Za­miast tego, przy­mknęła oczy, od­da­jąc się mężczy­źnie. Zła­pał jej bio­dro i przy­ci­snął ją do sie­bie. Znów wci­ągnęła po­wie­trze. Czu­ła go. Czu­ła, jaki jest twar­dy. I chcia­ła po­czuć to w zu­pe­łnie in­nym miej­scu. Ści­snęła moc­niej ba­rier­kę, gdy dru­gą dło­nią od­chy­lił jej gło­wę do tyłu, opie­ra­jąc ją na ra­mie­niu. Wci­ąż ca­ło­wał jej szy­ję. Jęk­nęła ci­cho, gdy jego zęby wgry­zły się de­li­kat­nie w jej szy­ję, po­czu­ła to aż w pod­brzu­szu. Może jesz­cze ni­żej.

Prze­stra­szy­ła się, że ktoś może ich zo­ba­czyć. Nie zda­wa­ła so­bie jed­nak spra­wy, że Mar­cus za­dbał o to, by byli nie­wi­dzial­ni. Nie zna­ła go, nie wie­dzia­ła, kim jest, a mimo wszyst­ko po­zwo­li­ła mu ma to. Na­wet nie pró­bo­wa­ła z tym wal­czyć.

Gdy po­ru­szy­ła bio­dra­mi, ota­rła się po­ślad­ka­mi o jego pe­ni­sa, na co Mar­cus wark­nął do jej ucha i na­pa­rł na nią moc­niej. Znów jęk­nęła, tym ra­zem gło­śniej.

- Pra­gnę cię, Ka­the­ri­ne - wy­szep­tał.

Mu­sia­ła ucie­kać. Nie mo­gła z nim tego zro­bić. Nie była taka. Ni­g­dy nie po­szła do łó­żka z kimś, kogo nie zna­ła wy­star­cza­jąco do­brze. Zna­la­zła w so­bie reszt­ki sil­nej woli i od­wró­ci­ła się do nie­go. Pa­trzył na nią przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi, z tru­dem zła­pa­ła od­dech. A sło­wa, któ­re wy­pły­nęły z jej ust, wca­le nie chcia­ły z nich wy­cho­dzić.

- Prze­pra­szam, ale mu­szę już iść - rzu­ci­ła ner­wo­wo.

Mar­cus od­su­nął się od niej o dwa kro­ki. Z tru­dem go wy­mi­nęła, po czym wró­ci­ła do domu. Mu­sia­ła zna­le­źć Me­lis­sę. Mu­sia­ła ucie­kać.

Gdy w ko­ńcu od­na­la­zła przy­ja­ció­łkę, mia­ła pro­blem z prze­ko­na­niem jej do wy­jścia.

- To nie tak da­le­ko. Od­wieź mnie tyl­ko i mo­żesz tu wró­cić - bła­ga­ła.

Me­lis­sa do­szła do wnio­sku, że to do­bry po­my­sł. Prze­cież będzie mia­ła Mar­cu­sa dla sie­bie. Wró­ci w ci­ągu dwu­dzie­stu mi­nut, może na­wet nie za­uwa­ży, że znik­nęła.

Mar­cus stał na bal­ko­nie przez wie­le dłu­gich mi­nut. Ta dziew­czy­na była pierw­szą, któ­ra mu od­mó­wi­ła. Sta­ła się przez to jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­jąca. Mu­siał wie­dzieć, co w niej ta­kie­go jest.

Gdy wró­cił do środ­ka, już jej nie było. Wie­dział to wcze­śniej. Ucie­kła. Ro­zej­rzał się po sa­lo­nie. Jego plan się nie zmie­nił. Po­trze­bo­wał ko­bie­ty. Choć żad­na z obec­nych nie mo­gła się rów­nać z pi­ęk­ną Ka­the­ri­ne, nie za­mie­rzał wy­brzy­dzać.

Wte­dy ktoś wsze­dł do domu. Me­lis­sa. Była nie­ste­ty sama, a on wie­dział, po co wró­ci­ła. Nie był prze­ko­na­ny do tej dziew­czy­ny. Prze­cież ni­czym go nie za­sko­czy­ła. Jed­nak z dru­giej stro­ny, mógł do­wie­dzieć się wi­ęcej o Ka­the­ri­ne.

W kwa­drans w domu Mar­cu­sa nie zo­stał nikt, oprócz blon­dyn­ki. Spoj­rzał na nią, gdy sta­ła przy oknie, przy­gląda­jąc mu się wy­cze­ku­jąco. Skrzy­wił się nie­znacz­nie na jej wi­dok. Wy­gląda­ła jak zwy­kła dziw­ka. A Mar­cus nie lu­bił dzi­wek, naj­częściej je za­bi­jał. Jed­nak Me­lis­sa nią nie była. Chcia­ła za­pew­ne zwró­cić na sie­bie jego uwa­gę.

- Ści­ągnij su­kien­kę i zwi­ąż wło­sy w ku­cyk - roz­ka­zał.

Blon­dyn­ka była za­sko­czo­na, ale wy­ko­na­ła jego po­le­ce­nie.

Bez wy­uz­da­nej kiec­ki i moc­no na­ta­pi­ro­wa­nych wło­sów, wy­gląda­ła le­piej. Tyl­ko ten ma­ki­jaż. Mar­cus miał ocho­tę ka­zać jej go zmyć, ale to za­jęło­by zbyt wie­le cza­su, a on nie chciał go mar­no­wać.

- Po­wiedz mi coś o Ka­the­ri­ne.

- Dla­cze­go? - Me­lis­sa za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

Była za­zdro­sna. Mar­cus wie­dział o tym, ale mało go to ob­cho­dzi­ło. Na­stęp­ne­go dnia dziew­czy­na mia­ła nie pa­mi­ętać zbyt wie­le.

- Je­stem cie­kaw. Chy­ba mo­żesz to dla mnie zro­bić?

Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. Nie chcia­ła o niej roz­ma­wiać. Za­pew­ne nie chcia­ła w ogó­le roz­ma­wiać.

- Na­zy­wa się Ka­the­ri­ne Par­ker. Je­ste­śmy na tym sa­mym roku, ale ona jest ode mnie star­sza. W ze­szłym mie­si­ącu sko­ńczy­ła dwa­dzie­ścia czte­ry lata. Za rok chce stu­dio­wać na uczel­ni w Long Be­ach, ale sama jesz­cze nie wie, co. Zga­du­ję, że do trzy­dziest­ki będzie się uczyć, a pó­źniej i tak nie znaj­dzie do­brze płat­nej pra­cy. Poza tym, wca­le nie musi pra­co­wać. Jej ro­dzi­ce są bo­ga­ci...

- Wy­star­czy.

Mar­cus mu­siał prze­rwać ten sło­wo­tok. Nie o ta­kie in­for­ma­cje mu cho­dzi­ło. Poza tym Me­lis­sa, jako przy­ja­ció­łka, za­częła mó­wić o Ka­the­ri­ne mało przy­chyl­nie.

Lu­dzie są tacy fa­łszy­wi, po­my­ślał, gdy do­szło do nie­go, że blon­dyn­ka chcia­ła go znie­chęcić do obiek­tu jego za­in­te­re­so­wa­nia. Wła­śnie dla­te­go cie­szył się, że jest mar­twy. W świe­cie de­mo­nów jest zde­cy­do­wa­nie ła­twiej.

Zo­sta­ło mu już tyl­ko to, po co do nie­go przy­szła. A po wszyst­kim mu­siał po­zmie­niać kil­ka fak­tów w jej wspo­mnie­niach.

Ka­the­ri­ne czu­ła się wy­ko­ńczo­na, gdy wró­ci­ła do swo­je­go miesz­ka­nia. Jej puls wci­ąż był przy­śpie­szo­ny. Nie mo­gła się sku­pić. Nie mo­gła wy­ma­zać go z pa­mi­ęci. On wci­ąż stał przed jej ocza­mi. Mia­ła wra­że­nie, że za­czy­na wa­rio­wać. W pew­nym mo­men­cie po­ża­ło­wa­ła na­wet, że nie zro­bi­ła tego, na co mia­ła tak wiel­ką ocho­tę.

Ro­ze­bra­ła się, zmy­ła ma­ki­jaż i za­nu­rzy­ła w go­rącej wo­dzie. Chcia­ła prze­stać o nim my­śleć, jak­by to w ogó­le mo­gło być mo­żli­we. Sta­ra­ła się sku­pić na pla­nach na ko­lej­ny dzień. Prze­cież nad­cho­dził jej upra­gnio­ny week­end. Wszyst­ko było tak trud­ne, gdy on nie chciał wy­jść z jej gło­wy. Wci­ąż czu­ła jego do­tyk, po­ca­łun­ki, ja­kie skła­dał na jej szyi. Nie wy­my­śli­ła tego, na­praw­dę czu­ła miej­sca, któ­rych do­ty­kał.

***

Ka­the­ri­ne uśmiech­nęła się na wi­dok wody. Było cie­pło i bez­wietrz­nie. Po­go­da zda­wa­ła się ide­al­na do pły­wa­nia. Me­lis­sa mia­ła do­bry po­my­sł na spędze­nie tego dnia. Kil­ka go­dzin nic­nie­ro­bie­nia, bez na­uki, bez obo­wi­ąz­ków. Tego po­trze­bo­wa­ła, mu­sia­ła od­po­cząć. Roz­ło­ży­ła ręcz­nik na pia­sku, usia­dła na nim i za­częła wkle­py­wać w cia­ło bal­sam prze­ciw­sło­necz­ny. Jej kar­na­cja bez sło­ńca była wy­star­cza­jąco ciem­na, a la­tem, mimo sta­rań, sło­ńce jej nie od­pusz­cza­ło. Me­lis­sa była jej kon­tra­stem. Mia­ła por­ce­la­no­wą kar­na­cję i nie­mal bia­łe wło­sy. Była też drob­niej­sza, o fi­li­gra­no­wej fi­gu­rze.

- Po­sma­ro­wać ci ple­cy?

Zna­ła ten głos, dud­nił cały czas w jej uszach. Od­wró­ci­ła wol­no gło­wę w jego stro­nę. Stał nad nią, ubra­ny je­dy­nie w szor­ty, si­ęga­jące mu przed ko­la­na. Spoj­rza­ła na jego nagi tors, pó­źniej na mi­ęśnie brzu­cha. Był ide­al­ny. Co on tu robi? Nie wie­dzia­ła, czy chce znać od­po­wie­dź na to py­ta­nie.

- Nie, dzi­ęku­ję. Po­ra­dzę so­bie - od­po­wie­dzia­ła ner­wo­wo.

- Daj spo­kój, Ka­the­ri­ne. Chcę tyl­ko ci po­móc - po­wie­dział mi­ęk­ko Mar­cus.

Nie była prze­ko­na­na, jed­nak ski­nie­niem gło­wy po­zwo­li­ła mu na to. Za­brał od niej bal­sam i klęk­nął tuż za jej ple­ca­mi. Po­czu­ła cie­pło na swo­ich bar­kach, to cie­pło za­częło si­ęgać da­lej. Gdy jej do­ty­kał, nie była w sta­nie sku­pić się na ni­czym wi­ęcej. Pra­gnęła, by już ni­g­dy nie prze­sta­wał. Jego pal­ce prze­je­cha­ły wzdłuż kręgo­słu­pa, mruk­nęła ci­cho, ma­jąc na­dzie­ję, że tego nie usły­szał. Usły­szał.

- Dla­cze­go wczo­raj ucie­kłaś? - wy­szep­tał jej do ucha.

Było jej ci­ężko od­po­wie­dzieć, wy­du­sić z sie­bie choć jed­no sło­wo, gdy jego dło­nie pie­ści­ły jej skó­rę. Za­pra­gnęła, by do­ty­kał jej ca­łe­go cia­ła, jed­nak szyb­ko od­go­ni­ła te my­śli. Tak, jak­by bała się, że je usły­szy. Wie­dzia­ła, że mowa jej cia­ła zdra­dza już zbyt wie­le.

- Za dużo wy­pi­łam - rzu­ci­ła z tru­dem.

- A jaki jest praw­dzi­wy po­wód? Nie kłam. Na­wet kie­dy nie wi­dzę two­jej twa­rzy, do­sko­na­le wiem, gdy nie mó­wisz praw­dy.

- Po pro­stu nie chcia­łam dłu­żej być u cie­bie.

- Zjedz ze mną ko­la­cję.

To nie brzmia­ło jak pro­śba, ra­czej roz­kaz. Ka­the­ri­ne chcia­ła od­mó­wić, ale za­miast tego, od­po­wie­dzia­ła mu ski­ni­ęciem gło­wą. Była zła na sie­bie. Za to Mar­cus wręcz prze­ciw­nie.

Na­gle dziew­czy­na do­strze­gła Me­lis­sę. Zmie­sza­ła się, gdy ta szła w ich kie­run­ku. Jej re­ak­cja była jed­nak inna, niż się spo­dzie­wa­ła. Blon­dyn­ka uśmiech­nęła się na ich wi­dok i po­ło­ży­ła się na swo­im ręcz­ni­ku, w od­le­gło­ści kil­ku me­trów od nich. Wy­gląda­ło to tak, jak­by nie chcia­ła im prze­szka­dzać. Wszyst­ko ro­bi­ło się zbyt dziw­ne.

- Pój­dę po­pły­wać - Ka­the­ri­ne po­wie­dzia­ła po chwi­li, uno­sząc się z ręcz­ni­ka, a ta­kże po­zba­wia­jąc swo­je­go cia­ła tak przy­jem­ne­go do­ty­ku jego dło­ni.

Za­nu­rzy­ła sto­py w wo­dzie, po czym zro­bi­ła kil­ka ko­lej­nych kro­ków. Nie chcia­ła się od­wra­cać i nie zro­bi­ła tego. Za­częła pły­wać, sta­ra­jąc się nie my­śleć o mężczy­źnie, któ­ry z pew­no­ścią ją ob­ser­wo­wał.

Pa­trzył na nią w za­du­mie. Ucie­ka­ła od nie­go, jako je­dy­na była w sta­nie uciec. Nie ro­zu­miał tego, bo jej cia­ło krzy­cza­ło, żeby się nim za­jął. Tego był pe­wien. Gdy­by tyl­ko mógł zo­stać z nią sam na sam... Ko­la­cja była ide­al­nym po­my­słem, o ile Ka­the­ri­ne nie zmie­ni zda­nia. Była inna, wie­dział to.

Po­my­ślał, że woda mo­gła­by nie być tak spo­koj­na, wte­dy Ka­the­ri­ne po­trze­bo­wa­ła­by po­mo­cy, a on chęt­nie zo­sta­łby jej bo­ha­te­rem. Mógł to zro­bić, po­ru­sze­nie wody nie było czy­mś, z czym Mar­cus mia­łby pro­blem. Jed­nak nie zro­bił tego. Chciał ją zdo­być sam, to było wy­zwa­nie, ja­kie­go mu­siał się pod­jąć. Ona go fa­scy­no­wa­ła, było w niej coś, cze­go nie do­strze­gł u żad­nej in­nej ko­bie­ty.

Kąpiel mia­ła uspo­ko­ić Ka­the­ri­ne, ostu­dzić cie­pło, któ­re wci­ąż czu­ła na swo­ich ple­cach. Po­win­na od­wo­łać ko­la­cję, bo do­my­śla­ła się, jak to wszyst­ko może się sko­ńczyć. Jed­nak nie mo­gła tego zro­bić. Ona nie zmie­nia­ła zda­nia, za­wsze do­trzy­my­wa­ła obiet­nic i ni­g­dy nie wy­ja­wia­ła czy­ichś ta­jem­nic. Cza­sa­mi się za to nie­na­wi­dzi­ła, bo była zbyt mo­ral­na, a to w jej ro­dzi­nie nie było mile wi­dzia­ne. Dla­te­go ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li ku­pić jej miesz­ka­nie, żeby nie wtrąca­ła się w ich in­te­re­sy, któ­re uwa­ża­ła za nie­uczci­we. Od­ci­ęli ją od sie­bie, twier­dząc, że to dla jej do­bra. Może tak było, Ka­the­ri­ne ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­ła.

Wy­szła z wody, do­pie­ro wte­dy spoj­rza­ła w stro­nę Mar­cu­sa, któ­ry stał wci­ąż w tym sa­mym miej­scu. W dło­niach trzy­mał jej ręcz­nik, a na ten wi­dok cała się spi­ęła. Nie wie­dzia­ła, czy uda jej się wy­trzy­mać ko­lej­ny do­tyk. Jed­nak nie mo­gła uciec, nie była też w sta­nie po­wstrzy­mać go od tego, co za­mie­rzał zro­bić. Nie, kie­dy sta­nęła przed nim i spoj­rza­ła w jego oczy. Po­czu­ła mi­ęk­ki ma­te­riał na swo­jej skó­rze, ale jej wzrok wci­ąż utkwio­ny był w brązo­we tęczów­ki mężczy­zny.

- Lu­bię, kie­dy tak na mnie pa­trzysz.

Uśmiech­nął się de­li­kat­nie, na co Ka­the­ri­ne od­wró­ci­ła się za­wsty­dzo­na.

- Prze­pra­szam. Po pro­stu masz nie­zwy­kłe oczy.

Wie­dzia­ła, jak to za­brzmia­ło, ale to była praw­da. Mar­cus jed­nak po­głębił uśmiech, po czym znów zła­pał z nią kon­takt wzro­ko­wy. Lu­bi­ła na nie­go pa­trzeć, choć wsty­dzi­ła się tego, ale naj­bar­dziej po­do­ba­ło się jej, gdy on pa­trzył na nią w ten spo­sób. Bała się tego spoj­rze­nia i jed­no­cze­śnie pra­gnęła go, tak bar­dzo, jak pra­gnęła po­wie­trza.

Za­sta­na­wia­ła się, czy Mar­cus zo­sta­nie do ko­ńca dnia, czy zo­sta­wi ją i Me­lis­sę. Nie wie­dzia­ła na­wet, co bar­dziej by ją ucie­szy­ło. Szyb­ko do­sta­ła od­po­wie­dź na swo­je py­ta­nie. Mężczy­zna po­że­gnał się z nią i po­in­for­mo­wał, że przy­je­dzie pod jej miesz­ka­nie o dzie­wi­ęt­na­stej. Do­pie­ro po chwi­li do­szło do niej, że nie miał jej ad­re­su. A może miał? Tak, Ka­the­ri­ne prze­czu­wa­ła, że wie o niej wi­ęcej, niż jej się wy­da­je.

***

Drża­ła, gdy cze­ka­ła na nie­go. Coś, co scho­wa­ne było głębo­ko w jej gło­wie, krzy­cza­ło, że robi wiel­ki błąd. Ko­bie­ca in­tu­icja? In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy? A może jej wy­obra­źnia? Nie ro­zu­mia­ła, co się z nią dzie­je. Nic nie wie­dzia­ła o mężczy­źnie, z któ­rym zgo­dzi­ła się pó­jść na rand­kę. Zna­ła je­dy­nie jego imię i ad­res. Nic wi­ęcej. Nie zdra­dził jej swo­je­go na­zwi­ska czy wie­ku. Ser­ce za­bi­ło jej szyb­ciej, gdy zro­zu­mia­ła, że po raz pierw­szy tak ry­zy­ku­je. Je­dzie gdzieś z nie­zna­jo­mym mężczy­zną. Uwa­ża­ła się za roz­wa­żną, jed­nak w tam­tej chwi­li była lek­ko­my­śl­na.

Wy­bi­ła dzie­wi­ęt­na­sta. Ka­the­ri­ne wyj­rza­ła przez okno, za­uwa­ży­ła tyl­ko je­den sa­mo­chód. To on? To mu­siał być on. Wy­szła po­śpiesz­nie z miesz­ka­nia, po­nie­waż nie lu­bi­ła, gdy ktoś na nią cze­kał. Była punk­tu­al­na, zbyt po­ukła­da­na jak na świat, w któ­rym żyła. W win­dzie za­sta­na­wia­ła się, czy jej strój nie jest zbyt uwo­dzi­ciel­ski. Dla­cze­go za­miast spodni i ko­szu­li za­ło­ży­ła srebr­ną su­kien­kę z od­kry­ty­mi ple­ca­mi? Dla­cze­go tak pó­źno za­częła się nad tym za­sta­na­wiać? Drzwi win­dy otwo­rzy­ły się, prze­szła wol­nym kro­kiem w stro­nę wy­jścia. Zła­pa­ła za klam­kę, po czym wy­szła na ze­wnątrz, od razu go za­uwa­ży­ła. Cze­kał na nią, pod­sze­dł, po­ło­żył dłoń na jej ple­cach i po­pro­wa­dził do sa­mo­cho­du. Ko­bie­ta znów za­drża­ła, jak za ka­żdym ra­zem, gdy jego dło­nie do­ty­ka­ły jej na­giej skó­ry.

Mar­cus po raz ko­lej­ny po­my­ślał, że le­piej by­ło­by tro­chę po­móc szczęściu. Pra­gnie­nie wy­da­wa­ło się roz­pa­lać jego mar­twe cia­ło. Gdy­by sie­dzia­ła obok nie­go inna ko­bie­ta, jego dłoń już daw­no zna­la­zła­by się pod su­kien­ką. Ale z nią mu­siał uwa­żać lub za­grać nie­czy­sto. Ten po­my­sł po­do­bał mu się co­raz bar­dziej.

- Mogę cię o coś za­py­tać? - słod­ki głos Ka­the­ri­ne wy­rwał go z my­śli.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dział przez za­ci­śni­ęte gar­dło, sta­ra­jąc się sku­pić na dro­dze, za­miast na no­gach dziew­czy­ny.

- Kim je­steś?

Za­śmiał się. Gdy­by tyl­ko wie­dzia­ła, kim Mar­cus był na­praw­dę.

- Py­tasz mnie o za­wód?

- Py­tam ogól­nie. Nie wiem, ile masz lat, jak masz na na­zwi­sko, czym się zaj­mu­jesz. A mimo to jadę z tobą do... - Prze­rwa­ła na chwi­lę, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wia­ła. - Na­wet nie wiem, gdzie mnie wie­ziesz.

- To spo­ro py­tań - przy­znał roz­ba­wio­ny. - A więc... Na­zy­wam się Mar­cus Col­lins i mam trzy­dzie­ści lat. - Plus ja­kieś kil­ka­set. - Nie pra­cu­ję, bo nie mu­szę, odzie­dzi­czy­łem spo­rą for­tu­nę - skła­mał. - A je­dziesz ze mną, bo tego chcesz. Wsia­dłaś do mo­je­go sa­mo­cho­du, nie zna­jąc celu pod­ró­ży, po­nie­waż wła­śnie tego pra­gniesz, Ka­the­ri­ne. Pra­gniesz być zda­na na mnie.

Spoj­rzał na nią, nie wy­gląda­ła na wy­stra­szo­ną. Była ra­czej za­sko­czo­na jego szcze­ro­ścią, a ta­kże za­wsty­dzo­na tym, że miał ra­cję. Bo miał. Mar­cus to wie­dział.

- Gdzie do­kład­nie je­dzie­my? - za­py­ta­ła ci­cho.

- Do mnie.

Nie po­tra­fił po­wstrzy­mać uśmie­chu, gdy wy­obra­ził ją so­bie w swo­im łó­żku. Kil­ka go­dzin wcze­śniej wi­dział ją już w stro­ju kąpie­lo­wym, gdy­by był czło­wie­kiem, rze­kłby, że tego wi­do­ku nie za­po­mni już do ko­ńca ży­cia.

Ka­the­ri­ne prze­łk­nęła gło­śno śli­nę na wie­ść, że ko­la­cja od­będzie się w jego domu. Li­czy­ła na re­stau­ra­cję, pu­blicz­ne miej­sce. Tak na­praw­dę nie bała się Mar­cu­sa, bała się sie­bie. Przy nim jej ra­cjo­nal­ne my­śle­nie prze­sta­wa­ło dzia­łać. Po­zwo­li­ła mu na zbyt wie­le. Po­win­na pro­sić go, żeby od­wió­zł ją do domu. Pra­gnie­nie prze­by­wa­nia z tym mężczy­zną oka­za­ło się zbyt sil­ne. Wie­dzia­ła, że to nie­wła­ści­we. Wie­dzia­ła, że nie jest te­raz sobą. Nie wie­dzia­ła tyl­ko, dla­cze­go...

Wnętrze domu Mar­cu­sa zda­wa­ło jej się inne. Cie­plej­sze? Nie była pew­na, czy to od­po­wied­nie okre­śle­nie. Nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, co się w nim zmie­ni­ło. Szła wol­no, pro­wa­dzo­na przez mężczy­znę. Ulży­ło jej, gdy po­czu­ła za­pach je­dze­nia i doj­rza­ła stół, na któ­rym cze­ka­ła na nią praw­dzi­wa uczta. Jed­nak ko­la­cja się od­będzie, po­my­śla­ła, kie­dy od­su­nął jej krze­sło. Usia­dła na nim, a ten za­jął miej­sce tuż obok, przy krót­szym boku wiel­kie­go sto­łu.

- Sam to zro­bi­łeś? - Wska­za­ła dło­nią na da­nia, ja­kie mia­ła przed sobą.

- Tak - od­po­wie­dział dum­nie. - Mam ta­lent do go­to­wa­nia - do­dał z uśmie­chem na twa­rzy.

- Je­stem pod wra­że­niem. Ja je­stem kiep­ską ku­char­ką. - Na jej twa­rzy po­ja­wił się de­li­kat­ny uśmiech. - Tak na­praw­dę mam do tego dwie lewe ręce.

Wte­dy Mar­cus ostro­żnie zła­pał ją za dłoń i przy­su­nął ją do swo­ich ust. Po­ca­ło­wał jej wierzch, a ko­bie­ta za­ma­rła. Jego oczy znów wpa­try­wa­ły się w nią w spo­sób, ja­kie­go nie była w sta­nie zlek­ce­wa­żyć.

- Mam jesz­cze kil­ka in­nych ta­len­tów. - Pu­ścił jej dłoń i na­chy­lił się w stro­nę dziew­czy­ny. - Chęt­nie po­ka­żę ci wszyst­kie. - Po­słał jej pew­ne sie­bie spoj­rze­nie.

Ka­the­ri­ne przez kil­ka se­kund nie po­tra­fi­ła zła­pać od­de­chu. Za­sta­na­wia­ła się, czy to tyl­ko jej wy­obra­źnia, czy on mówi o sek­sie. Nie po­wie­dział tego do­słow­nie, jed­nak tak to za­brzmia­ło. Za­miast się obu­rzyć, za­wsty­dzi­ła się i od­wró­ci­ła twarz w stro­nę okna. Mu­sia­ła uspo­ko­ić swo­je cia­ło, któ­re pra­gnęło jego do­ty­ku. Po­win­na ucie­kać, ale nie była w sta­nie.

Mar­cus prych­nął ci­cho, gdy za­uwa­żył jej zmie­sza­nie. Wstał od sto­łu, na­lał im wina i na­ło­żył por­cje je­dze­nia na ta­le­rze. Ka­the­ri­ne wca­le nie była głod­na. Bała się, że nie prze­łk­nie ani kęsa. Jej żo­łądek za­wi­ązał się w su­peł. Chwy­ci­ła kie­li­szek wina i upi­ła duży łyk, co nie umknęło uwa­dze mężczy­zny.

Lu­bił na nią pa­trzeć. Taka za­wsty­dzo­na była na­praw­dę uro­cza i po­ci­ąga­ła go jesz­cze bar­dziej. Chciał ze­drzeć z niej su­kien­kę, ale nie mógł. Z tru­dem po­wstrzy­my­wał się od ge­stów, któ­re mo­gły ją prze­stra­szyć.

Ka­the­ri­ne nie­wie­le zja­dła. De­ner­wo­wa­ła się, a Mar­cus chciał się do niej do­stać. W ka­żdy mo­żli­wy spo­sób. Wstał od sto­łu i usta­wił się za nią. Gdy po­ło­żył dło­nie na jej ra­mio­nach, ze­sztyw­nia­ła. De­li­kat­nie gła­dził pal­ca­mi jej skó­rę, wci­ąż pa­mi­ęta­jąc o sa­mo­kon­tro­li. Z tą ko­bie­tą nie­trud­no było ją stra­cić.

- Bo­isz się mnie, Ka­the­ri­ne? - za­py­tał ochry­płym gło­sem.

- Nie - od­po­wie­dział ci­cho.

- Prze­cież wi­dzę. - Za­śmiał się. - Nie masz po­wo­du, by się mnie oba­wiać - za­pew­nił. - Nie zro­bię ni­cze­go, na co nie wy­ra­zisz zgo­dy.

Sły­szał, jak gło­śno prze­ły­ka śli­nę, znów się spi­ęła. Sta­nął obok niej i po­dał jej dłoń. Gdy po­ło­ży­ła na niej swo­ją, prze­ci­ągnął ją do sie­bie. Dru­ga ręka zła­pa­ła ją moc­no w ta­lii. Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze przez de­li­kat­nie roz­chy­lo­ne war­gi. Na ich wi­dok Mar­cus ob­li­zał swo­je usta i zbli­żył twarz do jej twa­rzy. Wes­tchnęła ci­cho, ale nie opie­ra­ła się. Pu­ścił jej rękę i po­ło­żył dłoń na za­ró­żo­wio­nym po­licz­ku. Kciu­kiem za­cze­pił jej dol­ną war­gę, a ona - w od­po­wie­dzi na jego do­tyk - przy­mknęła de­li­kat­nie po­wie­ki. Mu­siał ją mieć. Nie raz, nie dwa. Chciał ją na dłu­żej. Zbli­żył swo­je usta do jej, nie za­re­ago­wa­ła. Zło­żył je­den de­li­kat­ny po­ca­łu­nek, pó­źniej ko­lej­ny i na­stęp­ny. Ka­the­ri­ne po­ru­szy­ła się w ko­ńcu. Otwo­rzy­ła sze­rzej usta, a Mar­cus nie cze­kał. Jego język wśli­znął się do środ­ka.

Za­częła go ca­ło­wać. Tak na­mi­ęt­nie, jak ni­g­dy wcze­śniej. Jej ręce, któ­re do tej pory wi­sia­ły wzdłuż cia­ła, unio­sły się. Po­ło­ży­ła dło­nie na jego ra­mio­nach, od­kry­wa­jąc, że mężczy­zna ma cia­ło twar­de ni­czym ska­ła. Za­ci­snęła na nim moc­niej pal­ce, a on wes­tchnął w jej ustach. Prze­sta­ła my­śleć. Sły­sza­ła je­dy­nie szum w swo­jej gło­wie. Wie­dzia­ła, że już mu się nie oprze. Ca­ło­wał tak, że Ka­the­ri­ne czu­ła nad­cho­dzący or­gazm, mimo że jego dło­nie wci­ąż spo­czy­wa­ły na jej ta­lii i po­licz­ku. Jęk­nęła. Mar­cus prze­rwał po­ca­łu­nek i od­su­nął się od niej.

- To ten mo­ment, w któ­rym mu­sisz pod­jąć de­cy­zję - po­wie­dział ochry­płym gło­sem. - Ci­ężko będzie mi cię wy­pu­ścić, ale po­wiedz sło­wo, a prze­sta­nę.

W tam­tym mo­men­cie jej za­im­po­no­wał. Nie spo­dzie­wa­ła się tego po tym mężczy­źnie. Mo­gła prze­pro­sić i wy­jść. Po­win­na to zro­bić. Znie­na­wi­dzi­ła się za to, że nie po­tra­fi­ła. Pu­ścił ją, po czym od­sze­dł bez sło­wa w stro­nę sto­łu, z któ­re­go wzi­ął kie­li­szek wina i opró­żnił go od razu. Ka­the­ri­ne pa­trzy­ła na nie­go zmie­sza­na. Mimo że nie ode­zwa­ła się, on od niej od­sze­dł. Może to do­brze?

Mar­cus na­pe­łnił swój kie­li­szek i po­now­nie wy­pił jego za­war­to­ść. Tym ra­zem pa­trzył na ko­bie­tę zza szkła.

- Je­steś cho­ler­nie pi­ęk­na, Ka­the­ri­ne - wy­znał z gry­ma­sem bólu na twa­rzy. - Więc nie ma ta­kiej siły, któ­ra po­wstrzy­ma­ła­by mnie od tego, co za­mie­rzam z tobą zro­bić. - Zbli­żył się do niej. - Nie je­stem do­bry... Mo­żna po­wie­dzieć, że je­stem ze­psu­ty do szpi­ku ko­ści. Nie od­czu­wam wspó­łczu­cia czy chęci po­mo­cy. Je­stem pie­przo­nym ego­istą i za­wsze mam to, cze­go chcę. - Zła­pał jej twarz cie­pły­mi dło­ńmi. - A te­raz chcę cie­bie.

Spoj­rza­ła na nie­go za­sko­czo­na. Jego wy­raz twa­rzy zmie­nił się w ci­ągu krót­kiej chwi­li. W pierw­szym od­ru­chu prze­stra­szy­ła się go, ale lęk znik­nął szyb­ciej, niż się po­ja­wił. Ży­cie jest tyl­ko jed­no, po­my­śla­ła.

- Ale nie je­steś se­ryj­nym za­bój­cą?

Mar­cus uśmiech­nął się krzy­wo i po­kręcił de­li­kat­nie gło­wą. Był kimś znacz­nie gor­szym.

Se­ryj­ny mor­der­ca przy Mar­cu­sie był tak nie­bez­piecz­ny jak mały, prze­stra­szo­ny ko­tek. Bo wci­ąż był czło­wie­kiem, któ­re­go mężczy­zna mógł za­bić na ty­si­ące spo­so­bów. Na­to­miast jego nie mógł za­bić ża­den czło­wiek. Był nie­śmier­tel­ny.

Ka­the­ri­ne wy­da­wa­ła się pew­na swo­je­go wy­bo­ru. Wy­gląda­ła na­wet na znie­cier­pli­wio­ną. Po­do­ba­ło mu się to. Wła­śnie to chciał w niej zo­ba­czyć.

Pu­ścił jej twarz i chwy­cił moc­no w ta­lii. Bez naj­mniej­sze­go wy­si­łku pod­nió­sł ją do góry, a ona oplo­tła go no­ga­mi. Ru­szył przed sie­bie, ani na se­kun­dę nie spu­ścił wzro­ku z jej twa­rzy. Prze­sze­dł wol­no przez ko­ry­tarz, po­ko­nał scho­dy, aż w ko­ńcu zna­la­zł się przed drzwia­mi swo­jej sy­pial­ni.

Ka­the­ri­ne za­mknęła oczy, gdy Mar­cus rzu­cił ją na łó­żko. Kie­dy je otwo­rzy­ła, on był już nad nią. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się je­dy­nie po­żąda­nie, ja­kie­go dziew­czy­na jesz­cze ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­ła. Zmie­nił się, choć wy­glądał tak samo. Naj­gor­sze jed­nak było to, że w tam­tej chwi­li nie była w sta­nie mu się oprzeć. Jak­by wsze­dł do jej mó­zgu i dyk­to­wał, co ma ro­bić. Nie po­tra­fi­ła na­wet bać się tego, co się z nią dzia­ło.

Przy­mknęła po­wie­ki, gdy jego usta przy­wa­rły do jej szyi. Dło­ńmi ba­dał ka­żdy cen­ty­metr jej cia­ła, aż w ko­ńcu zna­la­zły się tam, gdzie Ka­the­ri­ne pra­gnęła po­czuć je naj­bar­dziej. Wsu­nął pal­ce za ma­te­riał maj­tek, pie­ścił jej naj­wra­żliw­sze miej­sca, a ona szyb­ko po­czu­ła spe­łnie­nie. Wie­dzia­ła, że jego dło­nie są nie­zwy­kłe, była tego pew­na od mo­men­tu, w któ­rym do­tknął ją po raz pierw­szy.

Prze­łk­nęła gło­śno śli­nę, gdy Mar­cus wy­pro­sto­wał się, a jego oczy zna­cząco po­ciem­nia­ły. Za­czął się roz­bie­rać, uka­zu­jąc naj­pierw swój ide­al­nie wy­rze­źbio­ny tors, a chwi­lę pó­źniej to, na co Ka­the­ri­ne zda­wa­ła się nie być go­to­wa. Gdy był już nagi, po­chy­lił się nad ko­bie­tą, wsu­nął dło­nie pod jej po­ślad­ki i szyb­kim ru­chem zdjął ko­ron­ko­we majt­ki, któ­re były ostat­nią prze­szko­dą, dzie­lącą go od zro­bie­nia tego, na co tak bar­dzo cze­kał. Po­now­nie nad nią za­wi­sł, a ona wci­ągnęła gło­śno po­wie­trze. Uśmiech­nął się, po czym wsze­dł w nią po­wo­li. Przy­mknęła po­wie­ki, a z jej gar­dła wy­do­był się stłu­mio­ny jęk.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej