Grzeszna muzyka -

Kup ebooka

44.90 zł
36.82 zł (36,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nana Bekher One more song

Carson

Za pół go­dzi­ny mia­łem grać swój ostat­ni w naj­bli­ższym cza­sie wy­stęp w klu­bie, a po­tem za­po­wia­da­ło mi się tro­chę wol­ne­go. Na­wet tro­chę wi­ęcej niż tro­chę, bo na naj­bli­ższe ty­go­dnie nie mia­łem żad­nych pla­nów za­wo­do­wych. Matt, mój niby-me­ne­dżer - niby, bo tak na­praw­dę wca­le nie po­trze­bo­wa­łem me­ne­dże­ra i na­wet go nie chcia­łem - pró­bo­wał na ten okres usta­wić mi dwa duże kon­cer­ty, choć mi­lion razy mu tłu­ma­czy­łem, że te w ogó­le mnie nie in­te­re­su­ją. W zu­pe­łno­ści wy­star­cza­ło mi gra­nie w klu­bach czy ba­rach. By­łem roz­po­zna­wal­ny, ale nie by­łem gwiaz­dą. Na pew­no nie taką jak moja przy­ja­ció­łka Ha­zel Fern.

Ha­zel była nie­sa­mo­wi­ta. Ści­ąga­ła tłu­my na kon­cer­ty, na­gry­wa­ła pły­ty, była na pierw­szych stro­nach ga­zet i w sie­ci. Wca­le mnie to nie dzi­wi­ło, bo mia­ła ogrom­ny ta­lent, a głos i spo­sób, w jaki nim ope­ro­wa­ła, mia­ła opa­no­wa­ne do per­fek­cji. Po pro­stu była mi­strzy­nią. Po­słu­gi­wa­ła się trzy­ok­ta­wo­wym so­pra­nem, z moc­ną, ciem­ną bar­wą i o du­żej sile brzmie­nia. Suk­ces w pe­łni się jej na­le­żał, ci­ężko na nie­go pra­co­wa­ła, da­wa­ła z sie­bie wi­ęcej niż mak­si­mum, a śpie­wa­nie na­praw­dę da­wa­ło jej ra­do­ść.

Cie­szy­łem się, że jesz­cze dziś się z nią zo­ba­czę, bo stęsk­ni­łem się za moją małą gwiaz­decz­ką. Za­wsze trak­to­wa­ła mnie jak star­sze­go bra­ta, a ja ża­ło­wa­łem tyl­ko, że nie wi­dzia­ła we mnie ko­goś wi­ęcej. Wie­dzia­łem, że mo­że­my być tyl­ko przy­ja­ció­łmi, na coś wi­ęcej były to dla mnie za wy­so­kie pro­gi i bar­dzo do­ce­nia­łem tę przy­ja­źń. Mimo suk­ce­su, jaki osi­ągnęła, i po­zy­cji, jaką zaj­mo­wa­ła, w środ­ku Ha­zel wci­ąż była tą samą dziew­czy­ną co kie­dyś. Nie wy­wy­ższa­ła się, nie od­bi­ło jej na punk­cie sła­wy. Prędzej od­bi­ja­ło jej od na­do­pie­ku­ńczo­ści jej ojca, ale wy­da­wa­ło mi się, że mia­ło to ra­czej zwi­ązek z ich prze­szło­ścią i z tym, że Ha­zel wcze­śnie stra­ci­ła mat­kę. Co praw­da z jej oj­cem ra­czej sła­bo się do­ga­dy­wa­łem, a wła­ści­wie to wie­dzia­łem, że fa­cet mnie nie lubi, ale mia­łem to szcze­rze gdzieś. Nie zre­zy­gno­wa­łbym z przy­ja­źni z Ha­zel tyl­ko dla­te­go, że nie spe­łnia­łem jego ocze­ki­wań.

- Car­son! - Na­głe po­ja­wie­nie się Mat­ta prze­rwa­ło moje roz­my­śla­nia. - Chło­pa­ki już się roz­grze­wa­ją, a ty? - Spoj­rzał na mnie kar­cąco.

- A ja mam czas - od­po­wie­dzia­łem i prze­je­cha­łem pal­ca­mi po stru­nach gi­ta­ry.

- Car­son, Car­son, po­słu­chaj - mó­wił, krążąc po po­miesz­cze­niu i po­cie­ra­jąc czo­ło. - To mia­ła być nie­spo­dzian­ka, ale wiem, że ich nie lu­bisz, dla­te­go wolę cię uprze­dzić.

- The Hun­ters szu­ka­ją no­we­go wo­ka­li­sty - po­wie­dział.

- Okej, niech szu­ka­ją - rzu­ci­łem obo­jęt­nie.

- Są za­in­te­re­so­wa­ni tobą - do­dał.

- Ale ja nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny nimi! - pod­kre­śli­łem.

Wkur­wia­ło mnie, że Matt kom­plet­nie mnie igno­ro­wał. Dla nie­go li­czy­ło się tyl­ko to, że­bym był wiel­ką gwiaz­dą, żeby wszy­scy wko­ło o mnie ga­da­li, żeby moja twarz była na pierw­szych stro­nach ga­zet. Naj­chęt­niej wi­dzia­łby we mnie ma­szyn­kę do ro­bie­nia pie­ni­ędzy, ale ja na­praw­dę nie po­trze­bo­wa­łem ca­łej ich góry. Fakt, ostat­nio kru­cho było u mnie z kasą, ale po ostat­nich wy­stępach wpad­nie mi tro­chę go­tów­ki i spo­koj­nie dam radę.

- Car­son, zda­jesz so­bie spra­wę, jak pod­nió­słby się twój sta­tus, gdy­byś do­łączył do eki­py? - Pró­bo­wał mnie prze­ko­ny­wać. - Suk­ces gwa­ran­to­wa­ny. I do tego sta­łe pie­ni­ądze. Nie mu­sia­łbyś się mar­twić tym, czy za ty­dzień będziesz miał kasę, czy nie.

- A kto się mar­twi moją kasą?

- Two­je ra­chun­ki - rzu­cił. - Wiesz, ile oni mają za­pla­no­wa­nych tras kon­cer­to­wych? Wy­bie­ra­ją się na­wet do Sta­nów.

- Ale mnie jest tu do­brze. Chcę wró­cić do Bir­ming­ham.

- Wró­cisz po­ju­trze - od­pa­rł.

- A niby dla­cze­go? - zdzi­wi­łem się.

- Ju­tro po­ga­da­łbyś z chło­pa­ka­mi. Car­son, to jest two­ja wiel­ka szan­sa.

- Za­po­mnij. - Po­kręci­łem gło­wą. - Jesz­cze dziś mu­szę zdążyć na kon­cert Ha­zel w Shef­field.

- Kon­cert Ha­zel... - Spoj­rzał na mnie wy­mow­nie. - Car­son, a ty...

- Co ja? - Pod­nio­słem się z miej­sca.

- Mó­głbyś w ko­ńcu sko­rzy­stać coś na zna­jo­mo­ści z Ha­zel - rzu­cił śmia­ło, a we mnie aż się za­go­to­wa­ło.

- Ha­zel jest moją przy­ja­ció­łką, a nie two­ją kurą zno­szącą zło­te jaj­ka. Nie przy­ja­źnię się z nią dla ko­rzy­ści - pod­kre­śli­łem.

- Jesz­cze wie­le mu­sisz się na­uczyć, Car­son. Przy­go­tuj się do wy­stępu - do­dał, po czym wy­sze­dł.

Je­śli Matt na­praw­dę my­ślał, że wy­ko­rzy­stam zna­jo­mo­ść z Ha­zel do osi­ągni­ęcia suk­ce­su, to był w wiel­kim błędzie. Ni­g­dy bym tego nie zro­bił, nie by­łem taki.

Hazel

Sta­łam na oświe­tlo­nej sce­nie, a tłum skan­do­wał moje imię. Dreszcz eks­cy­ta­cji prze­bie­gł przez moje cia­ło, a ser­ce przy­spie­szy­ło swój rytm. Mia­łam za sobą już kil­ka­na­ście ta­kich kon­cer­tów, ale emo­cje za­wsze były nie­ma­lże jak za pierw­szym ra­zem.

Od naj­młod­szych lat ma­rzy­łam o tym, by śpie­wać za­wo­do­wo. Po pro­stu ko­cha­łam to naj­bar­dziej na świe­cie. Śpiew był ca­łym moim ży­ciem. Uczy­łam się w naj­lep­szych szko­łach mu­zycz­nych, by­łam pod skrzy­dła­mi naj­zna­ko­mit­szych na­uczy­cie­li, la­ta­mi szli­fo­wa­łam swój głos i za­wsze da­wa­łam z sie­bie mak­si­mum. Gdy­bym nie po­świ­ęci­ła się temu ca­łko­wi­cie i nie wło­ży­ła w to tyle pra­cy, nie by­ła­bym w sta­nie wy­śpie­wać dźwi­ęków, któ­re dzi­siaj były w moim za­si­ęgu. Spo­ro mnie to kosz­to­wa­ło, ale było war­to.

Przy­zwy­cza­iłam się już do tego, że by­łam w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i że wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pia­ły się na mnie. Tym ra­zem czu­łam jed­nak, że ktoś ob­ser­wu­je mnie w wy­jąt­ko­wy spo­sób, czu­łam na so­bie czy­jeś po­je­dyn­cze spoj­rze­nie. Od­wró­ci­łam gło­wę w stro­nę back­sta­ge'u i wte­dy go zo­ba­czy­łam. Przez chwi­lę my­śla­łam, że za­raz to ja, a nie pu­blicz­no­ść, będę pisz­czeć z ra­do­ści.

Zu­pe­łnie nie spo­dzie­wa­łam się, że na moim dzi­siej­szym kon­cer­cie będzie mój przy­ja­ciel Car­son. Nie wi­dzia­łam się z nim od trzech mie­si­ęcy. Ow­szem, roz­ma­wia­li­śmy i mó­wił, że wkrót­ce wra­ca, ale zro­bił mi nie­sa­mo­wi­tą nie­spo­dzian­kę.

Chło­pak uśmiech­nął się do mnie i kla­ska­jąc w dło­nie, za­chęcił, bym w ko­ńcu za­częła śpie­wać.

Chwy­ci­łam mi­kro­fon, przy­mknęłam na mo­ment oczy i wsłu­chi­wa­łam się w pierw­sze tak­ty pio­sen­ki, któ­rą mia­łam za­raz wy­ko­nać. Obec­no­ść Car­so­na do­da­ła mi sił i mimo zmęcze­nia w tym ostat­nim utwo­rze da­łam z so­bie sto dzie­si­ęć pro­cent.

Po sko­ńczo­nym wy­stępie nie­ma­lże po­bie­głam za sce­nę, gdzie od razu wpa­dłam w ra­mio­na Car­so­na. Ależ mi go bra­ko­wa­ło.

- Świet­ny wy­stęp, mała - po­gra­tu­lo­wał mi.

Mia­łam wra­że­nie, że za ka­żdym ra­zem był co­raz przy­stoj­niej­szy, co­raz bar­dziej męski. Był ty­pem nie­grzecz­ne­go chłop­ca, ci­ągle ści­ąga­jące­go na sie­bie ja­kieś kło­po­ty, ale dziew­czy­ny za nim prze­pa­da­ły. Często za­tra­ca­ły się w jego szma­rag­do­wym spoj­rze­niu. A jego głos? Za ka­żdym ra­zem, gdy sły­sza­łam jego głębo­ki, moc­ny wo­kal, z tą cha­rak­te­ry­stycz­ną chryp­ką, prze­cho­dzi­ły mnie dresz­cze. Był nie­sa­mo­wi­ty, po­tra­fił tak do­sko­na­le ope­ro­wać gło­sem i ró­żny­mi jego bar­wa­mi, że słu­cha­nie go było czy­stą przy­jem­no­ścią. Zresz­tą nie tyl­ko słu­cha­nie... Tak, to praw­da pod­ko­chi­wa­łam się w nim, jed­nak on trak­to­wał mnie bar­dziej jak młod­szą sio­strę.

No cóż, praw­da była taka, że ko­cha­łam śpie­wać i wy­stępo­wać, ale nie­ko­niecz­nie przed tak dużą pu­blicz­no­ścią. Chęt­nie za­śpie­wa­ła­bym w ja­ki­mś mniej­szym klu­bie, dla garst­ki lu­dzi, ale to było nie­mo­żli­we. Mój oj­ciec chy­ba do­sta­łby za­wa­łu, gdy­bym kie­dy­kol­wiek dała kon­cert w ja­ki­mś ba­rze. Je­śli już wy­stępo­wa­łam przed małą pu­blicz­no­ścią, to tyl­ko na luk­su­so­wych ban­kie­tach albo dla sa­mych VIP-ów. Cza­sem za­zdro­ści­łam Car­so­no­wi tego, że może być zwy­czaj­nym chło­pa­kiem i ro­bić, co chce. Ka­żde moje po­tkni­ęcie nie­ste­ty od razu tra­fia­ło na pierw­sze stro­ny ta­blo­idów, a nie za­wsze od­po­wia­da­ło mi by­cie grzecz­ną có­recz­ką ta­tu­sia.

- Cze­mu mnie nie uprze­dzi­łeś, że będziesz na kon­cer­cie? - Szturch­nęłam go w ra­mię.

- Bo nie wie­dzia­łem, czy zdążę. Do­pie­ro co wró­ci­li­śmy i od razu tu przy­je­cha­łem.

- Ale się cie­szę! - za­pisz­cza­łam, a on po­now­nie chwy­cił mnie w ra­mio­na i moc­no przy­tu­lił.

- Zry­wa­my się stąd? - za­py­tał, chwy­ta­jąc moją dłoń.

- Chęt­nie - od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem.

- Ha­zel!

Głos ojca szyb­ko spro­wa­dził mnie na zie­mię.

Gdy do nas pod­sze­dł, od­su­nęli­śmy się z Car­so­nem od sie­bie. Od razu zmie­rzył chło­pa­ka gniew­nym wzro­kiem, jak­by ten kie­dy­kol­wiek zro­bił mu coś złe­go.

- Car­son? - Oj­ciec zmarsz­czył brwi.

- Do­bry wie­czór, pa­nie Fern - ode­zwał się Car­son, po­sy­ła­jąc mu cy­nicz­ny uśmiech.

- Ha­zel, wra­ca­my - po­wie­dział szorst­ko oj­ciec.

- Wró­cę z Car­so­nem - rzu­ci­łam.

- Nie ma ta­kiej opcji. - Po­kręcił gło­wą. - Je­dzie­my.

- Prze­cież on też wra­ca do Bir­ming­ham.

- A my mu­si­my jesz­cze pod­je­chać do ho­te­lu. Cho­dź już, mar­nu­jesz czas - pod­kre­ślił.

- Od­bi­je­my to so­bie - szep­nął mi do ucha.

- Za­dzwoń - mruk­nęłam.

- Ha­zel, sa­mo­chód cze­ka - po­na­glił mnie oj­ciec.

Po­że­gna­łam się z chło­pa­kiem i po­szłam z oj­cem. Mo­gła­bym ja­koś sko­men­to­wać jego za­cho­wa­nie, coś mu na ten te­mat po­wie­dzieć, ale kłót­nia z nim była ostat­nią rze­czą, któ­rej te­raz chcia­łam, no i prze­cież mój ko­cha­ny ta­tuś za­wsze wszyst­ko wie­dział le­piej i za­wsze mu­siał mieć ostat­nie zda­nie. Na szczęście będę mia­ła te­raz tro­chę wol­ne­go, więc będę mo­gła spo­tkać się z Car­so­nem.

***

Miesz­ka­łam z oj­cem i ma­co­chą na przed­mie­ściach Bir­ming­ham.

Je­de­na­ście lat temu, gdy mia­łam dzie­wi­ęć lat, ro­dzi­ce spo­dzie­wa­li się dru­gie­go dziec­ka. Nie­ste­ty pod ko­niec ci­ąży wy­da­rzy­ła się ogrom­na tra­ge­dia. W wy­ni­ku pew­nych kom­pli­ka­cji mama do­sta­ła sil­ne­go krwo­to­ku i tra­fi­ła do szpi­ta­la. Prze­ra­że­ni mo­dli­li­śmy się o to, by nie sta­ło się nic złe­go, jed­nak le­ka­rzom nie uda­ło się ura­to­wać ży­cia ani jej, ani mo­je­go bra­cisz­ka. Po ich śmier­ci strasz­nie się z tatą za­ła­ma­li­śmy. On, po­grążo­ny w roz­pa­czy, ca­łko­wi­cie za­tra­cił się w pra­cy, a ja zre­zy­gno­wa­łam z na­uki śpie­wu. Nie chcia­łam już tego ro­bić. Mama rów­nież śpie­wa­ła, a głos mia­ła wręcz aniel­ski głos przy­jem­ny i ak­sa­mit­ny. Po­tra­fi­ła po­ru­szyć nim nie­mal ka­żde ser­ce. W tam­tym okre­sie bar­dzo za­mknęłam się w so­bie i do­pie­ro na te­ra­pii zro­zu­mia­łam, że to wła­śnie śpiew może być moim re­me­dium. Po­now­nie za­częłam pra­co­wać z gło­sem. Po­wo­li, ma­ły­mi kro­ka­mi zno­wu czer­pa­łam z tego przy­jem­no­ść. Czu­łam też, jak­by mama na­dal było bli­sko mnie. A te­raz bez śpie­wa­nia nie wy­obra­ża­łam już so­bie ży­cia.

Z ca­łej na­szej ro­dzi­ny naj­wi­ęcej cza­su w domu spędza­ła Ca­ro­li­ne, moja ma­co­cha. Oj­ciec prak­tycz­nie ca­ły­mi dnia­mi sie­dział w fir­mie, choć mia­łam wra­że­nie, że od kie­dy wzi­ęli ślub, czy­li od pó­łto­ra roku, by­wał w domu nie­co częściej. Ca­ro­li­ne była spo­ro młod­sza od mo­je­go taty, bo mia­ła trzy­dzie­ści pięć lat i była na­praw­dę w po­rząd­ku. Do­brze się do­ga­dy­wa­ły­śmy, na­wet sta­wa­ła po mo­jej stro­nie, gdy w ręce ojca wpa­da­ła ga­ze­ta, w któ­rej opi­sa­no ja­kąś moją że­nu­jącą wpad­kę. Oj, w ta­kich sy­tu­acjach oj­ciec do­sta­wał nie­ma­lże bia­łej go­rącz­ki, a ka­zań umo­ral­nia­jących nie było ko­ńca.

Dziś tata po­sta­no­wił za­szczy­cić nas swo­ją obec­no­ścią w domu na obie­dzie.

- Ja­kie masz pla­ny na naj­bli­ższe ty­go­dnie? - za­py­tał w pew­nej chwi­li.

- Wła­ści­wie nie pla­no­wa­łam nic szcze­gól­ne­go. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. - Chcia­ła­bym od­po­cząć.

- Je­re­my, Ha­zel wczo­raj mia­ła ostat­ni wy­stęp, jesz­cze na­wet nie za­częła wy­po­czy­wać - wtrąci­ła Ca­ro­li­ne.

- Cho­dzi­ło mi o to, żeby pa­mi­ęta­ła...

- Tak, wie­my, o co ci cho­dzi­ło - prze­rwa­ła mu. - A ty pa­mi­ętaj, że dziś wy­cho­dzi­my.

- Wy­cho­dzi­cie? - za­py­ta­łam, ko­lej­no na nich spo­gląda­jąc, bo nic mi na ten te­mat nie było wia­do­mo.

- Chy­ba za­po­mnia­łem ci o tym wspo­mnieć - po­wie­dział oj­ciec. - Je­dzie­my na ban­kiet do Cun­nin­gha­ma - do­dał. - Wró­ci­my pew­nie pó­źno w nocy.

Za­my­śli­łam się na mo­ment. Ten cały Cun­nin­gham był jed­nym z klien­tów ojca, w su­mie chy­ba naj­wa­żniej­szym, dla­te­go go ko­ja­rzy­łam, wie­dzia­łam też, że miesz­kał w Swin­don.

- To baw­cie się do­brze. - Uśmiech­nęłam się do nich, a w gło­wie już ukła­da­łam so­bie plan na dzi­siej­szy wie­czór.

- A ty nie sza­lej, Toby i Owen będą mie­li na cie­bie oko.

- Dzi­ęki za za­ufa­nie, tato - rzu­ci­łam z sar­ka­zmem.

Wie­dzia­łam, co mu­szę zro­bić. Moja ochro­na bar­dzo do­brze wy­ko­ny­wa­ła swo­je obo­wi­ąz­ki, oj­ciec był in­for­mo­wa­ny o ka­żdym moim ru­chu, dla­te­go mu­sia­łam ja­koś prze­ko­nać chło­pa­ków, by to, co sta­nie się dzi­siaj, za­cho­wa­li tyl­ko dla sie­bie.

- Owen! - za­wo­ła­łam mężczy­znę, któ­ry aku­rat miał wy­jść z domu.

- Coś się sta­ło? - za­py­tał, od­wra­ca­jąc się w moją stro­nę.

- Dziś będę mia­ła go­ścia i chcia­ła­bym, by nie do­ta­rło to do mo­je­go ojca - po­wie­dzia­łam wprost, a on zmarsz­czył brwi.

- Ten ofi­cjal­ny ton to z bra­ku za­ufa­nia? - wy­rzu­cił mi.

- Daj spo­kój - wes­tchnęłam. - Wiem, że Toby'ego tak ła­two nie prze­ko­nam.

- Dla­cze­go za­ło­ży­łaś, że mnie prze­ko­na­łaś?

- Owen!

- Wiesz, że będę miał na wszyst­ko oko, ale dam ci tro­chę pry­wat­no­ści.

- Och, dzi­ęku­ję - prych­nęłam.

- Ale z To­bym ga­dasz sama - pod­kre­ślił.

- O czym? - za­py­tał Toby, nie­spo­dzie­wa­nie wcho­dząc do holu.

- Mam pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór, ale wo­la­ła­bym, by mój oj­ciec o nich nie wie­dział - po­wie­dzia­łam.

- Pan Fern wy­ra­źnie za­zna­czył, byś nie wy­cho­dzi­ła z domu - od­pa­rł, na co prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Żar­tu­jesz so­bie? - Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na. - Nie je­stem w wi­ęzie­niu, a poza tym, kto po­wie­dział, że gdzieś wy­cho­dzę? - Spoj­rza­łam na nie­go gniew­nie. - Chcę się spo­tkać z Car­so­nem.

- Ale...

Toby po­kręcił gło­wą. Wie­dział, że nie od­pusz­czę.

- Bie­rzesz to na sie­bie - mruk­nął do Owe­na, prze­cho­dząc obok nie­go, po czym wy­sze­dł na dwór.

Dzi­ęki, tato! rzu­ci­łam w my­ślach. On na­praw­dę przy­go­to­wy­wał mi zło­tą klat­kę, ale ja nie za­mie­rza­łam dać się w niej za­mknąć.

Za­raz po obie­dzie za­dzwo­ni­łam do Car­so­na i za­pro­si­łam go na dzi­siej­szy wie­czór. Cie­szy­łam się, że w ko­ńcu będę mo­gła nor­mal­nie z nim po­ga­dać, spędzić z nim czas, po pro­stu z nim po­być, za­nim któ­reś z nas zno­wu ru­szy w tra­sę.

Przy­je­chał o siód­mej, przy­wo­żąc ze sobą bu­tel­kę mo­je­go ulu­bio­ne­go ró­żo­we­go wina. Sie­dzie­li­śmy w moim po­ko­ju, pi­li­śmy i ga­da­li­śmy, jak­by­śmy nie wi­dzie­li się co naj­mniej przez kil­ka lat.

- Ej, ale mów, co u cie­bie, bo ci­ągle tyl­ko ja na­wi­jam - rzu­ci­łam w któ­ry­mś mo­men­cie.

- No prze­cież cie­bie nie da się prze­ga­dać - za­śmiał się.

- Wa­riat - prych­nęłam i rzu­ci­łam w nie­go małą po­dusz­ką. - Opo­wia­daj. - Wy­chy­li­łam lamp­kę wina.

- Co tu opo­wia­dać? - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Gra­łem głów­nie po ba­rach i knaj­pach, jed­na wi­ęk­sza im­pre­za. Za­ła­pa­łem się na­wet na wy­stępy z Dark Side i The Cen­taurs.

- Na­dal nie masz sta­łej ka­pe­li?

- Matt chciał mi za­ła­twić miej­sce w jed­nej ka­pe­li - po­wie­dział ta­jem­ni­czo.

- Ja­kiej? - za­cie­ka­wi­łam się.

- W The Hun­ters.

- The Hun­ters? Wow! Oni są świet­ni! Ale cze­kaj, co z tego wy­szło?

- Wła­ści­wie nic - od­po­wie­dział zu­pe­łnie na lu­zie.

- Nie wie­rzę, że cię nie wzi­ęli. - Po­kręci­łam gło­wą. - Je­stem pew­na, że już tego ża­łu­ją.

- Tyle że ja w ogó­le z nimi nie ga­da­łem.

- Jak to? - zdzi­wi­łam się.

- Matt chciał mnie wkręcić, ale znasz mnie, nie lu­bię do ko­goś na­le­żeć. Gdzie się za­ha­czę, tam za­gram - od­po­wie­dział swo­bod­nie.

- Za­zdrosz­czę ci - rzu­ci­łam za­my­ślo­na.

- Za­zdro­ścisz? - Unió­sł brwi. - Chy­ba to ja po­wi­nie­nem za­zdro­ścić to­bie.

- Wiesz, cza­sem mnie to przy­tła­cza - wes­tchnęłam, ob­ra­ca­jąc kie­li­szek w dło­niach. - Cza­sem jest tego za dużo, bra­ku­je mi nor­mal­no­ści.

- To zrób so­bie dłu­ższą prze­rwę.

- Oj­ciec chy­ba do­sta­łby sza­łu. - Po­trząsnęłam gło­wą. - Coś ty, to nie wcho­dzi w grę. Już te­raz za­czy­na wa­rio­wać, bo mam kil­ka ty­go­dni wol­ne­go. Mu­sia­ła­bym chy­ba uciec z domu.

- No to zwal­niaj tem­po stop­nio­wo - do­ra­dził, ale ja za­częłam za­sta­na­wiać nad tym, co sama przed chwi­lą po­wie­dzia­łam.

A gdy­by tak fak­tycz­nie uciec? Nie chcia­łam ci­ągle żyć pod dyk­tan­do ojca. To on w wi­ęk­szo­ści de­cy­do­wał o mo­jej przy­szło­ści i o mo­jej ka­rie­rze, zu­pe­łnie jak­bym wci­ąż była małą dziew­czyn­ką, ale w ko­ńcu mia­łam już dwa­dzie­ścia lat i mo­głam sama za­jąć się swo­imi spra­wa­mi, swo­im roz­wo­jem. Cho­le­ra! To na­praw­dę mo­gło się udać.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie głos Car­so­na.

- Ha­zel! Za­wie­si­łaś się.

- Uciek­nij­my - rzu­ci­łam pod­eks­cy­to­wa­na swo­im po­my­słem.

- Co? - zdzi­wił się.

- No uciek­nij­my! - po­wtó­rzy­łam. - Uciek­nie­my na dru­gi ko­niec kra­ju, będzie­my grać po ba­rach, knaj­pach, ma­łych klu­bach. - Sama się na­kręca­łam, ale czu­łam, że to było wła­śnie coś, cze­go po­trze­bo­wa­łam.

- Ty to jed­nak masz nie po ko­lei w gło­wie. - Wstał z podło­gi, śmie­jąc się ze mnie.

- Ej! - fuk­nęłam. - No ale cze­mu nie? Za­cznie­my od Szko­cji, co ty na to?

- Ma­cie jesz­cze może ten for­te­pian? - za­py­tał, igno­ru­jąc moją pro­po­zy­cję.

- Dzi­ęki, że bie­rzesz moje sło­wa na po­wa­żnie - burk­nęłam pod no­sem. - Mamy - od­po­wie­dzia­łam na jego py­ta­nie, pod­no­sząc na nie­go wzrok.

- To pro­wa­dź. - Wy­ci­ągnął do mnie rękę.

Chwy­ci­łam jego dłoń i po­czu­łam, jak prze­cho­dzi mnie przy­jem­ny dreszcz. Ru­szy­li­śmy do sa­lo­nu znaj­du­jące­go się w dru­gim skrzy­dle domu. Gdy prze­kra­cza­li­śmy jego próg, Car­son ob­jął mnie jed­ną ręką w pa­sie. Za­drża­łam. Jego do­tyk po­bu­dzał mnie i roz­pa­lał. Do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że dla nie­go ten gest nic nie zna­czył, że nie trak­to­wał go w ta­kich ka­te­go­riach jak ja. Miał ta­kie po­wo­dze­nie u dziew­czyn, że za­nim po­my­śla­łby o mnie w inny spo­sób niż o sio­strze, zdąży­ła­bym się ze­sta­rzeć.

Car­son za­jął miej­sce przy for­te­pia­nie. By­łam cie­ka­wa, co chce za­grać. Opa­rłam się lek­ko o bok in­stru­men­tu, wpa­tru­jąc się w jego za­my­ślo­ną twarz.

- Pa­mi­ętasz na­szą pio­sen­kę? - Spoj­rzał na mnie.

- Na­szą pio­sen­kę? - Zmarsz­czy­łam brwi.

- Tę o to­bie - do­dał.

- Chy­ba o to­bie - skwi­to­wa­łam, bo przy­po­mnia­łam so­bie, o ja­kim utwo­rze mó­wił. - Da­waj - za­chęci­łam go i za­czął grać.

Gdy usły­sza­łam jego sek­sow­ny, ochry­pły głos, od­pły­nęłam my­śla­mi.

 

You tell all the boys "No"

Ma­kes you feel good, yeah

I know you're out of my le­ague

But that won't sca­re me away, oh, no

 

Och, ta jego bar­wa... Uwiel­bia­łam go słu­chać. Może tak czu­ją się moi fani, kie­dy to ja przed nimi wy­stępu­ję?

Ra­zem z nim nu­ci­łam w my­ślach re­fren:

 

Wo­uld you let me see be­ne­ath your be­au­ti­ful?

Wo­uld you let me see be­ne­ath your per­fect?

 

Car­son spoj­rzał na mnie wy­mow­nie, gdy na­de­szła ko­lej na moją par­tię tek­stu. Nie od­ry­wa­jąc od nie­go wzro­ku, za­śpie­wa­łam:

 

You let all the girls go

Ma­kes you feel good, don't it?

Be­hind your Broad­way show

I he­ard a boy say "Ple­ase, don't hurt me"*

* Labrinth feat. Emeli Sandé, Beneath Your Beautiful, album Electronic Earth, 2012.

 

Na­sze po­łączo­ne gło­sy mój ciem­ny i moc­ny z jego głębo­kim i chro­po­wa­tym brzmia­ły na­praw­dę świet­nie. A do tego ten ma­gicz­ny for­te­pian... To na­praw­dę mo­gło się udać, gdy­by tyl­ko Car­son się od­wa­żył. Ja by­łam go­to­wa za­ry­zy­ko­wać.

- O czym tak my­ślisz? - za­py­tał, gdy sko­ńczy­li­śmy śpie­wać.

- O to­bie - rzu­ci­łam za­dzior­nie.

- I co wy­my­śli­łaś? - Wstał i sta­nął na­prze­ciw­ko mnie.

W pew­nym stop­niu by­łam przy­zwy­cza­jo­na do bli­sko­ści z Car­so­nem, ale te­raz było ina­czej. Wszyst­ki­mi zmy­sła­mi od­czu­wa­łam jego obec­no­ść i dzia­ła­ła ona na mnie w inny, bar­dziej zmy­sło­wy spo­sób niż za­zwy­czaj. On też pa­trzył na mnie ja­koś... dziw­nie. Mo­gła­bym na­wet po­wie­dzieć, że z po­żąda­niem, ale nie chcia­łam ro­bić so­bie na­dziei. Za­my­śli­łam się, a on jesz­cze zmniej­szył dy­stans mi­ędzy nami.

- Coś nie­grzecz­ne­go - po­wie­dzia­łam w ko­ńcu.

- Więc co ze mną zro­bisz? - Spoj­rzał na mnie tak ło­bu­zer­sko, że aż przy­gry­złam war­gę.

Nie umia­łam go roz­szy­fro­wać. W tym mo­men­cie nie od­no­sił się do mnie jak do przy­ja­ció­łki czy młod­szej sio­stry, za­cho­wy­wał się tak, jak­by i on ocze­ki­wał cze­goś wi­ęcej.

- Car­son... - szep­nęłam.

Po­ło­żył dło­nie na mo­jej ta­lii i zmie­rzył mnie pło­nącym spoj­rze­niem.

- Cho­le­ra, Ha­zel, strasz­nie mnie kręcisz - wy­chry­piał, przy­ci­ąga­jąc mnie do sie­bie. - Tak bar­dzo cię pra­gnę.

Mia­łam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łam. Pra­wie osza­la­łam z ra­do­ści.

- Cho­dź! - Zła­pa­łam go za rękę i po­ci­ągnęłam z po­wro­tem do mo­je­go po­ko­ju.

Za­mknęli­śmy za sobą drzwi, a on od razu wpił się na­mi­ęt­nie w moje usta. To był nasz pierw­szy praw­dzi­wy po­ca­łu­nek. Car­son sma­ko­wał nie­sa­mo­wi­cie do­brze, a jego war­gi były ta­kie mi­ęk­kie, wręcz ak­sa­mit­ne, że nie chcia­łam się od nich od­ry­wać. W bły­ska­wicz­nym tem­pie po­zby­li­śmy się ubrań i nim po­ło­żył mnie na łó­żku, na­kry­wa­jąc swo­im cia­łem, choć przez chwi­lę mo­głam go po­dzi­wiać. A było na co po­pa­trzeć. Car­son dbał o kon­dy­cję, był wy­spor­to­wa­ny i umi­ęśnio­ny. Do­strze­głam też po­kry­wa­jące jego skó­rę ta­tu­aże. Si­ęgnął do kie­sze­ni spodni po pre­zer­wa­ty­wę, po czym wdra­pał się na łó­żko i roz­chy­lił mi nogi.

- Chry­ste, Ha­zel, masz za­je­bi­stą cip­kę - wark­nął, wbi­ja­jąc wzrok w moją ko­bie­co­ść, a ja lek­ko za­chi­cho­ta­łam.

Pod­kur­czył mi nogi, po­chy­lił się i za­czął mnie li­zać.

- O Boże! - Wy­su­nęłam bio­dra do przo­du, za­ci­ska­jąc dło­nie na po­ście­li.

Car­son głębo­ko wsu­wał we mnie język, pe­ne­tru­jąc ka­żdy za­ka­ma­rek mo­je­go cia­ła. Cho­le­ra! Ale to przy­jem­ne. Za­ta­czał kó­łka wo­kół mo­jej łech­tacz­ki, a ja aż trzęsłam się z pod­nie­ce­nia. Przy­jem­ne skur­cze roz­le­wa­ły się po ca­łym moim pod­brzu­szu. Jego język tak spraw­nie po­ru­szał się w moim go­rącym wnętrzu, że wi­łam się pod nim z roz­ko­szy. Po chwi­li słod­kich tor­tur pod­nió­sł się, ob­li­zu­jąc usta. Bar­dzo sek­sow­ny wi­dok.

- Go­to­wa? - za­py­tał, po czym ro­ze­rwał fo­lię i spraw­nie za­ło­żył gum­kę.

- Bar­dzo - jęk­nęłam.

- Spójrz na mnie, mała - na­ka­zał, a ja lek­ko przy­tak­nęłam. - Chcę, byś na mnie pa­trzy­ła.

Po­chy­lił się i płyn­nym ru­chem wsze­dł we mnie do ko­ńca. Prze­klęłam w my­ślach, wbi­ja­jąc mu pa­znok­cie w twar­de bi­cep­sy. Car­son za­czął po­ru­szać się szyb­ciej, wy­ko­nu­jąc moc­niej­sze i głęb­sze pchni­ęcia. Czu­łam jego od­dech na szyi i sły­sza­łam jego zmy­sło­we wark­ni­ęcia, gdy za­pa­mi­ęta­le ude­rzał w moje wnętrze. Oplo­tłam go no­ga­mi w pa­sie, kie­dy po­czu­łam, że po moim cie­le roz­le­wa­ją się przy­jem­ne dresz­cze. Nie by­łam w sta­nie nad nimi za­pa­no­wać. Za­ci­snęłam się moc­no wo­kół jego męsko­ści, do­cho­dząc gło­śno i in­ten­syw­nie z jego imie­niem na ustach.

Car­son pchnął we mnie jesz­cze kil­ka razy, po czym za­sty­gł w bez­ru­chu, ci­ężko dy­sząc. Opa­dł na mnie swo­im ci­ęża­rem, a ja ob­jęłam go za szy­ję.

Ja­kiś czas pó­źniej le­że­li­śmy obok sie­bie, a ja wtu­la­łam się w jego ra­mio­na.

- Ża­łu­jesz?

- No coś ty! Było mega. - Na samo wspo­mnie­nie po­now­nie po­czu­łam dresz­cze.

- Mnie też się po­do­ba­ło - po­wie­dział, wo­dząc pal­ca­mi po moim ra­mie­niu. - Od daw­na mia­łem na cie­bie ocho­tę - wy­znał.

- Co ta­kie­go? - Pod­pa­rłam się na łok­ciu. - Ja­koś ni­g­dy nie wy­ka­zy­wa­łeś za­in­te­re­so­wa­nia moją oso­bą.

- Bo nie je­steś z mo­jej ligi - skwi­to­wał.

- Co ty ga­dasz? - Zmarsz­czy­łam brwi. - Prze­cież zna­my się od lat.

- Ow­szem, ale je­steś Ha­zel, je­steś gwiaz­dą, za wy­so­kie pro­gi dla mnie.

- Weź, prze­stań - fuk­nęłam. - Wku­rza mnie, gdy fa­ce­ci wła­śnie tyl­ko tyle we mnie wi­dzą.

- Fakt, masz coś wi­ęcej.

- A co ta­kie­go? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na, gła­dząc jego nagi tors.

- Masz świet­ne cyc­ki i za­je­bi­stą cip­kę.

- Wa­riat je­steś. - Po­trząsnęłam gło­wą, śmie­jąc się z nie­go.

- A masz ja­kieś wąt­pli­wo­ści?

- Żad­nych. - Pod­nió­sł się lek­ko i przez chwi­lę z roz­ko­szą pie­ścił moje pier­si. - Po pro­stu mu­szę cię zno­wu po­czuć.

- To mnie na­mó­wi­łeś - wy­chry­pia­łam, po czym po­now­nie się w so­bie za­tra­ci­li­śmy.

Ja­kiś czas pó­źniej obu­dził nas dźwi­ęk pod­je­żdża­jące­go pod dom sa­mo­cho­du. O cho­le­ra! Oj­ciec i Ca­ro­li­ne już wró­ci­li. Za­pew­ne nie spo­dzie­wa­ją się, że mam go­ścia, a tym bar­dziej, że jest to Car­son, z któ­rym wła­śnie upra­wia­łam seks.

- Czas na ewa­ku­ację. - Car­son cmok­nął mnie w czo­ło i pod­nió­sł się z łó­żka, by się ubrać.

- Wy­pro­wa­dzę cię tyl­nym wy­jściem, chy­ba że chcesz się przy­wi­tać z moim oj­cem.

- Może tym ra­zem od­pusz­czę spo­tka­nie z ta­tu­siem, ale pew­nej in­nej spra­wy z pew­no­ścią już so­bie nie od­pusz­czę. A kon­kret­nie to cie­bie. - Przy­ci­ągnął mnie do sie­bie.

- W nie­dzie­lę gram w klu­bie Ca­li­sto. Może wpad­niesz po­pa­trzeć?

- Bar­dzo chęt­nie. Tyl­ko za­łatw mi VIP-owskie miej­sca, że­bym nie mu­sia­ła prze­dzie­rać się przez tłum two­ich fa­nek.

Nim oj­ciec i Ca­ro­li­ne zdąży­li we­jść do domu, uda­ło mi się bez­piecz­nie wy­pro­wa­dzić z nie­go Car­so­na. Wci­ąż nie mo­głam uwie­rzyć w to, co się mi­ędzy nami wy­da­rzy­ło. Fakt, bu­ja­łam się w Car­so­nie, ale ni­g­dy na­wet nie ma­rzy­łam o tym, że wy­lądu­je­my ra­zem w łó­żku, a tym bar­dziej, że prze­ży­je­my coś tak nie­sa­mo­wi­te­go. A było na­praw­dę eks­tra. Może i nie by­łam zbyt­nio do­świad­czo­na, bo do tej pory mia­łam tyl­ko jed­ne­go chło­pa­ka, ale ni­g­dy nie było mi przy­jem­niej. Mia­łam wra­że­nie, że ja i Car­son ide­al­nie do sie­bie pa­so­wa­li­śmy. Nie wie­dzia­łam, czy będzie z tego coś wi­ęcej. Gdzieś z tyłu gło­wy kie­łko­wa­ła tyl­ko mała oba­wa o to, że je­śli nam się nie uda, na­sza przy­ja­źń się po­sy­pie, a tego bym nie chcia­ła.

***

Uwiel­bia­łam wy­stępy na sce­nie, ale po­trze­bo­wa­łam też wol­ne­go, dla­te­go chcia­łam w pe­łni wy­ko­rzy­stać te kil­ka ty­go­dni, by mak­sy­mal­nie wy­po­cząć. Po­my­śla­łam na­wet, by wy­rwać się gdzieś na kil­ka dni. Oczy­wi­ście nie sa­mot­nie, bo za­wsze to­wa­rzy­szy­ła mi ochro­na, ale przy­naj­mniej tro­chę od­po­częła­bym od taty. Oba­wia­łam się, że za­raz uzna moje nic­nie­ro­bie­nie za szko­dli­we dla mo­jej ka­rie­ry i za­cznie na­le­gać na skró­ce­nie wa­ka­cji, a mnie się na­praw­dę bar­dzo do­brze wy­po­czy­wa­ło. Roz­my­śla­nia prze­rwał mi dźwi­ęk te­le­fo­nu. Ucie­szy­łam się, że za­dzwo­nił aku­rat Car­son. Ode­bra­łam po­łącze­nie.

- Hej, co tam?

- Hej, mała - ode­zwał się. - Masz ja­kieś pla­ny na dzi­siaj? - za­py­tał.

- W su­mie żad­nych.

- To wpad­nę po cie­bie o siód­mej. Jest mała im­prez­ka u chło­pa­ków z Dam­ned So­uls z oka­zji pre­mie­ry ich no­we­go sin­gla - wy­ja­śnił.

- Cze­kaj, cze­kaj - wpa­dłam mu w sło­wo. - Mała im­prez­ka?

- Obie­cu­ję, że będzie spo­koj­nie - za­pew­nił mnie.

Cho­le­ra! Jak ja się wy­mknę ojcu? To było na­praw­dę wku­rza­jące, że tak na­praw­dę nie mo­głam się ni­g­dzie ru­szyć bez jego zgo­dy. To on za­wsze wie­dział naj­le­piej, w któ­rych miej­scach będę bez­piecz­na, gdzie mogę cho­dzić, a gdzie nie. Mia­łam dość tej kon­tro­li.

- Okej, będę go­to­wa - przy­tak­nęłam.

- Su­per! To na ra­zie!

- Na ra­zie!

Roz­łączy­łam się i rzu­ci­łam te­le­fon na łó­żko. Po­my­śla­łam, by po­pro­sić o po­moc Ca­ro­li­ne. Z jed­nej stro­ny było mi głu­pio, ale z dru­giej stro­ny tyl­ko ona mo­gła mnie kryć przed oj­cem. No i był jesz­cze je­den ma­lut­ki pro­blem - moja ochro­na. Do­brze się z nimi do­ga­dy­wa­łam, zwłasz­cza z Owe­nem, bo Toby był bar­dziej za­sad­ni­czy i bar­dzo szcze­gó­ło­wy, kie­dy przy­cho­dzi­ło do zda­wa­nia ra­por­tów mo­je­mu ojcu. Nie­ste­ty to wła­śnie z To­bym mia­łam zo­stać dziś wie­czo­rem.

- Hej - od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

- Ca­ro­li­ne, mo­gła­bym mieć do cie­bie pro­śbę? - za­py­ta­łam nie­śmia­ło.

- Co się sta­ło?

- Car­son za­pro­sił mnie dziś na im­pre­zę, a wo­la­ła­bym nie mó­wić o tym ta­cie. - Skrzy­wi­łam się.

- Nie będzie za­chwy­co­ny, ale nie ukry­je­my tego przed nim. Mogę go wy­ci­ągnąć na ko­la­cję, ale na pew­no naj­pó­źniej koło dzie­wi­ątej będzie chciał wra­cać - uświa­do­mi­ła mi.

- Czy­li nici z mo­je­go wy­jścia - wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem.

- Może po pro­stu jed­nak mu po­wiedz - za­su­ge­ro­wa­ła.

- To się sko­ńczy kłót­nią.

- Ha­zel, twój oj­ciec nie chce dla cie­bie źle, on cię chro­ni. - Spoj­rza­ła na mnie z po­wa­gą. Two­je ży­cie wy­gląda ina­czej niż u wi­ęk­szo­ści na­sto­la­tek, a on się zwy­czaj­nie boi. Mu­si­cie po pro­stu zna­le­źć kom­pro­mis w tym wszyst­kim, bo oczy­wi­ste jest, że ty nie mo­żesz za ka­żdym ra­zem od­pusz­czać, ale też to, że on chce za­pew­nić ci bez­pie­cze­ństwo - wy­ja­śni­ła.

- Wiem - wes­tchnęłam. - Tyl­ko z nim tak ła­two się nie da.

- Po­ga­daj z nim, a ja już tak zaj­mę mu czas, żeby za bar­dzo nie pa­ni­ko­wał - do­da­ła i pu­ści­ła do mnie oko.

- Dzi­ęki, Ca­ro­li­ne.

A więc cze­ka­ła mnie wy­ciecz­ka do fir­my taty, bo nie za­mie­rza­łam dzi­siaj od­pu­ścić. Oczy­wi­ście, że ro­zu­mia­łam ochro­nę, ale nie­ste­ty mój oj­ciec prze­gi­nał i nie wie­dział, kie­dy prze­stać. Po­my­śla­łam, że przy oka­zji sko­czę też na ja­kieś szyb­kie za­ku­py.

Mama uwiel­bia­ła ko­lor zie­lo­ny, zwłasz­cza od­cie­nie mi­ęto­wy, szma­rag­do­wy i se­le­dy­no­wy. Może się to wy­da­wać dziw­ne, ale przez te wszyst­kie lata uni­ka­li­śmy tej ko­lo­ry­sty­ki. Po śmier­ci mamy tata za­de­cy­do­wał o prze­ma­lo­wa­niu ścian w domu, choć ja się z tym nie zga­dza­łam. Nie ku­po­wa­li­śmy też żad­nych ubrań ani do­dat­ków w tych ko­lo­rach. To było tro­chę tak, jak­by tata chciał się po­zbyć wszel­kich wspo­mnień o ma­mie. Do­pie­ro pó­źniej zro­zu­mia­łam, że ka­żde z nas prze­ży­wa­ło ból i ża­ło­bę na swój spo­sób. Obo­je nie mo­gli­śmy się po­go­dzić z tym, co się sta­ło, ale choć wszyst­ko wy­da­wa­ło się nam bez sen­su, mu­sie­li­śmy żyć da­lej.

Te­raz biu­ro wy­gląda­ło pi­ęk­nie. Na re­ga­le za­uwa­ży­łam dwa zdjęcia. Jed­no wspól­ne na­szej trój­ki, gdy mia­łam sie­dem lat, i dru­gie ślub­ne taty i Ca­ro­li­ne. Oj­ciec ko­chał Ca­ro­li­ne, ale wie­dzia­łam też, że w ser­cu za­wsze będzie miał mamę.

Po chwi­li otwo­rzy­ły się drzwi i wsze­dł tata, przy­ła­pu­jąc mnie na ogląda­niu zdjęć.

- Pa­mi­ętam, jak się nie­cier­pli­wi­łaś, kie­dy chcie­li­śmy zro­bić to zdjęcie - po­wie­dział, wspo­mi­na­jąc tam­tą chwi­lę.

- Nie lu­bi­łam zdjęć. - Zmarsz­czy­łam nos.

- A pi­ęk­nie na nich wy­cho­dzisz, i tak na­tu­ral­nie.

Odło­ży­łam fo­to­gra­fię na re­gał i od­wró­ci­łam w jego stro­nę.

- Tato, wy­cho­dzę dziś na im­pre­zę.

- Tato?

- Mo­głem się do­my­ślić, że nie przy­szłaś tu bez­in­te­re­sow­nie. - Po­lu­zo­wał kra­wat.

- Tato, chy­ba nie będziesz...

- Prze­sa­dzasz - fuk­nęłam. - Mó­wisz tak, jak­bym była gwiaz­dą po­kro­ju Bey­on­cé.

- Dla mnie je­steś wi­ęk­szą gwiaz­dą niż Bey­on­cé - pod­kre­ślił. - A two­je bez­pie­cze­ństwo jest dla mnie naj­wa­żniej­sze, na­wet gdy­bym miał cię za­mknąć w zło­tej klat­ce.

- A co, je­śli ja tego nie chcę?

- Ha­zel...

- Pój­dę już, tato.

Mu­sia­łam stam­tąd wy­jść, bo czu­łam, że za­raz nie wy­trzy­mam i moc­no się po­kłó­ci­my, a na to na­praw­dę nie mia­łam siły. Co­raz częściej prze­ko­ny­wa­łam się o tym, że ja i oj­ciec po pro­stu się nie do­ga­da­my. On uwa­żał, że po­win­nam być szczęśli­wa, bo prze­cież mia­łam wszyst­ko: ta­lent, pie­ni­ądze, po­pu­lar­no­ść, a już nie­dłu­go do­ro­bię się ta­kże zło­tej klat­ki. Nie­sa­mo­wi­te szczęście, praw­da? Szko­da tyl­ko, że oj­ciec nie wi­dział, że po­wo­li tra­ci­łam sie­bie.

Wró­ci­łam pro­sto do domu, bo stra­ci­łam ocho­tę na ja­kie­kol­wiek za­ku­py.

- Toby, wy­cho­dzę dziś wie­czo­rem - zwró­ci­łam się do ochro­nia­rza.

- Wiem - przy­tak­nął. - Do­sta­łem już wy­tycz­ne.

- To do­brze, że oj­ciec wy­ci­ągnął jed­nak coś z na­szej roz­mo­wy - po­my­śla­łam na głos.

- Wła­ści­wie po­wie­dział, że i tak się uprzesz na to wy­jście, dla­te­go ści­ągnął też Owe­na - do­dał Toby.

- Co? - Na­praw­dę się zde­ner­wo­wa­łam.

Cho­le­ra, Owen miał dziś wol­ne i oj­ciec do­sko­na­le o tym wie­dział, a mimo to po nie­go za­dzwo­nił. Po­sta­ram się ja­koś wy­ja­śnić to Owe­no­wi w na­dziei, że się za bar­dzo na mnie nie wku­rzy. W prze­ci­wie­ństwie do mo­je­go ojca li­czy­łam się z in­ny­mi lu­dźmi i ich pla­na­mi. Wraz z roz­wo­jem mo­jej ka­rie­ry mu­sia­łam się przy­zwy­cza­ić do ró­żnych zmian w moim ży­ciu. Zmia­ny te do­ty­czy­ły nie tyl­ko spo­so­bu na­uki, ale rów­nież kwe­stii bar­dziej oso­bi­stych, jak moja pry­wat­no­ść. Do przy­dzie­lo­nej mi ochro­ny po­cząt­ko­wo pod­cho­dzi­łam bar­dzo scep­tycz­nie, ale z cza­sem przy­wy­kłam do chło­pa­ków, a na­wet się po­lu­bi­li­śmy.

Car­son przy­je­chał po mnie parę mi­nut po siód­mej. Wi­dok ochro­ny go nie za­sko­czył, ale wie­ść o tym, że będą nam to­wa­rzy­szyć, nie wy­wo­ła­ła uśmie­chu na jego twa­rzy.

- Wow, na im­pre­zę pod­je­dzie­my opan­ce­rzo­nym SUV-em - za­śmiał się.

- Nie drwij. - Szturch­nęłam go w ra­mię.

Ob­jął mnie od tyłu i szep­nął mi do ucha:

- Wiesz, my­śla­łem, że będzie­my mieć kil­ka chwil tyl­ko dla sie­bie.

Och, mo­men­tal­nie za­pło­nęłam. Jego sło­wa spra­wi­ły, że za­ata­ko­wał mnie nie­spo­dzie­wa­ny, ale przy­jem­ny dreszcz.

- Coś wy­kom­bi­nu­je­my - za­mru­cza­łam. - Je­dzie­my! - rzu­ci­łam i po chwi­li wszy­scy wy­szli­śmy z domu.

Wkrót­ce do­tar­li­śmy na miej­sce. Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się prze­ko­nać ani Toby'ego, ani Owe­na, by za­cze­ka­li w sa­mo­cho­dzie. Zresz­tą, na co ja li­czy­łam? Ja­sne było, że będą jak moje cie­nie.

Gdy we­szli­śmy do środ­ka i na­gle wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wa­ły się w moją stro­nę, chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łam się aż tak nie­swo­jo. Nie by­łam spe­cjal­nie nie­śmia­ła, ale dziś to nie ja mia­łam być w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia.

- Wy­lu­zuj, mała. - Car­son za­uwa­żył, że by­łam spi­ęta.

- No, sta­ry. - Pod­sze­dł do nas je­den z chło­pa­ków z Dam­ned So­uls. - Nie mó­wi­łeś, że wpad­nie do nas taka gwiaz­da - do­dał i zmie­rzył mnie wzro­kiem. - Je­stem Mike. - Wy­ci­ągnął do mnie rękę.

- Ha­zel, i mam na­dzie­ję, że nie po­psu­łam wam im­pre­zy - po­wie­dzia­łam i ści­snęłam jego dłoń.

- Żar­tu­jesz? Do­pie­ro się roz­kręca­my. Ale będzie za­je­bi­ście! - Mike nie­ma­lże krzy­czał.

Fak­tycz­nie, im­pre­za do­pie­ro się roz­kręca­ła, co chwi­lę przy­cho­dził ktoś nowy, a i al­ko­ho­lu przy­by­wa­ło, dzi­ęki cze­mu szyb­ko prze­sta­łam być atrak­cją wie­czo­ru. W ko­ńcu mo­głam się wy­lu­zo­wać i do­brze ba­wić. Na­wet obec­no­ść Owe­na i Toby'ego nie była już dla mnie aż tak za­uwa­żal­na.

- Cho­dź. - W pew­nym mo­men­cie usły­sza­łam głos Car­so­na za mo­imi ple­ca­mi.

Tro­chę za szyb­ko od­wró­ci­łam się przo­dem do nie­go, przez co po­tknęłam się o wła­sne nogi, ale na szczęście wpa­dłam pro­sto w jego ra­mio­na.

- Ups... - Za­śmia­łam się i wy­chy­li­łam drin­ka, któ­re­go trzy­ma­łam w ręce, ko­lej­ne­go tego wie­czo­ru.

- Chy­ba wy­star­czy ci już al­ko­ho­lu - rzu­cił Car­son.

- Nie za­mie­niaj się w mo­je­go ojca. - Spoj­rza­łam na nie­go kar­cąco.

- Nie! - za­pro­te­sto­wa­łam. - Chcę ta­ńczyć.

- Ha­zel, ale... - Urwał, bo po­ci­ągnęłam go za rękę i za­częli­śmy ta­ńczyć.

Być może ta­ńczyć to zbyt duże sło­wo, bo po pro­stu wtu­li­łam się w jego ra­mio­na i za­częli­śmy się ko­ły­sać, nie­ko­niecz­nie w rytm mu­zy­ki. Przy nim mo­głam po­czuć się nor­mal­nie, bez tej ca­łej show­biz­ne­so­wej otocz­ki.

Gdy im­pre­za na do­bre się roz­kręci­ła, na par­kie­cie zro­bi­ło się nie­co tłocz­no. Wy­szli­śmy więc z Car­so­nem do ogro­du, by za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Po­pro­si­łam ochro­nę, żeby dali nam tro­chę pry­wat­no­ści. Toby zo­stał w środ­ku, a Owen miał na nas oko z ta­ra­su. Po­szli­śmy w głąb ogro­du, do sa­mej ora­nże­rii.

- Wow, ale tu pi­ęk­nie! - Ro­zej­rza­łam się po wnętrzu.

W cen­tral­nej części po­miesz­cze­nia w oto­cze­niu zie­le­ni sta­ły luk­su­so­we fo­te­le, wy­god­na sofa i szkla­ny sto­lik. Nie­sa­mo­wi­cie pre­zen­to­wał się też mały staw z eg­zo­tycz­ny­mi ryb­ka­mi i ro­śli­na­mi. Chy­ba mu­szę po­my­śleć o ta­kiej ora­nże­rii. Czu­łam, że w ta­kim miej­scu mo­gła­bym się nie tyl­ko re­lak­so­wać, ale też pra­co­wać nad no­wy­mi tek­sta­mi.

- Pi­ęk­nie dziś wy­glądasz - ode­zwał się Car­son.

Od­wró­ci­łam się w jego stro­nę, a on zła­pał mnie w pa­sie i przy­ci­ągnął do sie­bie. Przy­mknęłam na mo­ment oczy, na­pa­wa­jąc się jego zmy­sło­wym za­pa­chem, a wte­dy on wpił się w moje usta w na­mi­ęt­nym po­ca­łun­ku. Za­rzu­ci­łam mu ręce na szy­ję, od­wza­jem­nia­jąc ka­żde mu­śni­ęcie jego warg.

- Dzi­ęku­ję - od­po­wie­dzia­łam, po czym po­pchnęłam go na sofę i usia­dłam na nim okra­kiem.

Był za­sko­czo­ny, ale i bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Za­ci­snął dło­nie na mo­ich bio­drach, a ja na­pa­rłam na nie­go swo­im cia­łem i za­częłam go za­chłan­nie ca­ło­wać, aż za­bra­kło nam tchu. Czu­łam cie­pło jego cia­ła, gdy wsu­nął mi dło­nie pod bluz­kę. Błądził nimi po mo­jej skó­rze, zo­sta­wia­jąc na niej pa­lące śla­dy. Tak bar­dzo go pra­gnęłam, że pło­nęłam już od sa­mych piesz­czot.

- Co byś po­wie­dzia­ła na to, że­by­śmy się stąd ze­rwa­li? - za­py­tał.

- A do­kąd pój­dzie­my? - za­cie­ka­wi­łam się.

- Może po­je­dzie­my do mnie i do­ko­ńczy­my to, co tu za­częli­śmy - wy­chry­piał mi w usta.

- Wiesz chy­ba, że moja ochro­na po­je­dzie ra­zem z nami - przy­po­mnia­łam mu.

- Ja­koś to prze­ży­ję. - Uśmiech­nął się lek­ko.

- Przy­nie­siesz mi ma­łe­go drin­ka?

Zmarsz­czył lek­ko brwi.

- Co­smo może być?

- Po­pro­szę - przy­tak­nęłam i pod­nio­słam się z jego ko­lan.

- Okej, za­raz wra­cam - po­wie­dział i cmok­nął mnie po­li­czek, po czym wy­sze­dł z ora­nże­rii.

Roz­sia­dłam się wy­god­nie na wprost ma­gicz­ne­go sta­wu. By­łam już zmęczo­na, tym bar­dziej cie­szy­łam się z tego, że wyj­dzie­my wcze­śniej i spędzi­my kil­ka chwil tyl­ko we dwo­je.

- Ha­zel Fern. - Usły­sza­łam na­gle nie­zna­jo­my głos i gwa­łtow­nie pod­nio­słam się z miej­sca. - Naj­ja­śniej­sza gwiaz­da, któ­rą po­ko­cha­ły tłu­my - do­dał głos z lek­ką drwi­ną.

- Pój­dę już - po­wie­dzia­łam nie­co wy­stra­szo­na. - Moi ochro­nia­rze pew­nie mnie szu­ka­ją.

- Ochro­nia­rze? - za­śmiał się. - Ach tak, prze­pra­szam, w ko­ńcu je­steś wiel­ką gwiaz­dą - prych­nął, ro­bi­ąc ukłon w moją stro­nę.

- Car­son to idio­ta - po­wie­dział. - Choć pew­nie ma względem cie­bie ja­kiś plan.

Co? Nie wie­dzia­łam, o czym ten fa­cet mó­wił, ale nie to było te­raz naj­wa­żniej­sze. Chcia­łam stam­tąd uciec.

- Puść mnie! - Pró­bo­wa­łam mu się wy­szar­pać, ale za­cie­śnił uścisk i nie po­zwo­lił mi na to.

- Uwa­żaj na nie­go, gwiaz­decz­ko. - Na­chy­lił się, dmu­cha­jąc mi pro­sto w twarz, na co się skrzy­wi­łam. - On chce od cie­bie tego sa­me­go, cze­go chcą i inni.

- Car­son! - krzyk­nęłam do nie­go i wi­dzia­łam, że na­tych­miast za­czął biec w na­szym kie­run­ku.

Fa­cet od­wró­cił się, żeby zer­k­nąć za sie­bie. Wy­ko­rzy­sta­łam ten mo­ment, ode­pchnęłam go i wy­bie­głam na ze­wnątrz, wpa­da­jąc pro­sto w ra­mio­na Car­so­na.

- Mała, wszyst­ko okej? - Od­gar­nął mi wło­sy z twa­rzy.

Ner­wo­wo przy­tak­nęłam gło­wą, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad zbyt szyb­kim od­de­chem. Car­son przy­glądał mi się uwa­żnie.

- Ten... ten fa­cet... - du­ka­łam.

- Car­son, stój! - Za­trzy­ma­łam chło­pa­ka, tym sa­mym po­zwa­la­jąc nie­zna­jo­me­mu wy­jść z ora­nże­rii i ru­szyć w dru­gą stro­nę. - Cho­le­ra, Owen. - Wzdry­gnęłam się, wi­dząc ochro­nia­rza.

- Co tu się sta­ło? - za­py­tał zde­ner­wo­wa­ny.

- Nic - od­po­wie­dzia­łam. - Wszyst­ko jest okej.

- Ha­zel, je­stem za cie­bie od­po­wie­dzial­ny.

- Jest okej. - Po­ta­ki­wa­łam gło­wą. - Chcę po­roz­ma­wiać z Car­so­nem.

- Mu­si­my wra­cać - upie­rał się Owen.

- Daj nam chwi­lę.

- Ha­zel, ale...

- Dwie mi­nu­ty - na­le­ga­łam.

Mu­sia­łam po­ga­dać z Car­so­nem. Ten gość był dziw­ny, a to, co po­wie­dział, nie da­wa­ło mi spo­ko­ju.

- Mała, czy on ci coś zro­bił? - za­py­tał po­now­nie Car­son.

Wi­dzia­łam zmar­twie­nie na jego twa­rzy. Był zde­ner­wo­wa­ny i wie­dzia­łam, że jed­no moje sło­wo, a zmió­tłby ko­le­sia z po­wierzch­ni zie­mi. Na szczęście nic mi się nie sta­ło, a bój­ka na­praw­dę nie była nam te­raz po­trzeb­na.

- Car­son, on... - Urwa­łam, bo wci­ąż mia­łam mie­sza­ne uczu­cia. - On... Ty go znasz?

- Nie­ste­ty - burk­nął.

- Po­wiesz coś wi­ęcej?

- Nie war­to.

- Może jed­nak. - Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach. - On ewi­dent­nie ma coś do cie­bie.

Chło­pak gło­śno wes­tchnął.

- To La­trell Rus­so - po­wie­dział w ko­ńcu, ale nie­ste­ty nie­wie­le mi to mó­wi­ło. - Du­pek, któ­ry ubz­du­rał so­bie, że znisz­czy­łem jego szan­sę na wiel­ką ka­rie­rę.

- Co? - Nie bar­dzo ro­zu­mia­łam.

- Dłu­ga hi­sto­ria. Zde­ma­sko­wa­łem go, bo był zwy­kłym oszu­stem, ale on za­po­wie­dział, że mnie znisz­czy - wy­ja­śnił. A po­tem ujął moją twarz w dło­nie i do­dał: - Co­kol­wiek ci o mnie po­wie­dział, skar­bie, to kłam­stwa.

- Tyl­ko tyle? Ha­zel, spo­dzie­wa­łem się po nim gor­szych rze­czy. Prze­cież mnie znasz, i to nie od dzi­siaj. - Pa­trzył mi pro­sto w oczy.

- Wiem, Car­son - od­pa­rłam. - Po pro­stu...

- Masz wąt­pli­wo­ści?

- Nie, coś ty. Po pro­stu nie­na­wi­dzę, jak ktoś pró­bu­je ta­kich ta­nich sztu­czek. Pa­mi­ętam, co mi po­wie­dzia­łeś, gdy wy­je­żdża­łam w pierw­szą po­wa­żną tra­sę kon­cer­to­wą - wspo­mnia­łam.

- Po­wie­dzia­łeś, że­bym uwa­żnie do­bie­ra­ła lu­dzi, któ­rzy będą naj­bli­żej mnie. Że­bym nie za­my­ka­ła się na nich, ale była ostro­żna i ufa­ła swo­jej in­tu­icji.

- To taka rada, któ­ra przy­da­je się przez całe ży­cie.

- Ni­g­dy mnie nie za­wio­dła - do­da­łam, po czym na chwi­lę wtu­li­łam się w jego ra­mio­na. - I bar­dzo się cie­szę, że mam cie­bie.

- Mam na­dzie­ję, że wiesz, że je­steś dla mnie naj­wa­żniej­sza - szep­nął i po­ca­ło­wał mnie we wło­sy.

- Zmy­wa­my się stąd? Je­stem już tro­chę zmęczo­na - po­wie­dzia­łam, de­li­kat­nie się od nie­go od­su­wa­jąc.

- Je­dzie­my do mnie? - za­py­tał.

- Chy­ba le­piej po­ja­dę do domu. - Pod­nio­słam na nie­go spoj­rze­nie.

- Ja­sne. Nie­dzie­la ak­tu­al­na? - upew­nił się.

- Tak - przy­tak­nęłam. - Nie od­pusz­czę ta­kiej oka­zji.

Wspi­ęłam się na pal­cach stóp i mu­snęłam jego usta. Car­son szyb­ko mnie nie pu­ścił. Naj­pierw po­głębił po­ca­łu­nek, i to z taką na­mi­ęt­no­ścią, że wca­le nie chcia­łam już wra­cać do domu.

Nie mia­łam za­mia­ru roz­my­ślać nad tym, co po­wie­dział tam­ten fa­cet. Było oczy­wi­ste, że sko­ro ma z Car­so­nem na pie­ńku, nie będzie się o nim po­chleb­nie wy­ra­żał. Mnie wy­star­czy­ło to, że zna­łam Car­so­na, ufa­łam mu i wie­dzia­łam, że ni­g­dy by mnie nie skrzyw­dził. Nie mia­łam żad­nych pod­staw, by uwa­żać ina­czej. A ob­ra­ca­łam się prze­cież w sfe­rach, gdzie na za­ufa­nie trze­ba so­bie było so­lid­nie za­pra­co­wać. Zda­wa­łam so­bie też spra­wę z tego, że nie­któ­rzy po­przez zna­jo­mo­ść ze mną mo­gli ocze­ki­wać ja­ki­chś ko­rzy­ści. Nie­ste­ty, ta­kie sy­tu­acje już mi się zda­rzy­ły, dla­te­go by­łam bar­dzo ostro­żna w do­bo­rze naj­bli­ższych mi osób, a Car­son sta­wał się wła­śnie kimś wi­ęcej niż przy­ja­cie­lem.

***

Oj­ciec po­je­chał dziś na ja­kieś wa­żne spo­tka­nie biz­ne­so­we. Cie­szy­łam się, bo wy­bie­ra­łam się do klu­bu, by spo­tkać się z Car­so­nem i po­słu­chać jego wy­stępu. Ca­ro­li­ne o wszyst­kim wie­dzia­ła i obie­ca­ła mnie kryć, gdy­by przy­pad­kiem tata wró­cił wcze­śniej. Mia­łam tyl­ko nie na­roz­ra­biać. Li­to­ści, prze­cież nie by­łam ma­łym dziec­kiem.

Z Car­so­nem umó­wi­łam się już na miej­scu, bo on mu­siał pod­je­chać do klu­bu wcze­śniej, a mnie i tak miał za­wie­źć kie­row­ca Joey, no i miał być ze mną rów­nież Owen. Do klu­bu do­ta­rłam pi­ęt­na­ście mi­nut przed pla­no­wa­nym wy­stępem Car­so­na. By unik­nąć sku­pie­nia na so­bie nie­po­trzeb­nej uwa­gi, do środ­ka we­szli­śmy z Owe­nem we­jściem dla per­so­ne­lu.

- A co ta­kie­go zro­bił? - za­py­ta­łam za­cie­ka­wio­na.

- Po­wie­dział, że przyj­dzie jego la­ska, naj­wi­ęk­sza gwiaz­da. Mam nie za­da­wać py­tań, tyl­ko ją wpu­ścić - oznaj­mił.

- Jego la­ska? Do­bre - prych­nęłam, krzy­żu­jąc ręce na pier­siach. - Okej, mo­żesz mi po­wie­dzieć, gdzie on jest?

- Na ko­ńcu ko­ry­ta­rza, drzwi na wprost. Tyl­ko się po­spiesz, bo za­raz wcho­dzi.

- Dzi­ęki - od­po­wie­dzia­łam i ra­zem z Owe­nem uda­li­śmy się we wska­za­ne miej­sce.

- Hej - ode­zwa­łam się.

- O mat­ko! - Dziew­czy­na aż za­sło­ni­ła usta dło­nią. - Ty... ty prze­cież je­steś Ha­zel Fern! - za­pisz­cza­ła.

- Je­stem Am­ber. - Wy­ci­ągnęła do mnie dłoń, a ja ją uści­snęłam. - Ale się cie­szę!

- Miło mi.

- Ja­sne. Ale mega!

Da­łam znak Owe­no­wi, by i on nas zo­sta­wił, a po chwi­li w tej nie­wiel­kiej sali by­łam już sama z Car­so­nem. Chło­pak pod­sze­dł do mnie i ob­jął mnie w pa­sie, przy­ci­ąga­jąc do sie­bie.

- Ba­łem się, że jed­nak nie przyj­dziesz - po­wie­dział, opie­ra­jąc swo­je czo­ło o moje.

- Dziw­ne, bo chło­pak przy we­jściu spo­dzie­wał się, że przyj­dzie two­ja la­ska - od­po­wie­dzia­łam, a Car­son się za­śmiał. - Mia­łeś na my­śli mnie, czy po­ja­wi się ja­kaś inna go­rąca la­ska? - za­py­ta­łam za­dzior­nie.

- Ty je­steś naj­bar­dziej go­rąca, mała - szep­nął i de­li­kat­nie mu­snął moje usta.

- Uwa­żaj, że­byś się nie opa­rzył.

- Chęt­nie za­ry­zy­ku­ję - od­pa­rł sta­now­czo i tym ra­zem po­ca­ło­wał mnie tak na­mi­ęt­nie, że aż za­bra­kło mi tchu.

Do­słow­nie za chwi­lę miał się od­być wy­stęp Car­so­na. Ze­spół, któ­ry miał z nim grać, już wcho­dził na sce­nę. Chło­pak po­ka­zał mi, gdzie mogę usi­ąść, by go do­brze wi­dzieć, a jed­no­cze­śnie sama nie być wi­docz­ną dla pu­blicz­no­ści. Chciał, że­bym mo­gła spo­koj­nie obej­rzeć wy­stęp i ta­kie roz­wi­ąza­nie mi to umo­żli­wia­ło. Poza tym to miał być jego czas, ja by­łam tu tyl­ko go­ściem.

Jak tyl­ko wy­sze­dł na sce­nę, że­ńska część pu­blicz­no­ści od razu się oży­wi­ła. Oczy­wi­ste było, że te ko­bie­ty przy­szły tu­taj nie tyl­ko po to, by go po­słu­chać, ale i by zo­ba­czyć go na żywo. Nic dziw­ne­go, Car­son był bar­dzo przy­stoj­ny i wzbu­dzał za­in­te­re­so­wa­nie płci prze­ciw­nej.

- Dziś jest tu ze mną wy­jąt­ko­wa dziew­czy­na - po­wie­dział przed wy­ko­na­niem ostat­niej pio­sen­ki. - Je­stem pew­ny, że i wy do­brze ją zna­cie, dla­te­go po­mó­żcie mi ją wy­wo­łać, a być może za­śpie­wa ra­zem ze mną, co wy na to? - mó­wi­ąc to, naj­pierw pa­trzył na pu­blicz­no­ść, a po­tem spoj­rzał w moją stro­nę. To mnie do­pie­ro za­sko­czył. Wszy­scy za­częli kla­skać, a on przy­bli­żył się do kra­wędzi sce­ny. - A więc za­wo­łaj­cie ją - za­chęcał ich. - Ha­zel! - Gdy wy­po­wie­dział moje imię, okla­skom nie było ko­ńca.

Car­son wy­ci­ągnął rękę w moją stro­nę, a wte­dy wy­szłam ze swo­je­go ukry­cia. Kątem oka wi­dzia­łam, że Owen tyl­ko po­kręcił gło­wą, bo obie­ca­łam mu, że będzie spo­koj­nie, ale by­łam tak pod­eks­cy­to­wa­na mo­żli­wo­ścią za­śpie­wa­nia z Car­so­nem, że mu­sia­łam sko­rzy­stać z tej oka­zji. Pierw­szy raz za­śpie­wam z nim przed pu­blicz­no­ścią. Car­son wła­śnie spe­łniał moje ma­rze­nie.

- Za­śpie­wa­my two­ją pio­sen­kę - za­su­ge­ro­wał.

- Moją? - zdzi­wi­łam się. - A nie le­piej...

- Take it to hell - prze­rwał mi, po­da­jąc ty­tuł.

- A... ale...

- Cho­dź, mała. - Chwy­cił moją dłoń i pa­trząc mi pro­sto w oczy, po­ca­ło­wał ją.

To był je­den z mo­ich moc­niej­szych ka­wa­łków i to wła­śnie Car­son po­ma­gał mi w na­pi­sa­niu tego tek­stu.

- Okej - przy­tak­nęłam.

Mimo za­sko­cze­nia by­łam nie­sa­mo­wi­cie pod­eks­cy­to­wa­na. Gdy za­częli­śmy śpie­wać, by­łam naj­szczęśliw­sza na świe­cie.

Po wy­stępie roz­da­li­śmy kil­ka au­to­gra­fów, a po­tem po­bie­gli­śmy na za­ple­cze. Ża­ło­wa­łam tyl­ko, że dzi­siaj nie mo­głam spędzić z Car­so­nem wi­ęcej cza­su. Mia­łam wró­cić, gdy tyl­ko Ca­ro­li­ne da mi znać, że oj­ciec rów­nież wra­ca do domu. Le­piej, żeby nie wie­dział o moim wy­jściu, i to do ta­kie­go miej­sca, do zwy­kłej knaj­py, a nie do eks­klu­zyw­ne­go klu­bu dla wy­ższych sfer.

- Da­łaś cza­du. - Car­son unió­sł mnie za bio­dra i po­sa­dził na sto­le, usa­da­wia­jąc się mi­ędzy mo­imi no­ga­mi.

- Obo­je da­li­śmy cza­du - od­po­wie­dzia­łam i ob­jęłam go za szy­ję.

- To jak będzie­my świ­ęto­wać? - za­py­tał, zsu­wa­jąc mi ramo­ne­skę z ra­mion.

Mo­men­tal­nie zro­bi­ło mi się tak go­rąco, jak­by ude­rzy­ła we mnie ja­kaś fala żaru. Jego błądzące po mo­ich ra­mio­nach i kręgo­słu­pie dło­nie roz­pa­la­ły mnie do czer­wo­no­ści. Kie­dy wsu­nął mi je pod bluz­kę, piesz­cząc moje na­gie cia­ło, nie wy­trzy­ma­łam.

- Też cię pra­gnę - jęk­nęłam. - Te­raz! - pod­kre­śli­łam.

Car­son de­li­kat­nie się ode mnie od­su­nął, ale jego wzrok pło­nął. Wie­dzia­łam, że nie wyj­dę stąd nie­za­spo­ko­jo­na i cała aż drża­łam w ocze­ki­wa­niu na to, co się wy­da­rzy.

- Wiesz, że je­steś tyl­ko moja? - za­py­tał, uno­sząc mój pod­bró­dek tak, bym pa­trzy­ła mu pro­sto w oczy.

- Je­śli tyl­ko mnie chcesz - wy­szep­ta­łam.

- Mała, chcę cię jak ni­g­dy ni­ko­go - za­pew­nił, mu­ska­jąc moje usta.

A po­tem wpił się w nie na­mi­ęt­nie, ca­łu­jąc mnie sza­le­ńczo, z po­żąda­niem. Po­mó­gł mi ze­jść ze sto­łu, po czym zdjął mi spodnie wraz z majt­ka­mi i po­now­nie po­sa­dził mnie na zim­nym bla­cie. Roz­pi­ął mi bluz­kę, by pie­ścić moje pier­si ukry­te pod cien­ką ko­ron­ką sta­ni­ka. Chwy­ci­łam za brze­gi jego ko­szul­ki, a gdy unió­sł ręce, ści­ągnęłam mu ją przez gło­wę. Prze­su­wa­łam pal­ca­mi po jego na­gim tor­sie, czu­jąc, jak cia­ło chło­pa­ka po­kry­wa się gęsią skór­ką. Było mi na prze­mian zim­no i go­rąco, moje zmy­sły kom­plet­nie sza­la­ły i wręcz nie mo­głam się do­cze­kać, kie­dy Car­son mnie wy­pe­łni.

Wresz­cie si­ęgnął do kie­sze­ni spodni po pre­zer­wa­ty­wę, po czym zsu­nął je z sie­bie wraz z bok­ser­ka­mi. Na wi­dok jego na­brzmia­łe­go pe­ni­sa moim cia­łem wstrząsnął roz­kosz­ny dreszcz. Spraw­nie za­ło­żył gum­kę, prze­su­nął mnie na brzeg sto­łu, po czym wsze­dł we mnie szyb­kim pchni­ęciem i za­trzy­mał się na mo­ment. Gło­śny jęk opu­ścił moje gar­dło, a Car­son opa­rł gło­wę na moim ra­mie­niu, wgry­za­jąc się w nie. Ob­jęłam go no­ga­mi w pa­sie, a on za­czął się we mnie ener­gicz­nie po­ru­szać.

Przez chwi­lę po­my­śla­łam o tym, że do­brze by było, gdy­by po­miesz­cze­nie było dźwi­ękosz­czel­ne, żeby sto­jący pod drzwia­mi Owen nie sły­szał, jak się pie­przy­my. Ale za­raz od­pu­ści­łam. W tam­tej chwi­li zu­pe­łnie mnie to nie ob­cho­dzi­ło. Czu­łam tyl­ko Car­so­na, któ­ry za­pa­mi­ęta­le we mnie ude­rzał i sły­sza­łam tyl­ko na­sze jęki mie­sza­jące się z przy­spie­szo­ny­mi od­de­cha­mi i gło­śnym dud­nie­niem na­szym serc. Nie po­trze­bo­wa­łam nic wi­ęcej. Car­son był wszyst­kim, cze­go pra­gnęłam. Z ka­żdym jego pchni­ęciem by­łam co­raz bli­żej osi­ągni­ęcia upra­gnio­ne­go spe­łnie­nia. Przy­ci­ągnęłam go moc­niej do sie­bie, wpla­ta­jąc pal­ce w jego wło­sy i lek­ko za nie po­ci­ąga­jąc.

- Boże, Car­son! - za­jęcza­łam, gdy po­czu­łam, jak za­czy­nam się na nim za­ci­skać.

- Wy­trzy­maj, skar­bie - wy­dy­szał.

Wark­nął, wbi­ja­jąc się we mnie co­raz moc­niej i szyb­ciej. Po­czu­łam, jak za­czął pul­so­wać w moim wnętrzu, a wte­dy przez moje cia­ło prze­to­czy­ła się fala dresz­czy.

- Car­son! - krzyk­nęłam, szczy­tu­jąc.

- Kur­wa, Ha­zel! - prze­klął tuż za moim uchem, gdy po raz ostat­ni we mnie ude­rzył, po czym za­sty­gł w bez­ru­chu.

Po­win­ni­śmy się szyb­ko ogar­nąć, choć Owen z pew­no­ścią do­my­ślił się już, co tu ro­bi­li­śmy, więc w grun­cie rze­czy nie mia­ło to wi­ęk­sze­go zna­cze­nia. Li­czy­ło się tyl­ko to, że by­łam z Car­so­nem, któ­ry ro­zu­miał mnie jak nikt inny. Czu­łam, że mi­ędzy nami zro­dzi­ło się coś znacz­nie wi­ęcej niż przy­ja­źń.

***

Na­stęp­ne­go dnia w po­rze lun­chu oj­ciec wpa­dł do domu ni­czym hu­ra­gan. Nie wie­dzia­łam, co było po­wo­dem jego kosz­mar­ne­go hu­mo­ru, ale wy­glądał, jak­by miał za­raz wy­buch­nąć. Gdy rzu­cił na stół kil­ka ró­żnych ga­zet, wszyst­ko zro­zu­mia­łam.

- Mo­żesz mi to wy­ja­śnić?! - krzyk­nął, pio­ru­nu­jąc mnie wzro­kiem.

Wzi­ęłam pierw­szą lep­szą ga­ze­tę i za­częłam ją prze­glądać. Po­tem na­stęp­ną. I na­stęp­ną. No tak. Były w nich zdjęcia z mo­je­go wczo­raj­sze­go wy­jścia do klu­bu i kil­ka słów na te­mat tego, czy te­raz za­mie­rzam grać po ba­rach i czy będę wy­stępo­wać z Car­so­nem. Po pro­stu świet­nie...

- Ha­zel! - wark­nął.

- Nie krzycz na mnie, okej?

- Ro­zu­miem, że ty o wszyst­kim wie­dzia­łaś?! - Spoj­rzał gniew­nie na Ca­ro­li­ne.

- Uspo­kój się, Je­re­my - po­wie­dzia­ła ła­god­nie. - Prze­cież nic ta­kie­go się nie sta­ło.

- No wła­śnie - ode­zwa­łam się. - A ty ro­bisz z tego tra­ge­dię na ska­lę ko­lej­nej woj­ny świa­to­wej.

- Ha­zel, nie prze­gi­naj! - sy­czał. - To na to były moje pie­ni­ądze?! Za­in­we­sto­wa­łem w cie­bie, w twój ta­lent, a ty śpie­wasz w ja­kie­jś spe­lu­nie! - opie­przał mnie.

- To na­praw­dę przy­zwo­ity klub - rzu­ci­łam pod no­sem.

- Nie wy­trzy­mam z tobą!

- Je­re­my, daj jej spo­kój - wtrąci­ła Ca­ro­li­ne. - My­ślę, że to za­dzia­ła aku­rat ko­rzyst­nie na jej ka­rie­rę.

- Czy wy sie­bie w ogó­le sły­szy­cie? - Po­pa­trzył na nas, marsz­cząc brwi. - A po­wiedz mi, cór­ciu, sko­ro je­steś taka roz­sąd­na, co sku­si­ło cię, by za­śpie­wać z tym chło­pa­kiem? Nie mo­głaś go po pro­stu po­słu­chać, po­sie­dzieć so­bie, po­pa­trzeć?

- Prze­cież lu­bię śpie­wać.

- Od­po­wiedz - na­le­gał.

- O mat­ko, no Car­son za­pro­sił mnie na sce­nę - od­po­wie­dzia­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Oczy­wi­ście - rzu­cił z sar­ka­zmem. - A przy­po­mnij mi, co za­śpie­wa­li­ście?

Co on się tak upa­rł?

- Take it to hell - od­burk­nęłam.

- To była two­ja pro­po­zy­cja? - do­cie­kał.

Za­czy­na­łam mieć tego ser­decz­nie dość.

- Car­so­na.

- Ko­cha­nie, i ja­kim cu­dem nie za­pa­li­ła ci się czer­wo­na lamp­ka? - drążył te­mat.

- O co ci cho­dzi, Je­re­my? - Ca­ro­li­ne też nie mia­ła po­jęcia, co oj­ciec miał na my­śli.

- To może ci przy­pom­nę, że Car­son jest uwzględ­nio­ny jako wspó­łau­tor tek­stu. - Prze­wier­cał mnie spoj­rze­niem.

- No i?

- Ten chło­pak chce się wy­bić na two­im suk­ce­sie - mó­wił, a ja kręci­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. - Li­czy na to, że wci­ągniesz go do tego świa­ta, chce cię wy­ko­rzy­stać. Nie po­win­naś mu ufać. Tyle pio­se­nek, a wy­brał aku­rat tę!

- Prze­stań, tato - prze­rwa­łam mu. - Car­son ni­g­dy by mi tego nie zro­bił.

- Nie bądź na­iw­na, Ha­zel. My­ślisz, że wszy­scy wko­ło cie­bie to twoi przy­ja­cie­le?

- Do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z tego, że nie, ale Car­son jest kimś wi­ęcej - od­po­wie­dzia­łam.

- Za­bra­niam ci się z nim spo­ty­kać! Nie będziesz go wi­dy­wać, do­pó­ki miesz­kasz pod moim da­chem! - za­ko­mu­ni­ko­wał tak ostro, że aż Ca­ro­li­ne unio­sła brwi i od­sta­wi­ła fi­li­żan­kę.

- Je­re­my. - Po­pa­trzy­ła na nie­go ostrze­gaw­czo.

- W po­rząd­ku, tato. - Wsta­łam od sto­łu. - Sko­ro miesz­ka­nie pod two­im da­chem unie­mo­żli­wia mi spo­ty­ka­nie się z Car­so­nem, to się wy­pro­wa­dzę.

- Ha­zel, ja...

- Daj spo­kój, tato. - Po­kręci­łam gło­wą, po czym wy­szłam z sa­lo­nu.

Bo­la­ło mnie, że oj­ciec mi nie ufał. Zna­łam Car­so­na prak­tycz­nie od naj­młod­szych lat, za­wsze był moim przy­ja­cie­lem, wspie­rał mnie, po­ma­gał mi. On nie był dwu­li­co­wy. Ro­zu­mia­łam, że oj­ciec w tej kwe­stii był ostro­żny, ale ufa­łam Car­so­no­wi. I tak na­praw­dę mia­łam tyl­ko jego. A te­raz, gdy zbli­ży­li­śmy się do sie­bie, tym bar­dziej nie wie­rzy­łam w to, że chcia­łby mnie wy­ko­rzy­stać.

Nie mo­głam usie­dzieć w domu. Wszyst­ko we mnie aż bu­zo­wa­ło, ko­niecz­nie mu­sia­łam zo­ba­czyć się z Car­so­nem. Tyl­ko on mógł mnie te­raz uspo­ko­ić. Szyb­ko się prze­bra­łam i po­je­cha­łam z Owe­nem do domu chło­pa­ka. Car­son miesz­kał z mamą na dru­gim ko­ńcu mia­sta. Jego ro­dzi­ce roz­wie­dli się do­syć daw­no temu, oj­ciec wy­je­chał z Bir­ming­ham. Kie­dyś by­wa­łam w tym domu znacz­nie częściej, ale z cza­sem, gdy moja ka­rie­ra na­bra­ła tem­pa, a i Car­son za­czął częściej kon­cer­to­wać, utrzy­my­wa­li­śmy kon­takt głów­nie przez te­le­fon, Sky­pe'a czy inne por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we. Czu­łam, że te­raz wie­le się mi­ędzy nami zmie­ni.

Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej by­łam już pod do­mem Car­so­na. Owen oczy­wi­ście cze­kał na mnie w sa­mo­cho­dzie. Za­dzwo­ni­łam dzwon­kiem i po chwi­li Car­son otwo­rzył drzwi.

- Hej - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Hej, a co ty tu ro­bisz? - za­py­tał nie­co za­sko­czo­ny.

- Po­trze­bu­ję cię, Car­son. - Spoj­rza­łam na nie­go ze smut­kiem.

- Cho­dź, mała. - Przy­ci­ągnął mnie do sie­bie, przy­tu­lił i po­ca­ło­wał we wło­sy.

Gdy we­szli­śmy do kuch­ni, w oczy rzu­ci­ła mi się le­żąca na sto­le ga­ze­ta z na­szym zdjęciem na pierw­szej stro­nie.

- Ład­nie wy­szli­śmy, co nie? - Wzi­ęłam ga­ze­tę do ręki i przy­gląda­łam się zdjęciu.

- Na­wet pi­ęk­nie - od­po­wie­dział i pod­sze­dł do mnie od tyłu, by ob­jąć mnie w pa­sie.

Odło­ży­łam ga­ze­tę i opa­rłam gło­wę o jego tors.

- Coś się sta­ło? - za­py­tał z tro­ską.

- Po­kłó­ci­łam się z oj­cem - wes­tchnęłam.

- O ten wy­pad?

- Nie­ste­ty - przy­tak­nęłam, a Car­son wzi­ął mnie za rękę i po­pro­wa­dził do sa­lo­nu.

Usia­dł na so­fie, a ja po­ło­ży­łam się obok nie­go, ukła­da­jąc gło­wę na jego ko­la­nach. Przy nim czu­łam się spo­koj­niej­sza, bar­dziej wy­lu­zo­wa­na. Przy mo­głam być sobą, zwy­kłą Ha­zel.

- Bar­dzo się wście­kł? - za­py­tał, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po moim cie­le.

- Jak­bym co naj­mniej na­gle prze­sta­ła śpie­wać - burk­nęłam.

- Wiesz, że mar­twi się o cie­bie.

- O mnie? - prych­nęłam. - Ra­czej o moją ka­rie­rę. Wca­le nie mu­szę wy­stępo­wać na wiel­kiej sce­nie. Wy­star­czy­ły­by mi kon­cer­ty na przy­jęciach, w ba­rach, na ró­żnych uro­czy­sto­ściach, tak jak ro­bi­ła mama - po­wie­dzia­łam, wspo­mi­na­jąc prze­szło­ść.

- Ale wiesz, że z tego nie mia­ła­byś ta­kich pie­ni­ędzy.

- Przy­naj­mniej by­ła­bym szczęśli­wa.

- A te­raz nie je­steś?

Za­sko­czył mnie tym py­ta­niem.

- To nie do ko­ńca tak. - Za­my­śli­łam się. - Je­stem szczęśli­wa, w ko­ńcu ro­bię to, co ko­cham, ale po pro­stu chcia­ła­bym sama wi­ęcej o so­bie de­cy­do­wać. Nie­ste­ty oj­ciec ci­ągle mi przy­po­mi­na, ile za­in­we­sto­wał we mnie pie­ni­ędzy, przez co czu­ję, jak­bym była mu coś dłu­żna.

- Ha­zel, mała, nie mo­żesz tak do tego pod­cho­dzić. Masz wiel­ki ta­lent, któ­ry do­sko­na­le wy­ko­rzy­stu­jesz - po­wie­dział. - Ow­szem, pie­ni­ądze umo­żli­wi­ły ci na­ukę w naj­lep­szych szko­łach, jed­nak to ty za­pra­co­wa­łaś na suk­ces. To ty wy­cho­dzisz na sce­nę, śpie­wasz, jed­no­czysz lu­dzi, i je­steś w tym naj­lep­sza. Fani cię ko­cha­ją.

Ten fa­cet za­wsze wie­dział, co po­wie­dzieć, by pod­nie­ść mnie na du­chu. Gdy tyl­ko nad­ci­ągał cień zwąt­pie­nia, Car­son szyb­ko go od­ga­niał. Ow­szem, sam też śpie­wał, grał i ob­ra­cał się w mu­zycz­nym świe­cie, ale miał do nie­go zu­pe­łnie inne po­de­jście. Bez tej ca­łej spi­ny, z wi­ęk­szym lu­zem, na któ­ry ja nie do ko­ńca mo­głam so­bie po­zwo­lić.

- Car­son... Dla­cze­go wy­bra­łeś Take it to hell? - za­py­ta­łam w pew­nym mo­men­cie.

- Tak po pro­stu. - Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie chcia­łeś za­śpie­wać in­nej pio­sen­ki? - do­cie­ka­łam.

- Lu­bię ją, na­pi­sa­łem ją z my­ślą o to­bie - wy­ja­śnił, piesz­cząc moje cia­ło. - Dla­cze­go py­tasz?

Nie wie­dzia­łam, co mu od­po­wie­dzieć.

- Chy­ba tak po pro­stu.

Nie mo­głam wy­znać mu ca­łej praw­dy, bo bym go ura­zi­ła. Od­su­wa­łam od sie­bie my­śli, któ­re za­su­ge­ro­wał mi tata. Car­son nie zro­bi­łby mi tego, ufa­łam mu i wie­rzy­łam. Prze­cież zna­li­śmy się nie od dziś. On taki nie był.

- A może wy­sko­czy­my na week­end do Pen­krid­ge? - za­pro­po­no­wa­łam.

- My? - za­py­tał za­sko­czo­ny, jak­bym co naj­mniej pro­po­no­wa­ła mu lot na Ksi­ężyc.

- Co cię tak dzi­wi? - Pod­nio­słam się z jego ko­lan.

- Niech zgad­nę, twój oj­ciec nie wie, że tu je­steś - rzu­cił.

Skąd u nie­go to na­głe wa­ha­nie, skąd te wąt­pli­wo­ści? Może jed­nak tro­chę za­pędzi­łam się w mo­ich wy­obra­że­niach o na­szym zwi­ąz­ku? Może po­win­nam się tro­chę wy­co­fać?

- Pój­dę już, Car­son - po­wie­dzia­łam, po czym wsta­łam z sofy i ru­szy­łam w kie­run­ku wy­jścia.

- Ha­zel, za­cze­kaj! - za­wo­łał za mną.

Na­ci­snęłam na klam­kę w drzwiach, ale jesz­cze ich nie otwo­rzy­łam.

- Nie wy­cho­dź - szep­nął tuż za mną. - Prze­pra­szam - do­dał i chwy­cił mnie za ra­mio­na, od­wra­ca­jąc przo­dem do sie­bie.

Car­son i jego mina zbi­te­go psa kom­plet­nie mnie roz­czu­la­ły.

- Wiesz, że chęt­nie wszędzie z tobą po­ja­dę. Nie chcę tyl­ko, byś prze­ze mnie mia­ła pro­ble­my z oj­cem.

- Ale my już tak mamy. Kłó­ci­my się śred­nio co dwa dni. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- W ta­kim ra­zie nie będzie­my za­ni­żać śred­niej. - Uśmiech­nął się do mnie, unió­sł mój pod­bró­dek i czu­le mnie po­ca­ło­wał.

***

My­śla­łam, że kie­dy wró­cę do domu, oj­ciec będzie już spo­koj­niej­szy i od­pu­ści, ale naj­wy­ra­źniej się my­li­łam. Gdy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg sa­lo­nu, usły­sza­łam jego pod­nie­sio­ny głos. Chy­ba roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon, a wła­ści­wie to na tego ko­goś krzy­czał. Kie­dy mnie zo­ba­czył, roz­łączył się, a cały jego gniew skon­cen­tro­wał się na mnie.

- Gdzie by­łaś? - za­py­tał szorst­ko.

- U Car­so­na. - Po­sta­no­wi­łam, że nie będę kła­mać.

- Za­bro­ni­łem ci się z nim spo­ty­kać! - wark­nął.

- Prze­stań trak­to­wać mnie jak małe dziec­ko albo nie­wol­ni­ka. - Za­ci­snęłam usta.

- Czy ty w ogó­le wiesz, co się tu­taj dzie­je? - Zmarsz­czył gniew­nie brwi.

- Nie - po­kręci­łam gło­wą.

- Może byś wie­dzia­ła, gdy­byś od­bie­ra­ła te­le­fo­ny! - zgro­mił mnie.

No cóż, naj­wy­ra­źniej w naj­bli­ższym cza­sie pod­nie­sie­my śred­nią na­szych kłót­ni...

- Nie sły­sza­łam dzwon­ka. Mo­żesz mi po pro­stu po­wie­dzieć, co się sta­ło? - za­py­ta­łam znie­cier­pli­wio­na.

- To się sta­ło, że nie mo­że­my opędzić się od te­le­fo­nów ko­men­tu­jących twój wczo­raj­szy wy­stęp!

- Prze­cież nic ta­kie­go się nie sta­ło - po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, wzru­sza­jąc lek­ko ra­mio­na­mi.

- Ha­zel! - Oj­ciec nie­ma­lże wrza­snął, lecz w tym mo­men­cie we­szła moja me­ne­dżer­ka, Pa­ige. - O! Do­brze, że w ko­ńcu je­steś. - Spoj­rzał na nią z ulgą. - Może ty prze­mó­wisz jej do roz­sąd­ku.

- Mamy wi­ęk­szy pro­blem - po­wie­dzia­ła, pa­trząc naj­pierw na nie­go, a po­tem na mnie.

Tata wy­glądał tak, jak­by wła­śnie usły­szał, że zbli­ża się ko­niec świa­ta, a ja kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Aż tak na­bro­iłam?

- Co się sta­ło? - za­py­tał.

- Wczo­raj nie tyl­ko Ha­zel po­sza­la­ła - po­wie­dzia­ła Pa­ige, pa­trząc na mnie kar­cąco. - Gary wdał się w bój­kę w ja­ki­mś ba­rze, spa­dł ze scho­dów i zła­mał rękę. Do tego tak pa­skud­nie, że trze­ba było ją ope­ro­wać.

- O mój Boże - za­sło­ni­łam dło­nią usta. - Ale co z nim? Jak on się czu­je? - za­py­ta­łam zmar­twio­na.

- Poza tą ręką, kil­ko­ma ob­tar­cia­mi i me­ga­ka­cem nic mu nie będzie. Wyj­dzie z tego.

- Całe szczęście - ode­tchnęłam z ulgą.

- Ha­zel. - Pa­ige po­pa­trzy­ła na mnie z po­wa­gą - Gary będzie dłu­go do­cho­dził do zdro­wia.

- Co chcesz przez to po­wie­dzieć? - Zda­wa­łam so­bie spra­wę z kon­se­kwen­cji tego zda­rze­nia, ale chy­ba mu­sia­łam to od ko­goś usły­szeć.

- Nie, to jest ja­kiś kosz­mar. - Oj­ciec ner­wo­wo po­trząsał gło­wą. - Prze­cież Ha­zel ma za­pla­no­wa­ne ko­lej­ne kon­cer­ty! Cze­mu ten chło­pak jest taki nie­od­po­wie­dzial­ny?! - wy­bu­chł.

- Tato, Gary miał wy­pa­dek - przy­po­mnia­łam mu, bo oj­ciec kom­plet­nie się za­fik­so­wał i nie zwra­cał uwa­gi na to, co się wy­da­rzy­ło. - Mo­gło się sko­ńczyć o wie­le go­rzej.

- Ha­zel, na li­to­ść bo­ską, to nie był wy­pa­dek, tyl­ko pi­jac­ki wy­bryk!

- Jak to co? Mu­si­my na­tych­miast zna­le­źć no­we­go gi­ta­rzy­stę, a Gary jest zwol­nio­ny - rzu­cił szorst­ko oj­ciec.

- Nie mo­żesz tego zro­bić, Gary jest moim gi­ta­rzy­stą - za­pro­te­sto­wa­łam.

- Był - pod­kre­ślił do­bit­nie.

- Tato!

- Ha­zel - ode­zwa­ła się Pa­ige. - Twój oj­ciec po części ma ra­cję. - Wes­tchnęła. - W ra­zie cze­go Gary'ego za­stąpi Remy, ale po­trze­bu­jesz dru­gie­go gi­ta­rzy­sty. Wiem, że masz urlop, jed­nak będzie­my mu­sie­li zro­bić ca­sting - oznaj­mi­ła.

Tata na­tych­miast jej przy­tak­nął.

- Trud­no. Cza­sa­mi trze­ba się po­świ­ęcić - po­wie­dział.

- Mam na­dzie­ję, że szyb­ko ko­goś znaj­dzie­my, ale sama wiesz, jak to wy­gląda. - Pa­ige znów na mnie pa­trzy­ła. - Mu­si­my zna­le­źć ko­goś, kto ide­al­nie się z tobą zgra, jak­by­ście gra­li ra­zem od lat, jak­by­ście byli brat­ni­mi du­sza­mi.

Wsłu­chi­wa­łam się w jej sło­wa, a z ka­żdym ko­lej­nym w mo­jej gło­wie roz­brzmie­wa­ło tyl­ko jed­no imię.

- Car­son... - szep­nęłam.

- Co? - za­py­ta­li chó­rem tata i Pa­ige.

- Zna­my się od lat, gra na gi­ta­rze, świet­nie się zgry­wa­my, na­sze gło­sy ra­zem brzmią ide­al­nie - wy­mie­nia­łam z pod­eks­cy­to­wa­niem. - To musi być on. - Spoj­rza­łam na Pa­ige z na­dzie­ją.

- Po moim tru­pie! - wark­nął oj­ciec.

- Za­bro­ni­łem ci się spo­ty­kać z tym chło­pa­kiem - przy­po­mniał su­ro­wo. - Przez nie­go są same pro­ble­my.

- Pa­ige, pro­szę cię - zwró­ci­łam się do mo­jej me­ne­dżer­ki, igno­ru­jąc ojca. - Car­son jest na­praw­dę świet­ny, nie­sa­mo­wi­cie uta­len­to­wa­ny. Prze­cież do­brze o tym wiesz. - Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać, choć wie­dzia­łam, że li­czy­ła się rów­nież ze zda­niem ojca.

- Ha­zel...

- Po­wie­dzia­łem, kur­wa, nie! - Tata aż się za­go­to­wał.

- I tak za­pro­po­nu­ję to Car­so­no­wi. - Upa­rłam się.

- Nie zro­bisz tego. - Ści­ągnął usta w wąską li­nię.

- Jesz­cze się prze­ko­nasz - rzu­ci­łam, po czym po­bie­głam do swo­je­go po­ko­ju.

To oczy­wi­ste, że chcia­ła­bym, by to Car­son był moim gi­ta­rzy­stą, ale wie­dzia­łam też, że jemu nie do ko­ńca od­po­wia­da­ło gra­nie przed ty­lo­ma lu­dźmi, na wiel­kiej sce­nie. By­cie su­per­gwiaz­dą nie było dla nie­go, nie po­trze­bo­wał tego. Tak na­praw­dę ja też nie, ale nie zna­łam już in­ne­go ży­cia. Mu­sia­łam ochło­nąć, prze­my­śleć to wszyst­ko na spo­koj­nie i po­ga­dać z Car­so­nem. Po­my­śla­łam, że naj­lep­sza ku temu oka­zja będzie pod­czas naj­bli­ższe­go week­en­du.

- Ha­zel! - Usły­sza­łam głos Pa­ige zza drzwi. - Mogę we­jść?

- Ja­sne - od­po­wie­dzia­łam i pod­nio­słam się z łó­żka.

Ko­bie­ta we­szła do środ­ka. Wi­dzia­łam, że coś ją gry­zło i by­łam pew­na, że mia­ło to zwi­ązek z Ga­rym, jego wy­pad­kiem, no i pew­nie z moim wy­stępem.

- Ha­zel. - Usia­dła na szez­lon­gu.

- Co jest? Oj­ciec cię na­słał? - Spoj­rza­łam na nią po­dejrz­li­wie.

- Nie - za­prze­czy­ła. - Wy­sze­dł przed chwi­lą.

- Wku­rzo­ny?

- De­li­kat­nie mó­wi­ąc. - Skrzy­wi­ła się. - Słu­chaj, cho­dzi mi o tego Car­so­na - za­częła nie­pew­nie.

- Pa­ige, on jest naj­lep­szy. Z ni­kim nie zgram się tak jak z nim. - Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać.

- Ha­zel, ale czy on w ogó­le by­łby za­in­te­re­so­wa­ny czy­mś ta­kim? - za­py­ta­ła.

- Sama nie wiem - wy­zna­łam.

- No do­brze, a co, je­śli on się nie zgo­dzi?

Wes­tchnęłam gło­śno, bo sama też się tego oba­wia­łam. To było sprzecz­ne z jego prze­ko­na­nia­mi, z jego sty­lem, na­wet z jego cha­rak­te­rem. Pod­skór­nie czu­łam jed­nak, że Car­son cho­ciaż spró­bu­je. Da mi tę szan­sę, a moim za­da­niem będzie po­ka­zać mu, że ra­zem mo­że­my wi­ęcej i że ta zmia­na wyj­dzie nam tyl­ko na do­bre.

- Ha­zel, ja nie mó­wię nie, ale mam kil­ku świet­nych gi­ta­rzy­stów. Spró­buj dać im szan­sę. - Te­raz to ona pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie.

- Ja­sne, ale je­śli to nie wy­pa­li, obie­caj, że dasz szan­sę Car­so­no­wi.

- Prze­cież ja nie chcę dla cie­bie źle. Je­śli uznasz, że to z Car­so­nem gra ci się naj­le­piej, to ja nie wi­dzę pro­ble­mu. - Uśmiech­nęła się cie­pło. - Tyl­ko pa­mi­ętaj, że on też musi się zgo­dzić.

- Oczy­wi­ście. - Ucie­szy­łam się. - Wy­je­żdża­my ra­zem na week­end, więc z nim po­ga­dam.

- Ju­tro prze­słu­cha­my de­mów­ki, wy­bie­rze­my gi­ta­rzy­stów i za­pro­si­my ich na prze­słu­cha­nie jesz­cze na ten ty­dzień, że­byś pod­czas roz­mo­wy z Car­so­nem wie­dzia­ła, na czym sto­isz.

- W po­rząd­ku, wcho­dzę w to.

Ode­tchnęłam z ulgą. I wręcz nie mo­głam się do­cze­kać wy­jaz­du, a co za tym idzie szan­sy na to, by w ko­ńcu po­ga­dać z Car­so­nem. By­łam do­brej my­śli.

***

Na­stęp­ne dwa dni upły­nęły do­syć spo­koj­nie. Prze­słu­cha­łam z Pa­ige kil­ka de­mó­wek ró­żnych gi­ta­rzy­stów i wy­bra­ły­śmy czte­rech, któ­rych za­pro­si­ła na ca­sting. Przy­je­cha­li w śro­dę. Z ka­żdym z nich za­śpie­wa­łam z osob­na. Nie­ste­ty, ża­den mi nie od­po­wia­dał. Na­praw­dę świet­nie gra­li, ale to po pro­stu nie było to. W gło­wie wci­ąż mia­łam gra­jące­go na gi­ta­rze Car­so­na i jego głos, któ­ry kom­plet­nie mnie ocza­ro­wał. Chcia­łam tyl­ko jego.

Od­wie­dzi­łam też Gary'ego w szpi­ta­lu. Nie­ste­ty, oj­ciec za­dzia­łał bły­ska­wicz­nie i już po­in­for­mo­wał go o tym, że zo­stał zwol­nio­ny. Cho­ler­nie się wście­kłam. By­łem prze­ko­na­na, że za­gro­ził też Pa­ige, że je­śli będzie sprze­ci­wia­ła się jego de­cy­zjom, to znaj­dzie nową me­ne­dżer­kę. Na­praw­dę się dzi­wi­łam, jak Ca­ro­li­ne z nim wy­trzy­my­wa­ła. Za­cho­wy­wał się jak dyk­ta­tor. Ni­ko­go nie słu­chał, a jego zda­nie za­wsze mu­sia­ło być naj­wa­żniej­sze. Przez to po pro­stu czu­łam, że mi nie ufa. Wci­ąż trak­to­wał mnie jak małą dziew­czyn­kę, któ­ra do­pie­ro sta­wia pierw­sze kro­ki w do­ro­słym ży­ciu.

Carson

Mu­sia­łem przy­znać, że wy­stęp z Ha­zel był nie­sa­mo­wi­ty. Pu­bli­ka była za­chwy­co­na, a i Ha­zel wy­da­wa­ła się ja­kaś ra­do­śniej­sza, gdy ze mną śpie­wa­ła. By­łem nie­mal pew­ny, że wąt­pli­wo­ści co do wy­bo­ru pio­sen­ki za­siał w niej oj­ciec. Ow­szem, na­pi­sa­łem część tek­stu, ale ni­g­dy nie twier­dzi­łem, że utwór był mój i na­praw­dę nie mia­łem nic prze­ciw­ko, by Ha­zel umie­ści­ła go w swo­im al­bu­mie. Nie trak­to­wa­łem na­szej przy­ja­źni jako dźwi­gni dla mo­jej ka­rie­ry. To, co osi­ągnąłem, w zu­pe­łno­ści mi wy­star­cza­ło.

Do­brze pa­mi­ętam, jak jej oj­ciec chciał od­ku­pić ode mnie pra­wa do tek­stu. Wła­ści­wie to była grub­sza spra­wa, bo chciał mi za­pła­cić nie­złą sumę za to, bym nie zo­stał wy­mie­nio­ny jako jego wspó­łau­tor. Mia­ło być tak, jak­by pio­sen­kę na­pi­sa­ła tyl­ko Ha­zel. Oczy­wi­ście nie zgo­dzi­łem się na ten układ, co on zro­zu­miał zu­pe­łnie opacz­nie, czy­li tak, że w przy­szło­ści będę chciał wy­ko­rzy­stać tę sy­tu­ację na swo­ją ko­rzy­ść. Po­kręco­ny gość. Cza­sa­mi wca­le nie dzi­wi­łem się Ha­zel, że mia­ła go ser­decz­nie dość. Całe szczęście, że to nie ja mu­sia­łem się z nim uże­rać. Na­wet nie wspo­mnia­łem Ha­zel o tej ak­cji z tek­stem, bo tyl­ko nie­po­trzeb­nie by się wku­rzy­ła. Fern już chy­ba się prze­ko­nał, że mnie nie mo­żna ku­pić. Sądzi­łem, że to zro­zu­miał.

W ka­żdym ra­zie wte­dy tak my­śla­łem.

Koło po­łud­nia przy­je­chał do mnie Matt, co tro­chę mnie zdzi­wi­ło. Chcia­ło mu się tu po­fa­ty­go­wać aż z Man­che­ste­ru? Ale sko­ro przy­je­chał, to mu­siał mieć ku temu kon­kret­ny po­wód, nie wpa­dł prze­cież...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej