3
Pusta rzeka i czyste niebo odbijały się w jego niespokojnych, pełnych oczekiwania oczach. Nagle na horyzoncie pojawiła się plamka, nie większa niż palec na tle boskiego bezmiaru nieba. Ukazała się tam, gdzie zdawało się, że nie ma już rzeki. Wydawała się unosić nad lądem, jako że w tym miejscu rzeka zakręcała, by dalej prosto płynąć do Nowego Orleanu i przystani. I do wszystkich tam zgromadzonych.
Stał, czekając wraz z innymi. Niektórzy byli tak blisko, że ocierali się o niego łokciami. Nieznajomi, ludzie, których nie znał, których nigdy wcześniej nie widział i nigdy więcej nie zobaczy, zgromadzili się na przybycie statku.
Na miejsce oczekiwania wybrał polar wystający ponad pokładem mola. Był to jego punkt orientacyjny, więc stał blisko niego, nie pozwalając innym wysunąć się przed siebie. Wiedział, jak ważne będzie to miejsce podczas cumowania statku. Przez chwilę stał z jedną nogą podniesioną; stopę płasko oparł o niego. Potem pochylił się wyczekująco i położył na nim obie ręce. Na chwilę nawet usiadł na nim, ale podniósł się szybko, jakby stojąc mógł przyspieszyć przybycie statku.
Dym wzbił się już wysoko w niebo. Wyglądał jak obskurne czarne strusie pióra zebrane razem i usiłujące się rozłączyć. Pod nim zaczynał wznosić się czarny wysmukły stożek - komin. A potem następny.
- Jest! - krzyknął jeden z dokerów, a tę zupełnie niepotrzebną, spóźnioną zapowiedź natychmiast podchwyciło dwóch czy trzech stojących najbliżej niego.
- Tak, proszę pana, jest - powtórzyli za nim kilkakrotnie. - Naprawdę jest.
- Jest - miękko podpowiedziało serce Duranda. Ale nie miało na myśli statku.
Komin statku, jak tępy nóż wcinający się w ziemię, minął nadbrzeże i pojawił się na otwartej wodzie. Pod nim ukazała się brązowa nadbudówka pocięta dwiema liniami maleńkich nisz. Jeszcze niżej stał się widoczny niezgrabny, czarny kadłub statku, który z dużej odległości wyglądał jak cienka linia. Koła obracały się, łopatki odwracały, gdy docierały do szczytu i spadały, strącając kropelki do spienionej brązowej wody, nieustannie ją rozbryzgując. Statek zmienił kierunek, stawał się coraz większy. Po chwili był już naturalnych rozmiarów. Zbliżał się do nadbrzeża, jakby chciał je staranować. Ostre zawodzenie falsetu, nieskończenie żałobne, podobne do ostatniego krzyku umęczonej duszy popłynęło od statku, a biały pióropusz otoczył komin i zniknął w oddali. Nowy Orlean, opuściwszy St. Louis trzy dni wcześniej, powrócił do macierzystego portu, na łono matki.
Koła łopatkowe zatrzymały się. Statek zaczął błyszczeć jak łódeczka z papieru, jak duch nad wodą. Zwrócił się burtą do nadbrzeża. Wydawało się, że teraz płynie szybciej niż wtedy, gdy nadchodził dziobem, choć w rzeczywistości było na odwrót. Karbowane nacięcia kadłuba przemknęły niczym drewniany płot. Statek poruszał się coraz wolniej, w końcu zatrzymał się, a nawet nieco cofnął. Wydawało się, że zaczyna się zanurzać. Woda uwięziona między kadłubem a nadbrzeżem oszalała z udręki; wiła się, skręcała i dławiła, próbując znaleźć ujście. W końcu cienkim strumieniem wpłynęła do kanału podobnego do szczeliny.
Nie było już ani rzeki, ani nieba. Zniknęły zasłonięte przez olbrzymią nadbudówkę. Ktoś leniwie oparty o reling górnego pokładu pomachał odruchowo. Nie do Duranda, gdyż był to mężczyzna. Ani też do nikogo innego. Ot, takie przyjacielskie machnięcie na powitanie. Jeden ze stojących na nadbrzeżu uznał, że powinien w imieniu pozostałych odpowiedzieć mu w ten sam sposób.
Rzucono cumę i kilka osób z niewielkiego tłumu odsunęło się, by uniknąć uderzenia. Nadszedł teraz krótki moment chwały dla dokerów, którzy wysunęli się do przodu, pochwycili cumę i zręcznie uwiązali ją wokół polara tuż przed Durandem. Po przeciwnej stronie zrobiono to samo. Wreszcie statek dobił do przystani i został przycumowany.
Spuszczono trap, a mała część relingu dolnego pokładu została usunięta - statek połączył się z nadbrzeżem. Jeden z oficerów zszedł na dół, jeszcze zanim trap został umocowany, i stanąwszy blisko niego, nadzorował schodzenie pasażerów ze statku. Pasażerowie ciągnęli strumieniami ze wszystkich stron w kierunku jedynego wyjścia.
Durand przysunął się do trapu tak blisko, że aż oparł na nim rękę w niemym żądaniu. Niecierpliwie wpatrywał się w każdą zbliżającą się twarz, mijającą go szybko w odległości nie większej niż kilkanaście centymetrów.
Jako pierwszy zszedł mężczyzna.
Kroczył szybko z walizkami pełnymi próbek - komiwojażer, wyraźnie spieszący się do wyjścia. Następna była kobieta. Szła wolniej, z uwagą wybierała drogę. Siwowłosa i w okularach. A więc to nie ona. I kolejna kobieta. Znów nie ona. Jej mąż kroczył tuż za nią, pomagał jej przy zejściu, trzymając za łokieć. Następnie schodziła cała rodzina według określonej hierarchii ważności.
A jeszcze potem dwóch lub trzech mężczyzn. Wszystkie te twarze, które były dla niego niczym czyste kartki papieru, szybko przepłynęły przed nim. Kolejna kobieta, i przez chwilę... Nie, to nie ona; inne oczy, inny nos, inna twarz. Nieznajoma rzuciła mu krótkie, przelotne spojrzenie, po czym szybko odwróciła wzrok. Następny mężczyzna, następna kobieta. Rudowłosa, o brązowych brwiach - nie ona. Potem przerwa, pauza, czekanie.
Serce ścisnęło mu się ze strachu, lecz po chwili uspokoiło. Stukot na drewnianych deskach pokładu, jakby jakiś maruder spieszył się, by przegonić pozostałych pasażerów. Kobieta, sądząc po odgłosie szybkich kroków. Falbana sukni, twarz... Nie ona. Powiew wody toaletowej o zapachu bzu, odrzucające spojrzenie - takie samo jak jego - w którym nie było oczekiwania, nadziei na spotkanie. Nie ona.
I nikogo więcej. Pusty trap. Cisza taka jak wtedy, gdy coś się kończy.
Wpatrywał się w górę, jego twarz zamarła.
Obiema rękami wczepił się w barierkę trapu. W końcu puścił ją i przeszedł na drugą stronę. Zaczepił spacerującego tam oficera, chwytając go z niecierpliwością za rękaw.
- Nie ma nikogo więcej?
Oficer odwrócił się i przyłożywszy do ust zwinięte dłonie, przekazał pytanie na górny pokład: - Jeszcze ktoś?!
Ktoś z załogi, chyba kapitan, podszedł do relingu i spojrzał w dół.
- Wszyscy zeszli na ląd! - zawołał.
Zabrzmiało to jak podzwonne. Durandowi zdawało się, że nagle znalazł się sam w środku martwej ciszy, a przecież hałas wokół niego wcale nie ucichł. Oszałamiająca nieodwołalność.
- Ale przecież powinna być... Musi być...
- Nikogusieńko - orzekł kapitan żartobliwie. - Proszę przyjść i samemu zobaczyć.
Odwrócił się i odszedł od relingu.
Zaczęto znosić bagaż.
Czekał wbrew sobie, wciąż jeszcze miał nadzieję.
Nikogo. Tylko bagaż - martwe resztki ładunku. Ale on też wkrótce znikł.
W końcu odwrócił się i ruszył wolno z powrotem wzdłuż mola, a potem ścieżką za nim. Z twarzą sztywno odwróconą, jakby na jednej stronie ból był bardziej widoczny niż na drugiej, co oczywiście nie było prawdą - wszędzie był jednakowy.
Nawet nie zauważył, kiedy się zatrzymał. Nie wiedział też, dlaczego to zrobił w tym momencie ani dlaczego w ogóle tak długo ociągał się z odejściem. Ani statek, ani rzeka nie miały nic dla niego. Nic tutaj dla niego nie było. Ani tutaj, ani nigdzie indziej.
Oczy wypełniły mu się łzami i chociaż w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby to zauważyć, wolno opuścił głowę, by je ukryć.
Stał tak zatem z pochyloną głową, podobny do żałobnika stojącego przy trumnie. Przy trumnie, której nikt prócz niego nie mógł dostrzec.
Niewidzącymi oczami patrzył na zamazaną ziemię. Oświetlona jaskrawym słońcem miała barwę herbatnika. Tak bezbarwna, jak bezbarwne będzie teraz jego życie.
Nagle pojawił się za nim okrągły cień głowy, a potem szyja i ramiona. I pełne wdzięku wcięcie talii. Po chwili cień zatrzymał się i znieruchomiał.
Jego przytępiony wzrok nie zauważył tego zjawiska. Nie widział też ziemi przed sobą ani żadnych śladów odciśniętych na niej. Przed oczami stanął mu dom na ulicy Świętego Ludwika. Żegnał się z nim. Już nigdy nie wejdzie do niego, już nigdy tam nie wróci. Zleci agencji jego sprzedaż...
W tym momencie poczuł delikatny dotyk dłoni na swoim ramieniu. Było to bardzo lekkie i niewymuszone dotknięcie; aksamitne i nieśmiałe jak muśnięcie motyla. Cień na ziemi wzniósł swoją rękę do drugiego cienia - jego - i na chwilę połączył oba, aby prawie natychmiast się odłączyć.
Jego głowa uniosła się z wolna. A potem, równie wolno, on sam się odwrócił w stronę, z której pochodził dotyk.
Tuż przed nim zakręciła się jakaś postać, wirując niczym na obrotowym krześle tak długo, aż znalazła się w centrum jego spojrzenia. Chociaż to on, a nie otoczenie, zmienił pozycję.
Nie była wysoka, lecz doskonałość proporcji tych drobnych kształtów sprawiała, że wzrost nie miał tu żadnego znaczenia - posiadała wspaniałość klasycznego pomnika i filigranowość kosztownej lalki.
Jej czyste, brązowe oczy znajdowały się na wysokości ramienia Duranda. Jeszcze nigdy przedtem nie widział twarzy tak pięknej. Piękność porcelany, ale bez jej zimnego bezruchu, i usta przypominające zgniecione płatki róży.
Miała nie więcej niż dwadzieścia lat i chociaż wzrost czynił ją jeszcze młodszą, wrażenie to niewiele odbiegało od rzeczywistości. Jej skóra była skórą młodej dziewczyny, a oczy - niewinnymi, ufnymi oczami dziecka.
Jej złociste, mocno kręcone włosy, wyglądające jak pęk stokrotek, buntowały się przeciw konwencjonalnej fryzurze, którą próbowała im narzucić. Co prawda, za pomocą szpilek zdołała zebrać je wszystkie w węzeł z tyłu głowy, ale loczki z przodu, niczym nie skrępowane, tańczyły swobodnie, przypominając mgiełkę nad topazowym morzem.
Skłoniła się lekko w afektowanym ukłonie. Jej suknia uszyta była według mody obowiązującej już od jakiegoś czasu. Przylegała ciasno jak futerał do składanego parasola, pośrodku miała wstawkę, która przechodząc w tył, wyglądała jak fartuszek lub ślimak wystający ponad resztę. Z tyłu zebrana była w napuszony kłąb wstążek i falbanek sprytnie powstrzymywanych konstrukcją z drutu. Była to szykowna ozdoba, bez której kobiecy tył wyglądałby nieprzyzwoicie gładko. Choć wkrótce pokazanie łuku stopy, lub - o nierozważna myśli! - kostek w czasie siedzenia nie będzie gorszyło.
Mały słomkowy kapelusz, płaski i nie większy niż męska dłoń, przycupnął na czuprynie złotych loczków, starając się w szelmowski sposób dosięgnąć lewej brwi. Nie był jednak wystarczająco duży, by tego dokonać, pozostał więc na swoim posterunku.
Okruchy ametystu migotały w maleńkich dziurkach przekłutych w płatkach jej miniaturowych i całkowicie odkrytych uszu, a cieniutka, aksamitna wstążka w kolorze purpury okalała jej szyję. Parasolka z organdyny w tym samym kolorze, o średnicy nie większej niż talerz i konsystencji mgiełki, kręciła się na końcu cienkiej rączki niczym fioletowa aureola. Na ziemi stała pozłacana ptasia klatka. Dolna jej część zakryta była flanelą, a odsłonięta kopuła ukazywała jego żwawego, jasnożółtego mieszkańca.
Spojrzał na jej dłoń, spojrzał na swoje ramię, wciąż niepewny, czy był to jej dotyk, wciąż niepewny przyczyny. Powoli zdjął kapelusz i zatrzymał go w pytającym geście ponad głową.
Ściśnięte usta rozciągnęły się w ujmującym uśmiechu. - Nie zna mnie pan, panie Durand, prawda?
Lekko skinął głową.
Uśmiech dotarł do dołeczków w policzkach, rozjaśnił oczy. - Louis, jestem Julia. Mogę zwracać się do ciebie Louis?
Kapelusz wypadł mu z ręki i zatoczył na ziemi koło. Pochylił się i podniósł go, ale nie spuścił z niej wzroku, jakby został przykuty do jej twarzy niemożliwym do pokonania magnetycznym polem.
- Przecież nie... Jak...
- Jestem Julia Russell - potwierdziła z uśmiechem.
- Ależ... Nie, ty nie możesz być... - Wciąż z trudem wymawiał słowa.
Uniosła brwi. Uśmiechnęła się współczująco. - Było to nieuprzejme z mojej strony, nieprawdaż?
- Ale... zdjęcie... ciemne włosy.
- Wysłałam zdjęcie ciotki, zamiast mojego. - Potrząsnęła głową w spóźnionej skrusze. Opuściła parasol i zamknęła go z cichym trzaskiem. Jego końcem zaczęła kreślić kabalistyczne znaki w pyle. Spuściła oczy i smutno przyglądała się tej czynności. - Och, nie powinnam była. Wiem to teraz. Ale wtedy, kiedy jeszcze nie było między nami nic poważnego, nie wydawało się to tak istotne. Myślałam, że to zwykła korespondencja. Wiele razy od tamtej chwili chciałam wysłać prawdziwe zdjęcie i napisać... ale im dłużej zwlekałam, tym mniej miałam odwagi. Bałam się, że... że w ten sposób stracę cię całkowicie. Dręczyło to mnie coraz bardziej, im mniej czasu zostawało... a w ostatnim momencie, gdy byłam już na statku, chciałam zawrócić i uciec. Berta przekonała mnie, żebym się nie cofała. Wiesz, moja siostra.
- Wiem - pokiwał głową, ciągle jeszcze oszołomiony.
- Ostatnią rzeczą, jaką mi powiedziała tuż przed moim odjazdem, było: "Wybaczy ci. Zrozumie, że nie chciałaś go zranić". Ale w czasie całej podróży tutaj gorzko żałowałam mej... mej lekkomyślności. - Zwiesiła nisko głowę, zacisnęła usta i przygryzła wargi małymi, białymi ząbkami.
- Nie mogę w to uwierzyć... nie mogę uwierzyć - to wszystko, co był w stanie wyjąkać.
Gdy tak stała, rysując parasolem ślady na ziemi, nieśmiało oczekując przebaczenia, była cudownym obrazem skruchy.
- Ale żeby o tyle młodsza - dziwił się. - O tyle ładniejsza od...
- To też miało znaczenie - wymamrotała. - Ładna twarz zwiodła już niejednego mężczyznę. Chciałam, żeby nasze uczucie było głębsze. Żeby trwało dłużej. Żeby było bezpieczniejsze. Chciałam, żeby raczej zależało ci na mnie, jeśli w ogóle miało ci na czymś zależeć... no wiesz, żebyś polubił mnie poprzez rzeczy, które pisałam, moje myśli, mój charakter. Pomyślałam, że może jeśli na początku przedstawię się z gorszej strony, wydam ci się starsza, brzydsza i tak dalej, to ryzyko, że to tylko zauroczenie, będzie o wiele mniejsze. Innymi słowy, wolałam postawić przeszkody na początku, żeby uniknąć ich później.
Jaka wrażliwa - pomyślał. Jaka rozsądna przy całej swej atrakcyjności. Być może są w niej zadatki na ideał?
- Nie masz pojęcia, ile razy próbowałam napisać ci prawdę - ciągnęła skruszona. - I za każdym razem brakowało mi odwagi. Bałam się, że całkowicie zrażę cię do siebie, jeżeli sama przyznam się do popełnienia oszustwa. Nie mogłam powierzyć takiej rzeczy chłodnemu papierowi. - Ręka zrobiła czarujący gest. - A teraz widzisz mnie i już wiesz. Kamień spadł mi z serca, że najgorsze mam za sobą.
- Najgorsze?! - zaprotestował żywo. - Ale... - ciągnął dalej wciąż zdumiony - ...ty cały czas wiedząc to, czego ja nie wiedziałem aż do teraz: że jestem dużo starszy... no znacznie starszy od ciebie, jednak...
Spuściła oczy i wyznawała dalej:
- Kto wie, może to właśnie było twoją główną zaletą. Odkąd pamiętam, skłonna byłam żywić... jakby to powiedzieć, romantyczne uczucia, zarówno emocji jak i podziwu... tylko w stosunku do mężczyzn starszych od siebie. Chłopcy w moim wieku nigdy mnie nie interesowali. Nie wiem dlaczego. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie były takie. Moja matka wyszła za mąż, mając piętnaście lat, a ojciec miał wtedy sporo ponad czterdzieści. Fakt, że masz trzydzieści sześć lat, był pierwszą... - Dziewczęca skromność nie pozwoliła jej dokończyć zdania.
Cały czas pożerał ją oczami, nie mogąc wciąż uwierzyć w to, co widzi.
- Jesteś zawiedziony? - spytała nieśmiało.
- Jak możesz tak myśleć? - odrzekł szybko.
- Czy mi wybaczasz? - padło następne pełne obawy pytanie.
- Był to cudowny podstęp - powiedział ciepło. - Sądzę, że nigdy wcześniej nie użyto wspanialszego.
Uśmiechnął się, a ona odpowiedziała mu lekko speszonym uśmiechem.
- Będę tylko musiał się do ciebie od nowa przyzwyczaić. Poznać cię na nowo. To był nie najlepszy początek - dodał wesoło.
Odwróciła głowę i prawie skryła ją w ramionach. Ale nawet ten gest, który u innej mógł się wydać ckliwy lub zbyt przesłodzony, udało się jej wykonać jako zabawną parodię, lecz był on jednocześnie skromny.
Uśmiechnął się szeroko.
Zwróciła twarz w jego stronę. - Czy twoje plany, twoje zamiary zmieniły się?
- A twoje?
- Jestem tutaj - powiedziała poważnie z najwyższą prostotą.
Przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, chłonął jej czar. Potem nagle, z odzyskaną na powrót śmiałością, podjął decyzję.
- Czy poczułabyś się lepiej, czy uspokoiłoby cię - wyrzucił z siebie - gdybym teraz ja ci coś wyznał?
- Ty? - spytała zdziwiona.
- Ja... też nie powiedziałem ci całej prawdy o sobie.
- Ale... ależ widzę, że jesteś taki, jak to opisałeś, zupełnie taki jak na zdjęciu.
- Nie na tym polega problem. Chodzi o coś innego. Chyba tak jak ty, chciałem, żebyś polubiła mnie, żebyś przyjęła moje oświadczyny wyłącznie ze względu na moje zalety jako człowieka. Innymi słowy, żebyś to zrobiła dla mnie samego.
- Ależ ja to widzę i naprawdę cię lubię - powiedziała obojętnie. - Nie rozumiem.
- Za chwilę zrozumiesz - zapewnił ją skwapliwie. - Muszę ci wyznać, że nie jestem urzędnikiem w firmie importującej kawę.
Jej twarz nie wyrażała nic więcej poza uprzejmym zainteresowaniem.
- Że nie mam odłożonych tysiąca dolarów na... na nasz wspólny początek.
Żadnej reakcji. Żadnego śladu strapienia czy też zawodu. Obserwował ją uważnie. Lekki uśmiech pobłażliwości, gwarantujący rozgrzeszenie, pojawił się na jej twarzy, zanim się znów odezwał. Nie spieszył się.
- Ja jestem właścicielem tej firmy.
Najmniejszej reakcji. Tylko lekko wymuszony uśmiech, uprzejmość, z jaką kobiety zwykle reagują, słuchając szczegółów dotyczących interesów mężczyzn, gdy tak naprawdę ich to nie interesuje.
- No i mam blisko sto tysięcy dolarów.
Czekał, żeby coś powiedziała. Ale ona nie odezwała się ani słowem. Przeciwnie, czekała na coś więcej. Przedmiot rozmowy był widać dla niej tak pusty, tak mało ważny, że nie zdała sobie sprawy, iż punkt kulminacyjny już nastąpił.
- Oto moja spowiedź - powiedział trochę niepewnie.
- Och - westchnęła wyrwana z zamyślenia. - Och, to wszystko? To znaczy... - Zrobiła niezdecydowany ruch ręką. - Twoje interesy i sprawy finansowe. - Dwa palce położyła na ustach, tłumiąc w ten sposób ziewnięcie. Gdyby nie ten tuszujący gest, z pewnością nie dostrzegłby go. - Są dwie rzeczy, do których zupełnie nie mam głowy - przyznała. - Pierwsza to polityka, a druga - interesy i sprawy finansowe.
- Ale wybaczasz mi? - nalegał. W tym samym czasie zdał sobie sprawę ze wzrastającej w nim wewnętrznej radości, podobnej do tej, której doświadcza ktoś, kto spotyka się z przychylnym nastawieniem tam, gdzie się tego w ogóle nie spodziewał.
Tym razem zaśmiała się całkowicie otwarcie, z figlarnym błyskiem w oczach, jakby nie zasługiwała na zaufanie, jakim ją obdarzał.
- Jeśli potrzebujesz przebaczenia, to je masz - ustąpiła w końcu. - Ale skoro nie zwróciłam uwagi na żaden fragment twojego listu, w którym o tym wspominałeś, to dlaczego prosisz o wybaczenie za przewinienie, którego aż do teraz nie byłam świadoma. Przyjmij je więc, choć nie wiem, co mam ci wybaczyć.
Przyglądał się jej z jeszcze większą uwagą, jakby ta nieświadomość dodawała jej tylko uroku.
Ich cienie wydłużyły się; na przystani prócz nich nie było już nikogo. Rozejrzał się wokół, niechętnie budził się z zamyślenia.
- Robi się późno, a ja tu cię trzymam - rzekł bardziej z obowiązku niż rzeczywistej chęci. Obawiał się bowiem, że może to oznaczać rozstanie.
- Sprawiasz, że zapominam o czasie - przyznała, nie spuszczając z niego wzroku. - Czy to zła wróżba, czy dobra? Sprawiasz nawet, że zapominam o moim przykrym położeniu. Jedną nogą na lądzie, a drugą na statku. Wkrótce muszę postanowić, co dalej.
- Zajmę się tym - powiedział, pochylając się ku niej gwałtownie - jeśli mam twoją zgodę.
- A twoja zgoda nie jest tu potrzebna? - spytała łobuzersko.
- Ależ masz ją, masz ją! - zapewnił ją pospiesznie, prawie bez tchu.
Teraz, gdy jemu się śpieszyło, ona nagle zaczęła się ociągać.
- Nie wiem - rzekła, podnosząc czubek parasola, opuszczając go i znowu podnosząc. Jej wahanie wydało mu się prawdziwą udręką. - Jeśli nie jesteś zadowolony, jeśli nie przypadła ci do gustu oszustka, którą się okazałam, wrócę na statek i zostanę na pokładzie do chwili wypłynięcia w drogę powrotną do St. Louis. Nie sądzisz, że tak będzie rozsądniej?
- Nie, nie mów tak! - wykrzyknął przestraszony. - Zadowolony? Jestem dzisiaj najszczęśliwszym mężczyzną w Nowym Orleanie... Jestem największym szczęściarzem w mieście.
Wydawało się, że niełatwo ją przekonać.
- Jeszcze jest czas. Lepiej teraz niż później. Czy jesteś całkowicie przekonany, że chcesz, żebym tego nie zrobiła? Nie powiem ani słowa, nie będę się skarżyła. Dobrze zrozumiem twoje uczucia...
Obawa, że może ją utracić, ścisnęła mu serce. Osobę, której zaledwie pół godziny temu wcale nie miał przy sobie.
- Ale ja wcale tak nie myślę! Błagam cię, żebyś mi uwierzyła! Moje uczucia są zupełnie inne. Jak mam cię przekonać? Może potrzebujesz więcej czasu? Czy tak? Czy to właśnie próbujesz mi powiedzieć? - dopytywał się z rosnącym niepokojem.
Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy. W jej spojrzeniu była łaskawość, szczerość, a nawet pewna czułość. Potem pokręciła przecząco głową, co prawda bardzo delikatnie, ale - o ile go dobrze zrozumiał - był to gest całkowitej pewności, bardziej przypominający stanowczego mężczyznę niż niepewną siebie i uległą dziewczynę.
- Decyzję podjęłam w chwili, gdy weszłam na statek w St. Louis - rzekła wolno i z prostotą. - Właściwie wtedy, kiedy nadszedł twój list z oświadczynami, a ja na niego odpowiedziałam. I ani odrobinę nie zmienię swojej decyzji, skoro już ją podjęłam. Przekonasz się o tym, gdy mnie lepiej poznasz. - Po chwili dodała: - Jeśli zechcesz.
Uwaga ta sprawiła, że poczuł niespodziewanie lekkie, niepożądane ukłucie.
- Wobec tego niech to będzie moją odpowiedzią - wykrztusił, drżąc z niepewności.
Otworzył portfel i wyjął dagerotyp tej innej kobiety... jej ciotki. Gwałtownie porwał go na strzępy i rozrzucił dookoła lekceważącym ruchem. Potem pokazał jej puste dłonie.
- Ja też podjąłem już decyzję.
Uśmiechnęła się przyzwalająco. - Więc...
- Więc ruszajmy. W kościele oczekują nas od dobrych trzech kwadransów. Zmarnowaliśmy już i tak dużo czasu.
Z uśmiechem i galanterią zaoferował jej ramię, i choć ten gest z pozoru wydać się mógł żartobliwy, w istocie był bardzo szczery.
- Panno Julio - poprosił.
Było to apogeum romansu, jego kwintesencja. Były to zaręczyny.
Przełożyła parasol do drugiej ręki. Jej wolna ręka owinęła się wokół jego ramienia niczym przyjazny bluszcz. Zebrała dół sukni i podniosła go do przyzwoitej wysokości.
- Panie Durand - odrzekła, zwracając się do niego po nazwisku, tak jak to wypadało niezamężnej, młodej kobiecie. Jednocześnie jednak rzuciła mu ponętne spojrzenie.