Rozdział VIII
Kiedy Marcin coraz bardziej otwierał się przed Bartkiem, Anna jadła
obiad w rodzinnym domu. Odkąd się wyprowadziła, tradycją stały się
coniedzielne posiłki w towarzystwie rodziców i młodszego, zbuntowanego
brata, który wprawdzie mieszkał jeszcze z mamusią i tatusiem, ale coraz
częściej znikał na całe noce.
- To gdzie, młody, wczoraj balowałeś? - z rozbrajającym uśmiechem
zapytała Anna.
- Ty lepiej powiedz, z kim się wczoraj szlajałaś po parku w Wilanowie -
ni z gruchy, ni z pietruchy odparował braciszek. - Jakiś nowy kolo?
- A ty mnie śledzisz czy w końcu się wybrałeś na jakąś randkę? -
odparła, nie tracąc dobrego humoru.
- Powiedzmy, że mam cię na oku - zachichotał Tomek.
- No, opowiadaj, opowiadaj - wtrąciła mama. - Czyżby nasza córka
spotkała w końcu swego rycerza?
- Bo mama spotkała swojego już trzydzieści pięć lat temu - stwierdził
dumnie tata, wypinając pierś.
- I od tej pory mój rycerz na wszystko mi pozwala. Mogę prać, sprzątać,
na gotowanie też wyraża zgodę - zripostowała mama i wyszła do kuchni po
deser.
Niedzielne popołudnie jak zwykle upłynęło w miłej atmosferze. Wzajemne
dogryzanie nie miało nic wspólnego ze zwykłą ludzką złośliwością, a jedynie świadczyło o tym, że rodzina czuje się ze sobą dobrze. Po
obiedzie Tomek pobiegł na próbę swojego zespołu, tata, z racji tego, że
pochłaniał niesamowitą liczbę książek, zajął się czytaniem kolejnej z nich, a matka z córką wyszły na taras, usiadły w wiklinowych fotelach i wystawiły twarze do słońca.
- Jesień tego roku jest wyjątkowo piękna - zauważyła mama.
- To prawda. Ale mnie zawsze kojarzy się z czymś, co się kończy - z wyczuwalnym smutkiem w głosie odparła Anna.
- Nic się, Aniu, nie kończy, jedynie się zmienia.
- Boję się zmian, one zawsze wiążą się z jakąś niewiadomą.
- Albo z miłą niespodzianką - uśmiechnęła się mama. - Bez zmian nie
byłoby postępu.
- I tragedii... Wiesz, mamo, Przemka zostawił Krzysiek. Ja wiem, jaki ty
masz stosunek do nich, ale tu nie o to chodzi. Dla mnie Przemek to
jedyny przyjaciel. Dobrze wiesz, że przyjaźniliśmy się jeszcze, zanim
powiedział mi o swojej orientacji. To bardzo dobry człowiek. Czy ty
wiesz, jak on pomaga mamie, która traci wzrok? Załatwia jej najlepszych
lekarzy, na wszystkie wizyty sam ją zawozi. Nie wspomnę już o duperelach
związanych z codzienną egzystencją. A teraz jeszcze został sam, nie ma
do kogo gęby otworzyć.
- Każdy, kochanie, jest sam, nawet jeśli żyje obok ludzi. Sama
przychodzisz na świat i sama z niego odchodzisz, nikt ci w tym nie
pomoże. Nie rozumiem więc, dlaczego nie mielibyśmy nauczyć się żyć
samodzielnie. Inni ludzie są nam potrzebni tak, jak my im. Ale nie można
się na nich uwiesić. Jeśli ktoś tego nie rozumie, czuje się samotny.
Cały sekret. Nie ja go odkryłam. Przekazała mi go matka, twoja babcia,
teraz ja ci go przekazuję. I nie chcę, żeby to brzmiało górnolotnie,
patos jest mi zupełnie obcy. To prostsze, niż nam się wydaje. Im
szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Spójrz na tatę. Ciągle
trzyma nos w książkach. Myślisz, że mi to przeszkadza, że czuję się
przez to pomijana, samotna? Nic z tych rzeczy. Każdy ma prawo do
prywatności. Nie można zagarnąć czyjegoś czasu.
- A ja czuję się czasem samotna...
- Oj, kochanie, bo w twoim przypadku problem jest o wiele szerszy.
Skończyłaś w tym roku trzydzieści lat, zegar biologiczny bije i nic go
nie powstrzyma. Ja w twoim wieku miałam już męża i ciebie. Byłam
spełniona jako kobieta. To były inne czasy, wiem... Nie mieliśmy
perspektyw na mieszkanie ani wyższą pensję, ale o tym się wtedy nie
myślało. Priorytetem było założenie rodziny i takie sobie normalne
życie, bez fajerwerków, wzlotów i upadków. Żyliśmy w głębokiej komunie,
nie mogliśmy nigdzie wyjechać, niczego zwiedzić, niczego kupić. Dom był
wtedy taką ostoją, do której się chętnie wracało. Dziś młodzi są
zupełnie inni. Na niczym wam nie zależy. Nie mówię o tobie, córeńko, tak
ogólnie... Dziś młodzi decydują się na założenie rodziny, kiedy mają już
takie przyzwyczajenia i naleciałości starokawalerskie i staropanieńskie,
że wydaje się niemożliwe, żeby wspólne życie się udało. Na dzieci
decydujecie się, kiedy nie możecie ich już mieć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział I
W poniedziałek Anna obudziła się za późno. Kolejna impreza z piątku na
niedzielę coraz dotkliwiej uświadamiała jej, że czas dorosnąć. Po
weekendzie przeważnie bolała ją głowa i miała kaca moralnego.
- Cholera! - przeklęła w duchu, bo była pewna, że nie zdąży. Wzięła
szybki prysznic, wrzuciła na siebie jedwabną koszulę, dżinsy i zbiegła
po schodach do garażu. Nie bez powodu zwykło się mawiać, że nieszczęścia
chodzą parami. Jej oczom ukazał się samochód, jednak nieco odmieniony.
Przednią maskę zdobiła zrobiona gwoździem rysa w kształcie litery "Z".
Jakiś pieprzony Zorro! - pomyślała sobie i zamiast do pracy pojechała
na policję. Tam jednak tylko utwierdziła się w przekonaniu, że nie
należy walczyć ze stereotypami, bo w gruncie rzeczy mają one wiele
wspólnego z prawdą. Zła wróciła do domu. Po drodze wstąpiła jeszcze do
supermarketu, bo wiedziała, że najlepszym sposobem, żeby dotrwać do
końca tego feralnego dnia, będzie filiżanka gorącej czekolady popijana w towarzystwie Leonarda Cohena. Zapadając się w nowym fotelu, marzyła o choć jednym dniu wolnym od życia. Z marzeń wyrwał ją dzwonek do drzwi,
który już od jakiegoś czasu obiecywała sobie wymienić. Jego dobijający
dźwięk powtórzył się jeszcze dwa razy, zanim zdecydowała się otworzyć.
- Dzień dobry! Przepraszam za najście, ale kolega, który zresztą jest
pani sąsiadem, powiedział mi, że porysowano pani samochód. Pozwoliłem
sobie przyjść, bo spotkało mnie dziś to samo i chciałem zapytać, co
zamierza pani z tym zrobić?
- Mogę jedynie połączyć się z panem w bólu - zaśmiała się, bo rozbawił
ją poważny ton współtowarzysza niedoli.
Od tej pory często na siebie wpadali i przez chwilę rozmawiali. Ich
spotkania, które z początku wydawały się zwykłymi zbiegami okoliczności,
zaczęły Annę zastanawiać. Jej zdziwienie osiągnęło apogeum, kiedy
pewnego dnia Bartek, sąsiad zza ściany, przekazał jej pozdrowienia od
Marcina, którego poznała dzięki "Zorro". Nie przywiązała jednak do tego
szczególnej wagi, gdyż w ciągu trzech lat zdążyła się już zorientować,
że Bartek należy do tej grupy osób, które zwykły żyć życiem innych ludzi
i wiele czasu poświęcały na plotki, intrygi oraz wsadzanie nosa w nie
swoje sprawy. Tymczasem dwa dni później okazało się, że pozdrowienia
były jak najbardziej prawdziwe.
Rozdział II
- Nie, mamo, dziś nie przyjadę, bo mam jeszcze stos klasówek do
sprawdzenia, a sama wiesz, która jest już godzina - Anna rozmawiała
przez zestaw głośnomówiący i jednocześnie starała się zaparkować auto
między dwoma słupami. Jej podzielna uwaga nie zawiodła i tym razem. Gdy
tylko Anna wjechała do garażu, dostrzegła znajomą postać pana Marcina,
który udawał, że robi coś przy samochodzie, a tak naprawdę pilnie się
jej przyglądał.
- Chciałem pomóc, ale nie byłem pewien, czy sobie pani życzy - zagadnął,
gdy próbowała poskładać rozsypane podczas jazdy wypracowania uczniów.
- A, dziękuję bardzo. Z samochodem sobie radzę, zresztą ze wszystkim
innym też.
Anna odwróciła się i od niechcenia zerknęła na Marcina. Ich oczy jednak
się spotkały. Dostrzegła w nich jakiś smutek skrywany pod promiennym
uśmiechem. Spojrzała na jego białe zęby, które stanowiły kontrast ze
śniadą cerą i kruczoczarnymi włosami. Stał wyprostowany, z podniesioną
głową. Doskonale wyrzeźbiona sylwetka sprawiała, że Anna nie mogła
oderwać od niego wzroku. Robił wrażenie silnego i pewnego siebie. Był
taki, o jakim od lat marzyła, gdy wieczorami kładła się spać, gdy
godzinami samotnie wędrowała po lesie. Ten wyśniony, jedyny miał - jak w bajce - przyjechać na białym koniu, rzucić się jej do stóp i, całując
brzeg jej sukni, ofiarować jej swoje ramię. Wielokrotnie wyobrażała
sobie chwilę, kiedy spotka swojego rycerza, wielbiciela. W jej
marzeniach był mitycznym bohaterem, który ratuje ją z opresji, wynosi z pożaru, schodzi po nią w przepaść. Nie myślała jednak, do głowy jej nie
przyszło, że spotka go w garażu, odmitologizowanego, z lewarkiem w ręku.
- Skoro już się spotkaliśmy, to może mógłbym mieć do sąsiadki prośbę? -
pytanie Marcina wyrwało Annę z transu.
- Słucham? Nie, dziękuję. Jak pan widzi, poradziłam sobie sama.
- Chyba mnie pani nie zrozumiała - kontynuował Marcin, niezrażony
chwilowym rozkojarzeniem Anny. - Chciałem zapytać, czy byłoby wielkim
nietaktem, gdybym zaproponował pani przejście na ty? W końcu tyle nas
już łączy... - skwitował z rozbrajającym uśmiechem.
- A, tak, oczywiście, Ania jestem, Anna Darczyńska.
- Marcin Maliński, miło mi. To teraz nie odmówisz mi chyba, Aniu, gdy
zaproszę cię do Wedla na czekoladę? To takie idealne miejsce, żeby
ustalić plan odwetu na wandalach, którzy śmieli podnieść rękę na nasze
samochody.
Anna poczuła, że jeśli za chwilę nie odmówi i nie ucieknie, to wyjdzie
na łatwą pannę, która daje się podrywać pierwszemu lepszemu facetowi w garażu. A jednak nie zrobiła tego. Nie odwróciła się na pięcie, nie
skierowała kroków w stronę windy, lecz bezwolnie, jak naiwna siksa,
podyktowała Marcinowi numer telefonu.
- A teraz muszę już lecieć. Zadzwoń, coś wymyślimy w sprawie tego odwetu
- odpowiedziała i pożegnała się.
Rozdział IV
Anna siedziała przed telewizorem. Zdążyła już powkładać brudne naczynia
do zmywarki i zaparzyć kawę w ekspresie. Miała sześćdziesięciometrowe
mieszkanie, wyposażone w sprzęt i meble z najwyższej półki. Znajomi
odwiedzający jej lokum byli pod wrażeniem. Zapewne zastanawiali się,
skąd nauczycielka wzięła pieniądze na to wszystko, ale nikt nie ośmielił
się zapytać. Anna jednak ostatnio nie potrafiła się tym cieszyć. W dniu,
w którym skończyła trzydzieści lat, uświadomiła sobie, że czas przecieka
jej przez palce. Mozart czy Bach stworzyli pierwsze kompozycje w wieku
siedmiu lat. Wojaczek żył zaledwie dwadzieścia sześć, ale był na tyle
płodnym artystą, że pozostawił po sobie cztery tomy wierszy. A jej
życie? Było egzystencjalną pustką, rolą odgrywaną w pośpiechu,
przedstawieniem na użytek rodziny, znajomych, mężczyzn, których nie chce
dziś znać. Nie dokonała niczego, z czego mogłaby być dumna.
Bezrefleksyjnie gapiła się w ekran telewizora. Właśnie emitowano
reportaż o syzyfowej pracy władz komunistycznych pragnących przeszkodzić
w przyznaniu Pokojowej Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie. Anna znała te
czasy z opowieści rodziców, którzy w czasie stanu wojennego byli
czynnymi działaczami opozycji. Matka z ojcem do dziś z dumą opowiadali o epizodzie z udziałem małej wówczas Ani.
Był grudzień. Przewozili maluchem dary dla internowanych. Już mieli
skręcać w ulicę Piwną, gdy zza rogu wyłonił się mundurowy z lizakiem w ręku. Z opresji wyratowała ich córka, która z rozbrajającym uśmiechem
zapytała służbistę, czy jest prawdziwym milicjantem.
Anna czuła coraz większe rozdrażnienie, była zła na siebie, na swoje
dotychczasowe życie, które z dnia na dzień stawało się jałowe.
Okłamywała sama siebie, dobrze o tym wiedziała, ale przed światem nie
chciała się do tego przyznać, nie mogła. Bała się, że inni ją przejrzą.
Nie mogła pozwolić sobie na to, żeby ktoś poznał prawdę. A prawda była
taka, że była słaba, miała dość samotności, nie radziła sobie z nią.
Każdego wieczoru płakała w poduszkę, żeby rankiem zrobić nienaganny
makijaż, przykleić do twarzy promienny uśmiech i udawać przed ludźmi
siłę, moc, pewność siebie. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, że Anna
może czegoś od innych potrzebować. To Anna była przecież powiernikiem,
to na jej ramieniu można było się wypłakać, to ona udzielała - o zgrozo
- dobrych rad. Taka była zawsze, już od dziecka. Miała niezwykły dar
zjednywania sobie ludzi. Incydent z milicjantem przy ulicy Piwnej był
tylko zapowiedzią jej późniejszych sukcesów na polu obłudy i fałszu. I choć w dzieciństwie cechy te posłużyły słusznej sprawie, to w dorosłym
życiu Anny stały się nie do zniesienia. Jak długo bowiem można kreować
się na kogoś, kim się nie jest?
Anna wstała i podeszła do lustra. Z uwagą zaczęła wpatrywać się w swoje
odbicie. Miała trzydzieści lat, ale czas był dla niej nad wyraz łaskawy.
Wszyscy mówili jej, że wygląda bardzo młodo. Zresztą sama doskonale o tym wiedziała. Była szczupłą brunetką o długich włosach. Nieduży biust i średni wzrost nadawały jej dziewczęcego uroku. Była zadowolona ze
swojego wyglądu. Miała świadomość tego, że podoba się mężczyznom. Tym
bardziej dziwne było dla niej, że wciąż zasypia sama. Okres szaleństw
jednej nocy miała już dawno za sobą. Nie interesowały jej już przelotne
znajomości. Jednak, jak na złość, ostatnio przyciągała do siebie tylko
maminsynków, którzy pragnęli wygrzać się w jej cieple, schronić pod jej
skrzydła, zafundować wygodne życie.
Rozdział V
Była druga w nocy. W sypialni Przemka wciąż się świeciło. Przed godziną
zamknął pub przy ulicy Świętokrzyskiej i po powrocie do domu nie mógł
zasnąć. Zrealizowane marzenie o własnym klubie napawało go dumą, było
jednak źródłem psychicznego zmęczenia. Szarpanie się z urzędnikami,
obchodzenie absurdalnych przepisów, rozliczanie się - to wszystko było
na jego głowie. Praca pochłaniała go do tego stopnia, że ostatnio dla
nikogo nie miał czasu. Z tego właśnie powodu usłyszał od Krzysztofa, że
odchodzi. Nie zrobiło to na nim wrażenia - nie układało im się już od
jakiegoś czasu.
Przemek machinalnie sięgnął po laptopa. Nocne rozmowy z nieznajomymi
były jego jedyną rozrywką od czasu rozstania z partnerem. Zalogował się
na czacie. Jego nick dorodnydlasamca niósł ze sobą zamierzony
podtekst. Wpisał pierwszą frazę.
Tej nocy jestem sam.
Nie musisz. Robimy krąg. Piszesz się? - otrzymał natychmiastową
odpowiedź.
Pojebane pedały - pomyślał i odłożył komputer na bok. Nie o takie
znajomości mu chodziło. Gdzie miał poznać kogoś, kto będzie na niego
czekał wieczorami, komu będzie ufał bezgranicznie, kto będzie jego
powiernikiem? Los i tak ukarał go dostatecznie, ale czy to znaczy, że
nie zasługuje na szczęście, na odrobinę normalności w tym nienormalnym
świecie? Był przecież dobrym człowiekiem. Nigdy nikogo nie skrzywdził,
nie wykorzystał. W niedziele chodził do kościoła, przykładnie dawał na
tacę, choć wiele dewotek pluło na jego widok. Nie robił bowiem ze swojej
orientacji tajemnicy.
Sięgnął po telefon i wybrał numer przyjaciółki.
- Tak? - usłyszał zaspany głos.
- Obudziłem cię? - zapytał naiwnie, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, która jest godzina. - Przepraszam, nie mogę spać, a jesteś jedyną
osobą, do której mogę zadzwonić o tej porze.
- Możesz, ale nie musisz - odparowała Anna, przyzwyczajona już do
nocnych ataków depresji Przemka. Znała go od czasów liceum i wiedziała,
że kiedy naprawdę coś mu dolega, dusi to w sobie i chroni jak tajemnicę
Stanów Zjednoczonych.
- Nie jestem doskonały...
- Też mi odkrycie...
- A mimo to czuję, że mógłbym kochać kogoś przez całe życie...
- Znowu się najarałeś?
- Mógłbym na przykład kochać ciebie, gdyby świat był inaczej urządzony...
- Yhy...
- W zasadzie to kocham cię... bo wiesz, Aniu... miłość jest przecież wtedy,
kiedy jesteśmy gotowi zrobić wszystko dla tego drugiego człowieka i w zamian nie oczekujemy niczego. Miłość to takie dawanie siebie i stanie w cieniu. A przecież ty zawsze możesz na mnie liczyć, zawsze ci pomogę, we
wszystkim... Zawsze będę cię kochał, nawet wtedy, kiedy znajdziesz tego
swojego księcia z bajki. Bo miłość to taki nieśmiertelnik, taki kwiatek,
który nigdy nie więdnie. Chcę, żebyś była szczęśliwa.
- Szczęście to tylko przypadek...
- Nie, nie mów tak, proszę. Szczęście jest wtedy, kiedy obok stoi ktoś,
na kim można się oprzeć i dla kogo samemu można być wsparciem. Szczęście
to poczucie, że ma się kogo chronić. Ale to trzeba wypracować, to nie
przychodzi samo, ot tak. Ludzie tego nie rozumieją... Uganiają się za
szczęściem jak ja za kolejnymi szansami na zrobienie dobrego interesu,
dodają kolejne cyfry na kontach i tracą bezpowrotnie to, co ma prawdziwą
wartość. Nie chcę tak dłużej żyć, Aniu.
- To ożeń się ze mną, mój ideale, albo pozwól mi spać!
- Dobrze, ożenię się - zaśmiał się. - Ale lepiej to jeszcze przemyśl.
Dobranoc.
Rozdział VI
Budzik zadzwonił o dziewiątej. Anna machinalnie wyłączyła go i przekręciła się na drugi bok. Była sobota i nie musiała dzisiaj wcześnie
wstawać. W głowie szumiały jej jeszcze słowa Przemka. Była na niego zła,
że znowu zafundował jej nocną rozmowę, ale miała do niego słabość i nie
potrafiła się długo gniewać. Ten wielki facet miał gołębie serce i był
jej powiernikiem. To do niego pobiegła, gdy zerwała zaręczyny z Rafałem,
i to on uzmysłowił jej, że nie warto płakać po kanalii zgrywającej
światowca. Była mu wtedy bardzo wdzięczna. Drzemkę przerwał kolejny
dźwięk, tym razem telefonu.
- Halo - znowu półprzytomnie powiedziała Anna. - Czy ty, Przemku, nie
masz sumienia?
- W sprawie sumienia niejakiego Przemka nie jestem gotów się wypowiadać,
ale o moim możemy porozmawiać - zabrzmiał w słuchawce nieznany głos.
- Halo... Z kim rozmawiam? - zapytała z nieskrywanym zdziwieniem.
- Tu Marcin. Obudziłem cię?
- Nie, nie, już nie śpię. Dzień dobry...
- Czy urocza sąsiadka uczyni mi ten zaszczyt i przyjmie zaproszenie na
spacer po parku w Wilanowie, a potem da się uwieść gorącą czekoladą
wprost od Wedla?
- Urocza sąsiadka jest skłonna przyjąć zaproszenie - zachichotała Anna.
Od dawna żaden mężczyzna nie zwracał się do niej tak poetycko. Była w siódmym niebie. Wiedziała, że czar prędzej czy później pryśnie, ale w tej chwili wolała się nad tym nie zastanawiać.
- Czy w południe, gdy słońce będzie najwyżej na niebie, mogę przyjść w progi sąsiadki, by ofiarować jej swoje ramię?
- Punktualnie w samo południe będę oczekiwała sąsiada - odpowiedziała z rozbawieniem i odłożyła słuchawkę.
Marcin nie spóźnił się ani minuty. To zawsze robiło na Annie wrażenie,
bo ona, w myśl zasady, że zegar jest złodziejem czasu, punktualna nie
była nigdy. Tak było i tym razem. Gdy Marcin zapukał do drzwi, podbiegła
do nich z ogromnym pędzlem do nakładania pudru w ręku.
- Ja już się dziś umalowałem - zażartował Marcin, kiedy otworzyła mu
drzwi.
- Ach, tak, zatem ja dopełnię jeszcze tej formalności i możemy iść
podziwiać uroki świata.
Złota polska jesień tego roku sprzyjała romantycznym spacerom we dwoje.
Liście, które spadały z drzew, miały tak bajeczne i wręcz niespotykane
kolory, że można było patrzeć na nie całymi godzinami. Anna uwielbiała
zbierać je i komponować z nich bukiety. Nie robiła tylko jednego - nie
zasuszała ich. Wolała myśleć, że one nie więdną nigdy, że jest na tym
świecie coś, co nie przemija, co trwa. Marcin szedł obok Anny w milczeniu. Wiedział, że nie może powiedzieć jej wszystkiego. Patrzył na
nią i czuł, jak z każdą kolejną minutą staje się dla niego ważniejsza.
Nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, a jednak wiedział, że ta
kobieta odmieni jego życie, że nic już nie będzie takie samo.
- Aniu...
- Tak?
- Powiedz mi, jak to jest, że człowiek idzie przez życie i wydaje mu
się, że jest szczęśliwy... Aż pewnego dnia spotyka anioła i dochodzi do
wniosku, że to dotychczasowe szczęście było tylko pozorne, że wszystko,
czego doświadczył wcześniej, nie miało żadnego znaczenia.
- Wszystko, czego doświadczamy w życiu, ma znaczenie, bo nas kształtuje,
wpływa na nasz światopogląd. I jeśli dochodzimy w pewnym momencie do
wniosku, że nasze dotychczasowe życie nie było pełne, to dzieje się tak
właśnie dlatego, że nasza dojrzałość pozwala nam tę prawdę zrozumieć.
- Szkoda tylko, że kiedy już to zrozumiemy, to jest za późno, żeby być
szczęśliwym.
- Nigdy nie jest za późno na bycie szczęśliwym. Szczęście tracą z oczu
tylko ci, którzy kapitulują, którzy nie mają sił, żeby je dogonić. Bo
szczęście nie jest dane nam raz na zawsze. Ono jest kapryśne i dlatego
staje się udziałem silnych.
- Zgadzam się z tobą, Aniu, ale nie zmienia to faktu, że niektórych
decyzji nie da się odwrócić, nie można ich wymazać, zresetować, zetrzeć
gumką...
- Czy chcesz mi o czymś powiedzieć? - zapytała, zatrzymując się.
- Nie, chodźmy lepiej na tę gorącą czekoladę.
- Bo czekolada to hormon szczęścia - zaśmiała się i objęła Marcina po
przyjacielsku.
W kawiarni Wedla w Wilanowie jak zwykle panowała przyjazna atmosfera.
Kelner przywitał Annę i Marcina już przy wejściu. Anna, nie konsultując
decyzji z Marcinem, wbiegła po schodach na piętro, bo - jak twierdziła -
stamtąd roztaczał się bajeczny widok na całą okolicę. Zajęła miejsce
przy stoliku stojącym przy samym oknie. W takiej sytuacji Marcin nie
miał innego wyjścia jak tylko usiąść w wyznaczonym miejscu.
- Zawsze będę musiał cię tak gonić? - zapytał, najwyraźniej był
rozbawiony entuzjazmem Anny.
- Zawsze nie, tylko czasami. Dziś bardzo mi się spieszyło, bo mieliśmy
zaplanować odwet na wandalach, którzy zniszczyli nam samochody.
- Gdybym wiedział, że dzięki nim poznam ciebie, Aniu, sam bym dużo
wcześniej je porysował.
Czas w towarzystwie Marcina upływał bardzo przyjemnie. Anna podświadomie
czuła, że ich dusze łączy jakaś głębsza więź. W jego oczach dostrzegła
ciekawość, w dotyku dłoni czułość, a w tym, co mówił - swobodę, jakiej
brakowało wszystkim mężczyznom, z którymi umawiała się dotychczas.
Wprawdzie wciąż miała wrażenie, że ten ideał męskości coś przed nią
ukrywa... Ale czy nie jest tak, że każdy w najgłębszych zakamarkach duszy
pielęgnuje jakąś tajemnicę? Ktoś, kto tajemnic nie ma, jest martwy -
mawiała matka Anny. Może coś w tym jest? Może tajemnice są wpisane w egzystencję człowieka, a wyjawione zmieniają nieodwracalnie bieg jego
życia? Zmieniają - to pewne, ale czy zawsze na lepsze?