Prolog
Swego czasu za wielką wodą w mieście Seattle cielesna słodycz po raz pierwszy przybrała realny kształt. Odziana w ludzką postać ujawniła się w osobie Christiana, który na oczach całego świata przełożył przez kolano Anastasię, czym przyprawił pruderyjne społeczeństwa o wstydliwy rumieniec. Kilka lat po tym zdarzeniu, rozkosz po raz drugi ukazała się szerokiej publiczności. Tym razem w osobie Massima, który w imię miłości pojmał Laurę. Panowie stanęli w szranki a pojedynek zakończył się remisem ze wskazaniem na Christiana. Na tym jednak nie skończyła się historia uniesień spod znaku BDSM. Ostatni akt cielesnej rozpusty napisał Krzysztof, który szpicrutą złożył pożegnalny pocałunek na ciele Joanny. Nim jednak do tego doszło, tych dwoje zapisało się na kartach lubieżności złotymi zgłoskami i niespotykanym blaskiem zaświeciło na firmamencie rozkoszy. O ile Christian uchylił drzwi do świata BDSM, o tyle Krzysztof pozostawił po sobie drzwi otwarte na oścież. Zero tabu, brak niedomówień, pruderii jak na lekarstwo.
Jeśli myślicie, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to zaproszenie do świata BDSM, jesteście w grubym błędzie. Trylogia o Panu Greyu czy też polska odpowiedź w postaci "365 dni" to zaledwie muśnięcie szpicrutą po umyśle czytelniczki, która jest spragniona zasmakowania literackiej lubieżności. Owszem, jest dobrze, ale nie błyskotliwie. Jest szpicruta, nie ma jednak bata, jego zmysłowego świstu, smaku piekącej rozkoszy... Tak więc, jeśli szukacie literatury erotycznej z prawdziwego zdarzenia, z realnymi postaciami i autentycznymi scenami, zapraszam do lektury "Grzesznej Bogini". Najwyższy czas poznać obsceniczne fantazje Pana Krzysztofa... i wszeteczną spolegliwość jego oblubienicy...
- Jeśli zaniecham wywoływać skandale, przestanę istnieć - ta fraza dobrze określa francuskiego malarza, głównego przedstawiciela realizmu, Gustawa Courbeta. Był zarozumiałym, genialnym twórcą i... stałym gościem burdeli.
Krzysztof Głowacki, twórca powieści erotycznej "Grzeszna Bogini. Pomrok" w niczym mu nie ustępuje. On też świetnie rozumie się z paniami obdarzonymi przymiotami i uczuciami, których nie znają porządne kobiety... Co więcej, nie pomija żadnych szczegółów, niezależnie od tego, jak są nieprzyzwoite... "Grzeszna Bogini. Pomrok" rzuca najokrutniejsze światło na jedno z Piekieł Rozwiązłości, ukrytych za fasadą naszej cywilizacji, schodzi do głębin plugastwa...
W drugim tomie, który prezentuje dalsze losy najsłynniejszej polskiej prostytutki, poznamy liczne niuanse, celowo pominięte przez autora w "Brzasku". Wiele rzeczy się wyjaśni, nabierze odpowiedniej głębi, pojawią się także inni bohaterowie, dobrzy i źli, wpleceni w mnogą ilość wątków, miejscami skrajnie zaskakujących i okraszonych odważnymi scenami erotycznymi. Nowością będą również kwestie z pogranicza psychologii oraz psychiatrii misternie wplecione w psychikę głównych postaci, u których z całą mocą ujawni się paleta emocji. Skrajnych, poruszających najczulsze struny jestestwa, ukazujących w sposób niezwykle plastyczny huśtawkę nastrojów, także tych głęboko romantycznych...
Po utracie ukochanej, Krzysztof przeklina ją wraz z całym światem. Drąc zdjęcia, tonie w nienawiści. W chwili gdy okrutny los odebrał mu Joannę, jego życie jest nie do zniesienia. Nieszczęśliwy wzywa straconą miłość na powrót, całuje ziemię, po której stąpała Joanna, wszędzie widzi jej twarz. Jest samotny, nie ma uczucia, które mogłoby go ogrzać. Jest mu zimno, jakby żył w lochu. Wszystko, co robi, jest jałowe i ponure.
- Zostań ze mną Joanno, błagam, albo pozwól pójść ze sobą. Dokądkolwiek się udałaś. Stanę u twego boku, gdziekolwiek jesteś - jego myśli krzyczą ową frazą a rozpacz niepokojąco wzbiera...
Nie opuszcza go jednak świadomość, że dusze kochanków zostały połączone na zawsze. Tak naprawdę nigdy nie przestał kochać Joanny... Tymczasem ukochana Krzysztofa, zamknięta wewnątrz misternego całunu utkanego nicią pokory, nigdy od ukochanego nie odeszła. Mężczyzna trzyma za jej gardło, a drugą ręką ciągnie za włosy. Układa Joannę tak jak rzeźbiarz pod palcami ugniata glinę. Czy czegoś jej nie wolno? Nie wolno jej nie ulec, być nieposłuszną, świadomą sytuacji, w jakiej się znalazła. To byłby początek końca misternej intrygi...
Dlatego na straży tajemnicy stoi szarlatanka. Dwie kobiety, jedna w potrzebie, druga oferująca pomoc. Prawda to, czy wyuzdana gra? Kto pociąga w tej chwili za sznurki, która z nich nada ton przyszłym zdarzeniom? Pytania bez odpowiedzi. Wątpliwości przeplatają się z pewnością. Prawda okręca wokół palca fałsz, ten zaś wyziera ze wszystkich szczelin rzeczywistości. Na szachownicy może pozostać wyłącznie jedna figura. Królowa jest tylko jedna.
Tymczasem mąż odcina oddech ślicznej żonie, zabiera powietrze, aż ukochana dławi się intensywnością, zalana łzami bólu i szczęścia jednocześnie. Pan i Władca dyryguje zmysłami uległej dla własnej przyjemności. Oboje łamią ciszę pełną jęków, westchnień i brudnych słów.
On takiej relacji pragnął. Potrzebował tąpnięcia ziemi pod stopami. Czekał na mocne związanie emocjonalne, namiętne penetrowanie umysłu, więź tak głęboką, że wyryje się w nim jak tatuaż. Co jednak z tym drugim? Wszak każdy szlif jego nauki zostawił głębokie rysy na duszy Joanny. Nie przeszkadzały mu jej skazy, ona także pokochała wszystkie blizny... Płynęła więc niesiona falą pokory, podając nadgarstki i mając świadomość, że już niedługo Pan zerwie kwiat, który dla siebie wyhodował. Niestety, w dotyku gładka jak aksamit i ciepła jak promień słońca nie dla niego. Nie dane mu było skosztować grzesznych ust, odgadnąć głodnych myśli, zapłakać łzami rozkoszy...
Jak zachowa się przewrotny los? Czy odda Panu jego uległą? Własność, którą ma prawo posiadać, kontrolować i dyscyplinować. Czy będzie Panu na powrót wolno chłostać, dawać klapsy, smagać batem...? Dla własnej przyjemności... Ku bezgranicznemu szczęściu uległej...
Zapraszam do lektury,
Krzysztof Głowacki, autor
Rozdział II
Bluszcz
Gdzieś... Jak najdalej od boga...
Przez wieki diaboliczni ludzie, agenci magicznego podziemia organizowali się w tajne stowarzyszenia i gromadzili bogactwa. Dziś mają już wystarczające środki aby zdobyć absolutną i niezachwianą władzę nad światem. Do grona nielicznych uprzywilejowanych dołączyła także Hannah. Stanęła na czele ludzi ubranych w czerwone garnitury, na których były wyszyte tajemne symbole. Anonimowość skryta pod czarnymi kapturami potęgowała zaś aurę tajemniczości.
Swego czasu doznał jej również syn wyrodnej matki. Przyprowadzono go przed tajemniczą, zakapturzoną i ukoronowaną osobę, która siedziała majestatycznie na tronie.
- Ukłoń się Mistrzyni - wyraźny rozkaz dobiegł od świty.
Choć czuł się zażenowany wobec tak bezwzględnego rozkazu okazania swojej służebności, pokornie i bez zwłoki go wykonał. W końcu nastąpił główny obrzęd - chwila, w której otrzymał, jako "nagrodę", nowe, ezoteryczne imię.
- To jest nasz nowy brat, Bluszcz - poinformowała przywódczyni, dodając: niech na zawsze zapamięta, że jest członkiem Zakonu.
W ten sposób Hannah wybierała osoby, które pochodziły z bogatych, znanych, uprzywilejowanych i wpływowych rodzin. Kim "one" są? To międzynarodowy kartel handlowy, wokół którego znajdują się organizacje skupiające polityczny, przemysłowy i korporacyjny establishment. W instytucjach tych zasiadają prominentni politycy, szefowie największych koncernów, przedstawiciele świata sztuki oraz przemysłu rozrywkowego i zbrojeniowego. Tych kilku potentatów na międzynarodowym rynku finansowym jest rzeczywistą władzą stojącą za jawnymi tronami światowych rządów. Żadna decyzja polityczna nie jest podejmowana bez ich udziału, żaden plan akcji nie jest wprowadzany w życie bez ich przyzwolenia.
Ci ludzie posiadają wielką władzę, dużo pieniędzy, liczne stanowiska, co gorsza, w dalszym ciągu dążą do obejmowania stanowisk kluczowych, które pozwalają sprawować kontrolę nad wieloma sprawami dziejącymi się na świecie. Stosują mądrą, dyskretną taktykę w celu osiągnięcia celu. Jak najszybciej i bez rozgłosu. Egoizm mają zakodowany w swoim systemie, za pomocą podejrzanych, skandalicznych machinacji i operacji finansowych, strategii działania poprzez podstawione osoby oraz - rozbudowanej na skalę światową i obejmującej wszystkie sfery życia społecznego - siatki organizacji o zamaskowanych celach działalności, członkowie Świątyni Seta dążą wyłącznie do pomnażania bogactwa.
Obsadzają sympatykami aparat państwowy i ważne instytucje społeczne. Kariera członków tajnego stowarzyszenia niemal we wszystkich dziedzinach życia, a tym samym wzrost potęgi zapierają dech. Świątynia Seta ma w swoich rękach wszystkie rządowe dźwignie władzy w sferze finansów, handlu i produkcji przemysłowej. Jednocześnie systematycznie skrywa za zasłoną tajemnicy finanse i działalność członków. Tym samym organizacja doprowadziła do perfekcji najrozmaitsze praktyki sprawowania władzy, metody ujarzmiania ludzi, internalizacji przymusu religijnego, technicznej modernizacji instytucjonalnych środków władzy.
Domy i nieruchomości członków Świątyni Seta w Kolonii, Dusseldorfie, Hamburgu, Stuttgarcie i Monachium, a także w Wiedniu, Innsbrucku i Salzburgu oraz w Zurychu, Bernie i Genewie, są elegancko położone. Jeśli chodzi o architekturę wnętrz, to najodpowiedniejsze byłoby określenie "spartańska nobliwość". Tak buduje ten, kto jest bogaty, a nie musi się z tym obnosić. Tak tworzy ten, komu zależy na reprezentacyjności, ale kto nie chce, by mu zakłócano intymność.
W Świątyni Seta jako instytucji nie ma żadnych prawdziwie religijnych i etycznych celów, a tylko zniewolenie przez "prymat władzy". Większa sprawiedliwość społeczna, walka z nierównością i uciskiem, prawo wszystkich ludzi do życia - takie sprawy tego systemu nie interesują. Dla niego i jego elity alfą i omegą jest forsowanie i pomnażanie własnej władzy, a obowiązującą dewizą: cel uświęca środki.
Ci ludzie są zbyt wielcy dla ciasnej wiary w dobro i zło, nie podlegają ograniczeniom moralności, mają własny kodeks postępowania. Swoje cele osiągają przy pomocy satynowej wymowy. Ich sposób to ukryta perswazja. Spotykają się regularnie w różnych miejscach, podejmują decyzje lub ustalają taktykę, działając jak skomplikowana, wyrafinowana i dobrze naoliwiona maszyna. W publicznym życiu robią wrażenie ludzi, którzy dają się lubić, są inteligentni, dystyngowani, prawi, tolerancyjni, myślący, uprzejmi i łagodni - których szczerze niepokoją sprawy środowiska naturalnego, los głodujących w innych krajach, bezrobotnych i żyjących w nędzy. Co więcej, są uważani za przywódców słusznych zabiegów na rzecz pokoju i niezmąconej równowagi. Wielu aktywnie uczestniczy w pracach kościoła i działa w organizacjach charytatywnych. Nikt nie podejrzewa, co rzeczywiście wylęga się w głębi ciemnych czeluści ich diabolicznych umysłów...
W tym gronie znalazł się również syn Hannah, zupełnie nieświadomy tego, dla kogo pracuje. Był bowiem członkiem bractwa o podwójnym charakterze. Zewnętrzna organizacja ukrywała wybranych... Konieczne było wprowadzenie dwóch oddzielnych i niezależnych porządków, jednego widocznego a drugiego niewidzialnego. Jawne stowarzyszenie było wspaniałym koleżeństwem wolnych i zaakceptowanych ludzi, którzy przystąpili do niego, by służyć sprawom etyki, edukacji, braterstwa, patriotyzmu i humanitaryzmu. Skryte stowarzyszenie było tajnym i najbardziej dostojnym braterstwem tych członków, którzy poświęcili się służyć tajemniczemu arcanum acandum...
Niezależnie od tego, jak bardzo nie ubierzemy owej organizacji w słowa pełne szlachetności, nie zmieni to faktu, że Diabeł tkwił w szczegółach, te zaś były zgoła inne od propagowanych fraz. Najlepszym tego potwierdzeniem był sam Artur, który ze swoich obowiązków wywiązywał się aż nazbyt dobrze...
Pewnego wieczoru zaprosił do siebie Hortensję - kobietę, która uwielbiała fetysze a jej aparycja, choć zabrzmi to dość nietypowo, odzwierciedlała charakter owej pasji. Ta filigranowa kokietka roztaczała wokół siebie aurę cielesnej zmysłowości. Jej ciało przemawiało do mężczyzn spojrzeniem i ruchem. Seksapil otulał ją niczym brylantowy naszyjnik, wypełniał jak wyborne wino kryształowy kielich. Nie dziwne, że owa piękność, przyozdobiona w pończochy po kilku łykach Tokaja Essencji wylądowała, jak wiele swoich poprzedniczek, w sypialni Artura. Celem nie był jednak seks lecz... subtelna pieszczota.
- Wiem, co cię podnieca i mam ochotę na prawdziwie wyrafinowane igraszki. Jeśli się postarasz, być może z rozbierania się przed tobą zrobię mały spektakl - tylko dla ciebie - zaczęła Hortensja wodzić na pokuszenie, po czym przeszła do działania...
Uwodzicielska kombinacja romantycznej koronki, prześwitującej tkaniny oraz jej nagiej skóry wyzwalała potężną dawkę pozytywnych, neurologicznych reakcji w mózgu Artura, jeszcze zanim zaczął rozpakowywać tak pięknie opakowany prezent. Elektryzujący efekt potęgował fakt dopełnienia figlarnego stroju kokieteryjną podwiązką. Burleska Hortensji była magicznym połączeniem teatru, performance'u, zmysłowego tańca i pikantnej erotyki w wykonaniu utalentowanych tancerek ubranych w czarujące gorsety, kabaretki, pasy do pończoch, długie rękawiczki oraz seksowne szpilki. Sensualna muzyka i przemyślana choreografia wzbogacała striptiz w coś, czemu Artur nie mógł się oprzeć!
- Co powiesz na wyjątkowo pikantną kombinację rozkosznej siateczki i skandalicznie niegrzecznego sznurowania, która sprawi, że eksplodujesz z pożądania i miłości? - wypowiadane słowa miały niewyobrażalną moc.
- Jak najbardziej jestem gotów na coś skandalicznie kuszącego!
- Świetnie!
Delikatne i szalenie zmysłowe kabaretki przyciągały wzrok romantyczną koronką. Ta kwintesencja kobiecości była wprost stworzona dla Artura, który nie tylko podziwiał, ale również raczył się uwodzicielskim słowem.
- Jeśli jesteś naprawdę głodny mocnych wrażeń, wyobraź sobie, jak seksowne pończochy z pikantnymi dziurkami i uroczymi kwiatkami wspaniale zdobią moje zgrabne nogi...
- Podoba mi się ta wizja...
- To dobrze, wręcz idealnie. Wyobraź sobie zatem, że co noc w sypialni czeka na ciebie taka słodko-pikantna niespodzianka... - Hortensja opanowała do perfekcji sztukę sugestii, niedopowiedzeń, zmysłowości oraz szczypty nieprzyzwoitości. Tego wieczoru stworzyła własny erotyczny spektakl, wykorzystując dozę wrodzonej subtelności doprawioną solidną szczyptą pożądania. - Czy wiedziałaś, że ubieranie kobiety jest dla wielu mężczyzn niemal tak samo pociągające, jak jej rozbieranie? Jeśli nie wierzysz, przekonaj się sam...
Artur dokładnie widział jak Hortensja zakłada pończochy. Ów zalotny pokaz wystarczająco mocno podgrzał atmosferę w sypialni, to był jednak dopiero początek. Po tym jak ukochana aksamitnymi ruchami powoli wciągnęła pończochy na swoje smukłe nogi, poprosiła kochanka, aby przypiął je do specjalnie wybranego na tę okazję pasa. Owe polecenie i wypełnienie prośby uruchomiły lawinę rozkosznych zdarzeń.
- Połóż mi stopę w miejscu, gdzie jestem najsłodszy! - rozkazał Artur, podczas gdy jego dłoń zasmakowała przyjemnego w dotyku nylonu.
Gdy jej noga dotknęła ciała Artura, wnet zapalił się cielesną żądzą. Wpuszczony jad nierządu rozpalił chuć do tego stopnia, że rozkosz wybuchła lubieżnymi słowami, gestami i czynami. Czyste myśli prysły w jednej chwili jak bańka mydlana, "celibat" zwiotczał proporcjonalnie do nabrzmienia żądzy i nieczystych myśli.
- Tak dobrze? - upewniła się Hortensja, sensualnie dotykając stopą nabrzmiałą rozkosz Artura.
- Bajecznie... Ach..., och... Nie przestawaj ugniatać... Mrr... - w głosie kochanka było słychać podniecenie, które z każdą upływającą minutą stawało się coraz większe.
Hortensja kontynuowała więc spektakl, rozkoszując się widokiem gorejącej lancy. Twardej z powodu wzbierającego podniecenia. Wrzącej i palącej na skutek płynącego w niej słodkiego nektaru. Nigdy nie pieściła w ten sposób mężczyzny, jednak nieprzyzwoita sztywność Artura była tak kuszącym obrazem, że w żadnym razie nie zamierzała przestać. Ponętnie ugniatała więc soczyste winogrona, zmysłowo trącając nabrzmiałą rozkosz. Ta zaś skamieniała z podniecenia i dumnie prężyła wdzięki, urzekając nie tylko widokiem lecz również uwodząc zapachem. Intensywnym, esencjonalnym, wszędobylskim... Nic więc dziwnego, że kochanek domagał się coraz zuchwalszych czułości...
- Obejmij go obiema stopami i delikatnie, bardzo czule zacznij mnie pieścić!
Hortensja nie miała żadnych wątpliwości, o co chodzi Arturowi. Jej śliczne stopy rozkosznie otuliły penisa i zaprosiły do wyuzdanego, pełnego frywolności tańca... Trudno było uwierzyć, że robi to pierwszy raz w życiu. Delikatny nylon przyjemnie drażnił słodycz Artura, doprowadzając zmysły na skraj emocji. Góra, dół, dół, góra - rozkoszne tarło postępowało w najlepsze. Kochanek wił się jak piskosz, kochanka uwijała się jak pracowita pszczółka. Oboje z pietyzmem oddawali się pieszczocie, ta zaś obojgu odpłacała się nieziemską euforią. Westchnienia stawały się coraz głośniejsze, ciche jęki były spokojne już tylko z nazwy. W końcu doniosłe zawodzenia przybrały postać ciągłego skamlenia. To Artur, doprowadzony na szczyt, dał upust podnieceniu...
- Kurwa mać, jesteś zajebista! - wykrzyczał na całe gardło, po czym salwy uniesienia, jedna po drugiej, wystrzeliły na śliczne, słodko zmęczone stopy Hortensji.
Zmysłowa kanonada trwała chwilę, przypominając sylwestrowe wystrzały, z tą różnicą, że miała mleczną postać rozkoszy, która niezwykle seksownie ozdobiła ciało kochanki. Nie nacieszył się jednak Artur swoim dziełem, bowiem obowiązki względem sekty wzywały...
Uderzenie Artura było silne. Kobieta upadła na łóżko, tracąc przytomność. Gdy po kilku minutach ją odzyskała, leżała na brzuchu, bez bielizny, z rękami i nogami przywiązanymi do krawędzi łoża. W apartamencie panowała grobowa cisza. Przerwał ją świst zwiastujący piekący pocałunek bata, który przywrócił Hortensji pełną świadomość. Chwilę później kolejny dotyk, tym razem skórzanych rzemieni pejcza, przyozdobił śnieżnobiały tyłeczek kobiety.
- Ała, to boli, co ty wyprawiasz, kurwa, przestań?!? - wyrzuciła z siebie przestraszona Hortensja.
Odpowiedzią były kolejne bolesne razy. Im głośniej kochanka krzyczała, im z większym natężeniem próbowała się uwolnić, tym silniejsze uderzenia serwował Artur. Po serii dwunastu dotkliwych, świdrujących smagań, które w milczeniu zadawał mężczyzna, dotarło do Hortensji, że to nie jest zabawa. W panice zaczęła się wyrywać z krępujących więzów, Artur zaś bił coraz silniej, mocarniej, z rozmachem... Gdy na pośladkach pojawiły się krwawe wybroczyny, a kobieta leżała bez słowa, zdjął bieliznę i zbliżył się do Hortensji...
- Teraz dam ci prawdziwą rozkosz, zobaczysz będzie ci dobrze...
Kilka godzin później. Sierp księżyca był przysłonięty oparami mgły i zagadkowymi chmurami, które płynąc wydawały się całkiem wypełniać ciemne niebo. Wysoka i szczupła postać przecięła pospiesznie krajobraz starego domu. Kiedy zegar wybił godzinę ósmą, Artur błyskawicznie pokonał krótki odcinek dzielący go od miejsca, do którego zmierzał. W końcu dotarł do tajemnego grobowca i znalazł się w stęchłym korytarzu, na końcu którego znajdował się przyciemniony pokój. W jego wnętrzu była naga, związana Hortensja, zbrukana chorym pożądaniem gwałciciela. Ból, który wciąż odczuwała, zmieszał się w tym momencie ze strachem, a powstałe w ten sposób uczucie owładnęło nią całkowicie. Z przejęcia i lęku serce biło jak oszalałe. Nieuchwytne, bezimienne przeczucia powoli przenikały jej umysł. Czekała w milczeniu, w ciemnościach. Mijały kolejne minuty. Zaczęła ją ogarniać rozpacz. Poczuła się jak ktoś złapany w pułapkę, ale te uczucia przeplatały się z nadzieją i oczekiwaniem. Nagle pokój wypełnił się obecnością. Artur brutalnie chwycili Hortensję za ramiona, zawiązał jej oczy i poprowadził przez niezliczone korytarze, schody i półpiętra. Podczas tej drogi słyszała okropne głosy - jęki, krzyki i zawodzenia. Jedne przytłumione, inne wykrzykiwane w przerażeniu. Gdyby to wszystko nie działo się tak strasznie szybko, byłaby zapewne podszyta strachem. Ale miała zbyt mało czasu na myślenie, a cóż dopiero na ocenę tych niewytłumaczalnych zdarzeń. Nieoczekiwanie poczuła, że czyjeś ręce i ramiona wciskają jej ciało do... trumny. W momencie gdy się w niej znalazła, usłyszała szorstki głos anonsujący jej przybycie a następnie rozpoczął się rytuał wtajemniczenia. Zgromadzeni wokół niej członkowie byli ubrani w czarne, zakapturzone szaty i trzymali w dłoniach palące się świece. Jedni śpiewali, inni mamrotali nieznane i dziwaczne zaklęcia, jeszcze inni - może bardziej odurzeni - ochrypłym głosem rzucali wyzwiska i przekleństwa. W powietrzu unosił się zapach wina połączony z duszną, nieznaną wonią.
- Dzisiejszej nocy - monotonnym głosem powiedział przywódca - ona umrze dla świata i na nowo narodzi się dla Zakonu...
Rozdział X
Skaza przeszłości
- Dokąd mnie zabierasz? - Joanna ponowiła pytanie dokładnie w tym momencie, gdy pośpiesznie i niechętnie wycofywałem dłoń z cipki, obficie zroszonej sokami...
Unikał odpowiedzi, zbywając mnie albo milczeniem, albo tajemniczym twierdzeniem: niebawem się przekonasz...
Domyślałam się, że zaczynamy podróż poślubną, nie rozumiałam jednak, czemu otacza ją tak gęsta mgła milczenia i aura przenikliwej tajemnicy. W końcu miał to być nasz wspólnie spędzony czas... Ostatecznie jednak przestałam drążyć temat, wszak niespodzianki rządzą się swoimi prawami. Zresztą dyskomfort sytuacji ustępował miejsca lekkiej ekscytacji. Ta zaś była tak absorbująca, że wystarczyła, abym zadowoliła się niemą obserwacją świeżo upieczonego męża.
Jej źrenice ścigały jego spojrzenie, które - o dziwo - nie szukało kontaktu. Przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Oczy Krzysztofa spowił dziwny rodzaj smutku, jakże osobliwy, zważywszy na okoliczności. Przecież zaczynał się właśnie ich miesiąc miodowy, skąd więc ten stan? Odpowiedź na zadane w myślach pytanie nie nadchodziła, bo nie mogła. Tylko Krzysztof wiedział, jaką tajemnicę skrywa na dnie swojej zbrukanej duszy. W jej wnętrzu toczyła się nieustanna walka między zobowiązaniem wobec toksycznej matki a przysięgą osobistej zemsty, którą złożył przed samym sobą. Chciał dokonać vendetty, pragnął jej jak mało kto na świecie. Czuł, że to jego obowiązek wobec najbliższej mu osoby. Zraniona dusza podpowiadała mu najmroczniejsze scenariusze, w skrytości nabrzmiałych myśli oczami wyobraźni widział jak karze oprawców swego szczęścia. Jednak za każdym razem kiedy sięgał po gniew, jego serce podpowiadało mu scenariusz, który z wolna pisała miłość. Brudna, nieuczciwa, zakazana, ale... biorąca początek w jego sercu.
W tym momencie Joanna nie mogła tego wiedzieć. Depozytariuszem owej prawdy był tylko Krzysztof. Wyłącznie on posiadał klucz do skarbca, na dnie którego spoczęła mroczna tajemnica. Myli się jednak ten, kto uważa, że nie było nic więcej. Prawda okazała się o wiele mroczniejsza niż można się było tego spodziewać. Spojrzenie zatopione w bezgranicznym smutku kryło w sobie niewyobrażalną tragedię rodzinną...
Był czas, gdy miał wszystko, czego dusza zapragnie. Los nie pożałował mu niczego - intelektu, urody, wpływowych rodziców, pięknej żony... Grała na pianinie, gdy pierwszy raz splunęła krwią. Szykował się na najgorsze, ale Wirginia wróciła do zdrowia. Uległ więc głupiej nadziei. Niepotrzebnie. Z końcem roku krew znowu zaczęła się pojawiać. Coraz obficiej! Wysoka gorączka, splamiona i przepocona pościel... Wydawało mu się, że słyszy z oddali pomruki ciemności sunącej w jego stronę. Wszystko było na styku prawdy i fikcji. Zawieszony między życiem a śmiercią był świadomym trupem. Bezsilność wobec nadchodzącej śmierci spowodowała, że jego psychikę opanowały majaki. Zdawało mu się, że widzi porcelanową biel kości, która ukazywała się pomiędzy strzępkami mięsa na opuszkach palców Wirginii. Szaleńczo rozdrapującej trumienne deski, jak tonące zwierzę. Obsypywała ją ziemia niczym spadający nieubłaganie piasek w klepsydrze a ostatnie tchnienia spychały ją w mroki nieświadomości. Aż w końcu dokonało się, światło życia zgasło, a w pokoju istnienia zapanowała ciemność.
Spędzili trzy cudowne lata... Patrzył czasem w przeszłość i zadawał sobie pytanie, czy istotnie była tak piękna, jak ją zapamiętał. Wszystko układało się wspaniale, dopóki nie zdiagnozowano u Wirginii rzadkiej i bardzo agresywnej odmiany raka. Walczyła z nim przez jedenaście miesięcy i zmarła, trzymając ukochanego za rękę.
- Strasznie mi przykro... - wyszeptała w agonii, a on potrząsnął głową w taki sposób, jakby chciał zerwać więzy łączące go z przeszłością.
Wirginia nie umarła niespodziewanie, zdążyli się pożegnać, ale tak czy owak śmierć była okrutna. Bliska osoba zniknęła za drzwiami, które zatrzasnęły się tak mocno, że Krzysztof nie był w stanie ich ponownie uchylić.
Młody wdowiec był tak przytłoczony cierpieniem i żałością, że wkrótce ich miejsce zajęła chorobliwa i mroczna melancholia, która prześladowała go na każdym kroku. Nie dziwne, że ziemi zsyłał potępienie, ból był mu pragnieniem, dręczył się osamotnieniem. Przyjacielem okazał się jedynie Edgar Allan Poe. Wraz z nim powtarzał sam do siebie: - Z pocałunkiem pożegnania, gdy przychodzi czas rozstania, by znać teraz, się nie wzbraniam. Rację miałaś, dziś to wiem, żywot mój był tylko snem. Wszystko to, co nam się zda, jak sen we śnie bowiem trwa.
Po śmierci Wirginii Krzysztof obiecał sobie, że nigdy więcej nie zaangażuje się tak mocno w sprawy jakiejkolwiek innej kobiety. Utrata oblubienicy, w której kochał się niemal od zarania, zamieniła go w samotnika odpornego na wszelkie zewnętrzne bodźce.
Tak było kiedyś. Z czasem jego świat zaczął się w końcu ponownie obracać wokół własnej osi. Wspomnienia związane z Wirginią stopniowo blakły. Czas uleczył rany, a przynajmniej ich większość. Zaś życie okazało się pod wieloma względami całkiem znośne. Nie miał jednak ochoty na żadne bliskie związki uczuciowe. Kiedy popęd seksualny zaczynał go rozpraszać, znajdował kobietę, która ceniła swoją niezależność tak samo jak on, i przeżywał z nią krótką przygodę. Taka sytuacja nie była idealna, ale spełniała jego potrzeby. Seks był tylko cielesnym aktem, niczym więcej, a już na pewno nie czymś, co wymagało intelektu i uczuć. W tej kwestii nie był sentymentalny. Pożądanie fizyczne traktował jak apetyt, który należy regularnie zaspokajać, nie akt wymagający zaangażowania myśli oraz trudnych do określenia i nazwania emocji.
Do czasu... Joanna obudziła w nim niepokój, ponieważ przyciągała go z ogromną siłą. Była zachwycająco naturalna. Chciał ją, pragnął, podejrzewał jednak, że jeśli zaangażuje się uczuciowo, przekroczy bezpieczne granice, które sam sobie narzucił. Perspektywa jakiegokolwiek trwałego związku budziła w nim lęk. Wiedział, co przeżywa człowiek, który stracił ukochaną osobę. I nie chciał skazywać się na takie cierpienia po raz drugi.
Teraz jedziemy w milczeniu, raz po raz przerywanym krótką konwersacją o wszystkim i o niczym.
- Wiesz, zawsze chciałam podróżować czerwonym Lamborghini...
- I jak? Oczekiwania dorównały wyobrażeniom?
- Na razie tak - spojrzenie, które maluje się na jej twarzy, wygląda naturalnie. - Jest piękny - znowu głaszcze tapicerkę. - I elegancki - odwraca twarz w stronę zagłówka. - I szybki - wdycha zapach skóry...
Ulice miasteczek, lokalne szosy i autostrady nie są puste, ale ruch nie jest duży, szybko przebijamy się przez mniejsze i większe aglomeracje. Głowa Joanny jest oparta o zagłówek, oczy ma zamknięte, wargi układają się do piosenek, które właśnie ujrzały światło dzienne. Wydaje się oddychać muzyką.
Błahostki dnia poprzedzającego przyjęcie weselne, jak również historie, do których scenariusz napisał późniejszy bal słodko umilały nam czas w drodze ku nieznanemu. To wówczas dowiedziałam się wielu szczegółów, które z przyczyn mi nieznanych zniknęły z mojej głowy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Nie powinnaś była tyle pić, Joanno. Też lubię testować swoje granice, ale podczas przyjęcia ślubnego wyraźnie przesadziłaś. Mam nadzieję, że to się nie powtórzy...? - głos Krzysztofa zawierał w sobie troskę pomieszaną z przestrogą.
- Obiecuję kochany, nie wiem, co we mnie wstąpiło - na jednym wydechu wyrzuciła z siebie Joanna, dodając nie do końca przekonana o prawdziwości twierdzenia: - To prawdopodobnie ze szczęścia.
- Prawdopodobnie? - Krzysztof zmarszczył brwi, wyraźnie zdziwiony tym, co usłyszał. Po chwili zaś dodał: - Mnie się Joanno kocha, bezgranicznie, bezwarunkowo.
- Oczywiście najdroższy - szybka odpowiedź nie pozostawiała złudzeń. Przynajmniej w warstwie formalnej.
Kto wie, do czego doprowadziłaby ta konwersacja, gdyby nie przerwał jej pewien incydent na drodze. Otóż w odległości kilku metrów za parą nowożeńców znajduje się SUV, czarny albo granatowy, nie da się tego ustalić z pełnym przekonaniem. Nie przybliża się ani nie oddala. Krzysztof widział ten wóz już wcześniej i skłaniał się ku tezie, że to zbieg okoliczności, jednak pewna jego część nakazywała ostrożność. Zawsze tak było. A on zwykł jej ufać. Miał powody, zwłaszcza że potencjalne możliwości co do tożsamości kierujących SUVem klarowały się źle, nie napawały optymizmem, delikatnie rzecz ujmując.
Mając to na uwadze, Krzysztof prostuje się i ponownie zerka w lusterko, mrużąc oczy. Stara się dostrzec "prześladowcę". Gdy nie przynosi to efektu, wrzuca wyższy bieg i wciska gaz do dechy. Zaczyna manewrować między jadącymi samochodami, co chwilę zmieniając pas ruchu. To samo czyni osoba siedząca za kierownicą tajemniczego SUVa, co nie napawa optymizmem i zmusza Krzysztofa do utrzymania szybkiej jazdy. Mimo zawrotnej prędkości auto jest prowadzone płynnie i pewnie, uwagi ma jednak Joanna.
- Możesz tak nie pędzić?
- To raczej niemożliwe.
- Jak to?
- Bo ktoś nas śledzi...
- Co? Żartujesz? Powiedz, że to marny dowcip... - nie kryje zdenerwowania Joanna.
- Widocznie wpadłaś komuś w oko... - zdanie, które serwuje Krzysztof, ma na celu rozładowanie atmosfery, nie udaje się jednak powzięty plan.
- Skup się lepiej na tym, jak prowadzisz... - Ej, a może to jakiś przypadkowy samochód? - pytanie aż krzyczało starą maksymą, w myśl której nadzieja umiera ostatnia.
- Nie sądzę... - smutna konstatacja popłynęła z ust kierowcy.
- Bo...?
- Ponieważ ten SUV jedzie za nami od dłuższego czasu.
- Postaraj się więc go zgubić, takim samochodem nie powinno być to trudne... - wygłoszona teza nie była przypadkowa, wzięcie Krzysztofa pod włos miało na celu uzyskanie konkretnego rezultatu.
Udało się. Kierowca nie tylko zrozumiał aluzję, ale również wziął ją sobie mocno do serca. Buzująca prędkość aż wcisnęła w fotele. Wszystko zostało podporządkowane jednemu celowi - skutecznej ucieczce. Nie liczyło się nawet bezpieczeństwo, wszak popędziliśmy przez skrzyżowanie na czerwonym świetle. Samochód natychmiast reagował na zadawane mu przyspieszenia. Tak, jak przystało na idealną maszynę. Gdy licznik wskazał przekroczenie stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, Krzysztof włączył kierunkowskaz i skręcił ostro, mocno trzymając kierownicę. Opony zapiszczały w proteście, a auto skierowało się prosto do zjazdu. Ucieczka, choć zakończyła się sukcesem, kosztowała nas sporą dawkę adrenaliny. Musiało pójść też z pół centymetra bieżnika.
Rozdział XI
Włoski raj
- Kto nas śledził? Po co? Jaki przyświecał mu cel? - owe pytania pozostawały bez odpowiedzi.
Krzysztof, choć żarliwie zaprzeczał, coś wiedział. Bez wątpienia miał świadomość rzeczywistości, która nas spotkała, nie chciał jednak zdradzać szczegółów, w tych zaś krył się Diabeł.
- Czy wciąż będzie mi życzliwy?
Oby. Do tej pory nigdy mnie nie opuścił, zawsze był moim przyjacielem. Pomna dotychczasowego piekielnego wsparcia, nie drążyłam tematu, zwłaszcza że perspektywa nieznanego była mocno absorbująca...
Po kilkugodzinnej jeździe podróż samochodem powoli dobiegała końca. Wyjrzała przez okno, gdy jechali stromą, krętą aleją otoczoną gęstymi drzewami, a jej oczy rozszerzyły się z wdzięcznością, gdy ujrzała wiejski dom na wzgórzu z bajkowym widokiem na toskański krajobraz.
- To przepiękne miejsce - nie kryła zachwytu wybranka Krzysztofa.
Po chwili wysiedli z samochodu, a Joanna podeszła do domu i wyciągnęła rękę, by musnąć wyblakły, nagrzany słońcem kamień, z którego była zbudowana posiadłość, jakby nie mogła się oprzeć jej urokowi.
- Uwielbiam stare rzeczy - powiedziała z radością, po czym weszli do środka.
Joanna rozglądała się po rustykalnym korytarzu, pieszcząc balustradę starych drewnianych schodów prowadzących na kolejne piętro.
- Korzystałeś z projektanta, prawda? - zapytała.
Niewielka paleta kolorów tworzyła czarujące i spokojne tło dla antycznych mebli i wygodnych współczesnych sof.
- Skąd wiedziałaś? - roześmiał się.
- Ktokolwiek to projektował, wykonał fantastyczną pracę - skomplementowała, gdy na korytarzu pojawił się starszy mężczyzna i powitał ich zalewem włoskich słów.
- To jest Jacopo. On i jego żona Sofia opiekują się nami tutaj - poinformował Joannę Krzysztof, zaciskając dłoń na jej dłoni i zachęcając żonę do wejścia na górę.
- Kiedy chcesz lunch?
- W południe? Po naszym wczesnym starcie jestem głodna.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Krzysztof przekazał informację Jacopowi, po czym udał się z żoną do zapierającej dech w piersiach sypialni. Kręcąc się, Joanna zadzierała głowę do góry, by docenić sklepiony, wysoki sufit. Po chwili weszła do następnego pokoju i uśmiechnęła się na widok gustownej łazienki na planie koła.
- To wspaniały dom, Krzysztofie. Czy to była ruina, gdy go kupiłeś?
- Tak, był kompletnie zniszczony. Urzekły mnie jednak wiejska okolica i spokój. Przyznaję, z początku nie doceniałem, jak duży potencjał i wartość miał sam dom.
Wyszli na balkon znajdujący się po przeciwległej stronie korytarza, gdzie widok na wzgórza każdorazowo zapierał dech w piersiach. Nad malowniczą, otoczoną murami wioską wciąż unosiła się poranna mgła, która w magiczny sposób podkreślała bujną zieleń winorośli i sadów owocowych w dolinie poniżej. Granicę ogrodu wytaczały stare, rozłożyste kasztany, a zmieniający się kolor ich liści wskazywał na zbliżającą się jesień.
- Pięknie - westchnęła, jednak dla Krzysztofa jedyną pięknością w zasięgu wzroku była Joanna.
Kaskada loków opadających na jej ramiona, ładna, niebieska sukienka dodająca kobiecości i wyeksponowane zgrabne nogi... Pożądanie przeszyło go na wskroś niczym cios zadany nożem. Tymczasem Joanna odprężyła się w cieple jego szczupłej, potężnej sylwetki, kiedy delikatnie położył dłoń na jej ramieniu. Jego zmysłowe usta złożyły tam pocałunek. Zadrżała. Jej ciało ożyło, jakby nacisnął magiczny przełącznik, a biodra napierały w niekontrolowanej odpowiedzi na dotyk. Suwak sukienki powoli zjechał, a Krzysztof rozchylił materiał, by podążyć ustami w dół smukłych pleców, aż odkryła, że posiada czułe miejsca, o których istnieniu nie miała pojęcia. Trzask rozpinanego stanika wytrącił ją z równowagi, stała bowiem na świeżym powietrzu, publicznie, mimo że było to wiejskie odosobnienie.
- Nie chcę, żeby ktoś mnie zobaczył - mruknęła nerwowo, zastanawiając się, czy nie zabiła nastroju tą reakcją. - Mogą tu być... pracownicy.
Krzysztof roześmiał się ciepło, podniósł ukochaną, jakby była lekka niczym piórko, i zaniósł do łóżka. Zdjął stanik z niemal onieśmielającą pewnością. Jej fioletowe oczy skierowały się ku jego opalonej twarzy. Nie minęła minuta, a Joanna rozpłynęła się w pocałunku słodkim niczym miód. Jej wnętrzności stały się płynne, a palące ciepło rozlało się po każdym milimetrze ciała.
Krzysztof chwycił w palce delikatny, różowy sutek. Przeciągnęła się, niezgrabnie chwytając męża za ramię w poszukiwaniu oparcia, po czym zbliżyła swoje pełne usta do jego. Gdy ich języki się zetknęły, poczuł słodki, pyszny smak, który tak go pobudził, że nagle przyparł Joannę do łóżka dwiema silnymi rękami, a jego dominująca natura przejęła całą pasję. Żona z zadowoleniem przyjęła płomienną namiętność. Zanurzyła palce w jego miękkich, kruczoczarnych włosach, po czym pogładziła wysokie, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, wyczuwając delikatny zarost na skórze. Sapnęła, gdy pochylił głowę nad piersiami i delikatnie chwycił zębami sutek. Była tak wrażliwa na dotyk, że jęknęła z podniecenia, gdy wprawne ręce kochanka przesunęły się w dół, w stronę wilgotnego miejsca między udami.
- Jesteś tak bardzo gotowa na mnie - wyszeptał z satysfakcją Krzysztof, zmieniając pozycję.
Gdy wszedł mocno i szybko, całe jej ciało napięło się w zmysłowym szoku. To uczucie było elektryzujące, doświadczała go każdą komórką rozbudzonego ciała. Wszelkie gładkie, ale mocne pchnięcie sprawiało, że przyjemność przeszywała ją na wylot. Wtem poczuła napływającą falę kulminacyjnej rozkoszy, rozlewającą się niczym lawa. Orgazm był tak wspaniały, że łzy napłynęły do oczu. Jednak Krzysztof był daleki od zatrzymania się. Poruszał się dalej, a gdy ciśnienie zaczęło w niej ponownie narastać, wystarczył jeden dotyk w najbardziej wrażliwym miejscu, aby kolejny błogostan przeleciał przez nią jak gwałtowna burza. Wykończona opadła na łóżko, on tymczasem jęknął z satysfakcji, zaciskając na wybrance muskularne ramiona.
- Nigdzie się już stąd nie ruszam - powiedziała z uśmiechem.
- I dobrze, wszak to nasz miesiąc miodowy. Masz prawo robić, co tylko zechcesz...
- Chcę ciebie... Tu i teraz!
- Kochanie...
- Tak, najdroższy...
- Nawet nie wiesz, co w takim momencie czuje mężczyzna.
- Wyjaśnij mi zatem.
- Ów stan można określić tylko jednym zdaniem: dramat.
- Aż tak źle?
- Nawet gorzej. Obowiązki zawodowe, które mnie wzywają, nie mogą poczekać. Niestety. Muszę załatwić coś bardzo ważnego w Rzymie. Helikopter zabiera mnie o drugiej, ale wrócę do ciebie wieczorem o dziewiątej. Obiecuję, że wówczas nadrobimy stracony czas a rekompensata będzie ze słodką nawiązką...
Dało się zauważyć, że odpowiedź skrywała w sobie wielki żal z powodu zaistniałej sytuacji, z drugiej jednak strony zapewnienia Krzysztofa cechowała szczerość do bólu. Pocieszające w tym wszystkim były jego błyszczące ciemne oczy, które zapowiadały niechybną rozkosz. Swoje trzy grosze dodały też usta.
- Prześpij się po południu, ponieważ dziś w nocy nie zaznasz za wiele snu.
- Obiecuję kochany... - roześmiała się lubieżnie, oczami wyobraźni kreśląc obraz rozkoszą malowany.