W państwie wyznaniowym (czy nawet pełzającej teokracji) prawo stanowione byłoby przynajmniej bliskie najbardziej podstawowym postulatom Kościoła, a w Polsce wcale tak nie jest. Przykłady można mnożyć. Aborcja, choć ograniczona, nadal jest możliwa, i to mimo iż Kościół nie dopuszcza jej w żadnych okolicznościach. Próba zainteresowania policji przypadkami nielegalnego przerywania ciąży też spala na panewce, bowiem aparat sprawiedliwości nie zamierza zajmować się takimi kwestiami i ucieka od odpowiedzialności. Nie ma w tym zresztą nic szczególnie dziwnego, skoro premier Donald Tusk (wywodzący się z partii określającej się jako chadecka) otwarcie przyznaje, że ustawa chroniąca życie obowiązuje wciąż w Polsce tylko dlatego, że nie jest egzekwowana. In vitro, chociaż sprzeciw Stolicy Apostolskiej wobec tej metody zapłodnienia jest absolutnie jednoznaczny, jest nie tylko legalne, ale nawet nieuregulowane prawnie. To sprawia, że w naszym kraju dopuszczalne jest nawet to, czego zakazano w uchodzącej za superliberalną Holandii, czyli "wynajmowanie brzuchów", handel zarodkami czy wykorzystywanie ich do badań. W rzekomej teokracji wolno więc więcej niż w stawianym nam wciąż za wzór postępu kraju europejskim.
Nie jest też łatwo znaleźć w polskim parlamencie "posłów Pana Boga" (jak określa katolików wiernych swojej wierze także w polityce niezawodna w takich sytuacjach Magdalena Środa17). Odrzucenie kompromisowego projektu ustawy bioetycznej Jarosława Gowina i stworzenie niedopuszczalnego z katolickiego punktu widzenia projektu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, a także otworzenie, i to przez samego premiera Donalda Tuska, debaty nad eutanazją i zabójstwem z litości pokazuje, że Platforma Obywatelska przestała - i to już bez maskowania - liczyć się ze stanowiskiem Kościoła. Najlepszym przykładem tego skrętu pozostaje Janusz Palikot, który jeszcze kilka lat temu był właścicielem i wydawcą prawicowego i mocno związanego z Kościołem tygodnika "Ozon" (którego redaktorem naczelnym był Grzegorz Górny, jeden z twórców "Frondy"), a który obecnie stał się najbardziej na lewo wychylonym obliczem PO (obok Kazimierza Kutza). Inni politycy PO nie pozostają w tyle. Małgorzata Kidawa-Błońska zapewnia, że Kościoła trzeba słuchać, ale decyzje należy podejmować samodzielnie. Ewa Kopacz uzupełnia, że choć jest katoliczką, to in vitro jej nie przeszkadza i nie wyklucza, że rząd, w którym jest ministrem, może wprowadzić w Polsce ustawę o eutanazji.
PiS, choć nieco ostrożniejsze, także dalekie jest od "politycznego katolicyzmu". Gdy Marek Jurek zdecydował się na rozpoczęcie debaty nad zmianą konstytucji, najzacieklejszych wrogów miał we własnym obozie18. A ostateczne zerwanie z PiS-em nastąpiło właśnie dlatego, że prezes tej partii nie potrafił zaakceptować "fundamentalizmu" byłego marszałka Sejmu. Niechęć do debat światopoglądowych, które mogłyby pozbawić PiS części antykomunistycznych i socjalnych, ale dość odległych od katolicyzmu, wyborów widać także w postawie wobec debaty nad zapłodnieniem in vitro. Prawo i Sprawiedliwość nie zdecydowało się na zgłoszenie projektu ustawy całkowicie zgodnej z nauczaniem Kościoła, dlatego projekt posła PiS Bolesława Piechy musiał być zgłoszony jako poselski. Katolickości nie wymusza na Prawie i Sprawiedliwości nawet trwający od dawna pragmatyczny sojusz z Radiem Maryja. Dla rozgłośni bowiem od kwestii ideowych istotniejsze są pieniądze, jakie można było wyciągnąć od państwa na rozmaite projekty finansowe, np. na pozyskiwanie energii z wód geotermalnych. Nie jest przecież przypadkiem, że najważniejsze zarzuty ojca Tadeusza Rydzyka wobec PO wynikają raczej z tego, że jej rząd zerwał rozmaite umowy zawarte przez poprzedników z toruńską rozgłośnią, niż z tego, że narusza on moralne status quo w Polsce. Pragmatyzm redemptorysty widać również w tym, że od dawna nie popiera on otwarcie innych, nawet bardziej wiernych ortodoksji niż PiS, partii politycznych, wiedząc, że tylko to ugrupowanie może być narzędziem do osiągania celów ekonomicznych i politycznych.
Hierarchowie kościelni zresztą niewiele od polityków wymagają. Starania Marka Jurka o zmianę konstytucji czy katolicy walczący o urodzenie dziecka "Agaty" wcale nie zostali wsparci przez biskupów. Ci ostatni milczeli. Dopiero po wielu tygodniach abp Józef Michalik w pierwszym przypadku, a Konferencja Episkopatu w drugim (ale już po dokonaniu aborcji) zajęli jednoznaczne stanowisko. Ich ostrożność ma źródła w latach 90., kiedy - choć udało się Kościołowi wiele uzyskać (religia w szkołach czy kompromisowa ustawa aborcyjna) - to jednocześnie stracił on sporo ze swojego prestiżu, oskarżany o mieszanie się do polityki19. Wycofanie się z niej zaś, trudno tego nie dostrzec, w drugiej połowie lat 90. i na początku XXI wieku pozwoliło odzyskać niemałą część zaufania, jakim cieszy się Kościół. Ostrożność w publicznym formułowaniu postulatów moralnych czy metapolitycznych nie przeszkadzała Kościołowi w osiąganiu swoich, czysto pragmatycznych, a nie ideowych, celów. Tyle że robił to on innymi niż publiczne metodami. Postkomuniści, którzy nieustannie próbowali się uwiarygodniać w oczach Polaków, chętnie szli na ustępstwa (głównie finansowe) wobec Kościoła, a obawa przed wyniszczającą obie strony wojną religijną pomagała zachować ustanowione u początków III RP status quo. Jego umocnieniu służyła dodatkowo potrzeba wsparcia przez Kościół wielkich politycznych projektów, takich jak wstąpienie do NATO i Unii Europejskiej. Politycy, także lewicy, wiedzieli, że jeśli zdecydują się na silny konflikt z Kościołem, ten ostatni może zaszkodzić niektórym z ich projektów. I dlatego zgadzali się na ustępstwa, dogadywali się za zamkniętymi drzwiami i jak ognia (poza ekscentrykami, którzy - jak Maria Szyszkowska - ostatecznie z polityki wypadli) unikali tematów drażliwych dla Kościoła.
Ten czas wspólnoty interesów jednak minął. A laicyzujące się społeczeństwo coraz bardziej otwarcie zaczyna domagać się od polityków podejmowania tematów trudnych moralnie. In vitro czy eutanazja to tylko niektóre z nich. Problem polega na tym, że biskupi jakby nie zauważali tej zmiany. I nadal cieszą się ze status quo, który gwarantuje im święty spokój. Tę postawę symbolicznie wyraził ponowny wybór abp. Józefa Michalika na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Metropolita przemyski został wybrany na to stanowisko głównie dlatego, że niewiele od pozostałych biskupów wymaga, nie inicjuje debat i nie przedstawia swojej wizji kierunku, w jakim powinien zmierzać Kościół. Jego niechęć do mediów świeckich czy w ogóle do publicznych wypowiedzi sprawia, że nie przesłania on sobą pozostałych hierarchów (także szczególnie, z nielicznymi wyjątkami, nie wyrywających się do odpowiedzi) i nie przeszkadza w słodkiej drzemce.
Ceną, jaką płaci za to Kościół, jest to, że od pięciu lat jest on niemal całkowicie nieobecny w debacie publicznej. Projekty ustrojowe, lustracja (także poza Kościołem), reformy finansowe czy moralne wyzwania współczesności (poza kwestiami bioetycznymi, bo o te akurat abp Michalik się troszczył) nie stały się, inaczej niż w Niemczech czy USA, tematami zbiorowych wypowiedzi biskupów. A listy społeczne przypominają raczej zbiory pobożnych życzeń, niż rzetelną analizę rzeczywistości. Skutek jest taki, że Kościół wypadł z obiegu społecznego, a jego postulaty nie są już otwarcie wykładane i wyjaśniane. Polityczni obrońcy Kościoła zaś pozostają samotnie na placu boju, bez wsparcia pasterzy, o czym dobitnie przekonał się choćby Marek Jurek, którego w wyborach do europarlamentu czy wcześniej do Senatu nie wspierali ani biskupi (z nielicznymi wyjątkami), ani duchowni. Poparciem Radia Maryja cieszył się natomiast Zbigniew Ziobro, którego doradca był jednym z najwytrwalszych zwolenników aborcji i o którego zaangażowaniu katolickim niewiele wiadomo.