Grzechy i kary. Tom I Portal - Patrycja Wojtasiewicz

Kup ebooka

42.99 zł
34.39 zł (42,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AKT I

Rozdział 1

-NICKOLAS-

Nigdy nie byłem sam.

Nie wiem, kiedy pierwszy raz zaczął do mnie mówić. Może wtedy, gdy ojciec wbił mi do głowy, że Bóg patrzy na wszystko, co robię, jak widz oglądający sztukę. Albo wtedy, gdy zrozumiałem, że Bóg milczy, a on nie. Jego głos nie jest jak z filmów. Żadnego echa, żadnego pomruku piekieł. To po prostu... ja, tylko głośniejszy. Czasem spokojny jak szept, czasem ostry jak nóż.

"Zjedz więcej. Więcej. Jeszcze trochę. Przecież zasługujesz".

"Nie odwracaj wzroku. Zobacz, jak na Ciebie patrzy. Chce tego".

"Nie proś o przebaczenie, głupcze. Ciesz się".

Nazywa siebie mną, jakbyśmy byli jednym. Czasem mam wrażenie, że tak jest. Zacząłem w to wierzyć kilka lat temu, kiedy nie potrafiłem rozróżnić, czy to ja grzeszę, czy to on przejmuje ster. Każdy grzech jest inny. Pycha ma smak krwi. Chciwość błyszczy w moich zielonych oczach jak szkło. Nie próbuję już ich rozróżniać, wszystkie brzmią jak ja. Ludzie myślą, że opętanie to krzyki, piana z ust i krzyże do góry nogami.

Nie.

Prawdziwe opętanie to chwila, gdy siedzisz w ciszy i nie wiesz, czy to ty właśnie podjąłeś decyzję, czy on. Nie wiem, czy on mieszka we mnie, czy to ja mieszkam w nim. Czasem mam wrażenie, że moje ciało to tylko jego świątynia zbudowana z tkanek, kości, błędów i strachu.

Świat od dawna przestał być cichy. Każdy szept w ciemności może być modlitwą... albo przekleństwem. A ja już nie wiem, które z nich powtarzam częściej. Kiedyś modliłem się o zbawienie. Teraz modlę się o chwilę ciszy, bo wiem, że na zbawienie nie zasługuję. Moja dusza już dawno przestała istnieć, a moje serce stało się ciemne jak cień.

"Zgrzesz" - mówi, kusi, a jego głos drga pod czaszką jak dźwięk z pękniętej struny. "Zgrzesz, a poczujesz, że żyjesz. Gwarantuję Ci to".

Mówi mi, że grzech to tylko inna forma modlitwy. Że Bóg słucha także tych, którzy płoną od dawna. I czasem mu wierzę. Bo kiedy robię to, czego on chce, czuję... moc. Prawdziwą, surową, pulsującą moc. Jakby piekło oddychało przeze mnie.

Ostatnio kazał mi zapisać jego imię. Krwią. Zrobiłem to, gdy rodzice wyszli na kolację. Krzywo napisane litery wyryły się w mojej pamięci. Nie było świec, symboli ani łacińskich formuł. Była noc. Cisza. I ten rodzaj napięcia w głowie, który sprawia, że myśli przestają być linią, a splatają się w ciasny węzeł. Stałem w łazience, światło jarzeniówki mrugało jak zepsute oko. Patrzyłem na swoje odbicie i miałem wrażenie, że ktoś spogląda na mnie od środka. Nie zza pleców. Nie z cienia. Z mojego wnętrza.

- Wystarczy - powiedziałem do lustra. - Jeśli tam jesteś... pokaż się.

Nie odpowiedział od razu. On zawsze dawał mi poczucie, że to ja robię pierwszy krok.

Dopiero gdy poczułem ciepło spływające po dłoni, zrozumiałem, że już zacząłem.

Nie pamiętam momentu, w którym się skaleczyłem. Pamiętam za to, jak uniosłem rękę i dotknąłem ściany. Jak czerwień zostawiła ślad.

Jedną literę.

Potem drugą.

Trzecią.

Każdy ruch był pewny. Zbyt pewny, jak na kogoś, kto rzekomo działał w panice. Imię przyszło samo. Vesperius.

Nie wymyśliłem go ani nie usłyszałem. Po prostu wiedziałem, jak ma wyglądać. Gdy skończyłem, cofnąłem się o krok. Ściana była biała. Imię ciemne, nierówne, jeszcze świeże. Lekko pulsowało, jakby miało własne tętno. I wtedy usłyszałem śmiech.

Nie głośny. Nie szalony.

Cichy. Zadowolony.

"Myślałem, że nigdy się nie odważysz".

Kolana mi zmiękły. Oparłem się o umywalkę, łapiąc oddech.

- Kim... kim ty jesteś? - wyszeptałem.

Chwila ciszy. Potem:

"Napisałeś moje imię. Wiesz, kim jestem".

Spojrzałem znowu na ścianę. Litery wyglądały obco. Staro. Jak coś, co istniało długo przed tym, zanim nauczyłem się pisać.

- Jesteś demonem? - zapytałem.

Czułem uśmiech. Nie na twarzy. We mnie.

"Tak mnie nazwali" - odpowiedział. "Ale to nie było pierwsze imię. Ani prawdziwe".

Światło zgasło na sekundę, a gdy wróciło, ściana była czysta. Ani śladu krwi. Ani liter.

Tylko ból w palcu.

Od tamtej pory czuję jego obecność nie tylko w myślach, ale w każdym odbiciu. Czy to w tafli wody, czy w lustrze. Kiedy patrzę w swoje oczy, już nie widzę człowieka. Widzę kogoś, kto się uśmiecha, zanim ja to zrobię. Czasem próbuję go uciszyć.

Wchodzę do kościoła, jedynego, jaki znajduje się w mieście. Siadam w ostatniej ławce, tam, gdzie nikt nie zagląda, i wciągam zapach kadzidła tak, jakby to miało mnie uratować.

Tam jest ciszej. Tam on milczy. Spokojniejszy.

Światło wpada przez witraże i rozcina powietrze kolorami, które wyglądają jak łzy Boga. Kapłan mówi coś o grzechu, o pokusie, o przebaczeniu, a ja słucham, jakby każde słowo było skierowane do mnie. Jakby znał mnie lepiej niż ja sam.

Wtedy go nie słyszę. Żadnych szeptów, żadnych rozkazów. Tylko bicie serca, które myślałem, że straciłem. Ale kiedy wychodzę... kiedy przekraczam próg i słońce uderza w oczy, on wraca.

"Nie wiesz, że nawet anioły upadają?" - mówi spokojnie, jakby się uśmiechał. "Ale nikt nie pamięta, że wtedy świecą najjaśniej".

Zawsze zaczyna od żartu. Potem wbija we mnie strach jak gwóźdź w drewno. Czasem się zastanawiam, czy to naprawdę demon. Bo jeśli tak, to czemu w kościele milknie? I czemu czuję, że on... też klęka razem ze mną?

Nie zawsze byłem posłuszny. Kiedyś próbowałem się postawić. To było późnym wieczorem przy rzece. Woda była czarna jak smoła, a niebo bezgwiezdne, jakby sam Bóg odwrócił wzrok.

On kazał mi to zrobić. Powiedział, że jeśli nie uderzę, jeśli nie sprawię, by ten chłopak przestał oddychać, to stracę jego "błogosławieństwo". Nie znałem go. Po prostu przechodził obok. Ale demon mówił, że grzech wymaga ofiary, a przetrwanie - krwi. I że każdy prorok musi w końcu ją przelać, żeby dowieść swojej wiary. Stałem nad chłopakiem z kamieniem w dłoni. Ręce mi drżały, serce waliło niczym dzwon pogrzebowy. Czułem, jak coś prowadzi moje palce, jakby ciało już nie należało do mnie.

A potem usłyszałem własny głos, tylko że nie brzmiał jak mój:

"Zrób to".

Nie zrobiłem. Nie mogłem. Kamień wypadł mi z dłoni i potoczył się w błoto. Uciekłem.

Tamtej nocy nie spałem. Bałem się, że chłopak na mnie doniesie. Może nawet miałem taką nadzieję. Myślałem, że to koniec. Że wreszcie wygrałem. Że mnie zamkną i umrę w spokoju w celi więzienia lub w poprawczaku.

O północy obudził mnie jego śmiech. Niski, chrapliwy, brudny. A potem przyszły konsekwencje.

Zacząłem czuć ból. Nie fizyczny, głębszy. Jakby ktoś wlewał ogień prosto do moich myśli.

Nie mogłem oddychać. Nie mogłem mówić. Widziałem błyski, twarze, cienie, krzyże, języki ognia. A w tym wszystkim on, głos, demon.

Patrzył na mnie z wnętrza mojego odbicia.

"Nieposłuszeństwo to też grzech" - wyszeptał. "Więc jeśli nie potrafisz zabić za mnie... nie dam Ci umrzeć".

Od tamtej pory wiem, że nie chodzi o to, czy wykonam jego rozkaz. Chodzi o to, ile jestem w stanie znieść, zanim się złamię.

Poszedłem do spowiedzi za namową matki, gdy zobaczyła po raz pierwszy jego oczy. Czarne jak smoła, wdzierające się w jej duszę. Nie chciałem iść. Po prostu nogi same mnie tam zaprowadziły. Może to była resztka sumienia, a może kolejny z jego żartów. A może chciałem tym uspokoić mamę.

W konfesjonale pachniało drewnem i starym winem. Ksiądz, starszy mężczyzna o siwych włosach i zaroście, z trudem oddychał, jakby jeszcze przed chwilą spał. Zrobiłem znak krzyża. Choć znałem ten gest od dziecka, tym razem ciążył mi w dłoniach. Bałem się, że demon nie będzie milczał.

- Ostatnia spowiedź... - zacząłem. - Nie pamiętam kiedy.

- To nic, synu - odpowiedział spokojnie. - Pan Bóg zawsze czeka. Mów śmiało.

Zawahałem się. Bo co miałem mu powiedzieć? Mam w głowie coś, co każe mi grzeszyć? Słyszę głos, który zna wszystkie moje myśli?

- Zgrzeszyłem gniewem... i myślami - wydusiłem w końcu.

- Myślami?

- Tak. Takimi, których nie potrafię zatrzymać. Jakby ktoś inny je szeptał.

Ksiądz milczał przez chwilę. Potem westchnął cicho.

- Synu, diabeł kusi każdego. Ale pamiętaj, że Bóg nigdy nie zostawia duszy samej.

- A jeśli to już nie pokusa? - zapytałem. - Jeśli to coś... jest we mnie?

Zza kratek konfesjonału nie padła odpowiedź. Tylko cisza. Długa, gęsta, aż zaczęła brzmieć jak echo. A potem demon się odezwał. Niegłośno, w myślach.

"Powiedz mu prawdę. Powiedz, że jestem tu. Za kratkami, po drugiej stronie. Chcę zobaczyć, jak się boi. Zrób to".

Serce mi stanęło. Wpatrywałem się w drewnianą kratkę, jakby miała za chwilę pęknąć.

- Słyszysz mnie, ojcze? - zapytałem cicho.

- Tak, synu. Ale nie wiem, czy ty słyszysz mnie.

To wystarczyło. Wybiegłem z konfesjonału, zanim zdążył cokolwiek dodać.

Na zewnątrz słońce było zbyt jasne, zbyt czyste. Paliło mnie w oczy.

A w mojej głowie on już czekał.

"Powiedziałbym, że Cię ostrzegłem" - wyszeptał demon. "W świątyni Boga nikt Cię nie uratuje. Bo on też mnie stworzył".

Rozdział 2

-NICKOLAS-

To miała być zwykła rozmowa. Rodzice siedzieli przy stole. Matka z kubkiem herbaty, ojciec z gazetą przeglądał najnowsze wiadomości z miasteczka. Próbowali udawać, że wszystko jest w porządku. Matka mówiła o swoim nowym pomyśle na suknię, a ojciec jedynie przytakiwał, od czasu do czasu obdarzając ją spojrzeniem i uśmiechem. Udawali, że nie słyszą, jak nocami mówię do siebie. Że nie widzą, jak coraz częściej wracam do domu z pustym wzrokiem. Że spowiedź niewiele dała.

- Synku, może trzeba... porozmawiać z kimś - odezwała się zatroskana matka. - Z księdzem. Albo... z lekarzem.

- Już rozmawiałem, wiesz o tym - odpowiedziałem. - Ale to nic nie dało.

Ojciec odłożył gazetę i spojrzał na mnie w ten charakterystyczny sposób, w którym było więcej rozczarowania niż troski. Miał oczy takie jak moje, a raczej takie, jakie moje były kiedyś. W zieleni jego tęczówek dostrzegłem smutek zmieszany z surowością, którą sam wyniósł z wojska.

- Co się z tobą dzieje? - zapytał. - Mów prawdę.

Wtedy on się obudził. Najpierw pojawił się tylko cichy pomruk, jak drganie powietrza. Potem rozległ się głos.

"Niech zobaczą, kim jesteś".

Zrobiło mi się gorąco. Ręce zaczęły drżeć. Czułem, jak coś we mnie wstaje, jak ciemność wspina się po kręgosłupie. Matka cofnęła się, kiedy uniosłem głowę.

- Synu...?

Nie odpowiedziałem. Bo to już nie ja otwierałem usta.

- Nie jestem waszym synem - wyszeptało coś moim głosem. - Wasze dziecko umarło dawno temu, ale wy to wiecie, prawda? Sami błagaliście o cud, a więc jestem!

Ojciec zerwał się z miejsca i chwycił mnie za ramię. Wtedy poczułem, jak coś z ogromną siłą popycha mnie od środka, jakby setki rąk próbowały przejąć kontrolę nad moim ciałem. Krzesło runęło na podłogę, herbata rozlała się po stole. Matka krzyczała, ojciec próbował mnie utrzymać, a ja... walczyłem w środku. Krzyczałem, uderzałem, robiłem wszystko, by nie wpaść w przepaść, by pozostać sobą.

"Pozwól mi prowadzić" - syknął demon. "Tylko na chwilę. Zobaczysz, jak to smakuje".

I wtedy sięgnąłem po krzyż. Ten mały, metalowy, który nosiłem na szyi od dziecka. Podarek od prababci. Ścisnąłem go tak mocno, że wbił mi się w dłoń, ale rany same się zasklepiły.

- Nie masz nade mną władzy... - wyszeptałem, ale głos mi się łamał. - W imię Ojca...

Ból przeszył mnie jak piorun. Czułem, jak coś wewnątrz skręca się i ryczy, niczym zwierzę zamknięte w klatce. Świat zawirował, obrazy, krzyki, błyski światła. A potem cisza. Upadłem na kolana. Krzyż wciąż drżał w mojej dłoni, jakby był żywy.

To nie koniec. On się nie bał modlitwy. On się z niej śmiał. Nie wiedziałem, że to się skończy tak szybko. Chciałem tylko... żeby zniknął, żeby wreszcie odpuścił. Ale on nie znał litości. Tamtej nocy w domu nie było ciszy. Nie było modlitwy, która mogłaby go powstrzymać. Nie było krzyża, nie było Boga, tylko ja i głos, który rozrywa wszystko. Stłuczone naczynia, przewrócone krzesła. Potem pojawił się ogień w oczach ojca, kiedy coś zmusiło go do krzyku, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Matka próbowała go powstrzymać, płacząc i błagając, a on... nie mógł nad sobą zapanować.

Czułem, jak coś w moim wnętrzu wyrasta, tnie i pali. Jakby demon uczył się posługiwać moim ciałem. Każdy jego rozkaz, każdy wybuch gniewu, każdy krzyk wydostawał się przez moje ręce i moje usta, choć za wszelką cenę próbowałem go powstrzymać. Kiedy w końcu ojciec upadł i matka osunęła się na podłogę, poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie znałem - czystą, fizyczną panikę. Próbowałem krzyczeć, zatrzymać go, błagać o litość. Ale to nie ja robiłem. To było jego dzieło.

Rano przyjechali sąsiedzi, policja, ratownicy. Zabrali mnie stamtąd, jakbym był przestępcą. Rodziców nie udało się uratować, a ja... trafiłem do sierocińca. W drodze czułem, że coś w mojej głowie się uśmiecha. Nie smutno. Nie żałośnie. Radośnie. Bo ja nie czułem nic. Ani odrobiny żalu, mimo że chciałem płakać.

"Witaj w prawdziwym świecie" - powiedział.

I wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że już nigdy nie będę sam. Wszelka nadzieja, że dam radę się go pozbyć, przepadła. Umarła.

Pierwsze dni w sierocińcu były jak zejście pod ziemię. Dźwięki odbijały się echem po zimnych korytarzach, a śmiech innych dzieci brzmiał jak obcy język. Nie wiedziałem, gdzie patrzeć, kogo słuchać, jak oddychać, jak się przystosować. Próbowałem się wtopić w tło. Siedziałem w kącie stołówki, jadłem powoli, unikając wzroku innych. Bo każde spojrzenie mi przypominało, że coś jest nie tak. Że ja... nie jestem taki jak oni.

Nocami w łóżku demon mówił ciszej. Nie musiał rozkazywać. Wystarczyło, że był. Czułem jego obecność w każdym oddechu, w każdym ruchu powiek. Czasem wyrywał mnie ze snu, czasem szeptał, by zrobić coś złego. Ale ja nie wiedziałem, od czego zacząć.

Starałem się pamiętać zapach domu, woń kadzidła w kościele, ciepło matki, twardą dłoń ojca. Ale im bardziej próbowałem, tym mocniej te wspomnienia się zacierały, jakby ktoś podpalał wszystko, co kiedyś dawało mi poczucie bezpieczeństwa, aż w końcu nie zostało nic prócz pustki. Nie bolesnej, a cichej. Jakby moi rodzice nigdy nie istnieli.

Czasem próbowałem rozmawiać z innymi dziećmi, uśmiechać się, żartować. Ale słowa wyślizgiwały się z ust, zanim zdążyłem je powiedzieć. Czułem, że demon mnie obserwuje, czeka na błąd, który mógłby wykorzystać. Nawet jeśli nic nie robiłem, jego uśmiech rozbrzmiewający w mojej głowie sprawiał, że czułem się winny.

Próbowałem znaleźć swoje miejsce. Wybrałem kąt w bibliotece, gdzie książki pozwalały mi zapomnieć o otaczającej rzeczywistości. Czasem, gdy nikt nie patrzył, zamykałem oczy, ściskałem krzyżyk w kieszeni i powtarzałem modlitwy. I wtedy, choć przez chwilę, czułem spokój. Tak krótki, że niemal nieuchwytny. Ale wystarczający, żeby całkowicie nie oszaleć. Bo przecież tak nazywaliby mnie inni. Szaleńcem. I wiedziałem jedno: jeśli chcę przetrwać tutaj więcej niż kilka dni... muszę nauczyć się z nim żyć. Nie pokonać go. Nie wypędzić. Tylko... wytrzymać.

Był wtorek, a słońce wpadało przez wysokie okna sierocińca, a unoszący się w powietrzu pył tańczył w jego promieniach niczym małe duchy. Siedziałem w stołówce sam, dłonie zaciskałem na tacce. Nie musiałem długo czekać, żeby to się zaczęło.

- Patrzcie na nowego! - krzyknął jeden ze starszych chłopaków.

- Co za dziwak!

- Czemu on tak patrzy? Jakby widział duchy!

Nie umiałem odpowiedzieć. Nie chciałem. Nie wiedziałem nawet, jak powinna wyglądać normalna reakcja. I wtedy poczułem w głowie jego uśmiech.

"Zobaczysz, jak to jest być kimś więcej niż tylko chłopakiem" - wyszeptał demon. "Niech oni poczują, kto tu naprawdę rządzi. Daj mi ster".

Serce waliło mi w piersi.

- Nie... nie mogę... nie chcę...

"Możesz" - syknął. "I poczujesz moc".

Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden gest i poddałem się. Nie ja już prowadziłem swoje ciało. Nie moje ręce, nie moje oczy, nie moje myśli. Czułem tylko... jak coś w moim wnętrzu rośnie, pali i krzyczy. Chłopak, który pierwszy zaczął mnie nękać, pierwszy poczuł jego gniew, nasz gniew. Nie wiedziałem, jak to się stało. Jego krzyk przetoczył się przez stołówkę, a ciało szamoczące się w moich rękach wydawało się obce, bezwładne jak marionetka. Kiedy skończył, wokół panował chaos. Krew, przewrócone stoły, krzyki, płacz. Dzieci uciekały, wychowawcy próbowali mnie powstrzymać, lecz nie byli w stanie. Ja również nie mogłem się zatrzymać. Bo to już nie byłem ja. Demon śmiał się w mojej głowie, upajając się triumfem, którego nigdy bym sam nie zaznał.

"Widzisz? To dopiero początek" - wyszeptał.

A ja po raz pierwszy w życiu czułem, że utraciłem całkowicie kontrolę. Kiedy w końcu wróciłem do siebie, klęczałem na podłodze w kałuży krwi, a wszystkie oczy patrzyły na mnie jak na potwora. Nie płakałem. Nie mogłem. Bo wiedziałem, że demon nadal czeka. I że następnym razem... to on będzie decydował.

Zabrali mnie do osobnego pokoju. Nie było w nim okien, jedynie zimne światło jarzeniówek, które sprawiało, że wszystko wyglądało szaro i obco. Drzwi zamknięto na klucz, a w środku stało tylko jedno łóżko i stara szafa. Chciałem krzyczeć, prosić, błagać... Nie miałem siły. Wtedy w mojej głowie odezwał się on.

"Spokojnie" - wyszeptał. "Tutaj jesteśmy sami. Tylko Ty i ja. I możemy robić, co chcemy. Bez konsekwencji. Czysta moc".

Przez pierwsze godziny próbowałem go ignorować. Udawałem, że nie słyszę jego głosu, że moje ręce i nogi należą tylko do mnie. Ale im dłużej siedziałem w tym zimnym pokoju, tym bardziej czułem, że coś we mnie pęka. Jego szept był jak powietrze, wszędzie. Wykoślawiał moje myśli, mieszał wspomnienia, mrucząc:

"Pamiętasz, jak było dobrze, kiedy słuchałeś? Pamiętasz, jak czuli się inni? Teraz możesz mieć to znowu..."

Czas płynął dziwnie. Minuty były godzinami. A ja coraz wyraźniej czułem, jak demon wślizguje się w każdy mój ruch. Nie próbował juz tylko mną sterować, on uczył mnie, jak robić rzeczy, których sam nigdy bym się nie odważył. Zacząłem odbierać jego rozkazy jako własne pragnienia. Nieświadomie wstałem z łóżka i przesunąłem palcem po ścianie, sprawdzając jej teksturę i wytrzymałość. Uniosłem dłoń, a lustro pękło. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, czy sam tego chciałem, czy to on mi rozkazał. Ale czułem, że to daje mu radość.

"Tak jest" - wyszeptał, cicho, jakby to była tajemnica. "Kiedy mnie słuchasz, wszystko staje się możliwe. Nawet to, czego się boisz najbardziej. Nawet to, co inni nazywają złem".

Patrzyłem na własne dłonie. Były moje i nie moje jednocześnie. Zrozumiałem, że demon nie tylko mnie prowadzi. On tworzy mnie od nowa.

Rozdział 3

-NICKOLAS-

Izolatka stała się całym moim światem. Ściany były szare i zimne, łóżko twarde, a szafa pusta. Nie miałem nikogo, komu mógłbym zaufać. Nie było hałasu, nie było śmiechu, tylko cisza i jego szept w mojej głowie. Dni układały się w rutynę. Rano wstawałem, nakrywałem łóżko, jadłem samotnie to, co podawano przez szczelinę w drzwiach. Czasami to była zupa, czasami suchy chleb, który trzeszczał między zębami. Jadłem powoli, żeby nie myśleć o jego oczach w mojej głowie, czarnych jak noc. Mrocznych, ale dziwnie spokojnych. Dyrektorka sierocińca zamiotła sprawę pod dywan, bo tamten chłopak przeżył. Opiekunki omijały moją izolatkę, jak tylko mogły. Sam uczyłem się obowiązkowych przedmiotów. Książki i zeszyty leżały przy łóżku. Matematyka, historia, chemia - wszystko powtarzałem w samotności. Każde słowo było próbą zachowania części siebie, części, której demon nie mógł dotknąć.

Modliłem się codziennie. Nie znałem wszystkich słów, ale powtarzałem to, co zapamiętałem z kościoła, chwytając przy tym krzyżyk w dłonie i zamykając oczy. To była jedyna chwila spokoju, kiedy on milknął choć na moment, pozwalając mi swobodnie oddychać.

Tak mijały tygodnie. Czas płynął powoli, każdy dzień wyglądał jak odbicie poprzedniego, a demon... uczył się mnie coraz lepiej. Nie trzeba było krzyków ani przemocy fizycznej, jego kontrola rosła, subtelna i nieuchwytna.

Aż pewnego dnia do izolatki wszedł ksiądz. Nie zapukał. Po prostu stanął w drzwiach i spojrzał na mnie poważnie.

- Zdajesz sobie sprawę ze swych czynów, synu? - zawahał się, łapiąc oddech. Serce zamarło mi w piersi. Krzyżyk w dłoni zaczął drżeć. Chciałem odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły gdzieś między demonem a strachem. On uśmiechał się w mojej głowie.

"Powiedz mu" - szepnął. "Pokaż mu, że to ja, a nie Ty".

Nie wiedziałem, czy mam siłę mu się sprzeciwić, czy raczej od razu się poddam. Ksiądz podszedł bliżej, aż poczułem zapach wosku i starego kadzidła. Usiadł naprzeciwko mnie, trzymając różaniec jak tarczę.

- Chcę zrozumieć, synu - powiedział cicho. - Powiedz mi... dlaczego to zrobiłeś?

Nie miałem pojęcia, jak odpowiedzieć. Bo prawda brzmiała absurdalnie. Nikt nie uwierzyłby w głos, który nie należy do żadnego człowieka. Patrzyłem w zimny beton podłogi i tylko słyszałem, jak demon chichocze.

"No dalej" - syknął. "Powiedz mu, że Bóg Ci kazał. Zobaczymy, czy wtedy też się pomodli".

Zacisnąłem pięści, próbując nie ulec jego prowokacji.

- To... nie ja - wymamrotałem. - On mi kazał.

- Kto? - spytał ksiądz.

Podniosłem głowę.

- Demon.

Przez chwilę panowała cisza. Ksiądz się nie śmiał. Nie cofnął się. Tylko westchnął i się przeżegnał.

- Wszyscy nosimy swoje demony - powiedział spokojnie.

- To nie metafora - odpowiedziałem twardo. - On mówi. Cały czas. Teraz też.

Ksiądz zmarszczył brwi.

- A co mówi?

"Powiedz mu, że nie wierzę w jego Boga" - wyszeptał głos w mojej głowie tak gładko, że przez moment nie wiedziałem, czy to nie ja otworzyłem usta.

- Nie wierzy w twojego Boga - wymknęło mi się.

Ksiądz pobladł.

- Kto nie wierzy?

Złapałem się za głowę.

- Nie wiem... ja? On? To się miesza.

Chciałem krzyczeć, ale z moich ust wydobył się śmiech. Ciepły, zły, obcy. Ksiądz poderwał się, różaniec wysunął mu się z dłoni i uderzył o podłogę.

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - zaczął.

A demon tylko śmiał się we mnie.

"Nie w niebie" - powiedział. "W środku".

Zatkałem uszy. Zamknąłem oczy. Powtarzałem modlitwę razem z księdzem, głosem drżącym, łamiącym się jak szkło. I wtedy po raz pierwszy od dawna demon zamilkł.

Od tamtej pory ksiądz wracał kilka razy. Najpierw z notatnikiem i różańcem, potem z kropidłem, a później z czymś w oczach, czego nie umiałem nazwać. Może strachem. Może nadzieją.

- Nie jesteś zły, chłopcze - powiedział któregoś dnia, stawiając na stole mały srebrny krucyfiks. - Ale coś w tobie jest. I to coś trzeba wypędzić.

Wtedy się roześmiał. Nie ja. On. Śmiech, który nie pasował do żadnego gardła, jakie znałem.

"Wyrzucić mnie?" - Głos był miękki, niemal rozbawiony. "Niech spróbuje. Lubię, gdy się modlą, pachną wtedy strachem, a to mój ulubiony zapach, Nick".

Cofnąłem się, uderzając plecami o zimną ścianę. Ksiądz rozłożył Biblię. Zaczął odmawiać modlitwę po łacinie. Słowa brzmiały jak broń. Krople wody święconej spadały mi na czoło, parząc niczym ogień. Wszystko w środku mnie zaczęło drżeć. Jakby ciało nie wiedziało, komu powinno służyć.

- W imię Ojca i Syna... - Głos księdza był pewny, ale ręce mu drżały.

- ...i Ducha Świętego - dokończyłem, a uśmiech sam pojawił się na moich ustach. Nie mój.

- Niech Bóg wypędzi z ciebie wszelkie zło - powiedział ksiądz.

- Zło? - powtórzyłem jego tonem. - A może to wy jesteście ślepi? Może nie ja tu jestem tym złym?

Ksiądz odsunął się, robiąc znak krzyża.

- W imię Jezusa Chrystusa, rozkazuję ci, odejdź!

Światło w izolatce zadrżało. Krucyfiks spadł ze stołu. Woda ze święconego naczynia wylała się na podłogę i rozlała jak krew. A ja... Poczułem coś. Jakby pęknięcie. Jakby przez chwilę on nie był już tylko głosem, ale cieniem, który się poruszał. Cień, który mnie dotykał. Ksiądz wyszedł, zostawiając mnie samego. Klęczałem z głową opartą o zimny beton, próbując oddychać. Nie wiedziałem, czy egzorcyzm się nie udał... czy to może dopiero początek czegoś większego, czego jeszcze nie rozumiem.

Rozdział 4

-NICKOLAS-

Po egzorcyzmie było inaczej. Ciszej. Przez pierwsze dni myślałem, że naprawdę zniknął. Że te wszystkie modlitwy, błagania wreszcie coś dały. Ksiądz już nie wracał. Opiekunki zaglądały częściej. Nawet jedzenie zaczęło smakować jak jedzenie, a nie jak popiół. Spałem. Po raz pierwszy od dawna naprawdę spałem. Bez szeptów. Bez głosów. Czasem tylko miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Nie przez drzwi, nie przez kamery, ale od środka. Jakby w moich myślach siedziała obca obecność, czekająca, aż się rozluźnię. Ale to i tak lepsze od głosu. Jednak nie mogłem uwierzyć, że to koniec. Zacząłem znowu się uczyć. Pisałem w zeszycie równania, tłumaczenia, notatki. Modliłem się rano i wieczorem. Dni mijały spokojnie, jakby świat wreszcie pozwolił mi odetchnąć. Aż do pewnej nocy... Obudził mnie dźwięk, nie huk, nie krzyk, tylko szept. Znajomy. Miękki. Zbyt bliski.

"Tęskniłeś?"

Zamarłem. Nie ruszyłem się, nie otworzyłem oczu.

"Myślałeś, że mnie przepędzili modlitwą? Ty mój mały głupcze".

Zacisnąłem pięści.

- Odejdź - wyszeptałem.

"Ale przecież jestem Tobą".

Zimny pot spłynął mi po karku. Ale coś się zmieniło. Demon nie krzyczał, nie rozkazywał. Mówił spokojnie, niemal łagodnie. Jak ktoś, kto zna każdą moją ranę i dokładnie wie, w które miejsce dotknąć, by bolało najmocniej.

"Nie będę już Cię zmuszał" - powiedział. "Tylko obserwuj. Ucz się. Zrozum. A potem sam zdecydujesz".

I zamilkł. Tym razem naprawdę. Ale jego cisza była gorsza niż wszystkie słowa. Bo wiedziałem, że nie odszedł. Po prostu czekał.

Przenieśli mnie. Powiedzieli, że to nie będzie więzienie, ale "ośrodek wychowawczy z internatem nakierowany na wiarę". Miejsce dla takich jak ja. Pogubionych, milczących, z przeszłością, o której lepiej nie mówić.

Autobus zatrzymał się przed wysokim budynkiem z czerwonej cegły. Na bramie wisiał krzyż, a obok niego wytarty napis srebrną farbą w języku, którego nie rozumiałem. Przywitała mnie kobieta w okularach. Dyrektorka. Mówiła łagodnym głosem, który miał mnie uspokoić. Nie udało się. Ale nie powiedziałem nic, gdy spytała się o moje samopoczucie. Zabrali mnie do pokoju. Trzech współlokatorów. Marc - wiecznie sarkastyczny i wybuchowy. Demin - cichy, o dziwnie spokojnych oczach. I Killan - typ, który wszystko komentował, ale nikomu nie życzył źle.

- Ty to ten nowy? - spytał Marc, zrzucając z wolnego łóżka leżącą na nim koszulę. - Co, rodzice cię tu wsadzili, bo jesteś inny?

Nie odpowiedziałem, ale coś się we mnie poruszyło na wzmiankę o rodzicach. Killan szturchnął go w bok.

- Daj mu spokój. Może nie chce rozmawiać.

Nie wiedzieli, kim jestem. I może to dobrze. Nie chciałem już być "tym chłopakiem od krwi". Mijały dni. Rozmawialiśmy coraz częściej. O głupotach, o nauczycielach, o tym, jak smakuje tutejsze żarcie. Pierwszy raz od dawna naprawdę się śmiałem. Tak po prostu, bez powodu, bez strachu, że zaraz ktoś w mojej głowie się odezwie. Demon milczał. Nie czułem go. Nie szeptał. Nie czaił się ze mnie. Jakby naprawdę zniknął. Zacząłem chodzić do szkolnej kaplicy. Codziennie. Siadałem w ostatnim rzędzie, modliłem się szeptem, czasem po prostu siedziałem w ciszy. Patrzyłem na światło wpadające przez małe, kolorowe okna i myślałem, że może Bóg dał mi drugą szansę. Zacząłem lepiej się uczyć. Odpowiadałem na lekcjach. Czasem pomagałem innym. Wychowawcy mówili, że robię postępy. A ja po prostu chciałem być kimś normalnym. I chyba mi się udawało. Chwilami łapałem się na tym, że słucham ciszy, jakbym chciał ją przebić, upewnić się, że naprawdę nikt się za nią nie ukrywa. Ale nic. Zero głosów. Pierwszy raz od dawna czułem się wolny. I to właśnie wtedy... on zaczął się śmiać. Cicho, z daleka, ledwie słyszalnie jak echo, które dopiero nadchodzi z oddali.

Wieczór zapadł w naszym pokoju szybciej niż zwykle. Marc wpadł z paczką chipsów i butelką coli, a Killan przyniósł stary rzutnik i kilka płyt z horrorami, które znaleźli w bibliotece ośrodka. Demin siedział cicho w kącie, ale w jego oczach było coś na kształt uśmiechu.

- Męski wieczór! - rzucił Marc, rozsypując chipsy po podłodze. - Horror i nic więcej. Żadnych nauczycieli, żadnych zasad!

Włączyliśmy film. Pokój pogrążył się w ciemności, a ekran rzucał drżące światło na nasze twarze. Krzyki bohaterów, trzask drzwi zamykających drogę ucieczki - wszystko wywoływało nerwowe śmiechy, czasem dreszcz strachu, ale nic więcej. Demon siedział gdzieś w kącie mojego umysłu. Cicho, prawie niezauważalnie. Śmiał się delikatnie, jakby znał jakąś zabawną tajemnicę.

"Patrzcie na nich... tak łatwo ich przestraszyć" - szepnął.

Ale nic się nie działo. Żaden nóż nie latał, żadna ręka nie wyskoczyła z cienia. Z początku poczułem ulgę. Może ten spokój był prawdziwy? Może demon naprawdę zniknął? Może cisza była prawdziwa?

- Ej, chłopaki - powiedziałem, ściszając głos - nie czujecie się czasem... obserwowani?

Marc przewrócił oczami.

- Ty i te twoje duchy. Wyluzuj. To tylko film.

A demon nadal się śmiał. Cicho, podskórnie. Nie groził. Nie naciskał. Był tylko... obecny. Siedzieliśmy więc razem w ciemności, śmiejąc się z krzyków bohaterów, jedząc chipsy, pijąc colę i robiąc to, co kiedyś wydawało się niemożliwe: po prostu byliśmy normalni. A on? Czekał. Milczał na tyle, bym myślał, że odszedł. Czyżby ten jego śmiech był ostrzeżeniem? Jeżeli tak, to przed czym lub kim? Może przed nim samym, a może po prostu jestem szalony...