Urodziłem się w epoce, kiedy każdy człowiek musiał mieć
przydomek, choćby niekoniecznie słuszny.
Z tego powodu naszą dziedziczkę nazywali hrabiną, mego ojca jej
plenipotentem, a mnie bardzo rzadko Kaziem albo Leśniewskim, ale
dość często urwisem, dopóki byłem w domu, albo osłem, kiedym już
poszedł do szkół. Ponieważ napróżno szukałby kto nazwiska naszej dziedziczki w
słowniku rodzin arystokratycznych, zdaje mi się więc, że blask jej
hrabiowskiej korony nie sięgał dalej, niż plenipotencja mego ś. p.
ojca. Przypominam sobie nawet, że tytuł hrabiny był rodzajem
pomnika, którym ś. p. mój ojciec uczcił radosny wypadek
podwyższenia mu pensji rocznie o sto złotych. Nasza pani w
milczeniu przyjęła ofiarowaną jej godność, a w kilka dni później
ojciec mój awansował z rządcy na plenipotenta i otrzymał, zamiast
dyplomu, niesłychanej wielkości wieprzka, po sprzedaniu którego
kupiono mi pierwsze buty. Ojciec, ja i moja siostra Zosia (bom już nie miał matki)
mieszkaliśmy w murowanej oficynie, o kilkadziesiąt kroków od
pałacu. Pałac zaś zajmowała pani hrabina z córeczką Lonią, moją
rówieśnicą, z jej guwernantką, ze starą gospodynią Salusią, tudzież
z wielką liczbą garderobianych i panien służących. Dziewczęta te po
całych dniach szyły, z czego wyprowadziłem wniosek, że wielkie
panie są od tego, ażeby darły odzież, a dziewczęta - ażeby ją
naprawiały. O innych przeznaczeniach wielkich dam i ubogich
dziewcząt nie miałem pojęcia, co, w oczach ojca, stanowiło jedyną
moją zaletę. Pani hrabina była młodą wdową, którą mąż dość wcześnie pogrążył w
nieutulonym smutku. O ile mi wiadomo z tradycji, nieboszczyka nikt
nie tytułował hrabią, ani on nikogo plenipotentem. Natomiast
sąsiedzi z dziwną w naszym kraju jednomyślnością nazywali go
półgłówkiem. W każdym razie był to człowiek niepospolity. Zajeżdżał
wierzchowe konie, tratował na polowaniach chłopskie zasiewy, a z
sąsiadami pojedynkował się o psy i zające. W domu męczył żonę
zazdrością, a służbie zatruwał życie długim, pieprzowym cybuchem.
Po śmierci oryginała, jego wierzchowce poszły do wożenia gnoju, a
psy rozdarowano. Świat zaś otrzymał po nim w spadku małą córeczkę i
młodą wdowę. Ach! przepraszam, bo został jeszcze olejny portret
nieboszczyka, z herbowym sygnetem na palcu, i - ów pieprzowy
cybuch, który, skutkiem niewłaściwego użycia, wygiął się jak
turecka szabla. Pałacu prawie nie znałem. Raz dlatego, żem wolał biegać po polach,
niż wywracać się na ślizgiej posadzce, a powtóre, że mnie tam nie
wpuszczała służba, bo przy pierwszych odwiedzinach miałem
nieszczęście stłuc duży wazon saski. Z hrabianką, przed mojem wejściem do szkół, bawiliśmy się tylko
jeden raz, mając oboje niespełna po dziesięć lat. Przy sposobności
chciałem ją nauczyć sztuki łażenia po drzewach i usadowiłem ją na
żerdziowym płocie w taki sposób, że dziewczynka poczęła wniebogłosy
krzyczeć, za co jej guwernantka wybiła mnie niebieskim parasolem,
mówiąc, że mogłem Lonię zrobić na całe życie nieszczęśliwą. Od tej pory zbudził się we mnie wstręt do małych dziewcząt, z
których żadna nie była w stanie ani łazić po drzewach, ani kąpać
się ze mną w stawie, ani jeździć konno, ani strzelać z łuku, albo
rzucać kamieni z procy. W razie zaś bitwy, bez której - cóż znaczy
zabawa! prawie każda zaczynała mazać się i biegła do kogoś na
skargę. Ponieważ z folwarcznymi chłopcami ojciec znowu nie pozwalał mi się
wdawać, a siostra prawie całe dnie przepędzała w pałacu, więc
rosłem i hodowałem się sam, jak drapieżne pisklę, które porzucili
rodzice. Kąpałem się pode młynem, albo w dziurawem czółnie pływałem
po stawie. W parku, ze zwinnością kota, goniłem po gałęziach
wiewiórki. Raz, wywróciło mi się czółno, i pół dnia przesiedziałem
na pływającej kępie, nie większej od balji. Raz, przez dymnik
wdrapałem się na dach pałacu, tak nieszczęśliwie, że musiano
związać dwie drabiny dla sprowadzenia mnie stamtąd. Innego dnia
całą dobę błąkałem się po lesie, a jeszcze innego stary
wierzchowiec nieboszczyka dziedzica, przypomniawszy sobie lepsze
czasy, z godzinę ponosił mnie przez pola, i wkońcu - zapewne
niechcący - przyprawił o złamanie nogi, która zresztą zrosła mi się
dość prędko. Nie mając z kim żyć, żyłem z naturą. Znałem w parku każde
mrowisko, w polu każdą jamę chomików, w ogrodzie każdą ścieżkę
kretów. Wiedziałem o ptasich gniazdach i o dziuplach, gdzie
hodowały się młode wiewiórki. Odróżniałem szmer każdej lipy około
domu i umiałem wyśpiewać to, co wiatr wygrywa na drzewach. Nieraz
słyszałem jakieś wiekuiste chodzenie po lesie, choć nie wiedziałem,
czyje ono. Wpatrywałem się w migotanie gwiazd, rozmawiałem z nocną
ciszą, a nie mając kogo całować, całowałem psy podwórzowe. Matka
moja dawno odpoczywała w ziemi. Już nawet pod przyciskającym ją
kamieniem zrobił się otwór, sięgający pewnie aż do wnętrza grobu.
Raz, kiedy mnie za coś obito, poszedłem tam, wzywałem jej,
nadstawiałem ucha, czy nie odpowie... Ale nie odpowiedziała nic.
Widać, naprawdę umarła. W owym czasie tworzyłem sobie pierwsze pojęcia o ludziach i o ich
stosunkach. W mojej naprzykład wyobraźni plenipotent musiał
koniecznie być trochę otyły, mieć rumianą twarz, wąs zwieszony,
duże brwi nad siwemi oczami, basowy głos i przynajmniej taką
zdolność do krzyczenia - jak mój ojciec. Osoby, zwanej hrabiną, nie
mogłem wyobrazić sobie inaczej, tylko jako wysoką damę, z piękną
twarzą i smutnemi oczyma, chodzącą w milczeniu po parku, w białej
powłóczystej sukni. Zato o człowieku, noszącym tytuł hrabiego, nie miałem pojęcia.
Podobny człowiek, gdyby nawet istniał, wydawał mi się rzeczą mniej
znaczącą od hrabiny, a nawet całkiem nieużyteczną i nieprzyzwoitą.
Według moich poglądów, tylko w obszernej sukni z długim ogonem mógł
przemieszkiwać majestat jaśnie wielmożności; wszelkie zaś odzienia
krótkie, obcisłe, a tem bardziej złożone z dwu części, mogły służyć
tylko pisarzom prowentowym, gorzelnikom, a w najlepszym razie
plenipotentom. Takim był mój legitymizm, oparty na przykazaniach ojca, który
nieustannie zalecał mi - kochać i czcić panią hrabinę. Zresztą,
gdybym kiedy zapomniał o tych przepisach, dość mi było spojrzeć na
czerwoną szafę w kancelarji ojca, gdzie, obok kwitów i notatek,
wisiała na gwoździu pięciopalczasta dyscyplina, wcielenie zasad
społecznego porządku. Stanowiła ona dla mnie pewien rodzaj
encyklopedji, na którą patrząc, przypominałem sobie, że nie należy
drzeć butów, ciągnąć źrebiąt za ogony, że wszelka władza pochodzi
od Boga i t. d. Ojciec mój był człowiek niezmęczony w pracy, nieskazitelnie
uczciwy, a nawet bardzo łagodny. Z chłopów i służby nikogo nie
tknął palcem, tylko strasznie krzyczał. Jeżeli zaś był nieco surowy
dla mnie, to zapewne nie bez słusznych powodów. Nasz organista,
któremu raz wsypałem do tabaki odrobinę ciemięrzycy, skutkiem czego
przez całą mszę świętą kichał, zamiast śpiewać, i wciąż mylił się w
graniu, często mawiał, że gdyby miał takiego jak ja syna, toby mu
strzelił w łeb. Dobrze pamiętam to zdanie. Panią hrabinę nazywał ojciec aniołem dobroci. Istotnie, w jej wsi
nie było ludzi ani głodnych, ani obdartych, ani krzywdzonych. Komu
zrobiono źle, szedł do niej na skargę; kto był chory, brał ze dworu
lekarstwo; komu urodziło się dziecko, prosił dziedziczkę w kumy.
Moja siostra uczyła się razem z hrabianką, a ja sam, choć unikałem
arystokratycznych stosunków, miałem jednak sposobność przekonania
się o nadzwyczajnej łagodności hrabiny. Ojciec mój posiadał kilka sztuk broni, z której każda była
przeznaczona do innego celu. Ogromna dubeltówka miała służyć do
zabijania wilków, które dusiły cielęta naszej dziedziczki; skałkowy
pistolet miał być użyty na obronę wszelkiej innej własności
hrabiny, a wojskowy pałasz na obronę jej honoru. Swojej własności i
honoru ojciec broniłby zapewne cywilnym kijem, bo cały ów bojowy
rynsztunek, co kilka miesięcy pomazany tłustością, leżał gdzieś w
takim kącie na strychu, że nawet ja nie mogłem go znaleźć. Swoją drogą, wiedziałem o tej broni i bardzom do niej tęsknił.
Nieraz marzyło mi się, że spełnię taki szlachetny czyn, za który
ojciec pozwoli mi strzelić z ogromnego pistoletu, a tymczasem -
wymykałem się do gajowych i uczyłem się "wygarniać" z ich długich
pojedynek, które posiadały tę własność, że przy wystrzale
wyrządzały bezpośrednią szkodę tylko moim szczękom, nie tykając
żadnego stworzenia. Pewnego dnia, podczas naoliwiania dubeltówki, przeznaczonej na
wilki, pistoletu na obronę własności i pałasza na obronę honoru
hrabiny, udało mi się ukraść ojcu garść prochu, który, o ile wiem,
nie miał jeszcze specjalnego przeznaczenia. Gdy ojciec wyjechał w
pole, schwyciłem olbrzymi klucz od spichrza, który posiadał otwór
podobny do lufy, tudzież dziurkę z boku, i poszedłem na polowanie. Wielki klucz do połowy nabiłem prochem, wsypałem szczyptę
połamanych guzików od niedającej się wymienić części ubrania,
przybiłem jak należy pakułami, a na wywołanie eksplozji wziąłem
pudło hubczanych zapałek. Ledwiem wyszedł za dom, ujrzałem kilka wron, polujących na
dworskie kaczęta. Prawie w moich oczach jedna ze szkodnic porwała
kaczę, a nie mogąc go dość łatwo unieść, przysiadła na obórce. Na ten widok zagrała we mnie krew przodków z pod Wiednia.
Podkradłem się pod obórkę, zatliłem hubkę, wymierzyłem klucz w lewe
oko wrony, dmuchnąłem, podpaliłem... Huknęło - jakby piorun
uderzył. Ze szczytu obórki stoczyło się już zaduszone kaczątko na
ziemię, wrona, dotknięta śmiertelną obawą, uciekła na najwyższą
lipę, ja zaś ze zdumieniem przekonałem się, że w moich rękach z
wielkiego klucza zostało tylko ucho, ale zato ze słomianego dachu
obory zaczyna wydobywać się niewielki kłębik dymu, jakby kto palił
fajkę. W kilka minut później obórka, wartująca około pięćdziesięciu
złotych, stanęła w ogniu. Zbiegli się ludzie, przygalopował na koniu mój ojciec, poczem, w
asystencji tych wszystkich dzielnych i uczciwych osób, nieruchomość
"wypaliła się - do środka ziemi" - jak powiedział pan gorzelany. Przez ten czas ze mną działy się nieopisane rzeczy. Naprzód,
pobiegłem do mieszkania i powiesiłem na właściwem miejscu - ucho od
rozerwanego klucza. Potem, uciekłem do parku z zamiarem utopienia
się w sadzawce. W sekundę później, zasadniczo zmieniłem projekt,
postanowiłem kłamać jak prowentowy pisarz i wyprzeć się klucza,
strzelania i obórki. Gdy mnie zaś schwytano - odrazu przyznałem się
do wszystkiego. Zaprowadzono mnie do pałacu. Na tarasie zobaczyłem mego ojca,
panią hrabinę w powłóczystej sukni, hrabiankę, ubraną dość kuso, i
moją siostrę, obie płaczące; potem - klucznicę Salusię,
kamerdynera, lokaja, chłopca z kredensu, kucharza, kuchcika i cały
rój pokojówek, garderobianych i dziewcząt. Gdym odwrócił oczy w
przeciwną stronę, ujrzałem za budynkami - zielone wierzchołki lip,
a nieco dalej żółtawo-brunatny słup dymu, który, jakby umyślnie,
unosił się nad pogorzeliskiem. W tej chwili przypomniałem sobie słowa organisty, który mówił o
konieczności strzelenia mi w łeb, i wywnioskowałem, że jeżeli
kiedy, to chyba dzisiaj spotka mnie śmierć gwałtowna. Spaliłem
oborę, zepsułem klucz od spichrza; siostra płacze, cala służba stoi
w komplecie przed pałacem, cóż to więc znaczy?... Patrzyłem tylko,
czy kucharz ma swoją fuzją? - do jego bowiem obowiązków należało
strzelanie zajęcy, tudzież śmiertelnie chorych zwierząt domowych. Przyprowadzono mnie do samej pani hrabiny. Ona spojrzała na mnie
smutnemi oczyma, a ja, założywszy ręce wtył (jak to zwykłem był
machinalnie czynić w obecności ojca), zadarłem głowę dogóry, bo
pani była wysoka. W taki sposób przez kilka chwil przyglądaliśmy się sobie. Służba
milczała, a w powietrzu czuć było spaleniznę. - Zdaje mi się, panie Leśniewski, że ten chłopczyk jest bardzo
żywego usposobienia? - rzekła melodyjnym głosem pani hrabina do
mego ojca. - Łajdak!... podpalacz!... zepsuł mi klucz od śpichrza! - odparł
ojciec, a potem prędko dodał: - Upadnij do nóg pani hrabinie, ty łotrze!... I lekko popchnął mnie naprzód. - Macie mnie zabić, to zabijcie, ale ja tam nikomu nie będę padał
do nóg! - odpowiedziałem, nie spuszczając oka z pani, która zrobiła
na mnie dziwne wrażenie. - Chy!... Jezu... - jęknęła zgorszona Salusia, składając ręce. - Uspokój się, mój chłopczyku, bo tu nikt nie zrobi ci krzywdy -
rzekła pani. - Aha! nikt... Niby ja nie wiem, że mi strzelicie w łeb... Przecie
mi to obiecał organista! - odparłem. - Chy!... Jezu... - zawołała po raz drugi klucznica. - Hańbi moją starość! - odezwał się ojciec. - Trzy skórybym z tego
gałgana zdarł i posolił, żeby go pod swoją obronę nie wzięła pani
hrabina. W rogu tarasu stojący kucharz zasłonił usta ręką i śmiał się, aż
zsiniał. Nie mogłem wytrzymać i - pokazałem mu język. Służba zaszemrała ze zdziwienia, a ojciec, chwytając mnie za
ramię, krzyknął: - A ty znowu co?... Wobec pani hrabiny pokazujesz język?... - Ja pokazałem język kucharzowi, bo on myślał, że mnie tak
zastrzeli, jak starego bułanka... Pani hrabina zrobiła się jeszcze smutniejsza. Odgarnęła mi włosy z
czoła, spojrzała głęboko w oczy i rzekła do ojca: - Kto wie, panie Leśniewski, co jeszcze będzie z tego dziecka?... - Szubienicznik! - krótko odpowiedział stroskany ojciec. - Niewiadomo - odparła pani, gładząc mi najeżone włosy. - Trzebaby
go do szkół oddać, bo tu zdziczeje. A potem, odchodząc do salonu, rzekła półgłosem: - Jest materjał na człowieka, panie Leśniewski... Trzeba go tylko
uczyć. - Stanie się według woli pani hrabiny! - odpowiedział ojciec,
dając mi pięścią w kark. Z tarasu odeszli wszyscy, ale ja zostałem, nieruchomy jak kamień,
zapatrzony we drzwi, w których znikła nasza dziedziczka. Teraz
dopiero pomyślałem z żalem: dlaczegom nie upadł jej do nóg? - i
uczułem jakieś dławienie w piersiach. Gdyby kazała, chętnie
położyłbym się na zgliszczach obórki i tak dałbym się powoli upiec
na niej. Nie za to, że mnie nie kazała zastrzelić kucharzowi, ani
zbić, ale za to, że miała taki słodki głos i takie smutne
spojrzenie. Od tego dnia byłem już mniej swobodny. Pani hrabina nie życzyła
sobie tracić w ogniu reszty zabudowań, ojcu było przykro, że nie
mógł uregulować ze mną rachunku za spaloną oborę, a ja sam musiałem
przygotowywać się do szkół. Uczyli mnie organista i gorzelany
naprzemian. Mówiono nawet, że jakichś przedmiotów będzie mi
wykładała guwernantka z pałacu. Ale, gdy dama ta, przy zapoznaniu
się ze mną, zobaczyła, że mam pełne kieszenie nożów, kamieni, śrótu
i kapiszonów, zlękła się tak, że już nie chciała widzieć mnie po
raz drugi. - Ja takim bandytom nie daję lekcyj - powiedziała do mojej
siostry. Ja jednak w tych czasach już bardzo spoważniałem. Tylko raz
chciałem się, na próbę, powiesić. Ale później wypadło mi jakieś
inne zajęcie, więc nie zrobiłem sobie nic złego. Nareszcie w początkach sierpnia odwieziono mnie do szkół. Egzamin zdałem wcale dobrze, dzięki polecającym listom pani
hrabiny, poczem ojciec umieścił mnie na stancji z korepetycją,
rodzicielską opieką i wszelkiemi wygodami za dwieście złotych i
pięć korcy ordynarji na rok, i - sprawił mi szkolny uniform. Nowy strój tak mnie zajął, że nie mogąc nacieszyć się nim w ciągu
dnia, wstałem cichutko w nocy, ubrałem się pociemku w surdut z
czerwonym kołnierzem, włożyłem na głowę czapkę z czerwonym lampasem
i miałem zamiar posiedzieć tak kilka minut. Ponieważ jednak noc
była dżdżysta, ode drzwi trochę ciągnęło, a ja poza obrębem munduru
i czapki byłem w negliżu, więc trochę zdrzemnąłem się i przespałem
w uniformie do rana. Taki sposób nocowania bardzo rozweselił moich kolegów, ale w
gospodarzu naszej stancji obudził podejrzenie, że ma w domu
nadzwyczajnego urwisa. Pobiegł czem prędzej do zajazdu, gdzie stał
mój ojciec, i powiedział mu, iż za żadne w świecie skarby nie chce
mnie trzymać na stancji, chyba - że mu ojciec dołoży jeszcze pięć
korcy kartofli na rok. Po długich targach stanęło na trzech
korcach, ale swoją drogą ojciec pożegnał się ze mną w tak
demonstracyjny sposób, że ani żałowałem go, kiedy wyjeżdżał, ani
tęskniłem za domem, gdzie częściej mogły mnie spotykać podobne
owacje. Przebieg mojej edukacji w klasie pierwszej nie przedstawia żadnych
wybitniejszych momentów. Dziś, patrząc na owe czasy z historycznej
odległości, koniecznej, jak wiadomo, dla sformowania objektywnego
sądu, wyznaję, że w ogólnych zarysach życie moje zmieniło się
niewiele. W szkole trochę dłużej przesiadywałem w zamkniętej sali,
w domu - trochę więcej biegałem po otwartej przestrzeni. Zmieniłem
suknie cywilne na mundur, a osoby, pracujące nad harmonijnem
rozwinięciem moich fizycznych i duchowych uzdolnień, zamiast
dyscypliny - używały rózgi. I oto wszystko. Szkoła, jak wiadomo, dzięki swemu zbiorowemu charakterowi,
przygotowuje chłopców do życia w społeczeństwie i daje im takie
umiejętności, jakichby nie nabyli, chowając się pojedyńczo. O tej
prawdzie przekonałem się w tydzień po przybyciu do szkoły, gdzie
nauczyłem się sztuki dawania serów, która wymaga współudziału
najmniej trzech osób, a więc nie może istnieć poza obrębem
społeczeństwa. Teraz dopiero odkryłem w sobie ten rzeczywisty talent, którego
natura chroniła mnie od teoretycznych zaciekań, a popychała w
kierunku działalności zbiorowej. Należałem do pierwszorzędnych -
graczy w palanta, bywałem matką w bitwach, organizowałem
pozaklasowe wycieczki, zwane wagusami, dyrygowałem w klasie ogólnem
tupaniem lub beczeniem, cośmy sobie dla wytchnienia urządzali
niekiedy w sześćdziesięciu. Natomiast, znalazłszy się samotnym
wobec gramatycznych prawideł, wyjątków, deklinacyj i konjugacyj,
tworzących, jak wiadomo, podstawę filozoficznego myślenia, wnet
uczuwałem w duszy jakąś pustkę, z której głębi wynurzała się -
senność. Jeżeli przy takim talencie do nieliczenia się wypowiadałem lekcje
stosunkowo dość płynnie, to tylko dzięki silnemu wzrokowi, który
pozwalał mi czytać z książki, odległej o dwie lub trzy ławki.
Zdarzało się niekiedy, żem wydawał zupełnie co innego, niż było
zadane, lecz wówczas uciekałem się do modelowego w takich wypadkach
usprawiedliwienia. Mówiłem mianowicie, żem nie dosłyszał pytania,
albo że "się zaląkłem." Wogóle byłem uczniem - przyszłości, nietylko dlatego, żem budził
niezadowolenie w starych rutynistach, a posiadałem sympatją
młodych, ale i dlatego, że dobre stopnie z różnych przedmiotów, a
wraz z niemi nadzieję promocji, widziałem tylko w marzeniach,
wybiegających daleko poza teraźniejszość. Moje stosunki z nauczycielami były rozmaite. Profesor łaciny pisał mi nienajgorsze stopnie za to, że pilnie
uczyłem się gimnastyki, którą także on wykładał. Ksiądz prefekt
wcale mi nie dawał stopni, ponieważ zasypywałem go kłopotliwemi
pytaniami, na które jedyną odpowiedzią z jego strony było:
"Leśniewski, idź klęczeć!" Nauczyciel rysunków i kaligrafji
protegował mnie jako rysownik, ale potępiał jako kaligraf; lecz
ponieważ w jego umyśle sztuka pisania była najważniejszym szkolnym
przedmiotem, więc, przy głosowaniu z sobą samym, przeważał na
stronę kaligrafji i dawał mi jednostki, niekiedy dwójki. Arytmetykę rozumiałem wcale dobrze, ten bowiem wykład oparty był
na metodzie poglądowej, to jest "na biciu łap" za nieuwagę.
Nauczyciel języka polskiego wróżył mi świetną karjerę, ponieważ raz
udało mi się napisać mu na imieniny wiersz, obejmujący pochwałę
jego surowości. Nareszcie, stopnie z innych przedmiotów zależały od
tego, czy moi sąsiedzi dobrze mi podpowiadali, albo, czy leżąca na
poprzedniej ławce książka była otwarta we właściwem miejscu. Najpoufalsze jednak stosunki łączyły mnie z inspektorem. Człowiek
ten tak przyzwyczaił się do wypukiwania mnie z klasy w czasie
lekcyj i do widywania się ze mną po lekcjach, że był szczerze
zaniepokojony, gdy w którym tygodniu nie przypomniałem się jego
pamięci. - Leśniewski! - zawołał pewnego dnia, spostrzegłszy, że już idę z
klasy do domu. - Leśniewski!... a dlaczego ty nie zostajesz?... - Przeciem nic nie zrobił - odpowiadam mu. - Jakto, więc nie jesteś zapisany do dziennika? - Jak ojca kocham, tak nie! - I umiałeś lekcje?... - Kiedy mnie dziś wcale nie wyrywali!... Inspektor zamyślił się. - Coś w tem jest! - szepnął. - Wiesz, Leśniewski, zostań ty tu na
chwilkę. - Mój złocisty panie inspektorze, przeciem ja nic nie winien!...
jak ojca kocham!... jak Bozię kocham!... - Aha!... przysięgasz się, ośle?... Chodźże mi tu zaraz!... A
jeżeliś naprawdę nic nie zmalował, to - policzy ci się na drugi
raz!... Wogóle miałem u pana inspektora kredyt otwarty, co mi w szkole
zrobiło pewną popularność, tem istotniejszą, że nikogo nie
pobudzała do konkurencji. Między kilkudziesięcioma pierwszoklasistami, z których jeden golił
już wąsy prawdziwą brzytwą, trzej po całych dniach grali w karty
pod ławką, a inni byli zdrowi jak kantoniści, znajdował się kaleka
- Józio. Był to chłopczyk garbaty, karzeł na swój wiek, mizerny, z
małym noskiem sinym, blademi oczyma i gładkiemi włosami. Był tak
wątły, że musiał odpoczywać, idąc z domu do szkoły, a tak
bojaźliwy, że, gdy go wyrwano do lekcji, tracił mowę ze strachu.
Nigdy nie bił się z nikim, tylko prosił innych, ażeby jego nie
bili. Gdy mu raz "dano szczupaka" po suchej, jak patyk, ręczynie -
zemdlał, ale otrzeźwiony - nie poskarżył się. Miał on oboje rodziców, ale ojciec wygnał matkę z domu, a Józia
zatrzymał przy sobie, pragnąc sam kierować jego edukacją. Sam
chciał odprowadzać syna do szkoły, chodzić z nim na spacer, dawać
mu korepetycje, ale nie robił tego z powodu braku czasu, który mu
dziwnie prędko ginął w handlu trunków i owsianego piwa, u Moszka
Lipy. Tym sposobem Józio nie miał żadnej opieki, a mnie się niekiedy
wydawało, że na takiego malca nawet Bóg niechętnie patrzy z nieba. Swoją drogą, Józio miewał pieniądze, po sześć i po dziesięć groszy
na dzień. Za to miał sobie kupować w czasie pauzy po dwie bułki i
po serdelku. Ale, że go wszyscy prześladowali, więc on, chcąc się
choć jako tako zabezpieczyć, kupował po pięć bułek i rozdawał je
najsilniejszym kolegom, ażeby mieli dla niego łaskawe serca. Podatek ten nie na wiele mu się przydał, bo poza pięcioma
zjednanymi stało trzy razy tylu nieprzejednanych. Dokuczali mu
bezustanku. Ten go uszczypnął, tamten pociągnął za włosy, inny
ukłuł, czwarty dał byka w ucho, a najmniej odważny nazywał go
przynajmniej - garbusem. Józio tylko uśmiechał się na te koleżeńskie żarty, czasami prosił:
"Dajcie już spokój!..." - a czasami i nic nie mówił, tylko opierał
się na chudych rękach i szlochał. Koledzy wołali wtedy: "Patrzcie! jak mu się garb trzęsie!..." - i
dokuczali mu jeszcze zawzięciej. Ja z początku mało zwracałem uwagi na garbuska, który wydał mi się
niemrawym. Ale raz, ten duży kolega, który golił wąsy brzytwą,
usiadł za Józiem i począł mu palić byki w oba uszy. Garbus zanosił
się od płaczu, a klasa trzęsła się od śmiechu. Wtedy coś mnie
ukłuło w serce. Schwyciłem otworzony scyzoryk i drągala, który
dawał garbusowi byki, pchnąłem w rękę do kości, wołając, że tak
zrobię każdemu, kto Józia dotknie palcem!... Drągalowi trysnęła krew, zbladł jak ściana, i zdawało się, że
zemdleje. Cała klasa nagle przestała się śmiać, a potem zaczęła
krzyczeć: "Dobrze mu tak, niech nie dokucza kalece!..." W tej
chwili wszedł profesor, a dowiedziawszy się, żem zranił nożem
kolegę, chciał sprowadzić inspektora z diadkiem i z rózgą. Ale
wszyscy zaczęli za mną prosić, nawet sam raniony drągal; więc
pocałowaliśmy się, naprzód ja z drągalem, potem on z Józiem, potem
Józio ze mną - i tak mi się upiekło. Uważałem, że przez całą lekcją garbusek odwracał głowę w moją
stronę i uśmiechał się, zapewne dlatego, że przez ten czas nie
dostał ani jednego byka. Na pauzie także mu nikt nie dokuczał, a
kilku oświadczyło, że będą go bronili. On dziękował im, ale -
przybiegł do mnie i chciał mi dać bułkę z masłem. Nie wziąłem, więc
trochę zawstydził się, a potem rzekł cicho: - Wiesz co, Leśniewski, powiem ci sekret.
CIĄG
DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI