Grzechy anioła - L.H. Zelman

-
Proszę czekać

Rozdział I

Biegłam coraz szybciej. Neony zlewały się w barwną pulsującą tęczę. Mimo zapadającego zmierzchu i mżawki ulice były zakorkowane, a chodniki pełne przechodniów. Starałam się ich omijać, ale nie zawsze skutecznie. Skręciłam w główną aleję, by uniknąć nieoświetlonych zaułków. Tu ruch był jeszcze większy. Wpadłam na kilku mężczyzn, wytrącając jednemu z nich aktówkę. Zaklął siarczyście i pogroził mi pięścią. Przeprosiłam, lecz nie byłam pewna, czy to usłyszał. Wciąż biegłam, gorączkowo spoglądając za siebie. Czułam, że demony są tuż za mną. Tropiły mnie od wyjścia z Casablanki - dwóch mężczyzn na kolorowych ścigaczach. Początkowo myślałam, że to młodzi ludzie, poszukujący mocnych wrażeń, kiedy jednak podjechali bliżej, nie miałam już wątpliwości. Zaczęłam uciekać. Na chwilę udało mi się ich zgubić, gdy wbiegłam między sklep a pralnię chemiczną, ale wiedziałam, że nadal gdzieś tam są i lada moment się pojawią.

Minęłam skrzyżowanie i zdyszana zatrzymałam się przed witryną dużej pizzerii. Światła z wnętrza lokalu padały przez ogromne szyby, rozjaśniając półmrok panujący na ulicy. Pochyliłam się i oparłam dłonie o kolana. Brakowało mi tchu. Starałam się gorączkowo odtworzyć w głowie plan miasta, by znaleźć najkrótszą i w miarę bezpieczną drogę do domu. Musiałam unikać ciemnych i opustoszałych miejsc, bo tam stawałam się zbyt łatwym celem.

Było dokładnie tak, jak przewidziałam. Bitwa na Megiddo między aniołami a Upadłymi niczego nie rozwiązała. Poniżony przywódca Upadłych tylko czekał na odpowiedni moment, by wziąć odwet za doznaną zniewagę. Upokorzyłam go w obecności innych demonów, zmuszając, by padł przede mną na kolana, a strażnicy Paktu rozgromili jego wojska - to było zbyt wiele jak dla Samaela, który uważał się za równego Bogu. Teraz wytoczył swą najcięższą broń. Znów zwrócił swój gniew przeciwko człowiekowi.

Ulice zapełniły się demonami, miasto tonęło w mroku. Każdego dnia anioły w ludzkich wcieleniach patrolowały dzielnice, polując na tych, którzy nie przestrzegali postanowień Paktu. Przyłapanego na gorącym uczynku demona wykluczano - pozbawiano go ciała, które na powrót zamieniało się w proch, a duszę na wieczność odsyłano do Otchłani, gdzie pozostawała pod strażą Abaddona. Jednak nawet strach przed największą piekielną czeluścią nie powstrzymywał demonów przed szerzeniem zła. Zręcznie unikając anielskich strażników, realizowali plan doprowadzenia ludzkości do upadku. Złapani na łamaniu zasad, nie poddawali się karze, lecz stawiali zacięty opór, co prowadziło do kolejnych bezsensownych aktów przemocy. Choć sami nigdy nie atakowali aniołów, to z jakiegoś powodu tego wieczoru znalazło się dwóch śmiałków, którzy próbowali na mnie polować. W tym konflikcie nikt nie mógł czuć się bezpieczny.

Wyprostowałam się i usunęłam z drogi idącej pod dużym czarnym parasolem parze. Obrzuciłam ją nerwowym spojrzeniem i przylgnęłam plecami do zimnej szyby. Nie tak to wszystko powinno wyglądać. Bitwa na Megiddo miała poskromić Upadłych i przywrócić porządek, tymczasem sytuacja wymykała się spod kontroli. Czułam się po części temu winna. Nie tylko nie umiałam zapobiec tej walce, ale też sama przyczyniłam się do jej zaostrzenia. Kolejny raz uległam swojej słabości do Narthangela i pozwoliłam mu opuścić Otchłań. Teraz wracał, a świat płonął od jego gniewu.

Nagle zza zakrętu wyjechał srebrno-fioletowy ścigacz. Motocyklista w kasku i skórzanym ubraniu w kolorach identycznych jak jego sportowa honda jechał bardzo wolno, obserwując ludzi na chodniku. Na sam dźwięk silnika zamarłam. Instynktownie pochyliłam głowę i wmieszałam się między przechodniów, dostosowując krok do ich tempa. Kątem oka ujrzałam, jak kierowca niebezpiecznie blisko podjeżdża do krawężnika i szuka mnie wzrokiem. Mięśnie pod skórą napięły mi się do granic wytrzymałości. Przyśpieszyłam. Przede mną było kolejne skrzyżowanie, a za nim postój taksówek. Musiałam tam tylko dotrzeć. Warkot motoru był coraz bliżej. Mokre od deszczu ubranie ciążyło i uwierało, a tykanie w głowie przypominało zegar z zapalnikiem do bomby. Czerwone światło. Zatrzymałam się i przymknęłam powieki. Honda zrównała się ze mną.

Mimo przyciemnianej osłony w kasku czułam, że wzrok demona już mnie dosięgnął. Rozległ się ponaglający klakson samochodu i motor ruszył na pełnym gazie.

Spanikowana zawróciłam. Rzuciłam się pędem w stronę parkingu na tyłach pizzerii. Biegłam co sił w nogach, a moje buty miarowo uderzały o asfaltową nawierzchnię. Po kilku minutach ponownie usłyszałam warkot i drogę zajechał mi identyczny model ścigacza. Na mój widok zahamował z piskiem, a dookoła uniósł się smród spalonej gumy. Stanęłam jak wryta. Zdałam sobie sprawę, że ucieczka przez parking była błędem. Miejsce było słabo oświetlone i przylegało do zdewastowanego magazynu, który już z daleka odstraszał przypadkowych przechodniów.

Zrobiłam kilka kroków w tył. Motocyklista w czarno-bordowym stroju zaczął wolno krążyć wokół mnie, dając do zrozumienia, że znalazłam się w pułapce. Chwilę później dołączyła do niego srebrna honda. Nagle odgłos silników ucichł i mężczyźni zsiedli ze swoich maszyn.

- Anioł, który nie nosi broni... - Dobiegł mnie zgryźliwy rechot demonów i spod kasków wyłoniły się twarze wykrzywione w sarkastycznym uśmieszku.

Krople potu wystąpiły mi na czoło, a w gardle poczułam drażniącą suchość. Upadli ruszyli w moim kierunku. Złowrogie skrzypienie skórzanych butów zgrzytało mi w uszach jak zapowiedź nadciągających kłopotów.

- Nawet gdyby miała broń, nie umiałaby jej użyć. - Upadły zachichotał i ostrożnie zaszedł mnie od tyłu.

Dźwięk jego głosu przewiercił mnie na wskroś. Instynktownie się cofnęłam, gdy naraz rozległo się głuche tąpnięcie. Powędrowałam wzrokiem za dźwiękiem i zobaczyłam wyłaniającą się z ciemności, od strony magazynów, sylwetkę wysokiego mężczyzny w szarej kurtce, z naciągniętym na głowę kapturem. Szedł zamaszystym i zdecydowanym krokiem, ale w jego chodzie nie było ciężkości. Poruszał się z taką gracją, że cienie pod jego stopami zdawały się tańczyć. Wychwyciłam znajome wibracje i odetchnęłam z ulgą.

- Kim jesteś? - warknął właściciel hondy, który stał teraz pomiędzy mną a przybyszem i najwyraźniej nie zamierzał schodzić mu z drogi.

Mężczyzna nie odpowiedział. Kiedy podszedł na tyle blisko, że mogliśmy mu się przyjrzeć, stanął i zsunął kaptur. Ciemnobrązowe włosy rozsypały się wokół jego twarzy, a przeraźliwie błękitne oczy zalśniły od gniewu.

- A jak sądzisz? - zapytał Haniel tonem, od którego cierpła skóra.

W tym samym momencie na parking wjechało rozpędzone czarne maserati i wyskoczył z niego Kaspar. Wyglądał, jakby w jego wnętrzu szalało tornado. Nawet z pewnej odległości czułam wrzącą w nim krew.

- Dwa anioły i Nefilim! No to mamy małe przyjęcie. - Upadły silił się na żartobliwy ton, ale pewność siebie zdążyła z niego wyparować.

- Wątpię, żebyś zdążył zrobić pamiątkowe zdjęcia - oznajmił beznamiętnie Haniel i odchylił poły kurtki, ukazując przypięty do pasa rząd sztyletów.

Demony ostrożnie odsunęły się ode mnie i zwróciły w stronę anioła. Powietrze stało się gęste od napięcia. Niekształtne cienie rzucane przez stare hangary zdawały się teraz pełzać po ziemi i otaczać nas ciemnym kręgiem. Zrobiło się przeraźliwie cicho. Odgłosy miasta ustały, jakby metropolia wstrzymała oddech. Nawet wiatr szumiący w pobliskich drzewach ucichł. Dopiero przeciągły zgrzyt wysuwanych z pochew sztyletów boleśnie przeciął tę ciszę.

- Nie marnujmy czasu - powiedział spokojnie Haniel i obrócił w palcach broń.

Upadli ruszyli w kierunku anioła. Żołądek podszedł mi do gardła. Nagle jeden z demonów natarł na Haniela, a drugi błyskawicznie rzucił się w moją stronę. Nim zdążyłam zareagować, Kaspar mnie odepchnął, a ostrze ześlizgnęło się po jego piersi. Wydałam stłumiony jęk i upadłam na ziemię. Legrand zaklął siarczyście i wymierzył demonowi potężny cios w szczękę, po którym tamten zatoczył się w tył. W mgnieniu oka Haniel rzucił sztylet, a Nefilim zgrabnie go przejął. Zamroczona słyszałam już tylko grad uderzeń i dźwięk ścierającej się broni, który niósł się po parkingu posępnym echem. W głowie huczało mi od zderzenia z czymś twardym. Próbowałam wstać, lecz obraz przede mną stracił ostrość, a asfalt zaczął falować. Gdy wreszcie z trudem się podźwignęłam, niespodziewanie uderzyła mnie fala gorąca, a moich uszu dobiegł rozdzierający krzyk. Snop ognia wystrzelił na półtora metra w górę i zniknął równie szybko, jak się pojawił. Ciała demonów spłonęły.

Haniel pochylał się nad rozsypaną kupką popiołu, próbując wydobyć z niej sztylety. Wokół niego unosił się zapach spalenizny i drobiny prochu rozdmuchiwanego przez wiatr. W ciemnościach wyraz twarzy anioła nie był dobrze widoczny, ale czułam, że jest niespokojny.

- Nic ci nie jest? - zapytał, kiedy się zorientował, że stoję tuż obok, wciąż dygocząc z emocji.

- Będę miała najwyżej guza, ale Kaspar jest ranny. - Zerknęłam ukradkiem na Legranda i z przerażeniem stwierdziłam, że jego rana nadal krwawi. Szkarłatna ciecz zdążyła już utworzyć spore rozlewisko i pokryć niemal całą pierś. Poczułam, jak serce przestaje mi bić. Chciałam podejść i mu pomóc, ale jego lodowaty wzrok mnie powstrzymał.

- To tylko draśnięcie. Sam się tym zajmę - oznajmił chłodno, podając aniołowi sztylet, który nadal trzymał w dłoni.

- Jesteś pewien? Może powinniśmy to obejrzeć - zasugerował Haniel, udając, że nie dostrzega napięcia między nami.

- Przeżyłem już gorsze ciosy. Marne szanse, że akurat ten mnie zabije - odparł Kaspar z nutą goryczy.

Odwróciłam głowę, by ukryć łzy, które napłynęły mi do oczu. Wiedziałam o jakim "ciosie" mówił. Mimo że zaledwie przed chwilą narażał dla mnie życie, wciąż nie dawał mi zapomnieć o tym, co nas poróżniło.

Haniel wsunął broń do pochwy za pasem i rozejrzał się po parkingu, jakby się upewniał, że miejsce jest już bezpieczne.

- Ktoś ich musiał nasłać - powiedział, przerywając krępującą ciszę. - Nie byliby aż tak głupi, żeby zaatakować Wybrańca bez wyraźnego rozkazu.

- Myślisz, że to Samael? - Legrand spoglądał na niego, celowo unikając mojego wzroku.

- Tak, choć to trochę dziwne - strapił się anioł. - Gdyby naprawdę chciał się jej pozbyć, bardziej by się postarał.

Otrząsnął kurtkę z szarego pyłu i spojrzał na mnie z ukosa.

- Dlaczego nie zaczekałaś na Iliasa? Nie powinnaś sama chodzić po zmierzchu - rzucił oskarżycielsko, jakby dopiero zdał sobie sprawę, że znów złamałam jeden z anielskich zakazów.

- Gdybym wiedziała, że zaczął się sezon polowań, pewnie bym zaczekała - odparłam, bardziej urażona tonem, jakim mnie skarcił, niż samymi słowami.

- Zaoszczędzisz nam sporo zmartwień, jeśli w końcu zaczniesz poważnie traktować polecenia i przestaniesz testować naszą czujność - mruknął gniewnie.

Rzadko widywałam Haniela w ludzkim wcieleniu, ale patrząc, jak groźnie wygląda z tym arsenałem wokół bioder, wcale nie żałowałam. Ostatnio przejawiał niebywałą tendencję do ciągłego pouczania mnie i choć tym razem miał rację, nie byłam w nastroju, by wysłuchiwać jego pretensji.

- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu... - burknęłam zawstydzona i zła, że dałam się wywieść demonom w pole.

Spojrzenie anioła złagodniało, ale jego głos pozostał szorstki.

- Azathra, nie zawsze możemy być przy tobie. Czas, żebyś w końcu zaczęła nas słuchać.

- Raz już posłuchałam i dokąd nas to zaprowadziło? - przerwałam mu ostro.

Haniel nie skomentował mojego wybuchu. Najwyraźniej uznał, że w tej sytuacji rozmowa ze mną nie ma sensu. Dał Kasparowi dyskretny znak, by odwiózł mnie do domu, a sam ruszył z powrotem w stronę hangarów.

- Dokąd idziesz?! - zawołałam za nim.

- Muszę coś sprawdzić. Odezwę się wkrótce. - Machnął ręką na pożegnanie i zniknął między drzewami.

Byłam wściekła i miałam ochotę krzyczeć, ale mina Kaspara skutecznie mnie przed tym powstrzymała. Z chłodną obojętnością otworzył mi drzwi do samochodu, a sam zajął miejsce kierowcy. Westchnęłam zrezygnowana i skorzystałam z tego niemego zaproszenia.

Całą drogę do domu milczeliśmy. Legrand zachowywał się tak, jakby mnie przy nim nie było. To mnie przytłaczało. Chłód między nami utrzymywał się od miesiąca i nic nie wskazywało na to, by nasze relacje miały ulec poprawie. Kaspar ignorował mnie ostentacyjnie. Od naszej ostatniej kłótni nie interesował się niczym, co zrobiłam lub powiedziałam. Całym sobą dawał mi do zrozumienia, że jestem mu obojętna.

Na początku próbowałam go przepraszać i wyjaśniać, że to, co powiedziałam o Nefilimach, nie było wymierzone w niego, ale w końcu dałam sobie spokój. Nie chciał mnie słuchać i nie mogłam mieć mu tego za złe.

Ukradkiem zerknęłam na jego profil, gdy zaparkował samochód przed moim domem i czekał, aż wysiądę. Nawet w tym poszarpanym ubraniu i ze zmierzwionymi włosami wciąż wyglądał cudownie. Tęskniłam za jego uśmiechem i groźną miną, kiedy się wściekał, widząc, jak narażam się na niebezpieczeństwo. Teraz udawał, że to go w ogóle nie obchodzi. Był zimny i nieobecny. Nigdy nie sądziłam, że zatęsknię za jego nadopiekuńczością i ciągłymi pretensjami. Oddałabym wszystko, by okazał choć cień emocji, zamiast się przede mną zamykać.

- Dlaczego nie chciałeś, żeby Haniel ci pomógł? - zapytałam, widząc, że rana na jego piersi jeszcze nie zaczęła się goić.

- Nic mi nie jest - uciął i zacisnął kurczowo dłonie na kierownicy. - Mogłabyś już iść? Trochę się śpieszę.

- Pozwól mi - szepnęłam i niepewnie wyciągnęłam dłoń w jego stronę.

- Nie! - wzdrygnął się. - Obiecałem Barbs, że nie wdam się dziś w żadną bójkę i wrócę wcześniej. Jedną część obietnicy już złamałem, więc gdybyś mogła... - Wskazał na drzwi, dając mi tym samym do zrozumienia, że czas, abym sobie poszła.

- Jak długo jeszcze będziesz mnie karał za to, co powiedziałam? Nie możemy żyć obok siebie w ten sposób.

- Masz rację. Nie możemy. - Wrzucił bieg i pochylił się nade mną, żeby otworzyć mi drzwi.

Kiedy jego twarz znalazła się blisko mojej, wstrzymałam oddech. Zapach krwi mieszał się ze słodką wonią skóry Kaspara. Chciałam go dotknąć, ale zamiast tego zacisnęłam palce na udach.

- Już zawsze tak będzie? Nigdy mi nie wybaczysz? - wyszeptałam łamiącym się głosem.

- Na szczęście "zawsze" dla jednego z nas nie musi oznaczać wieczności - rzucił wymijająco i zerknął w boczne lusterko, by upewnić się, czy nic nie nadjeżdża.

Zrezygnowana i ze zbolałym sercem wysiadłam z samochodu.

- Dobranoc - pożegnałam się smutno.

Posłał mi tylko przelotne spojrzenie i ruszył z piskiem opon.

Gdy weszłam do mieszkania, Josh już spał. Przemknęłam cicho do pokoju, w pośpiechu zrzuciłam ubranie i weszłam do łazienki. Odkręciłam kran i strumień gorącej wody uderzył o dno wanny. Pomieszczenie powoli zaczęło wypełniać się parą. Dopiero teraz poczułam, że znika napięcie w moich mięśniach. Nie potrafiłam zapanować nad ich drżeniem. Oparłam się o krawędź szafki pod lustrem i zacisnęłam powieki. Próbowałam być silna, ale nie umiałam powstrzymać szlochu, który rozsadzał moje wnętrze. Łzy napłynęły mi do oczu. Nienawidziłam tej wojny. Od bitwy na Megiddo upłynęło ponad trzydzieści dni i choć nie brałam udziału w walce, odbierała mi całą energię. Powrócił obraz płonącego demona wraz ze swądem palonego ciała. Wypuściłam głośno powietrze, jakby to miało uwolnić moje płuca od zalegającego w nich zapachu. Dziś po raz pierwszy widziałam, jak wyklucza się demony. Nie sądziłam, że zrobi to mnie takie wrażenie. Znałam procedury i wiedziałam, jak unicestwia się Upadłych, ale ten widok mną wstrząsnął. Nie byłam na to gotowa. Dotychczas anioły dbały o to, bym trzymała się z daleka od miejsc, gdzie było niebezpiecznie, i rzadko informowały mnie o bitwach, które toczyły się na ulicach. Chroniły mnie dlatego, że byłam po części człowiekiem, a jako serafin nie potrafiłam walczyć. Zostałam stworzona, by kochać, a miłość w tej wojnie okazała się bezużyteczna. To, co zobaczyłam tej nocy, boleśnie przywróciło mnie do rzeczywistości.

Podeszłam do wanny i zakręciłam kran. Nad wodą unosił się słodki zapach płynu do kąpieli. Marzyłam, żeby się w niej zanurzyć i zmyć z siebie pot. Brzydziłam się przemocą, nawet jeśli anioły stosowały ją w słusznej sprawie. Odnosiłam niejasne wrażenie, że wyprawa Michała na Megiddo nieodwracalnie wszystko zmieniła. Miasto było niespokojne. W ludziach narastały lęk i agresja. Nieświadomie reagowali na wydarzenia, o których istnieniu nie mieli pojęcia. Upadli byli coraz bardziej pewni zwycięstwa, a anioły stawały się bezwzględne. To, co istniało między mną a Kasparem, dogorywało. Na myśl o nim znów mimowolnie wstrzymałam oddech.

Tęsknota za nim szalała w moim sercu jak dziki mustang, którego nie umiałam okiełznać. Chciałam z nim być. Chciałam, żeby mi wybaczył. Wmawiałam sobie, że tylko próbuje mnie ukarać za to, co powiedziałam o Nefilimach, i tak naprawdę nie przestał mnie kochać. Jednak czas nie leczył jego ran, a on zdawał się coraz bardziej ode mnie oddalać. Czułam jego złość i smutek, ale nie umiałam temu zaradzić. Nie przyjmował mojej pomocy. Koił swój ból w walce. Przyłączył się do aniołów i razem z nimi co noc wyruszał w miasto, by unicestwiać demony, podczas gdy ja drżałam ze strachu, że pewnego dnia już nie wróci. Prawie zapomniałam, jak to jest przytulać się do niego i widzieć w jego oczach czułość. Teraz nawet na mój przelotny dotyk reagował niechęcią.

Weszłam do wanny i zanurzyłam się po sam czubek głowy, żeby stłumić szloch. Kaspar już mnie nie chciał, Upadli niszczyli miasto, a ja niewiele mogłam zrobić, by temu zapobiec. Nie ma nic bardziej przytłaczającego niż bezsilność.

Podźwignęłam się z wody i sięgnęłam po ręcznik. Nie byłam w stanie utopić swoich myśli ani zmyć dręczących mnie wyrzutów sumienia. Weszłam do sypialni i stanęłam przy oknie. Ciemna, prawie bezgwiezdna noc spowijała niebo nad moim ogrodem. Drżenie mięśni ustąpiło i ogarnęło mnie zmęczenie. Musiałam być silna. Ta wojna odebrała mi Kaspara, ale nasza miłość nie była jedyną jej ofiarą. Straciłam Carmen, przyjaźń Barbs i wiarę w samą siebie. Za to mój wróg stawał się coraz silniejszy i czekał na dzień, kiedy ujrzy mnie pokornie błagającą o litość.

Pociągnęłam za koraliki i roleta z szelestem opadła w dół. W pomieszczeniu zapanował mrok. Zacisnęłam powieki i splotłam palce na karku. "Musisz być silna" - powtarzałam uparcie, bo wiedziałam, że najgorsze ma dopiero nadejść. Narthangel opuścił Otchłań i zmierzał do miasta. Droga pod jego stopami płonęła i zamieniała się w zgliszcza. Wszędzie czułam jego obecność. Niemal każdej nocy nawiedzał mnie ten sam koszmarny sen. Biegłam w nim przez gęsty las, potykałam się i wpadałam w mroczną czeluść. Na jej dnie czekał na mnie Upadły...

- Wyglądasz jak stara łajba po przebytym sztormie. Źle spałaś? - powitał mnie w kuchni rozentuzjazmowany głos Josha, mojego współlokatora.

- To miało być zabawne? - Spojrzałam na niego znad patelni, na której smażyłam jajecznicę. Po wydarzeniach poprzedniej nocy wciąż byłam skołowana i nie miałam ochoty na poranne przepychanki słowne.

- A zabrzmiało jak dowcip? - Niezrażony posłał mi rozbrajający uśmiech i rozsiadł się wygodnie na stołku barowym.

- Wyglądało raczej jak żałosna próba zwrócenia mi uwagi, że późno wróciłam.

- A gdzie byłaś tak długo?

- W pracy - ucięłam, by nie wdawać się w zbędne dyskusje. Ostatnio z trudem udawało mi się ukrywać przed nim swoją podwójną tożsamość, a miałam dość tworzenia naprędce historii, w których potem sama się gubiłam.

- Nie powinnaś wracać o tak późnej porze. W mieście aż się roi od podejrzanych typów. W zeszłym tygodniu kilka przecznic stąd znaleźli martwą dziewczynę.

- Potrącił ją samochód - przypomniałam mu.

- A kierowca zbiegł i nie udzielił jej pomocy.

- To jeszcze nie morderstwo.

- Tego nie wiadomo. Okolica jest niebezpieczna i nie warto tak ryzykować - powiedział Josh z pochmurną miną. - Do tej pory miałaś szczęście i nic ci się nie stało, ale nie możesz kusić losu.

- Mieszkam z tobą pod jednym dachem i twój bałagan mnie nie zabił, to dopiero szczęście! - Przewróciłam oczami.

- Jesteś złośliwa!

- Skądże znowu! Tylko szczera. - Uśmiechnęłam się zgryźliwie.

- Zrzęda - parsknął.

- Bałaganiarz! - Rzuciłam w niego ścierką do naczyń, ale Josh zdążył zrobić unik i wylądowała ona na stole.

Zachichotałam, widząc jego zaskoczoną minę.

- Zamiast się wymądrzać, mógłbyś zrobić przegląd lodówki. Dziś twoja kolej na wyprawę do sklepu - powiedziałam, tłumiąc śmiech.

- Znów zakupy? - jęknął.

- Co w tym dziwnego? Przecież musimy jeść.

- Ze względów ekonomicznych i zdrowotnych powinniśmy ograniczyć jedzenie. W czasach, kiedy ludzie na świecie głodują, obżarstwo jest podwójnym grzechem.

- Byłabym szczerze wzruszona twoją troską o dobro innych, gdyby nie kryło się za tym zwyczajne lenistwo. Przestań więc narzekać, bo szukanie wymówek w niczym ci nie pomoże.

- Dlaczego to wszystko spotyka właśnie mnie? - Josh westchnął ciężko.

- Bo uparłeś się, żeby tu zamieszkać. - Uśmiechnęłam się szelmowsko i postawiłam przed nim talerz z jajecznicą. - Pracuję dziś do późna, więc ty będziesz czynił honory pana domu.

- Jeśli honorem nazywasz wynoszenie śmieci... - burknął.

- Josh!

- Tak! Wiem! - zakomunikował pojednawczo i zapchał sobie usta jedzeniem.

Przez chwilę pałaszował swoją porcję w milczeniu, zagadkowo łypiąc na mnie znad talerza.

- Wpaść po ciebie po pracy czy jesteś już umówiona? - zapytał niby mimochodem.

- Umówiona? - zdziwiłam się.

- Tak. Z tym... no, jak mu tam?

Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć, czy znam kogoś o tak dziwacznie skonstruowanym nazwisku, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

- Pytam, bo może chcesz, żebym po ciebie przyszedł? Wiesz, groźna okolica... podejrzane typki...

- A, racja! - przyznałam, przełykając kęs. - Ktoś już się zadeklarował, że mnie odprowadzi.

- Ciekawe, czy ten "ktoś" nie jest mniej niebezpieczny niż gangi grasujące po nocach - mruknął pod nosem.

Popatrzyłam na niego, wyłapując tę subtelną aluzję.

- Tylko nie zaczynaj! - powiedziałam kategorycznie, chcąc w zarodku zdławić nadciągającą dyskusję na temat Iliasa.

- Andrea, nie chcę mieszać się w twoje sprawy, ale sądzę, że ten złotowłosy Adonis, którego nazywasz przyjacielem z dzieciństwa, ma zły wpływ na ciebie i twój związek z Legrandem.

- Ilias nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się między mną a Kasparem - podkreśliłam ostro i wstałam od stołu, by odnieść naczynia do zmywarki. Moje kiepskie relacje z Kasparem nie umknęły uwadze Josha i korzystał z każdej nadarzającej się okazji, aby zmusić mnie do zwierzeń.

- Przyznasz jednak, że to trochę zastanawiające? Pojawił się przyjaciel, zniknął narzeczony. Od kiedy ten... jak mu tam... zaczął cię odwiedzać, ciągle gdzieś znikasz, a Kaspar już prawie do ciebie nie przychodzi.

- To czysty przypadek - odparowałam. - Cieszę się, że polubiłeś Kaspara i tak dotkliwie brakuje ci jego obecności, ale nie będę z tobą omawiać swoich sercowych spraw!

- Nie wydaje ci się podejrzane, że ten gość nie widział cię przez kilka lat, a teraz nagle zapragnął odnowić z tobą znajomość? - dociekał Josh.

- Nie sądzisz chyba, że czyha na mój majątek? - zaśmiałam się.

- Może nie na majątek, ale ten koleś jest dość dziwny. Powinnaś być ostrożna.

- Zapewniam cię, że nie ma wobec mnie żadnych nieuczciwych zamiarów.

- Akurat - prychnął.

Zrezygnowana oparłam się o szafkę i pokręciłam głową. Nie wiedziałam, jak sensownie wytłumaczyć Joshowi, że Ilias nie może być powodem mojego rozstania z Kasparem. I choć przyczyna była pozornie prosta, wyjaśnienie jej stwarzało mi spory problem. Bo niby jak powiedzieć śmiertelnemu, że odwiedza mnie anioł? Byłam zła na siebie, że nie przedstawiłam współlokatorowi Sandalfona jako członka rodziny. Uniknęłabym niezręcznych sytuacji i niedorzecznych podejrzeń. Od bitwy na Megiddo strażnicy często przybierali ludzkie wcielenia. Rzadko pojawiali się w nich w moim domu z wyjątkiem Sandalfona, który stał się moim najbliższym powiernikiem. W ten sposób mogłam swobodnie komunikować się z pozostałymi aniołami, nie wzbudzając niezdrowych podejrzeń, że mówię sama do siebie. Cały problem polegał na tym, że o ile Josh z łatwością zaakceptował kuzyna Azariasza, o tyle przyjaciel z dzieciństwa - Ilias, z jakichś powodów nie przypadł mu do gustu.

- Myślę, że niepotrzebnie się do niego uprzedziłeś - próbowałam ratować reputację Iliasa.

- Ja się do nikogo nie uprzedzam! - Josh udał oburzenie. - Pamiętaj, że mam szósty zmysł, który pozwala mi wyczuć, że coś jest nie tak.

- Od kiedy to tak żywo interesujesz się moim życiem prywatnym? - zapytałam buntowniczo, opierając dłonie na biodrach.

- Odkąd wynoszę nasze wspólne śmieci - oświadczył z powagą, a po chwili oboje parsknęliśmy śmiechem.

Troska Josha była wzruszająca. Nawet gdybym chciała, nie umiałabym się na niego gniewać. Mimo całego zamętu panującego w jego nieokrzesanej głowie z prawdziwą radością odkrywałam rodzący się w niej zdrowy rozsądek.

- Dzięki za rady, ale muszę już iść - powiedziałam, dławiąc resztki śmiechu. - Za godzinę muszę być za barem i lepiej, żebym się nie spóźniła.

- Może w zamian za te cenne porady zrobisz za mnie zakupy?! - krzyknął, kiedy biegłam po schodach do sypialni.

- Mowy nie ma!

Godzinę później byłam już w barze. W zasadzie nie musiałam się śpieszyć, ponieważ od jakiegoś czasu bar był tylko marną atrapą knajpy. Tuż po bitwie na Megiddo Agares, jeden z podwładnych Samaela, wykupił magazyn w pobliżu Casablanki i przekształcił go w świetnie prosperujący klub nocny. Odbierał nam prawie wszystkich klientów i z dnia na dzień bar Morisa zaczął świecić pustkami. Nawet piątki, w które urządzaliśmy jam session, nie przyciągały już do nas gości. Ludzie woleli bawić się w ekskluzywnym klubie, gdzie serwowano dobry alkohol w niskich cenach, niż przesiadywać w knajpce, której urok wyblakł wraz z kolorem farby na ścianach. To była forma zemsty za to, że nie dopuściłam Upadłych do przejęcia lokalu.

Wytworne zagranie Agaresa doprowadziło do tego, że Casablanca popadła w finansową ruinę, i to na mnie spoczywała cała odpowiedzialność. Zależało mi na tych ludziach i nie chciałam, by stracili pracę. Doceniałam, że nikt nie robił mi wymówek z tego powodu, ale i tak czułam się winna. Wystarczyło popatrzeć na zbolałą minę Morisa.

- Andrea, zagrasz w lotki?! - zawołała do mnie Yvette, barmanka, moja zmienniczka. W towarzystwie kucharza Dino i Eriki rozgrywała partię rzutek.

- Nie, dzięki. Posprzątam na półkach.

- Daj spokój, sprzątałaś je wczoraj. - Dziewczyna wydęła zabawnie dolną wargę.

Wzruszyłam ramionami i nie dając się zwieść jej niemym perswazjom, zabrałam się za polerowanie szklanek. Potrzebowałam zajęcia, żeby dać ujście tłumionej wściekłości. Ostatnie miesiące były dla mnie trudne. Walki na ulicach, rozstanie z Kasparem, upadający bar... to wszystko sprawiało, że czułam się zupełnie bezużyteczna. Przekazałam Michałowi dowodzenie, a sama zepchnęłam się do roli biernego obserwatora. Straciłam kontrolę nad tym, co działo się w mieście, i coraz bardziej zaczynało mi to doskwierać. Zwłaszcza że poczynania strażników nie przynosiły żadnych efektów, a Upadli wykorzystywali ten zamęt do własnych celów.

Usłyszałam donośny śmiech Dino i zobaczyłam, jak Erika próbuje wydostać rzutkę, która utknęła dziesięć centymetrów od tarczy. Zezłoszczona burknęła coś do kucharza i znów wycelowała. Zaśmiałam się i wróciłam do porządków. Lubiłam swoją pracę i przebywanie między ludźmi, ale bolało mnie, że tak niewiele mogę dla nich zrobić. To, co powiedział demon na parkingu o moim posługiwaniu się bronią, ubodło mnie bardziej, niż mogłam się tego spodziewać. Czy tak właśnie mnie postrzegali? Bez arsenału sztyletów wokół pasa nie stanowiłam dla nich zagrożenia? Czy w związku z tym nie potrafiłam ochronić przed nimi swoich "ziemskich" przyjaciół? Znów zerknęłam na grających i ze zdziwieniem zobaczyłam, że podekscytowana Yvette idzie w moją stronę, szybkim ruchem poprawiając swoje długie blond włosy.

- Andrea! Masz gościa! - pisnęła uradowana.

Nim zdążyłam ją zapytać o powód jej entuzjazmu, w drzwiach wejściowych pojawił się wysoki mężczyzna w eleganckiej koszuli i dopasowanych dżinsach. Jasne włosy swobodnie opadały mu na ramiona, a nienaturalnie biała cera wyraźnie kontrastowała z błękitem oczu. Patrząc na niego, można było odnieść wrażenie, że jest postacią żywcem wyjętą z ilustrowanej książki. Musiałam przyznać, że nawet w ludzkim ciele Sandalfon wciąż wyglądał jak anioł. W przeciwieństwie do pozostałej szóstki, która w swych ziemskich wcieleniach nie różniła się zbytnio od zwykłych śmiertelników, był nieludzko piękny.

Yvette wydała stłumiony jęk zachwytu, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce.

- Witaj, Ilias, miło, że wpadłeś - szepnęła zalotnie i zamrugała powiekami, rzucając mu powłóczyste spojrzenie spod długich rzęs.

- Dzień dobry, Yvette - odparł grzecznie anioł i odwzajemnił jej uśmiech. Tylko moje wprawne oko zdołało dostrzec, że pod tym doskonale wystudiowanym grymasem kryje się zniecierpliwienie. Ilias najwyraźniej nie miał ochoty wdawać się w wymianę uprzejmości, łypnął bowiem na mnie znacząco.

- Możemy porozmawiać?

Przeszło mi przez myśl, że czeka mnie ostra reprymenda. Odstawiłam szklanki na miejsce i posłusznie wyszłam za aniołem na zewnątrz. Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie, wiedząc, że Yvette obserwuje nas przez okno.

- Coś się stało? - zapytałam, mrużąc oczy przed słońcem.

- Poza tym, że polowali na ciebie Upadli?

- Złe wieści szybko się rozchodzą. - Westchnęłam, nie przestając się uśmiechać. - Miałam nadzieję, że Michał się nie dowie, ale, jak widać, Haniel nie omieszkał was o wszystkim poinformować. - Zgrzytnęłam zębami, niezadowolona, że nic się przed nimi nie ukryje. Za nic w świecie nie chciałam mieć znowu całodobowej eskorty i po cichu liczyłam, że Haniel nie rozgłosi wszem wobec mojego spotkania z demonami.

- To poważna sprawa, nie bagatelizuj tego! - Twarz anioła przybrała srogi wyraz. - Do tej pory żaden Upadły nie zaatakował strażnika sam. Albo ci dwaj byli wyjątkowo głupi, albo Samael przeszedł do kontrofensywy, a to już spory problem.

- Domyślam się, że przyjęliście tę drugą ewentualność - zauważyłam z lekkim przekąsem, bo Michał zawsze zakładał najgorsze.

Ilias przestąpił z nogi na nogę, po czym pomachał Yvette, która prawie przylgnęła do szyby, żeby na niego popatrzeć. Spłoszona, że została zdemaskowana w tak idiotycznej pozie, szybko się wycofała.

- Pozostaje jeszcze Narthangel - powiedział cicho Ilias. - Jego też nie możemy wyłączyć z kręgu podejrzeń. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zbliża się do miasta. Jest wściekły i trudno przewidzieć, co zamierza. Robi się nieciekawie i powinnaś być ostrożniejsza.

- Znam tę formułkę - ucięłam.

- Najwyraźniej nie dość dobrze - obruszył się moją arogancką odzywką.

- Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że Michał przysłał cię tu po to, żebyś siedział przez cały dzień w barze i mnie pilnował. - Zagotowałam się na myśl, że będę musiała odganiać od niego Yvette albo, co gorsza, zmagać się z jego niewidzialnością.

Anioł uśmiechnął się promiennie, ukazując śnieżnobiałe zęby.

- Mowy nie ma! - krzyknęłam. - I tak jestem już wystarczająco dziwna dla większości śmiertelników. Twoja obecność do reszty zepsuje mój wizerunek.

- Będę dyskretny.

- Wątpię - prychnęłam.

- Jestem tak dyskretny, że nawet nie wspomniałem o wyjeździe Kaspara...

Serce podeszło mi do gardła.

- Mógłbyś powtórzyć? - wyjąkałam w nadziei, że się przesłyszałam.

Twarz anioła spochmurniała.

- Postanowił opuścić miasto - powiedział łagodnie i złapał mnie za rękę, jakby się obawiał, że zaraz zemdleję. - Chce wywieźć Barbs, zanim wróci Narthangel. Musisz to zrozumieć i pozwolić mu odejść.

- Kiedy? - zapytałam, odwracając wzrok, by Ilias nie widział, że zaczynam panikować.

- Dziś. Haniel poprowadzi ich w bezpieczne miejsce.

Ciąg dalszy w wersji pełnej