Grzech śmiertelny - Maria Grund

Kup ebooka

44.90 zł
35.02 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

1.

Sanna Ber­ling roz­gląda się po pustym, wypa­lo­nym pokoju. Słońce za oknami pokry­tymi kurzem i zaschniętą solą jest brą­zowe i brudne. W gar­dle dra­pie ją prze­szy­wa­jący smród dymu prze­mie­sza­nego z ple­śnią. Za każ­dym razem gdy tu wraca, pomiesz­cze­nie wydaje się jej coraz mrocz­niej­sze. Może to wina drzew nie­skrę­po­wa­nie rosną­cych na zewnątrz, a może złu­dze­nie, sku­tek potwor­nego zmę­cze­nia.

Ostroż­nie wodzi pal­cami po okop­co­nej powierzchni ściany. Tam, gdzie war­stwa sadzy jest cień­sza, widać znisz­czoną dzie­cięcą tapetę. Kobieta zamyka oczy, opusz­cza rękę i idzie przy ścia­nie do drzwi. Dociera do drew­nia­nej futryny i zatrzy­muje się przy wyry­tych w niej lite­rach, jak zawsze. Opuszki pal­ców podą­żają za dzie­cię­cym pismem: "WYNO­CHA".

Wycho­dzi wresz­cie przez podwójne drzwi, a gro­mada nie­wiel­kich pta­ków zrywa się z dużego drzewa usy­cha­ją­cego przy domu. Kiedy odla­tują, jakby ści­gane przez burzę, trze­pot ich skrzy­deł wypeł­nia powie­trze.

Stoi na skraju roz­po­ście­ra­ją­cego się przed nią kra­jo­brazu - pola i łąki cią­gną się aż do drogi, kościoła i dalej do suro­wej linii brze­go­wej. Ta część wyspy jest opu­sto­szała. Dzwoni jej tele­fon. Sanna odbiera, wsłu­chuje się w głos w słu­chawce, po czym mówi:

- Wła­śnie tu jestem. Dzię­kuję, ale nie. Nie sprze­daję. Jesz­cze nie teraz.

Pomimo gło­śnych pro­te­stów pośred­niczki Sanna bez mru­gnię­cia okiem kie­ruje się do czar­nego saaba. Odjeż­dża, a podwó­rze miga jej w lusterku, jakby obser­wo­wało ją spa­lo­nymi, zio­ną­cymi pustką oknami.

W radiu trzesz­czy głos przed­sta­wi­ciela władz regio­nal­nych: "... surowe ogra­ni­cze­nia i trudne decy­zje podej­mo­wane w ostat­nich latach posta­wiły cały nasz region przed poważ­nymi wyzwa­niami spo­łecz­nymi, dre­nu­jąc poczu­cie bez­pie­czeń­stwa na wiele spo­so­bów. Budżet wciąż jed­nak nie został zrów­no­wa­żony... Wspól­nie musimy jesz­cze tro­chę zaci­snąć pasa, nie likwi­du­jąc już wię­cej miesz­kań, ośrod­ków czy innych waż­nych przed­się­wzięć słu­żą­cych wspar­ciu rosną­cej grupy osób żyją­cych na mar­gi­ne­sie i dys­kry­mi­no­wa­nych...".

Sanna wyłą­cza radio, pusz­cza płytę i dodaje gazu. Z gło­śni­ków leci Robert John­son i Punch­drunk z utwo­rem Rab­bia Fuori Con­troll. Mija poje­dyn­cze gospo­dar­stwa i zagrody. Łąki, pola i ciemne par­tie lasu. Potem dociera do nie­wiel­kiego, choć głów­nego mia­sta na wyspie i wjeż­dża na obszar prze­my­słowy. Widać tu popę­kany asfalt i kon­te­nery usta­wione pod wyso­kim par­ka­nem wzmoc­nio­nym dru­tem kol­cza­stym.

Młody męż­czy­zna ubrany w szmi­zjerkę z buf­kami, wiel­kim koł­nie­rzem i solid­nymi podusz­kami na ramio­nach poru­sza się ner­wowo przy sygna­li­za­to­rze. Bra­kuje mu jed­nej brwi, druga jest nama­lo­wana fla­ma­strem wysoko na czole. Na nogach ma brudne buty do pły­wa­nia i za każ­dym razem, gdy sta­wia prawą stopę, rzuca nim jak potrą­co­nym psem. Kiedy Sanna prze­jeż­dża, wydaje się, że męż­czy­zna odpręża się na kilka sekund. Zerka na nią nie­śmiało, ale życz­li­wie. Sanna zwal­nia, szuka cze­goś na tyl­nym sie­dze­niu, otwiera okno i rzuca weł­niany swe­ter. Męż­czy­zna pospiesz­nie się nim owija i coś mam­ro­cze, może "dzię­kuję".

Saab skręca w mniej­szą, szu­trową drogę i mija pose­sje z przy­cze­pami kem­pin­go­wymi i namio­tami. Kiedy przy nie­po­zor­nej tablicy "Maga­zyny i garaże" skręca w prawo, gdzieś w ciem­no­ści szczeka pies.

Drzwi trzesz­czą i skrzy­pią, szo­ru­jąc o beton. Sanna zapala lampę w kącie, która deli­kat­nie oświe­tla łóżko polowe, koc i poduszkę. Sufit jest zawie­szony niżej niż w pozo­sta­łej czę­ści garażu, gdzie stoi nieco krzywo zapar­ko­wany saab z klu­czy­kami w sta­cyjce.

Sanna rzuca na krze­sło kilka rachun­ków i prze­różne reklamy, zdej­muje krótki, czarny weł­niany płaszcz, zrzuca go na pod­łogę i zaczyna ścią­gać spodnie. Potem pod­nosi pory­so­wane ochron­niki i zakłada je na uszy.

Na sto­lik kem­pin­gowy - słu­żący za sto­lik nocny - odkłada klu­cze do garażu i odznakę poli­cyjną. Ude­rzają o leżący tam przed­miot: okrą­głe lusterko z napi­sem "Erik". Potem Sanna bie­rze bli­ster z małymi, fio­le­to­wymi tablet­kami. Wyci­ska trzy i wrzuca je do ust.

Kiedy kła­dzie się na łóżku, jej wzrok staje się nie­obecny, senny, nie­mal mar­twy.

- Już idę - szep­cze i podąża za mro­kiem.

Dzwo­ne­czek przy drzwiach nie­wiel­kiej dyżur­nej apteki gło­śno i dono­śnie obwiesz­cza, że Eir Peder­sen prze­kro­czyła próg. Sku­lona i czujna poru­sza się szybko; jest lekko pochy­lona i rzuca gorącz­kowe spoj­rze­nia. Kiedy roz­pina obci­słą skó­rzaną kurtkę i wci­ska dłoń do wewnętrz­nej kie­szeni, spo­strzega, że zza lady obser­wuje ją apte­karka. Dys­kret­nie, choć z nie­po­ko­jem. Eir zna ten wzrok, jest do niego przy­zwy­cza­jona. Kobieta w bia­łym far­tu­chu z pew­no­ścią zdą­żyła już poło­żyć rękę na przy­ci­sku alar­mo­wym. Eir mogłaby jej powie­dzieć coś, co roz­ła­do­wa­łoby atmos­ferę, ale nie ma na to siły, pod­cho­dzi więc do lady i kła­dzie dwa dowody oso­bi­ste. W jeden z nich lekko ude­rza pal­cem.

- Powinna być recepta na tabletki i płyn. Wezmę płyn.

Apte­karka ogląda doku­menty, stuka coś na kom­pu­te­rze i spo­gląda spod grzywki na Eir.

- Nie ma? - dopy­tuje Eir. - Jakiś pro­blem? Jeśli tak, zadzwo­nię do...

- Nie, nie, wszystko jest w porządku - zapew­nia ją pospiesz­nie kobieta i znika w głębi lokalu przy szu­fla­dach.

Eir roz­gląda się po nie­wiel­kim lokalu. Wszystko jest tu ele­gancko usta­wione na swo­ich miej­scach. Piękne stare posadzki są czy­ste i wypo­le­ro­wane, a oświe­tle­nie nad­zwy­czaj łagodne jak na aptekę. Na lądzie Eir przy­zwy­cza­iła się do tego, że apteki przy­po­mi­nają duże kli­niczne kon­te­nery z dają­cymi zimne świa­tło jarze­niów­kami na sufi­cie i ugi­na­ją­cymi się od towaru pół­kami. Ta z kolei ma aurę i blask sta­rego sklepu z cukier­kami.

- Pro­szę. - Apte­karka wyrywa ją z zamy­śle­nia. - Coś jesz­cze?

Wkłada butelkę meta­donu do torebki i prze­suwa ją do klientki. Eir odczy­tuje kwotę na ekra­nie i płaci.

- Jest jakaś krót­sza droga do parku Kor­spar­ken niż ta przez tor wyści­gowy?

- Cho­dzi pani pew­nie o Korsg?rden? - popra­wia ją apte­karka.

- Tak, wła­śnie.

- Kiedy wyj­dzie pani na rynek, pro­szę się kie­ro­wać na wprost, przez wzgó­rze. Nie wycho­dzić za mury, tylko iść główną ulicą i przy zamknię­tym lodo­wi­sku przejść na prze­łaj przez boisko.

- Okej, dzię­kuję.

Eir idzie do drzwi.

- Cho­ciaż ja bym poszła mimo wszystko przez wyścigi - woła za nią kobieta. - O tej godzi­nie.

Oto­czone murem mia­steczko, spo­wite jesien­nym mro­kiem, jest ciche. Uliczki wiją się niczym węże wokół pochy­łego rynku. Bruk jest wil­gotny, na zdrew­nia­łych krza­kach róż poły­skuje w ciem­no­ści kilka nie­złom­nych liści.

Zaczyna padać deszcz, co wpra­wia Eir w dobry nastrój, pocho­dzący gdzieś z głębi, z samego szpiku. Zawsze lubiła brzydką pogodę, jest według niej wyzwa­la­jąca i kojąca. Jed­nak tym razem burza cich­nie już po paru kro­plach desz­czu.

Kilka kro­ków przed pięk­nie oświe­tlo­nym murem oto­cze­nie się zmie­nia. Poja­wia się coraz wię­cej skle­pów zamknię­tych na sie­dem spu­stów, a stop­niowo, kiedy Eir mija kolejne porzu­cone samo­chody i poma­zane znaki, rów­nież ulice stają się coraz bar­dziej opu­sto­szałe. Idzie na skróty przez nie­do­koń­czone roboty dro­gowe i przez boisko, dociera do zanie­dba­nego obszaru ze sta­rymi sze­re­gow­cami i sku­pi­skami ści­śnię­tych niskich czyn­szó­wek. Zapo­mniane meble ogro­dowe stoją to tu, to tam, na dział­kach wszę­dzie walają się śmieci. Dalej w głębi ulicy dwie młode dziew­czyny ozda­biają drzwi gara­żowe spre­jem.

Kiedy Eir się do nich zbliża, jedna z dziew­czyn unosi wzrok, posyła jej obo­jętne spoj­rze­nie i wraca do spre­jo­wa­nia. Na drzwiach do garażu powstaje napis "WON" zapi­sany gru­bymi, inten­syw­nie różo­wymi lite­rami.

- Miesz­ka­cie tu? - pyta spo­koj­nie Eir.

- Co? - odpo­wiada dziew­czyna o kru­czo­czar­nych krę­co­nych wło­sach, z kol­czy­kami w kształ­cie dużych kul w uszach i tru­pią czaszką wyta­tu­owaną na szyi.

Eir wkłada torebkę z meta­do­nem do wewnętrz­nej kie­szeni kurtki i zapina suwak.

- To wasz garaż?

Wan­dalki wymie­niają spoj­rze­nia, oce­nia­jąc sytu­ację.

- Tak, nasz - mówi jedna z nich.

Eir wyciąga tele­fon, ale kiedy naci­ska przy­cisk, bate­ria pada. Wzdy­cha zre­zy­gno­wana.

- Więc jeśli zadzwo­nię do drzwi tego domu, otwo­rzy mi wasza matka?

Druga dziew­czyna, chuda i wyspor­to­wana, z ogo­loną głową i dużym nadru­ko­wa­nym smo­kiem na ręka­wie bluzy, zaczyna krą­żyć wokół niej. Kątem oka Eir dostrzega, że nie­zna­joma wyciąga nóż, ale chowa go pod nad­garst­kiem.

- Jeśli nie chcesz dostać wpier­dolu, lepiej sobie daruj, stara... - syczy dziew­czyna i robi krok do przodu.

Eir koń­czy za nią, tra­fia­jąc ją łok­ciem w twarz. Dziew­czyna leci do tyłu, upusz­cza nóż i chwyta się za nos. Wtedy druga, z czaszką, rzuca się na Eir. Tra­fia ją pię­ścią w usta, ale Eir chwyta napast­niczkę za ramię i powala ją z takim impe­tem, że dziew­czyna wali głową o kra­węż­nik.

- Zła­ma­łaś mi, kurwa, nos... - syczy dziew­czyna ze smo­kiem.

Kiedy Eir się odwraca, stoi pochy­lona i przy­ci­ska bluzę do twa­rzy.

- Chyba cię posrało... - jęczy.

Eir łapie ją mocno za rękę i już chce pocią­gnąć po chod­niku, kiedy ta z czaszką ska­cze na nią od tyłu. Tym razem psika przy tym spre­jem jak osza­lała. Eir robi unik i chwyta gar­ścią loki nie­zna­jo­mej. W mię­dzy­cza­sie ta ze smo­kiem zdą­żyła pod­nieść nóż, ale Eir łapie ją za nad­gar­stek, nóż ude­rza o zie­mię, a Eir kopie go tak, że ten znika pod samo­cho­dem.

Potem cią­gnie dziew­czynę ze smo­kiem po asfal­cie aż do drzwi gara­żo­wych, ale spo­strzega, że ktoś ją obser­wuje. W ciem­nym domu koło garażu stoi za zasłonką młoda dziew­czyna w wieku tych, z któ­rymi Eir wła­śnie się pobiła. Wtem zapala się u niej świa­tło i obok dziew­czyny poja­wia się star­sza kobieta w szla­froku.

Prze­ga­nia dziew­czynę, po czym wybiera czyjś numer, ruchy jej ust zdra­dzają, że prosi o połą­cze­nie z poli­cją. Jed­no­cze­śnie ner­wowo wodzi wzro­kiem po ulicy.

Eir prze­ciąga się, bie­rze głę­boki wdech i stara się odzy­skać spo­kój. Ociera krew ze spierzch­nię­tej wargi, wkłada ręce do kie­szeni i idzie dalej.

Rozdział 2.

2.

Następ­nego ranka, kiedy Sanna jedzie do zamknię­tego kamie­nio­łomu wapie­nia na wscho­dzie wyspy, mróz pokrywa zie­mię cienką war­stwą szronu.

Woda w potęż­nym kra­te­rze jest tur­ku­sowa i nie­ru­choma. Na brzegu stoi karetka, pick-up ochot­ni­czego pogo­to­wia ratun­ko­wego i radio­wóz z otwar­tymi drzwiami. Nur­ko­wie zwi­jają swoje kom­bi­ne­zony, żeby scho­wać je do bagaż­nika. Na noszach, w roz­pię­tym worku, leżą zwłoki nasto­latki. Ktoś pie­czo­ło­wi­cie układa w nim jej dłu­gie, rude włosy.

Sanna par­kuje i wysiada z wozu. Zie­mia pod jej bot­kami wydaje się głu­cha, mię­dzy korze­niami i kamie­niami roi się od kró­li­czych nor. To tu, to tam walają się śmieci zosta­wione przez ama­to­rów kąpieli. Pla­sti­kowe sztućce, papierki od lodów i obtłu­czona butelka po winie. Sanna sły­szy fale ude­rza­jące o kamie­ni­sty brzeg kilka kilo­me­trów dalej - prak­tycz­nie wszę­dzie na wyspie sły­chać szum morza.

Kamie­nio­łom to popu­larne kąpie­li­sko. W prze­ci­wień­stwie do zatło­czo­nych, płyt­kich zatok bez pro­blemu można w nim zanur­ko­wać i się schło­dzić, cho­ciaż o tej porze roku świeci pust­kami. Oprócz poroz­rzu­ca­nych śmieci jedyne ślady obec­no­ści czło­wieka to zardze­wiała dra­binka i dwie małe prze­bie­ral­nie za nie­wiel­kim laskiem.

Sanna patrzy zre­zy­gno­wana na zwłoki na noszach. Z daleka wydają się małe i chude, nogi roz­ło­żone są jak u mar­twego ptaka.

Z samo­chodu wysiada komi­sarz Ber­nard Hel­l­kvist i na nią zerka. San­nie przy­po­mina się, jak zde­ner­wo­wany był przez tele­fon. Każ­dego ranka ma okropny humor, ten dzień nie należy do wyjąt­ków. Wysoki, potężny męż­czy­zna o sze­ro­kich bar­kach koły­sze się w przód i w tył i obej­muje ramio­nami, żeby utrzy­mać cie­pło. Kąci­kiem wąskich ust wypom­po­wuje z papie­rosa resztkę niko­tyny, nie­do­pa­łek ląduje na ziemi. Ber­nard wygląda, jakby stale był na kacu; zawsze tak było. Mruży oczy, patrzy na Sannę i kiwa głową w ramach krót­kiego "dzień dobry".

- I to aku­rat w nie­dzielę - wzdy­cha. - Mia­łem dziś oglą­dać mecz.

- Gdzie reszta? - pyta Sanna.

- Jon już poje­chał. Nie­wiele wię­cej da się tu zro­bić. Nie­po­trzeb­nie cię wezwa­łem, nie musia­łaś się tu wcale faty­go­wać. Ale dopóki nie wycią­gnę­li­śmy tej małej, nie byłem pewny, czy to samo­bój­stwo.

- I tak nie mia­łam nic lep­szego do roboty.

Kolega się do niej uśmie­cha, po czym zerka na zega­rek w tele­fo­nie.

- Wiemy, kto to? - pyta Sanna.

- Mia Askar. Czter­na­ście lat, w tym roku miała skoń­czyć pięt­na­ście. Ofi­cjal­nie jesz­cze jej wpraw­dzie nie ziden­ty­fi­ko­wa­li­śmy, ale kilka dni temu zaj­rzała na komendę jej matka. Zgło­siła zagi­nię­cie. Miała zdję­cia i opi­sała ją dość szcze­gó­łowo. Stąd wiem, że to ona. Ach, te dzi­siej­sze dzie­ciaki, cho­lerne samo­luby.

Sanna posyła mu surowe spoj­rze­nie.

- No, dobra, dobra - mówi Ber­nard. - Wybacz. Ale wolno chyba się wner­wić? To w końcu mój naj­młod­szy wnuk i jego pierw­szy mecz na wyjeź­dzie.

- Nie­długo będziesz oglą­dać piłkę całymi dniami. Zostały ci rap­tem dwa tygo­dnie.

- Wiem. Ale mogłyby już minąć.

Sanna wzdy­cha.

- A tech­nicy?

- Prze­cież to samo­bój­stwo?

- Ale już jadą?

- Są na pół­nocy. Wła­ma­nie do daw­nego obiektu woj­sko­wego. Cho­ciaż nawet gdyby nie byli teraz zajęci, to wiesz rów­nie dobrze jak ja, że nie zaj­mują się już takimi pier­do­łami.

Sanna tłumi iry­ta­cję, Ber­nard ma w zwy­czaju nazy­wać samo­bój­stwa "pier­do­łami". Może dla­tego, że są na wyspie coraz powszech­niej­sze, albo dla­tego, że jedyne, co teraz robi poli­cja, to świad­czy "usługi sprzą­ta­jąco-trans­por­towe".

- Jeśli naprawdę chcesz się z nimi kłó­cić, żeby przy­je­chali... - mówi buń­czucz­nie.

- Ręka­wiczki? - Sanna wyciąga rękę, nawet nie patrząc na kolegę.

Ten sięga do samo­chodu po pudełko i rzuca je San­nie.

- Co ty beze mnie zro­bisz, do cho­lery? - Szcze­rzy się do niej.

Sanna nie odpo­wiada. Ber­nard popra­wia wytarty pasek przy obszer­nych sztruk­sach i idzie za nią do noszy.

- Zna­lazł ją facet spa­ce­ru­jący z psem - wyja­śnia jej po dro­dze. - Uno­siła się na powierzchni w naj­głęb­szym miej­scu. Ze stra­chu koleś pra­wie wyzio­nął ducha. Myślał, że to jakaś nimfa wodna.

- Mieszka w oko­licy?

- Nie, w tej oko­licy nikt nie mieszka. Przy­jeż­dża tu cza­sem pospa­ce­ro­wać z psem.

Dziew­czyna na noszach ma na sobie tylko zno­szone dżinsy. Falo­wane rude włosy przy­kle­jają się do policz­ków, ramion i piersi niczym dodat­kowa war­stwa skóry. Drze­mie w niej jakiś spo­kój. Gdyby nie sine usta i spa­zma­tycz­nie roz­ca­pie­rzone palce u nóg, można by uznać, że po pro­stu głę­boko śpi.

Sanna wciąga ręka­wiczki, obcho­dzi zwłoki i przy­gląda się dło­niom dziew­czyny. Ani jed­nego zadra­pa­nia, czy­ste i równo przy­cięte paznok­cie. Deli­kat­nie obraca jej dło­nie i widzi nacię­cia.

- Słu­chaj, obiło mi się o uszy, że znów odrzu­ci­łaś jakąś grubą ofertę? - zaczyna Ber­nard, a jako że nie otrzy­muje żad­nej odpo­wie­dzi, dodaje: - Cóż, sio­stra Jona pra­cuje w tej nowej agen­cji i wszy­scy wie­dzą, że znów zre­zy­gno­wa­łaś z milio­nów za to gospo­dar­stwo...

- Ludzie za dużo gadają.

- Może i tak. Ale czy mimo wszystko nie byłoby super?

Sanna posyła mu poiry­to­wane spoj­rze­nie.

- Tak tro­chę wylu­zo­wać.

- To już zro­bi­łam.

- Tak, cho­ciaż wiesz, na­dal...

- Mam wszystko, czego mi trzeba - prze­rywa mu.

Ber­nard mruży oczy w bla­dym świe­tle słońca.

- Tak. Dobrze wiesz, co myślę - wzdy­cha.

Nacię­cia na rękach dziew­czyny są równe i głę­bo­kie. W jed­nym z nich widać coś jakby rdzę, przy dotknię­ciu roz­sy­puje się to jed­nak jak pia­sek.

- Wkrótce będą uro­dziny Erika - mówi Sanna i spo­strzega zmie­sza­nie Ber­narda.

- A tak, wła­śnie. Skoń­czyłby czter­na­ście lat - pró­buje kolega.

- Pięt­na­ście.

Ber­nard nie­po­rad­nie się uśmie­cha. Sanna ostroż­nie kła­dzie ręce dziew­czyny przy jej ciele.

- Mie­li­śmy go uczyć jeź­dzić na moto­ro­we­rze po gospo­dar­stwie, żeby na pięt­na­ste uro­dziny zdał prawko - cią­gnie Sanna. - Kiedy Erik się uro­dził, Patrik nawet kupił dakotę i sam ją odre­stau­ro­wał.

- Dakota marki Puch? Kla­syk.

Sanna nie mówi już nic wię­cej. Ber­nard podej­muje kolejną próbę:

- Tak, wiem, prze­rą­bane. Ale on już nie wróci, prze­cież wiesz. Ani on, ani Patrik. Nie jesteś jesz­cze tak cho­ler­nie stara i nie wyglą­dasz źle, mogła­byś więc kogoś poznać. Nie sądzisz, że tego by sobie życzył twój syn? Żebyś zro­biła krok naprzód?

Sanna dalej w mil­cze­niu przy­gląda się zwło­kom dziew­czyny.

- Jedno jest w każ­dym razie pewne - cią­gnie Ber­nard. - W gospo­dar­stwie już ich nie ma. Trzy­ma­nie tego domu tylko po to, żeby ich tam zatrzy­mać, to oszu­ki­wa­nie samej sie­bie. Jeśli chcesz znać moje zda­nie, zrób sobie przy­sługę i sprze­daj to. Żyj dalej.

Sanna uważ­nie ogląda twarz dziew­czyny, ale nie znaj­duje na niej śla­dów prze­mocy. Potem wodzi wzro­kiem po ota­cza­ją­cym ich tere­nie. Nic, ani jed­nego owada.

- Zna­leź­li­ście żyletkę czy coś, czym to sobie zro­biła?

Ber­nard zaczyna się sro­żyć.

- Nie mamy tu już nic wię­cej do roboty. Zostały nam papie­ro­lo­gia i poin­for­mo­wa­nie rodziny. Chyba że masz ochotę sama popły­wać w poszu­ki­wa­niu żyle­tek?

Pod­cho­dzi do nich nurek, ale zatrzy­muje się, nie­pewny, do kogo ma się zwró­cić.

- O co cho­dzi? - pomaga mu Sanna.

- Chcę tylko dać znać, że tak to zosta­wimy. - Wska­zuje na włosy dziew­czyny.

W rude fale wplótł się szorstki sznu­rek. Jest gruby, z mocno sple­cio­nej bawełny i oplata coś w rodzaju czar­nej gumy. Cho­ciaż nie mie­rzy wię­cej niż kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów, zaplą­tał się we włosy na karku.

- Więk­szość tego syfu: algi, śmieci i cała reszta, który się do niej przy­cze­pił pod­czas dry­fo­wa­nia, odpa­dła, kiedy ją wycią­ga­li­śmy z wody - dodaje. - To jedno się zaplą­tało. Nie ma tech­ni­ków, więc...

- Tak, nie ma co się przej­mo­wać - wtrąca Ber­nard.

- Rzu­ciło wam się w oczy coś, z czego może pocho­dzić ten sznu­rek? - pyta Sanna.

- Nie, ale w tej niecce pły­wają wszel­kie moż­liwe śmieci. Może to być cokol­wiek.

- Dzięki - mówi Sanna. - Radio­wóz już jedzie?

- Tak.

- Sek­cja zwłok to nic innego jak strata czasu i mar­no­wa­nie środ­ków - mam­ro­cze Ber­nard, kiedy męż­czy­zna z ochot­ni­czego pogo­to­wia ratun­ko­wego w pośpie­chu odcho­dzi.

- Wiesz prze­cież, że w takich sytu­acjach zawsze się ją prze­pro­wa­dza.

Ber­nard zerka na bio­dro dziew­czyny. Nad kra­wę­dzią dżin­sów ktoś zapi­sał na skó­rze liczbę dwa­dzie­ścia sześć. Na nie­bie­sko, cho­ciaż kolor wyblakł, jakby napis znaj­do­wał się tam od dawna. Albo jakby ktoś pró­bo­wał go zetrzeć.

- Mówi ci to coś? - pyta Sanna.

Ber­nard kręci głową.

- Wygląda na fla­ma­ster. Moje wnuki zawsze się nimi mażą, gdy tylko dostaną je w ręce. Przy odro­bi­nie pecha - nie do usu­nię­cia. Można prać i prać, nie scho­dzi nawet przy goto­wa­niu. Pew­nie też się czymś bawiła.

Sanna znów odwraca dło­nie dziew­czyny.

- Nie zro­biła sobie tego sama.

- Oj, zro­biła - mówi zmę­czony Ber­nard. - Pod­cięła sobie żyły. Sama widzisz. Daj już temu spo­kój.

- Nie o to mi cho­dzi. Mia­łam na myśli to, że sama sobie tego nie napi­sała.

Sanna staje przy sto­pach dziew­czynki. Ber­nard podąża za nią.

- Napi­sał to ktoś inny, ktoś, kto stał przed nią.

- Hmm, dobrze, dobrze... - mam­ro­cze Ber­nard. - Miała pew­nie chło­paka albo kolegę. Tak czy ina­czej, wciąż jest to ewi­dentne samo­bój­stwo.

Kiedy Sanna nie odpo­wiada, Ber­nard dodaje:

- Już chyba nic tu po nas?

- Poin­for­mo­wano Ekena? - pyta Sanna.

- Taa. - Na ustach Ber­narda poja­wia się filu­terny uśmiech. - Ucie­szył się jak cho­lera, kiedy go obu­dzi­łem, żeby powie­dzieć mu o samo­bój­stwie nasto­latki.

- Wiesz, że powin­ni­śmy do niego zadzwo­nić?

- To ostatni tydzień jego waka­cji. Jest tysiące kilo­me­trów stąd, do cho­lery.

- Ale mają tam chyba tele­fony.

- Wróci za kilka dni. W tej chwili i tak nic tu wię­cej nie wskóra.

Sanna nie odpo­wiada. Erns "Eken" Eriks­son jest ich sze­fem. Uwiel­bia­nym. Budzą­cym lęk. Darzo­nym sza­cun­kiem. Rok temu dopa­dła go cho­roba zwy­rod­nie­niowa sta­wów i mimo że wró­cił do pracy, wciąż ma trud­no­ści z nie­któ­rymi ruchami. Ten urlop w cie­płych kra­jach dla zła­go­dze­nia dole­gli­wo­ści to jego pierw­sze wolne dni od prze­szło dzie­się­ciu lat. Pod jego nie­obec­ność miano wyzna­czyć na zastęp­stwo kogoś z lądu, ale tego nie zro­biono.

- No dobra. - Ber­nard uśmie­cha się wyczer­pany. - Co ty na to, żeby­śmy odwa­lili teraz to, co mamy do zro­bie­nia, i cho­ciaż tro­chę sko­rzy­stali z nie­dzieli?

Wydaje się przy­gnę­biony, myśli Sanna. Zamglone oczy i obwi­słe policzki: trwa to już któ­ryś rok, stra­cił zapał i wszel­kie zain­te­re­so­wa­nie.

Kiedy Sanna roz­gląda się po oko­licy, z dużego, przy­po­mi­na­ją­cego puszkę przed­miotu na wyso­kim drew­nia­nym słu­pie po dru­giej stro­nie kamie­nio­łomu wzbija się rybo­łów.

- Tam jest kamera moni­to­ringu.

Ber­nard mruży oczy.

- Ktoś spi­sał jej kod? - pyta Sanna. - Spraw­dził, gdzie są prze­cho­wy­wane nagra­nia?

- Że co? Musiała tu zostać po zeszło­rocz­nym sezo­nie, pew­nie nawet nie jest włą­czona.

- Ale jeśli przy­pad­kiem dzia­łała, może nam poka­zać, co się tu dokład­nie wyda­rzyło.

- Co do... Chyba nie mówisz poważ­nie?

- A tak przy oka­zji: zna­la­złeś jakiś list poże­gnalny lub inną wia­do­mość? Jeśli ode­brała sobie życie, mogła po sobie coś zosta­wić, mając nadzieję, że ktoś to znaj­dzie?

- Nic.

- Nawet tele­fonu?

Ber­nard wzdy­cha i kręci głową.

- Spraw­dzi­łeś sam lub kaza­łeś komuś spraw­dzić jej Face­bo­oka? Insta­gram? Resztę?

- Przej­rze­li­śmy wszystko z jej mamą. To zna­czy, sama nam poka­zała. Od kilku dni żad­nych aktu­ali­za­cji, żad­nych wska­zó­wek. I pra­wie nie miała zna­jo­mych. Smutne.

Sanna mil­czy, zasta­na­wia się.

- Ktoś z rodziny figu­ruje w reje­strze kar­nym? Spraw­dzi­li­ście to?

Ber­nard znów wzdy­cha, jesz­cze bar­dziej poiry­to­wany i zre­zy­gno­wany. Wci­ska jej w dło­nie swój notes, pod­wija rękawy i idzie do słupa, na któ­rym zamon­to­wana jest kamera. Kiedy dociera na miej­sce, zatrzy­muje się i patrzy na zardze­wiałą żela­zną dra­binkę na słu­pie, po czym chwyta się jej i wcho­dzi na górę.

- Pro­szę, zro­bi­łem zdję­cie kodu. A niech to, jak miło będzie się cie­bie pozbyć - mówi po powro­cie i krzywo się uśmie­cha.

- Prze­pra­szam? - Roz­lega się za nimi czyjś głos.

Odwra­cają się. Zgar­biona kobieta po trzy­dzie­stce z popę­ka­nymi, pora­nio­nymi ustami patrzy na nich pyta­jąco.

- Sanna Ber­ling? - Wyciąga rękę. - Eir Peder­sen. Twoja nowa part­nerka.

Zastęp­stwo za prze­cho­dzą­cego na eme­ry­turę Ber­narda nie wygląda tak, jak Sanna je sobie wyobra­żała. Spo­dzie­wała się wymu­ska­nej, zadba­nej biurwy. Eir raczej wygląda, jakby sypiała pod mostem w podar­tym kar­to­nie. Ma ogo­rzałą twarz i ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę. Jest w tym coś buń­czucz­nego.

Wodzi wzro­kiem po oto­cze­niu, kiedy drzwi radio­wozu zatrza­skują się za Mią Askar i samo­chód odjeż­dża. Ber­nard szybko rusza i dodaje gazu. Sanna roz­waża, czy zapy­tać Eir, co tu robi, bo zaczyna prze­cież dopiero jutro, ale odpusz­cza, nie ma ochoty wda­wać się dys­ku­sje. Kiedy roz­ma­wiały przez tele­fon kilka tygo­dni temu, Eir zda­wała się spo­kojna, teraz spra­wia wra­że­nie, jakby bra­ko­wało jej pią­tej klepki. Cho­dzi prędko w brud­nych butach, które nie są porząd­nie zawią­zane. I coś się na nie wylało, a może to tylko zaschnięta słona woda.

Wpraw­dzie ich szef na lądzie mówił, że Eir Peder­sen "ni­gdy nie odpusz­cza", ale nie wspo­mi­nał, że - sądząc po wyglą­dzie - potrze­buje kaftana bez­pie­czeń­stwa. Nie omiesz­kał z kolei pod­kre­ślić, że to córka zna­nego praw­nika i dyplo­maty. Zro­bił to zapewne po to, żeby zni­we­lo­wać szok, gdy wresz­cie się pojawi. Jakby dało się w ogóle zła­go­dzić szok, kiedy czło­wiek wyobra­żał sobie zadbaną laskę w gabi­ne­cie z dro­gimi meblami z ciem­nego maho­niu i cięż­kimi aksa­mit­nymi zasło­nami.

- Mam nadzieję, że nie masz nic prze­ciwko, że przy­je­cha­łam - mówi Eir. - Na komen­dzie powie­dzieli, że tu jesteś. Dali mi samo­chód, więc pomy­śla­łam: co mi tam. Cza­isz?

- Wyda­wało mi się, że dopiero wczo­raj mia­łaś się tu prze­pro­wa­dzić?

- No tak.

- Dziw­nie zaczy­nać w nowym miej­scu w nie­dzielę. Dla­czego niby nie wstrzy­ma­łaś się z tym do jutra?

Eir nie odpo­wiada.

- Nie musisz naj­pierw odbyć jakie­goś wpro­wa­dze­nia na komen­dzie? - dopy­tuje Sanna.

- Zro­bię to jutro. Aha, nie ma tech­ni­ków - mówi Eir. - Samo­bój­stwo?

- Praw­do­po­dob­nie.

- Na komen­dzie mówili, że to młoda dziew­czyna.

Sanna przy­ta­kuje.

- Mam coś zro­bić? - pyta Eir.

- Jutro się tym zaj­miemy.

- Ale ja cho­ler­nie bym chciała teraz coś zro­bić. Czuję się taka nała­do­wana. - Skro­bie zie­mię czub­kiem buta. Sanna ją igno­ruje. - Albo może udo­stęp­nij mi akta, zapo­znam się z innymi spra­wami, które są wła­śnie w toku - cią­gnie Eir.

Sanna wzdy­cha, zawie­dziona tą uciąż­liwą, nad­gor­liwą i nie­po­jętą istotą, która truchta obok niej do samo­chodu.

- Co jest? - Eir uśmie­cha się drwiąco. - Boisz się, że wpa­kuję ci się z bucio­rami i będę lep­sza od cie­bie, co?

- Nie. Ale w tej chwili nie mam czasu wymy­ślać ci roz­ry­wek.

- Słu­cham?

- Spraw­dzi­łam cię, kiedy się dowie­dzia­łam, że masz zastą­pić Ber­narda. Klasa wyż­sza. Szkoła z inter­na­tem. Znu­dzona i kłó­tliwa. Szkoła poli­cyjna. Znu­dzona i mimo naj­lep­szych wyni­ków - trudna. Naro­dowy Wydział Ope­ra­cyjny. Znu­dzona i nie­umie­jąca współ­pra­co­wać.

- Ej, daj spo­kój. - Eir wzdy­cha sfru­stro­wana. - Możemy chyba iść na kawę i poga­dać, tro­chę lepiej się poznać?

- Do zoba­cze­nia jutro.

- Pie­przona zdzira - mam­ro­cze za nią Eir, kiedy Sanna idzie dalej do samo­chodu.

- Co powie­dzia­łaś? - Sanna odwraca się.

- Nic.

Otwie­ra­jąc drzwi, Sanna przy­po­mina sobie pochwały, jakich nie szczę­dził Eir jej szef. Odpuść, myśli sobie.

- Zasta­na­wiam się więc, dla­czego mnie wybra­łaś? - pyta Eir, kiedy doga­nia Sannę. - Skoro już wszystko wie­dzia­łaś?

- Nic podob­nego.

- To zna­czy?

- Wcale cię nie wybra­łam.

- Ach tak?

- Tak. Nie było innych chęt­nych.

Eir par­ska śmie­chem.

- To takie śmieszne?

- Tak, bo ja wcale się nie ubie­ga­łam o żadną jebaną pracę. Mój szef zro­bił to za mnie. Powie­dział tylko, że wysłał moje zgło­sze­nie. Cóż, ni­gdy mnie nie lubił, dziad jeden. - Żałuje tych słów już w chwili, gdy je wypo­wiada.

Twa­rzy Sanna roz­pro­mie­nia się w peł­nym satys­fak­cji uśmie­chu.

- Naprawdę? - pyta. - Jak on mógł cię nie lubić?

- Zasta­na­wia mnie jedno. - Eir ryt­micz­nie ude­rza ręką w udo.

- Tak?

- No, skoro to samo­bój­stwo, to jak ona się tu dostała. Nie widzę żad­nego roweru ani nic podob­nego, a to zaje­bi­ście daleko od szosy.

Sanna kiwa głową. Ota­cza­jący kamie­nio­łom las wydaje się nagle głę­boki i ciemny. Przede wszyst­kim gęsty i nie­prze­nik­niony. Jedyna pro­wa­dząca tu droga jest długa i poko­na­nie jej musia­łoby zająć dziew­czy­nie sporo czasu. Sanna bie­rze tele­fon.

- Tak, to ja - mówi, gdy Ber­nard odbiera. - Przy­kro mi, ale musisz tu wró­cić. Trzeba prze­szu­kać teren. Dziew­czyna musiała się tu jakoś dostać. Spro­wadź Jona czy kogo tam dorwiesz. A potem do mnie zadzwoń.

Kiedy Sanna się roz­łą­cza, ramiona Eir są spięte, a policzki rumiane od zimna.

- Chodź.

- Dokąd się wybie­ramy? - pyta z uśmie­chem zasko­czona Eir.

- Pla­no­wa­łam zro­bić to sama. Ale weź swój samo­chód i jedź za mną.

Lara Askar czuje się tak, jakby ktoś postrze­lił ją w głowę. Jakby roz­pa­dła się na kawałki w ele­ganc­kim przed­po­koju, kiedy Sanna i Eir pro­szą ją, żeby udała się z nimi i ziden­ty­fi­ko­wała córkę. To postawna kobieta o ład­nych rysach. Ma takie same ogni­sto­czer­wone, falu­jące włosy jak Mia i surowe nie­bie­skie oczy. Ale na tę wia­do­mość bled­nie. Osuwa się na pod­łogę i aż do przy­by­cia pogo­to­wia nie spo­sób nic z niej wycią­gnąć. Kiedy ratow­nicy udzie­lają jej pomocy, szep­cze:

- To nie mogą być oni.

Rozdział 3.

3.

Tele­fon dzwoni tuż po pią­tej rano. Zanim Sanna cał­ko­wi­cie się obu­dzi, sły­szy wła­sny krzyk:

- Nie!

Tele­fon nie prze­staje jed­nak dzwo­nić, pró­buje go wyma­cać ręką.

- Halo? - mówi zaspana. - Okej, już tam jadę.

Wstaje z łóżka, po omacku szuka wie­szaka na ubra­nia i zapala chy­bo­tliwą lampę. Na wie­szaku są trzy pary czar­nych spodni, a na pod­ło­dze trzy pary czar­nych bot­ków. Wysuwa torbę i wyciąga nowy czarny T-shirt, jesz­cze zapa­ko­wany.

Na krze­śle leżą nie­otwarte rachunki i listy z urzę­dów, wśród nich pismo z gminy. Sanna wie, co zawiera. Pierw­sze taki pismo dostała kilka mie­sięcy temu. Garażu nie wolno uży­wać jako lokalu miesz­kal­nego, pro­szą o potwier­dze­nie, że nic takiego nie ma miej­sca.

Łapie się na tym, że wpa­truje się w lusterko Erika. Jedną z nie­wielu rze­czy, które jej po nim zostały. Pożar pochło­nął nie­mal wszystko. Całe gospo­dar­stwo, które w pocie czoła odre­mon­to­wali z Patri­kiem, obró­ciło się w wypa­loną sko­rupę. Nie pierw­szy raz sprawca - piro­man M?rten Unger - pod­pa­lił dom, w któ­rym miesz­kały dzieci.

Sanna wyciera twarz i prze­kręca lusterko, żeby leżało tak, jak powinno: szkieł­kiem do dołu. Kiedy go dotyka, tęsk­nota się nasila. Z Patri­kiem jest ina­czej. Roz­pacz minęła po kilku mie­sią­cach. Gdy Sanna dostała wia­do­mość, że zosta­wił po sobie garaż, już nie­mal nie pamię­tała jego twa­rzy. Coś poszło nie tak przy postę­po­wa­niu spad­ko­wym i dopiero kilka lat po jego śmierci odkryto w testa­men­cie ten budy­nek. Skon­tak­to­wał się z nią praw­nik i podał jej ten adres. Sanna ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała ani o sta­rym saabie, ani o garażu.

Kiedy przy­je­chała tu po raz pierw­szy, zastała sterty śmieci tara­su­jące drzwi. Prze­cięła zardze­wiałą kłódkę noży­cami do metalu i otwo­rzyła bramę; przy wej­ściu przy­wi­tały ją tysiące ciem. Chmara owa­dów zerwała się ze ścian, a potem ucie­kła.

W środku pach­niało ben­zyną i wil­go­cią. Na ścia­nach wyma­lo­wano hasła: "No Gods, No Masters" i "Anar­chia jest porząd­kiem". Oraz wize­ru­nek szcze­rzą­cego kły czar­nego kota wpi­sa­nego w koło, z wygię­tym w łuk grzbie­tem. Sanna od razu go roz­po­znała: Patrik bazgrał to, gdzie popa­dło, na skraw­kach papieru i na ser­wet­kach.

Roz­wa­la­jące się biurko zaj­mo­wały szkice, rysunki, notatki i listy do osób podob­nie myślą­cych. A także kilka dłu­gich pism z oskar­że­niami zaadre­so­wa­nych do róż­nych władz. Czę­ściowo znisz­czyła je wil­goć, czę­ściowo zja­dły gry­zo­nie lub owady. Prze­sy­cała je nie­na­wiść do esta­bli­sh­mentu, podob­nie jak te slo­gany na ścia­nie.

Sanna ni­gdy nie prze­pa­dała za anar­chi­stycz­nym obli­czem Patrika. Sta­rała się jed­nak pod­cho­dzić do tego z humo­rem i doce­niać cza­ru­jący kon­trast mię­dzy nimi. Jego nie­na­wiść do pań­stwa zna­la­zła dodat­kową pożywkę, gdy stra­cił pracę, a ona zaszła w ciążę i spo­dzie­wali się Erika. Wtedy aku­rat naj­bar­dziej potrze­bo­wała męża i w tam­tym cza­sie docho­dziło mię­dzy nimi do awan­tur.

Krótko po pierw­szych uro­dzi­nach Erika Patrik prze­stał nagle ryso­wać i pisać nocami, porzu­cił też dys­ku­sje przy kola­cji. Sanna się z tym pogo­dziła, zakła­da­jąc, że uspo­koił się pod wpły­wem nowej pracy.

Kiedy odkryła ten garaż, dotarło do niej, że Patrik ni­gdy z tym nie skoń­czył, za to z dala od rodziny stwo­rzył sobie jamę, w któ­rej mógł bez prze­szkód reali­zo­wać swoje fan­ta­zje. Ona w każ­dym razie tak to nazy­wała - fan­ta­zjami.

Jasne, mogła się poczuć roz­go­ry­czona tym, że Patrik miał przed nią tajem­nicę, wła­sne miej­sce, o któ­rym nie wie­działa. Ale po pro­stu się tam wpro­wa­dziła. Z dnia na dzień opu­ściła hostel, w któ­rym miesz­kała od pożaru, oczy­ściła ściany garażu myjką ciśnie­niową i posprzą­tała w środku, odbyła jazdę próbną sta­rym saabem i sprze­dała wła­sny samo­chód. Wsta­wiła tu swój nie­wielki doby­tek, kupiła łóżko i wie­szak na ubra­nia. Toa­leta znaj­do­wała się w jed­nym kącie, zro­bił ją tam zapewne sam Patrik, w końcu był hydrau­li­kiem. Na jed­nej ze ścian wisiała umy­walka ze stali nie­rdzew­nej. Kiedy chciała wziąć cie­pły prysz­nic, myła się na komen­dzie.

Z początku sobie powta­rzała, że będzie tu miesz­kać, dopóki samo­chód Patrika nie wyzio­nie ducha. Ale ten, jak na złość, nie chciał się popsuć. I została. Tak było pro­ściej. Teraz miała nadzieję, że gmina da jej jesz­cze kilka mie­sięcy, zanim przy­śle tu kogoś, kto zmusi ją do wypro­wadzki. Jesz­cze tylko tro­chę czasu, nic wię­cej nie potrze­buje, żeby to wszystko ogar­nąć. Potem zezło­muje nawet ten samo­chód.

Wra­cają do niej urywki z poprzed­niego dnia. Myśli o Mii Askar. O sznurku w jej wło­sach. Miał w środku jakiś rodzaj gumy, co zapewne nada­wało mu ela­stycz­ność. Zasta­na­wia się, do czego mógł słu­żyć taki gruby ela­styczny sznu­rek, ale nic nie przy­cho­dzi jej do głowy. Nie­czynny kamie­nio­łom był głę­boki, a jak zauwa­żył nurek, w dole mogło kryć się cokol­wiek.

Tele­fon znów wibruje, Sanna odkręca wodę w sta­lo­wej umy­walce. Prze­mywa twarz, ściąga T-shirt i wrzuca go pro­sto do śmieci, gdzie leży już sterta iden­tycz­nych koszu­lek.

Eir wpa­truje się w sufit. Zdo­bią go świe­cące pla­sti­kowe gwiazdki, co każe jej sądzić, że wcze­śniej miesz­kała tu rodzina z dziećmi. Wierci się i prze­wraca z boku na bok, ale nie może zasnąć. Siada więc i prze­cze­suje dło­nią włosy, które są potar­gane i sztywne.

Kawa­łek dalej stoi pudło prze­pro­wadz­kowe, a z czar­nego worka wysy­puje się sterta ubrań. Wystaje spod niej popla­miona ket­chu­pem papie­rowa torebka z budki z jedze­niem.

Za oknem - jedy­nym w tym pokoju - rośnie drzewo z ogromną koroną. Jakaś gałąź wali o szybę, ale Eir to nie prze­szka­dza. Ten stu­kot sta­nowi wręcz mile widziany prze­ryw­nik odcią­ga­jący uwagę od innych hała­sów - dobro­dziej­stwa inwen­ta­rza przy wynaj­mie z dru­giej ręki.

Źró­dłem naj­bar­dziej nachal­nych dźwię­ków jest jej wła­sna sio­stra zaj­mu­jąca pokój obok. Eir wie, że mogłaby popro­sić Ceci­lię o wyłą­cze­nie syn­te­tycz­nego pika­nia w tele­fo­nie, ale daje sobie spo­kój. To nic w porów­na­niu z tym, co wyda­rzyło się kilka lat temu, gdy Ceci­lia znik­nęła na kilka mie­sięcy, po czym zja­wiła się naćpana, zlana zim­nym potem, z podra­pa­nymi do krwi rękami, żeby pro­sić ją o pie­nią­dze. Eir jest więc gotowa znieść tę bolączkę. Lep­sza czy­sta, nawet cier­piąca na bez­sen­ność zjawa, która pika tele­fo­nem za ścianą, niż pobudka w środku nocy z nożem przy gar­dle i młod­sza sio­stra o źre­ni­cach wiel­ko­ści kra­te­rów wul­ka­nicz­nych, despe­racko potrze­bu­jąca gotówki.

Nie jest to niczyja wina, że Ceci­lia stała się taka, jaka się stała. Coś poszło nie tak, może stra­ciła grunt pod nogami, kiedy była dziec­kiem, a ich matka zgi­nęła w wypadku. Eir myśli o nasto­latce z kamie­nio­łomu. To mniej wię­cej w jej wieku Ceci­lia zaczęła eks­pe­ry­men­to­wać z cięż­szymi dra­gami: jest wiele dróg, żeby uciec przed demo­nami.

Potem Eir przy­po­mina sobie zdję­cie, które poka­zała jej Sanna. Przy­nio­sła je na komendę Lara Askar, żeby zgło­sić zagi­nię­cie córki. Powięk­szona foto­gra­fia kla­sowa. Rude falo­wane włosy Mii są poprze­ci­nane brzyd­kimi, błę­kit­nymi smu­gami z tła, typo­wego dla takich zdjęć. Dziew­czyna wyszła na nim słodko, zda­wała się jed­nak nie­obecna i uśmie­chała się od nie­chce­nia. W oczy rzu­cał się naj­bar­dziej jej strój. Zie­lone boa, jasno­brą­zowa zamszowa kami­zelka z weł­nianą pod­szewką, pia­skowy kape­lusz, kow­boj­skie buty, nie­bie­skawe oku­lary prze­ciw­sło­neczne, do tego liczne naszyj­niki, bran­so­letki i pier­ścionki. Jakby pocho­dziła z innej epoki. Z innego świata.

Eir wyszu­kuje Mię Askar w inter­ne­cie, nie ma zbyt wielu tra­fień. Naj­wię­cej dowia­duje się z jed­nego arty­kułu. Doty­czy kon­kursu mate­ma­tycz­nego dla dzieci, który Mia - wów­czas dzie­się­cio­let­nia - wygrała w cuglach. W wywia­dzie zwy­cięż­czyni udziela krót­kich odpo­wie­dzi. Wycho­wuje ją mama, Lara, która pro­wa­dzi wła­sną firmę. Na pyta­nie, czy ma jakiś żywy wzo­rzec do naśla­do­wa­nia w dzie­dzi­nie mate­ma­tyki, Mia odpo­wiada: "Nie, Hypa­tia już nie żyje". To jej tata, Johnny, obu­dził w niej zain­te­re­so­wa­nie naukami ści­słymi i mate­ma­tyką. Był ento­mo­lo­giem, spe­cja­li­stą apio­lo­giem, czyli - mówiąc ina­czej - znawcą psz­czół. Na pyta­nie, czy tata jest dziś dumny z Mii, pada odpo­wiedź: "Nie, tata nie żyje". Pytana o to, czy następ­nym razem, za cztery lata, też wystar­tuje w kon­kur­sie, odpo­wiada: "Nie".

Eir spraw­dza pro­file Mii Askar w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Prze­gląda zdję­cia. Nie ma ich wiele. Te, które widzi, to nic nie­mó­wiące pej­zaże z wodą, głów­nie mor­skie zatoki, ale też kilka jezior i bagien. Kiedy zaczyna czy­tać komen­ta­rze, staje się dla niej jasne, że Mia nie miała szcze­gól­nie wielu przy­ja­ciół. Ci, któ­rzy ją obser­wują, zdają się być przy­pad­ko­wymi zna­jo­mymi z orga­ni­za­cji przy­rod­ni­czych i sto­wa­rzy­sze­nia sym­pa­ty­ków ruchu na świe­żym powie­trzu, nikt nie jest jej praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem. Pozo­sta­wione przez nich komen­ta­rze doty­czą tego, jak piękne są miej­sca na zdję­ciach Mii, jak kru­che jest śro­do­wi­sko i jak wydaje się opusz­czone. Opusz­czone. Eir szybko prze­cho­dzi od jed­nego zdję­cia do dru­giego. Jako bez­stronna obser­wa­torka spo­strzega, że ma przed sobą pre­zen­ta­cję opusz­czo­nych akwe­nów wokół wyspy. Opusz­czo­nych zbior­ni­ków; w sam raz, żeby się w nich uto­pić.

Pika­nie w sąsied­nim pokoju ustaje i sły­chać prze­miesz­cza­jące się po miesz­ka­niu kroki. Odkrę­coną wodę w kuchni. Eir zwleka się z mate­raca i otwiera okno. Chłodne powie­trze wpada do środka, a ona bie­rze głę­boki wdech. Ma na sobie tylko majtki i koszulkę i kiedy się wychyla, dostaje gęsiej skórki. Na bla­sza­nym para­pe­cie coś muska jej prawą dłoń, jest wło­chate i mięk­kie, jak puch. Kos z żół­tym dziób­kiem i żół­tymi obrącz­kami wokół oczu, który zła­mał sobie kark. Eir nie może się powstrzy­mać i deli­kat­nie go dotyka. Jego ciało jest sztywne, wyschnięte. Jakby ni­gdy nie żył.

W kuchni Ceci­lia wyj­muje ze zmy­warki tale­rze i kubki nie do kom­pletu. Jest piękna, ale wychu­dzona i blada. Włosy ma krótko przy­cięte, pra­wie zgo­lone. Przy­po­mina lalkę ze słodką buzią. U jej stóp leży kudłaty Sixten w brą­zowo-czarne łaty, pokaźny mie­sza­niec wil­cza­rza irlandz­kiego.

- W porządku? - pyta Eir, kiedy wcho­dzi do kuchni.

Ceci­lia aż pod­ska­kuje z stra­chu, Sixten siada.

- Sorry, myśla­łam, że mnie sły­sza­łaś.

Sio­stra unosi talerz. Jest pory­so­wany i ma wyszczer­biony brzeg.

- Nie mogły­śmy zabrać do kuchni nic swo­jego? Nawet jeśli nie prze­wi­du­jesz, że długo tu zaba­wimy, spa­ko­wa­nie paru tale­rzy i kilku kub­ków nie było chyba aż tak trudne?

- Spa­łaś w ogóle? - ziewa Eir.

- Czy ja wiem. Chyba nie. A ty?

- Może godzinę.

Uśmie­chają się do sie­bie. Nie pierw­szy raz pro­wa­dzą taką kon­wer­sa­cję.

- Kos zde­rzył się z moim oknem - mówi Eir.

Cecy­lia wzdy­cha.

- Też widzia­łam jed­nego, leżał wczo­raj mar­twy przed bramą. Myśla­łam, że odle­ciały na zimę.

- To moje ubra­nia? - Eir wska­zuje na pralkę, w któ­rej obraca się para dżin­sów.

- Tak. Cuch­nęły na całą łazienkę. Ni­gdy nie mogłam pojąć, jak ktoś może twier­dzić, że kocha zapach morza. Śmier­dzi gów­nem.

- Prze­pra­szam, powin­nam była od razu je wsta­wić, kiedy tylko wró­ci­łam do domu.

- Dwa kilo­me­try stąd jest basen. Mają otwarte do późna. Do późna nawet jak na cie­bie.

Eir ją igno­ruje, odkręca kran i usta­wia jak naj­zim­niej­szą wodę. Pochyla się i bie­rze kilka dużych łyków, po czym wyciera sobie usta i brodę. Ceci­lia z łosko­tem sta­wia koło niej pory­so­waną szklankę.

- I jak ci poszło? - pyta. - Spo­tka­łaś się z nią wczo­raj? Z tą komi­sarką? Udało ci się ją zła­pać?

- Tak.

- I jaka jest?

Eir wzru­sza ramio­nami.

- Nie wiem. Zmę­czona. Sty­rana życiem.

- Co robi­ły­ście? - drąży Ceci­lia. - Skoro obie były­ście w pracy w nie­dzielę?

- Nic szcze­gól­nego.

- Aha?

- Ktoś się uto­pił. To zna­czy, uto­pił jak uto­pił, czy­sto tech­nicz­nie laska pod­cięła sobie...

Eir urywa, widząc, że Ceci­lia się jej przy­gląda, a na jej twa­rzy maluje się cała gama pier­wot­nych uczuć.

- Tak - mówi Eir, wybita z rytmu przez wytrzesz­czone oczy sio­stry. - Świat jest pełen ludzi, któ­rzy pra­gną umrzeć. Co mam ci powie­dzieć?

- Możesz to chyba czę­ściowo pomi­nąć, skoro nie ma w tym nic szcze­gól­nego?

Eir wzru­sza ramio­nami, nie ma siły ani na poga­dankę, ani na kłót­nię. Na stole stoi nie­ru­szona torba z apteki. Otwiera ją i wyj­muje butelkę z meta­do­nem.

- Robi mi się wysypka od tego szajsu - pro­te­stuje Ceci­lia. - Na całej nodze. Patrz!

Pod­ciąga nogawkę i poka­zuje Eir swę­dzącą egzemę na szczu­płej nodze.

- Jebane paskudz­two.

- Wiem... - Eir obej­muje sio­strę.

- Nie­na­wi­dzę tego.

- Ale wiesz prze­cież, że musisz to przyj­mo­wać - mówi Eir, zanim Ceci­lia uwolni się z jej uści­sku, prych­nie i zabie­rze się do dal­szego opróż­nia­nia zmy­warki. Nagle na kuchen­nym stole zaczyna wibro­wać tele­fon Eir. Ceci­lia pod­ska­kuje i upusz­cza talerz na pod­łogę, a ten roz­pry­skuje się na kawałki.

Sanna powoli wysiada z samo­chodu i wygła­dza ubra­nie. Nieme, miga­jące nie­bie­skie świa­tła tań­czą po jej twa­rzy, kiedy zosta­wia kolejną wia­do­mość na poczcie gło­so­wej Eir.

- To znowu ja. Gdzie jesteś?

Oko­lica, w któ­rej się znaj­duje, przy­lega do murów miej­skich. Domy są tu oka­załe, a ogrody utrzy­mane z pro­fe­sjo­nalną pre­cy­zją. Mimo że poszcze­gólne ele­menty wywo­dzą się z róż­nych epok i sty­lów, całość łączy się ze sobą har­mo­nij­nie, dając poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i solid­no­ści. Domy z dużymi oknami, maje­sta­tycz­nymi drzwiami, ogrom­nymi pod­jaz­dami i nie­malże raj­skimi drze­wami o ide­al­nie przy­cię­tych koro­nach sta­no­wią obiekty pożą­da­nia w tym malut­kim mia­steczku z nie­wiel­kimi dom­kami i cia­snymi ulicz­kami.

Willa naj­bli­żej Sanny to istne marze­nie, z bie­lo­nymi ścia­nami i zadba­nym traw­ni­kiem. Teren jest jed­nak odgro­dzony taśmą i kilku kole­gów krąży po ogro­dzie. Nor­mal­nie Sanna pogna­łaby do nich od razu, tego dnia czuje się jed­nak zmę­czona. Odkąd się obu­dziła, męczą ją wspo­mnie­nia o dziew­czy­nie z kamie­nio­łomu. Nie­szcze­gól­nie ma ochotę prze­no­sić się do domu w eks­klu­zyw­nej dziel­nicy, gdzie ofiarą mor­der­stwa padła jakaś zamożna eme­rytka.

Czeka więc na Eir, popi­ja­jąc kawę z cało­do­bo­wej sta­cji ben­zy­no­wej. Komen­dant miał chrypę, kiedy do niej dzwo­nił. Chrzą­ka­jąc, kazał się jej pospie­szyć. Napo­mknął coś o wła­ma­niu i śmierci. Jon Klinga i kilku kole­gów byli już podobno na miej­scu.

I fak­tycz­nie, nagle Jon wyra­sta obok niej. Zapach jego wody po gole­niu jest inten­sywny. Kłu­jący i cytru­sowo cierpki, wci­ska się jej do nosa.

- W środku, kurwa, scena jak z hor­roru - dyszy Jon, jakby bra­ko­wało mu tchu. - Co tak ster­czysz na zewnątrz? Dla­czego nie wcho­dzisz?

Jon ma wyspor­to­waną syl­wetkę, a kiedy się porząd­nie ucze­sze, tak jak dzi­siaj, wygląda naprawdę dobrze. I jest tego w pełni świa­dom. Cho­ciaż niż­szy rangą od niej, trak­tuje Sannę nieco z góry. Jest uprzejmy. Rezo­lutny. Gdy spo­łe­czeń­stwo drży ze stra­chu przed kimś, kto jeź­dzi po oko­licy białą fur­go­netką, porywa i tor­tu­ruje ludzi, to pra­gnie wła­śnie takiego poli­cjanta.

Lśniące buty myśliw­skie to jedyna rzecz, która zdra­dza, że swoim podej­ściem do prawa i porządku skła­nia się ku eks­tre­mi­zmowi. Nie­wielu wie o tym, że ma na piersi pod mun­du­rem czer­woną swa­stykę. Stary tatuaż z cza­sów mło­do­ści, który pró­bo­wał usu­nąć. Sanna widziała go raz, kiedy Jon sądził, że jest sam i prze­bie­rał się na komen­dzie. Przy­ła­pał ją na tym, jak gapi się na tatuaż, ale nie zdą­żył nic powie­dzieć, bo ucie­kła. Następ­nego dnia zacho­wy­wał się tak, jakby ni­gdy nic, powie­dział "dzień dobry" z tym samym przy­ja­znym uśmie­chem na ustach co zawsze.

Teraz znów się do niej uśmie­cha. Bez­pre­ten­sjo­nal­nie i uprzej­mie, choć w jego uśmie­chu nie ma ani odro­biny cie­pła. W ręce trzyma latarkę, która ledwo świeci.

- Cze­kasz na Ber­narda? - pyta.

- Nie, na tę nową. Dziś zaczyna i myśla­łam, że przy­je­dzie. Dzwo­ni­łam do Ber­narda, powie­dzia­łam mu, że się tym zaj­miemy, ja i ona.

- Aha. Skó­rzana kurtka i potar­gane włosy, to ona?

Sanna się roz­gląda, ale Eir na­dal ni­gdzie nie widać.

- Wydaje mi się, że widzia­łem ją wczo­raj na komen­dzie - wyja­śnia Jon nie­mrawo, z wyż­szo­ścią. - Coś zała­twiała w dyżurce.

Sannę ogar­nia obrzy­dze­nie. Po tonie jego głosu roz­po­znaje, do czego zmie­rza i że jest już za późno, żeby go powstrzy­mać.

- Śniła mi się póź­niej, kiedy odpo­czy­wa­łem chwilę przed nocną zmianą - cią­gnie Jon, bio­rąc się pod boki. - Poka­za­łem jej, jak to jest z praw­dzi­wym męż­czy­zną...

- Daj spo­kój.

- To zabawne - szcze­rzy się. - W moim śnie mówiła dokład­nie to samo. I to nie raz.

- Ach tak - prze­rywa mu poiry­to­wana Sanna. - A więc mamy wła­ma­nie? Jeden zgon?

- Mor­der­stwo - odchrzą­kuje Jon. - To zde­cy­do­wa­nie było mor­der­stwo.

- Mor­der­stwo? Komen­dant mówił przez tele­fon o wła­ma­niu.

- Tak sądzi­łem w pierw­szej chwili. Uzna­łem po pro­stu, że to musi być wła­ma­nie i już. Ten adres i tak dalej, ale potem się porząd­nie rozej­rza­łem i...

- I?

- Sama zoba­czysz w środku. To jakaś masa­kra.

Sanna patrzy na willę i żałuje, że nie wzięła ze sobą Ber­narda.

- Kim jest ofiara? - pyta.

- To nie­jaka Marie-Louise Roos. Sie­dem­dzie­siąt cztery lata.

- Rodzina?

- Bez­dzietna. Męża nie było w domu. Jest poszu­ki­wany.

- Marie-Louise Roos... - mam­ro­cze Sanna.

- Tak, znasz ją?

- Coś mi mówi to nazwi­sko.

- Gazety czę­sto o niej pisały. Głów­nie dla­tego, że prze­ka­zy­wała masę pie­nię­dzy na cele cha­ry­ta­tywne i prze­różne pro­jekty. Była mię­dzy innymi zaan­ga­żo­wana w powsta­wa­nie nowego hospi­cjum i je sfi­nan­so­wała, no wiesz, ten kon­tro­wer­syjny budy­nek koło tar­taku, na któ­rego budowę wydano pozwo­le­nie.

Sanna pamięta. Marie-Louise Roos, naj­więk­sza filan­tropka spo­śród grupy pry­wat­nych dar­czyń­ców, dzięki któ­rym moż­liwe stało się wznie­sie­nie nowo­cze­snego budynku na skrawku ziemi, gdzie znaj­do­wały się ruiny sta­rego gospo­dar­stwa o znacz­nej war­to­ści kul­tu­ro­wej.

- Była naprawdę nadziana - mówi Jon.

- Zga­dza się. Stare książki. Kilka lat temu pro­wa­dziła chyba w cen­trum eks­klu­zywny anty­kwa­riat?

- Doro­biła się przede wszyst­kim na wyszu­ki­wa­niu sta­rych pier­wo­dru­ków, manu­skryp­tów i takich tam. Póź­niej sprze­da­wała je boga­tym kolek­cjo­ne­rom z całego świata.

- Już tego nie robi?

- Nie, wyco­fała się kilka lat temu, kiedy han­del prze­niósł się do inter­netu. Ale w środku ma nie­wielką biblio­tekę.

- A więc mimo wszystko może to być wła­ma­nie? Ktoś chciał ukraść książki?

- Może, ale nie przy­pusz­czam.

- Jest nie­tknięty? Ten pokój z książ­kami.

- Tak mi się wydaje. A nawet jeśli nie jest, towa­rzy­stwo ubez­pie­cze­niowe i tak uzna ina­czej.

- A mąż?

Jon kart­kuje notes, coś czyta, po czym kart­kuje go z powro­tem.

- Frank Roos. Na wcze­śniej­szej eme­ry­tu­rze.

- A przed­tem?

- Geo­log.

- Pro­wa­dził bada­nia?

- Tak, w mło­do­ści. Potem pra­co­wał jako doradca. Głów­nie w muzeum Forn­sa­len.

Dalej czyta notatki.

- Pra­co­wał też dla biz­nesu, w fir­mach, które naj­wy­raź­niej ubie­gały się o pozwo­le­nie na wydo­by­cie wapna.

Sanna chwilę się zasta­na­wia.

- Z powodu tych pozwo­leń w ostat­nich latach było chyba sporo awan­tur i pro­te­stów.

- Tak, ale wtedy już się tym nie zaj­mo­wał. Prze­szedł na eme­ry­turę dzie­sięć lat temu.

Sanna dra­pie się po gło­wie i znów zerka na willę. Kątem oka widzi, że twarz kolegi przy­biera obo­jętny wyraz, jak zawsze, gdy Jon nie ma zbyt wiele do powie­dze­nia.

- Wcho­dzimy? - pyta Sanna, naprawdę ziry­to­wana tym, że Eir wciąż nie ma.

- A co z twoją nową?

- Ech, popro­simy chło­pa­ków, żeby ode­słali ją z powro­tem na komendę, kiedy już się zjawi. Ma dzi­siaj jakieś wpro­wa­dze­nie. Chodźmy do środka.

Sanna zgniata papie­rowy kubek ze sta­cji ben­zy­no­wej i wci­ska go do kie­szeni.

- Jasne - mówi Jon. - Słu­chaj, mówi­łaś, że kiedy ona tu w ogóle przy­je­chała?

- Nic takiego nie mówi­łam. A co?

- Nic, tak się zasta­na­wiam, czy była na wyspie w sobotę wie­czo­rem?

- Przy­pły­nęła w sobotę poran­nym pro­mem. Dla­czego pytasz?

- Nie, nic takiego. Sły­sza­łaś o tych dwóch dziew­czy­nach zgar­nię­tych dwa dni temu?

- O tych wan­dal­kach? - pyta Sanna. - Tych, które się pobiły i wylą­do­wały w szpi­talu?

- Twier­dzą, że wcale się nie pobiły, rze­komo napa­dła na nie jakaś laska w skó­rza­nej kurtce i pra­wie je zabiła.

- O ile dobrze się orien­tuję - śmieje się Sanna - to mazały wła­śnie dom dziew­czyny, którą kie­dyś prze­śla­do­wały. Były naćpane, bo nawdy­chały się opa­rów, i w tym otu­ma­nie­niu rzu­ciły się na sie­bie z pię­ściami.

Jon sztyw­nieje.

Sanna widziała to wcze­śniej: chłód poja­wia­jący się na jego twa­rzy, kiedy ktoś się z niego śmieje. Szcze­gól­nie jeśli tym kimś jest kobieta.

- Doszło do tego w Tal­l­dun­gen - mówi. - A gdzie mieszka ta nowa?

Wtedy wła­śnie nad­cho­dzi Eir.

- Spóź­ni­łaś się - zauważa Sanna.

- Wiem - sapie Eir i prze­cze­suje ręką roz­czo­chrane włosy.

- Jon. - Jon wyciąga do niej rękę.

Eir ją ści­ska i uważ­nie mu się przy­gląda. Szuka w jego spoj­rze­niu śladu cie­pła, ale nic takiego nie znaj­duje

- Jesteś tu nowa, mogłaś się zgu­bić - mówi Jon. - Skąd idziesz?

- Z Kor­spar­ken.

- Chyba z Korsg?rden? - drwi Jon i odwraca się do Sanny. - To koło Tal­l­dun­gen. Sanna i ja wła­śnie roz­ma­wia­li­śmy o tam­tej oko­licy.

- Ach tak - mówi zdez­o­rien­to­wana Eir.

- Idziemy? - prze­rywa im Sanna i rusza w stronę dużego, odgro­dzo­nego domu.

Reszta podąża za nią. W kilku oknach migają fle­sze apa­ra­tów. Eir zerka na Jona.

- Kiedy dokład­nie wpły­nęło zgło­sze­nie?

- O czwar­tej trzy­dzie­ści - odpo­wiada. - Sąsiadka wyszła z domu po gazetę, zoba­czyła, że drzwi są uchy­lone, i chciała spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

- A kiedy wsz­czę­li­ście poszu­ki­wa­nia jej męża?

- O pią­tej. Zro­bi­łem to oso­bi­ście, kiedy tylko tu przy­je­cha­łem.

Eir drga i odwraca się do Jona.

- Zaraz, zaraz... Pół godziny zajęło ci przy­je­cha­nie tutaj? To mia­sto jest tak małe, że w trzy­dzie­ści minut da się je obejść dookoła.

- W tej sytu­acji nie miało to raczej więk­szego zna­cze­nia. Kiedy sąsiadka ją zna­la­zła, była już zimna.

- Wszystko ma zna­cze­nie. Jeśli pra­cuje się w nocy i dostaje się zgło­sze­nie o popeł­nie­niu mor­der­stwa, to wyłą­cza się por­nosa i bie­gnie na miej­sce. Może nie?

Jej głos jest cięty i wyzy­wa­jący. Znów ta gorącz­ko­wość, myśli Sanna, ten bru­talny, dziki i cał­ko­wity brak zaha­mo­wań. Czy Jon może mieć rację? Naprawdę pobiła dwie gów­niary?

- Jak będziemy wycho­dzić, damy ci w razie czego znać - mówi Sanna do Jona. - Chyba niczego nie doty­ka­li­ście, co?

- Nie otwie­ra­li­śmy okien ani nawet nie macha­li­śmy rękami. Nie było to łatwe, bo wali tam nie­sa­mo­wi­cie. Z tego, co zro­zu­mia­łem, Sud­den prze­pro­wa­dził już z tech­ni­kami wstępne oglę­dziny.

- Sud­den jest jesz­cze w środku?

- Nie, ale ma się do cie­bie ode­zwać w ciągu dnia. Może powi­nie­nem cię ostrzec przed tym, co się wyda­rzyło w środku...

- To zna­czy?

- Ta sąsiadka, która ją zna­la­zła, łaziła po domu i macała Bóg wie co. Z tego, co mówił Sud­den, utrud­niło to im robotę.

Sanna wzdy­cha.

- A Fabian?

- W dro­dze na wyspę. Moni­to­ro­wał na lądzie jakąś ważną sek­cję, ale jego samo­lot ma chyba lada chwila lądo­wać - odpo­wiada Jon, odwra­ca­jąc się ple­cami do Eir. Ta odpłaca mu się tym, że zabiera mu z ręki latarkę.

- Czyli mogę wejść? - pyta Sannę.

W odpo­wie­dzi otrzy­muje krót­kie ski­nie­nie głową i znika wewnątrz domu.

- Były tu wcze­śniej jakieś zgło­sze­nia? - pyta Sanna, grze­biąc w kie­szeni w poszu­ki­wa­niu ręka­wi­czek, nic jed­nak nie znaj­duje. Myśl o Ber­nar­dzie, który zawsze miał przy sobie dodat­kową parę dla niej, lekko ją przy­gnę­bia. Będzie jej go bra­ko­wało.

- Nie - mówi Jon, wpa­tru­jąc się w drzwi, za któ­rymi znik­nęła Eir.

Na chod­niku stoi star­sza kobieta w szla­froku, razem z dwójką poli­cjan­tów.

- Sąsiadka? - pyta Sanna.

- Taa - odpo­wiada Jon i zerka na zega­rek.

- Zaraz wra­cam. - Sanna rusza w stronę kobiety. - I słu­chaj, załatw mi w mię­dzy­cza­sie parę ręka­wi­czek.

Sąsiadka z roz­pa­czy trzę­sie się i szlo­cha w chu­s­teczkę. Ma sztywne ruchy, a żyły na jej szyi są nie­bie­skie i nabrzmiałe. Sanna bie­rze na bok jed­nego z poli­cjan­tów.

- Zaraz nam tu zamar­z­nie, przy­pil­nuj, żeby dali jej koc i zabrali ją gdzieś, gdzie jest cie­pło. Pogo­to­wie już ją oglą­dało?

- Nie wiem, gdzie oni są.

- To zna­czy?

- No nie wiem, gdzie są.

- Okej. - Sanna wzdy­cha, po czym zwraca się do kobiety. - Komi­sarz Sanna Ber­ling. Jak rozu­miem, to pani zna­la­zła Marie-Louise Roos?

Kobieta przy­ta­kuje i pró­buje się uśmiech­nąć. W szczęce ma coś w rodzaju pro­tezy, ale kla­merki nie do końca trzy­mają. W szpa­rze mię­dzy posi­nia­łymi war­gami wygląda to tak, jakby miała trzy rzędy zębów.

- Czy dziś nad ranem zwró­ciła pani uwagę na coś jesz­cze, poza otwar­tymi drzwiami?

Kobieta zaprze­cza.

- A mąż Marie-Louise?

- Frank? - pyta kobieta, spraw­dza­jąc języ­kiem pro­tezę i pró­bu­jąc nie beł­ko­tać przy tym zbyt mocno. - Zna­leź­li­ście go?

- Patrole cho­dzą po mie­ście i go szu­kają.

- A dla­czego nad wyspą nie lata heli­kop­ter?

- Rzadko go uży­wamy. Trudno jest z niego coś dokład­nie zoba­czyć.

Kobieta kiwa głową, ma nieco nie­spo­kojny, roz­bie­gany wzrok.

- Jakieś suge­stie, gdzie on może być? - pyta Sanna. - Czy w pobliżu miesz­kają jacyś ich przy­ja­ciele albo rodzina?

- To zna­czy? Frank nie był raczej w sta­nie sam ni­gdzie pójść!

Kilka minut póź­niej Sanna znów stoi przy Jonie, bez pyta­nia wyj­muje mu z ręki notes i coś pisze.

- Wie­dzie­li­ście, że jej mąż jest przy­kuty do wózka i ma cukrzycę? - pyta roze­źlona.

- Że co?

- Wyślij dodat­kowe psy, niech jesz­cze raz prze­szu­kają zaro­śla i ogrody na tym tere­nie. Frank może być w szoku albo leżeć gdzieś ranny.

Jon pota­kuje z chłodną uprzej­mo­ścią w oczach.

- A chło­pak roz­no­szący gazetę... Czy ktoś z nim roz­ma­wiał?

- Tak, nic nie widział, nic nie sły­szał.

- Wiemy, kiedy widziano go po raz ostatni? Mam na myśli męża.

- Nie.

- Popra­cuj nad tym. I dopil­nuj, żeby­śmy od razu dostali loka­li­za­cję jego tele­fonu.

- Okej.

- Ręka­wiczki?

Sanna staje przed Jonem, wyciąga rękę i spo­gląda na ludzi w ogro­dzie. W ten spo­sób Jon, wrę­cza­jąc jej dwie pary latek­so­wych ręka­wi­czek, nie widzi, na co patrzy Sanna, i musi wycią­gać szyję.

- Popro­si­łam chło­pa­ków, żeby spi­sali nazwi­ska i tele­fony wszyst­kich gapiów, któ­rzy się nam przy­glą­dają. Żaden jed­nak nie miał przy sobie notesu - dodaje.

- Okej. Zajmę się tym.

- I jak naj­szyb­ciej wezwij tu pogo­to­wie.

Jon mam­ro­cze, że się postara. Kiedy Sanna odwraca się i idzie do willi, mocny zapach jego wody po gole­niu dra­pie ją w gar­dle. Bie­rze głę­boki wdech i kaszle, ale dra­pa­nie upar­cie powraca.

Przed­po­kój poma­lo­wano na deli­katny sza­ro­nie­bie­ski kolor. Jedną ścianę pokry­wają obrazy olejne w ramach. Na dru­giej wisi spo­rej wiel­ko­ści kamion­kowa pła­sko­rzeźba. Przy drzwiach stoi oka­zała por­ce­la­nowa waza - sto­jak na para­sole, a obok niej para zabło­co­nych kalo­szy.

Dzieła sztuki odbi­jają się w mar­mu­ro­wej posadzce. W domu, pomimo zamie­sza­nia na zewnątrz, panuje cisza.

Na sto­liku pod ścianą stoi srebrna misa. Wystaje z niej drew­niany uchwyt, a w samej misie znaj­duje się per­fo­ro­wana srebrna główka. Kro­pi­dło. San­nie prze­cho­dzi przez myśl, że to dziwne trzy­mać w domu przy­rząd do świę­ce­nia, musi to być zapewne okaz kolek­cjo­ner­ski. Potem zauważa wypchaną kopertę, która leży pod kro­pi­dłem. Wkłada ręka­wiczki i ostroż­nie ją pod­nosi, żeby się jej przyj­rzeć. Koperta jest czy­sta. Po otwar­ciu wewnątrz widać mie­dzio­ryt Daga Hammarskjölda, a w środku leży kilka tysięcy koron. Pod kopertę na dnie srebr­nej misy wsu­nięto kilka zło­żo­nych bank­no­tów o nomi­nale stu koron opa­trzo­nych żółtą kar­teczką z literą "W" i rysun­kiem pro­stego kwiatka.

Sanna ostroż­nie odkłada kopertę i wysyła do Sud­dena ese­mesa z prośbą, żeby on albo któ­ryś z jego tech­ni­ków jesz­cze raz na to spoj­rzał.

W progu salonu wita ją stę­chły, ciężki odór krwi. Podaje Eir drugą parę ręka­wi­czek.

- Dzię­kuję. Roz­ma­wia­łaś z sąsiadką? Widzia­łam cię przez okno.

- Tak, nic nowego. Poza tym, że zagi­niony mąż poru­sza się na wózku inwa­lidz­kim.

- Tak, tak przy­pusz­cza­łam - mówi Eir, popra­wia ochra­niacz ma bucie i wska­zuje na zdję­cie w ramce. Męż­czy­zna sie­dzi na wózku. Kobieta lekko się nad nim pochyla, jedną rękę trzyma na jego piersi. Patrzą na sie­bie czule. Ich rysy są deli­katne. W kąci­kach ust kobiety czai się uśmiech.

Sanna roz­gląda się po salo­nie. Wszystko porząd­nie pousta­wiane na swo­ich miej­scach. Nikt tu ni­gdzie nie grze­bał, nie otwie­rał szu­flad ani nie szu­kał sejfu ukry­tego za obra­zami. Jon ma rację, nie było to zwy­kłe wła­ma­nie. Jeśli w ogóle było to wła­ma­nie.

Chaos ogra­ni­cza się wyłącz­nie do naj­bliż­szego oto­cze­nia dużej sofy sto­ją­cej pośrodku pokoju. Sanna dostrzega na niej zwłoki, a na pod­ło­dze roz­lewa się olbrzy­mia kałuża. Wszę­dzie leżą płyty z prze­zro­czy­stego pla­stiku zosta­wione przez tech­ni­ków. Mimo to dookoła widać wyraźne krwawe ślady, kroki pro­wa­dzą we wszyst­kie strony, głów­nie mię­dzy drzwiami a sofą. Małe, nie­re­gu­larne i gorącz­kowe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki