Grzebielec - Fredrik P. Winter

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (41,33 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Wy­daje ci się, że we wła­snym domu je­steś bez­pieczny. Nikt nie prze­drze się przez za­mknięte na klucz drzwi ani przez tar­czę ochronną alarmu an­tyw­ła­ma­nio­wego. Ale ja wcho­dzę przez pod­łogę.

Po­nie­dzia­łek, 8 li­sto­pada

Wy­siadł­szy z tram­waju, An­nika pod­jęła próbę otwo­rze­nia pa­ra­sola na wie­trze. Był po­nie­dział­kowy po­ra­nek i je­sień po­nuro wi­siała nad Göte­bor­giem. Wyj­ście na dwór wy­ma­gało wiele siły du­cha, a trzy­ma­nie pa­ra­sola - tyle samo siły mię­śni. W końcu An­nika pod­dała się i, la­wi­ru­jąc mię­dzy ka­łu­żami w dro­dze do pracy, po­zwo­liła niebu wy­le­wać na sie­bie strugi lo­do­wa­tego desz­czu.

Mi­ja­jąc kino Dra­ken i dom kul­tury, była od za­wietrz­nej strony. Jed­nak gdy tylko wy­szła na par­king przed żół­tym ma­ga­zy­nem, który są­sia­do­wał z Wy­daw­nic­twem Eklund, jej miej­scem pracy, wiatr ude­rzył z pełną siłą, tar­ga­jąc jej włosy. W tle po­nad ma­ga­zy­nem gó­ro­wał błę­kitny ko­min elek­trowni Ro­sen­lund­sver­ket. W ta­kim desz­czu można się było tylko do­my­ślać, że gdzieś wy­soko mi­gają na nim czer­wone świa­tła ostrze­gaw­cze.

Sze­lesz­czący dźwięk kro­pel ude­rza­ją­cych w mo­kry as­falt wy­da­wał się kon­ku­ro­wać z mo­no­ton­nym szu­mem sa­mo­cho­dów wjeż­dża­ją­cych do i wy­jeż­dża­ją­cych z Göta­tun­neln, tu­nelu pod cen­trum Göte­borgu. Białe świa­tła w jedną stronę, czer­wone w drugą. Je­dyną dawką świa­tła dzien­nego, jaką miały do za­ofe­ro­wa­nia te je­sienne dni, była za­mglona sza­rość w oko­li­cach go­dziny dwu­na­stej. Po­mimo nie­ustan­nego mroku i sen­nego stu­ka­nia desz­czu o szyby, An­nika każ­dej nocy wal­czyła, aby cho­ciaż na chwilę za­paść w sen. Na szczę­ście zimno i kawa spra­wiały, że była na tyle przy­tomna, żeby ja­koś funk­cjo­no­wać.

Prze­szła na skos przez par­king i szarp­nęła drzwi na klatkę scho­dową. Już dawno prze­stali za­my­kać je na klucz. Za­mek ła­two się psuł, więc drzwi nie­rzadko zo­sta­wały nie­za­mknięte na noc; bez­domni czę­sto wcho­dzili i spali na klatce. Kiedy An­nika przy­cho­dziła do pracy, z re­guły już ich nie było. Je­dy­nie po­je­dyn­cze pu­ste bu­telki zdra­dzały ich nie­dawną obec­ność. Wy­da­wało się, że mieli nie­pi­sane po­sta­no­wie­nie nie prze­szka­dzać dzier­żaw­com, aby nie stra­cić lo­kum.

Tuż przed drzwiami le­żał ko­piec wil­got­nej ziemi, tak jakby ktoś upu­ścił do­niczkę i po so­bie nie po­sprzą­tał. An­nika omi­nęła go i we­szła do środka. Fleki jej skó­rza­nych ko­za­ków po­śli­zgnęły się na gru­dach ziemi po dru­giej stro­nie progu.

Po­trzą­snęła tylko głową i we­szła po scho­dach. Świetny, wspa­niały po­czą­tek dnia - po­my­ślała. Wkle­pała kod do drzwi i we­szła do prze­stron­nego holu, w któ­rym na ścia­nach wi­siały okładki ksią­żek opu­bli­ko­wa­nych przez Wy­daw­nic­two Eklund. Uśmiech­nęła się na wi­dok dwóch be­st­sel­le­rów wy­daw­nic­twa: Chło­paka w Zie­lone Świątki i Świę­to­jań­skiej dziew­czyny z se­rii Tur­wall, do suk­cesu któ­rej sama się przy­czy­niła.

Od­wie­siła prze­mo­czony płaszcz na wie­szak koło drzwi, a z ła­zienki przy­nio­sła ka­wa­łek pa­pieru to­a­le­to­wego. Gdy pró­bo­wała usu­nąć z bu­tów błoto, z po­koju so­cjal­nego wy­szła Ka­trin Falk, jedna z re­dak­to­rek.

- Cześć, pani re­dak­tor - za­gad­nęła Ka­trin. Dłońmi obej­mo­wała duży ku­bek her­baty. - Pa­skudna po­goda, co?

- Fa­talna! - od­parła An­nika, ce­lu­jąc zu­ży­tym pa­pie­rem do ko­sza na śmieci przy drzwiach. - Za­czę­li­ście już? Tram­waj mi się spóź­nił - skła­mała. To ona sama jak zwy­kle miała pro­blem ze wsta­niem z łóżka na czas.

- Jesz­cze nie, ale wszy­scy już cze­kają.

- Wszy­scy? - An­nika unio­sła brwi. - Zdążę jesz­cze zro­bić kawę?

Ka­trin przy­tak­nęła.

- Le­piej zrób.

An­nika spoj­rzała na Ka­trin py­ta­ją­cym wzro­kiem, ale ta zi­gno­ro­wała ją i znik­nęła w drzwiach sali kon­fe­ren­cyj­nej. An­nika po­czuła nie­po­kój. Po­szła do swo­jego po­koju od­sta­wić to­rebkę, wy­jęła lunch w pu­dełku śnia­da­nio­wym i udała się do po­miesz­cze­nia so­cjal­nego. Było tuż po dzie­wią­tej. Naj­wyż­szy czas zro­bić coś po­ży­tecz­nego.

W po­nie­działki grupa ma­szy­no­pi­sowa spo­ty­kała się, aby wspól­nie przej­rzeć stertę, jak piesz­czo­tli­wie na­zy­wali zbiór pro­po­zy­cji wy­daw­ni­czych, które spły­nęły do wy­daw­nic­twa w ciągu ze­szłego ty­go­dnia. Już dawno nie udało im się tra­fić na nic sen­sow­nego, ale wszy­scy zgod­nie twier­dzili, że wszyst­kie na­de­słane pro­po­zy­cje na­leży trak­to­wać na se­rio. Prze­cież wła­śnie w ten spo­sób któ­re­goś razu tra­fił w ich ręce pierw­szy tom se­rii Tur­wall Jana Apel­grena. Po­mimo kilku do­brych lat od pu­bli­ka­cji sprze­daż tych dwóch ksią­żek na­dal sta­no­wiła jedną czwartą przy­chodu wy­daw­nic­twa. To­czyły się na­wet roz­mowy o ich ekra­ni­za­cji, ale wszyst­kie plany wzięły w łeb, gdy au­tor i jego żona za­gi­nęli bez śladu pra­wie sześć lat temu. Wszel­kie próby od­na­le­zie­nia ich za­koń­czyły się fia­skiem, więc po pew­nym cza­sie po­szu­ki­wa­nia zo­stały za­wie­szone. Nie było z kim pod­pi­sać umów do­ty­czą­cych praw au­tor­skich; idea filmu o Tur­wallu prze­pa­dła ra­zem z au­to­rem.

An­nika wzięła łyk pa­ru­ją­cej kawy i we­szła do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Stół, jak zwy­kle w po­nie­działki, był za­sy­pany wy­dru­ko­wa­nymi tek­stami, ale tym ra­zem zgro­ma­dziło się przy nim nie­zwy­kle dużo osób: wszy­scy pra­cow­nicy wy­daw­nic­twa, od eko­no­mi­stów po wy­daw­ców i spe­cja­li­stów od re­klamy. Ich znu­żone spoj­rze­nia wska­zy­wały, że cze­kali tylko na nią.

Przy krót­szym boku stołu sie­dział Fre­drik Ask, dy­rek­tor wy­daw­nic­twa, i śle­dził ją wzro­kiem, spo­glą­da­jąc zza swo­ich wą­skich oku­la­rów. Ciemne oprawki kon­tra­sto­wały z pa­smami si­wi­zny na czar­nych wło­sach i pod­kre­ślały wy­datne ko­ści po­licz­kowe.

An­nikę prze­peł­niło nie­przy­jemne uczu­cie. Fre­drika z re­guły nie było na po­nie­dział­ko­wych spo­tka­niach i jego obec­ność wy­da­wała się dziwna. Za­rzą­dzał on wy­daw­nic­twem tak, jakby to był za­kład pro­duk­cyjny, i nie prze­kra­czał jego progu, je­śli ko­niecz­nie nie mu­siał. An­nika to do­ce­niała. Miał na tyle roz­sądku, aby nie pchać się w kwe­stie ar­ty­styczne, o ile tylko książki przy­no­siły ocze­ki­wany zysk. Cho­ciaż w ostat­nim cza­sie zysk wcale nie był taki oczy­wi­sty, przy­po­mniała so­bie.

An­nika wy­su­nęła krze­sło koło Ka­trin.

- Dzieje się coś nad­zwy­czaj­nego? - spy­tała szep­tem.

Ka­trin w pod­po­wie­dzi tylko wzru­szyła ra­mio­nami. Fre­drik po­cze­kał cier­pli­wie, aż An­nika usią­dzie. Jego głos zbu­rzył trwa­jącą ci­szę.

- Cie­szę się, że wszy­scy pań­stwo wresz­cie do­tar­li­ście. Będę się stresz­czał. - Od­kaszl­nął i złą­czył ręce na stole jak do mo­dli­twy. - Zda­je­cie so­bie sprawę, że branża wy­daw­ni­cza od wielu lat jest w kry­zy­sie. Jak do­tąd Eklund trzy­mał się nie­źle, zwłasz­cza dzięki se­rii Tur­wall i Zbrodni z Wy­spy Wil­ków Stiny von Gry­ning, ale te­raz smutna rze­czy­wi­stość do­pa­dła i nas. Sprze­daż leci na łeb na szyję. Kie­row­nic­two zle­ciło mi w ze­szły pią­tek spo­rzą­dze­nie bi­lansu fi­nan­so­wego i po­in­for­mo­wa­nie pań­stwa o re­zul­ta­cie.

- Co to dla nas ozna­cza? - spy­tał To­mas Rönn, ko­lejny z czwórki re­dak­to­rów. Po­chy­lił się nad sto­łem, opie­ra­jąc na bla­cie skrzy­żo­wane ra­miona. Pod­wi­nięte rę­kawy ko­szuli od­kry­wały owło­sione przed­ra­miona.

Fre­drik ob­da­rzył go po­sęp­nym spoj­rze­niem.

- Naj­pro­ściej mó­wiąc, nie­długo skoń­czą nam się pie­nią­dze - od­po­wie­dział.

Po­mruk za­sko­cze­nia pod­niósł się wo­kół stołu. An­nika na­po­tkała wzrok Ka­trin. Jej oczy były jesz­cze bar­dziej okrą­głe niż za­zwy­czaj, a uchy­lone usta su­ge­ro­wały, że chcia­łaby coś po­wie­dzieć. Nic jed­nak nie pa­dło z jej ust.

- Co? - wy­rwało się Re­becce Col­lin. Jej bran­so­letki z me­ta­lo­wych łań­cusz­ków dzwo­niły przy każ­dym ru­chu. Re­becka, trzeci re­dak­tor ini­cju­jący, była prze­ci­wień­stwem An­niki: za­wsze per­fek­cyj­nie uma­lo­wana, wy­po­sa­żona w pier­ścionki, bran­so­letki i za­zwy­czaj wię­cej niż je­den na­szyj­nik.

- Kie­row­nic­two ka­zało mi nie nie­po­koić was bar­dziej, niż to ko­nieczne - po­wie­dział Fre­drik Ask. - Wła­ści­ciele są w sta­nie jesz­cze tro­chę nas za­si­lić do­dat­ko­wymi fun­du­szami, ale nie chcę was oszu­ki­wać. Je­śli nie uda nam się pod­bić sprze­daży, to...

- Co wtedy? - spy­tała An­nika.

- Po pro­stu dla nas to ozna­cza ban­kruc­two - Fre­drik roz­ło­żył ręce w bez­rad­nym ge­ście.

Wo­kół stołu za­le­gła ci­sza. An­nika od­sta­wiła ku­bek z kawą na je­den z ma­szy­no­pi­sów. Po­wie­trze w sali zgęst­niało. Ka­trin po­ki­wała głową, nic nie mó­wiąc. An­nika czuła się pu­sta w środku. Słowo "ban­kruc­two" za­wi­sło w po­wie­trzu jak zły duch.

W końcu ci­szę prze­rwał Je­sper Ols­son, je­den z re­dak­to­rów.

- Ale co ty, do cho­lery, ga­dasz? Chcesz nas te­raz wy­wa­lić? Mamy pa­ko­wać ma­natki?

- Nie mogę te­raz od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie - od­parł Fre­drik.

An­nika zwró­ciła uwagę na jego ton pe­łen re­zy­gna­cji.

- Kto jak kto, ale ty mu­sisz wie­dzieć - na­ci­skał Je­sper. Twarz mu pło­nęła.

- Uspo­kój się. Mówi prze­cież, że nie wie. - To­bias uniósł rękę, jakby chcąc go za­trzy­mać.

Je­sper opadł na krze­sło, skrzy­żo­wał ręce na pier­siach i wzbu­rzony po­ki­wał głową.

- Nie za­mie­rzam kła­mać - po­wie­dział Fre­drik - ale nie wy­gląda to do­brze. Jed­nak nie wszystko jesz­cze stra­cone - wska­zał ręką w stronę góry pro­po­zy­cji wy­daw­ni­czych le­żą­cych na stole. - Kto wie, może nasz ra­tu­nek jest wła­śnie tu­taj. Wie­cie jak to jest, je­den be­st­sel­ler i się od­ku­jemy.

An­nika rzu­ciła okiem na plik kar­tek, na któ­rych wcze­śniej po­sta­wiła ku­bek. Re­wanż re­por­tera. Je­śli coś ma nas ura­to­wać, to na pewno nie to, po­my­ślała gorzko.

Ka­trin pod­nio­sła ma­szy­no­pis w nie­bie­skiej fo­lio­wej okładce.

- Czy­ta­łam to w week­end. Cał­kiem nie­złe, w su­mie. - Ner­wowo za­ło­żyła włosy za ucho i na­tych­miast je­den ko­smyk znów spadł jej na oczy. Jej fry­zura na pa­zia była za krótka.

Fre­drik roz­pro­mie­nił się.

- A wi­dzisz! Co to jest?

- Ach... - Ka­trin za­ru­mie­niła się i spu­ściła wzrok.

An­nika bar­dzo jej współ­czuła. Wi­działa ten wzrok już wiele razy, za­wsze wtedy, kiedy Ka­trin przed­sta­wiała coś, co po­do­bało się jej, ale ra­czej ni­komu poza tym.

- Za­sta­nów­cie się, ile lu­dzi ogląda ta­kie rze­czy na Net­fli­xie. Albo w ki­nie.

- Czy to znowu jest fan­tasy? - spy­tał To­bias, po­nuro mie­rząc Ka­trin wzro­kiem. Ka­trin spoj­rzała na An­nikę w po­szu­ki­wa­niu wspar­cia.

- Science fic­tion - od­parła Ka­trin. - Na­zywa się Z po­pio­łów Ziemi.

An­nika miała ochotę ob­jąć Ka­trin i przy­tu­lić do serca. Miała po­trzebę to zro­bić za­wsze, ile­kroć ko­le­żanka wy­cho­dziła ze swo­imi spe­cy­ficz­nymi pro­po­zy­cjami. Ale tym ra­zem rów­nież po pro­stu uśmiech­nęła się tak przy­jaź­nie, jak tylko była w sta­nie. Wy­daw­nic­two Eklund fak­tycz­nie pró­bo­wało kie­dyś wy­dać se­rię fan­tasy. Pierw­sza część sprze­da­wała się wpraw­dzie le­piej, niż ocze­ki­wano, ale wła­ści­ciele nie pod­chwy­cili te­matu i nie po­zwo­lili im wy­dać reszty.

- Przy­kro mi - rzekł Fre­drik - ale mu­szę za­pro­te­sto­wać. Po­trze­bu­jemy be­st­sel­lera. Ja też lu­bię al­ter­na­tywne książki, ale to zde­cy­do­wa­nie nie ten mo­ment.

Ka­trin po­ki­wała głową i odło­żyła tekst na stół. Jej wzrok spo­czął przez dłuż­szą chwilę na stro­nie ty­tu­ło­wej, tak jakby chciała się po­że­gnać.

- Po­trze­bu­jemy cze­goś, co się sprze­daje - po­wtó­rzył Fre­drik. - Na­prawdę nic ta­kiego nie mamy pod ręką?

Zbrod­nia, po­my­ślała An­nika, cze­ka­jąc aż inni za­biorą głos. To się sprze­daje. Naj­le­piej by­łoby wy­dać kry­mi­nał do­pra­wiony znie­sma­cza­ją­cym sek­sem. Na samą myśl po ple­cach prze­szedł jej dreszcz. W li­te­ra­tu­rze aż roi się od zbrodni. Li­sty be­st­sel­le­rów były na­szpi­ko­wane po­wie­ściami o dys­funk­cyj­nych po­li­cjan­tach i be­stial­skich se­ryj­nych mor­der­cach. An­nika od­pły­nęła my­ślami gdzieś da­leko. Musi prze­cież być coś in­nego, coś, co mo­głoby prze­bić się przez ten cały chaos. Ale co?

- Nie­długo po­winna do nas tra­fić ko­lejna część Zbrodni z Wy­spy Wil­ków - od­rzekł To­bias. - Stina ma co prawda lek­kie opóź­nie­nie, ale na­pi­sała do nas ma­ila z prze­pro­si­nami w ze­szłym ty­go­dniu.

An­nika spró­bo­wała przy­po­mnieć so­bie, czy na pewno nie czy­tała w ostat­nim cza­sie nic in­te­re­su­ją­cego, co przy­ku­łoby jej uwagę i być może wy­ma­gało po­now­nego spraw­dze­nia.

- Spró­buj ją zmo­ty­wo­wać, żeby skoń­czyła jak naj­szyb­ciej, To­bias - po­pro­sił Fre­drik. - Póki co grupa ma­szy­no­pi­sowa zo­staje grupą kry­zy­sową. Wy­my­śl­cie co­kol­wiek, by­leby się sprze­da­wało - Fre­drik po­słał Ka­trin ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. - No do­bra, w roz­sąd­nych gra­ni­cach.

To­bias po­pra­wił się na krze­śle.

- Okej, w ta­kim ra­zie zo­baczmy naj­pierw, co mamy tu­taj. Po­cze­kamy z praw­dzi­wym spo­tka­niem kry­zy­so­wym do ju­tra. W po­rządku?

Nikt nie od­po­wie­dział, ale ci­sza wo­kół stołu była zna­cząca. Fre­drik po­że­gnał się i opu­ścił spo­tka­nie. Rzu­cił na od­chod­nym, że do­brze by było zna­leźć ko­lejny be­st­sel­ler jesz­cze przed świę­tami. Po­zo­stali uczest­nicy rów­nież za­częli wy­cho­dzić je­den po dru­gim, aż przy stole zo­stała tylko grupa ma­szy­no­pi­sowa.

Znie­chę­ceni, pa­trzyli po so­bie w ci­szy. Na­stęp­nie, aby przejść nad tą sy­tu­acją do po­rządku dzien­nego, za­częli roz­dzie­lać na­de­słane tek­sty mię­dzy sie­bie, pra­wie tak jak zwy­kle. Mimo wszystko w ich ru­chach było coś me­cha­nicz­nego. Wszy­scy byli zszo­ko­wani i nie­zdolni my­śleć o ni­czym in­nym niż o tym, że wkrótce mogą być bez­ro­botni. An­nika za­uwa­żyła, jak Ka­trin dys­kret­nie otarła spły­wa­jącą łzę.

Ro­zu­miała ją. Wszy­scy tu­taj ko­chali swoją pracę. Wie­dzieli do­brze, że branża miała pro­blemy, ale nikt nie przy­pusz­czał, że kry­zys do­się­gnie także Wy­daw­nic­two Eklund. Byli du­żym gra­czem na rynku zde­cy­do­wa­nie dłu­żej, niż An­nika mo­gła się­gnąć pa­mię­cią.

Dzi­siaj wię­cej niż zwy­kle tek­stów odło­żono na bok. Nikt nie miał ochoty czy­tać. Wszystko, co sa­mym tylko ty­tu­łem nie przy­ku­wało uwagi albo za­czy­nało się od opisu po­gody, od razu tra­fiało do śmiet­nika. Gdy skoń­czyli, ro­ze­szli się do swo­ich po­ko­jów, aby po­od­pi­sy­wać na ma­ile.

Wzrok An­niki ska­kał mię­dzy ekra­nem a cienką kupką tek­stów. Czuła się, jakby rze­czy­wi­stość znaj­do­wała się za szkłem. Z nie­chę­cią wzięła je­den z tek­stów i za­częła czy­tać. Wcale jej nie in­te­re­so­wał. Jej my­śli były te­raz zu­peł­nie gdzieś in­dziej. Je­dyne, o czym my­ślała, prze­glą­da­jąc de­biu­tanc­kie po­wie­ści wy­słane w na­dziei na pu­bli­ka­cję, to były jej wła­sne plany o domu i dzie­ciach. Czy zde­cy­dują się ku­pić dom, je­śli mia­łaby zo­stać bez pracy?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

So­bota, 6 li­sto­pada

Ce­ci­lia Wre­ede ostroż­nie po­sta­wiła stopę, aby nie uszko­dzić do­wo­dów rze­czo­wych. Pod­łoga była za­sy­pana su­chymi ka­wał­kami tynku ze ścian i su­fitu. Wszę­dzie, po­śród grud wil­got­nej ziemi, stały małe, żółte ta­bliczki, wy­glą­da­jące ni­czym plan­sze re­kla­mowe w mi­nia­tu­rze.

To mu­siała być kie­dyś bar­dzo przy­tulna su­te­rena. Te­raz śmier­działo tu ple­śnią. Ta­pety, od­kle­jone od prze­nik­nię­tych wil­go­cią ścian, wi­siały przy li­stwach pod­ło­go­wych w wiel­kich ar­ku­szach pa­pieru. Od­sło­nięte w ten spo­sób wy­tarte, be­to­nowe mury były w ca­ło­ści po­pę­kane i pełne nie­re­gu­lar­nych dziur.

Wan­dale nie oszczę­dzili na­wet skó­rza­nej ka­napy - je­dy­nego me­bla, który można było uznać za kom­pletny. Wy­peł­nie­nie wy­ła­ziło z po­du­szek przez szcze­liny, praw­do­po­dob­nie roz­cięte no­żem. Sto­lik ka­wowy zo­stał zde­mo­lo­wany, po­dob­nie zresztą jak fo­tel przy ko­minku i te­le­wi­zor. Po­piół i ka­wały wę­gla le­żały po­roz­rzu­cane na klin­kie­ro­wej pod­ło­dze przed roz­bitą szybą ko­min­kową, a szcze­liny w po­od­pry­ski­wa­nych płyt­kach ob­na­żały le­żący pod spodem be­ton. Po­śród po­piołu i ziemi po­ły­ski­wały zie­lone odłamki szkła z bu­te­lek po wi­nie i ma­leń­kie ka­wałki szkła har­to­wa­nego z ko­min­ko­wej szyby.

Cały ten ba­ła­gan prze­cięty był śla­dem krwi. Ktoś naj­wy­raź­niej cią­gnął ciało z sa­lonu na ko­ry­tarz pro­wa­dzący do piw­nicy.

Ce­ci­lia przy­gry­zła wargę.

- Gdzie? - rzu­ciła py­ta­nie w prze­strzeń, po­dą­ża­jąc wzro­kiem za krwawą ścieżką. Wi­dok krwi nie ru­szał jej już od dawna. Mimo to ten czer­wo­no­brą­zowy ślad spra­wiał, że ro­biło jej się nie­do­brze. Wie­działa, co na nią czeka.

- Tam, gdzie zwy­kle - Jo­nas An­drén, jej naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik, z sze­le­stem wska­zał pal­cem na wej­ście do piw­nicy.

Ce­ci­lia nie mo­gła opę­dzić się od my­śli, że w swoim bia­łym, pla­sti­ko­wym kom­bi­ne­zo­nie wy­glą­dał jak ogromne nie­mowlę. Tylko oku­lary wy­sta­wały mu spod na­cią­gnię­tego na głowę kap­tura. Ona mu­siała wy­glą­dać tak samo idio­tycz­nie.

- W ko­tłowni. Chodź.

Ce­ci­lia kiw­nęła głową i ru­szyła za Jo­na­sem do piw­nicy, sta­ra­jąc się jed­nak nie na­stą­pić na strugę krwi. Otwo­rzyw­szy drzwi, w ostrym świe­tle uj­rzeli jesz­cze wię­cej grud ziemi i błot­ni­ste ślady, ozna­czone ko­lej­nymi ma­łymi żół­tymi ta­blicz­kami.

- Uwa­żaj, żeby tu na nic nie na­dep­nąć - po­wie­dział Jo­nas. - Bie­gli są­dowi jesz­cze nie po­brali pró­bek krwi. Cho­ciaż i tak je­ste­śmy pra­wie pewni, kim była ofiara. Na­zy­wała się Linda Sand­ström. Matka dwójki dzieci, roz­wódka. Ku­piła ten dom parę lat temu i wła­śnie kła­dła nowy dre­naż.

- Jak wszyst­kie ofiary do­tych­czas - Ce­ci­lia po­twier­dziła ru­chem głowy. - Całe po­dwórko jest roz­ko­pane. Mu­sia­łam się nie­źle na­pra­co­wać, żeby tu do­trzeć.

Ostre świa­tło lamp bu­dow­la­nych od­bi­ja­jące się od kom­bi­ne­zonu Jo­nasa ośle­piło Ce­ci­lię. Chcąc przy­zwy­czaić oczy do świa­tła, mru­gała czę­sto, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie przy­go­to­wać się na to, co miało na­stą­pić. Brała w tym udział już tyle razy, że po­winna się przy­zwy­czaić. Mimo to czuła wzra­sta­jący puls i miała wra­że­nie, jakby soki żo­łąd­kowe co­fały się jej do prze­łyku. Wi­działa prze­cież wiele ofiar mor­derstw, czę­sto w nie­na­tu­ral­nych po­zy­cjach, na naj­gor­szą ma­ka­brę mo­gła pa­trzeć bez stra­chu. Ale za każ­dym ra­zem wła­śnie tego wi­doku nie mo­gła znieść. Nie było ciała. I wła­śnie brak ofiary był gor­szy niż jej obec­ność.

Na środku pod­łogi była dziura, ro­ze­rwana od spodu. Do­okoła le­żały po­roz­rzu­cane bryły be­tonu, po­ła­mane klin­kie­rowe płytki i grudy ziemi, która ro­iła się od larw, peł­zała czar­nymi ro­ba­lami. Krwawy ślad ury­wał się na kra­wę­dzi otworu.

Ce­ci­lia ukuc­nęła przy nim. Bez trudu mógłby się w nim zmie­ścić czło­wiek. Czuła, jak ciem­ność gapi się na nią ze środka wą­skiego pod­ziem­nego tu­nelu. Za­krę­ciło jej się w gło­wie i pod­parła się ręką, aby nie stra­cić rów­no­wagi. Czuła fu­rię. Fu­rię, bo znów nie było ciała. Bo znów znaj­do­wała się w mar­twym punk­cie. Jakby ja­kaś klą­twa wi­siała nad ca­łym tym śledz­twem. Po­trzą­snęła głową.

- Kurwa.

- Spo­dzie­wa­łaś się cze­go­kol­wiek in­nego?

- Nie - od­po­wie­działa, wsta­jąc. - Ale mia­łam na­dzieję.

- Na co?

- Do­bre py­ta­nie. Na zwy­kłe mor­der­stwo, na przy­kład?

Jo­nas za­śmiał się.

- Jest 6 li­sto­pada, Cissi. Wiesz do­brze, co się wtedy dzieje.

- Wiem - przy­znała Ce­ci­lia. - Wiem, wszy­scy wie­dzą. Tylko ja mam tego tak cho­ler­nie dość.

Apa­tycz­nie ro­zej­rzała się wo­kół. Ko­tłow­nia była pełna kar­to­no­wych pu­deł, po­usta­wia­nych na so­bie. Do jed­nej ze ścian przy­krę­cono półkę, która obec­nie była za­rzu­cona lal­kami Bar­bie w fa­brycz­nych opa­ko­wa­niach.

- Prę­dzej czy póź­niej go znaj­dziemy - prze­ko­ny­wał Jo­nas.

- Nie by­ła­bym taka pewna. - Ce­ci­lii dreszcz prze­biegł po ple­cach. Gdyby tylko można było wziąć lalki na świad­ków, po­my­ślała. Ni­gdy ich nie lu­biła. Ich nie­praw­dziwe oczy wpa­try­wały się w nią oskar­ży­ciel­sko. Jesz­cze raz spoj­rzała na dziurę w pod­ło­dze, po­now­nie po­trzą­snęła głową, od­wró­ciła się gwał­tow­nie i wy­szła z po­miesz­cze­nia. - Po­ra­dzi­cie so­bie, nie ma sensu, że­bym tu dłu­żej była.

- Do­kąd idziesz? - spy­tał Jo­nas.

- No, zgad­nij. Na ko­mendę. Ktoś musi prze­cież po­wie­dzieć pra­sie, że Grze­bie­lec po­chło­nął ko­lejną ofiarę.

Ty­tuł ory­gi­nału: Grävlin­gen
Co­py­ri­ght ? Fre­drik P. Win­ter, 2020 ac­cor­ding to Agre­ement with Bo­okLab Agency, Po­land and En­berg Agency Swe­den
Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion ? Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o., War­szawa 2024
Wszyst­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie ani po­wie­lana gra­ficz­nie, elek­tro­nicz­nie czy me­cha­nicz­nie, w tym za po­mocą ko­pio­wa­nia, na­gry­wa­nia ani prze­cho­wy­wa­nia w in­for­ma­tycz­nej ba­zie da­nych, bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy. Pro­simy o prze­strze­ga­nie praw twór­ców do ich wła­sno­ści in­te­lek­tu­al­nej i nie­udo­stęp­nia­nie książki w sieci.
Tłu­ma­cze­nie: Mo­nika Wal­czak
Re­dak­cja: Ma­ciej Pie­czyń­ski
Ko­rekta: Mał­go­rzata Stal­mier­ska
Pro­jekt okładki: Na­ta­lia Krzesz­cza­kow­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Szur
ISBN 978-83-213-5319-7
Wy­da­nie I, 2024, Sym­bol 5343/R
CIP Bi­blio­teka Na­ro­dowa
Win­ter, Fre­drik P.
Grze­bie­lec / Fre­drik P. Win­ter
; prze­ło­żyła Mo­nika Wal­czak.
- Wy­da­nie I. - War­szawa : Le­Tra,
2024
Wy­daw­nic­two AR­KADY Sp. z o.o. ul. Do­bra 28, 00-344 War­szawa tel. 22 444 86 50 e-mail: info@ar­kady.eu, www.ar­kady.eu Fa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Ar­kady, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two.ar­kadyFa­ce­book: @Wy­daw­nic­two.Le­tra, In­sta­gram: @wy­daw­nic­two­_le­tra księ­gar­nia wy­sył­kowa: tel. 22 444 86 56 www.ar­kady.info
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

1

To ja je­stem Grze­bie­lec. Po­słu­chaj mo­jej hi­sto­rii. Być może, kiedy ją po­znasz, spoj­rzysz na mnie in­nymi oczami. Ale to i tak ni­czego nie zmie­nia.

Nie­dziela, 7 li­sto­pada

- Nie chcę tu miesz­kać. - Twarz An­niki Gran­lund ja­śniała w uśmie­chu, kiedy mó­wiła te słowa wprost do ucha Mar­tina Gran­lunda.

Mar­tin wzdry­gnął się.

- Dla­czego nie? - Obej­rzał się, aby spraw­dzić, czy reszta lu­dzi oglą­da­ją­cych dom na sprze­daż ich nie sły­szy.

Ja­sno­brą­zowe oczy An­niki błysz­czały jakby w za­chwy­cie.

- Prze­stań, do­brze wiesz, czemu. - Jej do­bry hu­mor był tylko przy­krywką, nikt z oglą­da­ją­cych miesz­ka­nie nie mógł się zo­rien­to­wać, że coś jest nie tak.

- Nie wiem, po­wiedz. - Wiatr za oknem świsz­czał w ga­łę­ziach brzozy sto­ją­cej po­środku traw­nika. Jej po­żół­kłe li­ście wi­ru­ją­cym ru­chem opa­dały na nie­sko­szony traw­nik. - Bo jak cho­dzi o płytki w ła­zience, to je da się ła­two wy­mie­nić.

- Nie, to nie płytki - za­świer­go­tała An­nika.

Przy­gar­nęła męża ra­mie­niem do sie­bie i ła­god­nie wy­pro­wa­dziła z po­koju dzien­nego, który wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak wszyst­kie po­koje dzienne, które oglą­dali przez ostat­nie mie­siące. Prze­strzeń, w któ­rej się znaj­do­wali, to nie był dom. To była oferta agen­cyjna. Marne wy­obra­że­nie ko­goś o tym, jak dom po­wi­nien wy­glą­dać. Świeżo ma­lo­wane białe ściany; oczy­wi­ście nie czy­sta biel, tro­chę zła­mana. No­wo­cze­sny wy­strój, góra po­du­szek na so­fie oraz za­cho­waw­cze ozdoby o wąt­pli­wej uro­dzie. An­nika mo­głaby przy­siąc, że wi­działa już te same ob­razy w in­nych miesz­ka­niach, które oglą­dali. Pa­mię­tała pęk­nięte szkło w ramce jed­nego z nich.

- O co cho­dzi tym ra­zem? - w gło­sie Mar­tina dało się wy­czuć pewną iry­ta­cję. - Lo­ka­li­za­cja jest nie­zła, działka nie wy­maga wiele pracy, wszystko tak, jak chcie­li­śmy, i na­wet mie­ści nam się w bu­dże­cie, o ile nikt inny nie wy­sko­czy z ja­kąś sza­loną kwotą.

An­nika wska­zała ru­chem głowy schody pro­wa­dzące do pod­ziem­nej kon­dy­gna­cji. Do­bie­ga­jące stam­tąd szepty in­nej pary, roz­pra­wia­ją­cej o czymś w su­te­re­nie, spra­wiały, że zimny dreszcz prze­cho­dził jej po ple­cach.

Mar­tin prze­krzy­wił głowę.

- Chyba so­bie żar­tu­jesz.

An­nika uśmiech­nęła się bez po­ka­zy­wa­nia zę­bów i przy­tak­nęła.

- Nie chcę miesz­kać w domu, który ma piw­nicę. Tyle razy ci to mó­wi­łam.

Mar­tin wes­tchnął.

- My­śla­łem, że może spodoba ci się mimo to. Nie mo­żesz prze­cież tak ka­te­go­rycz­nie od­rzu­cać wszyst­kich do­mów, które mają piw­nicę.

- Oczy­wi­ście, że mogę, ko­cha­nie. Na pewno jest mnó­stwo do­mów, które jej nie mają. Nie mo­gli­by­śmy wy­brać któ­re­goś z nich?

Mar­tin wzru­szył ra­mio­nami.

- Do­bra, okej. Z piw­nicą czy bez, jak ty nie chcesz tu miesz­kać, to ja też nie chcę.

An­nika spoj­rzała pro­sto w czy­ste, błę­kitne oczy Mar­tina i po­gła­skała go po ru­da­wej bro­dzie. Jej ob­rączka za­lśniła ma­to­wym bla­skiem.

- Dzię­kuję, skar­bie. Idziemy?

- Ja­sne - uśmiech­nął się, ale dało się wy­czuć, że wal­czył z roz­cza­ro­wa­niem.

Kiedy szli w stronę sa­mo­chodu, żwir na pod­jeź­dzie chrzę­ścił pod ich bu­tami.

- Ro­zu­miem, że my­ślisz, że się po pro­stu cze­piam - mruk­nęła An­nika, ko­piąc szyszkę, która spa­dła ze świerka u są­sia­dów. - Ale z prak­tycz­nego punktu wi­dze­nia, wiesz, ile kło­po­tów może spra­wiać piw­nica?

- Tak, tak, mó­wi­łaś. Wil­goć, dre­naż, który trzeba po­ło­żyć od nowa, pleśń. Ale wiesz, w piw­nicy można mieć masę faj­nych rze­czy.

- Ach tak? - An­nika rzu­ciła szyb­kie spoj­rze­nie z ukosa. - Wy­mień jedną.

- Po­kój roz­rywki?

- Niby ja­kiej? Cała twoja roz­rywka jest na kom­pu­te­rze.

- Si­łow­nia?

- Za­śmiali się. Mar­tin wy­do­był klu­czyki do sa­mo­chodu i otwo­rzył.

- Do­mowe spa?

- O, za­czyna mi się po­do­bać.

- A wi­dzisz.

- Ale na­dal mnie nie na­mó­wi­łeś.

- Ba­wial­nia dla dzieci?

To za­bo­lało. An­nika od­wró­ciła wzrok i przez okno sa­mo­chodu za­częła ob­ser­wo­wać dom - sto­jący po­środku traw­nika pro­sto­kątny bu­dy­nek z brą­zo­wo­czer­wo­nej ce­gły z 1974 roku, ro­snące nie­opo­dal brzozy i jedną wy­soką so­snę, a także wy­ła­nia­jącą się zza rogu ko­mórkę z eter­ni­to­wym po­kry­ciem, przy­sło­niętą prze­ro­śnię­tymi krza­kami peł­nią­cymi funk­cję ży­wo­płotu.

Mar­tin po­chy­lił się w jej stronę.

- A jak będą więk­sze, to bę­dziemy im tam pusz­czać filmy, a sami bę­dziemy sie­dzieć w sa­lo­nie ze zna­jo­mymi.

- Hmm - prze­łknęła ner­wowo.

W drzwiach wej­ścio­wych po­ja­wiła się inna para, która też przy­je­chała oglą­dać dom. Ko­bieta pod­trzy­my­wała rę­kami swój wy­raź­nie za­okrą­glony brzuch. Męż­czy­zna wczy­ty­wał się w ulotkę otrzy­maną od agenta nie­ru­cho­mo­ści. An­nika nie­świa­do­mie od­two­rzyła gest nie­zna­jo­mej ko­biety, głasz­cząc swój brzuch pod czer­wo­nym płasz­czem. Sta­rali się od dawna o dziecko i jej ciało usy­chało już z tę­sk­noty.

- Jedno jest w każ­dym ra­zie pewne - po­wie­działa, z po­wro­tem pa­trząc na Mar­tina - nie mo­żemy mieć dzieci w miesz­ka­niu.

- Tu­taj mo­gli­by­śmy mieć trójkę.

An­nika przy­gwoź­dziła Mar­tina spoj­rze­niem i po­krę­ciła głową.

- Dwójkę. I w in­nym domu, bez piw­nicy. Je­dziemy?