Rozdział INARZĘDZIA WYMIANY
Na pierwszy rzut oka gospodarka to dwa ogromne obszary: produkcja i konsumpcja. W obrębie drugiego wszystko kończy się i unicestwia, w obrębie pierwszego nieustająco się rozpoczyna. "Społeczeństwo - pisze Marks1 - nie może przestać ani produkować, ani konsumować". Banalna to prawda. Proudhon, twierdząc, że praca i jedzenie są jedynym dostrzegalnym celem człowieka, mówi nieledwie to samo. A jednak pomiędzy te dwa światy wślizguje się trzeci, równie łatwy do rozpoznania: wartki strumień wymiany lub, jeśli kto woli, gospodarka rynkowa - w czasach, którym książka ta jest poświęcona, jeszcze niedoskonała i nieciągła, ale już stwarzająca przymusy i mająca z pewnością charakter rewolucjonizujący. W całokształcie gospodarki, która wytrwale dąży do rutynowej równowagi, naruszając ją jedynie po to, aby ponownie przywrócić, jest ona domeną zmian i innowacji. Marks nazywa ją sferą obiegu2, i moim zdaniem jest to termin właściwy. Słowo "obieg", które do ekonomii przeszło z fizjologii3, odnosi się z pewnością do nazbyt wielu spraw jednocześnie. Jeśli wierzyć G. Schellemu4, wydawcy dzieł zebranych Turgota, ten ostatni zamierzał napisać traktat o obiegu poświęcony bankom, systemowi Lawa, kredytowi, kursom pieniężnym oraz handlowi, wreszcie towarom luksusowym, a więc prawie całej gospodarce w jej ówczesnym rozumieniu. Czyż sam termin "gospodarka rynkowa" nie nabrał dziś jednak szerszego znaczenia, przekraczając zakres pojęć obiegu i wymiany?5
A więc mamy trzy światy. W pierwszym tomie palmę pierwszeństwa oddaliśmy konsumpcji. W kolejnych rozdziałach zajmiemy się obiegiem. Trudnym problemom produkcji poświęcimy tom ostatni6, co nie znaczy, że wbrew Marksowi i Proudhonowi uważam je za nieistotne. A jednak spoglądającemu w przeszłość obserwatorowi, jakim jest historyk, niełatwo przychodzi zaczynać badanie od produkcji, domeny niejasnej, trudnej do określenia i niedostatecznie jeszcze zbadanej. Obieg ma natomiast tę zaletę, iż łatwo go obserwować. Wszystko jest tam w ruchu i daje znać o swoich poczynaniach. Zgiełk targowisk bez trudu dociera do naszych uszu. Sądzę, że - bez przesady - potrafiłbym z okien domu Aretina, który w trzydziestych latach XVI wieku codziennie mógł radować oczy widokiem weneckiego placu Rialto7, rozpoznać ówczesnych wielkich kupców czy zwykłych przekupniów. Około 1688 roku mógłbym wejść, nie gubiąc się tam, do gmachu amsterdamskiej giełdy, a może nawet zagrać bez ryzyka popełnienia zbyt wielu pomyłek. Georges Gurvitch zarzuciłby mi niewątpliwie, że to, co "łatwe do zaobserwowania", może okazać się nieistotne i drugorzędne. Nie jestem o tym przekonany i nie sądzę, by Turgot, próbując ogarnąć całokształt gospodarki swoich czasów, tak dalece mógł się pomylić, przyznając obiegowi miejsce uprzywilejowane. Czyż można poza tym pominąć fakt, że geneza kapitalizmu jest ściśle związana z wymianą? Produkcja to wreszcie i podział pracy, a ten nieodwołalnie skazuje ludzi na dokonywanie wymiany.
Któż zresztą świadomie chciałby pomniejszać rolę rynku? Nawet w swej podstawowej formie jest on wybranym miejscem podaży i popytu, kontaktów międzyludzkich, bez których nie mogłaby istnieć gospodarka w potocznym tego słowa znaczeniu, lecz jedynie życie "uwięzione" (po angielsku: embedded) w gospodarce samowystarczalnej lub w nie-gospodarce. Rynek to wyzwolenie, otwarcie, dostęp do innego świata. To sposób utrzymania się na powierzchni. Działania ludzi i wymieniane przez nich nadwyżki powoli przechodzą przez tę wąską szczelinę, a wymagało to niegdyś tyleż trudu, co przejście biblijnego wielbłąda przez ucho igielne. W końcu, gdy społeczeństwo zaczęło stawać się "społeczeństwem upowszechnionego rynku"8, owe szczeliny poszerzyły się i zwiększyła się ich liczba. W końcu, a więc późno i - w odniesieniu do różnych regionów - zawsze w sposób odmienny i zawsze w innym czasie. Nie istnieje więc prosta i linearna historia rozwoju rynków. To, co tradycyjne i archaiczne, pojawia się obok tego, co nowoczesne i bardzo nowoczesne. Dzieje się tak nawet dzisiaj. Choć łatwy jest dostęp do istotnych danych i łatwo jest je gromadzić, niełatwo jednak dokładnie ustalać ich wzajemne związki, nawet w odniesieniu do Europy, która stanowi przecież przypadek uprzywilejowany.
Być może trudność ta, którą w pewnym sensie można się nadmiernie zasugerować, wynika także z faktu, że nasze pole obserwacji, dotyczące okresu od XV do XVIII wieku, to czas jeszcze zbyt krótki. Idealne pole obserwacji powinno obejmować wszystkie rynki świata od ich początków aż do naszych czasów. I właśnie tak ogromnego obszaru dotyczyły prowadzone w niedawnej przeszłości obrazoburcze dociekania Karla Polanyiego9. Czy można jednak objąć wspólnym wyjaśnieniem pseudorynki starożytnej Babilonii, obiegi wymiany prymitywnych ludów Wysp Trobriandzkich dnia dzisiejszego oraz rynki średniowiecznej i preindustrialnej Europy? Nie jestem o tym całkowicie przekonany.
W każdym razie nie ograniczymy się do wyjaśnień o charakterze ogólnym. Zaczniemy od opisu. Najpierw Europy, głównego świadka, którego znamy lepiej od innych. Potem nie-Europy, jako że żaden opis nie mógłby się stać punktem wyjścia istotnych wyjaśnień, gdybyśmy nie odbyli jednak podróży dookoła świata.
EUROPA: TRYBY WYMIANY NA POZIOMIE NISKIM
A więc Europa i przede wszystkim ona. Najbardziej archaiczne formy wymiany zostały tu wyłączone z gry jeszcze przed nadejściem XV stulecia. Począwszy od wieku XII ceny, które znamy lub których istnienia domyślamy się, są cenami podlegającymi wahaniom10. Dowodzi to, iż działają już "nowoczesne" rynki, które, powiązane nawzajem, mogą w pewnych sytuacjach tworzyć zarysy systemów i związków pomiędzy miastami. W rzeczywistości rynkami dysponują jedynie miasta i miasteczka. Targi wiejskie11, niezwykle rzadkie, są pod względem liczebnym nieistotne, choć istnieją jeszcze w XV wieku. Miasto Europy Zachodniej wszystko pochłonęło, wszystko poddało swoim prawom, wymaganiom, instytucjom kontroli. Targ stał się zaś jednym z poruszających je trybów12.
1. Wczesne fluktuacje cen w Anglii
Zwraca uwagę równoległy wzrost cen rozmaitych zbóż wskutek złych zbiorów w roku 1202 Wg: D.L. Farmer, Some Prices Fluctuations in Angevin England, "The Economic Review", 1956-1957, s. 39
Zwyczajne targi, podobne dzisiejszym
W swej podstawowej formie targi istnieją jeszcze dzisiaj. Co najwyżej bywają czasowo zawieszane i w wyznaczone dni, na tradycyjnych placach miast, odżywają na naszych oczach wraz ze swym nieładem, zamieszaniem, wrzawą, zapachami i świeżością produktów żywnościowych. Wczoraj były nieledwie takie same: parę drewnianych straganów na krzyżakach, płachta chroniąca przed deszczem. Każdy sprzedawca miał oznaczone numerem miejsce13, wcześniej wyznaczone i zapisane jak należy w rejestrze, za które trzeba było płacić wedle wymagań władz lub właścicieli. Roił się tam tłum kupujących i ciżba biedoty, rozproszonego i ruchliwego proletariatu: baby łuskające groch, które cieszyły się opinią zagorzałych plotkarek, mężczyźni zajmujący się oprawianiem żab (które na grzbietach mułów przywożono w wielkich ilościach do Genewy14 i Paryża15), tragarze, zamiatacze, woźnice, uliczne handlarki i handlarze, natrętni kontrolerzy, którzy swą lichą profesję przekazywali z ojca na syna, przekupnie, wieśniacy i wieśniaczki łatwi do rozpoznania dzięki swym ubiorom, mieszczki robiące zakupy i służące, które (zdaniem bogatych) wiedziały, jak brać koszykowe (wtedy powiadało się: "jak podkuć muła")16, piekarze sprzedający na targu ciemny chleb, rzeźnicy, których rozliczne stoły tarasowały ulice i place, hurtownicy (handlujący rybą, serem lub masłem)17, poborcy opłat targowiskowych... Wreszcie rozłożone wszędzie towary: osełki masła, góry warzyw, stosy serów, owoce, ociekające wodą ryby, dziczyzna, różne rodzaje mięsa, które rzeźnik dzielił na miejscu, niesprzedane książki, których drukowane stronice służyły do pakowania towarów18. Z wiosek przywożono również słomę, drewno, siano, wełnę, a także konopie, len czy nawet tkane na wsi płótno.
Z pewnością ów podstawowy, wciąż niezmienny rynek utrzymuje się przez wieki dlatego, że jest nie do zwyciężenia w swej krzepkiej prostocie, zapewniając świeżość nietrwałych produktów, które dostarcza wprost z okolicznych pól i ogrodów. A także z racji cen, gdyż rynek podstawowy, na którym sprzedaje się głównie "z pierwszej ręki"19, jest najbardziej bezpośrednią, najprzejrzystszą formą wymiany, najlepiej dozorowaną i chronioną przed szalbierstwem. Czy najsprawiedliwszą? Le livre des métiers (Księga zawodów) Boileau (powstała około 1270)20 wyraźnie to podkreśla: "Słuszne jest, aby żywność pojawiała się na targu i aby można tam było zobaczyć, czy dobra jest i należyta, czy też nie (...), jako że w tym, co sprzedaje się na targu, każdy może korzyść swoją znaleźć, tak biedny, jak i bogaty". Niemieckie powiedzenie głosi, że jest to handel prowadzony ręka w rękę i oko w oko (Hand-in-Hand, Auge-in-Auge Handel)21, wymiana natychmiastowa: to, co jest na sprzedaż, sprzedaje się na miejscu, to, co jest do kupienia, kupuje się natychmiast i w tej samej chwili płaci. Kredyt bardzo rzadko pośredniczy między jednym targiem a drugim22. Ten bardzo stary typ wymiany istniał już w Pompejach, Ostii, w rzymskim Timgad, a także całe wieki i tysiąclecia wcześniej. Miała swoje targi starożytna Grecja, miały dawne Chiny, tak jak i Egipt faraonów czy Babilonia, gdzie wymiana pojawiła się niezwykle wcześnie23. Europejczycy opisali jaskrawy przepych i organizację targu w "Tlalteco, które przylega do Tenochtitlán" (miasto Meksyk)24 oraz "zorganizowane i nadzorowane" targi Czarnej Afryki. Pomimo skromnej wymiany uderzał ich panujący tam ład25. Początki targów etiopskich giną w pomroce dziejów26.
Miasta i targi
Targi miejskie odbywały się zazwyczaj raz lub dwa razy w tygodniu. Dla ich zaopatrzenia konieczne było, żeby wieś miała czas wyprodukować i zgromadzić towary, aby mogła oderwać od pracy część swojej siły roboczej, mającej zająć się sprzedażą (najchętniej powierzaną kobietom). Co prawda wielkie miasta chętnie organizowałyby targi codziennie. Tak właśnie sytuacja wygląda w Paryżu, gdzie w zasadzie (a często i w praktyce) targi powinny odbywać się jedynie w środy i w soboty27. Tak czy inaczej, stałe czy też nieregularne, owe podstawowe rynki łączące miasto i wieś za sprawą swej liczebności i faktu, iż stale się powtarzają, stanowią, jak to podkreślał Adam Smith, najznaczniejszą spośród wszystkich znanych postaci wymiany. Dlatego też władze miejskie zdecydowanie wzięły w swoje ręce organizację targów i nadzór nad nimi: był to dla nich problem żywotny. Władze te czuwają w pobliżu, są szybkie w karaniu, w ograniczaniu i pilnie baczą na ceny. Jeśli na Sycylii jakiś kupiec zażąda sumy wyższej choćby tylko o "grano" od ustalonej ceny, może być skazany nawet na galery. Taki właśnie przypadek zdarzył się 2 lipca 1611 roku w Palermo28. W Châteaudun29 piekarzy, których po raz trzeci już przyłapano na gorącym uczynku, "powiązano niczym serdelki i bez żadnego poszanowania zrzucono z wózka". Obyczaj ów sięgał 1417 roku, kiedy to Karol Orleański nadał członkom Rady Miejskiej prawo rewizji piekarni. Cech uzyskał cofnięcie uciążliwego zarządzenia dopiero w 1602 roku.
Ani nadzór, ani kary nie powstrzymają jednak rozwoju targów, ich rozrastania się zgodnego z wymogami popytu, faktu, że są one sercem miasta. Targ, odwiedzany w określone dni, staje się naturalnym ośrodkiem życia społecznego. Tam się ludzie spotykają, ugadzają, obrzucają obelgami, tam pogróżki zmieniają się w rękoczyny. Tam zdarzają się nieprzyjemne zajścia, a potem procesy ujawniające wspólników. Tam, choć z rzadka, interweniuje straż, w sposób zapewne spektakularny, ale i oględny30. Tam krążą najnowsze wieści polityczne i inne. W roku 1534 na placu targowym Fakenham w hrabstwie Norfolk głośno krytykuje się poczynania i zamiary króla Henryka VIII31. A czyż istnieje w Anglii targ, na którym nie można by przez lata całe wsłuchiwać się w namiętne słowa kaznodziei? Wrażliwy tłum staje tu w obronie każdej sprawy, nawet tej słusznej. Targ jest także miejscem zawierania umów handlowych lub rodzinnych. "Na podstawie ksiąg notarialnych stwierdzamy, że w XV wieku w Giffoni (prowincja Salerno) dzień targowy charakteryzuje się tym, że poza sprzedażą produktów żywnościowych i wyrobów miejscowego rzemiosła odnotowuje się tam wyższy [niż zazwyczaj] procent umów kupna i sprzedaży terenów, dzierżaw wieloletnich, aktów darowizn, intercyz małżeńskich, ustanowień posagów"32. Targ wszystkiemu nadaje szybsze tempo. A nawet, co jest zgodne z logiką, przyspiesza sprzedaż w sklepach. I tak na przykład pod koniec XVII wieku w Anglii William Stout, który prowadził sklep w Lancaster, zatrudnić musi dodatkową pomoc "on the market and fair days"I. Zapewne stanowi to regułę powszechną, jeśli sklepy, rzecz jasna, nie były zamknięte z urzędu, co zdarzało się w wielu miastach w dni targu lub jarmarku34.
Aby uwierzyć, że targ jest ośrodkiem życia społecznego, wystarczy odwołać się do mądrości przysłów. Oto kilka przykładów35: "Prócz przezorności i honoru wszystko na targu możesz kupić". "Kto kupi rybę przed niewodem, musi obejść się jej smrodem". Jeśli obca ci sztuka kupna lub sprzedaży, "targ cię jej nauczy". Jako że na targu nikt nie jest sam, "pamiętaj o sobie, a także o targu" - to znaczy o innych. Włoskie przysłowie mówi, że człowiek przezorny woli przyjaciół na rynku niż pieniądze w kufrze, "val pi? avere amici in piazza che denari nella cassa". W dzisiejszym folklorze dahomejskim istota mądrości to oparcie się pokusom targu. Sprzedawcy nawołującemu "podejdź i kupuj" mędrzec odpowie: "Nie wydam więcej niż to, co posiadam"36.
Targów jest coraz więcej i są coraz bardziej wyspecjalizowane
Targi, wchłonięte przez miasta, wzrastają wraz z nimi. Są coraz liczniejsze; rozsadzają miejskie przestrzenie, zbyt małe, aby je pomieścić. To one kroczą ku nowoczesności, a więc ich przyspieszony rozwój nie zgadza się na żadne przeszkody. Bezkarnie narzucają swój zamęt, swoje odpadki, swój nieustępliwy tłum. Wyjściem z sytuacji wydaje się odsunięcie ich ku bramom miasta, poza mury, w kierunku przedmieść. Tak też dzieje się często, kiedy powstają nowe targi: na placu Saint-Bernard w obrębie paryskiego przedmieścia Saint-Antoine (2 marca 1643 roku), czy też "pomiędzy bramą Saint-Michel a fosą miasta Paryża, ulicą d'Enfer i bramą Saint-Jacques"37 (październik 1660 roku). Jednak poprzednie miejsca spotkań w centrum miasta nie znikają. Z trudem udaje się je przesunąć choćby o krok, jak na przykład w 1667 roku z mostu Saint-Michel na jego obrzeże38 lub pół wieku później z ulicy Mouffetard na pobliski dziedziniec pałacu Patriarchów (maj 1718 roku)39. Nowe nie przepędza starego. Z chwilą gdy powiększają się aglomeracje, a linia murów miejskich zostaje przesunięta, targi - usytuowane przezornie na obwodzie miasta - odnajdują się pewnego dnia po wewnętrznej stronie murów i tam już pozostają.
W Paryżu Parlament, członkowie Rady Miejskiej, naczelnik policji (począwszy od 1667 roku) rozpaczliwie starają się utrzymać targowiska w rozsądnych granicach. Na próżno. W roku 1678 ulica Saint-Honoré staje się nieprzejezdna z winy "targu, który rozłożył się bezprawnie w pobliżu i przed rzeźnią Ociemniałych na ulicy Saint-Honoré, gdzie w dni targowe wiele kobiet i przekupek, tak ze wsi, jak i z miasta, wykłada swoje towary wprost na ulicy i tarasuje przejście, mimo że zawsze winno być swobodne jako jedno z najbardziej ruchliwych i najważniejszych w Paryżu"40. Nadużycie jest tu oczywiste, ale jakże mu zaradzić? Zwolnienie jednego miejsca oznacza zajęcie innego. Prawie pół wieku później ów mały targ Ociemniałych wciąż jeszcze znajduje się w tym samym miejscu. 28 czerwca 1714 roku komisarz Brussel pisze do swego przełożonego w Châtelet: "Przyjąłem dzisiaj skargę mieszczan z całego targu Ociemniałych, gdzie znalazłem się, kupując chleb, skierowaną przeciw przekupkom handlującym makrelami, które wyrzucają rybie oczy, co zapowietrza cały rynek i znaczną stanowi niedogodność. Byłoby rzeczą właściwą (...) nakazać owym kobietom, aby rybie oczy kładły do koszy, które opróżniałyby następnie do wózków, tak jak to czynią niewiasty łuskające groch"41. Jeszcze bardziej skandaliczny, ponieważ odbywa się w Wielki Tydzień na placu przed katedrą Notre-Dame, jest jarmark sadła, prawdziwy wielki targ, na który przybywają paryscy mieszczanie, ci ubodzy i ci mniej ubodzy, aby zaopatrzyć się w połcie słoniny i zapasy szynek. Miejska waga została umieszczona w samej kruchcie katedry. I jak się tam ludzie pchają, żeby przed innymi zważyć swe zakupy! Nie obywa się bez żartów, psikusów i drobnych kradzieży. Nawet strażnicy, którym powierzono pieczę nad utrzymaniem ładu, nie zachowują się lepiej od innych ludzi, karawaniarze z pobliskiego szpitala Hôtel-Dieu pozwalają zaś sobie na niewybredne żarty42. A przecież mimo to kawalerowi de Gramont zezwolono na założenie w 1669 roku "nowego targu pomiędzy kościołem Notre-Dame a wyspą pałacową". Każdej soboty tworzą się tam ogromne korki. I jak tu na zatłoczonym placu zapewnić swobodne przejście kościelnym orszakom czy przejazd karecie królowej?43
Gdy tylko zwalnia się jakieś miejsce, targi przechwytują je natychmiast. W Moskwie każdej zimy, gdy rzeka skuta jest lodem, rozkłada się na nim sklepiki, kramy, stragany44. O tej porze roku, wraz z łatwym transportem saniami i zamarzaniem na świeżym powietrzu mięsa oraz ubitych zwierząt, obserwuje się na targowiskach, w przeddzień i nazajutrz po Bożym Narodzeniu, stały wzrost wymiany45. W Londynie podczas niezwykle mroźnych XVII-wiecznych zim prawdziwą gratką była możliwość transportu towarów po zamarzniętej rzece. Miały one dodać blasku obchodom karnawału, "trwającego w całej Anglii od Bożego Narodzenia aż do następnego dnia po święcie Trzech Króli". "Budy, które są zarazem szynkami", olbrzymie ćwierci wołów piekące się pod gołym niebem, wódka i hiszpańskie wino ściągają całą ludność, a bywało, że i samego króla (13 stycznia 1677 roku)46. Tymczasem w styczniu i w lutym 1683 roku sprawy nie układają się już tak pomyślnie. Wyjątkowo ostre mrozy zaskoczyły miasto. U ujścia Tamizy olbrzymie ławice lodowe grożą zmiażdżeniem unieruchomionych statków. Brakuje żywności i towarów, ceny wzrosły potrójnie lub poczwórnie, ulice pokryte śniegiem i lodem są nieprzejezdne. Życie przenosi się więc na zamarzniętą rzekę, która staje się traktem dla wozów z żywnością i powozów do wynajęcia. Kupcy, sklepikarze, rzemieślnicy stawiają tam baraki. Na poczekaniu powstaje targ monstrualnych rozmiarów, dający pojęcie o liczebności olbrzymiej stolicy - tak monstrualny, że wygląda niczym "największy z jarmarków", jak pisze pewien toskański świadek tego wydarzenia - i oczywiście zaraz pojawiają się tam "szarlatani, wesołkowie oraz wszelcy znawcy sztuczek i sposobów na to, aby złowić trochę grosza"47. Upamiętniająca owo jarmarczne święto nieudolna rycina (The Fair on the Thames, 1683) relacjonuje fakty, nie oddając jednak ich barwnej różnorodności48.
Wszędzie wzrost wymiany zmusił miasta do budowy hal, to znaczy targowisk krytych, które często otoczone są targowiskami otwartymi. W halach najczęściej znajdują pomieszczenie targi stałe i wyspecjalizowane. Znamy olbrzymią ilość sukiennic49. Pojawiają się one nawet w miastach o średniej wielkości, takich jak Carpentras50. "Ala dels draps" w Barcelonie znajduje się koło giełdy (Lonja)51. Londyńska Blackwell Hall52, wybudowana w roku 1397, odbudowana w 1558, spalona w 1666 i jeszcze raz odbudowana w 1672, jest wyjątkowych rozmiarów. Sprzedaż, długo ograniczana do kilku dni w tygodniu, w XVIII wieku staje się codzienna i country clothiersII mają zwyczaj pozostawiać aż do następnego targu nie sprzedane sztuki na składzie w hali. Około roku 1660 hale miały swoich pośredników, stałych urzędników, całą skomplikowaną organizację. A przecież już wcześniej Basinghall Street ze swym rozbudowanym gmachem hal była "sercem dzielnicy handlowej", i to w o wiele większym stopniu niż Fondaco dei Tedeschi w Wenecji53.
Hale, rzecz jasna, były rozmaite, różniły się gromadzonymi w nich towarami. Były więc hale zbożowe (w Tuluzie od roku 1203)54, winne, skórzane, obuwnicze, futrzarskie (w niemieckich miastach Kornhauser, Pelzhauser, Schuhhauser), a w Zgorzelcu, w którego okolicach uprawiano urzet barwierski, istniała nawet hala, gdzie handlowano tą cenną rośliną farbiarską55. W XVI wieku na oczach mieszkańców miast i miasteczek angielskich powstają liczne hale targowe o różnorakich nazwach, nierzadko budowane na koszt bogatego i hojnego miejscowego kupca56. W XVII wieku w Amiens hala do handlu przędzą znajduje się w centrum miasta, za kościołem Saint-Firmin-en-Castillon, o dwa kroki od wielkiego targu, czyli targu zbożowego. Rzemieślnicy co dzień zaopatrują się tam w wełnianą przędzę zwaną sajetą, "odtłuszczoną po czesaniu i zazwyczaj przędzoną na małym kołowrotku". Jest to produkt dostarczany do miasta przez prządków z okolicznych wsi57. Podobnie stragany rzeźników, stykające się ze sobą i zadaszone, są w gruncie rzeczy halami. W Troyes rolę tę spełniała mroczna szopa58. Podobnie dzieje się w Evreux59, a także w Wenecji, gdzie Beccaria, wielkie rzeźnie miejskie, są zgromadzone, począwszy od 1339 roku, o kilka kroków od placu Rialto w starym Ca'Querini. Są tam także ulica i kanał noszące nazwę Beccaria oraz San Matteo, kościół rzeźników, zburzony dopiero w początkach XIX wieku60.
Słowo "hale" może zatem mieć więcej niż jedno znaczenie: począwszy od zwykłego zadaszonego targowiska aż do budynku i skomplikowanej organizacji "paryskich Hal", które bardzo wcześnie stały się pierwszym "brzuchem miasta". Owe olbrzymie hale pochodziły z czasów Filipa Augusta61. Wtedy to na Champeaux, w sąsiedztwie cmentarza Niewiniątek, który zostanie opuszczony dopiero o wiele później, bo w 1786 roku62, powstaje obszerny kompleks budynków. W czasie poważnego regresu, do jakiego doszło mniej więcej w latach 1350-1450, wystąpi jednak wyraźny upadek Hal. Będzie to oczywiście związane z owym regresem, ale także i z konkurencją sąsiadujących sklepów. W każdym razie kryzys, który dotknął Hale, nie jest zjawiskiem typowo paryskim. Był on wyraźnie widoczny i w innych miastach Francji. Opuszczone budynki niszczeją. Niektóre stają się zbiornikami nieczystości z sąsiednich domów. W Paryżu hala targowa tkaczy "zgodnie z zapisami w księgach rachunkowych służyła od 1484 do 1487 roku, przynajmniej po części, jako wozownia dla królewskiej artylerii"63. Wiadomo nam na podstawie pracy Roberto S. Lopeza64, że budowle sakralne mogą pełnić rolę istotnych wskaźników. Przerwanie ich wznoszenia - katedry w Bolonii w roku 1223, katedry w Sienie w roku 1265 czy katedry Santa Maria del Fiore we Florencji w latach 1301-1302 - stanowi jawną oznakę kryzysu. Czy hale, których historia nigdy nie była rozważana jako całość, także mogłyby awansować do godności takich wskaźników? Jeśli tak, to w Paryżu tendencja zwyżkowa wystąpiła w latach 1543-1572, i to raczej pod koniec tego okresu. Edykt Franciszka I (z 20 września 1543 r.) zarejestrowany w Parlamencie 11 października tegoż roku jest w rzeczywistości zaledwie pierwszym krokiem na tej drodze. Po nim nastąpiły inne. Myślano raczej o tym, by Paryż stawał się coraz piękniejszy, niż by obdarzyć go potężnym kompleksem budowli. Tymczasem powrót do bardziej aktywnego życia, rozwój stolicy, ograniczenie - skutkiem budowy Hal - liczby sąsiadujących z nimi sklepów i punktów sprzedaży zmienia tę operację w zupełnie wyjątkowe przedsięwzięcie handlowe. W każdym razie od końca XVI wieku Hale - w nowej szacie - znów będą równie aktywne jak dawniej, w czasach św. Ludwika. Tu także nastąpił "renesans"65.
Żaden plan nie jest w stanie oddać prawdziwego oblicza owego ogromnego kompleksu: były tam przestrzenie zadaszone, przestrzenie otwarte, filary wspierające arkady sąsiednich domów, życie handlowe wdzierające się na obrzeża Hal, korzystające z tłoku oraz bałaganu i tworzące je zarazem dla własnej korzyści. Wedle Savary'ego (1761)66 ów różnorodny rynek pozostał nie zmieniony od XVI wieku. Nie należy dawać temu zbytniej wiary, występowały tam bowiem stałe ruchy i wewnętrzne przesunięcia. Na dodatek wiek XVIII był świadkiem dwóch innowacji: w roku 1767 hala zbożowa zostaje przesunięta; wznosi się ją ponownie na miejscu dawnego pałacu Soissons, a pod koniec wieku odbudowuje się dwie hale targowe: skórzaną i ryb morskich, oraz przenosi się za bramę Saint-Bernard halę winną. Nieustannie powstają projekty zagospodarowania i, już wtedy, przeniesienia Hal. Jednak ogromny zespół (50 000 m2 powierzchni) nie bez racji pozostał na miejscu.
W budynkach krytych znajdują się tylko targowiska sukna, płótna, ryb solonych i owoców morza. Na zewnątrz jednak, wokół budynków, przywarły do ich ścian targi: zbożowy, mączny, handlujący osełkami masła, świecami, przędziwem i sznurami do wiader studziennych. Pod rozmieszczonymi dokoła filarami rozkładają się, jak potrafią, handlarze starzyzną, piekarze, szewcy i "inni ubodzy paryscy mistrzowie kupieccy, którzy mają prawo płacenia placowego". "1 marca [1657] - opowiadają dwaj holenderscy podróżni67 - widzieliśmy targowisko starzyzną, które mieści się nie opodal Hal. Jest to długa galeria wsparta na słupach z ciosanego kamienia, pod którą rezydują wszelcy handlarze starą odzieżą. (...) Targ w Halach odbywa się dwa razy w tygodniu (...) i wtedy to właśnie wszyscy handlarze starzyzną, wśród których, jak się wydaje, sporo jest Żydów, wykładają swoje towary. O każdej porze przechodzień nękany jest nieustannym nawoływaniem: "Do zacnej kapoty! Do pięknego kaftana!", i wyliczaniem towarów, a handlarze szarpią go i wciągają do swych sklepów. (...) Ilość ubrań i mebli, jakie w nich trzymają, przechodzi wszelkie pojęcie. Można tam ujrzeć wcale piękne sztuki, lecz niebezpiecznie jest je kupować, nie znając się na tym dobrze, gdyż handlarze owi z zadziwiającą wprost zręcznością potrafią oczyścić i załatać rzecz starą tak, aby wyglądała jak nowa". Jako że sklepy te są słabo oświetlone, "sądzisz, żeś czarny surdut kupił, a gdy na światło dzienne wyjdziesz, zobaczysz, że jest on zielony lub fioletowy [albo] plam pełen niczym skóra leoparda".
Te piękne Hale, złożone z przylegających do siebie targowisk, to jednocześnie miejsce, gdzie piętrzą się odpadki, zgniłe ryby, przelewają pomyje, to "najszkaradniejsza i najbrudniejsza spośród dzielnic Paryża" - wyznaje Piganiol de la Force (1742)68. Są one również główną areną wulgarnych i wrzaskliwych kłótni. Ton nadają liczniejsze od mężczyzn przekupki, mające opinię "najtęższych gęb w całym Paryżu". "Ty tam, paniusiu bezwstydna! Rzeknij choć słówko! No, kurwiszcze jedno! Dziwka szkolarzy! Dalej, do gimnazjum Montaigu! Stare pudło! Aleś zrypana! Bezwstydnica! Po dwakroć chamka! Pijanaś tak, że wódka nosem ci tryska!" Tak oto przygadywały sobie przekupki ryb w wieku XVII69, a z pewnością i później.
Konieczna jest interwencja miasta
Ów centralny targ Paryża, mimo całej swej zawiłości i specyfiki, stanowi jedynie wyraz potrzeb i złożonych problemów aprowizacji wielkiego miasta, które zresztą o wiele szybciej osiągało większe od przeciętnych rozmiary, niż się to na ogół zakłada. Ponieważ te same przyczyny wywołują te same skutki, z chwilą gdy Londyn stał się, jak wiadomo, ogromny, stolica Anglii zostaje zagarnięta przez różnorodne i bezładne targi. Nie mogąc pomieścić się na dawnych, przeznaczonych im terenach, wylewają się na sąsiednie ulice, z których każda staje się czymś w rodzaju wyspecjalizowanego targowiska: tu ryby, tam warzywa, ówdzie drób. W czasach królowej Elżbiety targi z dnia na dzień tamują w coraz większym stopniu ruch na najbardziej uczęszczanych ulicach stolicy. Dopiero wielki pożar z 1666 roku, tak zwany Great Fire, pozwoli na zrobienie generalnych porządków. Aby oswobodzić ulice, władze stawiają obszerne budynki otaczające szerokie dziedzińce. W ten sposób powstają targi zamknięte, chociaż znajdujące się pod gołym niebem, jedne wyspecjalizowane, zwłaszcza targi, gdzie sprzedaje się hurtem, inne bardziej zróżnicowane.
Leadenhall, najrozleglejszy ze wszystkich targów i, jak mówiono, największy w Europie, można porównać z paryskimi Halami. Niewątpliwie jest on bardziej uporządkowany, zamknął bowiem w ścianach czterech budynków wszystkie targowiska, które przed 1666 rokiem rozkwitały wokół miejsca, gdzie niegdyś znajdowały się targi: Gracechurch Street, Cornhill, The Poultry, New Fish Street, Eastcheap. Na jednym z dziedzińców 100 straganów prowadzi sprzedaż detaliczną mięsa wołowego, na drugim 140 straganów przeznaczonych jest dla pozostałych mięs, gdzie indziej sprzedaje się ryby, sery, masło, gwoździe, wyroby żelazne... W sumie "targ monstrum, przedmiot dumy obywateli i jedno z najwspanialszych widowisk miasta". Oczywiście ład, którego Leadenhall był symbolem, nie mógł trwać zbyt długo. W miarę swego wzrostu miasto przekreślało wszystkie mądre rozwiązania, a odnajdywało dawne kłopoty. Od 1699 roku, a zapewne i wcześniej, stragany wdarły się znów na ulice, rozłożyły pod portalami domów, przekupnie rozbiegli się po mieście pomimo zakazów skierowanych przeciw wędrownym handlarzom. Spośród ulicznych przekupniów najbardziej malowniczymi postaciami były handlarki ryb, trzymające na głowach kosze z towarem. Miały złą reputację, wykpiwano je, a także wykorzystywano. Jeśli zdarzył im się dobry dzień, to na pewno można je było spotkać wieczorem w szynku. Zapewne były one równie ordynarne i gwałtowne jak przekupki handlujące rybami w Halach70. Wracajmy jednak do Paryża.
Żeby zapewnić sobie stały dopływ żywności, Paryż musi zagospodarować ogromne tereny otaczające stolicę. Ryby i ostrygi przywożone są z Dieppe, z Le Crotoy, z Saint-Valéry. "Napotykamy jedynie wózki z rybami" - powie pewien podróżny (1728) przejeżdżający w pobliżu Le Crotoy i Saint-Valéry. Nie sposób jednak - dorzuca - zdobyć owych "ryb, które ścigają nas z każdej strony. (...) Wszystkie wiezie się do Paryża"71. Sery pochodzą z Meaux, masło z Gournay koło Dieppe lub z Isigny. Zwierzęta rzeźne z targów w Poissy, w Sceaux i z dalekiego Neubourga. Dobry chleb z Gonesse, suszone warzywa z Gaudebec w Normandii, gdzie targ odbywa się w każdą sobotę...72 Stąd też bierze się długa lista zarządzeń, które wciąż trzeba wydawać i modyfikować. Chodzi głównie o to, aby chronić strefę bezpośrednio dostarczającą żywność do miasta i pozwolić tam na swobodne działanie osób zajmujących się produkcją, sprzedażą i transportem, wszystkich owych skromnych aktorów, dzięki którym żywność wciąż napływa na wielkomiejskie rynki. Wolny handel zawodowych kupców odsunięto więc poza ową bliską strefę. Rozporządzenie policji z Châtelet (1622) ustaliło okręg o promieniu 10 mil; dopiero poza jego obrębem kupcy mogą zaopatrywać się w zboże. Okręg o promieniu 7 mil wyznacza granicę zakupu żywego bydła (1635), 20 mil - cieląt zwanych "broutiers" i świń (1665), 4 mil - ryb słodkowodnych (od początku XVII wieku)73, 20 mil - hurtowego zakupu wina74.
Były też inne problemy. Jeden z najbardziej uciążliwych to zaopatrzenie w konie - i w bydło. Dokonywano tego na tłumnych targach, które w miarę możności przesuwano na peryferie lub poza mury miasta. Opuszczony teren koło Tournelles, który później stanie się placem des Vosges, długo był targiem końskim75. W ten oto sposób Paryż jest trwale otoczony wiankiem targów, które po części są jarmarkami mięsnymi ("foires grasses"). Gdy jeden się kończy, już następnego dnia rozpoczyna się inny, skupiając równie dużo ludzi i zwierząt. W 1667 roku na jednym z takich targów, zapewne św. Wiktora, znajduje się, zdaniem naocznych świadków76, "ponad trzy tysiące koni [jednocześnie] i zdumiewa nas, że tak ich tu wiele, skoro targ odbywa się dwa razy w tygodniu". W rzeczywistości handel końmi jest prowadzony w całym mieście. Są konie "nowe", które przybywają z prowincji lub z zagranicy, lecz jeszcze więcej jest koni "starych", czyli sprzedawanych okazyjnie, których "mieszczanie chcą się [czasami] pozbyć, nie wysyłając ich na targ". Stąd też chmara pośredników handlowych i kowali, którzy pośredniczą w sprzedaży, pozostając na służbie u handlarza końmi i u kupców będących właścicielami stajni. Ponadto w każdej dzielnicy znajdują się osoby zawodowo odnajmujące konie77.
Duży targ bydlęcy także gromadzi tłumy w Sceaux (w każdy poniedziałek) i w Poissy (w każdy czwartek) przy czterech bramach miasteczka (bramy: aux Dames, du Pont, de Conflans, de Paris)78. Zorganizowano tam bardzo aktywny rynek mięsny dzięki łańcuchowi, który tworzą "traitants" wykładający na targach pieniądze na zakup (pieniądze te następnie każą sobie zwracać), pośrednicy, naganiacze, którzy przeczesują Francję, skupując zwierzęta, i wreszcie rzeźnicy, z których nie wszyscy są ubogimi handlarzami detalicznymi. Niektórzy z nich dają nawet początek mieszczańskim dynastiom79. Wedle pewnego wykazu z roku 1707 na paryskich targach każdego tygodnia sprzedaje się, licząc w zaokrągleniu, 1300 wołów, 8200 owiec i prawie 2000 cieląt (100 000 na rok). W tymże 1707 roku poborcy, "którzy jednocześnie położyli rękę na targu w Poissy i na targu w Sceaux, skarżą się, że wokół Paryża bywają zawierane transakcje [bez ich kontroli], jak na przykład w Le Petit-Montreuil"80.
Zważmy, że rynek mięsny zaopatrujący Paryż rozciąga się na dużych połaciach Francji. Równie wielkie są strefy, z których w sposób regularny lub nieregularny stolica czerpie zboże81. Tak rozległy obszar stwarza problemy dróg i połączeń - i są to problemy na tyle istotne, że pokrótce nie można by nawet omówić ich najważniejszych aspektów. Z całą pewnością dla zaopatrzenia Paryża najważniejszą sprawą jest wykorzystanie dróg wodnych, jak Yonne, Aube, Marna, Oise - rzeki wpadające do Sekwany - i, rzecz jasna, samej Sekwany. Przepływając przez miasto, odsłania ona kolejno swoje "porty" - w 1754 roku jest ich w sumie 26 - będące zarazem zadziwiającymi i wielkimi targowiskami, gdzie wszystko jest tańsze. Dwa najważniejsze to port Gr?ve, do którego docierają towary z górnego biegu rzeki: zboże, wino, drewno, siano (chociaż w przypadku tego ostatniego port Tuileries wydaje się odgrywać ważniejszą rolę), i port Saint-Nicolas82, który przyjmuje towary przybyłe z dolnego biegu rzeki. Na rzece można zobaczyć niezliczone statki, galary, a od czasów Ludwika XIV - łodzie przewoźników (bachoteurs), małe barki pozostające do dyspozycji klientów, coś w rodzaju wodnych fiakrów83, podobne tysiącom "gondoli", które pływają po Tamizie, od London Bridge w górę rzeki, a które podróżni często wolą od kolebiących się powozów miejskich84.
Przykład Paryża, mimo że wydaje się nam bardzo skomplikowany, można przyrównać do dziesięciu lub dwudziestu analogicznych. Każde duże miasto potrzebuje strefy zaopatrzenia, która odpowiadałaby jego rozmiarom. I tak w XVII wieku dla potrzeb Madrytu pochopnie mobilizuje się większą część środków transportu Kastylii, co powoduje zaburzenia w całej gospodarce kraju85. W Lizbonie, jeśli wierzyć Tirso de Molinie (1625), wszystko jest cudownie proste: owoce, śnieg sprowadzany z Serra d'Estrela, żywność płynąca na falach przychylnego morza: "Siedząc za stołami i posilając się, mieszkańcy miasta widzą, jak ryby (...) złowione u progu ich domostw wypełniają sieci rybaków"86. Wedle pewnej relacji z przełomu lipca i sierpnia 1633 roku prawdziwą radością dla oczu jest obserwowanie na wodach Tagu setek czy nawet tysięcy rybackich barek87. Żarłoczne, leniwe, często obojętne miasto mogłoby połknąć całe morze. Ale to już nazbyt piękny obraz. W rzeczywistości Lizbona trudzi się bez końca, aby zgromadzić codzienną rację zboża. Przy tym im ludniejsze miasto, tym bardziej jego zaopatrzenie zależy od przypadku. Od XV wieku Wenecja zmuszona jest kupować woły na Węgrzech88. Stambuł, który w XVI wieku osiągnął być może liczbę 700 000 mieszkańców, pożera całe stada bałkańskich owiec, zboże znad Morza Czarnego i z Egiptu. A przecież gdyby rządzący twardą ręką sułtan nie panował nad sytuacją, olbrzymie miasto zaznałoby niedostatku, drożyzny, tragicznych okresów głodu, które nie zawsze zresztą były mu oszczędzone89.
Przypadek Londynu
Przypadek Londynu jest, na swój sposób, przykładowy. Omawiając go, trzeba uwzględnić, mutatis mutandis, wszystkie zagadnienia, które odnoszą się do wielkich i wcześnie rozgałęzionych metropolii. Przypadek ów, lepiej znany od innych dzięki badaniom historycznym90, pozwala wyciągać głębsze wnioski niż te, które bywają oparte na malowniczym przekazie lub na anegdocie. N.S.B. Gras91 nie bez racji widział w tym typowy przykład reguł von Thünena, odnoszących się do strefowej organizacji przestrzeni gospodarczej. Organizacji, która wokół Londynu miałaby powstać o sto lat wcześniej niż wokół Paryża92. Strefa oddana na usługi Londynu rychło stara się objąć nieledwie całą angielską przestrzeń produkcyjną i handlową. W każdym razie w XVI wieku na północy sięga Szkocji, na południu kanału La Manche, na wschodzie Morza Północnego, którego przybrzeżna żegluga odgrywa zasadniczą rolę w codziennym życiu miasta, na zachodzie zaś Walii i Kornwalii. Są jednak na tym obszarze regiony źle lub słabo eksploatowane - nawet oporne - na przykład Bristol i jego okolice. Tak jak w przypadku Paryża (i jak w schemacie von Thünena), regiony najbardziej oddalone związane są z handlem bydłem: od XVI wieku do tej rozgrywki stanie Walia, a o wiele później, bo po unii z Anglią w roku 1707, Szkocja.
Najważniejsze dla londyńskiego rynku są oczywiście krainy położone nad Tamizą, tereny bliskie, łatwo dostępne dzięki swym drogom wodnym oraz wieńcowi miast służebnych (Uxbridge, Brentford, Kingston, Hampstead, Watford, St. Albans, Hertford, Croydon, Dartford). Miasta te krzątają się, aby usłużyć stolicy, zajmują się mieleniem ziarna i eksportem mąki, przygotowaniem słodu, wysyłaniem do ogromnego Londynu żywności i artykułów rękodzieła. Gdybyśmy mieli do naszej dyspozycji kolejne wizerunki owego "wielkomiejskiego" rynku, zobaczylibyśmy, jak rozszerza się on i rozrasta z roku na rok w tym samym tempie, w jakim powiększa się miasto (w roku 1600 liczyło najwyżej 250 000 mieszkańców, w 1700 - 500 000 lub nawet więcej). Nie przestaje także rosnąć ogólna liczba ludności Anglii, z tym że tempo wzrostu nie jest tu tak szybkie. Sytuację tę bardzo trafnie określiła Dorothy Davis, mówiąc, że Londyn pożera Anglię, "is going to eat up England"93. A czyż sam Jakub I nie powiedział: "With time England will only be London"?III. Oczywiście sformułowania te są jednocześnie prawdziwe i nieprawdziwe. Nie doceniają wagi zagadnienia i przeceniają je zarazem. Londyn pochłania nie tylko wnętrze Anglii, lecz - jeśli można się tak wyrazić - i jej zewnętrzność: co najmniej 2/3 lub 3/4, a może i 4/5 jej handlu zagranicznego95. Nawet potrójny apetyt dworu, armii i marynarki nie potrafi jednak sprawić, by Londyn zjadał wszystko, a kapitały i wysokie ceny stolicy, choć bardzo kuszące, nie wszystko mogą sobie podporządkować. Pod wpływem Londynu wzrasta nawet produkcja krajowa, tak we wsiach angielskich, jak i w małych miastach, które "w większym stopniu zajmują się dystrybucją niż konsumpcją"96. Istnieje więc pewna wzajemność oddawanych usług.
W rzeczywistości rozwój Londynu sprawia, że życie codzienne Anglii staje się nowoczesne. Dostatek okolicznych wsi widzą wyraźnie podróżni obserwujący kobiety usługujące w oberżach, gdyż "można by je wziąć za damy, tak czysto są ubrane", lub dobrze odzianych wieśniaków, którzy jedzą biały chleb i nie noszą sabotów jak chłopi francuscy, ba - nawet jeżdżą konno97. A przecież macki miejskiej ośmiornicy oplatają i przeobrażają cały obszar Anglii i Walii oraz daleką Szkocję98. Każdy region, z którym styka się Londyn, dąży do specjalizacji, przeobrażenia, komercjalizacji. Co prawda dzieje się tak w ograniczonych jeszcze sektorach, gdyż pomiędzy regionami zmodernizowanymi często się nadal utrzymuje stary ustrój wiejski ze swymi tradycyjnymi gospodarstwami i uprawami. I tak całkiem blisko Londynu, w położonym na południe od Tamizy hrabstwie Kent, widuje się kwitnące sady i plantacje chmielu, które zaopatrują stolicę. Mimo to samo hrabstwo pozostaje nie zmienione ze swymi wieśniakami, polami zbóż, hodowlą, gęstymi borami (schronieniem rzezimieszków) i, co jest dowodną tego oznaką, obfitością dziczyzny: bażantami, kuropatwami, głuszcami, przepiórkami, cyrankami, dzikimi kaczkami... oraz owym rodzajem ortolana angielskiego, rudzikiem, "co na kęs jeden starcza, ale też smaczny jest ponad wszystko"99.
Innym skutkiem organizacji londyńskiego rynku jest (nieuniknione ze względu na rozmiar zadań) załamanie się rynku tradycyjnego, "open market", czyli rynku ogólnie dostępnego, klarownego, na którym obecni byli zarówno producent-sprzedawca, jak i kupujący-konsument z miasta. Zbyt wielka staje się odległość między jednym z nich a drugim, aby zwykli ludzie mogli ją w całości przemierzyć. Trzecia postać to kupiec, który w Anglii pojawił się już dawno, co najmniej w XIII wieku, stanowiąc łącznik pomiędzy miastem a wsią, zwłaszcza w przypadku handlu zbożem. Z wolna rozciągają się ogniwa pośrednie pomiędzy producentem a wielkim kupcem z jednej strony i pomiędzy tym ostatnim a kupcem detalicznym z drugiej. To właśnie przez takie ogniwa przejdzie największa część handlu masłem, serami, artykułami drobiarskimi, owocami, warzywami, mlekiem... W tej grze przepisy, zwyczaje, tradycje gubią się, rozpadają na drobne kawałki. Któż by przypuścił, że brzuch Londynu czy też brzuch Paryża odegrają rolę tak rewolucyjną? Wystarczyło jednak, że się po prostu rozdęły.
Najlepiej byłoby policzyć
Owe przemiany byłyby dla nas o wiele jaśniejsze, gdybyśmy dysponowali liczbami, bilansami czy sporządzanymi systematycznie dokumentami. Można by wtedy zestawiać dużą ilość danych, czego przykładem jest mapa zaczerpnięta ze znakomitej pracy Alana Everitta (1967) dotyczącej angielskich i walijskich targów od 1500 do 1640 roku100 czy też sporządzona przez nas mapa targów i jarmarków w obwodzie podatkowym miasta Caen w roku 1772 lub wreszcie wykaz XVIII-wiecznych targów bawarskich, jaki podaje Eckhart Schremmer101. Jednak i te, i inne badania wskazują nam zaledwie kierunek dalszych poszukiwań.
Jeśli pominąć 5 lub 6 wiosek, które całkiem wyjątkowo zachowały swój targ, to Anglia XVI i XVII wieku liczy 760 miast lub miasteczek posiadających jedno lub więcej targowisk, a Walia 50; w sumie więc mamy około 800 miejscowości, w których regularnie odbywają się targi. Jeśli ogólna liczba ludności obu tych krajów wynosi około 5,5 miliona, to w każdej z tych miejscowości, liczących również w przybliżeniu po 1000 mieszkańców, w wymianie handlowej uczestniczy od 6000 do 7000 osób. Tak więc wymiana w aglomeracji handlowej wymaga, aby liczba uczestniczących w niej osób była od 6 do 7 razy większa niż liczba mieszkańców tej aglomeracji. Analogiczne proporcje odnajdujemy w Bawarii pod koniec XVIII wieku: na 7300 mieszkańców przypada tam jeden targ102. Zbieżność ta nie stanowi jednak reguły. Proporcje zmieniają się, rzecz jasna, w każdej epoce i w każdym regionie. Ponadto należy zwrócić uwagę na sposób, w jaki przeprowadzane są poszczególne obliczenia.
2. Targi i jarmarki w obwodzie podatkowym miasta Caen w roku 1725
Mapa opracowana przez G. Arbellota na podstawie danych z archiwów departamentalnych z Calvados. J.C. Perrot zwrócił moją uwagę na 6 dodatkowych jarmarków (St. Jean-du-Val - 1, Berry - 2, Mortain - 1, Vassy - 2) nie zaznaczonych na tej mapie. W sumie wynosi to 197 jarmarków, z których większość trwa jeden dzień, niektóre 2 lub 3 dni, a wielki jarmark w Caen - 15 dni. Łącznie daje to 223 dni jarmarcznych rocznie. Z drugiej strony mamy 85 targów tygodniowo, co daje 4420 dni targowych rocznie. Zaludnienie obwodu wynosi od 600 do 620 tysięcy osób, a jego powierzchnia liczy około 11 524 km2. Analogiczne wykazy pozwoliłyby na dokonanie użytecznych porównań odnoszących się do obszaru całej Francji
3. Gęstość występowania miast targowych w Anglii i Walii w latach 1500-1680
Obliczając w każdym hrabstwie średnią strefę obsługiwaną przez jego miasta targowe, A. Everitt otrzymał liczby sięgające od ponad 100 000 akrów (czyli 1500 ha, gdyż 1 akr = 150 m2) na północy i na zachodzie, do poniżej 30 000 akrów, czyli 450 ha. Im gęstsze zaludnienie regionu, tym mniejsza jest powierzchnia jego rynku
Wg: A. Everitt, The Market Town, w: The Agrarian History of England and Wales, pod red. J. Thirsk, 1967, s. 497
4. 800 miast targowych Anglii i Walii w latach 1500-1640
Każde miasto ma co najmniej jeden targ, na ogół jednak więcej. Należałoby dodać tu jeszcze jarmarki
Wg: A. Everitt, The Market Town, s. 468-473
W każdym razie wiadomo, że w XVIII-wiecznej Anglii istniało więcej targów niż w czasach elżbietańskich, mimo że w obu tych okresach liczba ludności była prawie równa. Wyjaśnić to można bądź większą aktywnością, a więc szerszym promieniowaniem, każdego targu z czasów królowej Elżbiety, bądź targowym "przeinwestowaniem" średniowiecznej Anglii, kiedy to panowie feudalni, powodowani ambicją lub chęcią zysku, z prawdziwą pasją organizowali targi. Tak czy inaczej pomiędzy tymi dwoma okresami można było natrafić na "targi opuszczone"103, bez wątpienia równie interesujące jak "opuszczone miasta" (Wüstungen), którym niedawne badania historiograficzne nie bez racji poświęciły tak wiele uwagi.
Wraz z rozwojem gospodarczym XVI wieku, a zwłaszcza po roku 1570, powstają nowe targi lub też stare odradzają się z popiołów, a może budzą z uśpienia. Iluż to sporów były one powodem! Wydobywano stare dokumenty, aby stwierdzić, kto ma lub kto będzie miał prawo pobierać opłaty targowe, kto będzie ponosił koszty wyposażenia targu: latarni, dzwonu, krzyża, wagi, sklepów, piwnic lub szop do wynajęcia. I tak dalej.
W tym samym czasie w skali krajowej zarysowuje się zróżnicowanie targów w zależności od oferowanych towarów, odległości, łatwego lub trudnego dojazdu, od środków transportu, od geograficznego rozmieszczenia produkcji, a także - i to w nie mniejszym stopniu - od konsumpcji. Około 800 targów miejskich wymienionych przez Everitta promieniuje, średnio licząc, na powierzchnię o średnicy 7 mil (11 km). Około roku 1600 zboże przewozi się drogą lądową na odległość nie większą niż 10 mil, najczęściej jednak nie dalej niż 5. Bydło rogate przepędzano na dystansach do 11 mil, owce - od 40 do 70 mil. Przędza i tkaniny wełniane przewożone są na odległość od 20 do 40 mil. W czasach Karola I do Doncaster w hrabstwie Yorkshire, które jest jednym z największych rynków wełny, kupujący przybywają z Gainsborough (21 mil), Lincoln (40 mil), Warsop (24 mile), Pleasley (26 mil), Blankney (50 mil). W hrabstwie Lincolnshire John Hatcher z Careby sprzedaje owce w Stamford, woły i krowy w Newark, kupuje woły w Spilsby, ryby w Bostonie, wino w Bourne, towary luksusowe w Londynie. To rozproszenie jest oznaką rosnącej specjalizacji targów. Na 800 miast i miasteczek Anglii i Walii co najmniej 300 ogranicza swoją działalność handlową do: zboża - 133, słodu - 26, owoców - 6, bydła rogatego - 92, owiec - 32, koni - 13, nierogacizny - 14, ryb - 30, drobiu i dziczyzny - 21, masła i sera - 12, wełny surowej i przędzonej - ponad 30, sukna - 20 lub więcej, wyrobów ze skóry - 11, lnu - 8, konopi - co najmniej 4, nie licząc wąskich i całkiem nieoczekiwanych specjalności, jak sprzedaż łyżek i drewnianych zaworów kurkowych w Wymondham.
Oczywiście specjalizacja targów nasili się w XVIII wieku, i to nie tylko w Anglii. Gdybyśmy więc mieli możliwość statystycznego oszacowania jej etapów na pozostałym obszarze europejskim, można by uzyskać coś w rodzaju mapy wzrostu gospodarczego Europy. Mapa taka z korzyścią zastąpiłaby dane czysto opisowe, jakimi dziś dysponujemy.
Tymczasem - i jest to najistotniejszy wniosek, jaki można wysnuć z książki Everitta - okazuje się, że w związku ze wzrostem demograficznym i rozwojem gospodarczym Anglii w XVI i XVII wieku owo wyposażenie w stałe targi nie odpowiadało już ówczesnym potrzebom, mimo specjalizacji oraz koncentracji i mimo istotnego wsparcia, jakiego dostarczają jarmarki - kolejne tradycyjne narzędzie wymiany, o którym będziemy jeszcze mówić104. Wzrost wymiany zmusza do szukania nowych, swobodniejszych i bardziej bezpośrednich kanałów obiegu. Sprzyja temu, jak widzieliśmy, rozwój Londynu. Stąd też popularność "private market" nazwanego tak, z braku lepszego terminu, przez Alana Everitta; jest to w rzeczywistości ucieczka przed "open market", czyli ściśle nadzorowanym targiem publicznym. W ramach owych "prywatnych targów" działają często "wielcy" wędrowni handlarze, a nawet domokrążcy lub akwizytorzy. Aby zawczasu kupić pszenicę, jęczmień, owce, wełnę, drób, skóry królików i baranów, docierają oni aż pod same drzwi farmerskiej kuchni. W ten sposób następuje przesunięcie rynku w kierunku wsi. Oberże, w których często zatrzymują się owi przybysze, zastępują niejako targowiska i zaczynają grać ogromną rolę. Kupcy tego rodzaju stale krążą pomiędzy hrabstwami czy miastami, układając się tu ze sklepikarzem, tam z domokrążcą lub hurtownikiem. Zdarza się, że i oni grają już rolę prawdziwych handlarzy hurtowych, pośredników w handlu towarem wszelkiego rodzaju, równie gotowych dostarczać jęczmień piwowarom z Holandii, jak kupować w krajach nadbałtyckich żyto, którego potrzebuje Bristol. Czasami, jako że wolą dzielić ryzyko, łączą się w dwu- lub trzyosobowe spółki.
Ówczesne procesy sądowe jawnie dowodzą, że taki przybysz, człowiek o wielu obliczach, budził wstręt, był znienawidzony za swą twardość, chytrość i nieprzejednanie. Nowe formy wymiany, regulowanej za pomocą skrawka papieru, który w ostateczny sposób zobowiązuje sprzedawcę (często nieumiejącego czytać), są powodem nieporozumień, a nawet tragedii. Jednak dla kupca, który popędza juczne konie lub wzdłuż biegu rzek pilnuje załadunku zboża, ten ciężki żywot wędrowca ma swoje zalety. Przemierza Anglię od Szkocji do Kornwalii, w każdej oberży odnajduje przyjaciół i kumów, ma poczucie, że należy do mądrego i zuchwałego świata interesów - całkiem nieźle zarabiając przy tym na życie. Stanowi to rewolucję, która poprzez gospodarkę oddziałuje na zachowania społeczne. Zdaniem Everitta ta nowa forma działalności nieprzypadkowo rozwija się w tym samym czasie, w którym dochodzi do głosu polityczna grupa independentów. Pod koniec wojny domowej, w roku 1647, kiedy to małe i duże drogi znowu są ogólnie dostępne, kaznodzieja z Kornwalii, Hugh Peter, zawoła: "O, jakże szczęśliwa to zmiana! Ujrzeć znów ludzi krążących między Edynburgiem a Land's End w Kornwalii, których nikt u bram naszych nie wstrzymuje! Ujrzeć ponownie ożywiony ruch na wielkich drogach, usłyszeć, jak woźnica gwiżdże, popędzając swój zaprzęg! Zobaczyć posłańca, który co tydzień przejeżdża swoją zwykłą trasę! Oglądać radujące się wzgórza, roześmiane doliny!"105.
Prawda w wydaniu angielskim, prawda w wydaniu europejskim
"Private market" jest elementem rzeczywistości nie tylko angielskiej. Wydaje się, że i kupiec z kontynentu odzyskał zamiłowanie do wędrówek. Andreas Ryff, roztropny i aktywny mieszkaniec Bazylei, który przez całą drugą połowę XVI wieku był w ciągłych rozjazdach - średnio 30 podróży rocznie - powiadał: "Hab wenig Ruh gehabt, das mich der Sattel nicht an das Hinterteil gebrannt hat", tak mało miałem spokoju, że z kretesem tyłek mi odparzyło106. Prawda, że nie zawsze jest nam łatwo, zważywszy na obecny stan naszej wiedzy, odróżnić jarmarcznych przekupniów wędrujących z jarmarku na jarmark od kupców, którzy pragną zaopatrywać się u samego producenta. Pewne jest jednak, że w prawie całej Europie targ publiczny okazuje się niewystarczający, a zarazem nazbyt dozorowany, toteż na każdym z badanych obszarów stosuje się lub będzie się stosować wybiegi i drogi okrężne.
Pewna notka z Traité de police Delamare'a zwraca uwagę na oszustwa jarmarcznych handlarzy, którzy w kwietniu 1693 roku w Paryżu "miast sprzedawać swe towary w Halach lub na targach publicznych sprzedawali je w zajazdach (...) i pod gołym niebem"107. Delamare sporządza ponadto dokładną listę wszelkich sposobów, do jakich uciekają się młynarze, piekarze, rzeźnicy oraz nieuczciwi lub pracujący dorywczo kupcy i właściciele składów, żeby zdobyć towar po niższej cenie i ze szkodą dla normalnych dostaw przeznaczonych na targowiska108. Już około 1385 roku w Evreux w Normandii obrońcy porządku publicznego skarżą się na producentów i przekupniów, którzy ugadzają się "szepcząc sobie do ucha, porozumiewając się na migi, używając słów obcych lub tajemnych". Inne odstępstwo od przyjętych zasad: przekupnie wychodzą wieśniakom naprzeciw i wcześniej kupują od nich produkty, "zanim dotrą one do Hal"109. Podobnie dzieje się w XVI wieku w Carpentras, gdzie "répeti?res" (handlarki warzywami) ruszają w drogę, aby po niższej cenie kupić towary wiezione na targ110. Jest to praktyka często stosowana we wszystkich miastach111. Mimo to w Londynie jeszcze w połowie XVIII wieku, bo w kwietniu 1764 roku, określa się ją jako oszukańczą. W korespondencji pewnego dyplomaty czytamy, że rząd "powinien przynajmniej wziąć pod uwagę szemrania, jakie nadmierna drożyzna żywności wznieca wśród ludu, tym bardziej że szemrania owe dotyczą nadużyć, które przypisywane być mogą, i to w sposób całkiem usprawiedliwiony, tym, którzy rządzą (...), albowiem podstawową przyczyną drożyzny jest zachłanność monopolistów, od których roi się w stolicy. Pozwalają oni sobie od jakiegoś czasu na wcześniejsze zakupy na targowiskach. Wybiegają alejami na spotkanie wieśniakom i biorą dostarczane przez nich rozmaite produkty, aby sprzedać je po cenie, którą uznają za stosowną"112. "Przeklęte plemię" - dodaje nasz świadek, ale plemię, które wszędzie umie się wcisnąć.
Wszędzie również - wieloraki, obfity, bez skutku zwalczany - prawdziwy przemyt drwi sobie z zarządzeń, tak celnych, jak i podatkowych. Wzorzyste tkaniny z Indii, sól, tytoń, wina, alkohol - wszystko zagarnia. W Dôle we Franche-Comté (1 lipca 1728 r.) "handel towarami z przemytu odbywał się publicznie (...), skoro pewien kupiec miał czelność wnieść powództwo, w którym domagał się normalnej zapłaty za tego rodzaju towary"113. "Gdyby nawet Wasza Wysokość - pisze jeden z agentów do Nicolasa Desmarets (ostatniego z generalnych kontrolerów finansów za czasów długiego panowania Ludwika XIV) - postawił całą armię u wszystkich bretońskich i normandzkich wybrzeży, i tak przemytu nigdy nie udałoby się wyplenić"114.
Targi i rynki: rynek pracy
Rynek bezpośredni czy pośredni, ta wymiana o wielu formach, ciągle wprowadza zamieszanie w najbardziej nawet ustabilizowanej gospodarce. Wstrząsa nią - niektórzy jednakże twierdzą, że ją to ożywia. W każdym razie pewnego dnia logiczną koleją rzeczy wszystko i tak trafia na rynek, nie tylko produkty rolne i przemysłowe, ale własność ziemska, pieniądz, który przemieszcza się szybciej niż jakikolwiek inny towar, praca, ludzki trud, a można by powiedzieć, że także i sam człowiek.
Oczywiście w miastach, miasteczkach i wsiach zawsze zawierano transakcje dotyczące domów, terenów budowlanych, pomieszczeń, sklepów lub domostw do wynajęcia. Stwierdzenie na podstawie dokumentów, że w XIII-wiecznej Genui115 sprzedawano domy lub że w tym samym czasie we Florencji wynajmowano tereny, na których następnie stawiano domy116, nie jest specjalnie interesujące. Ważne jest, aby dostrzec, jak wzrasta liczba owych form wymiany i owych transakcji, jak zarysowuje się rynek handlu nieruchomościami, który w pewnym momencie ujawni silne tendencje spekulacyjne. W tym celu transakcje muszą osiągnąć określone rozmiary. Dowodzą tego już od XVI wieku wahania czynszów w Paryżu (także w odniesieniu do sklepów). Ich ceny można bezbłędnie uchwycić w kolejnych falach koniunktury i inflacji117. Świadczy o tym także, i to dowodnie, pewien drobny fakt: w Cesena, małym mieście leżącym pośród rolnych terenów bogatej Emilii, akt wynajmu sklepu (17 października 1622 r.), przypadkowo zachowany w tamtejszej bibliotece miejskiej, spisany jest na wcześniej przygotowanym formularzu, gdzie wystarczyło wypełnić puste miejsca i podpisać się118. Fakt, że zarówno "przedsiębiorcy", jak i ich klienci znani są nie od dzisiaj, stanowi tu najbardziej nowoczesny akcent spekulacji. W XVI wieku w Paryżu handel spekulacyjny może odbywać się po części publicznie, nie opodal Sekwany, na długo nie zabudowanym terenie Pré-aux-Clercs119 lub na równie pustym obszarze Tournelles, gdzie konsorcjum pod przewodnictwem Achille'a de Harlay rozpocznie, począwszy od roku 1594, korzystną budowę wspaniałych domów, obecnego placu des Vosges. Domy te będą później wynajmowane wielkim szlacheckim rodom120. W XVII wieku korzystnie spekuluje się na obrzeżach przedmieścia Saint-Germain, ale zapewne i w innych punktach miasta121. Za panowania Ludwika XV i Ludwika XVI handel nieruchomościami prosperuje, a cała stolica pokrywa się placami budowy. W sierpniu 1781 roku pewien Wenecjanin informuje jednego ze swych korespondentów, iż zniszczono piękną aleję spacerową Palais Royal, a drzewa wycięto "nonnostante le mormorazioni di tutta la citta"IV. W rzeczy samej książę de Chartres ma zamiar "wznieść tam domy i wynajmować je za czynsz..."122.
W przypadku posiadłości ziemskich ewolucja przebiega podobnie: rynek zaczyna pochłaniać ziemię. W Bretanii z końcem XIII wieku123, a wcześniej zapewne i w innych okolicach, sprzedaje się i odsprzedaje włości. Jeśli chodzi o sprzedaż nieruchomości ziemskich w Europie, znamy dziś szereg cen124, które wiele wyjaśniają, mamy też liczne informacje dotyczące ich stałego wzrostu. I tak w 1558 roku w Hiszpanii zdaniem weneckiego ambasadora125 "...i beni, che si solevano lasciare a otto e dieci per cento, si vendono a quatro e cinque", dobra (ziemie), które zazwyczaj były sprzedawane na 8 lub 10%, to znaczy za sumę 12,5 lub 10 razy większą od osiąganego z nich dochodu, sprzedawane są na 4 lub 5%, to znaczy za sumę 25 lub 20 razy wyższą od osiąganego z nich dochodu. Ceny zostały podwojone w związku "z obfitością pieniądza". W XVIII wieku dzierżawa włości bretońskich realizowana jest w Saint-Malo, i to przez miejscowych kupców, którzy dzięki łańcuchowi pośredników docierają do Paryża i do Ferme Générale126. Także gazety przyjmują ogłoszenia dotyczące posiadłości na sprzedaż127. Reklama nie jest w tym przypadku zapóźniona. W każdym razie, z reklamą czy bez, w całej Europie ziemia bez ustanku poprzez kupna, sprzedaże i odsprzedaże przechodzi z rąk do rąk. Oczywiście ruch ten związany jest wszędzie ze zmianami o charakterze gospodarczym i społecznym, które prowadzą do zubożenia dawnych właścicieli, zarówno panów feudalnych, jak chłopów, na rzecz nowobogackich mieszkańców miast. W Ile-de-France już w XIII wieku wielu było "seniorów bez ziemi" (jak ich nazywa Marc Bloch) i wiele marniejących włości, jak mówi Guy Fourquin128.
Długo- i krótkoterminowy rynek pieniądza będziemy jeszcze obszernie omawiać: stanowi on centralny element europejskiego wzrostu gospodarczego. Faktem znaczącym jest, że nie wszędzie rozwijał się w tym samym tempie czy tak samo efektywnie. Zjawiskiem powszechnym jest natomiast pojawienie się kredytodawców i sieci lichwiarzy, tak Żydów, jak Lombardczyków czy mieszkańców Cahors, a nawet klasztorów, które w Bawarii wyspecjalizowały się w udzielaniu pożyczek chłopom129. Wszędzie tam, skąd możemy czerpać nasze informacje, kwitnie lichwa. I dzieje się tak we wszystkich cywilizacjach świata.
Terminowy rynek pieniądza może natomiast istnieć jedynie na obszarach gospodarki już pobudzonej. Od XIII wieku rynek taki występuje we Włoszech, Niemczech, Holandii. Wszystko tam sprzyja jego pojawieniu się: akumulacja kapitałów, handel dalekosiężny, fortele weksli trasowanych, szybko powstałe walory długu publicznego, inwestowanie w produkcję rzemieślniczą i przemysłową czy budowę statków lub w morskie podróże, które wydłużają się ponad miarę i już przed XVI wiekiem przestają być indywidualnymi przedsięwzięciami. Później wielki rynek pieniądza przeniesie się do Holandii, a następnie do Londynu.
Spośród wszystkich tych rozproszonych rynków najważniejszym z punktu widzenia mej książki jest jednak rynek pracy. Podobnie jak Marks, nie zajmuję się klasycznym przypadkiem niewolnictwa, zjawiskiem, którego występowanie miało się jednak przedłużać i powracać130. Dla nas ważne jest, aby dostrzec, w jaki sposób towarem staje się człowiek, a przynajmniej jego praca. Dociekliwy Thomas Hobbes (1588-1679) mógł już mówić, że "moc (dziś powiedzielibyśmy: siła robocza) każdej jednostki jest towarem", rzeczą, którą wobec konkurencji rynkowej zazwyczaj ofiarowuje się jako przedmiot wymiany131 - jednak w owych czasach pogląd ten nie był jeszcze ogólnie przyjęty. Podoba mi się spostrzeżenie pewnego konsula Francji w Genui, który nie nadążał zapewne za swoją epoką: "Po raz pierwszy, Wasza Wielebność, słyszę stwierdzenie, że człowiek może być traktowany jak pieniądz". Ricardo napisze już całkiem gładko: "Praca, jak każda rzecz, którą można kupować lub sprzedawać..."132.
A jednak nie ma wątpliwości: rynek pracy - jako element rzeczywistości, jeśli nie jako pojęcie - nie powstał w erze uprzemysłowienia. Na rynku pracy człowiek - obojętne, skąd pochodzi - pojawia się bez tradycyjnych środków produkcji, jeśli przyjmiemy, że kiedykolwiek je posiadał: bez ziemi, warsztatu tkackiego, konia, wozu... Do zaproponowania ma już jedynie własne ręce, własne ramiona, własną "siłę roboczą". I oczywiście swoją umiejętność pracy. Człowiek, który w ten sposób wynajmuje się lub sprzedaje, przechodzi przez wąskie gardło rynku i przekracza granice tradycyjnej gospodarki. Zjawisko to pojawia się w sposób wyjątkowo przejrzysty w przypadku górników Europy Środkowej. Długo byli oni niezależnymi rzemieślnikami pracującymi w małych grupach. W XVI i XVII wieku zmuszeni są do przejścia pod kontrolę kupców, gdyż tylko oni byli w stanie dostarczyć pieniędzy niezbędnych dla znacznych inwestycji, jakich wymaga wyposażenie kopalni głębinowych. I tak oto górnicy stają się najemnymi robotnikami. Decydujące słowo padło w 1549 roku z ust radnych miejskich miasteczka górniczego Joachimsthal: "Jeden daje pieniądze, drugi wykonuje robotę (Der eine gibt das Geld, der andere tut die Arbeit)". Czyż jest lepsza formuła ukazująca ową wczesną konfrontację kapitału i pracy?133 Co prawda praca najemna, mimo że raz się już pojawiła, może zaniknąć, tak jak zdarzyło się to w węgierskich winnicach. Przywrócono tam poddaństwo chłopów: w Tokaju w siedemdziesiątych latach XVI wieku, w Nagybanyn w roku 1575, w Szentgyörgy Bazin w 1601134. Jest to jednak cecha szczególna, charakterystyczna dla krajów Europy Wschodniej. Na Zachodzie przejście do systemu pracy najemnej jest zjawiskiem nieodwracalnym, nierzadko pojawia się bardzo wcześnie, a zwłaszcza o wiele częściej, niż się to zazwyczaj podaje.
Od XIII wieku paryski plac de Gr?ve, a także sąsiadujący z nim plac "Jurée" w kierunku Saint-Paul-des-Champs i plac na podwórcu sanktuarium Saint-Germain "nie opodal la maison de la Conserve" są tradycyjnymi miejscami najmu135. Zachowały się ciekawe umowy o pracę z 1288 i 1290 roku, dotyczące cegielni z okolic Piacenzy136. W okresie od roku 1253 do 1379, jak dowodzą tego dokumenty, wieś portugalska ma już swych najemnych robotników137. W 1393 roku w burgundzkim Auxerre138 pracownicy winnic organizują strajk (przypomnijmy, że w owych czasach co drugi mieszkaniec miasta zajmuje się rolnictwem, a winnice są przedmiotem pewnego rodzaju przemysłu). Dzięki temu wydarzeniu dowiadujemy się, że w sezonie na rynku miasta spotykali się każdego dnia o wschodzie słońca robotnicy dniówkowi i pracodawcy, ci ostatni reprezentowani często przez majstrów. Był to jeden z pierwszych rynków pracy, który możemy obserwować, dysponując dowodami. W 1480 roku w Hamburgu najemni robotnicy dniówkowi, Tagelöhner, którzy szukali pracodawcy, udawali się na Trostbrücke. Jest to już "przejrzysty rynek pracy"139. W czasach Tallemanta des Réaux "w Awinionie parobcy, których można było wynajmować, zbierali się na moście"140. Istniały też inne rynki pracy, nie tylko "dniówkowej", chociażby na jarmarkach (począwszy od jarmarków na św. Jana, św. Michała, św. Marcina, Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie, Wielkanoc...)141, gdzie parobcy i wiejskie służące poddawani byli oględzinom przez pracodawców (bogatych chłopów lub seniorów, takich jak pan de Gouberville142) zupełnie jak bydło, którego zalety można oceniać i sprawdzać. "Każde miasteczko lub duża wieś z dolnej Normandii ma około roku 1560 swoje miejsce najmu, które przypomina zarazem targ niewolnikami i jarmarczne święto"143. W Evreux jarmark, na którym w dniu św. Jana (24 czerwca) handlowano osłami, jest jednocześnie dniem najmu służby144. W okresie żniw czy winobrania dodatkowa siła robocza napływa zewsząd i najmuje się wedle zwyczaju za pieniądze lub za wynagrodzenie w naturze. Jesteśmy pewni, że było to zjawisko o ogromnym zasięgu: od czasu do czasu potwierdzają je wyraźnie statystyki145, a także precyzyjna obserwacja poszczególnych przypadków - na przykład okolic andegaweńskiego miasteczka Château-Gontier w XVII i XVIII wieku146. Ukazuje ona mrowie "pracowników dniówkowych", najmujących się do "ścinania, piłowania, rąbania drzew, wycinania winorośli, winobrania, pielenia, okopywania, prac ogrodniczych (...),. siania warzyw, koszenia i zwożenia siana, żęcia zboża, układania słomy w snopy, młócenia ziarna, oczyszczania go..." Dotyczący Paryża wykaz147, który obejmuje jedynie zawody związane z portem, gdzie wyładowywano siano, wspomina o: "ładowaczach, tragarzach, woźnicach, pracownikach układających snopki, robotnikach dniówkowych...". Te i podobne im listy dają wiele do myślenia, gdyż za każdym słowem kryje się, w przypadku społeczności miejskiej lub wiejskiej, krótka lub długotrwała praca najemna. Zapewne głównie we wsiach, gdzie żyje większość populacji, znajduje się najliczebniejsza część rynku pracy. Inną olbrzymią grupą pracowników najemnych powołaną do życia przez rozwój nowożytnego państwa są najemni żołnierze. Wiadomo, gdzie należy ich kupować, a oni wiedzą, gdzie mają się sprzedawać: jest to podstawowa zasada funkcjonowania rynku. Równie wcześnie, w Paryżu od XVI wieku, a w Norymberdze z pewnością już od roku 1421148, pojawiają się agencje pośrednictwa pracy dla służby, zarówno kuchennej, jak pokojowej, respektujące przy tym jej ściśle określoną hierarchię.
Wraz z upływem lat rynki pracy stają się oficjalne, a zasady ich funkcjonowania bardziej przejrzyste. Podręczna księga adresów Paryża na rok 1692 ułożona przez Abrahama du Pradel (pseudonim niejakiego Nicolasa de Blégny) dostarcza paryżanom następujących informacji149: jeśli masz zamiar zatrudnić służącą, udaj się na ulicę de la Vannerie, do biura "pań polecających"; służącego znajdziesz na Marché Neuf, kucharza na rynku Gr?ve. Potrzebujesz terminatora? Jeśli jesteś kupcem, idź na ulicę Quincampoix, jeśli chirurgiem - na ulicę des Cordeliers, jeśli aptekarzem - na ulicę de la Huchette; kamieniarze i robotnicy niewykwalifikowani z Limousin oferują swe usługi na rynku Gr?ve, ale "szewcy, ślusarze, stolarze, bednarze, rusznikarze, sprzedawcy pieczonego mięsiwa i inni szukają pracy, zgłaszając się osobiście do zakładów".
To prawda, że dzieje najmu siły roboczej nie są dobrze znane. Badania sondażowe mówią jednak o rosnącej liczebności najemnej siły roboczej. W Anglii z czasów Tudorów "jest dowiedzione (...), że więcej niż połowa, a nawet 2/3 domostw otrzymywało co najmniej część swoich dochodów pod postacią płacy"150. Z początkiem XVII wieku w miastach hanzeatyckich, a ściślej w Stralsundzie, wciąż rośnie ogół najemnej siły roboczej, który stanowił w końcu, licząc w przybliżeniu, co najmniej 50% populacji151. W przypadku przedrewolucyjnego Paryża liczba ta prawdopodobnie przekroczyła 50%152.
Owa tak dawno rozpoczęta ewolucja nie osiągnęła jeszcze, rzecz jasna, swego kresu: daleko jej do tego. W jednej ze swoich uwag Turgot ubolewa, iż: "Nie istnieje obieg pracy podobny obiegowi pieniądza"153. Jednakże proces taki już się wówczas rozpoczyna i zmierza ku przyszłości pełnej zmian, adaptacji i cierpień.
Bez wątpienia bowiem przejściu do pracy najemnej, niezależnie od przyczyn tego zjawiska i wynikających z niego korzyści gospodarczych, towarzyszy pewna degradacja społeczna. W XVIII wieku dowodzą tego rozliczne strajki154 i oczywiste zniecierpliwienie robotników. Jan Jakub Rousseau mówił o ludziach, którzy "jeśli ich obrazić, szybko pakują manatki i odchodzą"155. Czy naprawdę owa wrażliwość, owa świadomość społeczna narodziły się wraz z pierwszą zapowiedzią nadejścia wielkiego przemysłu? Z pewnością nie. Zgodnie z tradycją włoscy malarze są rzemieślnikami pracującymi w swoich pracowniach pospołu z zatrudnionymi pracownikami, którymi nierzadko bywają ich własne dzieci. Niczym kupcy prowadzą księgi rachunkowe: mamy księgi Lorenza Lotto, Bassano, Farinatiego, Guercina156. Interesy prowadzi jednak tylko właściciel pracowni, który przyjmuje zamówienia od klientów. Pracownicy, w tym synowie, już wtedy skorzy do buntu, w najlepszym przypadku są pracownikami najemnymi. Można więc bez trudu zrozumieć zwierzenia, jakie pewien malarz, Bernardino India, zawarł w liście do Scipione Cibo: dobrze prosperujący artyści Alessandro Acciaioli i Baldovini chcieli go u siebie zatrudnić. Odmówił, pragnąć zachować niezależność i nie chcąc porzucać własnych interesów "per un vil salario"V157. A działo się to w 1590 roku!
Rynek jest ruchomą granicą
W rzeczywistości rynek jest granicą podobną działowi wód rzecznych. Zależnie od tego, czy jest się po tej, czy tamtej stronie, życie wygląda inaczej. A oto przykład, jeden spośród tysiąca, ludzi skazanych na wyłączne zaopatrywanie się na targowisku. Jedwabnicy z Mesyny158, którzy wyemigrowali do miasta, są więźniami jego zaopatrzenia (w o wiele większym stopniu niż szlachta i niż mieszczanie, którzy często posiadają w okolicy ziemię, ogród, sad, a więc własne zasoby). I kiedy rzemieślnicy ci mają już dość chleba pieczonego z na wpół zgniłego "morskiego zboża" i sprzedawanego po wygórowanych cenach, to mogą co najwyżej ruszyć do Katanii lub Milazzo, aby zmienić pracodawcę i rynek żywnościowy (decyzję taką podejmują około 1704 roku).
Tym, którzy nie są stałymi klientami targu, którzy zazwyczaj nie mogą uczestniczyć w życiu targowiska lub mieszkają daleko, wydaje się on wyjątkowym świętem, podróżą, nieledwie przygodą. Hiszpanie powiadają, że stanowi sposobność do "presumir", pokazania się, puszenia. Marynarz, jak wyjaśnia pewien podręcznik kupiecki z połowy XV wieku159, jest na ogół wielce nieokrzesany: jego "umysł jest tak ociężały, że kiedy pije w tawernie lub gdy kupuje chleb na targu, od razu czuje się kimś ważnym". Podobnie hiszpański żołnierz160, który pomiędzy dwoma wyprawami znalazł się na targu w Saragossie (1645), wpada w zachwyt na widok stosów świeżych tuńczyków, pstrągów i stu innych ryb, wyłowionych z morza lub z pobliskiej rzeki. Cóż jednak może on kupić za pieniądze, które ma w swej sakiewce? Starczy mu na ucztę złożoną z białego wina i kilku solonych sardynek, "sardinas salpesadas", które usmaży dla niego właścicielka pobliskiej karczmy.
Oczywiście życie wiejskie pozostaje w swej istocie strefą w całości lub przynajmniej w połowie pozarynkową, strefą samowyżywienia, samowystarczalności, skupienia się na sobie. Chłopi przez całe życie zadowalają się produktami własnych rąk lub tym, co dostarczają im ich sąsiedzi w zamian za jakieś produkty lub usługi. Wielu spośród nich zjawia się oczywiście na targach w mieście lub miasteczku. Lecz ci, którzy ograniczają się do kupowania tam niezbędnego żelaznego lemiesza do pługa, a poprzez sprzedaż jaj, osełek masła, kilku sztuk drobiu lub warzyw zdobywają pieniądze na zapłacenie powinności lub podatków, nie są autentycznie związani z wymianą rynkową. Oni się do niej zbliżają. Normandzcy wieśniacy, "którzy dostarczają na targ produktów za 15 lub 20 solidów, nie mogą wstąpić do szynku, bo tyleż będą musieli tam wydać..."161. Często wieś styka się z miastem jedynie za pośrednictwem kupca z tegoż miasta lub dzierżawcy miejscowych włości162.
Nierzadko zwracano uwagę na to zjawisko życia na uboczu, którego istnienia nikt nie może podać w wątpliwość. Występuje ono jednak w różnym natężeniu i, co więcej, zdarzają się wyjątki. Wielu zamożnych chłopów w pełni wykorzystuje targ. Angielscy farmerzy, którzy mogą handlować swoimi zbiorami, a zimą nie potrzebują ani prząść, ani tkać wełny, konopi czy lnu, są w tym samym stopniu stałymi klientami targu, co jego dostawcami. W Zjednoczonych Prowincjach chłopi z dużych, zgrupowanych lub rozproszonych wsi (bywało, że liczących od 3000 do 4000 mieszkańców) są producentami mleka, mięsa, słoniny, serów, roślin przemysłowych i nabywcami zboża oraz drewna na opał. Węgierscy hodowcy bydła, którzy eksportują swoje stada do Niemiec i Włoch, kupują brakujące im zboże. Wszyscy chłopscy ogrodnicy z terenów podmiejskich, którymi tak chętnie zajmują się ekonomiści, są wciągnięci przez życie wielkiego miasta, wzbogacani przez to miasto. Na fakt, że brzoskwiniowe sady są źródłem bogactwa miasteczka Montreuil pod Paryżem, zwracał już uwagę Sebastian Mercier (1783)163. Wszyscy wiedzą, jak wokół Londynu, Bordeaux czy Angoul?me rozkwitały liczne ośrodki zaopatrzenia miasta164. Choć w skali wieśniaczego świata, który stanowi od 80 do 90% całej populacji, są to z pewnością wyjątki, nie zapominajmy jednak, że nawet ubogie wsie dotknięte już zostały zarazą podstępnych prawideł gospodarki. Pieniądz dociera do nich różnymi drogami, które przekraczają granice właściwego rynku. Mają w tym udział wędrowni handlarze, lichwiarze ze wsi lub z miasteczka (warto tu wspomnieć żydowskich lichwiarzy z wiosek północnych Włoch)165, przedsiębiorcy zajmujący się produkcją wiejskiego przemysłu, mieszczanie i wzbogaceni gospodarze poszukujący siły roboczej dla uprawy swojej ziemi, a nawet wiejscy sklepikarze...
W sumie jednak targ nadal pozostaje dla historyka dawnej gospodarki testem, wskaźnikiem, którego wartość zawsze powinien sobie cenić. Bistra A. Cwetkowa, tworząc coś w rodzaju skali z podziałką, słusznie określa na podstawie wysokości podatków od sprzedaży targowej gospodarcze znaczenie miast bułgarskich położonych wzdłuż Dunaju. Zwraca też uwagę na fakt, że podatki płacone są tam w srebrnych asprach i że pojawiają się już targi wyspecjalizowane166. Dwa lub trzy drobne zapisy dotyczące mołdawskich Jass dowodzą, iż posiadały one w XVII wieku "siedem punktów, gdzie handlowano towarami, a niektórym z tych punktów nadawano nazwy w zależności od sprzedawanych tam podstawowych artykułów: jarmark obuwniczy, jarmark mączny..."167. Wskazuje to na pewien podział życia handlowego. Arthur Young posuwa się jeszcze dalej. Gdy w sierpniu 1788 roku wyjeżdża z Arras, napotyka "przynajmniej setkę osłów objuczonych (...), jak się wydaje, bardzo lekkimi ładunkami oraz tłum mężczyzn i kobiet", co zapewniało obfite zaopatrzenie targu. A przecież "tym samym duża część wiejskiej siły roboczej nie pracuje w pełni żniw, gdyż zajmuje się zaopatrzeniem miasta, które w Anglii byłoby obsłużone przez czterdziestokrotnie mniejszą liczbę ludzi. Gdy taki rój gapiów szumi pośród targu, pewien jestem - stwierdza - że własność ziemska nazbyt jest rozdrobniona"168. Czyżby więc targi, na których mało jest ludzi, na których mało kto się bawi i mało kto przechadza bez celu, miały być oznaką nowoczesnej gospodarki?
Poniżej rynku
W miarę jak gospodarka handlowa rozrasta się i zakłóca strefę działań bliskich jej, lecz pomniejszych, następuje powiększanie się rynków, przemieszczanie ich granic, modyfikacja działań podstawowych. Na wsi pieniądz rzadko jest prawdziwym kapitałem, stosuje się go przy kupnie ziemi i, poprzez owo kupno, pozwala on na awans społeczny - a co więcej, tezauryzuje się. Wystarczy wspomnieć tu monety z kobiecych naszyjników Europy Środkowej, kielichy i pateny wiejskich złotników z Węgier169, złote krzyżyki francuskich wieśniaczek z przedednia Rewolucji Francuskiej170. Mimo to pieniądz odgrywa rolę destrukcyjną wobec dawnych wartości i postaw. Najemny wyrobnik wiejski, którego rachunki zapisywane są w księdze pracodawcy, nawet jeśli otrzymuje od niego tak wielkie zaliczki w naturze, że pod koniec roku nie ma już ani grosza gotówki171, przywykł przeliczać wszystko na pieniądze. Na dłuższą metę na tym właśnie polega przemiana mentalności. Przemiana stosunków pracy, która ułatwia przystosowanie się do nowoczesnego społeczeństwa, ale która nigdy nie działa na korzyść najuboższych.
Emiliano Fernandez de Pinedo172, młody baskijski historyk gospodarki, po mistrzowsku wykazał, w jak wielkim stopniu nieuchronny rozwój gospodarki rynkowej wywiera negatywny wpływ zarówno na własność ziemską, jak i na ludność wsi. W XVIII wieku kraj Basków zmierza prosto do przekształcenia się w "rynek narodowy", stąd też wynika wzmożona komercjalizacja własności ziemskiej. W końcu przez rynek przechodzą tak ziemia Kościoła jak i, w zasadzie równie nietykalne, dobra majoratowe. W rezultacie własność ziemska znajdzie się w posiadaniu niewielu osób, wystąpi także rosnące ubożenie i tak już biednych chłopów. Od tej chwili zmuszeni są oni, a jest ich więcej niż kiedykolwiek, do przeciskania się przez wąskie gardło rynku pracy, bądź w mieście, bądź na wsi. To rozwój rynku wywołał owe wiry, których skutki są nieodwracalne. Rozwój ten odtwarza, mutatis mutandis, koleje procesu, który o wiele wcześniej doprowadził do powstawania wielkich gospodarstw angielskich farmerów.
Targ jest więc współtwórcą wielkiej historii. Nawet najskromniejszy targ stanowi szczebel, choć zapewne najniższy, w gospodarczej hierarchii. Dlatego też za każdym razem, gdy brak jest targu lub gdy nie ma on większego znaczenia, gdy zbyt skąpo występująca gotówka gra rolę materiału wybuchowego, badanie dotyczy z całą pewnością punktu zerowego ludzkiej egzystencji, punktu, w którym każdy człowiek zmuszony jest niemal wszystko produkować samodzielnie. W czasach poprzedzających okres uprzemysłowienia wiele chłopskich społeczeństw Europy żyło jeszcze na tym poziomie, znajdując się na marginesie gospodarki rynkowej. Podróżnik, który tam zawitał, za parę groszy mógł nabyć wszelkie produkty rolne po śmiesznie niskich cenach. Aby natknąć się na takie niespodzianki i móc kupić 30 kur za 4 reale lub 100 jaj za 2, nie trzeba było, wzorem Maestre Manrique (około 1630), jechać koniecznie aż do kraju Arakanu173. Wystarczyło zboczyć z głównych dróg, ruszyć górskimi ścieżkami, znaleźć się na Sardynii lub zatrzymać w rzadko odwiedzanej miejscowości na wybrzeżu Istrii. Krótko mówiąc, życie rynku, tak łatwe do obserwowania, przesłania często historykowi życie poniżej poziomu rynkowego, skromne, lecz niezależne, często samowystarczalne lub dążące do samowystarczalności. Inny świat, inna gospodarka, inne społeczeństwo, inna kultura. Stąd też bierze się istotna wartość takich prób jak badania Michela Morineau174 lub Marco Cattiniego175, gdyż obydwaj ukazują to, co dzieje się poniżej rynku, co mu się wymyka, a co w gruncie rzeczy jest miarą roli wiejskiego samowyżywienia. W obu przypadkach tok rozumowania historyka był taki sam: rynek handlu zbożem to z jednej strony zaludniony obszar, który jest od niego zależny, a z drugiej popyt ludności, której konsumpcja może być obliczana wedle ustalonych zawczasu norm. Jeśli zna się na dodatek miejscową produkcję, ceny, ilości towarów, jakie pojawiają się na rynku, zarówno konsumowanych na miejscu, jak i tych, które są eksportowane lub importowane, można sobie wyobrazić, co się dzieje lub co powinno się dziać poniżej rynku. Punktem wyjścia dla badań Michela Morineau było średniej wielkości miasto Charleville, a dla Marco Cattiniego miasteczko z okolic Modeny położone nieco na uboczu i o wiele bliższe życiu wiejskiemu.
Podobne badania przeprowadził Yves Marie Bercé176 w swej rozprawie doktorskiej na temat XVII-wiecznych buntów chłopskich w Akwitanii. Odwołał się jednak do innych metod badawczych. Bunty pozwoliły mu odtworzyć umysłowość i motywacje społeczności, która nazbyt często wymykała się wiedzy historycznej. Podoba mi się zwłaszcza to, co Bercé mówi na temat porywczych bywalców owych punktów zapalnych, jakimi są wiejskie karczmy.
Krótko mówiąc, droga jest otwarta. Metody, środki, sposoby ujęcia mogą być różne (co już wiadomo), niemniej jest sprawą pewną, że nie będzie kompletnej historii, zwłaszcza historii wsi, godnej tego miana, jeśli nie będzie można przeprowadzić systematycznych badań dotyczących życia ludzkiego toczącego się poniżej poziomu gospodarki rynkowej.
Sklepy
Sklepy stanowią główną konkurencję targów, korzystną jednak dla wymiany. Te niezliczone, małe pomieszczenia to jej kolejne podstawowe narzędzie. Podobne i różne zarazem, targ odbywa się bowiem od czasu do czasu, podczas gdy sklep funkcjonuje stale. Przynajmniej w zasadzie, gdyż reguła, jeśli w ogóle istnieje, dopuszcza wiele wyjątków.
I tak słowo: suk, właściwe miastom muzułmańskim, często tłumaczone jest jako targ. Otóż suk to zazwyczaj ulica, wzdłuż której ciągną się sklepy, wszystkie wyspecjalizowane w handlu tymi samymi towarami. Podobnych ulic było zresztą wiele we wszystkich miastach Europy Zachodniej. W Paryżu już od XII wieku ulica de la Montagne de Sainte-Genevi?ve przejęła od sąsiadujących z kościołem Saint-Etienne-du-Mont rzeźni nazwę ulicy Rzeźniczej (des Boucheries)177. W roku 1656, także w Paryżu, "w pobliżu cmentarzyska św. InnocentegoVI (!) (...) mają swoje sklepy wszyscy kupcy handlujący żelazem, cyną, miedzią, białą blachą"178. W Lyonie w roku 1643 "drób kupuje się w specjalnych sklepach, w drobiarni na ulicy Saint-Jean"179. Są także całe ulice sklepów z towarami luksusowymi (zob. plan Madrytu), na przykład Merceria ciągnąca się od placu Św. Marka do mostu Rialto, co - jak mówi pewien podróżny - daje imponujące wyobrażenie o Wenecji180. Czy też owe sklepy na północnym nabrzeżu Starego Portu w Marsylii, w których sprzedaje się lewantyńskie towary i które - jak zauważa prezydent de Brosses - "tak wielkie mają powodzenie, że za 500 liwrów wynajmuje się tam powierzchnię 20 stóp kwadratowych"181. Ulice te są czymś w rodzaju wyspecjalizowanych targów.
A oto inny wyjątek od reguły: poza Europą występują dwa nieznane jej zjawiska. Wedle relacji podróżników Sichuan, to znaczy górny basen rzeki Jangcy, który kolonizacja chińska odzyskała siłą w XVII wieku, jest konstelacją rozproszonych, izolowanych domostw, odmiennie niż w samych Chinach, gdzie regułą jest koncentracja ludności. Otóż pośrodku, pomiędzy tymi rozproszonymi domostwami, znajduje się na rozległej przestrzeni grupka małych sklepików, yao tian, które grają rolę stałego targu182. Zdaniem innych podróżników, zjawisko to występuje również na Cejlonie w XVII wieku: są sklepy, za to nie ma targów183. Z drugiej strony, wracając do Europy, jak nazwać te baraki, te kramiki ustawione byle jak wprost na ulicach Paryża, choć zabroniono tego ordonansem z roku 1776? Są to stragany ruchome, takie jak na targu, lecz handlujące codziennie niczym sklep184. Czy na tym koniec naszych wątpliwości? Nie, skoro w Anglii niektóre miejscowości handlowe, takie jak Westerham, mają swój rząd (row) sklepów łokciowych i spożywczych na długo przedtem, zanim pojawił się tam targ185. Nie, również i dlatego, że wiele sklepów znajduje się na samym placu targowym. I chociaż targ rozpoczyna swoją działalność, one nie przerywają sprzedaży. Podobnie czyż fakt, że kupiec sprzedający na przykład w halach w Lille solone ryby zajmuje miejsce obok kupców handlujących owocami morza, nie jest łączeniem pojęcia targu i sklepu?186
5. Madryckie sklepy z towarami luksusowymi
Madryt, stolica Hiszpanii od roku 1560, w XVII wieku przeżywa swój rozkwit. Powstaje w nim coraz więcej sklepów. Wokół Plaza Mayor grupują się wyspecjalizowane sklepy z towarami luksusowymi
Wg: M. Capella, A. Matilla Tascón, Los Cinco Gremios mayores de Madrid, 1957
Niezależnie od tych wątpliwości sklep różni się od targu i wraz z upływem lat jest to coraz wyraźniej widoczne. Kiedy w XI wieku na obszarze całej Europy Zachodniej rodzą się lub odradzają miasta, ich rozwój ustala wyraźną granicę pomiędzy miastem a wsią. W miastach skoncentrowany jest kształtujący się przemysł, a w konsekwencji i aktywny lud rzemieślniczy. Równocześnie pojawiają się pierwsze sklepy, które w rzeczywistości są warsztatami (jeśli można je tak nazwać) piekarzy, rzeźników, szewców i łataczy obuwia, kowali, krawców i innych rzemieślników detalicznych. Z początku rzemieślnik musiał opuszczać zakład, z którym związany był przecież pracą "jak ślimak z muszlą", i ruszać na targ lub do hali, aby sprzedać swoje wyroby187. Zmuszały go do tego władze miejskie powodowane troską o konsumenta. Targ łatwiej jest przecież kontrolować niż sklep, w którym każdy staje się nieledwie własnym panem188. Dość wcześnie jednak, w przerwach pomiędzy dniami targowymi, rzemieślnik handluje w sklepie, "w swoim oknie", jak mawiano. Ta wciąż przerywana działalność powoduje, że owe pierwsze sklepy stają się miejscem sprzedaży nieciągłej, podobnej w pewnym sensie do sprzedaży targowej. Około 1380 roku w portugalskim mieście Evora rzeźnik ćwiartuje mięso w sklepie, a sprzedaje je na jednym z trzech targów, jakie odbywają się w ciągu tygodnia189. Mieszkaniec Strasburga dziwi się, widząc jak w Grenoble w 1643 roku rzeźnicy ćwiartują i sprzedają mięso u siebie, a nie w halach, i handlują nim "w sklepie, jak inni kupcy"190. Paryscy piekarze sprzedają zwykły i biały chleb w sklepach, lecz duże bochny w zasadzie na targu, w każdą środę i w każdą sobotę191. W maju 1718 roku zostaje ogłoszony edykt, który raz jeszcze zachwieje pieniądzem (właśnie wprowadza się system Lawa). Wtedy to "piekarze, powodowani strachem lub przebiegłością, nosili na targ mniejsze niż zazwyczaj ilości chleba. W południe brakowało go już nawet na targowiskach. A co najgorsze, tego samego dnia podnieśli cenę chleba o dwa lub cztery sous na funcie; "nie masz tu zatem w tych sprawach słusznego porządku, jaki zobaczyć można gdzie indziej" - dorzuca toskański ambasador, którego świadectwo wykorzystaliśmy powyżej192.
Jako pierwsi prowadzili więc sklepy rzemieślnicy. "Prawdziwi" sklepikarze pojawili się później. Są oni pośrednim ogniwem wymiany. Wślizgują się pomiędzy producentów i nabywców, ograniczając się do kupna i sprzedaży i nigdy nie produkując (przynajmniej w całości) oferowanych towarów. Od początku działają niczym ów kupiec-kapitalista, którego zdefiniował Marks. Dla niego punktem wyjściowym są pieniądze P, za które nabywa towar T, żeby w sposób regularny powracać do pieniędzy P, zgodnie ze schematem PTP. "Rozstaje się on ze swymi pieniędzmi tylko wtedy, gdy ma cichą nadzieję, że je odzyska". Wprost przeciwnie, wieśniak najczęściej sprzedaje na targu swe produkty tylko po to, aby natychmiast nabyć artykuły, których potrzebuje. Dla niego punktem wyjściowym jest towar i do niego też, zgodnie ze schematem TPT, wraca. Podobnie rzemieślnik zmuszony do kupowania żywności na targu niedługo jest w posiadaniu pieniędzy. Zdarzają się tu jednak wyjątki.
Pośrednicy, których liczba bardzo szybko wzrośnie, są postaciami szczególnymi i mają zagwarantowaną przyszłość. Przyszłość ta interesuje nas bardziej niż ich niełatwe do wyjaśnienia pochodzenie, choć proces ów prawdopodobnie miał przebieg dość prosty. Począwszy od XI wieku, a zapewne i wcześniej, wędrownych kupców, którzy przetrwali schyłek imperium rzymskiego, zaskoczył rozwój miast. Niektórzy z nich decydują się na prowadzenie osiadłego trybu życia i podejmują miejskie zawody. W odniesieniu do określonych regionów nie można podać dla tego zjawiska żadnej dokładnej daty. Na przykład jeśli chodzi o Niemcy i Francję, dzieje się to nie w wieku XIII, lecz "począwszy od XIII wieku"193. "Kupiec o zakurzonych stopach" jeszcze w czasach Ludwika XIII może porzucić wędrowne życie i osiąść tuż obok rzemieślnika, prowadząc kramik tak podobny do jego kramu, a przecież tak różny, i różnica owa pogłębi się z czasem. Piekarnia XVIII-wieczna to nieledwie piekarnia z XV lub nawet wcześniejszego stulecia, podczas gdy sklepy kupieckie i kupieckie sposoby handlowania pomiędzy XV i XVIII wiekiem zmieniały się w mgnieniu oka.
6. Dostawcy Abrahama Denta, kupca z Kirkby Stephen
Wg: T.S. Willan, Abraham Dent of Kirkby Stephen, 1970
Nie od razu jednak zawód kupca-sklepikarza wyróżni się spośród rzemieślniczych cechów, do których należał, włączając się w miejską społeczność. Jego pochodzenie i związane z nim niejasności są swoistym piętnem. Jeszcze około 1702 roku pewien francuski raport wywodzi: "Prawdą jest, że kupcy uważani są za pierwszych spośród rzemieślników, za coś więcej, ale też i za nic ponadto"194. Mówimy tu jednak o Francji, gdzie jeśli nawet kupiec staje się negocjantem, nie rozwiązuje to ipso facto problemu jego pozycji społecznej. Kupieccy deputowani obruszają się z tego powodu jeszcze w 1788 roku i stwierdzają, że negocjanci uważani są za ludzi "należących do jednej z niższych klas społecznych"195. A przecież ani w Amsterdamie, ani w Londynie, ani nawet we Włoszech nikt już o nich w ten sposób w owych czasach nie mówił196.
Z początku, choć często jeszcze w XIX wieku, sklepikarze sprzedają bez różnicy towary uzyskane z pierwszej, drugiej lub trzeciej ręki. Tradycyjnie nazywa się ich merciers (kupcy łokciowi). Nazwa ta wiele wyjaśnia, pochodzi bowiem od łacińskiego słowa: merx, mercis, czyli po prostu towar. Przysłowie mówi: "Kupiec łokciowy sprzedaje wszystko, niczego nie wytwarza". Za każdym razem, gdy analizujemy dane dotyczące zasobów kupców łokciowych, stwierdzamy, iż są oni w posiadaniu najrozmaitszych towarów. I dzieje się tak zarówno w XV-wiecznym sklepie w Paryżu197, w Poitiers198, w Krakowie199, we Frankfurcie nad Menem200, jak i w XVIII-wiecznym sklepie niejakiego Abrahama Denta, właściciela sklepu z Kirkby Stephen, małego miasta z hrabstwa Westmorland w północnej Anglii201.
W sklepie owego kupca, parającego się w latach 1756-1776 handlowaniem artykułami łokciowymi i spożywczymi, którego działalność możemy śledzić na podstawie jego własnych dokumentów, sprzedaje się wszystko. Po pierwsze różnej jakości herbatę (czarną lub zieloną) - drogą zapewne, gdyż Kirkby Stephen znajduje się w głębi kraju i nie korzysta z usług przemytu. Następnie cukier, melasę, mąkę, wino i brandy, piwo, cydr, jęczmień, chmiel, mydło, szlamowaną kredę, sadzę, błękit wapienny, wosk, łój, świece, tytoń, cytryny, migdały, rodzynki, ocet, groch, pieprz, pospolite przyprawy, gałkę muszkatołową, goździki... U Abrahama Denta znaleźć można także tkaniny jedwabne, wełniane, bawełniane oraz drobne artykuły pasmanteryjne, igły, szpilki itp. A nawet książki, czasopisma, almanachy, papier... W rezultacie łatwiej byłoby wymienić to, czego sklep nie sprzedaje, na przykład nie ma tam soli (co trudno zrozumieć) oraz jajek, masła i serów, zapewne dlatego, że są one łatwo dostępne na targu.
Stałymi klientami byli, rzecz jasna, mieszkańcy miasteczka i pobliskich wsi. Mimo że żadna droga wodna nie prowadzi do Kirkby Stephen, dostawcy Denta (jak wskazuje mapa)202 rozproszeni są na dość dużej przestrzeni. Transport lądowy, choć kosztowny, jest regularny, a przewoźnicy oprócz transportu towarów podejmują się przewozu listów i weksli, za pomocą których Abraham Dent reguluje swoje płatności. Z kredytu obficie bowiem korzystają zarówno klienci sklepu jak i sam sklepikarz, gdy kontaktuje się ze swymi dostawcami.
Abraham Dent jest nie tylko sklepikarzem. Skupuje on robione na drutach pończochy, a także zleca ich wykonanie w Kirkby Stephen oraz w jego okolicach. W ten sposób staje się przedsiębiorcą przemysłowym handlującym własnymi wyrobami, które dostarcza zazwyczaj armii angielskiej za pośrednictwem londyńskich hurtowników. A ponieważ hurtownicy pozwalają mu wystawiać weksle trasowane na ich nazwiska, można przypuszczać, że Abraham Dent staje się wekslowym "dealerem". I rzeczywiście przechodzące przez jego ręce weksle trasowane znacznie przekraczają wolumen jego własnych obrotów handlowych. A przecież obracać tratami to tyle, co pożyczać pieniądze.
Czytając książkę T.S. Willana, odnosi się wrażenie, że Abraham Dent jest postacią nietuzinkową, nieledwie człowiekiem wielkich interesów. Może to i prawda. W 1958 roku poznałem jednak zwykłego sklepikarza z miasteczka w hiszpańskiej Galicii, który dziwnie przypominał Abrahama Denta. Wszystko można było u niego znaleźć, wszystko zamówić, a nawet podjąć czeki bankowe. Być może więc sklep jako taki powinien po prostu zaspokajać wszelkie lokalne potrzeby i tylko od sklepikarza zależy, czy daje sobie z tym radę, czy nie. Znamy księgi rachunkowe pewnego XV-wiecznego kupca łokciowego z Monachium203. On także wydaje się postacią nieprzeciętną: bywa na targach i jarmarkach, kupuje w Norymberdze i w Nordlingen, jeździ aż do Wenecji. A przecież sądząc po jego mieszkaniu, które stanowi jedna dość nędznie umeblowana izba, jest on zaledwie zwykłym, drobnym kupcem.
Rozwój specjalizacji i hierarchizacji
Równolegle do owych form stałych pojawiają się dzięki rozwojowi gospodarczemu nowe rodzaje sklepów "specjalistycznych". Powoli zaczyna się rozróżniać sklepikarzy sprzedających na wagę, czyli kupców handlujących artykułami spożywczymi; tych, którzy sprzedają na łokcie: sukienników i krojowników; tych, którzy sprzedają na sztuki: kupców artykułami żelaznymi; tych, którzy sprzedają towary używane - ubrania lub meble. Handlarzy starzyzną było bardzo wielu, na przykład w Lille w 1716 roku jest ich ponad 1000204.
Są też specjalne sklepy, których pojawianiu się sprzyja rozwój specyficznych "usług": aptekarskich, lichwiarskich, właścicieli kantorów wymiany pieniędzy, bankierów, oberżystów, którzy często są pośrednikami w transporcie lądowym, szynkarzy, w końcu zaś owych "handlarzy winem, którzy mają stoły i nakrycia, a także żywią u siebie"205. Tych ostatnich jest w XVIII wieku coraz więcej, ku zgorszeniu uczciwych ludzi. Prawda, że niektóre z owych miejsc mogą budzić lęk, tak jak szynk "na ulicy aux Ours (Niedźwiedziej)" w Paryżu, "który bardziej przypomina schronienie złodziejaszków i rabusiów niż gospodę dla porządnych ludzi"206, i to pomimo smakowitych zapachów z pobliskich karczem specjalizujących się w pieczeniach. Do listy należy dorzucić pisarzy, a nawet notariuszy, przynajmniej tych, których widział na ulicach Lyonu pewien podróżny w 1643 roku207, "jak siedzą w swych sklepach i niczym szewcy czekają na klientelę". Począwszy od XVII wieku zdarzają się już jednak zamożni notariusze. Pisarze publiczni bywają natomiast zbyt ubodzy, by móc utrzymać swój warsztat. Niektórzy z nich pracują pod gołym niebem, wzdłuż filarów paryskiego cmentarza Niewiniątek. Udaje im się mimo wszystko zarobić trochę grosza, gdyż wiele jest osób nie umiejących pisać: służących, lokajów, biedoty208. Są tedy budy prostytutek, hiszpańskie "casas de carne". W Sewilli "na Calle de la Serpiente" - powiada w El Burlador de Sevilla Tirso de Molina209 "można zobaczyć, jak Adam, niczym prawdziwy Portugalczyk, szuka miłosnych przygód (...) i nawet jeśli zdobycz kosztuje zaledwie jednego dukata, to wnet cię całkiem ze skóry obłupi".
Różne zresztą bywają sklepy, tak jak różni bywają i kupcy. Pieniądz szybko narzuca swoje rozwarstwienia. Prawie od początku rozpościera szeroki wachlarz możliwości starej profesji kupca łokciowego. U góry mamy kilku bardzo bogatych kupców wyspecjalizowanych w handlu dalekosiężnym, na samym dole ubogich sprzedawców igieł lub ceraty, tych, o których szczere i bezlitosne przysłowie powie: "Mały kupczyk, mały koszyk". Nie poślubi ich nawet służąca, zwłaszcza gdy ma jakieś oszczędności. Wszędzie, zgodnie z powszechną regułą, pewna grupa kupców usiłuje wznieść się ponad innych. We Florencji Arti Maggiori różnią się wyraźnie od Arti Minori. W Paryżu od ordonansu z 1625 roku aż do edyktu z 10 sierpnia 1776 roku wyznacznikiem godności kupca jest przynależność do jednego z sześciu cechów (Six Corps) wymienianych w następującej kolejności: sukiennicy, kupcy handlujący artykułami spożywczymi, właściciele kantorów wymiany pieniędzy, złotnicy, kupcy łokciowi, kuśnierze. Podobnie w Madrycie spotykamy Cinco Gremios Mayores, których rola w XVIII-wiecznym obrocie pieniądzem będzie znaczna. W Londynie mamy dwanaście korporacji. We Włoszech i wolnych miastach niemieckich rozdział ten jest jeszcze wyraźniejszy. W rzeczywistości wielcy kupcy stali się rodzajem szlachty, patrycjatem. To w ich rękach znajduje się władza nad wielkimi miastami handlowymi.
Sklepy podbijają świat
Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest jednak to, że sklepy kupców wszelkich kategorii zdobywają i opanowują miasta, wszystkie miasta, a rychło nawet wioski, w których już od wieku XVII, choć głównie w XVIII osiedlają się niedoświadczeni kupcy łokciowi, oberżyści najpodlejszego gatunku i szynkarze. Tych ostatnich, którzy są drobnymi lichwiarzami, ale i "organizatorami zbiorowych rozrywek", znaleźć można jeszcze na wsi francuskiej w XIX i XX wieku. Do wiejskiego szynku chodzono, aby "pograć, pogadać, popić i rozerwać się (...), dobić targu pomiędzy wierzycielem i dłużnikiem, kupcem i klientem, załatwić interesy, zawrzeć umowę dzierżawną...". Istna oberża dla ubogich! Kościół i szynk to dwa przeciwległe bieguny wsi210.
Tysiące świadectw dowodzą rozkwitu sklepów. W XVII wieku widzimy prawdziwy ich zalew, istny potop. W 1606 roku Lope de Vega może powiedzieć, że w Madrycie, od kiedy stał się on stolicą, "todo se ha vuelto tiendas", wszystko przemieniło się w sklepy211. Tienda staje się zresztą jedną z ulubionych scenerii powieści łotrzykowskiej. W Bawarii kupców "jest równie dużo co piekarzy"212. W 1673 roku w Londynie francuski ambasador na próżno szuka mieszkania. Został on wyrzucony ze swego domu, który ma być zburzony, "aby na tym miejscu postawić nowe budynki". "Trudno w to uwierzyć w przypadku tak wielkiego miasta - pisze - ale jako że od czasu, kiedy tu jestem, większość dużych domów została zburzona i zamieniona na sklepy oraz małe mieszkania dla kupców, zgoła niewiele domostw pozostało do wynajęcia", a i to po wygórowanych cenach213. Zdaniem Daniela Defoe przyrost sklepów jest wprost monstrualny214. Jeszcze w 1663 roku w tym ogromnym mieście było w sumie tylko 50 lub 60 "mercers"; pod koniec wieku jest ich już 300 lub 400. Sklepy z towarami luksusowymi, nie zważając na koszty, zmieniają swój wystrój, na wyścigi pokrywają się lustrami, wypełniają złoconymi kolumnami, żyrandolami i brązowymi kinkietami, które poczciwy Defoe uważa za ekstrawaganckie. Pierwsze wystawy sklepowe wprawiają jednak w zachwyt pewnego francuskiego podróżnika (1728): "To, czego na ogół nie mamy (we Francji) - zauważa - to szklane witryny, które przeważnie są bardzo piękne i bardzo przezroczyste. Sklepy są nimi otoczone i tam to zazwyczaj układa się towar, co chroni go od kurzu, a przechodniom pozwala go podziwiać. Szyby nadają sklepom piękny wygląd, i to z każdej strony"215. Jednocześnie, pragnąc dotrzymać kroku rozwojowi miasta, sklepy przesuwają się ku zachodowi, w kierunku nowo powstających domostw bogaczy. Ulicą sklepów długo była Pater Noster Row, lecz potem została opuszczona na rzecz Covent Garden, która swój prymat zachowa zaledwie przez dziesięć lat. Modna stanie się z kolei Ludgate Hill, jeszcze później zaroi się od sklepów na Round Court, Fenchurch Street i Houndsditch. Wszystkie miasta mają zresztą te same kłopoty. Jest w nich coraz więcej sklepów, których wystawy wdzierają się na ulicę i które przenoszą się z jednej dzielnicy do drugiej216. Proszę zwrócić uwagę, jak rozprzestrzeniają się kawiarnie w Paryżu217, jak nadbrzeża Sekwany z kawiarnią "Le Petit Dunqerque", która zachwyca Woltera218, przejmą rolę pasażu Palais Royal. Jego handlowy zgiełk stanowił wielkie widowisko miejskie za czasów Corneille'a219. Podobnym przemianom poddawane są nawet małe aglomeracje miejskie. Na Malcie już z początkiem XVIII wieku na wąskim Nowym Mieście La Valletty "liczba sklepów kupców łokciowych i drobnych kupców prowadzących sprzedaż detaliczną - mówi pewien szczegółowy raport220 - wzrosła do tego stopnia, że żaden z tych kupców nie może w pełni zapewnić sobie środków utrzymania. Zmuszeni są do złodziejstwa lub szybkiego bankructwa. Ich sklepy nigdy dobrze nie prosperują i żałosnym jest fakt, iż tak wielu młodych ludzi topi w nich bądź niedawno otrzymany posag żony, bądź spadek po rodzicach, a wszystko to dla profesji siedzącej i losu prawdziwego nieroba", "una occupatione sedentaria et cos? poltrona". Ten sam cnotliwy autor raportu oburza się, że w domach na Malcie coraz więcej jest przedmiotów złotych i srebrnych, "bezużytecznego i martwego" kapitału, że mężczyźni, kobiety i dzieci z pośledniej sfery paradują w odzieży z cienkiego sukna i koronkowych mantylach oraz że, skandal nad skandale, wystrojone w jedwabie putane (prostytutki) wyjeżdżają na spacer w karocach. Dorzuca też bez cienia poczucia humoru: W związku z istniejącym w tej mierze zakazem niechby przynajmniej musiały płacić podatek "un tanto al mese per diritto d'abiti"!VII. A jako że wszystko jest względne, czyż nie stanowi to pierwszego sygnału pojawiania się społeczeństwa konsumpcyjnego?
Zmiany dokonują się jednak stopniowo. Kiedy w 1815 roku Jean Baptiste Say po około dwudziestu latach nieobecności ujrzał Londyn (za pierwszym razem był tam w roku 1796), czuje się oszołomiony: dziwaczne sklepy oferują towary po obniżonych cenach, miasto roi się od oszustów i reklam, tych "nieruchomych" i tych "ruchomych", "które przechodnie odczytywać mogą nie zatrzymując się ani na chwilę". Bo w Londynie wymyślono właśnie ludzi-reklamy221.
Przyczyny rozwoju
Posługując się naszym dzisiejszym językiem, moglibyśmy powiedzieć, iż wszędzie wówczas widzimy zdumiewający wzrost dystrybucji, przyspieszenie tempa wymiany (czego świadectwem są również targi i jarmarki), a także, wraz ze stałym handlem sklepowym i rozwojem usług, triumf "trzeciego sektora", który nie pozostaje bez związku z ogólnym rozwojem gospodarki.
Ów wzrost można by udokumentować wieloma danymi liczbowymi, gdyby ustalić relację pomiędzy wielkością populacji a liczbą sklepów222 lub procentową relację pomiędzy sklepami rzemieślniczymi a sklepami kupieckimi czy wreszcie średnią wielkość, średni dochód sklepu. Werner Sombart223 zwrócił uwagę na świadectwo Justusa Mösera, historyka o wielkich zasługach i trochę skłopotanego obserwatora swego miasta Osnabrück, który stwierdza w 1774 roku, że "w przeciągu stu lat liczba kupców łokciowych co najmniej potroiła się, podczas gdy liczba rzemieślników zmniejszyła się o połowę". Pewien współczesny historyk, Hans Mauersberg224,dostarcza nam analogicznych informacji - tym razem są to dane liczbowe - które dotyczą szeregu dużych miast niemieckich. Przy okazji badań sondażowych (przeprowadzanych na podstawie pośmiertnych inwentarzy), z których jedno dotyczyło Madrytu z czasów Filipa IV225, a dwa pozostałe sklepów katalońskich i genueńskich kupców zajmujących się handlem detalicznym w XVII wieku na Sycylii226, pojawiają się przed nami sklepy podrzędne, liche, zagrożone, które w chwili postępowania likwidacyjnego pozostawiają głównie długi. W tym małym światku bankructwo jest chlebem powszednim. Można odnieść wrażenie - lecz jest to jedynie wrażenie - że w wieku XVIII wszystko byłoby już gotowe na przyjęcie aktywnego poujadyzmu, gdyby ówcześni drobni kupcy potrafili wypowiadać się otwarcie. W Londynie, kiedy w 1788 roku minister Fox próbuje ich opodatkować, zmuszony jest do błyskawicznego wycofania się wobec "powszechnego niezadowolenia [jakie rozporządzenie wywołało] pośród ludu"227. Nawet jeśli sklepikarze nie są ludem - co jest oczywiste - to przy sposobności potrafią wywołać wśród niego wrzenie. W Paryżu z lat 1793 i 1794 sankiuloci rekrutują się po większej części z półproletariatu drobnych sklepikarzy228. Pozwala to dać wiarę pewnemu raportowi, który na pierwszy rzut oka wydaje się trochę stronniczy, a który stwierdza, że w Paryżu około 1790 roku na krawędzi bankructwa znajduje się 20 000 kupców detalicznych229.
Tym samym, biorąc pod uwagę stan naszych wiadomości, możemy stwierdzić:
- że wzrost liczby ogniw pośrednich w dystrybucji wywołany został przez długofalowy wzrost zaludnienia i rozwój gospodarczy oraz przez dążenie "kupca-detalisty", by "być na swoim". To, że owych czynników sprawczych zdaje się być zbyt wiele, dowodzi, iż w owym mającym nastąpić wzroście gospodarczym pokładano nadmierne nadzieje;
- że na korzyść sklepów działać musiały: stały charakter punktów sprzedaży, przedłużony czas otwarcia sklepów, reklama, targowanie się, pogaduszki. Do sklepu wchodzi się nie tylko po to, aby coś kupić, ale także dla pogawędki. Jest on czymś w rodzaju teatru w miniaturze. Przykładem mogłyby tu być zabawne i prawdopodobne dialogi, jakie w 1631 roku w Chartres wymyśla autor Le Bourgeois poli (Ogładzonego mieszczanina)230. Nawet sam Adam Smith, przejawiając nieczęste u niego poczucie humoru, porównywał człowieka, czyli istotę mającą dar wymowy, ze zwierzętami, które daru tego nie mają: "Podział pracy [jest] następstwem (...) skłonności do wymiany, handlu i zamiany jednej rzeczy na drugą [co wydaje się] koniecznym następstwem zdolności myślenia i mówienia (...). Nikt nigdy nie wiedział, aby jeden pies zamieniał z drugim dobrowolnie jedną kość na drugą"231.
- że główną przyczyną rozkwitu sklepów było jednak stosowanie kredytu. Na wyższym szczeblu kredytu udziela hurtownik, handlarz detaliczny będzie zaś musiał wykupywać to, co dziś nazwalibyśmy wekslami trasowanymi. Rodzina wielkich florenckich kupców Guicciardini Corsi232, od czasu do czasu zajmujących się importem sycylijskiego zboża (pożyczali pieniądze Galileuszowi i dzisiaj fakt ten jest dla nich tytułem do chwały), sprzedaje właścicielom sklepów spożywczych pieprz ze swoich magazynów. Jest on płatny w terminie półtorarocznym, o czym świadczą zapisy w księgach rachunkowych. Jest jednak rzeczą pewną, że Guicciardini Corsi nie wymyślili w tej dziedzinie nic nowego. Sklepikarz także sprzedaje swym klientom na kredyt, chętniej bogatym niż ubogim. Kredytu udziela krawiec, piekarz stosuje w tym celu dwie drewniane deseczki233, z których jedna należy do niego, a druga do klienta. Każdego dnia na obu deseczkach robi się małe nacięcia. Do kredytu odwołuje się szynkarz234: po wypiciu szklaneczki gość kredą rysuje kreskę na ścianie, na której zaznaczony jest jego dług. Kredytu udziela wreszcie rzeźnik. Defoe powiada, że znał pewną rodzinę, której dochody wynosiły wiele tysięcy funtów rocznie, a która wszędzie: w rzeźni, w piekarni, w sklepie spożywczym czy z nabiałem płaciła za każdym razem 100 funtów, pozostawiając jednak zawsze 100 funtów długu235.
Imć Fournerart handlujący starzyzną pod Filarami Hal, którego nazwisko pojawia się w podręcznej księdze adresów (z 1692 roku)236, twierdzi, że zaopatrzy "każdego w przyzwoite odzienie za 4 pistole rocznie". Możemy iść o zakład, iż ten dostawca dość specyficznej "gotowej konfekcji" nie zawsze każe sobie płacić z góry. Nie inaczej dzieje się w przypadku spółki trzech paryskich handlarzy starzyzną, którzy z parafii Sainte-Marie na ulicy Neuve oferują swe usługi w zakresie "wszelkich dostaw ubrań żałobnych, jak płaszcze, odzież z krepy i ozdobne kołnierze, a nawet czarne surduty, które nosi się przy uroczystych okazjach"237.
Sklepikarz, znajdując się w sytuacji drobnego kapitalisty, lawiruje pomiędzy tymi, którzy winni mu są pieniądze, i tymi, którym on jest winien. Krucha to równowaga i kupiec wiecznie znajduje się na krawędzi bankructwa. Wystarczy, by "dostawca" (to znaczy osoba pośrednicząca między sklepikarzem a hurtownikiem lub sam hurtownik) przyparł go do muru, a kończy się to katastrofą. Wystarczy, że bogaty klient staje się niewypłacalny, a już handlarka rybami znajdzie się w krytycznym położeniu (1623): "Zaczynałam już dobrze zarabiać na życie - zwierza się jedna z nich - gdy nagle zostałam "zrobiona na biało"" (j'ai este mise au blanc)238. Blanc jest drobną monetą o wartości 10 denarów, oznacza to więc, że została bez grosza. Niebezpieczeństwo czyha na każdego sklepikarza: klient może zapłacić zbyt późno lub nie zapłacić wcale. W 1632 roku François Pommerol, rusznikarz, który w wolnych chwilach parał się poezją, tak oto narzeka na swoją profesję: I choć z robotą swą nie możesz zwlekać / To na zapłatę długo musisz czekać239.
Skarga ta pojawia się we wszystkich listach drobnych kupców, pośredników, dostawców, które mieliśmy okazję przeglądać. "W tych oto słowach raz jeszcze zwracamy się do Waszmość Pana, chcąc wiedzieć, kiedy to Waszmość łaskawie zechce nam zapłacić" (28 maja 1660 roku). "Panie, zdziwiony jestem wielce, że listy moje, jakże często ponawiane, tak mały skutek odnoszą. Wszak uczciwemu człowiekowi należy się chociaż odpowiedź..." (30 czerwca 1669 roku). "Nie dalibyśmy nigdy wiary, iż po pańskich zapewnieniach, że przyjdziesz do nas i rachunek swój wyrównasz, Waszmość odjedziesz bez słowa" (1 grudnia 1669 roku). "Nie wiem już, jak godzi mi się pisać do Waszmości, bo widzę jasno, iż listów moich w rachubę nie bierzesz..." (28 lipca 1669 roku). "Już sześć miesięcy mija, jak zwracam się do Waszmość Pana z prośbą o przesłanie zaliczki..." (18 sierpnia 1669 roku). "Widzę jasno, że Waszmościne listy to jeno igranie ze mną..." (11 kwietnia 1676 roku). Wszystkie te listy napisane zostały przez rozlicznych lyońskich kupców240. Nie udało mi się odnaleźć pisma wyprowadzonego z równowagi wierzyciela, który uprzedza winowajcę, że osobiście uda się do Grenoble i przy użyciu siły sam dochodzić będzie swojej krzywdy. Pewien niechętny pożyczkom kupiec z Reims żyjący w czasach Ludwika XIV cytuje przysłowie: "Kuzyn w pożyczaniu, łajdak w oddawaniu"241.
Owe kulejące płatności rachunków łańcuchowo stwarzają zależności i utrudnienia. W październiku 1728 roku na jarmarku św. Hostii w Dijon płótna szły jak woda, za to ze sprzedażą tkanin wełnianych lub jedwabnych były kłopoty. "Przyczynę widzi się w tym, iż kupcy detaliczni skarżą się na małe obroty, a także na to, że nie otrzymując pieniędzy od osób, którym sprzedają, nie są w stanie poczynić nowych zakupów. Z drugiej strony hurtownicy, którzy przybywają na jarmark, nie chcą kredytować należności, jakie są im winni nie płacący na ogół detaliści"242.
Całkiem odmienne obrazy roztacza Defoe, wyjaśniając rozwlekle, iż łańcuch kredytu jest podstawą handlu, że długi równoważą się między sobą i że w konsekwencji występuje zwielokrotnienie działań i dochodów kupieckich. Wadą dokumentów archiwalnych jest, jak wiadomo, fakt, iż miast prawidłowego funkcjonowania interesów ukazują historykowi same bankructwa, procesy i katastrofy. Pomyślne transakcje, tak jak szczęśliwi ludzie, nie mają historii.
Wszędobylska działalność handlarzy wędrownych
Domokrążcy to handlarze, zazwyczaj ubodzy, którzy "noszą na szyi" lub po prostu na plecach bardzo liche towary. Z punktu widzenia wymiany stanowią oni jednak siłę roboczą nie do pogardzenia. Nawet w miastach, a tym bardziej w miasteczkach i na wsiach zapełniają białe plamy regularnych obiegów dystrybucji. Ponieważ zaś owe białe plamy były bardzo liczne, znakiem czasu stał się fakt, iż zaroiło się od wędrownych handlarzy. Istna litania rozmaitych nazw sygnalizuje wszędzie ich obecność. We Francji: colporteur, contreporteur, porte-balle, mercelot, camelotier, brocanteur; w Anglii: hawker, hucktser, petty chapman, pedlar, packman; w Niemczech każdy region ma dla nich własną nazwę: Höcke, Hueker, Grempler, Hausierer, Ausrufer, mówi się także Pfuscher, Bönhasen. We Włoszech jest to merciajuolo, w Hiszpanii buhonero. Mają oni specyficzne nazwy nawet w Europie Wschodniej. Po turecku: sejjar satydży (co oznacza zarazem domokrążcę i drobnego sklepikarza), w języku bułgarskim: sergidżija (z tureckiego: sergi), w serbochorwackim: torbar (z tureckiego: torba - sakwa) lub srebar, a także Kramar (słowo to jest w sposób oczywisty niemieckiego pochodzenia i może oznaczać równie dobrze domokrążcę, jak przewodnika karawany lub drobnomieszczanina)243 itp.
Ten nadmiar określeń bierze się stąd, że profesja wędrownego handlarza, nie będąc jasno zdefiniowanym zjawiskiem społecznym, stanowi zbiór zawodów, które nie poddają się zdroworozsądkowym klasyfikacjom. Sabaudzki szlifierz bawiący w 1703 roku w Strasburgu244 jest robotnikiem, który wędruje to tu, to tam, proponując swoje usługi. Podobnie wędrują kominiarze i osoby zajmujące się wyplataniem krzeseł. Pewien mulnik z Gór Kantabryjskich, mieszkaniec Maragaty245, zależnie od tego, czy wyrusza z płaskowyżu pokrytego polami i winnicami w stronę Atlantyku, czy też wraca do Starej Kastylii, raz przewozi zboże, drewno, klepki do beczek, a raz baryłki solonej ryby lub tkaniny ze zgrzebnej wełny. Mówiąc obrazowo, jest on na dodatek sprzedawcą wędrownym, en ambulanda246, ponieważ sam kupuje, by sprzedać następnie całość lub część przewożonych towarów. Bez wątpienia wędrownymi handlarzami są także owi wiejscy tkacze z andrychowskich manufaktur w okolicach Krakowa lub w każdym razie ci spośród nich, którzy wędrują do Warszawy, do Gdańska, do Lwowa, do Tarnopola czy na jarmarki Lublina i Dubna, aby sprzedać wyprodukowane na wsi płótno. Niektórzy z nich docierają aż do Stambułu, Smyrny, Wenecji lub Marsylii. Bywa, że owi wieśniacy, którzy łatwo zrywają więzi z rodzinnym krajem, są "pionierami żeglugi na wodach Dniestru i Morza Czarnego..." (rok 1782)247. A jak powinno się nazywać bogatych kupców z Manchesteru lub właścicieli manufaktur z Yorkshire czy z Coventry, którzy konno dostarczają swe towary rozlicznym angielskim sklepikarzom? "Gdyby nie ich bogactwo - stwierdza Defoe248 - byliby domokrążcami". Stwierdzenie to stosuje się równie dobrze do kupców zwanych "jarmarcznymi"249 (to znaczy tych, którzy przybywają z cudzoziemskich miast). We Francji, a także i w innych krajach jeżdżą oni z jarmarku na jarmark, nawet jeśli bywają stosunkowo bogaci.
Wędrowna sprzedaż - obojętne, zasobna czy licha, podtrzymuje wymianę, propaguje ją. A jednak w krajach, gdzie ma ona priorytet, stwierdza się zazwyczaj dowodnie pewne zacofanie gospodarcze. W porównaniu z krajami Europy Zachodniej Polska jest gospodarczo zapóźniona, a więc zgodnie z logiką króluje tam handel wędrowny. Jest on bowiem przeżytkiem tego, co przez wieki stanowiło normalny handel. Wędrownymi handlarzami byli "Syri"250 działający u schyłku imperium rzymskiego. Średniowiecznego kupca Europy Zachodniej przedstawia się jako zabłoconego i zakurzonego wędrowca, podobnego wszystkim wędrownym handlarzom, niezależnie od epoki. Pewien pamflet z 1622 roku251 ukazuje tego niegdysiejszego kupca z "torbą wiszącą u boku i w doszczętnie zdartych butach". Za nim podąża żona "osłonięta wielkim kapeluszem, z tyłu opuszczonym aż do pasa". Wszystko to prawda, ale owa para włóczęgów pewnego dnia założy sklep, przeistoczy się i wtedy okaże się, że nie są oni aż tak ubodzy, jakby się wydawało. Czyż pośród wędrownych handlarzy, przynajmniej pośród tych, którzy posiadają wóz, nie ma potencjalnych bogaczy? Wystarczy przypadek i już awansują w hierarchii. W XVIII wieku owi wędrowni handlarze założyli większość skromnych wiejskich sklepików, o których była już mowa. Wyruszają nawet na podbój wielkich rynków handlowych: w XVIII-wiecznym Monachium 50 firm włoskich lub sabaudzkich założyli wędrowni handlarze, którym się powiodło252. Podobne implantacje mogły się zdarzać w nie większych podówczas od wiosek miastach europejskich XI i XII wieku.
W każdym razie zsumowane działania wędrownych handlarzy dają efekty o charakterze masowym. Rozprzestrzenianie się na wsiach literatury ludowej oraz almanachów to nieledwie ich wyłączna zasługa253. Cała XVIII-wieczna produkcja czeskiego szkła254 jest przez nich rozprowadzana tak w krajach skandynawskich, jak w Anglii, Rosji czy imperium osmańskim. W XVII i XVIII wieku ponad połowa obszaru Szwecji pozostaje prawie niezaludniona: pojawiają się tu tylko nieliczne skupiska ludzkie, zagubione w ogromnych przestrzeniach. A jednak dzięki wytrwałości drobnych handlarzy pochodzących ze wschodniej Gotlandii lub ze Smalandu docierają tam zarówno "podkowy, ćwieki, zamki, szpilki...", jak i "almanachy, książki nabożne"255. W Polsce wędrowni Żydzi zapewniają od 40 do 50% handlowych obrotów256. Sukcesy odnoszą oni także w Niemczech, gdyż zdominowali już po części słynne lipskie jarmarki257.
Nie zawsze więc obnośni handlarze wloką się w ogonie. Niejednokrotnie podejmują działania pionierskie, starają się o przejęcie jakiegoś rynku. We wrześniu 1710 roku258 Rada Handlowa Paryża odrzuca prośbę dwóch Żydów z Awinionu, Mojżesza de Vallabrege i Izraela de Jasiar, którzy chcieliby "sprzedawać tkaniny jedwabne i wełniane oraz inne towary we wszystkich miastach królestwa przez sześć tygodni w każdej z czterech pór roku, nie prowadząc przy tym sklepu". Ta inicjatywa kupców, którzy w sposób oczywisty nie są domokrążcami, wydała się "wielce szkodliwa dla handlu i interesów poddanych króla", jawnym zagrożeniem dla miejscowych handlarzy i sklepikarzy. Zazwyczaj dzieje się odwrotnie: hurtownicy i zamożni lub nawet średnio zamożni sklepikarze trzymają w swoich rękach nici wędrownego handlu, przeznaczając dla tych niestrudzonych roznosicieli niechodliwe towary, które zawalają im magazyny. Wędrowni handlarze celują bowiem w penetracji źle zaopatrywanych okolic, w zachęcaniu opornych i w sprzedaży drobnych ilości towaru. W swej pracy domokrążca nie szczędzi wysiłku ni słów, podobny dzisiejszemu sprzedawcy gazet z paryskich bulwarów, który jest przecież jednym z jego spadkobierców. Zwinny, zabawny, bystry: takim pokazuje się go w teatrze, i jeśli młoda wdówka, bohaterka utworu scenicznego z 1637 roku259, nie poślubi koniec końców tego aż nadto sprytnego pochlebcy, to nie dlatego, że nie ma na to ochoty:
Boże, jakiż on miły! Gdybym dbała o to
I gdybym na to miała, wziąłby mnie z ochotą.
Jednak jego zarobek z gazet sprzedawania
I w rok by nie wystarczył na coś do odziania.
Zgodnie lub niezgodnie z prawem obnośni handlarze wciskają się wszędzie, nawet pod arkady placu św. Marka w Wenecji czy na Pont-Neuf w Paryżu. Most w Abo (Turku w Finlandii) jest całkowicie zajęty przez sklepy: nie przejmując się tym, handlarze gromadzą się na obu jego krańcach260. W Bolonii potrzeba dopiero stanowczego zakazu, aby znajdujący się naprzeciwko katedry rynek główny, gdzie we wtorki i soboty odbywa się targ, nie został zmieniony za sprawą ulicznych handlarzy w rodzaj codziennego targowiska261. W Kolonii można wyróżnić 36 kategorii "Ausrufer", ulicznych sprzedawców262. W Lyonie w 1643 roku słychać nieustające nawoływania, "proponuje się wszystko, co tylko można sprzedać: pączki, owoce, wiązki chrustu, węgiel [drzewny], rodzynki, selery, gotowany groch, pomarańcze itp. Przekupnie zachęcają do kupna sałaty i innej zieleniny, którą wozi się na wózkach. Handluje się też gotowanymi jabłkami i gruszkami. Czereśnie można dostać na wagę, po tyle a tyle funt"263. Ówczesna grafika i literatura ukazują, jak paryscy, londyńscy lub rzymscy przekupnie nawołują swych klientów. Z rysunków Carracciego czy Giuseppe Barberiego znamy ulicznych handlarzy Rzymu oferujących figi i melony, zioła, pomarańcze, precle, biskwity, cebulę, chleb, stare ubrania, rulony płótna i worki węgla, dziczyznę, żaby... Trudno to sobie wyobrazić, lecz elegancka Wenecja z XVIII wieku została podbita przez sprzedawców placków kukurydzianych. A przecież w lipcu 1767 roku sprzedaje się je tam naprawdę, i to w wielkich ilościach, "za jedno marne sou". Wszystko to dlatego - powie pewien obserwator - że i tak już "wygłodzony plebs [miasta] ciągle ubożeje"264. Jak się więc pozbyć tej chmary ulicznych handlarzy? Nie udało się to żadnemu miastu. Guy Patin pisze z Paryża 19 października 1666 roku265: "Zaczyna się tu wprowadzać zamierzone działania ochronne skierowane przeciw przekupkom, paserom i partaczom, którzy utrudniali ruch uliczny. Pragnie się, aby ulice paryskie stały się przestronne. Król powiedział, iż chce uczynić z Paryża to, co August zrobił z Rzymu...". Bez skutku oczywiście: równie dobrze można by przepędzać roje much. Wytrwałe nogi wędrownego handlarza przemierzą wszystkie miejskie ulice, wszystkie wiejskie drogi. Późno, bo w 1778 roku, nawet i Holandia zaroiła się od "wędrownych handlarzy, włóczęgów, domokrążców, handlarzy starzyzną; sprzedają oni ogromne ilości zagranicznych towarów osobom bogatym lub zamożnym, które większą część roku spędzają w swoich dobrach na wsi"266. W ówczesnych Zjednoczonych Prowincjach zapanowała bowiem spóźniona moda na wiejskie rezydencje, co nie pozostało bez wpływu na rozkwit wędrownego handlu.
Często handel ten związany jest z sezonowymi wędrówkami w poszukiwaniu pracy. Tak dzieje się w przypadku Sabaudczyków267 czy mieszkańców Delfinatu, którzy wyruszają do Francji, a także do Niemiec. Tak też dzieje się w przypadku mieszkańców Górnej Owernii268, głównie rodem z wulkanicznych zboczy masywu Saint-Flour, którzy przemierzają drogi Hiszpanii. Włosi zdążają do Francji, by tam przepracować swój "sezon", lecz niektórzy z nich "kręcą się" tylko po Królestwie Neapolu. Francuzi wyprawiają się do Niemiec. Handlowa korespondencja wędrownych handlarzy z Magland269 (obecnie Górna Sabaudia) pozwala prześledzić podróże, jakie tam i z powrotem odbywają od 1788 do 1834 roku wędrowni "jubilerzy", handlujący w rzeczywistości zegarkami. Wystawiali oni swoje towary na szwajcarskich jarmarkach (Lucerna i Zurzach)270 oraz w sklepach południowych Niemiec, i tak z ojca na syna i z syna na wnuka wciąż przemierzali prawie te same, długie trasy. Z mniejszym lub większym szczęściem: na jarmarku w Lucernie 13 maja 1819 roku "starczyło im zaledwie na wieczorny kufelek"271.
Czasem zdarzają się nagłe inwazje związane prawdopodobnie z włóczęgostwem lat kryzysowych. W Hiszpanii w 1783 roku272 trzeba było podjąć generalne środki zaradcze skierowane przeciw wszelkim "porte-balle", domokrążcom i wędrownym kupcom pasmanteryjnym, przeciw "tym, którzy pokazują oswojone zwierzęta" oraz przeciw podejrzanym uzdrowicielom "zwanym "salutadores", którzy noszą na szyi wielkie krzyże i głoszą, iż modłami leczą ludzkie i zwierzęce choroby". Termin "porte-balle" odnosi się do Maltańczyków, Genueńczyków i tubylców. Nie do Francuzów, ale to pewnie wynik zwykłego niedopatrzenia. Owi zawodowi włóczędzy utrzymywali, rzecz jasna, kontakty ze spotykanymi na drogach włóczęgami bez zawodu. Od czasu do czasu brali też udział w łajdactwach tego światka pozbawionego czci i wiary273. Wiązali się też, rzecz jasna, z przemytnikami. W Anglii około 1641 roku pełno jest francuskich domokrążców, którzy - zdaniem sir Thomasa Roe, członka Privy Council (rady przybocznej) króla - mieli się przyczynić do pieniężnego deficytu w bilansie królestwa!274 A może byli oni wspólnikami marynarzy, którzy u angielskich wybrzeży nielegalnie ładowali wełnę i ziemię fulerską, wyładowywali zaś wódkę?