Rozdział 1
Dla Thei najlepszy okres lata zaczynał się wraz z drugim tygodniem
czerwca. Ostatni dzień szkoły zasługiwał na symbol pod postacią
wielkiego czerwonego serca i oznaczał, że można się kąpać i pluskać w przydomowym basenie, który tak bardzo kochała. Można było jeździć na
rowerze i bawić się codziennie z przyjaciółmi. Choć nie nazywali już
tego zabawą. Mówiło się, że spędzają wspólnie czas.
Miała w końcu dwanaście lat.
Lubiła posiłki na świeżym powietrzu i długie letnie dni, a szczególnie
podobało jej się to, że nie trzeba odrabiać prac domowych.
Każdego roku, mniej więcej tydzień po wielkim czerwonym sercu, wsiadała
do samochodu z mamą, tatą, młodszym bratem Remem i ich psem Cocoą, po
czym wyruszali w długą podróż z Fredericksburga w Wirginii do Redbud
Hollow w Kentucky.
Mama tam dorastała, ale wyjechała do Wirginii na studia, gdzie od razu
pierwszego dnia, podczas pierwszych zajęć poznała Johna Foxa.
Reszta zaś, jak mówili - czy jak mówił tata - była już historią.
Pobrali się latem po drugim roku, a po dziesięciu miesiącach, dwóch
tygodniach i trzech dniach zjawiła się ona, Thea. Niecały rok później,
jak zauważył niegdyś Rem.
Teraz jej tata projektował domy, a mama je urządzała. Ich firma, Fox and
Fox Homes, bardzo dobrze prosperowała.
Thea była zorientowana, jak to się mówi. Dorośli uważali, że dzieci
niewiele wiedzą o ważnych sprawach, ale ona wiedziała. To na przykład,
że jej dziadkowie, rodzice taty, są bogaci i snobistyczni i nie mają
najlepszego zdania o mamie - dziewczynie ze wschodniego Kentucky.
Jednakże rodzice taty mieszkali daleko, w San Diego, nieczęsto ich więc
widywali. Co zresztą Thei bardzo odpowiadało. Nie musiała słyszeć, jak
szanowna babka - tak snobistycznie należało się do niej zwracać - uważa
w myślach, że mama śmieje się zbyt głośno albo że nigdy tak naprawdę nie
pozbyła się z butów kurzu Appalachów.
Potrafiła słyszeć te myśli, jeśli się dostatecznie wysiliła, i gdy
musiała odwiedzać szanowną babkę, nie umiała się jakoś powstrzymać.
Babka myślała tak głośno.
Babkę i dziadka zdawało się nie obchodzić, że John i Cora Fox są
szczęśliwi, a nawet odnieśli sukces. Że mieszkają w ładnym domu na
przyjemnym osiedlu. Że Thea i Rem (czy też, jak upierali się dziadkowie,
Althea i Remington) radzili sobie w szkole lepiej niż dobrze.
Ale babcię Lucy to obchodziło. Wszyscy rozmawiali przez telefon co
tydzień, w niedzielę, a w czasie Bożego Narodzenia babcia przyjeżdżała z całym pickupem prezentów, które sama zrobiła. Często zjawiali się też
wujowie, Waylon i Caleb, mieli więc wielkie rodzinne przyjęcie, a dom
przepełniały muzyka, światła i woń wypieków.
Był to jej drugi ulubiony okres w roku.
Ale ten najlepszy, nawet jeśli musieli jechać bite siedem godzin, a czasem i dłużej, przypadał w czerwcu.
Zawsze wyjeżdżali bladym świtem i grali w Trip Road Bingo, by zabić
jakoś czas. Rem zwykle zasypiał, ona czasem też, nieodmiennie jednak
wznosili okrzyki radości, gdy tylko zjawiała się granica Kentucky.
Robili postoje, by zjeść mięso z grilla i kulki kukurydziane - zgodnie z tradycją. Bywała głodna, kiedy się zatrzymywali, mimo to pragnęła, by
jechali dalej i dotarli wreszcie na miejsce.
Sunęli krętymi drogami, które to opadały, to wznosiły się, przez mosty,
które spinały brzegi rwących rzek.
Uwielbiała patrzeć na góry, gdy się wyłaniały, te pofałdowania i szczyty
ciemnozielone, a czasem też niebieskawe. Równiny i granie, lasy i strumienie.
I gdy się w to wszystko zanurzała, w te falujące zbocza i ostre
wierzchołki, tam gdzie drogi zakręcały bez końca, przychodziło jej na
myśl, że jej ładny dom i miłe osiedle w Wirginii nie mogłyby się z tym
nigdy równać.
Zastanawiała się, jak matka mogła pozostawić to wszystko, a ilekroć ją
pytała, mama nieodmiennie mawiała: "Musiałam spotkać twojego tatę,
prawda? W przeciwnym razie by cię tu nie było".
Wiedziała, że chodzi o coś więcej. Wiedziała, że matka pragnie tego
ładnego domu i miłego osiedla. Wiedziała w głębi serca, że matka chciała
strzepnąć z butów kurz Appalachów.
Nie powiedziała tego, bo mama od razu zareagowałaby tym swoim
spojrzeniem. Nie chciała, by Thea wiedziała o pewnych rzeczach, jak
wtedy, gdy tata rzucił: "Gdzie u diabła położyłem kluczyki od
samochodu?".
Lecz ona wiedziała, że rzucił je na szafkę w kuchni i przykrył swoimi
papierami, choć kiedy to zrobił, była akurat na zewnątrz.
Wiedziała więc, że choć jej matka kochała babcię, to pragnęła czegoś
więcej niż domu w dolinie i czegoś mniej niż to, co za sobą zostawiła.
Nie myślała o tym teraz, kiedy omijali górskie miasto Redbud Hollow z jego stromymi ulicami i sklepami, takimi jak Rzemiosła Appalachów, w których babcia sprzedawała swoje mydła, świece i tego rodzaju wyroby.
Ponieważ w końcu, wreszcie dotarli niemal na miejsce. Słońce wciąż jasno
świeciło. Obserwowała przez szyberdach krążącego w górze jastrzębia. Po
lasach wędrowały tu jelenie. Czasem widywała je w Wirginii, na
sąsiedzkich podwórzach, ale to przecież nie było to samo!
Na końcowym odcinku trasy za kierownicą zawsze siedziała mama, jadąc
drogami, którymi chadzała jako mała dziewczynka. I gdy pokonywali
ostatni zakręt, oczom Thei ukazywał się dom.
Pomalowany na niebiesko jak niebo, z okiennicami - prawdziwymi - i kolumienkami długiej frontowej werandy, zielonej niczym pola, stał w pewnej odległości od wąskiej, wężowatej drogi. Od przodu przelewał się
strumień azalii i wawrzynu górskiego. Z gałęzi judaszowca zwieszały się
dziesiątki kolorowych butelek.
Thea nigdy nie widziała, jak to drzewo kwitnie, tylko na obrazkach, ale
ponieważ chodziła akurat wtedy do szkoły, mogła to sobie wyobrazić.
Na tyłach rozciągały się ogrody - kwiaty, warzywa i zioła - i stał
kurnik, gdzie skrzydlate kumoszki gdakały pod opieką babci i dziobały
ziemię. Koza imieniem Molly też miała swój wybieg, a krowa Aster
dysponowała aż dwoma polami; babcia przenosiła ją co kilka miesięcy z jednego na drugie.
Stały tam też niewielka stodółka i szopa ogrodowa. I płynął, meandrując,
strumyk, który niknął w zaroślach.
I wszędzie wznosiły się pagórki.
Zza domu wybiegły dwa psy gończe babci, Duck i Goose, i ruszyły w stronę
samochodu.
Cocoa na tylnym siedzeniu podniosła się i popiskując, zamachała ogonem.
W chwili, gdy Thea otwarła drzwi samochodu, suka wyskoczyła na zewnątrz.
Trzy psy zaczęły obwąchiwać sobie zady i poznawać się na nowo.
Drzwi domu otworzyły się i na szeroki frontowy ganek wyszła Lucy
Lannigan.
Włosy, prawdziwie czarne, które przekazała w darze swej córce i wnuczce,
poprzetykane były gęsto bielą jak fala, od czubka głowy aż do koniuszków
po prawej stronie. Mama odziedziczyła też po niej oczy w kolorze lapis
lazuli i jej długie rzęsy.
Wzrost sto siedemdziesiąt pięć centymetrów i wiotka sylwetka jakoś nie
przypadły w udziale córce, ale sądząc po długości nóg Thei i Rema,
prawdopodobnie przypadły w udziale jej wnukom.
Teraz, ubrana w spłowiałe dżinsy i prostą białą koszulę, rozpostarła
ramiona.
- Ile osób mogę objąć jednocześnie? - zapytała. - Przekonajmy się.
Thea i Rem, idąc w ślady psa, wyskoczyli z samochodu i pobiegli wprost w objęcia kobiety, która pachniała jak chleb świeżo wyjęty z pieca.
Lucy, wydając z siebie głośne "mmm", jedną ręką obejmowała i ściskała
dzieci, a drugą przygarniała Johna i Corę.
- Serce mam pełne po brzegi. Otacza mnie zewsząd miłość, zwłaszcza
teraz, na tym ganku. Mam wielką nadzieję, że jesteście głodni, bo
napiekłam kurczaków jak dla pułku wojska po bitwie.
- Zjadłbym konia z kopytami - rzucił Rem, wprawiając babcię w śmiech.
- Zawsze mogę na ciebie liczyć. Jest też dla niektórych świeża
lemoniada, a dla innych wino jabłkowe. Naszykowałam wam wasze pokoje,
jeśli chcielibyście się rozpakować.
- Od tego zaczniemy. - John ucałował Lucy w policzki. - A potem chętnie
spróbuję tego wina.
Dom zawsze pachniał tak dobrze - górami i smacznym jedzeniem, ziołami i kwiatami; pachniał tak, jak to Thea zapamiętała.
Bywała w tym domu tylko latem, nigdy więc nie widziała ognia
trzaskającego na kominku w salonie z wielką, starą niebieską kanapą i fotelami krytymi centyfolią, jak nazywała to babcia.
I były kwiaty z ogrodu, słoneczniki ze wzgórz, świece, które babcia sama
wyrabiała, i nieodmiennie najnowsze zdjęcia szkolne Thei i Rema.
Tata pomógł zanieść bagaże na górę, podczas gdy mama udała się z babcią
do kuchni. Ponieważ, jak zawsze mawiał tata, lubiły uciąć sobie
matczyno-córczyną pogawędkę.
Thea nie oponowała, miała przed sobą jeszcze całe dwa tygodnie.
Uwielbiała swój pokój z widokiem na góry. Choć był mniejszy niż ten w domu, też nie miała nic przeciw temu.
Podobało jej się stare żelazne łóżko, pomalowane na śnieżnobiały kolor,
i kołdra z wyszywanymi fiołkami, będąca dziełem babki jej babci. Na
komodzie w małym szklanym dzbanuszku usadowiły się z zadowoleniem
stokrotki. Choć w pokoju znajdowała się niewielka garderoba, miał on też
coś, co babcia nazywała szyfoniero-szafą.
Thei podobała się ona bardziej niż jakakolwiek inna garderoba.
I podobało jej się, że matka sypiała tu jako dziewczynka.
Rem miał swój pokój naprzeciw - była to dziecięca sypialnia wuja Waylona
- a rodzice rozgościli się w dawnym pokoju wuja Caleba. Jeszcze jedną
sypialnię babcia przeznaczyła na pracownię krawiecką i składzik
rozmaitych rzeczy; do swojej dyspozycji miała też największy pokój z baldachimowym łożem, które przypadło jej w spadku.
Łoże, w którym się urodziła.
Thea nie mogła sobie tego tak do końca wyobrazić.
Chciała poczuć, że naprawdę tu jest, rozpakowywała się więc czym
prędzej, choć słyszała, że Rem zbiegł z powrotem na dół.
Kiedy już poukładała wszystkie rzeczy, doszła do wniosku, że jest
wreszcie u siebie.
Zszedłszy na dół, nie spieszyła się. Pokój dzienny, następnie salonik ze
starym telewizorem i znacznie starszym wielkim radiem. Duży wyściełany
fotel, półki z książkami, koszyk wypełniony kłębkami włóczki, zegar z kukułką na ścianie.
Nieco dalej pokój muzyczny z fortepianem, banjo, gitarą, mandoliną i cymbałami.
Babcia potrafiła zagrać na każdym z tych instrumentów, jeśli była w odpowiednim nastroju. Thea wiedziała, że wuj Waylon potrafi to samo, nie
tylko dlatego, że babcia tak twierdziła; zawsze przywoził ze sobą na
Boże Narodzenie banjo albo gitarę.
Poza tym zarabiał na życie, grając w Nashville, gdzie mieszkał. Caleb
też umiał grać, ale poszedł do college'u studiować teatr, aktorstwo i tego rodzaju sprawy, a potem tym się właśnie zajmował.
Mama grywała czasami, ale babcia zwykła mawiać, że instrumentem Cory
jest jej głos, w co Thea akurat nie wątpiła, gdyż mama - zwłaszcza gdy
była z czegoś rada - śpiewała jak anioł.
Jednakże ze wszystkich pomieszczeń w domu Thea najbardziej lubiła
kuchnię.
Była masywna - to jedno z jej ulubionych słów. I dostatecznie duża, by
pomieścić stół, który dziadek babci skonstruował z solidnego dębu.
Znajdował się tam też piecyk sześciopalnikowy, który babcia zakupiła,
kiedy wprowadzała w kuchni pewne zmiany, ale ze stołem nie chciała się
rozstać.
Nazywała go sercem kuchni, a kuchnię sercem domu. Miała mnóstwo szafek i bardzo długich blatów, a także zajmujących całą ścianę półek, na których
stały garnki, książki kucharskie z rodzinnymi przepisami, szklane słoje
z ryżem, owsianką, makaronem, mamałygą i fasolą, i kolorowe - z marynowanymi burakami, konfiturą pomarańczową, papryką, musem jabłkowym
i licho wie z czym tam jeszcze.
Stąd wchodziło się bezpośrednio do aneksu z jego wielkim piecem,
solidnymi blatami roboczymi i półkami pełnymi butelek, słoików i narzędzi. Babcia uprawiała tu zioła w nasłonecznionych oknach i rozwieszała pranie.
Właśnie tam wytwarzała świece, mydła, balsamy i medykamenty.
W spiżarni przechowywała zapasy swoich wyrobów, na wypadek gdyby
zapragnęła dać komuś prezent albo zjawił się ktoś ze wzgórz z zamiarem
pohandlowania.
Nieodmiennie ciekawska, Thea otworzyła drzwi i zaczerpnęła głęboko
powietrza, przesuwając spojrzeniem po półkach.
Uważała, że wszystko to pachnie jak ogród niebiański.
Róże i lawenda, rozmaryn i szałwia, heliotrop i sosna, cytryna i pomarańcza. I świeżo skoszona trawa.
Babcia nazywała swój biznes "czarowaniem w górach", i Thea tak właśnie o nim myślała.
Zobaczyła na blacie szafki ciasto jabłkowe, wciąż zawinięte, i postanowiła zachować po pieczonym kurczaku trochę miejsca na deser.
Rem już biegał na zewnątrz z psami, a rodzice i babcia siedzieli na
tylnym ganku ze swoim winem.
Słyszała przez otwarte okno szczekanie, gdakanie, śmiech mamy.
Odmalowała sobie w głowie ten obraz, który mogłaby odtwarzać, gdyby
poczuła się z jakiegoś względu samotna albo smutna.
- No, i jest nasza dziewczyna - oznajmiła Lucy, kiedy Thea wyłoniła się
z domu. - Nalej sobie lemoniady, zanim Rem osuszy dzbanek.
Dziesięcioletni chłopiec wypija hektolitry płynów.
- Musi wybiegać te godziny spędzone w samochodzie. - Uśmiechając się,
Cora przesunęła dłonią po ramieniu Thei. - Rozgościłaś się już?
- Mhm. Mogę zobaczyć zwierzęta?
- Jasne.
- Potem, przed wieczorem, będziecie mogli je nakarmić. Leć. - Lucy
klepnęła ją w pupę. - Rozprostuj te długie nogi. Zawołamy cię na
kolację. - Kiedy dziewczynka ruszyła biegiem, Lucy rzuciła półgłosem: -
Rosną obydwoje jak na drożdżach. Tak się cieszę, że obdarowujesz mnie
nimi każdego lata.
- Kochają cię. - John sięgnął po dzbanek i dolał wszystkim wina. -
Uwielbiają tu przyjeżdżać. Nie będę też kłamał: dwa tygodnie z moją
wybranką? - Mrugnął do Cory. - Dar niebios.
- I przyjadą do domu z mnóstwem opowieści. - Cora rozsiadła się wygodnie
na swoim bujaku, wyraźnie zrelaksowana. Zmęczenie po podróży i towarzyszący mu lekki ból głowy zaczęły już ustępować. - Lis, którego
psy przepędziły z kurnika, ryba, którą złapały albo prawie złapały,
dojenie krowy, dojenie kozy, no i stary człowiek z laską, który zjawił
się po jakąś maść na artretyzm.
- Przywiozą do domu mydło, które pomogłaś im zrobić, i będą się
dopytywać, dlaczego nigdy nie podajemy na śniadanie ciastek z gryki -
dodał John.
- Kocham je ponad wszystko. Któregoś dnia Waylon i Caleb ustatkują się i dadzą mi więcej wnuków. Wydaje się, że na was nie mogę już liczyć.
- Należy się nam medal za tych dwoje. - John podniósł kieliszek.
- No cóż, nie zaprzeczę. Mam tylko nadzieję, że moi chłopcy i ich
przyszłe wybranki serca będą równie hojni jak wy i podarują mi trochę
czasu, tak żebym mogła patrzeć, jak ich dzieciaki dorastają. Wszystko
bym za to oddała.
- Nie zdołamy cię namówić do przeniesienia się do Wirginii, prawda,
mamo?
Kobieta uśmiechnęła się, patrząc na góry.
- Jestem córą Appalachów, kochanie. Uschłabym, gdybyś mnie przesadziła
gdzie indziej. A teraz pójdę zająć się bułeczkami maślanymi. Nie, nie!
siedźcie - nakazała. - Macie za sobą długą podróż, a ja nie. Muszę
porozpieszczać swe dorosłe dzieci.
- Wszystkich nas rozpieszczasz, jesteśmy za to wdzięczni.
Kiedy Lucy zniknęła w domu, John ścisnął dłoń Cory.
- Idź i porozmawiaj z nią o naszym kompromisie. Sprawdź, co myśli,
dopóki dzieciaki są zajęte czym innym.
Kobieta skinęła głową i weszła do domu.
Usiadła przy kuchennej wyspie, podczas gdy Lucy tarła zmrożone masło do
miski z mąką.
- Poznaję po twojej minie, że chcesz o czymś porozmawiać.
- Tak. Uważamy, że to dobry pomysł. Mam nadzieję, że się zgodzisz.
- Zamieniam się w słuch, dziecinko.
- Tęsknię za tobą, mamo.
Dłonie Lucy znieruchomiały na chwilę, w oczach pojawiły się łzy.
- Och, moja kochana dziewczyno.
- Wiem, że twój dom jest tutaj, a mój w Wirginii. Ale w gruncie rzeczy
to nie tak daleko. I tęsknię za braćmi. Nigdy nie sądziłam, że to
powiem.
Matka parsknęła śmiechem.
- Dali popalić swej starszej siostrze, bez dwóch zdań. Ale kochali cię,
tak jak kocha się tych dwoje na dworze. Bracia i siostry zawsze się
handryczą. Tak musi być.
- I było, aż w nadmiarze. Caleb przenosi się do Nowego Jorku.
- Mówił mi. - Po zmieszaniu masła z mąką Lucy włożyła miskę do lodówki
na kilka minut. - Powiedział też, że istnieje coś takiego jak samolot i że może z niego skorzystać, żeby wrócić w rodzinne strony i mnie
odwiedzić. I że ja mogę zrobić to samo, jeśli zechce mnie zabrać na
jakieś przedstawienie na Broadwayu.
- Ma szansę robić to, co kocha i czego pragnie, ale nie będziemy go tak
często widywać jak wtedy, gdy mieszkał w Waszyngtonie. A Waylon siedzi
głównie w Nashville albo podróżuje.
- Mój minstrel.
- Znasz, mamo, rodzinę Johna. - Skierowała spojrzenie na ganek. - Nie
mają o nas dobrego zdania. W każdym razie nie mają dobrego zdania o mnie. I nie interesują się dziećmi.
- Nie wiedzą, co tracą. - Lucy zacisnęła usta, jakby się bała, że powie
coś, czego mówić nie powinna. - Współczuję im i ich zamkniętym na głucho
sercom.
Albo próbowała współczuć.
- Ten mężczyzna, tam, na dworze... ten, który biega ze swoimi dziećmi,
choć przebył taki kawał drogi? Gdybym miała sobie wyobrazić
odpowiedniego męża dla córki i odpowiedniego tatę dla wnuków, to nie
przyszedłby mi do głowy nikt lepszy niż John Fox. Jest dla mnie tak samo
drogim synem jak ci, których urodziłam.
- Wiem o tym. Co więcej, John też o tym wie. A ty jesteś dla niego matką
bardziej niż jego własna.
- Kolejne błogosławieństwo w moim przypadku. I kolejny powód do
współczucia tej, która nie widzi darów przed swoimi oczami.
Cora wstała, by się upewnić, że John jest poza zasięgiem ich głosu.
- Wiesz, co zrobili w dwunaste urodziny Thei? Przysłali jej kartkę z dwunastoma dolarami w środku. Jeden dolar za każdy rok. W dodatku
spóźnili się z tym o tydzień. Nie chodzi o pieniądze, mamo - dodała Cora
pospiesznie. - Nie obchodzi nas, że mają ich mnóstwo. Dajemy sobie
doskonale radę. Widzisz... na kartce widniało: "Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Althea. Twoi dziadkowie". I ani słowa więcej.
Lucy podniosła kieliszek i napiła się odrobinę.
- Powiedziałaś Thei, żeby im odpisała?
- Nie musiałam. Sama usiadła i napisała: "Drodzy dziadkowie, bardzo
dziękuję za życzenia urodzinowe i dwanaście dolarów. Wasza wnuczka
Thea".
Lucy skinęła aprobująco głową.
- Dobrze ją wychowujesz.
- Tak jak sama byłam wychowywana. Paliło mnie to żywym ogniem, mamo, i zraniło Johna. Stara się tego nie pokazywać po sobie, ale to boli. Nie
chcę, by nasza rodzina tak się oddaliła od siebie, stała się taka
nieczuła.
- Nigdy by do tego nie doszło.
- Ale ludzie są tacy zajęci. Ty jesteś zajęta domem, mamo, i swoim
biznesem. Caleb i Waylon są zajęci i, tak jak powiedziałaś,
najprawdopodobniej założą własne rodziny, a wtedy będą jeszcze bardziej
zajęci. Ja i John mamy na głowie dzieci i firmę. Spotkanie dwa razy do
roku to za mało.
Mówiąc to, chodziła po kuchni, a Lucy przyglądała jej się, myśląc: moja
mądra, niespokojna dziewczyna.
- Upiekłaś ciasto z jabłkami - mruknęła Cora.
- Oczywiście, że tak. Ulubione Johna.
- Nie wiem, dlaczego takie rzeczy jak ciasto z jabłkami i kwiaty na
stole znaczą teraz dla mnie więcej niż wtedy, gdy byłam tu małą
dziewczynką, albo dlaczego ten dom jest dla mnie bardziej szczególny niż
wtedy, kiedy w nim mieszkałam.
- Patrzyłaś w przyszłość, Coro.
- A ty mi na to pozwoliłaś, mamo. Pewnego dnia Thea też popatrzy w przyszłość, rozumiem więc to, czego nie rozumiałam... jak trudno rodzicom
pozwolić dziecku żyć tak, jak chce.
- Tak, trudno... - przyznała Lucy, wyjmując z lodówki misę z maślanką. -
Ale nagrodą jest duma, kiedy człowiek widzi, co to dziecko osiągnęło. I jestem dumna, Coro, z tego życia, które zbudowałaś, z tego, kim jesteś.
Taka jestem dumna.
- Nie doceniałam cię dostatecznie, kiedy byłam dzieckiem.
- Och, daj spokój.
- Nie doceniałam - powtórzyła z uporem Cora, obserwując jednocześnie, po
raz nie wiadomo który, jak matka robi dołek we wzgórku mąki i uciera
masło, a potem dodaje maślanki.
Uśmiechnęła się i spytała o to, o co pytała już setki razy.
- Dlaczego mieszasz to drewnianą łyżką piętnaście razy? Dokładnie
piętnaście.
Ich spojrzenia skrzyżowały się, a Lucy, nim odpowiedziała, uśmiechnęła
się, jak czyniła to wielokrotnie przedtem.
- Bo czternaście to za mało, a szesnaście za dużo.
- Nie doceniałam, mamo, nie rozumiałam, jakie to było dla ciebie trudne,
zwłaszcza po śmierci taty. Jak ciężko pracowałaś, by zapewnić nam dach
nad głową i pełne żołądki, prowadząc przy tym swój biznes. Nie
doceniałam tego, bo wyglądało to tak... - Cora pokręciła głową, znowu
przechadzając się po dużej kuchni. - Nie chcę powiedzieć, że łatwo, nie
tak do końca, ale po prostu naturalnie. Naturalne było to, że nas
kochałaś, że wszystko się jakoś toczyło, że mieliśmy odrobione lekcje i wyszorowane te cholerne zęby. Ot, życie. I że oszczędzałaś, co
zaczęliście robić jeszcze za życia taty, żebyśmy mogli pójść na studia.
- Twój tata nie chciał, żeby chłopcy pracowali w kopalni. Sam tam
chodził po to, by oni nigdy nie musieli tego robić. Pragnął, oboje
pragnęliśmy, żeby nasze dzieci zdobyły wykształcenie i miały możliwości
wyboru. - Oprószyła blat mąką, obróciła w niej ciasto, posypała jego
wierzch, po czym potarła stary drewniany wałek. - Wybory, których
dokonujecie i które określają wasze życie, oddają honor tacie, jego
poświęceniom.
- I twoim, bo też się poświęcałaś. Dopiero teraz to dostrzegam. Więc
spotkania dwa razy w roku to dla rodziny za mało.
Lucy rozwałkowała ciasto w prostokąt, potem zawinęła rogi i rozwałkowała
ponownie. Zerkając na córkę, powtórzyła czynność.
- Chyba coś planujesz.
- Tak, planujemy, John i ja. Chcielibyśmy przyjeżdżać tu częściej. W czasie ferii wielkanocnych i na Święto Dziękczynienia.
Dłonie Lucy znowu zastygły w bezruchu.
- Byłabym zachwycona, Coro. I taka wdzięczna.
- To nie wszystko. Wiemy, że tobie jest trudno podróżować. Musisz
znaleźć kogoś, kto będzie się opiekował zwierzętami, ale gdybyś ten
jeden raz postanowiła przyjechać, choćby na kilka dni, może do Caleba w Nowym Jorku, to wszyscy byśmy się tam wybrali na parę dni, albo do
Nashville, do Waylona. Dzieciaki uwielbiają tu być, a te dwa tygodnie,
które im ofiarowujesz, znaczą dla nich mnóstwo, bo to początek lata.
Lubimy zabierać je nad morze w ostatnim tygodniu wakacji.
- Kochają to. Dostaję mnóstwo zdjęć i opowieści.
Lucy jeszcze raz zagięła rogi i rozwałkowała ciasto, a następnie
zanurzyła foremkę w mące i zaczęła wycinać krążki.
- Chcemy, żebyś też przyjechała. Żeby przyjechali wszyscy, jeśli zechcą.
Wynajęliśmy wielki dom przy plaży w Karolinie Północnej. Na cały tydzień
w sierpniu. Przetransportujemy cię tam samolotem.
- Samolotem? Ale...
- Proszę cię, zgódź się. Waylon mówi, że przekona też Granny, a wiesz,
że umiałby nakłonić człowieka umierającego z pragnienia do oddania
ostatniej kropli wody. Ledwie ją widujemy, od kiedy wyszła za Stretcha i przeprowadziła się do Atlanty. Urządzimy prawdziwy zjazd rodzinny
Rileyów, Lanniganów i Foxów. A jeśli wuj Buck, ciotka Mae i kuzyni też
zechcą przyjechać, to wynajmiemy drugi dom.
Lucy nigdy w życiu nie leciała samolotem - choć czuła, że skoro ma syna
w Nowym Jorku, czeka ją to w przyszłości.
I zobaczyła, bardzo wyraźnie, ile to znaczy dla córki. Tej, która zawsze
patrzyła przed siebie, w przyszłość, ale też potrafiła spojrzeć wstecz.
I obejmować wzrokiem rodzinę.
- No cóż, chyba będzie lepiej, jeśli wstawię do piecyka te ciastka i podam posiłek, inaczej nie zdołam pomyśleć o kupnie kostiumu
kąpielowego.
- Och, mamo! - Wydając okrzyk radości, Cora otoczyła ramionami Lucy. -
Dzieciaki oszaleją, kiedy im powiem. Chcę, żeby miały to, co ja, gdy
dorastałam. I do diabła, chcę, żeby John miał to, czego mu brakowało w dzieciństwie.
- Nakryjmy do stołu. Zawołamy je, żeby umyły ręce, i trochę odpoczniemy.
Raczyli się pieczonym kurczakiem, sałatką ziemniaczaną, fasolką i herbatnikami maślanymi. Cora miała rację: dzieciaki nie posiadały się z radości.
Lucy czuła, jak rośnie w niej serce, gdy wypełniały swoją obecnością dom
i tchnęły w niego szczęście.
Jej niespokojna córka znalazła swoje miejsce i osiągnęła w życiu etap,
kiedy człowiek pragnie się otworzyć na bliskich mu ludzi i bliskie mu
miejsca.
Pomyślała, że i ona ma w tym udział i że z czasem będzie on jeszcze
większy.
Nie wątpiła, że kiedyś, po latach, powróci do tego rodzinnego posiłku na
początku lata i przypomni sobie dźwięk dziecięcych głosów, wysokich i jasnych. Przypomni sobie śmiech widoczny w oczach córki i wyraz
najwyższego zadowolenia w oczach mężczyzny, który był dla niej jak syn.
I pomyśli o lekkim wietrze, wpadającym przez otwarte okna, i o drzwiach
z ochronną siatką, przy których leżą psy w oczekiwaniu na kąski.
I przypomni sobie, jak wieczorne słońce obejmowało swym światłem góry, a niebieskie niebo trwało wiecznie nad nimi.
Będzie to wszystko pamiętała i nigdy nie zapomni.
Rozdział 2
Rano Lucy mieszała ciasto na naleśniki owsiane, jeszcze jedną ulubioną
potrawę swego zięcia. Podgrzewała już w piecyku bekon i kiełbaski,
zdążyła też zaparzyć kawę, kiedy zjawił się John.
- Tak mi się zdawało, że ktoś już wstał na górze - powiedziała.
Przesunął dłonią po czuprynie kręconych kasztanowych włosów.
- Nie zdążyłem się nawet ogolić, a ty zajęłaś się już kurami, zebrałaś
jajka, wydoiłaś krowę i kozę, nakarmiłaś psy...
- Po co mężczyzna miałby się golić w czasie krótkich wakacji?
- Założę się, że ich nie miałaś, krótkich czy jakichkolwiek, od Bożego
Narodzenia. - Pokręcił głową, nalewając sobie kawy. - Za ciężko
pracujesz, Lucy.
- Kocham to, co robię.
Spięła włosy w warkocz, a on przesunął po nim dłonią typowym dla siebie
gestem czułości.
- To widać. Wiesz, patrzę na ciebie i widzę, że Cora będzie jeszcze
piękniejsza. Uzmysławia mi to, jakie mam szczęście, że usiedliśmy obok
siebie na tej sali wykładowej niegdyś, pierwszego dnia studiów.
- A ja powiem, że szczęście nie miało z tym nic wspólnego. Jeśli
istnieje na świecie przeznaczenie łączące dwoje nieznanych sobie ludzi,
to połączyło ono z pewnością ciebie i Corę. A teraz usiądź i wyznaj mi,
co cię trapi. Widać to gołym okiem.
- Chciałem ci powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy, że chcesz wybrać
się z nami w tę podróż i być tam ze wszystkimi, gdy świetnie wiem, że
będziesz robiła dokładnie to, co teraz, a nawet więcej. Przyrządzała
obfite, doprawdy zdumiewające posiłki. Cora od dwóch miesięcy nie mówi o niczym innym. - Siadając, westchnął nieznacznie. - To przez tę głupią
kartkę urodzinową i dwanaście dolarów w środku. Thea niespecjalnie się
tym przejęła, bo i tak niczego się po dziadkach nie spodziewa. Z Corą
jest inaczej. Cały czas miała nadzieję, że okażą choć trochę serca.
- Niektórzy go nie mają.
- Święta prawda. - Jego słowa tchnęły spokojną rezygnacją. - Ale okazują
serce swoim pozostałym wnukom, także szczodrość i opiekuńczość.
Oczekiwali, że ożenię się...
- ...odpowiednio do swojej pozycji albo ich pozycji.
Wzruszył ramionami.
- Cóż, nie ma dla nich znaczenia, jak bardzo się kochamy, jak wspaniałą
Cora jest matką i jak solidnym partnerem w biznesie. Tak bardzo się
starała, Lucy, ale dla nich to się nigdy nie liczyło. Ożeniłem się zbyt
młodo i z kimś, kogo nie aprobują, zawsze więc będę źródłem
rozczarowania. Nie ma to dla mnie znaczenia.
- Ale miało znaczenie dla niej.
- Zbyt duże, jeśli chcesz wiedzieć. Wiesz, córka mojej siostry jest w wieku Rema. Nie zgadniesz, co jej kupili na urodziny. Konia.
- Konia?... Prawdziwego?...
- Zgadza się. Od roku bierze lekcje jazdy. No to kupili jej konia.
Zapomnieli o dziesiątych urodzinach Rema, ale to jakoś przeszło bez
echa. Dopiero ta kartka, te dwanaście dolarów przelało czarę goryczy.
Ten brak równowagi, świadomość, że nasze dzieci nigdy nie będą się dla
nich liczyły.
- Zachodzę w głowę, Johnie... - Odwróciła się, by postawić na ogniu dużą
żeliwną patelnię. - Zastanawiam się, jakim cudem udało im się wychować
kogoś takiego jak ty.
- A ja się czasami zastanawiam, czy byłbym tym, kim jestem, gdyby Cora
nie usiadła obok mnie i się nie uśmiechnęła.
- Przeznaczenie... - powtórzyła Lucy.
- Przeznaczenie. - Uniósł w geście toastu kubek z kawą i napił się. -
Przestała się przejmować tym, co myślą lub czują, i jest to dla mnie
ulga. Zaczęła za tobą tęsknić, za braćmi, za tym, co miała dzięki wam
wszystkim, a co chciała mieć także z moimi rodzicami. Czas spędzany z rodziną, bliższe więzi.
- Musiała stworzyć własne, nim naprawdę zapragnęła tego, co zawsze
istniało. Powiedziałabym, że obdarowujemy się nawzajem. No dobrze,
słyszę, że inni też się już ruszają na górze. Zawołaj ich, a ja zacznę
smażyć te naleśniki.
Podszedł do niej i ją objął.
- Kocham cię, Lucy.
- Johnie - pocałowała go w policzek - jesteś jednym z jasnych promyków
mojego życia.
*
Zjedli śniadanie przy kuchennym stole, tak jak kolację poprzedniego
wieczoru. Dzieci pomogły w zmywaniu. Był to jeden z ich codziennych
obowiązków, podobnie jak ścielenie łóżek co rano, pomoc przy praniu czy
doglądanie zwierząt.
Miały pomagać, tak jak niegdyś ich matka i wujowie, pielić ogród, kosić
trawę, sprzątać dom i uczyć się przyrządzania prostych potraw.
Lucy wcisnęła Johnowi pojemnik ze szczodrym kawałkiem ciasta jabłkowego.
- Weź ze sobą do domu smak Kentucky.
- Wiesz, że z chęcią to zrobię. Okej, dzieciaki! Uściskajcie mnie,
udając, że będziecie za nami tęsknić.
- Będziemy tęsknić. - Chichocząc, Thea wtuliła się w ojca. - Odrobinę.
Roześmiał się i podniósł ją, chcąc pocałować, a potem to samo uczynił z Remem.
- Nie muszę wam mówić, żebyście słuchały babci. - Cora objęła dzieci tak
mocno, że aż pisnęły. - Wiem, że tak będzie. Czeka was mnóstwo zabawy.
- Zadzwońcie po przyjeździe do domu - poprosiła Lucy. - Żebyśmy
wiedzieli, że dotarliście tam bezpiecznie.
Obejmując Johna i Corę, poczuła, jak ściska się jej serce. Jeszcze
mocniej otoczyła oboje ramionami.
- Będę za wami tęsknić, i to bardziej niż odrobinę. Uważajcie na drodze
i dbajcie o siebie. - Wypuściła ich z objęć. - Przypilnuję tę dwójkę
chuliganów, nie martwcie się.
Wciąż machając i posyłając całusy, wsiedli do samochodu. Gdy odjeżdżali,
Cora odwróciła się przodem do kierunku jazdy.
- Ty i ja, dziecinko... - John popatrzył przelotnie w lusterko wsteczne i uśmiechnął się do Cory. - Co mamy robić, jak już wrócimy do cichego,
pustego domu?
- Chyba otworzymy butelkę wina i zafundujemy sobie naprawdę głośny seks.
Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Czytasz mi w myślach.
*
Z dziećmi u boków i trzema dyszącymi psami Lucy spoglądała na oddalający
się samochód, póki nie zniknął jej z oczu.
Zapanowała nad niespokojnym sercem, po czym przeniosła spojrzenie na
dzieci. I zacytowała fragment ze swojej - i ich - ulubionej książki,
Tam gdzie żyją dzikie stwory.
- Niech się zacznie rozróba! - zawołała.
Thea z radosnym okrzykiem zrobiła gwiazdę. Rem ograniczył się do małpich
odgłosów.
Ponieważ Thea zamierzała pisać wieczorem w swoim dzienniku, zwracała
baczną uwagę na wszystko, co tego dnia robili.
Najpierw poplewili ogród; teraz górskie powietrze było chłodniejsze niż
po południu. Jeśli zapominali nazw niektórych roślin, Lucy przypominała
im za pomocą rymowanek.
- Miałam przyjaciela Bazylego.
Więc to była bazylia.
- Ciekawe, kiedy przyleci pustułka.
A to była tawułka.
Na tym polegała cała zabawa. Wszyscy troje nosili w jej trakcie
kapelusze o opadających rondach.
Potem ubijali masło ze śmietanki z mleka Aster, lepsze niż to, które
kupowało się w sklepie. Na koniec Thea zabrała się do odlewania
maślanki, by zachować ją na później.
Oboje obmyli masę maślaną w zimnej wodzie i zaczęli ją ugniatać - Rem
powtarzał w kółko "krzepkie-lepkie".
Babcia zaczerpnęła jej trochę i dodała miodu, by przygotować słodkie
smarowidło, jak to nazywała.
Na lunch zjedli resztki kurczaka i herbatniki ze słodkim smarowidłem,
które sami przyrządzili.
Po południu wybrali się z psami na spacer po lesie i wzgórzach. Lucy
wzięła ze sobą sprej własnego wyrobu, którym zamierzała w razie
konieczności odstraszać niedźwiedzie. Nie było na szczęście takiej
potrzeby.
Zatrzymali się obok domu, w gruncie rzeczy rozsypującej się chałupinki,
która znała lepsze czasy, o czym wiedziała nawet Thea. Na widok psów
szary chudy kot wspiął się błyskawicznie na drzewo i posykiwał na nie z gałęzi, one jednak nie zwracały na niego najmniejszej uwagi.
Na zapadającym się ganku siedział chłopiec młodszy od Rema i bawił się
samochodzikiem. Thea słyszała, jak babcia nazywa go "blondasem". Jego
jasne włosy zdawały się niemal białe.
- Cześć, Sammy - zaczęła. - Mama w domu?
- Tak, proszę pani. Mamo! Przyszła pani Lucy! - zawołał.
W drzwiach stanęła kobieta z niemowlęciem płci męskiej wspartym na
biodrze i dziewczynką przywierającą do jej nogawki. Miała ona na obu
rękach czerwone łuskowate obwódki.
- Dzień dobry, pani Lucy. - Poprawiła włosy o nieco ciemniejszym
odcieniu niż u syna. - To pani wnuki? Jezu, dziewczynka to wykapana
babcia.
- Moja duma i radość. Thea, Rem, przywitajcie się z Katie.
- Dzień dobry - powiedzieli jednocześnie, a Thea starała się nie patrzeć
na te osobliwe czerwone obwódki.
- Słyszałam, że Sharona ma problem.
- Złapała grzybicę. Robię wszystko, żeby jej skóra się oczyściła, ale ma
to niestety też na głowie.
- Przyniosłam ci specjalne mydło, Katie. Użyj go. - Lucy wyjęła kostkę z plecaka. - Umyj jej tym ręce i głowę i dobrze wysusz. Wilgoć sprzyja
grzybicy, wytrzyj więc wszystko starannie czystą szmatką, a potem użyj
tego. - Wyjęła małą buteleczkę. - Zmieszaj to z odrobiną wody. Zrobi się
z tego pasta, rozsmaruj ją, aż wyschnie. To kurkuma - dodała. - Nie
zaszkodzi jej. Powinno pomóc.
- Tak zrobię. Dziękuję, pani Lucy. Nie mam...
- Nie martw się o zapłatę. Jak Billy wyprodukuje ten swój specjał, to mi
trochę przyślesz. Daj znać, jakby twojej ślicznej dziewczynce się nie
poprawiło.
- Zrobię tak, jak pani mówi. Zrobię na pewno. Mam trochę herbaty z kocimiętki, parzy się na słońcu, jeśli zechcecie do mnie zajrzeć, to was
poczęstuję.
- Och, chętnie byśmy weszli, ale musimy odwiedzić jeszcze parę osób. No
dalej, umyj tę słodką dziewuszkę. I daj znać, jak się czuje.
- Niech Bóg panią błogosławi.
Kiedy ruszyli w dalszą drogę, Lucy zwróciła się do dzieci:
- Katie kilka lat temu straciła ojca, umarł na pylicę, a jej matka
poprzedniej zimy na zapalenie płuc. Jest ciężko, kiedy nie ma ludzi, na
których można liczyć.
- Co to takiego ten specjał? - chciała wiedzieć Thea.
- Och, to bimber, kochanie. Billy robi doskonały. Poza tym pracuje
ciężko. Pije trochę za dużo tego swojego specjału, mimo że od czasu do
czasu, ale haruje jak wół. Jest dobrym mężem i dobrym ojcem.
Odbyli jeszcze kilka wizyt, tu dali kostkę mydła, tam podarowali
świeczkę. Lucy pobierała opłatę, jeśli specyfik był zamówiony, a jeśli
ktoś nie miał pieniędzy, następował handel wymienny.
Gdy tylko wrócili do domu, psy ułożyły się do drzemki. Thea usiadła z bratem i Lucy na tylnym ganku. Raczyli się zimną lemoniadą i słodkimi
wypiekami.
- Znasz wszystkich w górach, babciu?
- Większość tych, którzy mieszkają w pobliżu. Niektórzy cenią samotność.
Nie narzucam się im, chyba że po coś przychodzą. Jeśli ktoś potrzebuje
pomocy, tak jak Katie czy stary Carl ze swoim zapaleniem torebki
stawowej, to pomagam w miarę możności. Gdybym to ja potrzebowała pomocy,
też by mi na pewno pomogli. Mam tam pół sągu drewna przygotowanego na
chłody. I ktoś mi jeszcze przyniesie, jak będę potrzebowała więcej. Tak
to jest i powinno być.
*
Każdy dzień oznaczał nową przygodę. Obowiązki pozostawały obowiązkami,
ale sprawiały radość. Tylko u babci Thea mogła doić krowę albo patrzeć,
jak Rem doi kozę. Karmili kury i zbierali jajka. Lucy nauczyła wnuki,
jak robić południowoamerykański sos do szynki, jajek i kaszy
kukurydzianej.
Co wieczór mogli przesiadywać na dworze dłużej niż w zwykłe dni wolne od
szkoły. Lucy wiedziała wszystko o konstelacjach gwiazd, a Rem wskazywał
je bezbłędnie po nazwach.
Raz nawet zobaczyli spadającą gwiazdę. Chłopiec zdecydował, że zostanie
astronautą. I każdego wieczoru czytali głośno na zmianę fragment z książki, którą wybrali na początku wakacji.
Była to książka, która im odpowiadała. Nigdy nie usłyszeli od Lucy:
"Nie, nie ta".
Opowieści, jak twierdziła, spajają świat. Najlepsze wszakże było to, że
je odgrywali, posługując się różnymi głosami. Thea musiała przyznać, że
Rem ma do tego talent. Jego głos zmieniał się z warkliwego na wysoki, z drżącego na beznamiętny, zależnie od roli. Brat potrafił też stroić
odpowiednie miny - otwierał oczy szeroko albo mrużył, zaciskał wargi,
albo szczerzył w uśmiechu zęby.
Prawie nie potykał się o słowa, nawet te najtrudniejsze.
Lucy twierdziła, że jest urodzonym aktorem jak jego wuj Caleb, a ponieważ wiedziała, że zamierzał być astronautą, dodawała, że pewnie
będzie kręcił filmy na Marsie.
Zawsze otulała go do snu pierwszego. Thea z lubością leżała i słuchała
ich głosów. Rem miał zazwyczaj tysiąc pytań, zwłaszcza w porze
zasypiania.
Wtedy zjawiała się Lucy i siadała na brzegu łóżka Thei.
- Jaki jest dzisiejszy sen?
- Czarodziejski las.
- Brzmi obiecująco. - Lucy zaczesała włosy Thei do tyłu. - Jest pełen
wróżek i elfów?
- O tak! Musi tak być. Jest też zła czarodziejka, ma równie złe psy,
które wyczarowała, takie z ostrymi skrzydłami i jeszcze ostrzejszymi
zębami. Chce rządzić lasem i wszystkim innym, więc dojdzie do wielkiej
bitwy. No i jest młoda czarodziejka, elf i wróżka, i muszą się
zjednoczyć, i wykorzystać swoje moce i umiejętności, żeby pokonać
czarodziejkę. I jest pogoń za czymś. Muszę to wszystko wyśnić.
- Jestem pewna, że ci się uda. - Lucy nachyliła się i pocałowała Theę w policzek. - Może któregoś dnia spiszesz te sny, a Rem będzie je
odgrywał. Zaśnij teraz, skarbie. Jutro jest znowu dzień.
Jak czyniła niemal każdego wieczoru, Thea zamknęła oczy i zaczęła
tworzyć swój sen.
Podobnie jak w inne poranki, kiedy budziła się dość wcześnie, tak i dzisiaj, tego ostatniego ranka niewinności, utrwaliła sen na papierze.
Las z jego dużymi drzewami, niebieskimi liśćmi, złotymi jabłkami i fioletowymi gruszkami. I złą czarodziejkę Mog w długiej czarnej szacie z kapturem, przyozdobionej dziwnymi symbolami.
Dodała kilka ilustracji, choć nie umiała rysować tak, jak by sobie tego
życzyła. Przedstawiały jej bohaterów - czarownicę Gwyn, wróżkę Twink i elfa Zeda - i złe skrzydlate psy zwane Wenami.
W późniejszym czasie zamierzała napisać ich więcej, pamiętała bowiem te
senne opowieści.
Pościeliła łóżko, zgodnie z zasadami babci, potem umyła zęby. Nie ubrała
się od razu, najpierw sprawdziła, czy w nocy urosły jej piersi.
Niestety, nie urosły, a przecież pierwszy okres dostała dwa dni po
dwunastych urodzinach w kwietniu.
Miała na wszelki wypadek stanik sportowy, taki zwyczajny do treningów,
ale czuła się w nim głupio, skoro nic go nie wypełniało. Poza tym ma
równie głupią nazwę, pomyślała, wiążąc włosy w pojedynczy warkocz, na
wzór babci.
Gdybyż tak mogła wytrenować piersi, ażeby sterczały, z pewnością by to
zrobiła!
Przyglądała się jeszcze przez chwilę swej twarzy w lustrze, zadając
sobie pytanie, jak by wyglądała, gdyby miała we włosach pojedyncze białe
pasemko, takie jak u babci. Od zawsze uważała to za coś z pogranicza
magii.
Istotnie było niezwykłe, jako że pojawiło się według rodzinnej legendy w ciągu zaledwie jednej nocy, kiedy to dziadek, którego Thea znała tylko
ze zdjęć i opowieści, zginął w kopalni.
Gdyby wyszła za mąż, nie chciałaby, żeby jej mąż umarł. Pragnęła żyć
potem długo i szczęśliwie, tak jak chciała się upewnić, że jej sny się
spełnią.
Pomyślała akurat o Zachariahu Lanniganie, poszła więc do pokoju Lucy.
Pościelone starannie łóżko, ponieważ babcia zawsze wstawała pierwsza,
zapach wzgórz płynący z kwiatów na komodzie, wietrzyk poruszający
firankami w otwartych oknach. I zdjęcie w brązowej skórzanej oprawie,
przedstawiające jasnowłosego mężczyznę o oczach, których kolor jej mama
określała jako zieleń morskiej piany, gdy urządzała komuś dom.
Był przystojny, może nie tak jak obecny obiekt jej marzeń, Nick Jonas,
ale mimo wszystko przystojny, choć znacznie starszy.
Lucy mówiła, że sama zrobiła to zdjęcie w jego trzydzieste urodziny.
Zginął w zawale górniczym niespełna rok później.
- Przykro mi, że tak się stało. - Przemawiając do zdjęcia, dotykała
oprawy. - Babcia, to znaczy Lucy, wciąż za tobą tęskni. Czuję to. Mama,
to znaczy Cora, myśli o tobie w Dniu Ojca, w Boże Narodzenie, w twoje
urodziny, w rocznicę twojej śmierci, a czasem też kiedy indziej. Uważa,
że Rem, mój brat, ma po tobie brodę i usta, i chyba tak jest. W każdym
razie...
Nie przyszło jej do głowy nic więcej, co mogłaby powiedzieć zdjęciu,
opuściła więc pokój i zeszła na dół.
Lucy siedziała na tylnym ganku, popijając kawę.
- Dzień dobry, kochanie. Dobrze śniłaś?
- Mhm. Mog to zła czarodziejka. Ma czarną sterczącą brodę i oczy, które
też są prawie czarne.
- Mój Boże, to nawet wygląda na kogoś złego!
- Jeśli znajdzie Klejnot Starożytnych, zanim zrobią to Gwyn, Twink i Zed, zamieni wszystkich w niewolników, a potem będzie rządzić lasem, a także okolicznymi wzgórzami, dolinami i rzeką.
- Niech się lepiej wezmą do roboty! Podziwiam twoją wyobraźnię, Theo, i zastanawiam się nieraz, jak ją wykorzystasz. - Mrugnęła okiem. - Rem
wciąż śpi.
Dziewczynka skinęła głową i schyliła się pogłaskać po łbach dwa psy
leżące u stóp babci.
- Cocoa zalega z nim w łóżku - oznajmiła.
- Padli z wyczerpania, niechże więc sobie odpoczną - odrzekła babcia. -
Siedzieliśmy do późna, prawda? Może zaprowadzisz Aster do obory i ją
wydoisz? Nakarmimy kury i zobaczymy, co nam zniosły. Mleko Milly
zużyjemy dziś do wyrobu mydeł.
- Rem miał nam przy tym pomagać.
Kobieta spojrzała na nią ze spokojem, a potem wstała.
- Gdybyś to ty była taka zmęczona, poprosiłabym Rema, by zrobił to samo
za ciebie.
- Okej.
- No i będzie czyścił jajka z kurzych kup.
- Bardzo to lubi.
- To, że się lubi jakiś obowiązek, nie znaczy, że nie jest męczący i można go wykonać po łebkach. Po dojeniu wyprowadzimy Aster na pole,
spędzi tam cały dzień. Po kolacji trzeba będzie ją zabrać z powrotem do
obory. Nadciąga burza. I to z piorunami.
Thea powiodła spojrzeniem w górę i zobaczyła niebieskie niebo z kilkoma
strzępiastymi chmurami. Nie kwestionowała jednak babcinej prognozy
pogody.
- Okej.
- Nadciąga burza - powtórzyła Lucy i potarła się z roztargnieniem po
sercu.
Dziewczynka zaprowadziła Aster do obory. Bardzo to lubiła, ale, tak jak
powiedziała Lucy, rzecz trzeba było wykonać należycie.
Lubiła strzykać krowim mlekiem do wiadra. Niektórzy z jej znajomych
uważali to za coś odrażającego, jej jednak ta czynność bardzo się
podobała.
Podczas gdy Aster przeżuwała paszę, Thea umyła jej wymię i sutki, po
czym je osuszyła. Umyła też dłonie i zastosowała przygotowany przez Lucy
krem do wymion.
Następnie przyszła kolej na próbne dojenie, tak by się upewnić, że mleko
jest wolne od brudu.
I wreszcie najzabawniejszy etap: strzykanie białych strużek wpadających
do czystego, pustego wiaderka, potem zaś chlupotanie, gdy mleka z wolna
przybywało.
Lubiła śpiewać w takt tych dźwięków, uważała, że krowie też się to
podoba. Kiedy pierwszy sutek zrobił się miękki i gąbczasty, ujęła drugi,
wciąż twardy w dotyku.
Wyobrażała sobie, że za czarodziejskim lasem, w zielonej dolinie, jakaś
inna dziewczynka też doi krowę. I że nie ma pojęcia o zmaganiach
toczonych wśród drzew, o poszukiwaniach jakiejś cennej rzeczy, o bitwach, w których wyniku mogłaby się stać niewolnicą, póki dobro nie
zwyciężyłoby zła.
Dojąc krowę, Thea przygarnęła tę dziewczynkę do swego snu. Dojenie
dobiegło końca, przynajmniej ten najzabawniejszy początkowy etap.
Gdy zaniosła wiaderko - teraz z pokrywką - do domu, żeby odlać mleko do
szklanego dzbanka, Rem stał już przy zlewie i obmywał jajka z kurzych
odchodów.
Był rozczochrany, na policzku miał ślad odciśnięty przez poduszkę.
- Nakarmiłeś Cocoę?
- Tak, tak, jasne. Umierała z głodu. Tak jak ja teraz.
- Ty zawsze umierasz z głodu.
- Babcia powiedziała, że możemy sobie przyrządzić jajecznicę z szynką,
kaszę z serem i tosty z dżemem jeżynowym. Zostały jajka jeszcze z wczoraj, ale najpierw muszę umyć te tutaj. Mnóstwo kupowatych kup!
Kurzych gównianych kup!
Thea przewróciła wymownie oczami.
Zanim usiedli do śniadania - teraz i ona umierała z głodu - zwierzęta
zostały obsłużone, wiaderka po mleku odkażały się w zmywarce, a psy
przeganiały szczekaniem wiewiórki próbujące się dostać do karmnika dla
ptaków.
Reszta poranka upłynęła na robieniu mydła.
Lucy miała zamówienie ze sklepu w mieście i kilka specjalnych, od
klientów indywidualnych, i tymi się w pierwszej kolejności zajęła.
Nazywała to procesem "na zimno-zimno", ale była to naprawdę gorąca
robota!
Posiadała specjalne formy do wyrobu mydła, olejki i barwniki, mleko
Milly i wodę alkaliczną, suszone zioła i kwiaty.
Wszyscy musieli mieć długie rękawy, zakładać rękawice i okulary
ochronne. I choć Thea była prawie nastolatką, Lucy uważała, że minie
jeszcze co najmniej rok, nim dziewczynka będzie mogła operować ługiem i nalewać diabelnie gorące, surowe mydło do forem.
Mogła jednak ważyć olejki i je rozpuszczać, a kiedy już Lucy dodała wody
alkalicznej i produkt zaczynał przypominać masło, przychodziła kolej na
Rema, który dodawał barwniki, ona zaś dolewała mleko Molly.
Do pierwszej partii mydła dodali lawendę, do drugiej rozmaryn, trzecia
była z owsem i czwarta, ulubiona Thei, z płatkami różnych kwiatków.
Lucy obstukała formy na blacie szafki, chcąc pozbyć się pęcherzyków
powietrza, a potem je odstawiła, by substancja stężała; zastygłą masę
mogła pociąć w kostki dopiero po upływie całego dnia. I zawsze czekała
dwa tygodnie, nim zaopatrzyła mydła w sznureczek z etykietą.
Cały proces wymagał mnóstwa czasu i wysiłku, Thea wiedziała jednak, że
ludzie chętnie kupują "wyczarowane w górach" mydła, świece, balsamy,
sole do kąpieli i inne czarodziejskie wyroby.
Ludzie zewsząd, którzy przyjeżdżali do Redbud Hollow, aby wędrować po
górach albo zatrzymywali się tam po drodze, zjawiali się w sklepie pod
nazwą "Rzemiosło Appalachów" i kupowali rzeczy, które jej babka
sporządzała w swej domowej kuchni.
Dobrze było wiedzieć, że ktoś nabywał i kupował produkt, który ona,
Thea, pomagała wytworzyć.
- No dobrze, najważniejsze zrobione. - Lucy zdjęła rękawicę i otarła
czoło. - Chyba przekąsimy coś na lunch, a potem popakujemy trochę
wcześniej zrobionych produktów i zawieziemy je do miasta, tak czy owak,
czeka nas jeszcze jedna robota.
- Będziemy mogli zafundować sobie lody? - chciał wiedzieć Rem.
- Niezły pomysł, skoro robi się gorąco. Ale przychodzi mi do głowy coś
lepszego, jeśli mogę liczyć na tak pracowitych pomocników. Co wy na to,
jeśli przyrządzę na kolację pizzę, a na deser podam krem karmelowy z domowymi lodami waniliowymi?
Rem wyraził swą opinię głośnym wiwatem, obejmując przy tym babcię.
- Z wisienką na samej górze?
- Nie inaczej.
*
Jechali do miasta z opuszczonymi szybami i radiem nastawionym na
bluegrass. Wydawało się, że tak właśnie należy zmierzać do małej
górskiej mieściny z jej główną ulicą pełną sklepów i restauracji o nazwach w rodzaju "Smak Appalachów" czy "Jedzenie jak w domu", mających
nadzieję na przechwycenie od turystów kilku dodatkowych dolarów.
Dzieciaki pomogły zanieść pudełka na tylny ganek sklepu. Wkrótce
pojawiła się kobieta i klasnęła w dłonie. Thea pamiętała ją jeszcze z poprzednich wizyt; wiedziała, że ta pani o blond kręconych włosach, z okularami na złotym łańcuszku, to właścicielka tego przybytku.
- Słowo daję, Lucy! - zawołała. - Właśnie mówiliśmy o tym, że może
przywieziesz dziś trochę tych swoich zaetykietowanych czarów. Skończyło
się rano twoje lawendowe mydło. Sprzedaliśmy ostatnią kostkę, tak jak i świecę lawendową i balsam, pewnej kobiecie z Chicago. Mamy jeszcze tylko
jedną świeczkę z dodatkiem skórki pomarańczowej i tę, którą nazywasz
"Leśnym spacerem".
- Więc zjawiliśmy się w samą porę - odparła Lucy, po czym zwróciła się
do dzieci: - Pamiętacie pannę Abby, prawda?
- To chyba twoje wnuki! - Kobieta chwyciła się za serce, ale Thea
wiedziała, że to zdziwienie jest udawane, mimo to i tak się uśmiechnęła.
- A niech mnie, przysięgłabym, że podrosły dobre trzydzieści centymetrów
od ostatniego lata.
- Istotnie, rosną te moje kochane zielska. Thea, zanieś te mydła do
składziku. Ty, Rem, zajmij się pudłem z mydłem w płynie. Cieszą się
chyba powodzeniem, jak się zdaje.
Lucy podniosła pierwsze pudło ze świeczkami.
- Przytrzymam wam drzwi - powiedziała Abby. - I mam dla dzieci słodkie
sopelki, jeśli babcia nie ma nic przeciwko temu.
- Zasłużyły na to.
- Idźcie i powiedzcie pani Louise, że Abby kazała wam dać po dwa lizaki,
jeden na teraz, jeden na potem.
- Dziękujemy, pani Abby.
Thea nie lubiła właściwie takich słodyczy, wiedziała jednak, że się
przydadzą, żeby mieć czym przekupić później Rema. Poza tym mogła
pobuszować po sklepie. Lucy i pani Abby potrzebowały sporo czasu, żeby
omówić rachunki, wymienić się ploteczkami i popytać o bliskich.
Jej mama powiedziała, że tak jest na Południu, że wszystko trwa dwa razy
dłużej, niż powinno, gdyż zgodnie z obyczajem należało uciąć pogawędkę.
Nie miała nic przeciwko zaczekaniu, mogła w tym czasie popatrzeć na
dzieła rzemiosła, te z drewna i te ze szkła i metalu, albo i z tego, i z tego. Mogła oglądać obrazy i odczuwać dumę na widok półek z wyrobami
babci.
Gdy pojawiła się Lucy, dziewczynka musiała zamienić słówko także z Louise i kimś o imieniu Jimmy; mężczyzna zaczął pracować w sklepie przed
Bożym Narodzeniem.
Miał duże, szeroko rozstawione oczy i długaśną szyję. Thea wyobraziła go
sobie ze spiczastymi uszami i doszła do wniosku, że mógłby być jednym z jej wyśnionych elfów.
Rem tymczasem pochłaniał swego lizaka, lecz wcale nie powstrzymało go to
przed zjedzeniem także fioletowego winogronowego loda. Thea jadła
wolniej, kiedy szli niespiesznie wzdłuż Front Street.
Lucy musiała znowu poświęcić czas paru napotkanym osobom. Znała tu
prawie wszystkich, a oni prawie wszyscy znali ją. Potem udali się wprost
do banku, gdzie Lucy złożyła wieczorny depozyt, jak się wyraziła,
ponieważ oddział zamykali o czternastej.
- Skąd będą wiedzieć, że to twoje pieniądze? - zdziwił się Rem.
Lucy spojrzała na chłopca, kiedy szli w górę ulicy.
- No cóż, czek jest wystawiony na mnie i przeze mnie podpisany, poza tym
na dowodzie wpłaty widnieje moje nazwisko i mój numer konta.
- A skąd wiesz, że nie ukradną tych pieniędzy i nie powiedzą, że nigdy
ich nie dostali?
- Odznaczasz się cynicznym umysłem, chłopcze. Wiem, że nie ukradną, bo
znam kierownika banku od czasu, jak był w twoim wieku. Prowadził go
zresztą z moim bratem Buckiem. Raz nawet poszłam z nim na tańce, bo twój
dziadek nie spieszył się z zaproszeniem. I był to ostatni raz, kiedy się
nie spieszył.
- Pocałowałaś go w usta?
- Nie, interesował mnie tylko Zachariah Lannigan.
- Może ukradnie twoje pieniądze, bo nie pocałowałaś go w usta.
Mierzwiąc włosy Rema, babcia roześmiała się serdecznie.
- Nie wydaje mi się, by miał o to pretensje, zwłaszcza że ożenił się z moją dobrą przyjaciółką, Abigail Barns, innymi słowy z panią Abby.
Doczekali się trzech córek i pięciorga wnucząt.
- Mężczyźni potrafią kochać bez wzajemności.
- Zawsze udaje ci się mnie rozbawić, Remingtonie Fox.
- Mam fioletowy język? - Wysunął go.
- Bez wątpienia.
- Byłoby zabawne, gdyby cały czas miał taki kolor.
- Widzisz? - Babcia objęła go ramieniem, a drugim Theę. - Zawsze
potrafisz mnie rozbawić.
*
Thea uważała, że to jak dotąd najwspanialszy dzień wakacji, i zapisała
to nawet w swoim dzienniku. Wydoiła Aster sama, osobiście! Zanotowała
dodatkowo, żeby spróbować przyrządzić dla mamy na jej urodzinowe
śniadanie szynkę z sosem - z pomocą Rema (może też taty). Pomogła
przecież wyrabiać mydło i choć nie doczekałaby chwili, gdy miało być
ładnie zapakowane, babcia i tak przysłałaby jego zdjęcia.
Spędzili w mieście sporo czasu. Po powrocie dali psom smakołyki w nagrodę za pilnowanie domostwa, po czym zabrali się do robienia lodów i gotowe włożyli do zamrażarki.
Następnie przygotowali własnoręcznie pizze z ciasta i sosu babci,
podczas gdy Lucy tarła ser. Pizza Thei wyszła niemal idealnie okrągła.
Rem uznał, że jego jest sześciokątna. Babcia dodała do swojej grzyby i oliwki; chłopiec zrobił za jej plecami minę pełną obrzydzenia.
Po wieczornych obowiązkach, kiedy świeciły już gwiazdy, zjedli lody na
tylnym ganku.
Jest tak wiele gwiazd, pomyślała Thea. Może babcia myliła się co do
nadchodzącej burzy?
Gdy zjawiła się Lucy powiedzieć dobranoc i otulić wnuki, dziewczynka
odłożyła dziennik.
- Jutro upłynie tydzień, jak tu jesteśmy.
Kobieta usiadła na brzegu łóżka.
- To oznacza, że pozostał wam jeszcze jeden - stwierdziła. - No i za dwa
miesiące jedziemy wszyscy nad morze. Po raz pierwszy w życiu będę
odpoczywała ze swoją rodziną nad oceanem! To cudowne, że twoja mama i twój tata zapraszają nas wszystkich. A potem, kilka miesięcy później, wy
zjawicie się tu w komplecie. Przygotuję w Święto Dziękczynienia kolację,
jakiej nie umiesz sobie nawet wyobrazić. - Postukała Theę w skroń. -
Zaczekaj, a się przekonasz.
- Wszystko będzie wyglądało wtedy inaczej. I nawet chcę, żeby tak było.
Po Święcie Dziękczynienia ty, babciu, przyjedziesz do nas na Boże
Narodzenie.
- Pewnie. A na wiosnę wy przyjedziecie do mnie na Wielkanoc.
- Zobaczę, jak kwitnie judaszowiec.
- Tak, i dziki dereń. Wyglądają przepięknie. Zamierzasz śnić dziś w nocy
ten swój sen czy zaczniesz jakiś nowy?
- Nie skończyłam jeszcze tego drugiego. Tego, który rozgrywa się w czarodziejskim lesie Endonu.
- Endon?...
- To nazwa świata. Przychodzi mi do głowy kilka nowych postaci. Muszę
zobaczyć, co się wydarzy.
- Śnij więc zgodnie z planem. - Lucy nachyliła się do pocałunku. - Ja
też chcę wiedzieć, co się stanie.
Thea zadowolona otuliła się pościelą i zamknęła oczy. Odpłynęła w sen
pełen koloru, przygody i magii. A kiedy śniła, chmury zaczęły z wolna
przesłaniać gwiazdy. Gdzieś w oddali rozległ się grom.
Gdy nadciągnęła burza, zgodnie z przewidywaniami babci, sen pełen elfów
i wróżek przerodził się w koszmar.
Rozdział 3
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Lucy wkładała lody do zamrażarki,
Cora wyszła ze spotkania. Tak udanego spotkania, że aż w wyobraźni
poklepała się po plecach.
Ponieważ do końca dnia miała wolne, postanowiła załatwić kilka spraw i zorganizować dla siebie i Johna małą uroczystość.
Mogła odebrać rzeczy z pralni, zajrzeć do drukarni po najnowsze broszury
reklamowe, wstąpić do ulubionego sklepu z winami, zahaczyć o supermarket
i kupić dwa steki, które John wrzuciłby na grilla, wreszcie odwiedzić
targ warzywny i kupić składniki do sałatki oraz trochę ziemniaków.
John uwielbiał jej pieczone ziemniaki.
Nigdy nie byłaby taką kucharką jak jej matka, ale uważała, że razem z Johnem świetnie sobie w tej dziedzinie radzą.
Miała spotkanie z niezwykle wymagającym i zamożnym klientem, zdecydowała
się więc na wizerunek spod znaku "kobiety profesjonalnej".
Spięła włosy w gładki kok i włożyła obcisłą sukienkę bez rękawów w kolorze głębokiego różu, do tego sandały na obcasie.
Zamiast zwykłego zegarka pracującej matki włożyła na nadgarstek
czasomierz marki Bulgari, który John podarował jej na dziesiątą rocznicę
ślubu. Śmieszna ekstrawagancja - przyszło jej do głowy.
Na kopercie kazał wygrawerować serce i słowa "Po wsze czasy".
Uwielbiała ten chronometr.
Załatwiała sprawy jedną po drugiej, jeżdżąc z włączonym radiem i uśmiechem na twarzy.
Targ warzywny przypomniał jej o dzieciach i o tym, jak ona i John
popełniali nieodmiennie błąd, zabierając je ze sobą, co zawsze się
kończyło dwoma rodzajami chipsów, dwoma rodzajami lodów, dwoma rodzajami
płatków śniadaniowych i Bóg wie czym jeszcze w dwóch wersjach.
Tak bardzo za nimi tęskniła.
Nie znaczyło to, że jako samotna para nie czuli się cudownie. Ożywczo.
I, co tu kryć, sexy. Tęskniła jednak za ich twarzyczkami, ich energią,
nawet kłótniami.
Mimo wszystko rozmawiali przynajmniej co drugi dzień, a wtedy ze
słuchawki dosłownie wylewały się dziecięca radość i ekscytacja, co
przepełniało jej serce po brzegi.
Uwielbiały tę małą farmę babci, a ona z pewnością organizowała im
każdego lata wspaniałe dwa tygodnie. Troszczyła się o nie i dawała
miłość we wszystkich jej wymiarach.
Cora wiedziała, że doznają tej miłości i troski jeszcze więcej podczas
pobytu nad morzem, w Święto Dziękczynienia i Wielkanoc.
Te krótkie przerwy w życiu rodzinnym wszystkim ładowały akumulatory.
Skupiona na wyborze odpowiednich steków, mając serce pełne swoich
dzieci, nie zauważyła mężczyzny z sześciopakiem coli, torebką chrupek
kukurydzianych i paczką chipsów w koszyku.
Ale Ray Riggs ją zauważył.
Z miejsca rozpoznawał bogatą sukę i właśnie teraz ją rozpoznał.
Snobistyczna fryzura, kwadratowy diament na obrączce i ten zegarek za
tysiące dolarów.
Zwłaszcza on, ten zegarek, syczał mu w uszach: "Jestem lepsza niż ty,
Ray".
Nienawidził jej za to.
Tak wystrojona wybrała się do zwykłego sklepu? To prawdopodobnie żona
jakiegoś sukinsyna, taka baba na pokaz. Z tych, co to patrzą z góry na
ludzi jego pokroju.
Paliło go to żywym ogniem.
Z tych, co to mają mnóstwo supersamochodów i superdom. A w środku
mnóstwo luksusowych przedmiotów, takich jak ten zegarek. I gotówkę w sejfie na wszelki wypadek.
To go zainteresowało.
Zainteresowało tak bardzo, że postawił koszyk na podłodze, wyszedł ze
sklepu i skierował się do swego samochodu.
Mojego samochodu, pomyślał, ponieważ kazał go przemalować. Zwracająca
uwagę wiśniowa czerwień, którą wybrał poprzedni właściciel - bogaty
sukinsyn - została zastąpiona lśniącą dyskretną czernią. Ray od razu
wymienił też tablice rejestracyjne z Marylandu na Pensylwanię.
Zawsze można było znaleźć tablicę spoza stanu w jakimś nędznym motelu
przy autostradzie.
W wieku osiemnastu lat, po dwóch bitych latach spędzonych w drodze, Ray
wiedział już wszystko o nędznych motelach i kamuflażu skradzionych aut.
Teraz siedział w czarnym sedanie Mercedesa, zarejestrowanym na
niejakiego Philipa Allena Clarke'a, który wraz ze swoją wiedźmowatą
żonką, Barbarą Anne Clarke, gnił w jakimś grobie na jakimś cmentarzu w pieprzonym eleganckim Potomac w stanie Maryland.
Wyciągnął od Clarke'ów cztery superzegarki i zastawił w Waszyngtonie
rolexa należącego do mężczyzny dwa tygodnie po tym, jak go zdobył. Stara
wiedźma miała trochę porządnej biżuterii, ale co do niej to zamierzał
zaczekać, nim zamieni ją i pozostałe zegarki na gotówkę.
Ray Riggs nie był głupi.
Na dodatek wyciągnął od tej starej suki szyfr do sejfu, nim ją zabił, i zgarnął siedem tysięcy w gotówce. Plus dwa tysiące trzysta z ich
portfeli, plus drobny zapas w szufladzie z bielizną starej wiedźmy.
Tak więc, będąc przy forsie, wynajął sobie domek przy plaży w Myrtle
Beach.
Żeby się poopalać, a przy okazji obrabiać bogatych turystów.
Zatrzymał się przy sklepie, chcąc kupić trochę jedzenia na drogę; na
stacjach benzynowych zdzierali z człowieka.
Któregoś dnia wysadzi jedną i tak dowiedzie swej racji.
Teraz jednak doszedł do wniosku, że ten postój to nie przypadek. O nie!
Nie wątpił w to ani przez chwilę, gdy ta bogata suka wyszła ze sklepu i włożyła jedną torbę do BMW - czyżby nikt już nie kupował pieprzonych
amerykańskich wozów?
I tak czas był zmienić brykę; przecież zwinął na wszelki wypadek tablice
rejestracyjne Wirginii Zachodniej.
Tak, to zdecydowanie nie przypadek.
Kiedy wyjechała z parkingu, ruszył za nią na targ rolny. Jakby ludzie
jej pokroju nie mieli rolników głęboko w dupie.
Wróciła do samochodu z drugą, mniejszą torbą.
Żadnych dzieciaków, doszedł do wniosku. Za mało żarcia.
Może ujadający pies. Okej, musiałby się tym zająć.
Wyglądała jak ktoś z ujadającym małym pieskiem o imieniu Fluffy albo
Chauncy.
No cóż, rozwaliłby kopniakiem łeb ujadającego Fluffy'ego.
Pojechała na osiedle wielkich, ważniackich domów. MPR, jak je nazywał.
Mc-pieprzone-rezydencje.
Zaparkował przy krawężniku, wiedząc, że mercedes zapewni mu odpowiednią
przykrywkę, przynajmniej na kilka minut. Ludzie, którzy mieszkali w wyszukanych domach, nie spodziewali się kłopotów ze strony ludzi w superwozach.
Ich błąd.
Brama garażu otworzyła się, kobieta wjechała do środka, brama się
zamknęła.
Siedział jeszcze przez parę minut, myśląc i planując, gdy wkrótce znów
się pojawiła w drzwiach wejściowych.
Podlewała kwiaty w doniczkach na frontowym ganku, także te zwieszające
się z filarów. Nie wybiegł za nią żaden wrzaskliwy pies, może więc go
nie było.
Kiedy odstawiła konewkę, na podjazd skręcił kolejny SUV. Jeszcze jedno
BMW.
Nie wysiadł z niego jakiś stary sukinsyn, ale młodszy, niż zakładał.
Wysoki, wyglądający na sprawnego. Hmm... plan wymagał niejakiej korekty.
Ona zeszła z ganku, on podszedł do niej.
Objęli się i pocałowali.
Nie słyszał żadnego szczekania, nie widział żadnych dzieciaków
wybiegających z krzykiem: "Tata wrócił!".
Najprawdopodobniej mieszkali tylko we dwójkę w tym cholernie wielkim
domu. W domu, który powinien należeć do niego. Wszystko to powinno
należeć do niego.
Wiedział, że kiedy minie noc, co nieco będzie już należeć do niego.
Kiedy skierowali się do drzwi, ruszył w głąb ulicy - przestrzegając
sumiennie ograniczenia prędkości - i objechał posesję, tak by się
zorientować w miarę możności, co jest na tyłach.
Oczywiście, wielkie podwórze i cholerny basen.
Zbyt wielu ludzi miało zbyt wiele, jeśli o niego chodzi. Wydawało się
czymś uczciwym i słusznym, by dostał jakąś część, to, czego pragnął i na
co zasługiwał.
Bądź co bądź, tam, gdzie zamierzał ich posłać, nie mogli tego ze sobą
zabrać.
*
Cora podała Johnowi konewkę.
- Możesz nalać do tego wody i zanieść na tylny ganek? - powiedziała. -
Chciałabym pójść na górę i się przebrać.
- Wyglądasz świetnie - odparł.
Uśmiechnęła się.
- Prawda? Adele podziwiała moje buty i tak jak za każdym razem, kiedy
noszę przy niej mój wspaniały zegarek, wyczuwam jej zazdrość. Opowiem ci
o spotkaniu - same dobre wiadomości - kiedy zdejmę to oszałamiające
obuwie, na które moje stopy zaczynają już jednak narzekać.
- Zrób to. A ja mam dobre wieści a propos projektu dla Barnaby'ego. Albo
się nie przebieraj i pozwól się zabrać na kolację. A później może kino?
Przystanęła na schodach i rzuciła mu przez ramię zalotne spojrzenie.
- Dlaczego proponujesz mi randkę, Johnie Fox?
- Byłbym idiotą, gdybym tego nie zrobił.
- Zgadzam się, ale przełóżmy to na jutro. Mam plany na dziś wieczór.
Przechylił głowę i obrzucił ją udawanie szorstkim spojrzeniem.
- Jakie plany?
- Powiem ci. - Wciąż się zalotnie uśmiechając, wysunęła stopy z butów. -
Usmażysz na grillu steki, które kupiłam po drodze do domu. A ja
przyrządzę słynne dwukrotnie pieczone ziemniaki.
- Znane całemu światu.
- I sałatkę ze składników z targu rolnego. Do tego butelka twojego
ulubionego caberneta, którą kupiłam po drodze.
- Plan doskonały. Co na deser?
- Myślałam o dzieciakach, o tym, jak się świetnie bawią. Podczas gdy my
tkwimy tu sami w tym wielkim, pustym domu. - Zakręciła butami trzymanymi
za rzemyki. - Więc przyszło mi do głowy, że powinnam zafundować sobie
szalony seks ze swoim mężem.
- Deser wszech czasów.
- Lepszy niż ciasto z jabłkami mamy?
- Nawet od tego lepszy.
- Właściwa odpowiedź. Może otworzysz tę butelkę, a ja się zajmę
ziemniakami, kiedy zejdę na dół? Posiedzimy przez chwilę na zewnątrz,
nim zaczniesz grillować.
- Kocham cię, Coro.
Nie zatrzymała się, wchodząc na górę, ale znów spojrzała przez ramię i postukała palcem zegarek.
- Po wsze czasy.
Ruszył z powrotem do kuchni i przystanął przy ich ściennej galerii.
Rodzinnej, jak ją w myślach nazywał. Zdjęcia ich obojga, potem trojga,
wreszcie czworga. Zdjęcia dzieci. Jej matki, jej braci. Grupowe,
indywidualne, wypełniały całą ścianę.
Sprawiały, że był najszczęśliwszym sukinsynem na świecie.
Po wsze czasy.
Otworzył butelkę wina i nalał wody do konewki.
*
Tymczasem Ray zajechał do myjni i zapłacił za dodatkowe czyszczenie
wnętrza.
Wóz lśnił czystością.
Znalazł spokojne miejsce na pochłonięcie kanapki z wieprzowiną,
cholernie dobrej sałatki coleslaw i frytek. Siedział na dworze,
rozkoszując się ciepłem, a przy tym jadł i pracował nad schematem domu.
Przyszło mu do głowy, że mógłby być architektem, tylko właściwie po jaką
cholerę miałby projektować domy dla kogoś innego?
Zakładał, że sypialnie są na górze, także ta główna, państwa domu, z osobną łazienką i garderobą. Jeśli mieli sejf, to znajdowałby się
właśnie tam albo w gabinecie czy bibliotece, która mówiła: patrzcie,
jakie z nas bystrzaki.
Jego łup? Gotówka, biżuteria i jeden z samochodów.
Później ruszy nim do Karoliny Północnej, prześpi się w jakimś gównianym
motelu, a rano pojedzie w drogę. Nim ktokolwiek się zorientuje, że ta
bogata suka i jej sukinsyn nie żyją, on będzie już daleko stąd.
Solidny plan - doszedł do wniosku. Łyknął coli. Teraz będzie musiał
tylko spędzić jakoś te kilka godzin.
Poszedł do centrum handlowego, pokręcił się tam, zajrzał do salonu gier
automatycznych, następnie wstąpił do kina. Transformers: Zemsta
upadłych.
Całkiem niezły film.
Około jedenastej przejechał się bez pośpiechu po tej spokojnej ulicy
klasy wyższej.
Wciąż paliło się zbyt wiele świateł. Jeździł więc jeszcze jakiś czas,
zastanawiając się, jak najlepiej dotrzeć do trasy 95, kiedy się upora z robotą.
Przed pierwszą na ulicy wreszcie zapanował spokój. Kilka świateł na
gankach, kilka zewnętrznych, to tu, to tam w jakimś domu, zostawionych
przez ludzi, którzy sądzili, że odstraszy to potencjalnego włamywacza.
Opracował już plan dotarcia do celu, przemknął na tyły osiedla. Zgasił
światła, zaparkował na jakimś podjeździe, wyłączył silnik.
Czekał, wypatrując blasku w oknach i nasłuchując szczekania psa, ale
trwała niezmącona cisza. Włożył rękawiczki i starannie wytarł przednie
siedzenie, kierownicę i deskę rozdzielczą. Następnie wyjął spod fotela
kierowcy pistolet Smith & Wesson 9 mm.
Zdobył go po swoim trzecim zabójstwie - tego ulizanego prawnika i jego
suki z wielkimi sztucznymi cyckami.
Poderżnął im gardła, tak jak tej parze wcześniej, i Jezu! Co za
pieprzone ohydztwo. Krew nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia, ale
się wściekł, że się nią cały umazał.
Wtedy razem z gotówką i biżuterią zdobył też broń.
Oraz mnóstwo amunicji. Mógł jej jeszcze dokupić, gdyby potrzebował.
Nie uważał się za wytrawnego strzelca, ale przy niewielkiej odległości
nie miało to większego znaczenia.
Dowiódł tego podczas kolejnej roboty.
Włożył broń do skórzanej przypinanej pochwy, którą też zabrał ulizanemu
prawnikowi, a potem wyjął z bagażnika swój sprzęt.
Nigdy nie podróżował obładowany, więc wziął plecak, a podręczną torbę
zarzucił na ramię.
Zatrzasnął klapę bagażnika - cicho - wytarł ją, po czym ruszył dalej.
Jego trasa wiodła przez posesję innego bogatego człowieka i łatwe do
pokonania ogrodzenie wprost na podwórze, o które chodziło, to z migotliwym basenem i rozległym patio. A ten taras na piętrze? O tak, za
tamtymi drzwiami spała bogata suka, która nosiła ten swój fikuśny
superzegarek.
Ominął basen, przeszedł przez patio, gdzie zauważył grill, wielki i lśniący, który kosztował zapewne ze dwa albo i trzy tysiące dolców.
Sam jego widok, stojącego tu i lśniącego, wzbudził w nim urazę.
Pożałował, że nie ma przy sobie pałki albo stalowej rurki. Gdyby miał
jedno lub drugie, roztrzaskałby ten grill w drobny mak.
Zapanował jednak nad wściekłością. Miał przecież robotę do wykonania, a ta wymagała czystego umysłu.
Oddychając powoli, głęboko, położył dłonie w rękawiczkach na drzwiach
patio. I tym czystym umysłem przeniknął do wnętrza domu.
Tak przejawiał się jego wrodzony dar.
Matka próbowała wyrugować z niego tę umiejętność modlitwą; ojciec
próbował wyrugować ją logiką.
Nie udało im się.
Postanowił, że pewnego dnia w przyszłości odpłaci im za to, że nie dali
mu cholernie wielkiego domu takiego jak ten, by w nim dorastał, ani
basenu, w którym mógłby się pluskać.
Odpłaci za to, że smażyli burgery na prostym gównianym grillu węglowym,
a nie na dużym i lśniącym, takim jak ten na patio.
Tymczasem wystarczało mu, że żył wolny jak ptak i wykorzystywał swój
talent, by odbierać bogatym i brać ich dobra dla siebie.
Nie ma żadnego psa w domu. Teraz przynajmniej, choć wcześniej był. I są
dzieci, jedno, może dwoje, ale nie teraz.
Jedyni ludzie w tym domu spali teraz na górze, tak jak przewidział.
A jednak doznawał uczucia czegoś w rodzaju oddechu na karku, tak jakby
ktoś go obserwował, jakby obserwował z tak bliska, że tkwił niemal w nim
samym.
Ta myśl przyprawiła go o krople potu na skroni, zmusiła do spojrzenia za
siebie.
Pieprzyć to, rzekł sobie.
Nie zauważył śladów ostrzegających o zabezpieczeniach ani śladów
zabezpieczeń.
Pracował pewnego lata ze swoim sknerowatym ojcem, instalując systemy
alarmowe w dużych MPR jak ten tutaj, wiedział więc, czego szukać.
I jak postąpić, gdyby coś znalazł.
Teraz jedynym elementem na szerokich szklanych drzwiach był tylko zamek.
Zamiast go sforsować - a znał się na rzeczy - wyjął z plecaka nóż do
cięcia szkła.
Niedługo potem wsunął ostrożnie dłoń przez okrągły otwór w szybie i uporał się z zamkiem.
Już w środku rozejrzał się po dużej kuchni, popatrzył na gigantyczny
telewizor ścienny i szeroki narożnik, tak zwany modułowy.
Zajrzał do salonu: kominek, kanapa, krzesła. Stoły i lampy. Wszystko
wypolerowane na błysk i ładne.
Powinien był mieszkać w domu takim jak ten. Przecież ci ludzie nie byli
od niego lepsi. Pod żadnym względem. Ot, poszczęściło im się i tyle!
Lubili ciskać mu to w twarz.
Chciał w głębi serca zniszczyć to wszystko, lecz musiał mieć czysty
umysł.
Był tam przedsionek, w którym wycierało się buty - jakby tacy ludzie
musieli je kiedykolwiek wycierać - z drzwiami prowadzącymi do garażu.
I gabinet - jakby naprawdę pracowali na swe utrzymanie.
O! I cała ściana zdjęć. No tak, uśmiechają się do obiektywu! Baraszkują
na plaży albo...
Nagle przystanął przed fotografią dziewczyny. Dziewczyny, która bardzo
przypominała tę bogatą sukę, z tą tylko różnicą, że...
Coś, co malowało się w jej oczach, coś, co pozbawiło go tchu, coś, co
zmąciło mu umysł. Jakby się w niego wpatrywała.
Jakby patrzyła mu prosto w oczy.
To coś zmroziło mu krew; po kręgosłupie przesunęły się lodowate palce.
Zacisnął dłonie w pięści i jakby stracił na chwilę poczucie swej
obecności w tym domu, a zwłaszcza obecności ludzi śpiących na górze.
Musiał rozprostować dłonie, otrzeć pokrywający je pot o nogawki dżinsów.
Należało rozluźnić umysł, by znowu móc widzieć.
- Szkoda, że cię tu nie ma - mruknął. - Cholernie szkoda. Tobą też bym
się zajął.
Podejrzewał, że ta dziewczyna ma fundusz powierniczy, ona i chłopiec -
zapewne jej młodszy brat. Och, tak, z pewnością zająłby się nimi
odpowiednio, ale wyjechali najprawdopodobniej na jakiś obóz dla bogatych
dzieciaków.
Jeszcze przez chwilę nie miał poczucia miejsca, w którym się znajduje,
wpatrywał się tylko jak urzeczony w to zdjęcie, w te błękitne oczy.
Przyprawiały go o drżenie rąk, powodowały, że zapragnął wpakować jej
pięść w twarz i zamknąć te chabrowe oczy.
Musiał się odwrócić, odzyskać oddech, oczyścić umysł.
Robota do wykonania, upomniał się, czas nagli, musi wyrównać szale wagi.
Wyciągnął pistolet i ruszył po schodach.
*
Nie obudził jej pomruk grzmotu ani stłumiony odgłos wystrzału. Uwięziona
we śnie Thea krzyczała bez końca. Ale jak wszystko inne, także i krzyk
tkwił wewnątrz jej głowy. Wołała i łkała, i przyglądała się tylko
bezradnie, aż wreszcie się oswobodziła.
Błysnął piorun. Usiadła roztrzęsiona, niezdolna zaczerpnąć dość
powietrza, by krzyknąć. Niepomna tego, że jest omalże nastolatką, z trudem zsunęła się z łóżka. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, upadła na
podłogę w oszołomieniu i ze ściśniętym żołądkiem.
Zimno jej było tak, że zęby dzwoniły. Dźwignęła się z wysiłkiem.
Podłoga zdawała się chybotać, tańczyć, kołysać niczym pokład statku w szponach burzy, która wciąż szalała na zewnątrz.
Musiała się opierać dłonią o ścianę, gdy szła do pokoju babci.
Jakżeż pragnęła, by babcia ją objęła, pogłaskała po włosach i zapewniła,
że to był tylko zły sen.
Kiedy dotarła do drzwi sypialni, zobaczyła Lucy siedzącą na brzegu
łóżka. Usłyszała, jak płacze. Zobaczyła, że drży.
- Babciu... babciu...
Miała już do końca życia pamiętać tę chwilę, ten moment, gdy spojrzały
sobie w oczy. W oczy tego samego koloru i kształtu, oczy przepełnione
łzami, szokiem i żalem.
I ta iskra, która między nimi przeskoczyła, tak gwałtowna i jasna jak
błyskawica.
I ta chwila po iskrze, kiedy zdała sobie sprawę, że jej rodzice nie
żyją.
Osunęła się bezwładnie na podłogę, jakby pozbawiono ją kości.
Po chwili otaczały ją ramiona Lucy. Jej dłonie głaskały ją po włosach.
Nie wymówiła jednak upragnionych słów, gdyż byłyby kłamstwem.
- Widziałam... widziałam...
- O Boże! Theo! - Lucy kołysała ją lekko w ramionach, siedząc na progu
drzwi. - Kochanie, moja słodka dziecinko.
Thea słyszała przyspieszony oddech babci, czuła oszalałe dudnienie jej
serca.
- Muszę zadzwonić do szeryfa - powiedziała. - Zostań przy mnie. Nie
odstępuj mnie na krok. Skontaktuję się z policją w Wirginii, żeby... żeby
pojechali sprawdzić...
- Ty też to widziałaś. Ty też to widziałaś. Ale...
- Pozwól mi zadzwonić. Trzymaj się mnie.
- Niedobrze mi.
- Wiem, wiem.
Głowa Thei nadal się chwiała, a podłoga kołysała, Lucy wzięła ją na ręce
i zaniosła do łóżka.
- Próbuj spokojnie oddychać. Jeśli zechcesz zwymiotować, zrób to, nie
przejmuj się. Trzymaj się mnie. Tak, dobrze, oddychaj spokojnie. Za
chwilę poczujesz się lepiej.
Kiedy już dotarły do łóżka, Lucy okryła ją narzutą.
- Wsuń głowę między kolana, oddychaj wolno. To minie.
Zrobiła, jak kazała babcia. Usłyszała, jak podnosi słuchawkę telefonu na
nocnym stoliku. Pokój nadal wirował.
Głos babki wydał się Thei dziwny, jakby przemawiała wewnątrz dużego,
pustego pokoju, gdzie dźwięki brzmiały głucho i odbijały się echem.
- Tate, cześć, tu Lucy Lannigan. Chciałam cię prosić o przysługę.
Dziewczyna puszczała te słowa mimo uszu. Oszołomienie zaczęło z wolna
ustępować, tak jak zapewniała ją babcia.
Z wolna też ustępowało zimno zduszone w nagłym przypływie gorąca, które
przeszywało każdy skrawek jej skóry.
- Połóż się kochanie. Zrobię ci herbaty.
- Nie zostawiaj mnie samej, babciu. Proszę, nie zostawiaj mnie.
- Herbata pomoże. Uwierz mi, Theo. Chcesz zejść ze mną na dół? Dasz
radę?
Kiwając głową, oparła się o Lucy.
- Nie zwymiotuję.
- Nie budźmy Rema, dobrze? - Kobieta otoczyła ją ramieniem, które wciąż
drżało. - Uważaj na schody. Powolutku.
- Już nie kręci mi się w głowie. Nie będę wymiotować. - Wszystko poza
nią zdawało się gorące. W niej wszystko drętwiało. - Widziałam to.
Widziałam, i ty też widziałaś. To nie był koszmar.
- Modlę się, żeby był. Usiądziesz przy stole, a ja zaparzę herbaty. Nie
rozmawiałyśmy o tym, co w sobie nosimy, ty i ja, kochanie. Twoja mama...
- Nie podoba jej się to.
- Martwi ją, to wszystko. Martwi ją. Usiądź teraz. Szeryf McKinnon
zadzwoni tam na policję, a oni pojadą sprawdzić. I... wiesz... nie będziemy
się wcale czuć głupio, jak oddzwonią i powiedzą, że nic się nie stało?
- Babciu...
- Czasem, bardzo często, kochanie, to, co w nas jest, przedstawia coś,
co się jeszcze nie wydarzyło.
- Ale nie teraz. - Łzy znów popłynęły, a słowa zmagały się z płaczem. -
Odeszli, babciu. Czuję to. Ty też to czujesz.
Rozpuszczone włosy Lucy opadły jej bezładnie na ramiona. Twarz pobladła
od szoku. Zakryła dłonią usta, jakby chciała powstrzymać krzyk.
- Nie widziałam tego wyraźnie.
- Ja widziałam. Byłam tam nawet. Byłam z nimi. Widziałam i słyszałam.
Czułam zapachy, mogłam wszystkiego dotykać. Krzyczałam, ale mnie nie
słyszeli. Myślę, że może on słyszał. - Jakby nagle opadła z sił, Thea
położyła głowę na stole. - Zabił ich, a ja tam byłam.
- Módlmy się, żeby było to coś, co dopiero nastąpi. Że przez to, że to
widziałyśmy, odmieniłyśmy bieg wydarzeń. Że to powstrzymałyśmy. To
jedyne, co możemy w tej chwili uczynić.
Mogły się teraz modlić, pomyślała Thea, nawet przez wieczność. Tylko że
to niczego by nie zmieniło. Mimo skorupy odrętwienia wyczuwała żal babci
- tę dziką, nieokiełznaną, przerażającą istotę - i nie odzywała się
słowem.
Lucy, zebrawszy się w sobie, podniosła się i zaparzyła herbatę z głogu.
Musiała teraz myśleć przede wszystkim o dziecku, zająć się nim i nie
zastanawiać nad niczym innym.
Teraz ważne jest ono - to dziecko, przysięgła sobie w duchu, dziecko
siedzące przy stole, pogrążone w szoku i smutku, a nie to, które niegdyś
nosiła w sobie - to, które urodziła. Nie dziecko, które kochała każdym
uderzeniem serca, i nie ten dobry, najlepszy mężczyzna, którego jej
dziecko poślubiło, ten, którego kochała tak, jakby sama go nosiła pod
sercem.
To dziecko tutaj potrzebowało jej siły, postanowiła więc, że będzie
silna.
To dziecko, z którym dawno już powinna była porozmawiać. Pomóc mu,
przygotować je na życie, albowiem wiedziała o tym darze, widziała, jak
jasno i mocno w niej świeci.
Nie zmienisz tego, co się dokonało poza tobą, upomniała się w myślach. W tej chwili to dziecko potrzebuje twojej siły, inaczej nie poradzi sobie
z tym, co obie widziałyśmy.
Jej własny żal musiał poczekać.
Postawiła filiżanki z herbatą na stole, przesunęła dłonią po włosach
Thei.
- Napij się trochę, kochanie. Obiecuję, że pomoże.
- Niczego w środku nie czuję. Jakby wszystko odeszło.
- To naturalne. Tak się bronimy. - Ale to wróci, pomyślała Lucy, wróci z całą mocą. - Napij się herbaty i posłuchaj mnie. W porządku?
Dziewczyna podniosła głowę, skinęła z powagą i wzięła do ręki filiżankę.
- Z pewnością padną pytania, dlaczego prosiłam o zawiadomienie policji.
Posłuchaj mnie, Theo, muszę żywić nadzieję, że twoja mama zadzwoni i będzie pytać. Potrzebuję tej nadziei.
Thea upiła łyk herbaty i znowu kiwnęła głową.
- Ale ktokolwiek będzie pytał, to ja będę odpowiadała.
- Dlaczego?
- Bo w niektórych ludziach budzi się chciwość, gdy się dowiadują, że
masz taki dar, i mogą cię zacząć prześladować. Inni z kolei w to nie
uwierzą i będą mówić przykre rzeczy.
- Już o tym wiem.
Kobieta westchnęła z nieskrywanym żalem.
- Nie zachowałam się w tej sprawie właściwie. Wobec ciebie. Przepraszam.
- Mama się tym martwiła. To ją przerażało.
- Tak. Wiem.
Lucy zauważyła, że te gładkie młodzieńcze policzki odzyskują swą
naturalną barwę. Jeszcze nie całkiem się zaróżowiły, ale nie były już
takie blade. Oczy wszakże nie sprawiały już wrażenia dziecięcych, a ziejąca z nich pustka dowodziła, że odrętwienie wciąż trwa.
- Co zrobimy, babciu?
- Posłuchaj mnie...
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Przyprawiło ono Lucy o nagły skurcz,
jakby jej serce zwinęło się w sobie niczym skrawek papieru zgnieciony w pięści. Przyszło jej na myśl, że musi nad nim zapanować, że jest to
winna temu dziecku i temu drugiemu, które spało na górze.
To serce miało się zmienić już na zawsze.
Pragnęła powiedzieć Thei, żeby wróciła na górę i zaczekała, ale
wiedziała, że będzie to niewłaściwe. Podniosła się więc i wyciągnęła do
wnuczki dłoń.
- Nie odstępuj mnie na krok.
Po czym, zostawiwszy filiżanki na stole i ująwszy się za ręce, ruszyły
razem do drzwi.