Gry afrykańskie - Ernst Jünger

Kup ebooka

40.00 zł
32.00 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Prze­dziwny to pro­ces, kiedy fan­ta­zja, ni­czym ma­li­gna, któ­rej za­rodki przy­gnane zo­stały z da­leka, obej­muje w po­sia­da­nie na­sze ży­cie, mosz­cząc się w nim co­raz głę­biej i żar­li­wiej. Wresz­cie praw­dziwe wy­daje nam się je­dy­nie wy­obra­że­nie, co­dzien­ność staje się zaś snem, w któ­rym po­ru­szamy się nie­chęt­nie, jak po­iry­to­wany swą rolą ak­tor. W końcu przy­cho­dzi chwila, w któ­rej ro­snąca od­raza ogar­nia także i ro­zum, do­ma­ga­jąc się, by zna­lazł ja­kieś wyj­ście.

Pew­nie wła­śnie to było po­wo­dem, dla któ­rego słówko "ucie­kać" brzmiało tak oso­bli­wie w mo­ich uszach. Żadne re­alne za­gro­że­nie, uza­sad­nia­jące jego uży­cie, nie wcho­dziło w grę - może po­mi­ja­jąc mno­żące się i co­raz groź­niej­sze w ostat­nich ty­go­dniach skargi na­uczy­cieli, któ­rzy za­częli trak­to­wać mnie jak lu­na­tyka.

"Ber­ger, pan śpi, Ber­ger, pan śni, Ber­ger, pan nie uważa" - brzmiał usta­wiczny rym. Także moi ro­dzice, miesz­ka­jący na wsi, otrzy­mali już kilka słyn­nych li­stów, któ­rych nie­przy­jemną treść otwie­rały słowa: "Pań­stwa syn, Her­bert...".

Te skargi były nie tyle przy­czyną, ile skut­kiem mo­jej de­cy­zji - być może two­rzyły wraz z nią sys­tem wza­jem­nych za­leż­no­ści, przy­spie­sza­jący zwy­kle ruch po równi po­chy­łej. Od mie­sięcy ży­łem w sta­nie ta­jo­nej re­be­lii, którą trudno ukryć w po­dob­nych prze­strze­niach. Po­grą­ży­łem się już na tyle, że prze­sta­łem brać udział w lek­cjach, za­to­piony za­miast tego w opi­sach afry­kań­skich po­dróży, które kart­ko­wa­łem pod pul­pi­tem. Kiedy kie­ro­wano do mnie ja­kieś py­ta­nie, mu­sia­łem, za­nim da­łem znak ży­cia, wpierw wy­przeć wszyst­kie te pu­sty­nie i mo­rza. W za­sa­dzie obecny by­łem je­dy­nie jako za­stępca da­le­kiego po­dróż­nika. Lu­bi­łem też, uda­jąc na­głą nie­dy­spo­zy­cję, opusz­czać klasę, by móc spa­ce­ro­wać pod ko­ro­nami drzew szkol­nego po­dwó­rza, roz­my­śla­jąc nad szcze­gó­łami swo­jego planu.

Wy­cho­wawca uciekł się wresz­cie do przed­ostat­niego środka sztuki wy­cho­waw­czej, który za­po­wia­dał już osta­teczne roz­sta­nie - za­czął mnie trak­to­wać jak po­wie­trze, zo­sta­łem "uka­rany lek­ce­wa­że­niem". Fakt, że na­wet ta kara nie za­dzia­łała, nie wró­żył ni­czego do­brego - po­ka­zy­wał tylko, jak bar­dzo by­łem już wła­ści­wie nie­obecny. Ta izo­la­cja przez po­gardę była ra­czej przy­jem­no­ścią; two­rzyła wo­kół mnie pu­sty ob­szar, w któ­rym bez prze­szkód od­da­wać się mo­głem przy­go­to­wa­niom.

Jest taki czas, w któ­rym serce po­dej­rzewa, że do ta­jem­nic można do­trzeć już tylko prze­strzen­nie, w miej­scu bia­łych plam na ma­pach, do­kąd po­tęż­nie przy­ciąga nas wszystko, co mroczne i nie­znane. Dłu­gie, na wpół przy­tomne sny na ja­wie w cza­sie mych noc­nych wę­dró­wek miej­skimi wa­łami tak bar­dzo zbli­żyły mnie do owych od­le­głych krain, że wła­ści­wie na­le­żało je­dy­nie pod­jąć od­po­wied­nią de­cy­zję, by móc w nie wnik­nąć i za­znać ich roz­ko­szy. Słowa "las dzie­wi­czy" kryły w moim od­czu­ciu za­po­wiedź ży­cia, któ­remu trudno się oprzeć w wieku lat szes­na­stu - ży­cia po­le­ga­ją­cego na po­lo­wa­niu, gra­bieży i prze­dziw­nych od­kry­ciach.

Pew­nego dnia zy­ska­łem pew­ność, że raj utra­cony kryje się gdzieś w do­rze­czu Nilu lub w Kongo. A po­nie­waż tę­sk­nota za po­dob­nymi miej­scami na­leży do naj­bar­dziej nie­zno­śnych, za­czą­łem snuć mnó­stwo sza­lo­nych pla­nów, w jaki spo­sób naj­ła­twiej można by do­trzeć do kra­iny wiel­kich ba­gien, śpiączki afry­kań­skiej i ka­ni­bali. Kom­bi­no­wa­łem, co bo­daj wszy­scy znają ze swych wcze­snych wspo­mnień, by ru­szyć jako pa­sa­żer na gapę, chło­piec okrę­towy albo w prze­bra­niu wę­drow­nego cze­lad­nika. W końcu jed­nak wpa­dłem na po­mysł, by za­cią­gnąć się do Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej i w ten spo­sób do­trzeć przy­naj­mniej do obrzeży ziemi obie­ca­nej, a stam­tąd na wła­sną rękę prze­drzeć się do jej wnę­trza - na­tu­ral­nie nie re­zy­gnu­jąc przy tym z uprzed­niego udziału w paru utarcz­kach, jako że świst kul wy­da­wał mi się mu­zyką z wyż­szych sfer, o któ­rej można prze­czy­tać je­dy­nie w książ­kach, a żeby jej za­znać, na­le­żało od­być piel­grzymkę ni­czym Ame­ry­ka­nie do Bay­reuth.

By­łem za­tem go­tów pójść w ka­ma­sze gdzie­kol­wiek, je­śli tylko mo­gło mnie to prze­nieść, niby cza­ro­dziej­ski płaszcz Fau­sta, aż na sam rów­nik. Jed­nak Le­gia Cu­dzo­ziem­ska nie na­le­żała do owych nie­czy­stych sił, które można było przy­wo­łać na naj­bliż­szych roz­sta­jach, gdy tylko ko­muś przyj­dzie chętka na to, by z nimi pak­to­wać. Gdzieś mu­siała ist­nieć, to pewne, czę­sto czy­ta­łem prze­cież o niej re­la­cje w ga­ze­tach, o tak wy­szu­ka­nych nie­bez­pie­czeń­stwach, ta­ra­pa­tach i okru­cień­stwach, ja­kich nie wy­my­śliłby na­wet naj­spraw­niej­szy spec od re­klamy, by przy­nę­cić nic­poni mo­jego ka­li­bru. Wiele bym dał za to, by do­brał się do mnie któ­ryś z tych wer­bow­ni­ków, co to upi­jają i wy­wożą mło­dych lu­dzi - ostrze­gano przed nimi na tyle spo­so­bów. Jed­nak taka moż­li­wość zda­wała mi się nie­zbyt praw­do­po­dobna w na­szym mia­steczku, jakże spo­koj­nie drze­mią­cym w do­li­nie We­sery.

Uzna­łem więc za wła­ściw­sze, by wpierw prze­kro­czyć gra­nicę i tym sa­mym uczy­nić pierw­szy krok z po­rządku do nie­ładu. Wy­obra­ża­łem so­bie, że cu­dow­ność, kra­ina ba­śnio­wych zrzą­dzeń i uwi­kłań bę­dzie mi się ob­ja­wiała co­raz wy­raź­niej z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem, je­śli tylko będę miał od­wagę odejść od tego, co zwy­czajne - tym moc­niej po­czuję siłę jej przy­cią­ga­nia, im da­lej wyjdę jej na­prze­ciw.

Nie ucho­dziło jed­nak mo­jej uwa­dze, że każda sy­tu­acja ży­ciowa ma wła­ściwą so­bie siłę cią­że­nia, a sama gra my­śli w żad­nym wy­padku nie wy­star­czy, by ją po­ko­nać. Ja­sne, kiedy tak so­bie wie­czo­rami, tuż przed za­śnię­ciem, roz­my­śla­łem o tym, by dać dra­paka, nic nie wy­da­wało mi się ła­twiej­sze i bar­dziej na­tu­ralne niż ubrać się i wsiąść na dworcu do pierw­szego lep­szego po­ciągu. Ale gdy tylko chcia­łem się ru­szyć, czu­łem jakby pę­tały mnie oło­wiane cię­żary. Fru­stro­wała mnie dys­pro­por­cja mię­dzy moż­li­wo­ściami wy­bu­ja­łej fan­ta­zji a naj­drob­niej­szymi za­bie­gami po­trzeb­nymi do ich re­ali­za­cji. O ile w wy­obraźni mo­głem bez pro­ble­mów i do woli prze­mie­rzać naj­pier­wot­niej­sze kra­jo­brazy, o tyle w praw­dzi­wym świe­cie - jak zda­łem so­bie sprawę - już choćby za­kup bi­letu ko­le­jo­wego wy­maga o wiele więk­szego wy­siłku, niż mo­głem przy­pusz­czać.

Kiedy, nie­na­wy­kły do ska­ka­nia, sto­isz na wy­so­kiej tram­po­li­nie, do­sko­nale czu­jesz róż­nicę mię­dzy kimś, kto pra­gnie sko­czyć, a tym dru­gim, który się przed tym broni. Skoro próba wzię­cia się w garść i rzu­ce­nia w dół koń­czy się fia­skiem, po­zo­staje jesz­cze inne wyj­ście. Po­lega ono na prze­chy­trze­niu sa­mego sie­bie: trzeba usta­wić ciało na kra­wę­dzi tram­po­liny i tak je roz­huś­tać, aż bę­dziesz zmu­szony do skoku.

Do­brze wie­dzia­łem, że w sta­ra­niach o pierw­szy im­puls do wy­ru­sze­nia w świat przy­gód nie było prze­szkody więk­szej niż mój wła­sny strach. Moim naj­sil­niej­szym prze­ciw­ni­kiem by­łem w tym wy­padku ja sam, czyli wy­godny ko­leś, który uwiel­biał spę­dzać czas na ma­rze­niach przy książ­kach i wśród bo­ha­te­rów znaj­du­ją­cych się w groź­nych kra­jo­bra­zach, nie był na­to­miast w sta­nie uciec w ciemną noc, by ro­bić to, co oni.

Jed­nak ist­niał też drugi, dzik­szy duch, który szep­tał mi do ucha, że nie­bez­pie­czeń­stwo to nie spek­takl, któ­rym można się za­chwy­cać w wy­god­nym fo­telu, ale że wstę­pu­jąc w jego rze­czy­wi­stość do­świad­czamy od­mien­nego speł­nie­nia - i ten drugi duch pró­bo­wał wy­pchnąć mnie na scenę.

Czę­sto pa­nicz­nie ba­łem się tych po­ta­jem­nych roz­mów, tych co­raz to ra­dy­kal­niej­szych wy­ma­gań. Bra­ko­wało mi też zdol­no­ści prak­tycz­nych, a per­spek­tywa wszyst­kich tych sztu­czek i drob­nych za­bie­gów, które na­le­żało wy­ko­nać, żeby uciec, naj­zwy­czaj­niej mnie przy­gnę­biała. Jak wszy­scy ma­rzy­ciele, pra­gną­łem po­siąść cu­downą lampę Ala­dyna lub pier­ścień ry­baka Dżau­dara, za po­mocą któ­rych można by przy­wo­łać usłużne dżiny.

Z dru­giej jed­nak strony, niby śmier­telna tok­syna, z każ­dym dniem co­raz sil­niej ogar­niała mnie nuda. Nie wy­obra­ża­łem so­bie, bym mógł "stać się kimś". Na­wet samo słowo mnie brzy­dziło i spo­śród ty­siąca za­wo­dów, które ofe­ro­wała cy­wi­li­za­cja, ża­den nie wy­da­wał się skro­jony na mnie. Już bar­dziej po­cią­gały mnie naj­prost­sze za­ję­cia, jak choćby ry­baka, my­śli­wego lub drwala - kiedy jed­nak usły­sza­łem, że le­śni­czy zo­stał dziś ro­dza­jem rach­mi­strza i po­słu­guje się ra­czej pió­rem ani­żeli strzelbą, że ryby ło­wione są dziś z ło­dzi mo­to­ro­wych, także i one mi obrzy­dły. Bra­ko­wało mi choćby cie­nia am­bi­cji, a w roz­mo­wach o wi­do­kach na prze­różne pro­fe­sje, które ro­dzice zwy­kli pro­wa­dzić ze swymi do­ra­sta­ją­cymi sy­nami, uczest­ni­czy­łem ni­czym ktoś, nad kim wisi wy­rok wię­zie­nia.

Nie­chęć do wszyst­kiego, co uży­teczne, gęst­niała z dnia na dzień. Od­trutką była lek­tura i ma­rze­nia - jed­nak prze­strze­nie, w któ­rych moż­liwe były dzia­ła­nia, zda­wały się od­le­głe i nie­osią­galne. Wy­obra­ża­łem so­bie w nich zu­chwałą gro­madę, ze­braną wo­kół sym­bolu ogni­ska. By móc zo­stać do niej przy­ję­tym, by po­znać choćby jed­nego chło­paka god­nego sza­cunku, od­dał­bym wszyst­kie god­no­ści, które można uzy­skać w ra­mach - i poza ra­mami - czte­rech sztuk wy­zwo­lo­nych.

Nie bez ra­cji przy­pusz­cza­łem, że pier­wot­nych sy­nów ży­cia można spo­tkać je­dy­nie wtedy, kiedy wy­stąpi się poza ramy le­gal­nego po­rządku. Oczy­wi­ście moje wzorce ukształ­to­wane były po­dług ka­te­go­rii szes­na­sto­latka, który jesz­cze nie od­róż­nia bo­ha­tera od po­szu­ki­wa­cza przy­gód i który czyta fa­talną li­te­ra­turę. Mia­łem jed­nak na tyle zdro­wego roz­sądku, by ist­nie­nie tego, co nad­zwy­czajne, umiesz­czać poza ob­rę­bem ota­cza­ją­cej mnie sfery spo­łecz­nej i mo­ral­nej. Dla­tego też ni­gdy nie chcia­łem zo­stać wy­na­lazcą, re­wo­lu­cjo­ni­stą, żoł­nie­rzem albo ja­kimś in­nym do­bro­czyńcą ludz­ko­ści, jak to zwy­kle bywa w tym wieku - o wiele bar­dziej po­cią­gał mnie ob­szar, w któ­rym walka pier­wot­nych sił wy­stę­po­wała w czy­stej i nie­ska­na­li­zo­wa­nej po­staci.

Wie­rzy­łem, że taka strefa rze­czy­wi­ście ist­nieje; ulo­ko­wa­łem ją w świe­cie tro­pi­kal­nym, któ­rego barwny pas okrąża błę­kitne czapy bie­gu­nów.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki