PROLOGSPRAWA MOURADA B.
Dom Żołnierza w Katowicach stał przy Koszarowej. Nie przy samej ulicy, ale w głębi kompleksu budynków, od których wzięła swoją nazwę - solidnych, przysadzistych, o skośnych czerwonych dachach i rzędach poprzecinanych szprosami okien. Przed wojną stacjonował tu słynny na Śląsku 73. Pułk Piechoty. Dom Żołnierza służył niższej szarży, oficerowie mieli własny, z kasynem. Ukończony w 1939 roku wyróżniał się nowoczesną, funkcjonalistyczną bryłą. Miał duże okna, a zewnętrzna kolumnada nadawała mu lekkość. Wewnątrz były kino i ogromna, wysoka na dobre pięć metrów sala bankietowa. Potem polskie wojsko zniknęło, a w Domu Żołnierza rozpanoszył się Wehrmacht. Z czasem on też zniknął, ale mundury na Koszarowej zostały. Zmieniono tylko nazwę ulicy. Teraz nosiła imię stalinowskiego aparatczyka Andrieja Żdanowa, a w kinie wyświetlano Opowieść o prawdziwym człowieku i Lecą żurawie. Kiedy na polskie ekrany wchodził Czas apokalipsy Francisa Forda Coppoli, przy Żdanowa stacjonowała milicja i szkoliło się ZOMO. Na dziedzińcu oddziały ćwiczyły zwarty szyk, a z parkingu, gdzie grzały się silniki niebieskich nys i starów, można było zobaczyć koła wież szybowych kopalni "Wujek". Do grudnia 1981 roku mało który mundurowy patrzył jednak w tamtą stronę.
Kiedy Koszarowa wróciła do swej pierwotnej nazwy, filmów już nie wyświetlano, a po bankietach zostały pajęczyny, kurz i wypaczony parkiet. Milicję zastąpiła policja, a miejsce ZOMO zajęły jednostki prewencji. Tylko zwarty szyk pozostał taki sam. Solidna przedwojenna konstrukcja Domu Żołnierza utrzymywała budynek w niezłym stanie technicznym. Czekał na lepsze czasy. Nadeszły na przełomie wieków. No, może nie były lepsze, ale na pewno ciekawsze. Obie sale miały niebawem skupić na sobie uwagę nie tylko Śląska, ale też całego kraju, choć za sprawą widowisk zupełnie innych niż te, do których zostały przeznaczone.
Zmiany były potrzebne, to jasne. Rozpoczęła się przebudowa. Duża sala, do której prowadziły obwiedzione srebrną stalową balustradą szerokie schody, gdzie ongiś stukały wojskowe obcasy, doczekała się nowego parkietu i wentylacji. Niemal całe ściany boczne zajęły okna - wysokie do sufitu, o grubych ramach i pancernych szybach. Takie samo kuloodporne szkło odgrodziło lewą stronę sali, patrząc od wejścia w stronę niewielkiego proscenium. Za szybą przymocowano do podłogi dębowe ławy. Poza tym pancernym "terrarium" frontem do proscenium stanęły ławki dla publiczności, a na podwyższeniu - rząd dziesięciu dostojnych foteli. Nad środkowym zawisł spory gobelin z białym orłem. Wszystko kosztowało cztery miliony złotych. Płaciło Ministerstwo Sprawiedliwości. Sąd Okręgowy w Katowicach szykował się do głośnego procesu gangu "Krakowiaka". Na ławie oskarżonych miało zasiąść trzydziestu pięciu bandytów i sam boss, Janusz T. pseudonim Krakowiak. Problem polegał na tym, że w Polsce nie było sali, gdzie taki proces mógłby zostać przeprowadzony z zachowaniem środków bezpieczeństwa. Na sąd przerobiono więc Dom Żołnierza, który po 2001 roku służył już tylko wymiarowi sprawiedliwości i jedynie w szczególnych sprawach. Tu skazano wspomnianego "Krakowiaka" i mamę Madzi z Sosnowca. Tu sądzono gang psychofanów Ruchu Chorzów, dzieciobójczą parę, która porzuciła zwłoki swojego pięcioletniego synka w stawie, i oskarżonych o spowodowanie śmierci sześćdziesięciu pięciu osób w katastrofie hali Międzynarodowych Targów Katowickich.
Trzeciego kwietnia 2018 roku na ławę oskarżonych za pancernymi szybami wprowadzono drobnego śniadego mężczyznę w grubych okularach korygujących lekkiego zeza. Ciasno spięte gumką, pofalowane czarne włosy odsłaniały wysokie czoło i łagodną, właściwie dziecięcą twarz. Można było z niej odczytać, że ma najwyżej dwadzieścia lat, choć tak naprawdę miał dwadzieścia osiem. Szedł, drobiąc i szurając nogami spiętymi parą kajdanek. Drugą parę miał na przegubach rąk. Obie łączył długi łańcuch. W dłoniach ściskał niewielki brulion z notatkami. Ubrany był w czerwony więzienny drelich. Całość była regulaminowym i obowiązkowym zestawem dla szczególnie niebezpiecznych oskarżonych. Usiadł w miejscu, które wskazali mu konwojujący go policjanci, tuż przy kuloodpornej tafli. Z drugiej strony, w zasięgu interkomu, znajdowali się jego obrońca, sąd i reszta świata. Dopiero teraz chłopak rozejrzał się po czterystu metrach kwadratowych przydzielonych na potrzeby jego sprawy i przez chwilę poczuł się jak widz na meczu siatkówki. Zamiast zawodników po parkiecie miotali się jednak fotoreporterzy i operatorzy kamer z wycelowanymi w jego kierunku obiektywami. To wszystko było tym bardziej nierzeczywiste, że grube szkło zupełnie odcięło jego zmysły od jazgotu migawek, błysków fleszy i skrzypiącego parkietu.
- Stawił się doprowadzony z aresztu śledczego Mourad Ben BrahimI. Urodzony... 1990 roku, obywatel Królestwa Maroka, zamieszkały... żonaty... bezdzietny... niekarany.
Przewodniczącego składu sędziowskiego ledwie było widać zza ułożonych jak przewrócone domino prawie pięćdziesięciu tomów akt. Potem parkiet przejął prokurator - fatalna akustyka sali sprawiała, że jego donośny głos obijał się o sufit i pancerne szyby.
- Oskarżam podejrzanego o to, że od grudnia dwa tysiące czternastego roku do września dwa tysiące szesnastego roku w Katowicach, Rudzie Śląskiej, a także na terenach krajów Unii Europejskiej, takich jak Austria, Grecja i Węgry, oraz w Serbii i Turcji, działając wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami, brał udział w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym: międzynarodowej organizacji terrorystycznej określanej jako Państwo Islamskie, ISIS, której celem jest poważne zastraszanie wielu osób z krajów Unii Europejskiej, to jest o przestępstwo z artykułu dwieście pięćdziesiąt osiem, paragraf drugi kodeksu karnego.
Ten paragraf poznało już w Polsce wielu oskarżonych, Mourad Ben Brahim był jednak pierwszym obcokrajowcem sądzonym za przynależność do Państwa IslamskiegoII, czyli organizacji uważanej wówczas za najpoważniejsze zagrożenie dla Europy.
Starcie Maria Gómeza z Laurentem Koscielnym naprawdę wyglądało groźnie. Niemiecki napastnik wszedł tak ostro, że Francuz wykręcił w powietrzu coś w rodzaju śruby i obaj runęli na murawę. Po gwizdku sędziego Niemcy zaczęli od rzutu wolnego, Francuzi szybko jednak zepchnęli ich na pole karne. Pod bramką zrobiło się niebezpiecznie, co osiemdziesiąt tysięcy gardeł na paryskim Stade de France przyjęło entuzjastycznym wrzaskiem. Piłka szybko wróciła na środek boiska, choć nadal panowali nad nią Les Bleus. Patrice Evra, potem Anthony Martial. I pierwszy wybuch. Był słyszalny w transmisji, ale nie wybijał się ponad stadionową średnią hałasu. Sędzia nie przerwał gry, kibice nie osłabili dopingu. Minęła szesnasta minuta i dwudziesta czwarta sekunda meczu.
Był 13 listopada 2015 roku, po dwudziestej pierwszej. Piątkowy wieczór w stolicy Francji. Wybuch, który większość ludzi zgromadzonych na trybunach skojarzyła z przemyconą przez fanów pirotechniką, w rzeczywistości był samobójczym zamachem. Pas szahida, poza materiałem wybuchowym wypełniony gwoździami i kulkami z łożysk, rozerwał ciało terrorysty przed jedną z bram stadionu. Ochrona cofnęła go, kiedy próbował wejść na mecz. Był niekontaktowy, wyraźnie pobudzony, no i nie miał biletu. Wtedy zdetonował ładunek. Poza zamachowcem zginął przypadkowy przechodzień, pierwsza ofiara tej nocy. Stade de France był celem, bo towarzyskiemu meczowi rozgrywanemu w tamten piątek kibicował sam prezydent François Hollande. Trzy minuty po pierwszym wybuchu pod stadionem wysadził się drugi samobójca. Mecz wciąż trwał. Dyskretnie ewakuowano prezydenta. Tylko jego, bo służby zdecydowały, że dziesiątki tysięcy kibiców będą bezpieczniejsze na terenie dobrze strzeżonego i zabezpieczonego obiektu. Słusznie, kibicowanie było bowiem lepsze od paniki, zwłaszcza że z centrum miasta dochodziły nowe, dramatyczne informacje.
Była 21:25, kiedy pod popularną restaurację Le Carillon w dziesiątej dzielnicy Paryża podjechał czarny seat leon. W wyjątkowo ciepły jak na połowę listopada wieczór zewnętrzny taras wypełniali goście. Spodziewając się nowych, krążąca między stolikami kelnerka westchnęła, bo wiedziała, że będzie musiała odprawić ich z kwitkiem. Pasażerowie leona nie szukali jednak wolnych miejsc. Trzech mężczyzn miało ze sobą automaty AK-47 i pełne magazynki. Strzelali seriami, spokojnie i metodycznie. Potem zwrócili się na drugą stronę rue Bichat, w kierunku lokalu Le Petit Cambodge, także pełnego ludzi. Znów otworzyli ogień. Masakra trwała kilka minut. O 21:32 czarny leon podjechał pod kolejną restaurację, tym razem w jedenastej dzielnicy, a potem pod następne. Terroryści wybierali lokale sąsiadujące albo położone naprzeciwko siebie. Działali tak, by zabić jak najwięcej osób w jak najkrótszym czasie. Liczyli na zaskoczenie, bezwład policji i służb ratunkowych. Operatorzy telefonów alarmowych w ciągu kilkudziesięciu minut odebrali setki połączeń od osób wzywających pomocy. Z różnych ulic i dzielnic. Zanim wysłano karetki i radiowozy, napastnicy byli już w innej części miasta. Grupa w seacie nie była jedyną. O 21:40 w restauracji Comptoir Voltaire, około trzech minut drogi od ostatniego punktu makabrycznego rajdu ekipy z leona, jakim była restauracja La Belle Équipe, gdzie zastrzelili dziewiętnaście osób, eksplodował kolejny pas szahida. Samobójca usiadł przy stoliku, zmówił modlitwę, a potem przeprosił sąsiadów za przerwanie kolacji i nacisnął detonator.
Finał nocy terroru miał się jednak rozegrać w zabytkowym teatrze Bataclan przy boulevard Voltaire, gdzie koncert rozpoczynała właśnie amerykańska kapela Eagles of Death Metal. Bilety były od dawna wyprzedane. Sala, podzielona na parter i balkon, mieściła półtora tysiąca osób. Przed teatrem już od dłuższego czasu stał zaparkowany czarny volkswagen polo. W samochodzie siedziało trzech, może czterech mężczyzn. Czekali na sygnał. Przyszedł SMS-em na prosty, klawiszowy telefon komórkowy: "Wyjechaliśmy. Zaczynamy". To była informacja z leona. Pasażerowie volkswagena wysiedli z auta i przeładowali kałasznikowy. Pod luźnymi bluzami mieli kamizelki nafaszerowane wyjątkowo niestabilnym i wybuchowym TATP, związkiem chemicznym syntezowanym między innymi z nadtlenku acetonu, oraz drobnymi stalowymi elementami. Kiedy zaczęli strzelać, na scenie brzmiała właśnie jazgocząca solówka utworu Kiss the Devil. Pod nogi pląsającego tłumu osunęły się pierwsze ciała. Potem było już słychać tylko stłumione strachem jęki rannych i strzały, które milkły na chwilę, gdy iglica karabinu dawała znać, że trzeba zmienić magazynek. Masakra przeniosła się z parteru na balkon. Terroryści wzięli kilkudziesięciu zakładników i zabarykadowali się w pomieszczeniu nad sceną. Jednostka specjalna francuskiej policji weszła na piętro dopiero po północy. Kierujący akcją pomimo ogromnego ryzyka podjęli decyzję o szturmie. Dwóch napastników zdetonowało kamizelki, trzeci wybuch wywołały policyjne kule. Zakładnicy przeżyli. Opisywali potem sterty ludzkich ciał, które mijali na parterze, kiedy wyprowadzała ich policja. W teatrze Bataclan zginęło osiemdziesiąt dziewięć osób.
Francja prowadziła z Niemcami jeden zero po bramce Oliviera Girouda strzelonej w minucie doliczonej do pierwszej połowy. Gdy rozpoczynała się druga część meczu, masakra w teatrze już trwała. Ani zawodnicy, ani kibice nie wiedzieli, co się dzieje, bo przez ogromną liczbę telefonów na trybunach były problemy z siecią. Służby poinformowały tylko szkoleniowców obu drużyn, ale ci mieli milczeć. O 21:53 pod Stade de France w pobliżu popularnego fast foodu wysadził się trzeci z samobójców. Jemu także nie udało się dostać na stadion. Rannych zostało pięćdziesiąt osób. Przed ostatnim gwizdkiem było już dwa do zera. Po meczu bramy obiektu przez jakiś czas pozostały zamknięte, a do zdezorientowanych ludzi powoli zaczęły docierać informacje z miasta. Wszystkich czekających na ewakuację dla bezpieczeństwa zgromadzono na murawie stadionu. Wychodząc potem małymi grupami w środek listopadowej nocy, śpiewali Marsyliankę.
W zamachach w Paryżu zabito sto trzydzieści osób. Ponad czterysta zostało rannych. Zginęło też siedmiu terrorystów. Czternastego listopada do ataków przyznało się Państwo Islamskie. Motywem miała być zemsta za ataki francuskich pilotów na cele ISISIII w Syrii. François Hollande zdecydował o wprowadzeniu w całym kraju stanu wyjątkowego i - po raz pierwszy od czasów drugiej wojny światowej - godziny policyjnej.
Tak naprawdę stan zagrożenia we Francji trwał jednak już od dawna. W styczniu 2015 roku terroryści powiązani z Al-Ka'idą zaatakowali redakcję satyrycznego pisma "Charlie Hebdo", które swego czasu publikowało karykatury Mahometa. Zginęło dwanaście osób. Wkrótce potem ekstremiści islamscy przeprowadzili serię mniejszych, acz krwawych akcji w całym regionie Île-de-France. W lutym w sąsiedniej Belgii, kraju będącym wówczas główną bazą dla bojowników przyjeżdżających z Syrii, służby antyterrorystyczne rozbiły tak zwaną komórkę z Verviers. Zginęło dwóch mężczyzn powiązanych z ISIS: Soufiane (Sufjan) Amghar oraz Khalid Ben Larbi (Chalid Ibn al-Arabi).
W sierpniu udaremniono zamach w jadącym z Amsterdamu do Paryża pociągu Thalys. Marokańczyk Ayoub El Khazzani (Ajjub al-Chazani) dosiadł się w Brukseli. Kiedy pociąg przekroczył francuską granicę, próbował użyć karabinka szturmowego, ale jego draco nie wypalił. El Khazzani po zaciętej walce został obezwładniony przez pasażerów pociągu, a siedem lat później prawomocnie skazany na dożywocie. Współoskarżeni w tym samym procesie Bilal Chatra i Redouane El Amrani Ezzerrifi (Radwan al-Amrani az-Zarifi) dostali odpowiednio dwadzieścia siedem i siedem lat więzienia za pomoc przy organizacji zamachu. Na ławie oskarżonych nieobecna była jednak najważniejsza postać: Abdelhamid Abaaoud (Abd al-Hamid Aba Ud). Organizator i koordynator nie tylko sierpniowego ataku w Thalys, lecz także listopadowej masakry w Paryżu.
Urodzony w 1987 roku Abaaoud był Belgiem, należał do trzeciego pokolenia imigrantów z Maroka. Ojciec, właściciel sklepu, w trosce o przyszłość syna wysłał go do renomowanej katolickiej szkoły, z której Abdelhamid wyleciał po roku. Jeszcze jako nastolatek zaczął zapełniać swoją policyjną kartotekę. Na początku były drobne kradzieże, potem rozboje i próby włamań. Jego ojciec twierdzi, że zradykalizował się w więzieniu. Po ostatniej odsiadce za pobicie w 2012 roku nawiązał kontakt z islamistyczną siatką rekrutującą i wysyłającą przyszłych bojowników na szkolenia do Syrii. Werbownicy działali w Molenbeek, dzielnicy Brukseli będącej wówczas swoistym "inkubatorem ekstremizmu" w tej części Europy. Rok później wyjechał do Syrii, gdzie walczył w szeregach dżihadystów. Na jednym z filmów, do których dotarli francuscy dziennikarze, siedział za kierownicą pikapa wlekącego zwłoki. "Kiedyś holowaliśmy tak w Maroku łodzie i skutery turystów, teraz ciała niewiernych" - komentował wprost do kamery. Wkrótce kierownictwo ISIS cofnęło go jednak z frontu, gdyż miało wobec niego inne plany. Organizacja chciała wykorzystać jego pochodzenie, kontakty i zdolności interpersonalne do działań w Europie. Żeby mógł tam wrócić, ogłoszono, że zginął na polu walki. To miało uśpić czujność służb, na wypadek gdyby nazwisko Abaaouda było już na czarnej liście służb antyterrorystycznych.
Do Belgii powrócił, żeby rekrutować ludzi. Jednym z pierwszych, których przekonał do idei dżihadu, był jego młodszy, trzynastoletni brat. Na początku 2014 roku bez zgody rodziców zabrał go spod szkoły i wywiózł do Syrii. Z czasem Abdelhamid stał się cerberem Państwa Islamskiego. Jako członek aparatu bezpieczeństwa organizacji decydował o tym, kto wjeżdżał na terytoria ISIS i kto z nich wyjeżdżał w kierunku Europy. Jego największym osiągnięciem w tamtym czasie było założenie w Verviers tajnej komórki operacyjnej i obsadzenie jej ludźmi przeszkolonymi w syryjskich obozach organizacji. Mieli załatwiać fałszywe dokumenty, broń i wszystko, co potrzebne do przeprowadzania ataków terrorystycznych. Jak wspomniałem, komórka w Verviers dość szybko została rozbita, a dwaj rekruci, których Abaaoud zdążył w niej zainstalować - Amghar i Ben Larbi - zginęli. Sam Abdelhamid, który przebywał wówczas poza Belgią, natychmiast pojechał do Syrii po nowych "żołnierzy", skazano go więc zaocznie. Dostał dwadzieścia lat za werbownictwo i działalność terrorystyczną. W ślad za tym poszedł międzynarodowy nakaz aresztowania.
W wywiadzie dla dżihadystycznej gazety "Dabiq" chwalił się potem, że już jako jeden z najbardziej poszukiwanych terrorystów w Europie nie miał żadnego problemu z przekraczaniem granic. Mówił:
Bóg zaślepił ich wzrok, a ja mogłem wyjechać i dotrzeć do Asz-Szamu [Syrii - przyp. aut.], mimo że ścigało mnie tak wiele agencji wywiadowczych1.
Bóg nie miał tu jednak nic do rzeczy. Pomogła rzeka migrantów, która ruszyła do Europy tak zwanym szlakiem zachodniobałkańskim. Droga prowadziła z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki przez Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię, Węgry i Austrię do Niemiec albo dalej w głąb Unii Europejskiej. Według danych Frontexu w 2015 roku przeszło tamtędy ponad siedemset pięćdziesiąt tysięcy osób. Rok wcześniej były ich "zaledwie" czterdzieści trzy tysiące. Służby żadnego z państw nie były gotowe na taki frekwencyjny skok. Szlak zachodniobałkański stał się szeroką autostradą, z której korzystali ekstremiści. Do Europy ruszali werbownicy Państwa Islamskiego poszukujący umysłów podatnych na indoktrynację. Potem takie osoby - co ważne, z europejskimi paszportami - przerzucano do Syrii na szkolenie. Najpierw ideologiczne i religijne, zakończone egzaminem, a później wojskowe. To ostatnie było dość proste: obejmowało podstawową obsługę długiej i krótkiej broni, obchodzenie się z granatnikami RPG czy materiałami wybuchowymi. Przeszkoleni "żołnierze" wracali do Europy drogą, którą sprawdzili i przygotowali dla nich wcześniej "zwiadowcy". Przekraczali nie tylko granice, lecz także cienką czerwoną linię, poza którą z bojowników zmieniali się w terrorystów.
Szlak migracyjny był jak żywy organizm. Dopasowywał się do zmiennych warunków na granicach, szukano wciąż nowych niestrzeżonych przejść i najskuteczniejszych przemytników. "Zwiadowcy" musieli więc stale uzupełniać swoją wiedzę na temat proceduralnych kruczków i forteli, które pozwalały zmylić służby graniczne. Cały ten mechanizm działał bardzo dobrze, a Abdelhamid Abaaoud i jego ludzie potrafili z niego korzystać. Terrorystycznej hydrze w Europie po odcięciu "głowy" w Verviers szybko odrosły kolejne. Jedna z tych komórek miała przygotować w Paryżu atak na miarę Nowego Jorku z 11 września. Abaaoud miał być koordynatorem i czuwać, by precyzyjny plan zadziałał. Z zamachami 13 listopada 2015 roku powiązano go przez ów tani i prosty telefon, na który przyszedł sygnał do ataku na Bataclan. Komórkę znaleziono w ulicznym koszu razem z bluzą należącą prawdopodobnie do jednego ze sprawców. Historia połączeń doprowadziła policję do kryjówki w paryskiej dzielnicy Saint-Denis. Uderzenie francuskich służb specjalnych z użyciem śmigłowców, przeprowadzone pięć dni po zamachach, było tak silne, że zniszczyło całe piętro apartamentowca, w którym ukrywał się Abdelhamid Abaaoud. Jego ciało trzeba było identyfikować po liniach papilarnych i fragmentach skóry. Zginęli także jego kuzynka i jeden z terrorystów, który strzelał w paryskich lokalach. Policja znalazła plany kolejnych zamachów oraz broń z odciskami palców Abdelhamida.
Niezależnie od akcji w Saint-Denis europejskie służby badały siatkę kontaktów zabitego terrorysty. Jeszcze przed jego śmiercią belgijska policja poprosiła grecką o sprawdzenie pewnych adresów w Atenach. Chodziło o mieszkania, w których na początku 2015 roku mieli ukrywać się Abaaoud i jego "zwiadowcy". Przeprowadzone przez Greków przeszukania potwierdziły, że w centrum miasta mieszkał nie tylko Abaaoud, ale również Redouane El Amrani Ezzerrifi, później skazany w sprawie zamachu na pociąg Thalys. Znaleziono laptop i kilkadziesiąt telefonów, niektóre z odciskami palców obydwu. Zawartość jednego z nich była ciekawa. Zawierał skany notatek dotyczące stosowania materiałów wybuchowych typu TATP, ręcznie rysowane schematy bomby detonowanej przez komórkę i zdjęcia obiektów, które wyznaczono na cele kolejnych ataków. Znaleziono też sporo fotografii Abaaouda i Ezzerrifiego w luźnych, nieformalnych, koleżeńskich sytuacjach, a także fotkę Mourada Ben Brahima.
Mourad Ben Brahim urodził się w Casablance. Ojciec pracował w barze, matka była krawcową w firmie należącej do Europejki. Europa pojawiała się w jego życiu od dzieciństwa, razem z falami turystów płynących ulicami miasta znanego z filmu z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman. Nie była to już, rzecz jasna, Casablanca z 1942 roku, ale magia miejsca wciąż działała. Mourad skończył zawodówkę - a jakże - turystyczną. Z językami obcymi stał słabo, lecz Stary Kontynent bogatych turystów przyciągał go chyba bardziej niż Maroko Europejczyków. Mówił, że chce żyć jak wolny człowiek, pomóc sobie i rodzicom poprawić ich społeczny status. Chciał to zrobić szybko i łatwo, to zaś wykluczało legalne procedury. Drogi były dwie: przez Hiszpanię albo przez Turcję. Z Hiszpanią nie wyszło. Próbował ukryć się na statku, pod plandeką ciężarówki, ale nakryli go w trakcie kontroli i cofnęli do Maroka. Zebrał więc trochę pieniędzy i we wrześniu 2015 roku poleciał do Stambułu. To był jedyny odcinek podróży, który pokonał legalnie. W Turcji pozbył się marokańskiego paszportu, bo ten na migracyjnym szlaku tylko by przeszkadzał. W razie zatrzymania od razu byłoby wiadomo, dokąd go deportować. W Stambule przez jakiś czas pracował na czarno w fabryce butów, potem przeniósł się do Edirne, blisko lądowej granicy z Grecją. Kilka razy próbował ją przekroczyć, ale była dobrze strzeżona i zawsze go zawracano. Tureckim pogranicznikom nie zależało, ale z Grekami było znacznie trudniej. Jak tysiącom migrantów, marzyły mu się Niemcy. Nie przypuszczał tylko, że ludzie, których spotka po drodze, tak bardzo zmienią jego życie. Na długo i na gorsze.
Z dworca autobusowego w Edirne do greckiej granicy są w linii prostej jakieś trzy kilometry. Dla tysięcy migrantów głównie z Bliskiego Wschodu to była jednak tylko stacja przesiadkowa. Koczowali pod wiatami przystankowymi i pod gołym niebem, na rozległych nieużytkach otaczających dworzec. Nieopodal dworca stał niedokończony, popadający w ruinę trzypiętrowy budynek, lecz tam zajęty był każdy centymetr kwadratowy. Brakowało wprawdzie okien i drzwi, ale nie kapało na głowę. Mężczyźni i kobiety z małymi dziećmi i tobołami o wadze ponad ich siły dreptali z miejsca na miejsce, wypatrując szansy na przekroczenie greckiej granicy. Czekali na cud albo szmuglera. W tym kłębowisku ludzkiego nieszczęścia i desperacji okazji szukali zresztą nie tylko przemytnicy. Okolice dworca były noclegownią, a także miejscem spotkań, wymiany kontaktów i informacji. Właśnie tutaj Mourad Ben Brahim poznał ludzi z otoczenia Abaaouda: Redouane'a El Amraniego Ezzerrifiego i Bilala Chatrę. W ten sposób w Edirne ich drogi przecięły się i na pewien czas nawet splotły.
Członkowie grupy - z wyjątkiem Mourada - zajmowali mieszkanie w centrum Edirne i właśnie przygotowywali akcję przerzucenia do Belgii zwerbowanych i przeszkolonych w Syrii "żołnierzy" ISIS. Marokańczyk miał też bezpośrednio spotkać się z samym Abaaoudem, ale był to dość przypadkowy i krótki kontakt. Mourad stał się raczej satelitą grupy niż elementem wewnętrznego układu, który spajała przynależność do Państwa Islamskiego. Mimo to razem próbowali przedostać się z Edirne do Grecji. Po kilku nieudanych próbach zdecydowali się na droższą i bardziej ryzykowną drogę morską. Ruszyli w miejsce, gdzie Morze Egejskie wdziera się jęzorem zatoki w głąb lądu - do Izmiru, ważnego portu i ośrodka przemysłowego. Do miasta przemytników.
Pod koniec 2014 roku na tureckiej plaży do siedmiometrowej drewnianej łodzi wsiadło ośmioro pasażerów. Normalnie mieściła trzy razy więcej, ale tamtej nocy pogoda była fatalna, a morze wzburzone. W ostatniej chwili część osób zrezygnowała z przeprawy. Celem była grecka wyspa Lesbos. Ben Brahim nie miał czym zapłacić szmuglerom. Znajomy, z którym podróżował, wyłożył pięćset euro za dwie osoby. Marokańczyk miał oddać pieniądze już w Europie. Poza nimi popłynęli jeszcze poznani w Edirne ludzie z grupy Abaaouda - on sam i przeszkoleni w Syrii "żołnierze": Soufiane Amghar i Khalid Ben Larbi. To oni weszli potem w skład komórki z Verviers i zginęli podczas zorganizowanej przez kontrterrorystów obławy w połowie stycznia 2015 roku. Tylko oni i Abaaoud mieli europejskie paszporty, więc po pięciogodzinnym rejsie i bezpiecznym dotarciu do Mityleny porzucili resztę grupy i ruszyli w kierunku Aten. Mourad musiał zdać się na łaskę greckiej policji. Podał się za Sultana Ahmada, obywatela Syrii. Udawanie Syryjczyków na szlaku migracyjnym było powszechną praktyką - pozwalało uniknąć deportacji, bo międzynarodowe konwencje zabraniały wydalania tych, którzy uciekają przed wojną. Było też nie do zweryfikowania przez europejskie służby, bo praktyka "gubienia" lub "kradzieży" dokumentów stała się powszechna. Mourad Ben Brahim vel Sultan Ahmad został zarejestrowany i zgodnie z procedurą dano mu pół roku na opuszczenie Grecji. To pozwalało mu bez przeszkód przygotować następny etap podróży.
Jej celem były Ateny, gdzie przez Redouane'a El Amraniego Ezzerrifiego, towarzysza przeprawy jeszcze z Edirne, znów przelotnie spotkał Abdelhamida Abaaouda. W sercu rozświetlonych noworocznymi dekoracjami Aten panowie zorganizowali sobie sesję zdjęciową - Redouane cykał fotki telefonem Abaaouda. To właśnie te zdjęcia służby znalazły na kartach pamięci i w komputerze zabezpieczonym w greckich mieszkaniach terrorystów; potem stały się one jednym z głównych dowodów w katowickim procesie Ben Brahima. Na jednym z nich Mourad i Redouane pozują razem, na innym towarzysz Marokańczyka unosi palec wskazujący w geście tauhid demonstrującym wiarę w jednego Boga, w Europie uważanym za afirmację dżihadu. Już wtedy Redouane był pod mocnym wpływem Abaaouda i głoszonej przez niego ideologii Państwa Islamskiego. To było ostatnie spotkanie ze znajomymi z Edirne. Z Aten Mourad Ben Brahim wyruszył do Salonik, potem pociągiem towarowym do Macedonii, a stamtąd do Serbii. Tu znowu na potrzeby kontroli zmienił tożsamość, choć pozostał Syryjczykiem z Aleppo.
Na początku lutego 2015 roku dotarł do obozu dla uchodźców w Wiedniu. Tu fałszowanie personaliów byłoby już zbyt ryzykowne, Ben Brahim podał więc prawdziwe imię i nazwisko, zaniżył tylko swój wiek. Zamiast 1990 roku podał 1996, szóstkę zawsze przecież można uznać za źle zapisane zero. Na takie dane dostał kartę osoby, która ubiega się o azyl - dokument zezwalający na pobyt na terytorium Austrii. Znalazł pracę w restauracji, sprzedawał kwiaty, telefony, a nawet ubrania innym migrantom w ośrodku. Pracował na czarno. Zarabiał dwa, czasem dwa i pół tysiąca euro. Do tego dochodziło trzysta euro zasiłku z Caritasu. Część odkładał, część wysyłał rodzinie w Maroku, z reszty opłacał wynajęte w końcu mieszkanie. Potem poznał dziewczynę. Polkę. Raz ona przyjeżdżała do niego z Rybnika, raz on jeździł do Polski. Pod koniec roku zdecydowali, że wezmą ślub. Wiedziała, kim jest, skąd pochodzi i jaką drogę przeszedł. O towarzyszach tej podróży Mourad jednak nie wspominał. Nie wiadomo też, na ile śledził wydarzenia, które tamtego roku wstrząsały Europą. Trudno było nie natknąć się w mediach na obrazy z zamachów w Paryżu czy nalotów na kryjówki terrorystów w Belgii. Wszystkie portale publikowały zdjęcia muzułmanów podejrzewanych i oskarżanych o ekstremizm.
Kiedy Marokańczyk urządzał się w Wiedniu, Abdelhamid Abaaoud szmuglował do Europy kolejnych "żołnierzy", którzy mieli dokończyć przerwaną robotę komórki z Verviers. Za "zwiadowcę" robił Algierczyk Bilal Chatra, którego Mourad poznał, gdy kręcił się pod dworcem autobusowym w Edirne. Chatra był już po szkoleniu w syryjskich obozach ISIS, gdzie pojechał zindoktrynowany przez Abaaouda. Wrócił z pieniędzmi i zadaniem wytyczenia bezpiecznej drogi do Europy dla innego dżihadysty - Ayouba El Khazzaniego, przyszłego zamachowca z pociągu Thalys. Na potrzeby tej operacji Abaaoud założył kilka fikcyjnych kont na Facebooku, przez które odbierał od Chatry meldunki o sprawdzonych miejscach i wybieranych dla El Khazzaniego trasach. Te same profile służby znalazły potem wśród facebookowych kontaktów Mourada Ben Brahima. Jeden z nich, z intrygującym nickiem "Protokole Walodiwalo" i obrazkiem wyszczerzonego, szczerbatego monstrum, figurował wśród znajomych na otwartym profilu Marokańczyka jeszcze długo po jego aresztowaniu. Bilal Chatra próbował jak najlepiej wywiązać się ze swojej misji zwiadowczej i Ben Brahim miał mu w tym pomóc. Zdalnie. W czerwcu napisał do niego ze swojego fikcyjnego konta. Marokańczyk początkowo nie zorientował się, z kim rozmawia, potem jednak konwersacja się rozkręciła:
- He, he! Jak tam, bracie Bilalu? Ależ nas przestraszyli. Powiedzieli, że wysłali cię do Syrii, czy gdzie tam pojechałeś. Czy wszystko dobrze, bracie Bilalu?
- Nie poznałeś mnie, bracie?
- Posłuchaj, jak dotrzesz do Grecji, podaj się za nieletniego [...].
- Niech Bóg cię chroni! Powiedz, czy droga z Austrii do Niemiec jest w porządku?
- Tak, normalna [...].
- A ty jak się dostałeś do Macedonii? Pociągiem?
- Tak [...].
- Czy masz numer jakiegoś wojownika?
- Nie. To ty jesteś wojownikiem.
W kolejnych rozmowach informacje były już bardziej szczegółowe:
- Bracie Bilalu, posłuchaj. Musisz się dostać do PolikastroIV, dalej pójdziesz piechotą. Jak wysiądziesz z autokaru w Polikastro, skręcisz w lewo, rozumiesz? Zostaniesz po lewej stronie, znajdziesz tory kolejowe i cały czas będziesz szedł wzdłuż tych torów przez jakieś sześć godzin. Spotkasz tam wielu idących ludzi. I tak cały czas masz iść, aż dotrzesz do granicy grecko-macedońskiej.
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie wymyśliła sobie sprawy Mourada Ben Brahima, nie wyciągnęła go jak królika z kapelusza. Informacje o Marokańczyku przekazało stronie polskiej amerykańskie CIA. Belgijska policja wymieniała go wśród sześciu "zwiadowców", wobec których w 2016 roku prowadzono śledztwo. Obok Mourada na liście byli także Bilal Chatra i Redouane El Amrani Ezzerrifi, znani ze sprawy pociągu Thalys. Ludzie z grupy Abdelhamida Abaaouda, koordynatora paryskiej masakry.
Piątego września 2016 roku funkcjonariusze ABW weszli do niewielkiego mieszkania na jednym z blokowisk w Rybniku, do którego Mourad Ben Brahim przeprowadził się wraz z żoną. Był zaskoczony, ale zdążył jeszcze wyrzucić przez okno pudełko z niewielką ilością marihuany i haszyszu. W efekcie do zarzutu udziału w zorganizowanej grupie przestępczej doszło posiadanie narkotyków. Według notatek funkcjonariuszy sporządzonych na miejscu zatrzymania na ubraniu Marokańczyka wykryto też "mikroślady materiałów wybuchowych". To wystarczyło, by ruszyło śledztwo. Nietypowe, bo materiał dowodowy składał się z dokumentacji pozyskanej w ramach międzynarodowej pomocy prawnej (chodziło głównie o przesłuchania zatrzymanych za granicą osób z otoczenia Abaaouda), a także z informacji z facebookowego konta należącego do Ben Brahima i jego korespondencji przez komunikator Messenger.
- Wśród wszystkich materiałów dowodowych nie ma niczego, co łączyłoby oskarżonego z Państwem Islamskim - przekonywał Krzysztof Młodzik, adwokat Marokańczyka.
Prokuratorzy uważali inaczej. Widzieli w nim "zwiadowcę" ekstremistów.
- Miał sprawdzać, czy migranci są kontrolowani, na ile kontrole w tych państwach są szczegółowe, i przekazywać te informacje innym członkom organizacji, którzy poruszali się po Europie - wyliczali śledczy.
Proces był poszlakowy i prokuratura miała tego świadomość, dlatego kurczowo trzymała się tych poszlak, próbując pospinać je w jakiś logiczny łańcuch, który udowodniłby winę oskarżonego. Nie było łatwo. Zeznania Mourada Ben Brahima, zarówno te zebrane w czasie śledztwa, jak i składane przed sądem, były mało konkretne, raczej miałkie i chaotyczne. Pytany o znajomość z Abdelhamidem Abaaoudem zasłaniał się niepamięcią wywołaną alkoholem albo haszyszowym hajem. W trakcie ich wspólnego rejsu do Grecji miał znajdować się pod wpływem narkotyków, twierdził, że podczas noworocznej sesji zdjęciowej w Atenach był pijany. Na zdjęciach rozpoznawał Abaaouda, ale zaznaczał, że "na pięć procent". Zapewniał, że nic nie wiedział ani o jego poglądach, ani o związkach z Państwem Islamskim. Z zeznań Mourada wyłaniał się obraz otwartego, towarzyskiego i nieco naiwnego chłopaka, który w Europie szukał dziewczyn i lepszego życia, a po drodze nawiązywał dziesiątki zwykłych, jego zdaniem, znajomości. Facebook służył mu do budowania popularności, do grona "znajomych" przyjmował więc wszystkich jak leci. Na pytanie prokuratora, czy kiedykolwiek korzystał z programów szyfrujących, których ślady znaleziono w jego telefonie, z rozbrajającą powagą odpowiadał, że interesują go tylko programy sportowe i kreskówki. Twierdził również, że nigdy nie miał nic wspólnego z radykalnym islamem ani z ISIS. Był muzułmaninem, ale miał luźne i niezobowiązujące podejście do religii. Owszem, modlił się w ramadanie, jednak niespecjalnie krył się przed Bogiem z alkoholem czy narkotykami. Swoją drogę do Europy opisywał wiarygodnie, ale kontakty z osobami spotkanymi po drodze - już mniej.
Ludzie z otoczenia Abaaouda, których w belgijskich i niemieckich więzieniach przesłuchiwano na potrzeby sprawy Mourada, nie wypierali się znajomości z Marokańczykiem. Żaden jednak nie potwierdził jego związków z Państwem Islamskim. Postrzegano go jako niezaangażowanego ideologicznie migranta.
Z akt wypadł też najmocniejszy, zdawałoby się, dowód - ślady materiałów wybuchowych na ubraniu. Okazało się, że nie było żadnych śladów, a jedynie błąd techników ABW, popełniony zapewne przy pobieraniu próbek podczas zatrzymania. Poza zdjęciami Ben Brahima w komputerze koordynatora zamachów z Paryża, czego Marokańczyk nie potrafił wyjaśnić, pozostały więc jeszcze tylko dowody w postaci jego kontaktów i korespondencji z fałszywymi kontami Abdelhamida Abaaouda i Bilala Chatry, któremu Mourad udzielał wskazówek dotyczących szlaku zachodniobałkańskiego. Oskarżyciele w katowickim procesie wskazywali szczególnie na frazę "Ty jesteś wojownikiem". Marokańczyk dowodził przed sądem, że w tym przypadku to tłumacz się pomylił. W arabskim dialekcie Maghrebu słowa "wojownik" i "przemytnik" różnią się tylko jedną literą, a w rozmowie z Chatrą miało chodzić właśnie o telefon do przemytnika. Trzeba przyznać, że w kontekście całej konwersacji miało to sens. Marokańczyk tłumaczył też, że przekazywanie informacji ze szlaku innym migrantom nie było niczym wyjątkowym.
Obrońca Mourada Ben Brahima wnioskował o uniewinnienie. Prokurator, włączając zarzuty za narkotyki znalezione w obydwu jego mieszkaniach - polskim i wiedeńskim - oraz posługiwanie się kartą azylową ze sfałszowaną datą urodzenia, wyliczył karę na sześć i pół roku.
Wyrok ogłoszono po siedemnastu rozprawach. Dwudziestego drugiego marca 2019 roku Marokańczyk został uznany za winnego wszystkich zarzutów i skazany na trzy lata i osiem miesięcy więzienia. Sąd uznał, że Mourad Ben Brahim nie tylko wykazał się jako "zwiadowca" terrorystów, przekazując Abdelhamidowi Abaaoudowi za pośrednictwem Bilala Chatry wskazówki ze szlaku zachodniobałkańskiego, ale też sam w Atenach przyłączył się do Państwa Islamskiego.
W uzasadnieniu napisano:
Z materiału dowodowego jednoznacznie wynika, że oskarżony poznał Abdelhamida Abaaouda, i aczkolwiek oskarżony mógł nie wiedzieć, jaką konkretnie Abaaoud odgrywa rolę w strukturach ISIS, to niewątpliwie wiedział, że jest on członkiem Państwa Islamskiego i zajmuje się także werbowaniem nowych członków Państwa Islamskiego.
- Jestem niewinny. Jestem przeciwny terroryzmowi. Nie znam żadnego z facebookowych kont, o których mówił prokurator - bronił się Marokańczyk w mowie końcowej przed ogłoszeniem wyroku.
Po wyjściu z sali sądowej prokurator nie krył zadowolenia. Obrońca zapewnił, że wniesie apelację, bo przecież wyrok nie był prawomocny. Dla Mourada Ben Brahima sala sądowa przy ulicy Koszarowej w Katowicach rzeczywiście nie była ostatnią, na której rozpatrywano jego sprawę.
Katowicki proces "terrorysty z ISIS" zaczął się pół roku po moim powrocie z pierwszego reporterskiego wyjazdu do Syrii. Jego efektem był niemal godzinny reportaż Rakka wyemitowany na antenie Polsat News. Sprawa Mourada stała się dla mnie w pewnym sensie kontynuacją historii, którą dokumentowałem w miejscach, gdzie Państwo Islamskie budowało swój kalifat. Organizacja ta w ciągu zaledwie kilku lat zmieniła mapę Bliskiego Wschodu. Proces był dowodem na to, jak szeroko sięgały wówczas nitki sieci rozpiętej niczym pajęczyna pomiędzy siedzibami organizacji w syryjskiej Ar-Rakce i irackim Mosulu a resztą świata. Słuchając aktu oskarżenia, przyglądałem się przerażonej i zdezorientowanej śniadej twarzy ukrytej za grubymi okularami i szybą pancerną i zastanawiałem się, jakim cudem jedną z nici tej pajęczyny zawleczono na osiedle w śląskim Rybniku, kilkadziesiąt kilometrów od mojego domu. Czytając potem akta sprawy, próbowałem ocenić, jak gruba i ważna była ta nić.
Sklejałem wiedzę i obrazy przywiezione z obszarów, gdzie ślady bojowników Państwa Islamskiego były jeszcze świeże, z ustaleniami funkcjonariuszy ABW oraz prokuratorów i nie mogłem oprzeć się wrażeniu pewnej wsobności całej tej sprawy. Rozpatrywano ją bez szerszego kontekstu, który w tłustych tomach ograniczono do paru dość ogólnikowych opinii biegłych do spraw terroryzmu. Oczywiście siłą rzeczy Mourada Ben Brahima sądzono w granicach europejskiego prawa i pewnej umownej europejskiej bańki. Ważne było to, czego ISIS dopuszczało się na Starym Kontynencie i kto za to odpowiadał. Pytanie "dlaczego" zdawało się mniej istotne. Owszem, służby wyszukiwały co grubsze nici, które prowadziły do Syrii, ale to, jak rozchodziły się one po terytorium tego kraju, już ich nie interesowało. A warto na to spojrzeć szerzej i zajrzeć głębiej.
Praca nad tą książką przypominała dziecięcą zabawę w łączenie kropek. Tymi kropkami są punkty, które odwiedziłem na Bliskim Wschodzie od 2017 do 2019 roku. Starałem się połączyć je kreskami kontekstu, by dać czytelnikowi jak najlepszy obraz organizacji, która oddziaływała i nadal oddziałuje na sytuację wielu krajów na różnych kontynentach. Owe punkty to nie tylko miejsca. To także ludzkie historie, bo kalifat Państwa Islamskiego pozostawił po sobie ruiny w rozmaitych tego słowa znaczeniach.
PIERWSZY PIĄTEK RAMADANU
Mohammed zawsze z dumą mówił, że to jego meczet. Teraz, kiedy ze świątyni niewiele zostało, ta duma jeszcze bardziej w nim pęczniała. Prawie całe swoje sześćdziesięciokilkuletnie życie spędził w Mosulu. Tylko trzyletnią okupację Państwa Islamskiego przeczekał u rodziny poza miastem. Od kiedy wrócił, niemal każdego dnia w rozczłapanych sandałach przychodzi pod ruiny Wielkiego Meczetu An-Nuri. Siada w cieniu na zżartej przez słońce ławce ustawionej pod spękanymi od upału drzwiami domu, z którego został tylko parter. W błękitnej saubie, tradycyjnym arabskim stroju. To rodzaj tuniki dla mężczyzn. Z kieszeni na piersi zamiast smartfona dyskretnie wystaje skuwka długopisu do łapania i zapisywania myśli, numerów albo adresów. Strój jest czysty i odprasowany, jakby gotowy do popołudniowej modlitwy. Ale modlitwy nie będzie. Muezin z meczetu An-Nuri milczy. Z masywnego, pochylonego minaretu Al-Hadba, który wznosił się nad dachami miasta przez ponad osiemset lat, została tylko podstawa z pogiętym kręgosłupem rusztowań. Jego nazwa znaczyła tyle co "garbus".
- Because of this building? - z uśmiechem zagadnął biegającego po ulicy Europejczyka z kamerą, wskazując ruiny po drugiej stronie. Dalej mówił już po arabsku. - To był symbol nie tylko dla Mosulu, ale dla całego Iraku, dla całego muzułmańskiego świata!
Uśmiechał się przez całą naszą rozmowę. Miał pogodną, okrągłą twarz i jasny wzrok. A ja - ów Europejczyk z kamerą - wtedy, latem 2019 roku, kompletnie nie umiałem zrozumieć, jak można uśmiechać się w Mosulu, gdzie w powietrzu wciąż unosił się zapach śmierci.
Dwa lata po odbiciu ustanowionej tu irackiej stolicy Państwa Islamskiego Mosul, a szczególnie jego historyczne dzielnice, wciąż był labiryntem ruin. Odgrzebywanie zasypanych ulic było jak przekopywanie wydm łyżeczką do herbaty. Tu i ówdzie w pięćdziesięciostopniowym upale i kurzu tutejsi syzyfowie przetaczali z miejsca na miejsce swoje taczki z gruzem. Na buldożery i ciężarówki nie było co liczyć. Nie istniały też żaden centralny plan ani strategia odbudowy miasta. Swój pomysł mieli za to miejscowi. Był bardzo prosty: wygrzebać w tym, co zostało z domów, najpierw miejsce do życia, potem swój sklep, warsztat kuzyna, piekarnię sąsiada. W budynkach, których stan był tak zły, że każdy inspektor budowlany powinien natychmiast opasać je taśmą z tabliczką: "Grozi zawaleniem", zaczynało kiełkować życie. Rozerwane przez bomby stropy trzymały się wbrew prawom fizyki, jakby chciały dać ludziom jeszcze jedną szansę. Ulice, ułożone kiedyś w regularne kwartały, zmieniły się w wąwozy o ścianach utworzonych ze zwalonych na bruk fasad i całych pięter. Brakowało mi wyobraźni, by poskładać to wszystko w jakiś obraz "sprzed", ale też w obraz "po". Nie umiałem sobie zwizualizować Mosulu za pięć czy dziesięć lat, ale przecież nie byłem stąd. Najważniejsze, że oni to widzieli. Grzebali w tym, co zostało z ich majątku, mając w głowie swoje miasto. Nie miałem wątpliwości, że kiedyś w końcu dopasują te makabryczne puzzle.
Wielki Meczet An-Nuri stał w samym sercu Starego Miasta. Bardzo chciałem zobaczyć to miejsce, czy raczej jego pozostałości, bo właśnie tu miało miejsce pewne niezwykle ważne dla historii Państwa Islamskiego wydarzenie. Mówienie, że to tutaj wszystko się zaczęło, byłoby przesadą, bo ISIS nie pojawiło się nagle i nie powstało w Mosulu. Dżihadyści zdobyli to miasto w 2014 roku, w ciągu zaledwie tygodnia. Zaskoczony świat zrozumiał wtedy, że czarne flagi są czymś więcej niż tylko proporczykami islamistycznych bojówek. Armia iracka i lokalne milicje poddały ponaddwumilionowy Mosul właściwie bez walki, a razem z nim bazy wojskowe, składy amunicji i magazyny broni - także tej, którą zostawili wycofujący się w 2011 roku Amerykanie. Stąd w kolumnach ISIS poamerykańskie hummery, piaskowe i białe toyoty oraz irackie czołgi czy transportery dumnie paradujące później w kolejnych zdobywanych bliskowschodnich prowincjach. W ręce bojowników trafiła nie tylko broń, ale i pieniądze, bo zajęli także miejscowe banki i instytucje finansowe. W końcu przywódcy organizacji poczuli się na tyle pewnie, że mogli przedstawić światu swój plan: ustanowienie kalifatu2. Państwa wyznaniowego. Zrobili to ustami swojego rzecznika 29 czerwca 2014 roku. Muhammad al-Adnani ogłosił, że organizacja będzie odtąd znana jako Państwo Islamskie. Potrzeba było jeszcze wydarzenia, które przystawi pod tą decyzją symboliczną pieczęć. Odbyło się ono właśnie w Mosulu, w meczecie An-Nuri, w pierwszy piątek ramadanu 2014 roku.
- Dokładnie pod tą kopułą Abu Bakr al-Baghdadi niejako potwierdził przemianę ISIS, albo, jak mówimy tutaj, DA'ISZ3. Objawił się jako kalif - tłumaczył Fajsal Dżabir, drobny szpakowaty mężczyzna w fotochromowych szkłach, badacz z mosulskiego Instytutu Gilgamesza, który zajmuje się historią miasta.
Przywitał mnie pod szczątkami bramy wejściowej do Wielkiego Meczetu, a potem poprowadził wzdłuż wysokiego płotu z blachy falistej, który odbijał w naszym kierunku chyba cały żar spływający z lipcowego nieba. Płot wokół ruin An-Nuri ustawiło UNESCO, oenzetowska agenda odpowiedzialna za ochronę światowego dziedzictwa kulturowego. Pośród całego nieszczęścia, jakie spadło na to miasto, w pierwszej kolejności skupiono się na odbudowie właśnie tej świątyni. Zresztą za pieniądze płynące głównie z Arabii Saudyjskiej. Teren był monitorowany i pilnowany przez ochroniarzy. Bez zgody urzędników nawet z Fajsalem, który znał tu przecież wszystkich, nie mogliśmy wejść za ogrodzenie. A zgody nie miałem, bo biurokracja UNESCO wciąż jeszcze przetwarzała moją oficjalną prośbę. Na szczęście wokół było wiele budynków, na które nieco ryzykując, można było się wspiąć, by zobaczyć trochę więcej. Więcej ruin, tylko z innej perspektywy, i coś, co dawniej było dziedzińcem. Poza kikutem minaretu Al-Hadba ocalał jeszcze portal nad głównym wejściem do meczetu, od strony ulicy. Potrójny łuk w piaskowym kolorze z wykaligrafowanym w kamieniu i podkreślonym turkusową farbą zaproszeniem do modlitwy. No i kopuła, pod którą na kolumnadzie oparty był kiedyś minbar, muzułmańska kazalnica. Bomby rozłupały kopułę, odsłaniając wewnętrzne sklepienie i fragment grubego muru. Próbowałem tę szczątkową scenografię dopasować do tego, co tu się wydarzyło 4 lipca 2014 roku, jak na ironię w amerykański Dzień Niepodległości.
Tego dnia po kamiennych schodach na minbar bardzo powoli, jakby z wysiłkiem wspiął się wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna. Celebrował każdy krok, każdy stopień. Miał na sobie czarną szatę i czarny turban. Szykując się do ceremonii, dyskretnie wyjął z kieszeni miswak, rodzaj wykałaczki. Chodziło nie tyle o higienę, ile o element rytuału, który miał go zbliżyć do wielkich poprzedników. Mężczyzna znany był światu jako Abu Bakr al-Baghdadi, emir Państwa Islamskiego. Na szczycie schodów przysiadł i przez dłuższą chwilę modlił się w ciszy, jakby nie chcąc zwracać na siebie uwagi. An-Nuri był pełen ludzi. Pierwszy piątek świętego miesiąca to dla muzułmanów jeden z najważniejszych dni w roku. Wśród wiernych zgromadzonych pod minbarem można było dostrzec czujnie rozglądających się mężczyzn z bronią. Nie przyszli tu na modlitwę. To obstawa. Z jednej ze ścian zwisała wielka czarna flaga z białym arabskim napisem nad białym kręgiem, który z kolei wypełniały czarne litery. To był pierwszy wers szahady, muzułmańskiego wyznania wiary: "Nie ma bóstwa oprócz Boga", a okrągły znak to kopia pieczęci Muhammada. Jej historia jest ciekawa. Prorok, jako niepiśmienny, miał zamówić srebrny pierścień z inskrypcją, której mógł używać do sygnowania listów i dokumentów. Wygrawerowano na nim napis: Muhammad Rasul Allah, czyli: "Muhammad posłaniec Boga". Trzy wyrazy w trzech wersach, jeden nad drugim. Jak jednak podają hadisy, czyli zawarte w osobnych księgach opisy czynów i słów proroka, był on zbyt oddany wierze, by umieszczać swoje imię ponad imieniem Najwyższego. Dlatego treść pieczęci została odwrócona, słowo "Allah" umieszczono nad słowami "posłaniec" i "Muhammad". Sam pierścień po śmierci właściciela przekazywano jego następcom, czyli kalifom. Trzeci kalif z kolei - Usman - przez przypadek upuścił go do głębokiej studni w Medynie. Mimo że wypompowano z niej całą wodę, pierścienia nie udało się odnaleźć. To, co posłużyło za wzór flagi Państwa Islamskiego, jest tylko kopią przechowywaną w stambulskim pałacu Topkap?.
Całość - napis i pieczęć - układała się na fladze w pełną szahadę: "Nie ma bóstwa nad Allaha, a Muhammad jest Jego Prorokiem". Czerń i biel. Bez odcieni szarości, bez kolorów. Bez kompromisów. Siłę przekazu czarnej flagi można porównywać chyba tylko z mocą nazistowskich sztandarów ze swastyką. To, jak ów symbol wygląda w detalach, nie jest przypadkiem. Wszystko zostało dokładnie określone i opisane przez organizację jeszcze w 2007 roku. Projekt - mimo że graficznie surowy i dość prymitywny - opracowano komputerowo. Miał nawiązywać do sztandarów, jakich używały oddziały proroka w czasach, kiedy ścierał się ze swoimi przeciwnikami na pustyni między Mekką a Medyną. W czasach Muhammada proste płócienne kwadraty nie były jednak symbolem jego stronników, służyły jedynie do identyfikacji podczas bitwy.
Z czasem powstało sporo hadisów, które stworzyły legendę czarnych flag. Przypisywano je grupom walczącym w słusznej sprawie, w obronie prawdziwej wiary, za którą ku zwycięstwu powinien podążać każdy muzułmanin. Mimo że badacze podważają autentyczność wielu takich przekazów, czarne sztandary w różnych wariantach przyjęły różne islamistyczne organizacje między innymi w Pakistanie, Afganistanie czy Czeczenii4.
Al-Baghdadi wreszcie przemówił. Powoli i spokojnie. Była w nim jakaś siła, ale bez krzykliwej wodzowskiej charyzmy. Miał bardzo melodyjny głos. Mówiąc, odchylał do tyłu głowę, przez co jego spojrzenie na tłum było jeszcze bardziej wyniosłe, jakby nie dość mu było wysokości kazalnicy. Chciał być jeszcze wyżej ponad wszystkimi, ponad słuchającymi. Ponad wyznawcami. Na miarę patrona, którego imię przybrał. Abu Bakr był pierwszym chalifat Rasul Allah, czyli następcą Posłańca Boga. Zajął miejsce zmarłego Muhammada, prywatnie jego zięcia, i w 632 roku zapoczątkował pierwszy kalifat. Zmarł dwa lata później. W pierwszy piątek ramadanu 2014 roku pod kopułą meczetu An-Nuri symbolika aż buzowała.
- Bracia! Nastał miesiąc, w którym Bóg każdej nocy chroni nas przed piekłem, kiedy każdej nocy otwiera się targowisko dżihadu. Jego wysłannik uzbroi tam brygady i armie do walki z wrogami. Poprowadzi dżihad przeciw innowiercom. Wykorzystajcie więc ten błogosławiony miesiąc na pielęgnowanie posłuszeństwa, a nagrody wasze będą pomnożone. Bóg stworzył nas, abyśmy wierzyli tylko w Niego i ustanowili Jego religię. Nakazał walczyć z Jego wrogami i prowadzić dżihad w Jego sprawie!
Mówił przez niemal kwadrans, cytując czy właściwie recytując z pamięci obszerne fragmenty Koranu. Nawet bez znajomości języka można było wyczuć tę wręcz kaligraficzną artykulację, w której Al-Baghdadi był tak biegły. Naprawdę nazywał się Ibrahim Awwad Ibrahim al-Badri as-Samarra'i. Urodził się w 1971 roku w niewielkiej wsi pod Samarrą, w środkowym Iraku, w bardzo pobożnej rodzinie. Miłość do Koranu przekazał mu ojciec. Przez mierne oceny w szkole nie mógł tak, jak sobie wymarzył, studiować prawa na uniwersytecie w Bagdadzie, zapisał się więc na studia koraniczne - takie szkoły powstawały w całym kraju na fali głoszonej w latach dziewięćdziesiątych przez Saddama Husajna "kampanii wiary". Uczył się recytacji Koranu, z czego otrzymał tytuł magistra, potem zaś ukończył studia doktoranckie ze Świętej Księgi. Ani Usama Ibn Ladin, ani jego następca w Al-Ka'idzie Ajman az-Zawahiri, ani też twórca idei ISIS, Jordańczyk Abu Musab az-Zarkawi, po którego schedę sięgał Al-Baghdadi - żaden z wielkich przywódców dżihadu nie zdobył tak gruntownego wykształcenia religijnego. Ibrahim al-Badri miał zatem mocne podstawy, by stać się w Państwie Islamskim kimś ważnym. Po proklamowaniu przez tę organizację kalifatu kazał tytułować się kalifem Ibrahimem.
Państwo Islamskie powstawało długo, ale w latach 2013-2015 wręcz eksplodowało, zajmując dużą część Iraku i osłabionej wojną domową Syrii. Oddziały Al-Baghdadiego szły jak burza, co można porównać chyba tylko z ekspansją islamu w VII wieku, kiedy to muzułmanie zapanowali nad terytoriami od Bliskiego Wschodu przez Afrykę Północną, Półwysep Iberyjski aż po Pireneje. Meczet An-Nuri zbudowano pięćset lat później.
- To jest naprawdę kawał historii i dżihadyści chcieli to wykorzystać - tłumaczył Fajsal. Zdecydowanie lepiej niż ja znosił iracki upał. - Meczet powstał na polecenie Nur ad-Dina w dwunastym wieku. Jego prawą ręką był Saladyn, który potem zjednoczył muzułmańskie plemiona i odbił Al-Kuds, czyli Jerozolimę, z rąk krzyżowców. Al-Baghdadi właśnie tutaj chciał ogłosić nowy dżihad, swoją świętą wojnę.
Okrążyliśmy meczet wzdłuż ogrodzenia, które z jednego boku przylegało do garbatego minaretu. Dopiero gdy niemal dotykałem jego podstawy, zdałem sobie sprawę, jak potężna to była konstrukcja. Została tylko czworoboczna, dolna część, z której wyłaniał się zdobiony wzorem z ułożonych w romby cegieł najniższy segment wieży. Przed zburzeniem Al-Hadba przypominała mocno pochyloną latarnię morską. Latarnia morska to zresztą po arabsku manaratan, stąd określenie "minaret".
- Pięćdziesiąt pięć metrów nad ziemią. W tamtych czasach to była najwyższa taka budowla wzniesiona przez człowieka - ciągnął Fajsal. - Z czasem jednak zaczęła się pochylać. Tuż przed wojną pojawił się plan zabezpieczenia minaretu, ale nie zdążyliśmy go zrealizować. Chodź, pokażę ci coś.
Przeciskaliśmy się wzdłuż zacienionych ścian kamienic. Kurz miałem już wszędzie, we włosach i w uszach, zgrzytał nawet między zębami. Zauważyłem, że zaczynamy oddalać się od meczetu. Przez to, co pozostało z głównej ulicy, przedzierały się motocykle, które na przyczepach jakimś cudem dźwigały całe rodziny, oraz skutery, główny środek transportu w mieście. Sporadycznie kołatały się także mocno nadwyrężone przez czas i wertepy samochody o popękanych szybach.
- Ludzie powoli otwierają swoje sklepy, ale co z tego, skoro nikt do nich nie przychodzi? - zauważył z żalem mój przewodnik, kiedy zatrzymaliśmy się w podcieniach jednego z budynków. Przed nami wznosiła się bizantyjska bryła dziewiętnastowiecznego kościoła dominikanów. W Mosulu nazywano go Al-Sa'aa, kościołem zegara, od mechanizmu, który na wysokiej dzwonnicy odmierzał czas i pokazywał go na cztery strony świata. Od świątyni nazwę wzięła cała chrześcijańska dzielnica miasta wysiedlona potem przez ISIS.
- Popatrz. Widzisz tę wieżę? To jeden z najstarszych kościołów chrześcijańskich w Mosulu. Też zniszczony, ale nie tak jak Wielki Meczet. Z tego miejsca przed wojną widać było dwie wieże: kościelną dzwonnicę i Al-Hadbę. Obok siebie. To był fantastyczny widok. Bardzo mi go brakuje.
Tych ostatnich słów raczej się domyśliłem, niż je usłyszałem, bo zginęły pośród łoskotu zrzucanego z niewielkiej ciężarówki gruzu. Znowu podniósł się kurz, a ja zacząłem się poważnie martwić o kamerę. Była tak nagrzana, że parzyła w dłonie, a pierścienie obiektywu stawiały niepokojący opór i zgrzytały przy każdym obrocie.
- Pamiętasz dzień, kiedy go zniszczono?
- Tak, i to bardzo dobrze. To był ramadan dwa tysiące siedemnastego roku. Czerwiec. W telewizji nadali komunikat armii irackiej, że DA'ISZ wysadziło meczet An-Nuri. Wybiegłem na swój dach i zobaczyłem panoramę miasta bez Al-Hadby. To był dla mnie osobiście niezwykle smutny widok. W dwa tysiące siedemnastym roku w czasie bitwy o Mosul byłem bardzo blisko meczetu. Irackie jednostki antyterrorystyczne próbowały zdobyć tę część miasta przez prawie dwa tygodnie. To był ostatni punkt oporu. Pod koniec walki toczyły się na zaledwie kilkuset metrach kwadratowych. Spodziewaliśmy się, że DA'ISZ może chcieć zniszczyć meczet, w pewnym sensie zabrać go ze sobą, żeby zostało tylko wspomnienie tego miejsca i skojarzenie, że właśnie tu ogłaszano kalifat.
Były dwie wersje ponurego losu An-Nuri. Według tej kolportowanej przez propagandę Państwa Islamskiego meczet zbombardowali Amerykanie. Chodziło o utrwalenie wizerunku "zachodnich najeźdźców" w oczach Irakijczyków i - szerzej - sunnickich muzułmanów. W tym kraju dla wielu Ameryka to wciąż agresor, a interwencje z 1991 i 2003 roku to nic innego jak inwazje. Samoloty Amerykanów i ich sojuszników w ramach międzynarodowej koalicji niszczące Wielki Meczet w tym kontekście były niewątpliwie pożądanym obrazem. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że meczet został wysadzony przez samych dżihadystów, kiedy ofensywa na iracką stolicę ISIS zaczęła się rozpędzać. Świadczy o tym choćby krótki film, który trafił do sieci. Widać na nim garbaty minaret rozrywany przez eksplozję. Rozrywany od wewnątrz. To nie było uderzenie rakiety takie jak te, które później w wielu odsłonach obserwowałem w Syrii. An-Nuri zniszczyli bojownicy ISIS, choć pewnie i bez tego aktu kulturowego barbarzyństwa po nalotach i ostatecznym odbiciu miasta z meczetu niewiele by pozostało. Zabytki nie były w tej wojnie obiektem szczególnej troski żadnej ze stron. Ani w Iraku, ani w Syrii.
Ponownie okrążyliśmy Wielki Meczet, niemal tak jak pielgrzymi Al-Kabę w Mekce. Fajsal przyglądał się wszystkiemu, jakby dawno go tu nie było. Spod niewielkiego sklepu w ruinach patrzyła na nas grupka mężczyzn. Był szaj, czyli mocna i bardzo słodka herbata, do tego szisza. Życie rzeczywiście wracało w ruiny. Właściwie już wróciło - pomyślałem, wspominając, jak wyglądał Mosul tuż po bitwie o miasto, we wrześniu 2017 roku, kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy. Niemal dwa lata przed spotkaniem z Fajsalem i An-Nuri.
Rada Państwa Islamskiego ds. Badań i Fatw5
18 stycznia 2015
FATWA NR 55
Pytanie:
Czy mężczyźni mogą nosić długie szaty?
Odpowiedź:
Nie. Nie wolno nosić odzieży poniżej kostek, czy to z powodu arogancji, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny.