Tak szybko mijamy miejsca, ludzi, tak szybko przez nas przepływają
zdarzenia. Blakną, znikają w zakamarkach naszej pamięci. Kiedy piszę, to
obrazy, dźwięki, zapachy zostają ze mną na dłużej. Moszczą się wygodnie
gdzieś w mojej wewnętrznej przestrzeni. Uderzenia w klawiaturę komputera
wybijają rytm kaukaskiej lezginki1, a pisanie pozwala mi
dłużej obcować z tym dziwnym krajem, do którego nigdy nie zamierzałam
pojechać...
A kiedy już tam pojechałam, to wprawił mnie najpierw w konsternacje,
irytację, przyprawił o zawrót głowy, kazał mi mierzyć się z moimi
własnymi ograniczeniami, by następnie zachwycić, zauroczyć, opleść
pajęczyną tajemnicy, nigdy do końca nie rozwianej. Otworzył dziwną
archetypową przestrzeń, w której boleśnie doświadczyłam swoich własnych
granic.
Może to jest właśnie cel podróżowania - spotkanie z innością, która
uświadamia nam naszą własną graniczność i prowokuje tym samym do jej
przekraczania, poszerzania? Może to pozostaje największą wartością
podróży? Jak pisał Jean-Claude Carri?re: "Każda podróż jest złudzeniem,
każda opowieść o podróży - kłamstwem". Jeśli ktoś więc oczekuje
obiektywnego opisu kraju, do którego odnosi się ta książka,
to takiego tu nie znajdzie. Moje patrzenie na świat, podobnie jak
tysiące innych relacji autorskich, nacechowane jest bowiem moim własnym
życiem - subiektywnym postrzeganiem świata, myśleniem i moim
niepowtarzalnym rytmem bicia serca, które na pewne sygnały reaguje
żywiej i intensyfikuje barwy miejsc, zdarzeń czy ludzi, inne zaś pomija.
Zresztą, czy coś takiego jak obiektywny opis istnieje? Teoretycznie
byłaby nim suma wszystkich subiektywnych relacji razem wziętych, o ile
to w ogóle możliwe. A zatem, póki co: witajcie w moich gruzińskich
powidokach!
Ciekawe, że to właśnie Gruzja dostarcza takiej różnorodności doznań, że
każdy, nawet największy malkontent, wyłowi tam coś dla siebie. Ja jestem
tego potwierdzeniem. Na początku byłam sceptycznie nastawiona. Kaukaz?
Pełen dziwnych, zwaśnionych, mówiących niezrozumiałymi językami,
dumnych, krewkich narodów o południowym temperamencie, ludzi gór,
krzykliwych, choć gościnnych, z krewnymi rozsianymi po całym kraju? Ten
wrzask, tłok, jazgot, wieczny dźwięk klaksonów... I chociaż przyroda
surowa i piękna, no ale... Nieee... To nie dla mnie! Kaukaz? Na pewno
nie!!! I co z tego, że kultura, że wyprawa Jazona, złote runo, Kolchida,
Medea, Prometeusz, wczesne chrześcijaństwo, Noe, wino... No i co? Mity
to ja mogę poczytać w domu, siedząc wygodnie w fotelu, z kieliszkiem
dobrego, bo własnego wina, a na wyprawy wolę wybierać inne kierunki - te
bardziej na północ, jechać w tajgę, nad wielkie syberyjskie rzeki, bo ta
przyroda mnie pociąga, bo tam czuję się najlepiej...
A jednak pojechałam na południe, do tego dziwnego kraju położonego na
granicy Europy i Azji, i wiem już, że będę do niego wracać nieustannie,
tak jak wraca do mnie rytm lezginki wybijany przez ulicznego bębniarza z Tbilisi...
lezginka-tradycyjny ludowy taniec kaukaski o charakterystycznym, szybkim
metrum 6/8. [wróć]
POCZĄTEK
24 grudnia, Wigilia. Piękny, pogodny dzień, ciepły jak na tę porę roku.
Kolacja przygotowana, tylko podgrzać, prezenty zapakowane. Za parę
godzin dom zatętni głosami całej rodziny, która coraz rzadziej spotyka
się w pełnym gronie. Słońce odbijające się w asfalcie. I nagle urwany
sen. Wielkie zwierzę, które wyskakuje przed moim samochodem, gwałtowny
ruch kierownicą i świadomość, że zetknięcie z drzewem jest nieuniknione.
Myśl jak błysk: "I to na tyle!".
Przy szpitalnym łóżku stoją wokół mnie chłopcy ze swoimi dziewczynami i Marek. Nie mogę się ruszyć, ale żyję. Nie pamiętam wszystkiego, tylko -
jak przez mgłę - ogromne poroże jelenia. Takie już coraz rzadziej widuje
się w naszej augustowskiej puszczy. Musiał wyleźć właśnie dzisiaj?
Pamięć wraca powoli. Czy musiało się to stać właśnie w wigilijny dzień?
A czy jakikolwiek dzień w roku byłby lepszy?
Kolacja odbywa się beze mnie. Ja potrzebuję tylko ciszy, bezruchu i podawanej co jakiś czas kroplówki ze środkami przeciwbólowymi. Oddycham
w kierunku złamanego barku, żebra, obolałej szyi i wyobrażam sobie, że
oddech koi poszarpane tkanki, uspakaja i zmniejsza ból. I chociaż to
tylko wyobraźnia (a może nie tylko?), ale intuicyjnie wypracowuję sobie
sposób radzenia z bólem. Jestem bardzo świadoma swojego ciała. Jak
nigdy. Precyzyjnie reguluję poziom oddechu, żeby nie sprawiać sobie
dodatkowego bólu w okolicach żeber. W myślach rozmawiam z naruszonymi
częściami, uspokajam rozedrgane, poszarpane tkanki. Potrzebują tylko
czasu, bezruchu, spokoju i ciszy.
Rano do szpitala przyjeżdża Marek. Ma zmęczone z niewyspania oczy, ale
zniknęła już z jego twarzy ta wczorajsza, podszyta przerażeniem,
bladość. Siedzi i trzyma mnie za rękę. Uśmiecham się niewyraźnie, na
tyle, na ile mogę, by upewnić go, że wszystko będzie dobrze. Chłopcy
opowiadają mi o wczorajszym wieczorze i prezentach. Jeden z nich jest
szczególny: to pięć fotografii zrobionych przez Maksa, naszego
najmłodszego syna. Przedstawiają jakieś dziwne pustkowia, na jednym z nich dostrzegam tablicę z "robaczkami" - przedziwnym pismem bez
zróżnicowania na małe i wielkie litery, bez kropek. Na pozostałych
fotografiach przestrzeń, góry, a na odwrocie jednej z nich napis: "Talon
na bilety lotnicze w obie strony: Polska-Gruzja, Gruzja-Polska, do
zrealizowania w następnym roku. W załączeniu 5 punktów obowiązkowych do
odnalezienia. Oczekujemy udokumentowania - dokumentalnych zdjęć, na
których oprócz widoków będą wasze uśmiechnięte buzie!".
Dostaliśmy talon na bilety lotnicze do Gruzji. Dzieciaki zrobiły nam
prezent i same wybrały kierunek. Skoro nie dajemy się przekonać, trzeba
było fortelu, żeby nas nieco w tym kierunku popchnąć. To brzmi jak
abstrakcja. W moim obecnym stanie Gruzja, podobnie jak każdy inny
kierunek, jest odległy ode mnie już nie o tysiące kilometrów, ale o całe
lata świetlne. Prawa ręka przywiązana opatrunkiem Desaulta do tułowia
nie wróży nic dobrego. I oddech delikatny, żeby nie sprawiać bólu
żebrom. I głowa. Wstrząs mózgu pozostawił ślad w postaci zwolnionych
myśli i strach przed poruszeniem głową. A jak wygląda kręgosłup szyjny?
Leżę plackiem na szpitalnym łóżku i myśl o Gruzji, ta odległa
abstrakcja, sprawia mi przyjemność. Jak wrócę do siebie, pojedziemy do
Gruzji. Tam jest słońce i plaża, i wino, i góry. W końcu kiedyś będę
mogła zarzucić plecak. Kości się przecież zrastają, chociaż to trwa. I ta słoneczna abstrakcja dodaje mi sił.
Mijają dni, miesiące, wreszcie powrót do pracy i intensywna
rehabilitacja. Pracuję nad sobą mocno i wytrwale, bo przede mną coraz
wyraźniej rysuje się Gruzja. Aż w końcu nadchodzi ten dzień, w którym
dam już radę zarzucić plecak, więc jedziemy! Do Marka i mnie dołącza
Darek, nasz kompan z wypraw na Syberię.
Zanim jednak na horyzoncie pojawia się możliwość wyjazdu do Gruzji, to
dużo, dużo wcześniej, dzięki Krzysztofowi Czyżewskiemu i pracowni
opowieści prowadzonego przezeń ośrodka "Pogranicze" w Sejnach, mam
okazję bliżej przyjrzeć się mitowi o Medei i Argonautach, i poznać jego
różne interpretacje oraz reinkarnacje we współczesnej kulturze. Oswajam
Medeę, kolchidzką księżniczkę boginię, oswajam Kolchidę, starożytną
krainę, będącą częścią obecnej Gruzji i jej historycznym rdzeniem.
Zaskakuje mnie, jak odmiennie postrzegana jest Medea w naszej,
europejskiej świadomości, a jak funkcjonuje w kulturze gruzińskiej. Tam
widziana jest głównie jako bogini, wnuczka boga-Słońca - Heliosa,
czarodziejka, znająca się na leczeniu i truciznach, "wiedząca", synonim
silnej kobiety. Tutaj, "u nas", za sprawą dramatu Eurypidesa,
zredukowana zostaje do nieszczęsnej dzieciobójczyni. Jej imię w literaturze psychoanalitycznej przyjmuje kompleks, polegający na
podświadomej wrogości matki do swoich dzieci. Analizując w pracowni
opowieści wzmianki w różnych mitach, w których pojawia się Medea,
poznaję ją bliżej. Omamiona przez żądnego władzy Greka, nieszczęśliwa,
opętana miłością, niepotrafiąca oprzeć się swojej dzikiej naturze,
dopuszcza się strasznej zbrodni, żeby ukarać Jazona. Jest jak synonim
nieokiełznanej natury. Ale to nie ona w efekcie zostanie ukarana przez
bogów (bo czy można ukarać naturę?), lecz Jazon, któremu złote runo nie
przynosi szczęścia i który w końcu ginie przygnieciony deską dziobową
swojej ukochanej łodzi - Argo. Oszustwo i wykluczenie nie może przynieść
szczęścia. A Medea?
W micie o Medei jest olśniewające piękno i porażająca groza, ale od
wieków obie te rzeczy były wpisane w ludzką naturę i wyobraźnię, tak jak
pytania o dobro i zło, sens cierpienia i porządek świata... Zanim pojadę
do Gruzji, mam okazję bliżej przyjrzeć się kolchidzkiej księżniczce. Kto
jest jej ciekaw, niech zajrzy choćby do Wyprawy po złote runo Roberta
Gravesa, zbeletryzowanej opowieści wielkiego znawcy mitów.
W Batumi znajduje się pomnik Medei, w Tbilisi powstaje muzeum medycyny
naturalnej imienia Medei (tworzy je Wato Tsereteli, założyciel
pierwszego w Gruzji Centrum Sztuki Współczesnej), a Tyflis - dawna nazwa
Tbilisi - to również imię sternika na Argo, dzielnego żeglarza, który
musiał pokonać własną barierę strachu i nauczyć się żeglować po
"niegościnnym morzu", gdzie na horyzoncie nie widać żadnego lądu,
żadnych wysp (inaczej niż na morzach starożytnej Hellady), gdzie nie
wiadomo, co kryje się za horyzontem.
Niemal widzę go, jak żegluje, i myślę o tym, że pięknie jest nie
wiedzieć, co kryje się za horyzontem i odkrywać! A po powrocie
uświadamiam sobie, że to pisanie jest o moim odkrywaniu Gruzji i o tym,
co Gruzja zechciała odkryć przede mną. Przyjmijmy, że jest to relacja
dwustronna...
KUTAISI
Z samolotu tanich linii wychodzi się prosto na płytę lotniska i idzie
się piechotą do budynku odpraw. Kiedy stoję w drzwiach samolotu, uderza
mnie fala rozgrzanego powietrza. Jest godzina 21.00, a temperatura sięga
chyba 40 stopni Celsjusza i do tego koszmarna wilgotność. Natychmiast
dżinsy i koszula oblepiają ciało, pot płynie po czole. Czuję się jak
rozparzona grzanka w gorącym, ale nie do końca rozgrzanym oleju.
Nasiąkam! To moje pierwsze wrażenie z Gruzji. Nasiąkanie i rozparzenie.
Wraz z innymi pasażerami brniemy przez tę zupę do budynku. Tu jest
przynajmniej klimatyzacja. Stajemy w kolejce do okienka odpraw. Po
odprawie natychmiast rzucają się na nas taksówkarze i kierowcy busików.
Wszyscy krzyczą: "Kutaisi 5 lari, Kutaisi 10 lari, Kutaisi 25 lari".
Czuję zawrót głowy, zwracam się do miłej dziewczyny mówiącej po polsku.
Ta wręcza mi rozkład jazdy busów ("tylko 5 lari od osoby, a kierowca
powie, gdzie wysiąść"). Korzystając z tego, że mogę rozmawiać z nią po
polsku i sprawia wrażenie osoby bardzo zorientowanej, pytam ją o dojazd
do Mestii. Okazuje się, że bus odjeżdża jutro o 9.30 spod McDonalda,
pytanie tylko, gdzie jest McDonald? Ponoć każdy mieszkaniec to wie i nam
wskaże.
Tymczasem Marek dogaduje się z rosłym taksówkarzem. Za 25 lari zawiezie
naszą trójkę do zarezerwowanego mieszkania. Wychodzimy w parną noc w kierunku starego mercedesa naszego kierowcy. Ma na imię Ronaldo.
Chrapliwym od setek wypalonych papierosów głosem zachwala nasz wybór
właśnie jego taksówki. Zawiezie nas, gdzie chcemy, obwiezie po Kutaisi,
zawiezie do sklepu, dookoła, żebyśmy mogli zobaczyć okolice - co chcemy
- jaskinie Prometeusza czy ślady dinozaurów, a może klasztor Gelati,
jaskinie Sataplie czy ruiny Wani - jak twierdzą Gruzini - dawnej stolicy
Kolchidy. Gada cały czas, a w pewnym momencie, w trakcie jazdy, wyciąga
skądś, gdzieś spod kierownicy... butelkę wina! Bo wino i Gruzja to jedno
- gada dalej. To jego wino, z jego winnicy, sam je robi i zachwala, że
jest bardzo dobre. Ale gdzie on, do cholery, je upchał pod kierownicą?
Ma tam jakiś schowek czy co? Pot mi leci po czole i plecach. Okna w samochodzie otwarte i przeciąg, ale nadal gorąco.
Wjeżdżamy do miasta. Już jest ciemno, lecz oświetlone Kutaisi, nawet w ciepłym świetle lamp, nie wygląda dobrze. Mijamy jakieś blokowiska,
kamienice, oświetlony i przezroczysty, bo ze szkła, posterunek policji,
w oddali widać nowoczesną bryłę parlamentu, a kierowca gada i gada...
Przejeżdżamy przez rzekę. Zatrzymujemy się przy małym, jeszcze czynnym o tej porze sklepiku. Kierowca zostawia otwarty samochód, a kiedy zwracam
na to uwagę, to wzrusza tylko ramionami. "Nic takiego. Spokojnie". Z przerażeniem myślę o zostawionych w aucie bagażach, ale co mogę
zrobić... W sklepiku pomidory po trzy lari, jakieś takie wielkie,
pofałdowane, nierówne. Kupujemy chleb, ser, chałwę, kawałek kiełbasy, no
i oczywiście wodę mineralną bordżomi.
Jedziemy dalej. Taksówka zatrzymuje się przed neonem HOTEL. Przed nim
stoi rosły Gruzin i kiedy wypakowujemy bagaże, podchodzi do mnie i pyta:
- Zofia?
Okazuje się, że to z nim rozmawiałam, gdy rezerwowałam kwaterę. Giorgi
ma niewiele ponad 30 lat. Prowadzi nas do pensjonatu prowadzonego przez
jego rodziców, ostro pod górę oświetloną uliczką. Mówi, że stąd blisko
do starego miasta - piętnaście minut do centrum, nieco mniej do leżącej
na szczycie wzgórza Ukimerioni, XI-wiecznej katedry Bagrati, wpisanej na
listę światowego dziedzictwa UNESCO, wspaniałego zabytku średniowiecznej
Gruzji. Pot leje się po plecach i czole. Noc wcale nie przynosi ulgi.
Podchodzimy do bramy szczelnie oddzielającej podwórko od ulicy. Otwiera
nam starsza pani, Giorgi coś do niej mówi po gruzińsku i prowadzi nas
dalej. Mijamy garaż, potem niewielkie patio i wchodzimy do budynku.
- Tu macie kuchnię, tu łazienka, tam prysznic. A pokój... Mijamy jedne
drzwi, a potem skrzypiącymi schodami,
po czerwonym chodniku rozpiętym na nich jak w starych domach
wypoczynkowych Funduszu Wczasów Pracowniczych (czy ktoś to jeszcze
pamięta?), wchodzimy na piętro. Drzwi na prawo są niezwykle wysokie, jak
w jakimś pałacu, a to przecież tylko kamienica, sięgają prawie pod sam
sufit. Są ciemnobrązowe, drewniane i lśniące.
- Tu - kończy Giorgi.
Wchodzimy do środka. Jest czysto, solidne małżeńskie łóżko, a w rogu
pojedyncze piętrowe. Jest też balkon, na razie zamknięty kratą, którą
Giorgi, zdejmując kłódkę, otwiera. W pokoju jest też tremo - wysokie
lustro z półką, stolik i niewielki obracający się wiatrak mieszający
powietrze. Złudne wrażenie, że to coś pomoże. Światło ulicznych lamp
wpada do środka i daje chyba więcej światła niż wisząca pod sufitem
lampa, zaopatrzona w długoramienny, teraz nieruchomy wiatrak. Podobnie
wyobrażam sobie mieszkanie urządzone na przykład w Hawanie. Ten styl ma
nawet swoją nazwę - imperialny, kolonialny? Nie mogę sobie
przypomnieć... Na szafce przy łóżku leżą jakieś książki w języku
gruzińskim i modlitewniki ze świeżymi obrazkami. Pokój wygląda na
zamieszkały również wtedy, kiedy nie ma gości.
Schodząc do łazienki, słyszę dziwny dialog między polską rodziną, która
przyjechała tuż po nas, a Giorgim. Kiedy ten otwiera drzwi pokoju na
dole, do którego wpuszcza gości, słyszę, jak ktoś z "nowych" mówi do
gospodarza po angielsku:
- O rany! Ale tu nie ma okna!
- OK! Zaraz dostawię wam jeszcze jedno łóżko! - odpowiada z pobrzmiewającą w głosie pewnością siebie Giorgi.
Łóżko zamiast okna. Nieźle! Swoją drogą, spać w tym klimacie w pomieszczeniu bez okna i klimatyzacji... Już im współczuję.
Prysznic daje chwilową ulgę. Przyjemnie usiąść na zewnątrz, gdzie przy
niewielkim stoliku Marek kroi pomidory i chleb na kolację. Na korytarzu
ktoś kogoś nawołuje:
- Chodź, prysznic wolny!
- A po co? I tak jestem mokry!
Czuję się jak w jakiejś komunałce albo w moim rodzinnym mieszkaniu w bloku, gdzie z siostrą i bratem ścigaliśmy się rano do łazienki -
szczęśliwiec nic sobie zazwyczaj nie robił z kolejki na zewnątrz. W ogóle mam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie o jakieś dwadzieścia
lat.
W niewielkim ogródku cykają cykady i po prysznicu jakoś przyjemniej,
chociaż nadal powietrze rozgrzane, a po chwili ciało znowu się lepi od
potu. Wypijamy wino, które dostaliśmy od kierowcy taksówki. Jest
zadziwiająco dobre. Ser i pomidory dopełniają smak. Lekko szumi drzewo,
chyba grusza, porośnięta pięknym, kwitnącym pnączem. Długie,
pomarańczowe, dzwonkowate kwiaty zwisają z drzewa. Zbliża się jesień, a one swoją bujnością przywodzą na myśl oszałamiający czas początku lata w naszych stronach. Jest taka piękna cisza. Zero ruchu, pośpiechu. A więc
jesteśmy w Gruzji! Witaj Kolchido!
W nocy nie mogę spać. Budzę się zlana potem. Jednostajny dźwięk wiatraka
rozprasza ciszę, ale nie duchotę. Ściągam z łóżka materac, wynoszę go na
balkon i - owinięta tylko prześcieradłem - zasypiam. Nad ranem czuję
lekki wiaterek i słyszę szum zaczarowanego drzewa. Pomarańczowe kwiaty
otulają je niemal całkowicie i gdyby nie trzy grube łodygi pnącza
wspinające się na drzewo, można by pomyśleć, że to jakiś bardzo
egzotyczny, wspaniały gatunek kwitnącego drzewa. Na drugim końcu balkonu
śpi Darek. Też nie mógł dać sobie rady nocą. Tylko Marek wytrwał w pomieszczeniu. Ciekawe, jak sobie dali radę ci bez okna? Może spali w ogrodzie?
Dzień zaczynamy prysznicem. To luksus w mieście, gdzie woda jest tylko
rano i wieczorem. Nasi gospodarze mają trzystulitrowy zbiornik, do
którego w tym czasie wpompowują wodę, a potem z tego zbiornika wpływa
ona do kranu.
Chcemy coś tu zwiedzać? Nie! Byle prędzej przemieścić się w góry, tam
będzie chłodniej. Przecież im wyżej, tym chłodniej.
Gospodyni tłumaczy nam, że musimy wziąć taksówkę, żeby dojechać do
dworca marszrutek, bo to spory kawałek. Do Mestii busik odjeżdża raz
dziennie o 9.30. Jest 7.30, jak się sprężymy, to zdążymy. Śniadanie jemy
w ekspresowym tempie, pakujemy bagaże. Darek część rzeczy zostawia u gospodarzy. Jak będziemy wracać, odbierzemy. Może wtedy będzie więcej
czasu, żeby przyjrzeć się miastu. Kutaisi musi jeszcze na nas poczekać.
Giorgi załatwia nam taksówkę i po chwili lądujemy przy kasynie i McDonaldzie. Stoi tu kilka marszrutek. Kierowcy coś pokrzykują między
sobą. Sporo miejscowych przewija się przez przystanek, kręci się też
trochę ludzi z plecakami. Kilka marszrutek jedzie do Batumi, jest i nasza do Mestii. Ładujemy bagaże, zajmujemy miejsca z tyłu. Obok nas
siada młoda Koreanka. Marszrutka wypełniona po brzegi. Trochę turystów,
trochę miejscowych. Jest jeszcze chwila do odjazdu, więc idziemy zakupić
chaczapuri i wodę na drogę. Chaczapuri to chyba najpopularniejsze danie
w Gruzji, dobre na ciepło i na zimno. To po prostu chleb z serem
(chaczo - ser, puri - chleb), a właściwie taki cienki placek
chlebowy. Oczywiście chaczapuri może być z mięsem, warzywami, jajkiem i boczkiem, w zależności od regionu, z którego pochodzi. Ja zajadam
chaczapuri imeruli, nadziane serem, a chłopaki jakieś inne, którego
nazwy jeszcze nie znam, ale wypełnione czymś bardziej treściwym.
Wszystkie są świeże, gorące i pyszne. Jeszcze chwilę rozmawiamy z innymi
podróżnymi i ruszamy. Lekko nie jest. W marszrutce jest dość ciasno przy
tej liczbie pasażerów, klimatyzacji nie ma, otwarte okna i przeciąg
walący po uszach. Wyciągam czapkę i naciągam na uszy. Ważne, że jedziemy
i to dość szybko. Kierowca wie, do czego służy pedał gazu i nie zdejmuje
z niego nogi. Jednocześnie odbiera kolejne telefony ("Już ósmy!" - liczy
Darek) i odpala papierosa za papierosem. Jedziemy na północny zachód,
przez Nizinę Kolchidzką, by po 108 kilometrach zatrzymać się na chwilę w Zugdidi. Region, gdzie leży Zugdidi, nazywa się Megrelia. Samo miasto
liczy około 68 tysięcy mieszkańców. Dla wielu turystów to miejsce
tranzytowe w podróży do Swanetii bądź nad Morze Czarne, oddalone
zaledwie o 30 km stąd. Dla nas to też chwila na przystanek. Z okien
marszrutki miasto nie wygląda najlepiej. Sprawia wrażenie
prowincjonalnego, szarego i smutnego. Chodniki rozkopane, widać, że
trwają prace, by poprawić wizerunek i wygodę mieszkańców i turystów, i za kilka lat będzie to zupełnie inne miejsce. Podobno ciekawy jest pałac
dynastii Dadiani (mieszczący obecnie Muzeum Historyczno-Etnograficzne)
wraz z cerkwią i 26-hektarowym parkiem, a właściwie ogrodem botanicznym,
pełnym roślinności z terenów Eurazji. Pałac należał do arystokratycznego
rodu Dadianich, z którego wywodziła się Salomea Dadiani, późniejsza żona
Achillesa Murata - syna Joachima, marszałka i adiutanta Napoleona
Bonapartego. Pamiątek po Napoleonie jest tu dużo, a prym pośród nich
wiedzie jedna z trzech masek pośmiertnych Napoleona. Sam pałac wygląda
jak budowla średniowieczna, ale jego początki to XVII wiek. Warto
wspomnieć, że w XIX wieku Zugdidi, za sprawą pewnego Francuza, stało się
na pół wieku ośrodkiem produkującym jedwab. Teraz to już przeszłość. W drodze powrotnej spróbujemy przypatrzeć się miastu bliżej, ale teraz
jedziemy do Swanetii. Warto pamiętać, że w sierpniu 2008 roku, podczas
wojny w Osetii Południowej, Zugdidi zajęli Rosjanie, a rosyjskie czołgi
zatrzymały się w nieodległym Poti leżącym nad Morzem Czarnym. Inny
incydent z Rosją miał miejsce na początku 2014 roku, kiedy Rosja
przesunęła granice w głąb Gruzji o 11 km, tłumacząc, że to na czas
igrzysk olimpijskich w Soczi, żeby zwiększyć bezpieczeństwo regionu.
Zdumiewające, że w XXI wieku może dochodzić do takich incydentów ze
strony, zdawałoby się, poważnego państwa. Ostra reakcja szefa NATO,
Andersa Fogha Rasmussena, po konferencji z Iraklim Garibashvilim,
gruzińskim premierem, powstrzymała, zdaje się, podstępne zakusy, chociaż
nie jestem do końca tego pewna.
Nic dziwnego, że Gruzja widzi swoje bezpieczeństwo w towarzystwie Unii
Europejskiej, a unijną flagę można w Gruzji zobaczyć nawet w najbardziej
odległych i dziwnych miejscach. Od wojny w 2008 roku Gruzja nie
utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Rosją, która praktycznie okupuje
jedną piątą terytorium Gruzji. Oczekiwania i plany obu stron stoją ze
sobą w otwartym konflikcie. Gruzja nie może zgodzić się na uznanie
niepodległości regionów separatystycznych Abchazji i Osetii Południowej,
zaś Rosja nie tylko nie zamierza rezygnować z udzielonego im wsparcia,
ale będzie czynić starania, żeby je formalnie zaanektować i poprzez nie
mieć wpływ na południowy Kaukaz. Podpisana umowa w listopadzie 2014 roku
z Abchazją jest faktycznie próbą jej aneksji przez Rosję. To samo dzieje
się z Osetią Południową, od marca 2015 roku formalnie wchłoniętą przez
Rosję.
Przez terytorium Gruzji przebiegają główne magistrale rurociągowe gazu
ziemnego i ropy naftowej, łączące Morze Kaspijskie i Morze Śródziemne.
Wypracowanie sytuacji, w której Rosja ma wpływ i kontroluje Gruzję jest
korzystne dla rosyjskiego systemu przesyłowego surowców i łatwo sobie
wyobrazić, że Rosja będzie robić wszystko, żeby zdestabilizować Gruzję i oddalić ją od Europy i Paktu Północnoatlantyckiego. Współczuję Gruzji. W świetle tego, co się stało z Abchazją, Osetią Południową, Krymem,
Ukrainą, Gruzja może mieć wiele problemów. Nie lubię myśleć i mówić o polityce, ale tu się po prostu nie da tego pominąć. I w tym wszystkim
tracę sympatię dla Rosji i chęć podróżniczej eksploracji należących do
niej terenów.
Tymczasem wracam myślami do busika, w którym - upchnięci jak sardynki w puszce - wjeżdżamy właśnie w góry. Jedziemy w górę rzeki Inguri, która
bierze początek gdzieś pod lodowcami najwyższego szczytu Gruzji -
Szchary (5193 m n.p.m.), by po 213 kilometrach wpaść w miejscowości
Anaklia, niedaleko granicy administracyjnej z Abchazją, do Morza
Czarnego. Płynąc z gór, Inguri początkowo na przestrzeni 60 km przepływa
przez Górną Swanetię, a dalej, przedzierając się wąwozem między
swaneckimi i kodorskimi grzbietami, wypływa na Nizinę Kolchidzką,
przecinając wszystkie drogi prowadzące z abchaskiego Suchumi do
Oczamcziry (też Abchazja) i gruzińskiego Zugdidi.
Jakieś 30 km za Zugdidi nasza trasa prowadzi wzdłuż jeziora zalewowego
na rzece Inguri. Kierowca zatrzymuje się na chwilę, żebyśmy mogli zrobić
zdjęcie. Rzeczywiście, widok szmaragdowej wody, wysokich gór i błękitnego nieba robi wrażenie. Kierowca wydaje się nim również
zachwycony, chociaż ogląda go co najmniej dwa razy dziennie. Na końcu
zalewu przystanek. W samotnym domu po prawej stronie jest bar. Mamy
godzinę, żeby coś zjeść, rozprostować nogi, nabrać wody ze ściekającego
ze skał źródełka. Dom mieści się przy wodospadzie. Wystarczy wejść parę
kroków za budynek, by dostrzec wąski, może półtorametrowy strumień,
spadający z około dziesięciu metrów. Siedzimy przy stoliku wystawionym
obok baru i rozmawiamy z towarzyszami podróży. Obok nas siedzi młoda
Koreanka, która na wieść o tym, że jesteśmy z Polski zaczyna sypać jak z rękawa... kurwami, śmiejąc się przy tym rubasznie. Darek delikatnie
tłumaczy jej, że to niezbyt piękne słowo, że rani nasze uszy, ale
Koreanka nic sobie z tego nie robi. Mówi, że w Wiedniu, gdzie mieszkała
przez jakiś czas w hostelu, miała kolegów Polaków, którzy często tego
słowa używali.
- It's funny: kurwa! - rzuca po raz kolejny.
Kończymy popas i wśród radosnych "kurew" Koreanki zbieramy się do
dalszej drogi. Widoki robią się coraz ciekawsze, a brawura kierowcy
coraz bardziej odczuwalna - rzuca nami na prawo i lewo. O kierowcach w Gruzji można by napisać książkę, bo to tak, jakby dżygici przesiedli się
z koni na konie mechaniczne. Zapał i brawura ta sama, tylko pojazdy
inne. Ciekawe, po co namalowali na drogach linie ciągłe, skoro nikt nie
zwraca na nie uwagi? Nasz kierowca wjeżdża raz na prawą, raz na lewą
stronę szosy, wyprzedza, co i jak się da: na drugiego, na trzeciego,
czasem uciekając tuż sprzed maski rozpędzonego samochodu z naprzeciwka.
Odbiera kolejne telefony, trąbi niemiłosiernie często, wjeżdża
rozpędzony między grupy wałęsających się zwierząt, bo tu wszystko
chodzi, jak chce - krowy, konie, osły, świnie... Wszystkie można
zobaczyć na drodze. Zwierzęta wydają się nic nie robić sobie z samochodów na szosie, traktują je jako pełnoprawnych użytkowników ich
drogi. Nasz kierowca zwalnia tylko, gdy wjeżdża do tunelu, bo tu często
zwierzęta chronią się w cieniu. Faktycznie, lawiruje w tunelu między
leżącymi krowami, a gdy na drodze pojawia się całe stado krów, które nie
schodzą pomimo intensywnego trąbienia, wjeżdża delikatnie w sam środek,
a zwierzęta same rozchodzą się na boki. A potem - gazu! Ile fabryka
dała! Całe szczęście, że droga dość dobra, ale kiedy wjeżdżamy w góry i zaczynają się serpentyny, przepaście z prawej strony i napierające
łupkowe skały z lewej, wyrwy w drodze czy osuwiska na prawym pasie,
który właściwie nie ma znaczenia, bo i tak jedziemy środkiem, to
zaczynam czuć się nieco mniej przyjemnie. Do tego dochodzi jakiś
denerwujący pisk, który słychać od pewnego czasu w samochodzie. Co to?
- To klocki hamulcowe. Właśnie ściera się okładzina, - Darek zna się na
tym, w końcu jest konstruktorem samochodów.
- A potem co? - pytam zaniepokojona.
- Potem jeszcze żeliwne zaciski, a na końcu zostanie... ebonit - syczy,
rzucony nagłym przechyłem na lewo.
Ebonit! No nie! Wyciągam plastikową butelkę piwa i sączę w siebie złoty
płyn. Lekki szmer w głowie i jakieś bardziej optymistyczne spojrzenie. W końcu jeszcze nadal jedziemy. Żywi! Mijają godziny tego obijania się to
o szybę, to o sąsiada. Szaleństwo! Ale samochód mknie i wydaje się, że
wszyscy kierowcy na drodze zachowują się podobnie. Wypadków nie widać,
więc może to tylko specyfika tego kraju, a nie realne niebezpieczeństwo?
Taką mam przynajmniej nadzieję. Na razie jednak zastanawiam się, czym
siebie przekonam, żeby wsiąść do marszrutki w drodze powrotnej. Póki co,
nie bardzo to widzę i raczej gotowa jestem iść pieszo.
- Wiesz, że kierowcy w Gruzji rozróżniają dobre i złe drogi? - zagaduje
Marek. - Dobre to takie, z których, jeśli zlecą, to znajdą ich ciała, a złe to takie, gdy w razie wypadku ślad po nich zaginie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki