Miasto pogranicza
MIASTO
POGRANICZA
"Zachód utracił czas teraźniejszy. Wszystko, co zdarzyło się minutę
temu, jest już przeszłością, starocią, a to, co wydarzy się za minutę,
należy do przyszłości, pracowicie zagospodarowanej w terminarzach i agendach. Na Wschodzie całe życie to rozciągnięta teraźniejszość."
Wojciech Górecki, Toast za przodków
Pierwszy kontakt z Kaukazem Południowym to dla znakomitej większości
obcokrajowców lotniska. W Tbilisi, w Erywaniu, w Baku. Ale kiedyś
pływało się statkiem. Ludzi łączyła woda w czasach, w których przestrzeń
powietrzna zarezerwowana była niepodzielnie dla zawistnych o swą potęgę
antycznych bogów. Drogą morską Jazon i Argonauci, napędzani marzeniami o złotym runie, dotarli do ujścia rzeki Fasis (Czoroch). Na południe od
Batys, czyli dzisiejszego Batumi, oczom herosów ukazał się stały ląd.
Mityczni bohaterowie przetarli drogę przedsiębiorczym kupcom z Miletu.
Ich szybkie statki o ostro zakończonych dziobach wypełnione były cennym
ładunkiem w postaci waz, ceramiki i biżuterii. Helleńscy handlarze
wymieniali je na targach Dioskurias - dzisiejszego Suchumi - na
kolchidzkie płótno, konopie, wosk i żywicę. Doliną Kury, znad Morza
Kaspijskiego, przemieszczały się ciężkie wozy kupieckie załadowane po
brzegi chińskimi jedwabiami i indyjskimi korzeniami. Ładowano je na
okręty zakotwiczone u ujścia rzeki Rioni, aby zaspokoić nieposkromione
apetyty rzymskich patrycjuszy schyłku republiki i początków cesarstwa.
Później, kiedy majestat olimpijskich bogów dawno już przygasł, nastała
epoka promu. Zaczytani w uczonym dziele Podróże po Kaukazie i Gruzji
Juliusa von Klaprotha (w tłumaczeniu na angielski albo francuski)
podróżnicy zmierzali ku skalistym wybrzeżom Batumi lub Baku. Ale jeśli
port w Batumi zablokowała Turcja bądź Moskwa, wtedy zostawała tylko
uciążliwa droga przez stepy południowej Rosji, dostępna tylko dla
najwytrwalszych lub najbardziej zdeterminowanych, aby ją pokonać.
Zazwyczaj usadowionych w rozklekotanej czterokołowej teledze
ciągnionej przez trójkę koni. Poprzez drogi zryte koleinami latem bądź
zmieniające się w błotniste grzęzawiska na wiosnę. I tak aż do Mozdoku
nad Terekiem. Albo do Władykaukazu. Następnie strudzonego wędrowca
czekała mozolna przeprawa przez budzące grozę góry, które rozpalona
wyobraźnia zaludniała bezlitosnymi zbójcami, dzikimi tubylcami i schodzącymi nagle lawinami. Bezpieczeństwa nie gwarantowała nawet
solidna eskorta złożona z wąsatych kozaków, kabardyjskich jeźdźców,
rosyjskich piechurów i paru lekkich dział. Kiedy podążający w ślimaczym
tempie konwój zbliżał się wreszcie do Tbilisi, miasto wydawać się
musiało podróżnym prawdziwą ziemią obiecaną.
Ale mijały kolejne dziesięciolecia, a wraz z nimi zmianom ulegały
uczucia towarzyszące podróżującym. Nadeszły bowiem czasy, kiedy z Baku
można było dotrzeć do Batumi Koleją Transkaukaską. Nowoczesną i wygodną.
Oswojoną i w najlepszym guście europejską. Podróż w kulturalnym
towarzystwie z Londynu bądź Paryża przez Petersburg albo Moskwę trwała
wówczas już niewiele dłużej niż tydzień.
Dzisiaj kontynenty i kraje, Europę i Azję, łączy powietrze. Dlatego
lotnisko w Tbilisi nigdy nie śpi. Przypomina kotłujące się,
pokrzykujące, nawołujące i rozbrzmiewające językami wszystkich
kontynentów kłębowisko. Tłumy. Przyjezdni, wyjeżdżający, witający,
żegnający. Masa taksówkarzy. Trąbią, pokrzykują, zachęcają, żywo
gestykulują szukając zarobku. Łapią za walizki, pakują je po
bagażnikach, wypakowują, dopychają, upychają. Turyści z "dalszej
zagranicy", jak zwykło się mawiać w sowieckich czasach (w odróżnieniu od
tych z zagranicy "bliższej", pochodzących z państw byłego bloku
socjalistycznego) wymieniają swoje (szczególnie tutaj cenne) dolary i (mniej poważane) euro na miejscowe lari. Policjanci ospale popalają
papierosy przy wejściu do hali odpraw. Oaza spokoju przy kuble na
niedopałki.
Naprzeciwko lotniska wybudowano nowoczesny dworzec kolejowy. Tam jest
już niemrawo i sennie. Kilka ławeczek w hallu. Jakaś sympatyczna młoda
para na jednej z nich. Próbują zrobić zdjęcie, ale kasjerka z jakichś
względów zabrania. Nie dlatego, że niemiła. Przeciwnie, bardzo pomocna i życzliwa. Wyjaśniła mi przecież spokojnie i z uśmiechem, że pociąg do
centrum Tbilisi odjeżdża o czwartej rano. Że będzie podstawiony dziesięć
minut wcześniej. Że bilety kupuje się w wagonie. W specjalnym automacie.
Wrzucasz monety - dostajesz bilet. Pozostaje tylko czekać. Najlepiej na
ławeczce poza nowoczesnym budynkiem. Tam chłodniej i przyjemnie kropi
odświeżający po długiej i męczącej podróży deszcz. Można zebrać myśli,
wyciągnąć nogi, odetchnąć od gwaru, rumoru i chaotycznej szamotaniny
lotniska, która wciąż trwa kilkadziesiąt metrów dalej, ale jakby już w innej rzeczywistości.
Niewielki cmentarz gdzieś po drodze z Kutaisi w stronę Swanetii
Góry Swanetii. Zwożenie siana na drewnianych saniach.
Zbliża się pociąg. Jaskrawe światła uderzają w zaspane oczy. Na peron
nowoczesnego dworca wjeżdża relikt sowieckiej epoki: obszarpane
siedzenia wewnątrz wagonów, skąpe światło jarzeniówek. Stukot kół po
torach, półmrok wewnątrz i mrok na zewnątrz wprawiają w senne
odrętwienie. Młoda para ściska się czule na siedzeniach obok. Ja
rozsmakowuję się w swoich czterdziestu minutach ćwierć-snu i pół-myślenia. I tak aż do samego Dworca Głównego. Budynku zaskakującego.
Z ciemności wyłania się bowiem jakaś mroczna i bezduszna betonowa
konstrukcja. Struktura-widmo. Kolorowe plakaty na ścianach,
przedstawiające tańczące pary, jakieś zupełnie nie na miejscu. Z innego
świata. Nie do pogodzenia z szarym, przygnębiającym molochem. Brak
poczekalni.
- Zamknięta, otwierają dopiero o siódmej - oznajmia ponuro ktoś ze
współpasażerów. Widać sam miał nadzieję przeczekać ciemność pod
bezpiecznym zadaszeniem, zanim stawi czoło porannej rzeczywistości w obcym mieście. Bo już prawie zapomniał jak wygląda Tbilisi. Wyjechał
studiować do Niemiec, do Monachium i dobrze mu się tam żyje. Prawie jak
w domu.
- Mówisz po niemiecku? - pyta mnie z nadzieją w głosie.
- Tylko trochę. Właściwie słabo... - odpowiadam. Na jego twarzy dostrzegam
wyraz rozczarowania. Idziemy jeszcze chwilę razem, zanim rozejdziemy się
przed budynkiem dworca.
A jest już przed piątą nad ranem. Wciąż ciemno. Trzeba szukać hotelu.
Najlepiej szybko, bo towarzystwo pod dworcem szemrane. Gęby mężczyzn
zadziorne jak z mrocznych kryminałów, idealny materiał dla
skandynawskich mistrzów gatunku. Towarzyszą im upadłe damy o przesadnie
wymalowanych twarzach, na których nie pozostał już najmniejszy ślad
dawnej urody. A piękne przecież być musiały. Kaukaskie niewiasty od
wieków słynęły ze zjawiskowej urody. Zachwycały koneserów wdzięków
niewieścich od stambulskich haremów, poprzez ukraińskie stepy, a na
salonach Nowego Świata kończąc. Ale nie tutaj, w okolicach tbiliskiego
dworca kolejowego, gdzie w wilgotnym powietrzu słodkawy zapach taniego
wina miesza się z odorem wymiocin i moczu.
Jakaś starsza pani przechodzi w pobliżu. Zna jakiś hotel. Mówi, że jest
niedaleko, naprzeciwko dworca w zasadzie. Wskazuje, w którą stronę się
kierować.
- Ale tam prostytutki nocują - dodaje z żalem i troską.
Trzeba więc szukać dalej. Bo wiadomo, że hotele są zawsze w pobliżu
dworca. Jak nie ten ze służkami Wenery, to pewnie jakiś inny. Wystarczy
tylko znaleźć właściwą ulicę i już. Nie trzeba nawet długo szukać.
Chociaż w mroku i w otoczeniu podejrzanych typów czas płynie zbyt wolno.
Przy ulicy Chitaia i wzdłuż przylegających do niej uliczek rozłożyło się
kilka noclegowni. Ni to hotele, ni to domy rodzinne. Jakieś miejscowe
połączenie obu. Homestays, jak to określają anglosaskie przewodniki. W jednym do ceny pokoju (malutkiego i obskurnego niczym więzienna cela)
dorzuca się darmowe wino. W drugim nie ma już wolnych miejsc, o czym
informuje ze szczerym żalem wyrwana ze snu, w samej tylko koszuli nocnej
narzuconej na krągłe ramiona, rozczochrana blondynka. Piękna
niebieskooka blondynka o słowiańskiej urodzie, w wieku balzakowskim,
który był łaskawy dla jej młodzieńczych wdzięków, dodając im jeszcze
szczyptę dojrzałej szlachetności.
- Może po dziesiątej coś się zwolni - mówi kojącym, wysokim i ściszonym
głosem. Światło jarzeniówki odbija się na jej odkrytym, kształtnym
ramieniu o perłowej barwie. Ziewa i znika po cichu pośród drewnianych
przybudówek. Niczym zjawa jakiejś zmarłej tragicznie ruskiej
księżniczki, która niepojętym zrządzeniem losu trafiła ze swojego
murowanego kremla na odrapane podwórko w Tbilisi. A może tylko przyszła
do mnie w moim porannym ćwierć-śnie?
Podwórze przy domowym hoteliku kusi, żeby się chwilę zatrzymać i posiedzieć. Jest stół, są ławy przy stole, a na nich puste plastikowe
butelki z niedopitym winem, resztki jedzenia, szklanki. Wokół masa
drewnianych przybudówek w trudnym do określenia wieku. Sprzed pięciu, a może pięćdziesięciu lat. Piętrzących się jedne na drugich, bez jakiegoś
porządku i ładu. Pośrodku podwórza kapliczka z krzyżem i maryjnymi
obrazkami. I jeszcze gołębnik. Pod ścianą przyczaił się zlękniony i zagubiony królik. Przypatruje się uważnie i nieufnie.
Do trzech razy sztuka...
W imieniu Dodo's Homestay wesoły staruszek zaprasza i oferuje wolne
miejsca. W rozsądnej cenie. Podwórze malownicze za sprawą dojrzewających
kiści winogron. Zabrudzone parasole z logo Pepsi zacieniają plastikowe
krzesełka na podwórzu. Obok zaparkowane bmw. Jakiś starszy model, ale
jednak nie pospolity żyguli czy klepana dziesiątki razy wołga. Wokół
kręcą się dwa nieduże psy nieokreślonej rasy. Z kranu popija wodę duży
szary kot. Drugi miauczy przeraźliwie na blaszanym dachu (później
gospodynie bezceremonialnie przegonią go zmiotką na długim kiju).
Pogodny staruszek pokazuje pokój. Kilka łóżek, ale turystów mało, więc
mamy całe duże pomieszczenie na dwie osoby. Wody ciepłej nie ma. Nawet w stolicy nie zawsze stać ludzi na luksusy. Ale spokojnie, później będzie.
- Wody można używać, ile się zechce, bo nie ma liczników - mówi wesoło
dziadek i na dowód prawdziwości swoich słów odkręca kran. - Czego jak
czego, ale wody ci tutaj nie zabraknie!
Atmosfery przyjemnej i domowej najwidoczniej również. Nawet sieci Wi-Fi,
wliczonej w cenę. Staruszek mówi, że jeśli wszystko w porządku, to on
już pójdzie spać. Później córka się rozliczy. Jak wstanie, bo przecież
wcześnie jeszcze. Dziedziczka rodu widać spać lubi jednak w najlepsze,
bo nie możemy się jakoś jej doczekać, pojawia się za to siwowłosa pani,
zapewne żona staruszka. Niezwykle sympatyczna, rezolutna, ale nieco
nieśmiała. Krząta się po podwórzu. Wreszcie podchodzi, zagaduje,
proponuje kawę.
- Będzie mocna i słodka - woła z kuchni. - Postawi cię na nogi po
nieprzespanej nocy.
Kawa jest dokładnie taka, jaką staruszka obiecała. Chwalę napój. Później
zwracam uwagę na piękne meble w pokojach.
- Wiadomo. Imperialne, Mikołajewskie! - podkreśla z dumą. - Od początku
tu były. To znaczy od 1947, kiedy dom zbudowano - mówi z nostalgią,
jakby wspominając stare dobre czasy, które już nie wrócą. A przynajmniej
ona ich nie doczeka.
Niepytana, zaczyna opowiadać o przeszłości. Że ludzie byli lepsi. Że
praca. Że zgoda. Niczego nie brakowało, nie pamięta, żeby ktoś narzekał.
Nie to co teraz, za tej podłej demokracji, która nikomu niczego dobrego
nie dała.
- Już niedługo kolejne wybory... Zobaczymy! - mówi z nieskrywaną
złośliwością, która zupełnie nie pasuje do tej zaradnej, dobrotliwej,
uśmiechniętej i drobnej kobiety.
***
Jak wyznaczyć granice pomiędzy Europą i Azją? Kaukaz, Ural? W Tbilisi
nie jest to takie proste. To od zarania dziejów miasto pogranicza - dom
dla Gruzinów, Greków, Żydów, Rosjan, Abchazów, Arabów, Niemców. Stolica
duchowa Ormian. Kontynenty przetykają się tutaj, kultury przenikają,
granice biegną zygzakami i zakrętasami wzdłuż ulic, zaułków, placów,
podwórek. Granice tworzą się w ludzkich głowach, sposobie mówienia,
myślenia i działania.
W drodze z Kutaisi do Tbilisi zatrzymujemy się na dzban wina domowej
roboty. Dzieci gospodarza śmieją się z naszych zarostów
Cmentarz przy drodze, jadąc z Kutaisi w stronę Swanetii
Wzdłuż alei Szoty Rustawelego, zacienionej równymi rzędami platanów i palm, rozłożyły się dumnie markowe zachodnie sklepy. Rozpanoszyły się
znakomite teatry, nowoczesne muzea, szykowne galerie, modne kafejki.
Wyprężyły i napięły muskuły monumentalne budynki i ich klasycyzujące
fasady. Dawno już nie widać na przestronnych bulwarach karawan z wielbłądami. Rzemieślnicy - rymarze, złotnicy, sprzedawcy dywanów,
druciarze i szewcy - zaprzestali uprawiania swojego fachu wprost na
niebrukowanych ulicach miasta. Ucichł gwar kolorowych bazarów
rozłożonych niegdyś u stóp starożytnej twierdzy Narikała, w dzielnicy
miasta, którą nazywano azjatycką. Tam, gdzie kupcy z różnych stron
świata głośno wychwalali swoje towary: delikatny jedwab z Szyrwanu i Buchary, kosmate futra z Rosji, szykowne dywany z Tebrizu albo groźnie
pobłyskujące w letnim słońcu Kaukazu Południowego dagestańskie sztylety.
Przybywszy na targ, natrafić można było na prawdziwą ludzką mozaikę,
egzotyczną i barwną: azerskich i perskich kupców, którzy dla zabicia
czasu oczyszczali odzież z robactwa; uzbrojonych po zęby w pistolety i noże dumnych Czerkiesów, przed którymi ustępowali nawet Mongołowie,
potomkowie Czyngis-chana. Postrach pośród gruzińskich chłopów budził na
targu brodaty Lezgin, "rozbójnik na urlopie, gdyż przy pierwszem haśle
do rabunku, gotów na nowo napaść na dwory kachetyjskie i uprowadzić z sobą najtłuściejsze barany i najładniejsze dziewoje", jak pisał w wydanych w 1886 roku Szkicach z Gruzji Artur Leist, dziennikarz, jeden
z najważniejszych autorów popularyzujących w Europie historię, kulturę i literaturę Gruzji i Armenii. Konno przybywali tutaj Chewsurowie w swoich
czarno-granatowych kaftanach, noszący wyniośle "w dziki sposób
rozczochrane czapki baranie". Pomiędzy ciżbą przeciskały się dwukołowe
wozy - arby, obładowane towarami, podobnie jak całe karawany
melancholijnych, wpatrzonych w ziemię osłów.
Swoje usługi oferowali tragarze zwani muszami, prężący muskularne
ciała, krzepkie i zdrowe, mimo że ich pożywienie składało się
najczęściej z cebuli i suchego chleba (chętnie ich zatrudniali
przedsiębiorczy ormiańscy handlarze).
Ponad baranimi czapami bazarowej ciżby unosił się głos sprzedawcy wody,
który pokrzykiwał nieustannie Cchali, cchali! ("Wody, wody!"). Musiał
być przy tym czujny, aby oganiać się od zuchwałych złodziejaszków,
próbujących w skwarny dzień dobierać się do skórzanych burdiuków,
przewieszonych przez koński grzbiet, w których sprzedawca przechowywał
swój towar...
Aleja Rustawelego niewiele odziedziczyła po tym dawnym, rozkochanym w targowym życiu, minionym Tyflisie. Egzotycznym mieście, o którym ponad
wiek temu pisał Romuald Klonowski, Polak, który w XIX wieku podróżował
po Kaukazie: "kręte, wąskie, brudne uliczki, z domami o galeriach i mnóstwem sklepików, bazary, karawanseraje, ścisk, zgiełk, skrzyp arb,
karawany mułów, koni, osły z poganiaczami, wszystko to rusza się,
tłoczy, przepycha, kipi jak mrówki w ogromnym mrowisku". Obecnie w powietrzu czuć raczej spaliny zamiast woni wschodniego szafranu,
cynamonu, kardamonu, kandyzowanych cytrusowych owoców i słodyczy o fantastycznych kształtach. Nawet kupcy i rzemieślnicy, którzy zwykli
zajmować się swoją pracą wprost na ulicy, pochowali się po warsztatach.
Spora część z nich zresztą dawno już porzuciła swój fach, nie
zostawiając po sobie spadkobierców.
Nadal jednak aleja Rustawelego - gdy pójdziemy nią w stronę placu
Wolności, zwieńczonego złoconą kolumną ze św. Jerzym uśmiercającym smoka
- przechodzi w malowniczą starówkę. Tutaj też zaczęło się Tbilisi. W tym
miejscu, u stóp potężnej twierdzy, burzone przez Arabów, Mongołów i Persów, uporczywie się odradzało. Najeźdźcy i podbici wspólnie
odbudowywali świątynie, domy, sadzili winorośl. Życie powracało na
utarte koleiny. Zdobywcy układali sobie znośne stosunki z ujarzmionymi,
budowali okazałe rezydencje, wysyłali swoich namiestników. Aż do
kolejnej wojny i następnego podboju.
Cmentarz? Sanktuarium? Nie ma ani daty urodzenia, ani daty śmierci...
Nagrobek nieznajomego
Legenda mówi, że król Wachtang Gorgaslan ("Wilk-Lew"), władca mężny i prawy, często polował pośród pobliskich wzgórz. Zapędził się pewnego
razu, odziany w bogatą zbroję i hełm w kształcie wilczego łba, w okolice
dzisiejszego miasta w pogoni za bażantem, do którego mierzył z łuku.
Postrzelony ptak wpadł do gorącej wody i ugotował się. Inna wersja tej
historii głosi, iż król zasadził się na jelenia. Postrzelone rączą
strzałą zwierzę w desperacji wskoczyło do źródła. Lecznicze wody
sprawiły wówczas, że rana się zabliźniła i jeleń uniknął niechybnej
śmierci. Król zaś, będąc pod wrażeniem tego nadzwyczajnego zdarzenia,
założył u źródeł miasto, nową stolicę, którą nazwał Tbilisi (od
gruzińskiego słowa "tbili" - ciepły), czyli - po naszemu - Cieplice.
Barwną legendę o początkach miasta chętnie powtórzył mi nieoczekiwany i samozwańczy przewodnik - miejscowy robotnik. Szczupły, śniady, w białym
kasku na głowie, układał z grupą współtowarzyszy kostkę brukową.
Zauważył, że szukam drogi do łaźni, co nie było takie proste, bo
wszystko rozkopane wokół przez ten nowy trotuar. Wyjaśnił, że ta
najokazalsza, z orientalnie zdobioną fasadą, z powodu remontu jest
nieczynna. Niestety... Być może nazbyt wyraźne było moje rozczarowanie,
więc jakby w ramach zadośćuczynienia rozpoczął swoją barwną opowieść.
Tak jak stał, z dłońmi szarymi od ziemi, w białym kasku na głowie. Po
prostu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki