Grupa Zero - Christina Larsson

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Kiedy prze­kro­czył próg domu, od razu wy­czuł, że tu byli. Ro­zej­rzał się po przed­po­koju, jakby cze­goś szu­kał, a po­tem cof­nął się o kilka kro­ków, obej­rzał za­mek dźwi­gniowy i fra­mugę drzwi, ale nie za­uwa­żył za­ry­so­wań ani śla­dów wła­ma­nia, które zwró­ci­łyby jego szcze­gólną uwagę. Mimo to był na sto pro­cent prze­ko­nany, że tu byli. Ich obec­ność zdra­dził słaby za­pach na­parst­nicy pur­pu­ro­wej, na­dal uno­szący się w po­wie­trzu. Wszedł do środka, ale nie zdjął ubra­nia ani za­śnie­żo­nych bu­tów, które zo­sta­wiały na pod­ło­dze ka­łuże i po­woli top­nie­jące błoto. Za­zwy­czaj za­cho­wuje da­leko po­su­niętą ostroż­ność i do­kład­nie spraw­dza, co się wo­kół niego dzieje, ale tym ra­zem zro­bił wy­ją­tek, uznaw­szy, że ta­kie środki ostroż­no­ści są zbędne.

Przy­mknął oczy i głę­boko od­dy­chał, żeby za­pa­no­wać nad pa­niką. Nie wie­dział, co go czeka w środku. Dwa razy prze­łknął ślinę i wszedł do du­żego po­koju. Na sto­liku przy ka­na­pie stała wy­ko­nana ze stali nie­rdzew­nej i wy­peł­niona do po­łowy wodą okrą­gła waza w kształ­cie nerki. Le­żał w niej ró­żo­wo­fio­le­towy bu­kiet kwia­tów uło­żo­nych w kształ­cie tar­czy ze­gara z ło­dy­gami za­nu­rzo­nymi w wo­dzie. Męż­czy­zna miał na­dzieję, że o nim za­po­mnieli, że ten dzień już nie przyj­dzie, bo od tam­tych wy­da­rzeń upły­nęło wiele lat. Za wszystko od­po­ku­to­wał, a póź­niej także za­pła­cił. Na po­czątku pie­niędzmi, a po­tem na inne spo­soby, żeby za­dość­uczy­nić róż­nym lu­dziom, któ­rzy na­wet nie wie­dzieli, że stali się be­ne­fi­cjen­tami jego do­brych uczyn­ków. W jego śro­do­wi­sku uwa­żano go za po­rząd­nego czło­wieka, ale nikt na­wet nie po­dej­rze­wał, jaką cenę mu­siał za to pła­cić. Jedno wie­dział na pewno: ni­czego nie ża­ło­wał. Ro­zej­rzał się po zna­jo­mym po­koju, w któ­rym stały rów­nie zna­jome me­ble: ka­napa, sto­lik za­pro­jek­to­wany przez Carla Malm­stena i fo­tel typu Häg­g­bom, prze­zna­czony dla osób o dłu­gich no­gach i wy­so­kich ple­cach. Ta­kich jak on. "Ulu­bie­niec, który wier­nie to­wa­rzy­szy swemu na­bywcy do końca ży­cia, spra­wia mu praw­dziwą ra­dość, służy do od­po­czynku i sa­mo­do­sko­na­le­nia". Wła­śnie ta­kie ha­sło re­kla­mowe znaj­do­wało się w ogło­sze­niu, kiedy przed laty ku­piono ten fo­tel i resztę me­bli. Po­sta­wił teczkę na pod­ło­dze i po­tarł dłońmi twarz. Po co w ogóle wraca my­ślami do ja­kie­goś sta­rego fo­tela? I to w ta­kiej chwili? Może jego mózg chce go od­ciąć od rze­czy­wi­sto­ści?

Ze­brał siły i wró­cił do przed­po­koju. Zdjął buty oraz kurtkę i po­wie­sił ją na wie­szaku, a sza­lik i rę­ka­wiczki po­ło­żył na półce na czapki. Spoj­rzał prze­lot­nie w lu­stro i stwier­dził, że dziw­nie się sku­lił, ma ma­towy wzrok i zwiot­czałe ręce. Od razu po­czuł się stary i nie­do­łężny. Po­my­ślał, że to chyba ko­niec, że wszystko mu te­raz od­biorą. A prze­cież nie musi tak być. Jesz­cze nie. Za­ci­snął szczęki, wy­pro­sto­wał się i jesz­cze raz spoj­rzał w lu­stro. Na myśl o tym, jaki ma wy­bór, za­śmiał się do sie­bie. Za­brzmiało to pu­sto, bo sam się pu­sto czuł, ale mimo wszystko... Miał do wy­boru trzy moż­li­wo­ści, jak w po­pu­lar­nej grze: je­dynkę, krzy­żyk albo dwójkę. Je­dynka ozna­czała, że zlek­ce­waży ostrze­że­nie, co może się skoń­czyć pu­blicz­nym po­ni­że­niem, po któ­rym bę­dzie trak­to­wany jak pa­rias i wy­rzu­tek. Krzy­żyk ozna­czał dzia­ła­nie i sta­no­wił je­dyny spo­sób na to, żeby uchro­nić bli­skie mu osoby od zła i skut­ków de­cy­zji, która nie zo­stała jesz­cze pod­jęta, jak rów­nież od de­cy­zji, które pod­jął dawno temu.

Ni­czego nie ża­łuje. Cie­kawe, czy gdyby ci, któ­rym to wszystko uczy­nił, po­znali prawdę, po­pa­trzy­liby na niego ina­czej. Może by zro­zu­mieli jego mo­tywy? Tego się nie­stety nie do­wie, bo to ta­jem­nica i ta­jem­nicą musi po­zo­stać.

Je­śli wy­bie­rze dwójkę, wszystko się skoń­czy i ni­gdy wię­cej nie bę­dzie się mu­siał o nic mar­twić. Skoń­czą się lata stra­chu i po­czu­cia winy, ale jego ży­cie też do­bie­gnie końca. Dwójka ozna­cza sa­mo­za­gładę, choć by­łaby naj­prost­szym i naj­lep­szym wy­bo­rem, bo mógłby ochro­nić tych, dla któ­rych ra­to­wa­nia tyle kie­dyś uczy­nił. Nie­stety to byłby też jego ko­niec.

W cza­sie tych roz­wa­żań do­stał ese­mesa. Nie­chęt­nie go otwo­rzył i prze­czy­tał znaj­du­jące się w nim po­le­ce­nie. Głę­boko wes­tchnął i wy­dał pły­nący z głębi du­szy ża­ło­sny dźwięk. Usiadł na pod­ło­dze, sku­lił się i tak mocno za­ci­snął po­wieki, że po­czuł ból. Znowu każą mu wy­brać ko­goś, kto bę­dzie mu­siał umrzeć. To się chyba ni­gdy nie skoń­czy, a on ni­gdy nie bę­dzie wolny.

Roz­dział 1

Po­nie­dzia­łek, 1 marca

Go­dzina 14.59

Do wy­boru miała pięć­dzie­siąt pięć za­le­głych, nie­roz­wią­za­nych spraw. Ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej In­grid Berg­man jesz­cze raz przej­rzała spis sta­rych do­cho­dzeń w spra­wie za­bójstw, w któ­rych nie udało się usta­lić po­dej­rza­nego ani po­wią­zać ni­kogo z tymi zbrod­niami. Chciała do­ko­nać pra­wi­dło­wego wy­boru, bo wie­działa, że z chwilą, gdy to uczyni, na nic in­nego nie bę­dzie miała czasu. Teo­re­tycz­nie wszyst­kie nie­roz­wią­zane sprawy są tak samo ważne, ale to tylko teo­ria. Chciała się za­jąć czymś, co ją po­ru­szy, wzbu­dzi cie­ka­wość, bę­dzie praw­dzi­wym wy­zwa­niem. Na wstępne za­po­zna­nie się z opi­sem spraw po­świę­ciła pra­wie ty­dzień, po­nie­waż ro­biła to po­woli i me­to­dycz­nie. Skre­ślała jedną sprawę po dru­giej, aż zo­stały trzy. Po­tem po­szła do swo­jego bez­po­śred­niego prze­ło­żo­nego, na­czel­nika wy­działu, Al­berta Ting­ströma, oznaj­miła mu, że do­ko­nała wy­boru, i po­in­for­mo­wała, któ­rymi spra­wami za­mie­rza się za­jąć. Mimo to wciąż nie była pewna, czy jej wy­bór był wła­ściwy, i na­wet się za­sta­na­wiała, czy o tym z kimś nie po­roz­ma­wiać.

My­ślami wró­ciła do roz­mowy, którą od­była z Ting­strömem przed dwoma ty­go­dniami. Sama do niego za­dzwo­niła i po­pro­siła o spo­tka­nie. Chciała się wy­rwać z domu i wró­cić do pracy, bo czuła, że jest jej to po­trzebne. Jej córka, Nora, skoń­czyła wła­śnie pół roku. W cza­sie roz­mowy z Ting­strömem usta­lili, jak bę­dzie wy­glą­dać jej tym­cza­sowa praca. Berg­man wie­działa z do­świad­cze­nia, że roz­wią­zy­wa­nie trud­nych spraw nie po­lega na sa­mej fi­zycz­nej obec­no­ści na ko­men­dzie, bo trzeba się też wy­ka­zać wy­sił­kiem in­te­lek­tu­al­nym. Ting­ström po­dzie­lił jej punkt wi­dze­nia. Za­ofe­ro­wał jej pracę na pół etatu i za­pro­po­no­wał, żeby się za­jęła sta­rymi spra­wami, które od kilku mie­sięcy cze­kały w ko­lejce. Obie­cał, że przy­dzieli jej do po­mocy jed­nego lub dwóch śled­czych i tech­nika kry­mi­na­li­stycz­nego. Berg­man nie wie­działa, z kim jej przyj­dzie pra­co­wać, ale miała na­dzieję, że bę­dzie to ktoś z jej daw­nej ekipy śled­czej w Wy­dziale do spraw Za­bójstw. Spoj­rzała na ze­ga­rek i gło­śno za­klęła. Czas tak szybko pły­nie. Po­winna już iść do domu, bo je­śli się spóźni, Adam znowu bę­dzie nie­za­do­wo­lony. Po dro­dze zrobi za­kupy, bo o szó­stej mają do niej wpaść z wi­zytą jej dwie naj­lep­sze przy­ja­ciółki, Ewa i He­lene, które za­pro­siła na ko­la­cję.

Nie­chęt­nie wy­jęła z kie­szeni ma­ry­narki te­le­fon, za­dzwo­niła do ar­chi­wum po­li­cyj­nego i za­mó­wiła se­gre­ga­tory ze stresz­cze­niem trzech nie­roz­wią­za­nych spraw, które wy­brała spo­śród pół setki in­nych. Wło­żyła kurtkę i ocią­ga­jąc się, wy­szła z po­koju. Wo­la­łaby tu zo­stać, żeby się za­jąć pracą, bo po­wrót do biura po sze­ściu mie­sią­cach urlopu ma­cie­rzyń­skiego bar­dzo ją ucie­szył. Lubi po­li­cyjny rytm, po­trze­buje go dla lep­szego sa­mo­po­czu­cia. W bu­dynku czuła się tak, jakby ściany ko­mendy były za­im­pre­gno­wane ad­re­na­liną. Wszy­scy o czymś roz­ma­wiali, bie­gali po ko­ry­ta­rzach, roz­ma­wiali przez te­le­fon i jak zwy­kle na­rze­kali na kiep­ską kawę z au­to­matu. Czuła się tu bez­piecz­nie, jakby to był jej praw­dziwy dom. Z dala od pie­luch i nie­prze­spa­nych nocy.

Roz­dział 2

Po­nie­dzia­łek, 1 marca

Go­dzina 18.07

Głos do­bie­ga­jący z gło­śni­ków po­in­for­mo­wał pa­sa­że­rów, że po­ciąg do­trze wkrótce na Dwo­rzec Główny w Göte­borgu. Osoba, która wy­gła­szała tę for­mułkę, po­dzię­ko­wała im też za wspólną po­dróż i ży­czyła mi­łego dnia.

- Co za bez­czel­ność! - mruk­nęła Mar­ga­reta Bo­lin­der, bo po­ciąg, któ­rym je­chała, miał pra­wie pięć go­dzin opóź­nie­nia, a smród z prze­peł­nio­nej to­a­lety wy­czu­walny był chyba we wszyst­kich prze­dzia­łach. W wa­go­nie re­stau­ra­cyj­nym za­bra­kło dań i na­po­jów i zo­stał po pro­stu za­mknięty. Nie można było ku­pić na­wet kubka kawy. Kon­duk­tor po­in­for­mo­wał pa­sa­że­rów, że po­wo­dem opóź­nie­nia były ob­fite opady śniegu, które do­pro­wa­dziły do awa­rii zwrot­nic i kło­po­tów z trak­cją elek­tryczną, która po­kryła się war­stwą lodu. Bo­lin­der uznała ta­kie tłu­ma­cze­nie za zwy­kłe wy­mówki. Prze­cież to nie no­wina, że zimą w Szwe­cji pada śnieg i pa­nuje mróz. Taka po­goda ni­kogo nie po­winna dzi­wić. Może pra­cow­nicy ko­lei mo­gliby po­roz­ma­wiać z kimś z jej po­ko­le­nia? W la­tach jej mło­do­ści roz­ma­wiano ze star­szymi ludźmi, żeby wy­ko­rzy­stać ich mą­drość i do­świad­cze­nie, ale te­raz nikt już tego nie robi. Wy­gląda na to, że w dzi­siej­szych cza­sach li­czy się tylko bez­myślna mło­dzież, no­winki i trudna w sto­so­wa­niu tech­no­lo­gia. Za jej cza­sów było ina­czej, bo tym, któ­rzy mieli choć tro­chę oleju w gło­wie, wszy­scy oka­zy­wali sza­cu­nek. Lu­dzie, któ­rzy są od­po­wie­dzialni za kur­so­wa­nie po­cią­gów, po­winni po­czy­tać o daw­nych cza­sach, kiedy dzięki pracy ko­le­ja­rzy składy kur­so­wały zgod­nie z roz­kła­dem jazdy. Tyle że wtedy za ko­leje od­po­wie­dzialne było pań­stwo.

Gło­śno prych­nęła i tak ener­gicz­nie po­trzą­snęła głową, że włosy jej się za­trzę­sły, cho­ciaż przed wy­jaz­dem spry­skała je spre­jem, żeby się nie roz­sy­pały. Te­raz już wie, że nie po­winna była je­chać po­cią­giem. Le­piej było od­być tę po­dróż sa­mo­cho­dem, ale zre­zy­gno­wała z tego za­miaru, bo od pew­nego czasu cierpi na "ła­godne po­ło­że­niowe za­wroty głowy", jak stwier­dził pe­wien młody le­karz, który nie­dawno ją ba­dał. Wo­lała więc nie ry­zy­ko­wać i za­miast po­je­chać z Öre­bro do Göte­borga sa­mo­cho­dem, wy­brała po­ciąg.

Kiedy skład wje­chał na dwo­rzec, wy­sia­dła z wa­gonu i po­sta­wiła wa­lizkę na pe­ro­nie, żeby za­wią­zać sza­lik i za­piąć płaszcz. Na twa­rzy czuła po­dmu­chy ostrego, mroź­nego po­wie­trza. Ostatni raz była w Göte­borgu w roku dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim. Zdu­mio­nym wzro­kiem roz­glą­dała się po dworcu, który od tam­tego czasu bar­dzo się zmie­nił. Szu­kała wzro­kiem ta­bli­czek kie­ru­ją­cych do wyj­ścia na plac Drot­t­ning­tor­get i do Brun­n­spar­ken. Wie­działa, że jest tam przy­sta­nek tram­wa­jowy, z któ­rego bę­dzie mo­gła do­je­chać na miej­sce. Jej uwagę przy­kuła grupka owi­nię­tych w koce że­bra­ków, któ­rzy sie­dzieli przy słu­pach i przy ścia­nach. Przed nimi stały kar­to­nowe kubki, do któ­rych ktoś co pe­wien czas wrzu­cał pie­nią­dze. Nie­któ­rzy trzy­mali zdję­cia swo­ich dzieci i wy­mow­nie wska­zy­wali je ręką. Bo­lin­der za­uwa­żyła, że szu­kali z nią kon­taktu wzro­ko­wego, jakby chcieli ją za­chę­cić, żeby wrzu­ciła im do kub­ków parę ko­ron. "Jesz­cze czego!" - po­my­ślała, bo dla niej była to kwe­stia za­sad. Nie po­świę­ca­jąc im wię­cej uwagi, po­szła da­lej ze wzro­kiem wpa­trzo­nym przed sie­bie. Wszę­dzie stały grupki ciem­no­skó­rych męż­czyzn, któ­rzy prze­stę­po­wali z nogi na nogę, pró­bu­jąc się ogrzać. Pa­lili pa­pie­rosy i za­jęci byli swo­imi te­le­fo­nami. "Imi­granci. Czar­nu­chy. Obrzy­dliwe!" Po­sta­no­wiła uda­wać, że ich nie wi­dzi. "Wra­caj­cie do swo­ich kra­jów" - po­wie­działa w my­ślach. "Prze­stań­cie na nas pa­so­ży­to­wać". Czy­tała o nich w ga­ze­tach i oglą­dała pro­gramy w te­le­wi­zji. W Malmö prze­jęli nie­które dziel­nice i oku­pują parki ob­ło­żeni ca­łym swoim do­byt­kiem. Przy­je­chali do Szwe­cji, żeby żyć za darmo z tego, na co ona i inni oby­wa­tele tego kraju przez całe ży­cie ciężko pra­co­wali. Wielu z nich twier­dzi, że są jesz­cze dziećmi, cho­ciaż mają mę­ski za­rost. Ćpają, żyją z kra­dzieży i się pro­sty­tu­ują. Kradną na po­tęgę i pew­nie się śmieją z głu­pich, na­iw­nych Szwe­dów. Roz­glą­dała się po dworcu i nie mo­gła się na­dzi­wić, że jest tu tak samo jak w Malmö.

Szyb­kim kro­kiem ru­szyła do wej­ścia. Do­piero w środku po­czuje się bez­piecz­nie, bo prze­cież ta­kim jak oni chyba nie wolno tam prze­by­wać. Drzwi otwo­rzyły się au­to­ma­tycz­nie i z ulgą we­szła do roz­świe­tlo­nego gma­chu hali. Prze­szła kil­ka­na­ście kro­ków i sta­nęła, żeby się ro­zej­rzeć. Po­dzi­wiała piękne, wy­soko skle­pione, szklane da­chy, kute ży­ran­dole i za­cho­waną z daw­nych cza­sów dę­bową okła­dzinę. Stary, oka­zały dwo­rzec z po­łowy dzie­więt­na­stego wieku był naj­lep­szym przy­kła­dem na to, jak się wtedy bu­do­wało z my­ślą o lu­dziach, któ­rym ta­kie miej­sce miało słu­żyć przez wiele lat. Li­czyła się ja­kość. Za­trzy­mała wzrok na szka­rad­nych schow­kach z sza­rej bla­chy, które stały wzdłuż ściany i swym wy­glą­dem psuły całe wra­że­nie. Że też ni­komu nie przy­szło na myśl, żeby je ja­koś za­kryć albo po­sta­wić inne, które się le­piej wto­pią w oto­cze­nie. Na­gle uj­rzała męż­czy­znę w swoim wieku, który pró­bo­wał otwo­rzyć je­den ze schow­ków. W jed­nej dłoni trzy­mał kartkę, drugą pró­bo­wał wpi­sać kod i szar­pał za uchwyt. Z jego ner­wo­wych ru­chów prze­bi­jała fru­stra­cja, bo drzwiczki nie chciały się otwo­rzyć, więc spró­bo­wał jesz­cze raz. Bo­lin­der nie spusz­czała go z oczu, bo jego ru­chy, a zwłasz­cza wy­ma­chy rąk, wy­dały jej się zna­jome. Twa­rzy nie wi­działa, bo męż­czy­zna stał ple­cami do niej. W końcu otwo­rzył scho­wek i wło­żył do niego ter­mo­box.

Bo­lin­der nie wie­działa, do czego ta­kie ter­mo­boxy służą, ale męż­czy­znę roz­po­znała od razu. In­stynk­tow­nie się od­wró­ciła, wbiła wzrok w pod­łogę i wy­szła z hali tym sa­mym wej­ściem, przez które się tu do­stała. Roz­bo­lało ją serce, za­schło jej w ustach, z tru­dem od­dy­chała. Na­gle ktoś ją chwy­cił i po­czuła, że ob­szu­kują ją czy­jeś ręce. Pró­bo­wała się wy­rwać, ale czar­nu­chy były wszę­dzie. Bił od nich za­pach pa­pie­ro­sów i słod­kawy smród potu. Zro­biło jej się nie­do­brze, za­war­tość żo­łądka po­de­szła jej pod gar­dło. Chciała we­zwać po­mocy, ale nie mo­gła wy­do­być głosu. Po­czuła falę cie­pła i chwilę póź­niej upa­dła bez­wład­nie na zie­mię, a przed oczami zro­biło jej się ciemno.

Roz­dział 3

Po­nie­dzia­łek, 1 marca

Go­dzina 18.30

Adam się po­chy­lił i za­brał Norę z ko­lan In­grid. Dziew­czynka skoń­czyła przed chwilą pić po­karm z bu­telki.

- Po­łożę ją do łó­żeczka, że­by­śmy mo­gli zjeść w spo­koju - po­wie­dział i wy­szedł z małą na rę­kach. Berg­man, Ewa i He­lene zo­stały same.

- Wy­gląda na to, że się wdro­żył - za­uwa­żyła z wy­mow­nym uśmie­chem He­lene. - Czy on jest za­do­wo­lony, że prze­bywa na urlo­pie ta­cie­rzyń­skim?

- Bar­dziej niż ja - od­po­wie­działa Berg­man, na­kry­wa­jąc do stołu. - W prze­ci­wień­stwie do mnie jest uoso­bie­niem cier­pli­wo­ści. Wiem, że to może za­brzmieć głu­pio, ale kiedy idzie do pracy, a ja zo­staję z Norą, po ca­łych dniach się nu­dzę. Nie mogę so­bie zna­leźć miej­sca i nie wiem, co z sobą po­cząć.

- W wol­nych chwi­lach mo­gła­byś coś upiec, za­brać się do ro­bie­nia prze­two­rów owo­co­wych, uszyć nowe fi­ranki albo wy­ha­fto­wać po­szwy na po­duszki - za­su­ge­ro­wała Ewa i spoj­rzała nie­win­nym wzro­kiem na He­lene, która od razu pod­chwy­ciła ten wą­tek.

- Mo­gła­byś też ku­pić kilka ro­ślin do­nicz­ko­wych, żeby je póź­niej pie­lę­gno­wać - stwier­dziła z uśmie­chem. - Kak­tusy nie wy­ma­gają wiele pracy.

- Tak my­śli­cie? - upew­niła się Berg­man. - A może po­win­nam się za­pi­sać na kurs "Jak być grzecz­nym i sym­pa­tycz­nym go­ściem, żeby nie zo­stać wy­rzu­co­nym przez go­spo­dy­nię na ulicę?".

- Tego nie mu­sisz ro­bić - od­parła z uśmie­chem He­len. - Uwa­żam, że po­win­naś się trzy­mać tra­dy­cyj­nych za­jęć do­mo­wych dla ko­biet, które są na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim. Je­śli Nora już w tak mło­dym wieku na­uczy się wy­rzu­cać go­ści na ulicę, źle to może na nią wpły­nąć. Mo­głaby wpaść na po­mysł, żeby w do­ro­słym wieku wstą­pić do po­li­cji albo wy­brać ja­kiś inny ty­powo ko­biecy za­wód. Jak my­śli­cie?

Berg­man po­krę­ciła z uśmie­chem głową. Co ona by zro­biła bez ta­kich przy­ja­ció­łek jak Ewa i He­lene? Za­wsze może na nie li­czyć, na do­bre i na złe. Grają z nią w golfa, wy­słu­chują tego, co im opo­wiada o swo­ich spra­wach, spo­ty­kają się z nią i za­wsze są w do­brym hu­mo­rze, cho­ciaż ona nie za­wsze jest dla nich taka, jaka po­winna być, po­nie­waż na­dal zbyt dużo czasu po­święca na pracę, która jest dla niej waż­niej­sza niż wszystko inne. Na szczę­ście mał­żeń­stwo z Ada­mem i przyj­ście na świat Nory ni­czego w jej re­la­cjach z przy­ja­ciół­kami nie zmie­niły. Prze­ciw­nie: stały się so­bie jesz­cze bar­dziej bli­skie.

- Żarty na bok - po­wie­działa He­lene. - Masz już za sobą cały ty­dzień pracy. Jak było?

Berg­man wzru­szyła ra­mio­nami i otwo­rzyła bu­telkę wina.

- Cał­kiem do­brze. Po­mysł jest taki, że­bym się za­jęła daw­nymi spra­wami, które na­dal po­zo­stają nie­roz­wią­zane. Jest ich cał­kiem sporo. Tech­nika po­su­nęła się do przodu, mamy do dys­po­zy­cji co­raz wię­cej no­wo­cze­snych roz­wią­zań. Naj­pierw trzeba prze­pro­wa­dzić do­kładną ana­lizę śla­dów, bo wów­czas nie za­wsze było to moż­liwe. To tro­chę tak jak w se­rialu Kry­mi­na­lne za­gadki Las Ve­gas. A co u cie­bie, He­lene? Na­dal masz tyle pracy?

He­lene po­smut­niała na twa­rzy.

- Nie wiem, w co ręce wło­żyć. Tra­fia do nas co­raz wię­cej dzieci o nie­usta­lo­nej toż­sa­mo­ści. Pro­szą nas o ubra­nia, je­dze­nie, po­moc me­dyczną i inne rze­czy. Sy­tu­acja staje się alar­mu­jąca, bo stale ich przy­bywa, a nas cią­gle jest za mało. Każ­dego dnia mamy do czy­nie­nia z bez­dom­nymi, bez­ro­bot­nymi, psy­chicz­nie cho­rymi, sa­mot­nymi mat­kami i in­nymi oso­bami, które z róż­nych po­wo­dów są w po­trze­bie i mają prawo li­czyć na po­moc ze strony spo­łe­czeń­stwa. Nie­stety na­sze pań­stwo za­wo­dzi, a po­li­tycy prze­zna­czają na taką po­moc za mało środ­ków. Opieka spo­łeczna jest tak nie­wy­dolna, że co­raz wię­cej osób tra­fia do nas.

- Całe szczę­ście, że im po­ma­ga­cie - po­wie­działa Ewa, kle­piąc He­lene po ra­mie­niu. - A jak ty się w tym od­naj­du­jesz? Nie wi­dzę zbyt du­żego en­tu­zja­zmu.

- Ja­koś to wy­trzy­muję, bo po pracy mogę zo­sta­wić te wszyst­kie pro­blemy za sobą i wró­cić do domu. Miesz­kam sama i nie mu­szę się z ni­kim tło­czyć. Wy­star­czy za­mknąć drzwi na klucz. Kiedy je­stem głodna, za­ma­wiam je­dze­nie do domu, a kiedy cho­ruję, idę do le­ka­rza. Wy­ko­nuję pracę, która spra­wia mi ra­dość, mam grono przy­ja­ciół i nie­źle za­ra­biam. Kiedy czuję, że ta­kie ży­cie mnie nu­dzi, re­zer­wuję ho­tel i jadę na kilka ty­go­dni za gra­nicę, gdzie je­stem trak­to­wana jak ważny gość.

- Nie po­znaję cię - stwier­dziła Berg­man. Usia­dła przy stole i na­lała wina do kie­lisz­ków. - Ni­gdy nie by­łaś taka cy­niczna. Na pewno wszystko u cie­bie w po­rządku?

- Szcze­rze mó­wiąc, nie wiem, czy na­dal po­tra­fię po­go­dzić się z tym, z czym mam do czy­nie­nia na co dzień. Je­śli jed­nak któ­re­goś dnia uznam, że nie je­stem w sta­nie dłu­żej po­ma­gać lu­dziom, wspie­rać ich ani wal­czyć o tych, któ­rzy są w naj­gor­szej sy­tu­acji, ktoś bę­dzie mu­siał mnie za­stą­pić i ha­ro­wać tak ciężko jak ja.

- Może pora zmie­nić pracę? - spy­tała Ewa.

- Nie są­dzę... Zo­stawmy jed­nak w spo­koju moją skromną osobę i po­roz­ma­wiajmy o czymś przy­jem­niej­szym.

- Przy­jem­niej­szym od czego? - spy­tał Adam, wcho­dząc do kuchni. - Może o uro­czy­sto­ści nada­nia imie­nia na­szej có­reczce?

Pod­szedł do pie­cyka i wy­jął z niego gar­nek z la­sa­gne. Po kuchni roz­szedł się za­pach czosnku i chili, który spra­wił, że trzy przy­ja­ciółki całą swoją uwagę sku­piły na na­czy­niu, które Adam po­sta­wił na stole. Ze sto­ją­cej w zle­wo­zmy­waku mi­ski z sa­łatką zdjął fo­lię spo­żyw­czą, wy­jął z lo­dówki dres­sing, prze­mie­szał go i po­lał nim sa­łatkę. Po­sta­wił ją na stole i usiadł obok Berg­man.

- Wspa­niały za­pach! - oce­niła Ewa. Po­cią­gnęła gło­śno no­sem i uśmiech­nęła się te­atral­nie do Adama. - Nie zda­jesz so­bie sprawy, jak ciężko nam było z In­grid, za­nim cię po­znała. Je­dze­nie, które nam ser­wo­wała, było tra­giczne. Kiedy nas za­pra­szała na obiad albo na ko­la­cję, ry­zy­ko­wa­ły­śmy ży­ciem. Ba­ły­śmy się, że może się to skoń­czyć za­tru­ciem po­kar­mo­wym.

Berg­man unio­sła wzrok.

- No pro­szę. Ja­koś nie za­uwa­ży­łam, że­by­ście kie­dy­kol­wiek cu­dem unik­nęły śmierci. Pew­nie dla­tego, że w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu przy­pad­kach na sto je­dze­nie po­cho­dziło z ca­te­ringu.

- Je­den przy­pa­dek na sto to i tak o je­den za dużo - od­parła Ewa, stu­ka­jąc He­lene łok­ciem w bok. - Mam ra­cję?

- Ja­sne. Za każ­dym ra­zem w jed­nej ręce trzy­ma­łam wi­de­lec, a w dru­giej te­le­fon z pal­cem na nu­me­rze alar­mo­wym.

- W ta­kim ra­zie bar­dzo się cie­szę, że je­stem dla In­grid tak nie­od­zowny - za­śmiał się Adam, a trzy przy­ja­ciółki mu za­wtó­ro­wały. - Ży­czę smacz­nego. A te­raz, za­nim zmie­ni­cie te­mat, po­roz­ma­wiajmy o na­szej uro­czy­sto­ści. Wy­pijmy za to.

Cała czwórka unio­sła kie­liszki, pa­trząc so­bie zgod­nie ze zwy­cza­jem w oczy.

- Za Norę i jej ro­dzi­ców - po­wie­działa He­lene.

- Za Norę i jej ro­dzi­ców chrzest­nych - od­parła Berg­man.

- Za­po­mnia­łem ci o czymś po­wie­dzieć - rzu­cił Adam, gdy od­sta­wili kie­liszki na stół. - Wczo­raj dzwo­niła do mnie twoja mama. Nie wie­dzia­łem, że chcesz ją za­pro­sić na uro­czy­stość. Nic nie mó­wi­łaś, że zmie­ni­łaś plany.

Berg­man odło­żyła sztućce i spoj­rzała na niego zdzi­wio­nym wzro­kiem.

- O czym ty mó­wisz? - spy­tała.

- Że twoja mama przy­jęła za­pro­sze­nie. Po­do­bno pró­bo­wała się do cie­bie do­dzwo­nić, żeby po­twier­dzić przy­jazd, ale nie od­bie­ra­łaś, więc skon­tak­to­wała się w tej spra­wie ze mną.

- Aku­rat ty wiesz naj­le­piej, jak ona po­trafi ma­ni­pu­lo­wać ludźmi. Co jej po­wie­dzia­łeś?

- Że jest mile wi­dziana. My­śla­łem, że zmie­ni­łaś zda­nie i ją za­pro­si­łaś.

- Skąd ci to przy­szło do głowy? Prze­cież wiesz, jak mnie po­trak­to­wała.

Adam spoj­rzał na In­grid, ale ona wy­trzy­mała jego wzrok. Od­wró­cił się więc do Ewy i He­lene i stwier­dził zre­zy­gno­wany:

- Wy­bacz­cie.

Za­brał swój ta­lerz, sztućce i kie­li­szek, po­szedł do sa­lonu, usiadł na ka­na­pie i włą­czył te­le­wi­zor.

Berg­man trza­snęła pię­ścią w stół. Zro­biła to z taką siłą, że wino w kie­lisz­kach roz­lało się na blat.

- Moja matka jest cho­ler­nie sprytna. Do­brze wie, co zro­bić, żeby wszy­scy tań­czyli, jak im za­gra. Jest spe­cja­listką od skłó­ca­nia lu­dzi, któ­rzy po­tem zwra­cają się prze­ciwko so­bie, pod­czas gdy ona wy­cho­dzi z ta­kich sy­tu­acji w roli nie­win­nej ofiary.

- Ale to nie była wina Adama - za­uwa­żyła He­len. - Idź do niego.

Berg­man ski­nęła głową i za­mru­gała oczami, żeby po­wstrzy­mać łzy. Prze­su­nęła dło­nią po czole i po chwili na­my­słu do­szła do wnio­sku, że to sprawka An­dersa albo Pe­tera. Któ­ryś z jej braci się wy­ga­dał, że w nie­dzielę ma się od­być świecka ce­re­mo­nia nada­nia No­rze imie­nia. Berg­man wie­działa, że nie po­winna być na nich zła, a tym bar­dziej nie po­winna mieć pre­ten­sji do Adama. Po pro­stu stra­ciła nad sobą pa­no­wa­nie. Wia­do­mość o nie­spo­dzie­wa­nej wi­zy­cie matki wy­pro­wa­dziła ją z rów­no­wagi. Była zde­gu­sto­wana jej podłą sztuczką.

- Wy­bacz­cie - po­wie­działa, wsta­jąc od stołu. - Po­roz­ma­wiamy o na­szej ce­re­mo­nii kiedy in­dziej. Obie­cuję, że do was za­dzwo­nię.

Roz­dział 4

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 08.01

- Wczo­raj wie­czo­rem na Dworcu Głów­nym w Göte­borgu do­szło do na­padu ra­bun­ko­wego, któ­rego ofiarą pa­dła star­sza ko­bieta - po­wie­dział in­spek­tor po­li­cji kry­mi­nal­nej Vi­king Jo­hans­son, roz­po­czy­na­jąc od­prawę. W sali ze­brali się też dwaj po­zo­stali człon­ko­wie jego ekipy śled­czej, a mia­no­wi­cie Nina Ha­mil­ton i Tho­mas Al­freds­son, funk­cjo­na­riusz z Wy­działu do spraw Za­bójstw. Oboje za­pa­rzyli so­bie przed spo­tka­niem kawę, a kubki stały te­raz przed nimi. - Je­den ze straż­ni­ków ko­le­jo­wych we­zwał ka­retkę. Po­li­cja zo­stała po­in­for­mo­wana o zda­rze­niu do­piero dzi­siaj rano. Za­dzwo­nił do nas ktoś ze szpi­tala Sahl­gren­ska, kiedy ko­bieta od­zy­skała przy­tom­ność. Zo­rien­to­wała się, że stra­ciła ze­ga­rek, port­fel, złoty na­szyj­nik i te­le­fon ko­mór­kowy, który miała w to­rebce. Ob­ra­że­nia ciała i uraz głowy, któ­rych do­znała, świad­czą, że na­pad miał mo­tyw ty­powo ra­bun­kowy. Całe zda­rze­nie mo­gły za­re­je­stro­wać ka­mery mo­ni­to­ringu.

Jo­hans­son zro­bił pauzę, żeby jego słowa wła­ści­wie wy­brzmiały.

- Prze­cież to nie jest sprawa dla na­szego wy­działu - za­uwa­żyła Ha­mil­ton.

- Nie, ale tra­fiła do nas na po­le­ce­nie re­gio­nal­nego ko­men­danta po­li­cji. Od tej pory nasz wy­dział ma się zaj­mo­wać wszyst­kimi prze­stęp­stwami po­wią­za­nymi z imi­gran­tami i prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną.

Jo­hans­son znowu zro­bił pauzę, wrę­czył każ­demu po cien­kiej teczce, wy­jął kartkę i prze­czy­tał na głos jej treść:

- Ofiarą na­padu jest sie­dem­dzie­się­cio­trzy­let­nia Mar­ga­reta Bo­lin­der z Öre­bro. Roz­wią­za­nie tej sprawy nie po­winno nam za­brać dużo czasu. Po­pro­simy o po­moc nasz dział tech­niczny.

- Co to są "prze­stęp­stwa po­wią­zane z imi­gran­tami"?

- Ko­bieta twier­dzi, że na­pa­dła ją banda mło­dych lu­dzi ob­cego po­cho­dze­nia. Wy­bie­ram się do szpi­tala, żeby ją prze­słu­chać.

- W ta­kim ra­zie ja i Nina przej­rzymy na­gra­nia z ka­mer mo­ni­to­ringu i po­roz­ma­wiamy ze straż­ni­kiem dwor­co­wym. Czy są ja­cyś świad­ko­wie tego zda­rze­nia?

- Z tego, co wiem, nikt się z nami nie skon­tak­to­wał, ale mam na­dzieję, że ktoś to w końcu zrobi. Spy­taj­cie cen­trali, czy ktoś nie dzwo­nił w tej spra­wie. Po­roz­ma­wiaj­cie z per­so­ne­lem re­stau­ra­cji, ka­wiarń i skle­pów na dworcu, może coś wi­dzieli. Ja­kieś pro­po­zy­cje?

Al­freds­son i Ha­mil­ton po­pa­trzyli na sie­bie i po­krę­cili gło­wami.

- W ta­kim ra­zie wi­dzimy się o trze­ciej - za­koń­czył Jo­hans­son i spoj­rzał na ze­ga­rek. - W ra­zie czego dzwoń­cie.

Roz­dział 5

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 08.30

Berg­man z tru­dem stłu­miła ziew­nię­cie. Przy­szła do ar­chi­wum, żeby ode­brać se­gre­ga­tory, które za­mó­wiła na dzi­siaj po­przed­niego dnia przed wyj­ściem z biura. W nocy nie­wiele spała. Adam znowu był w złym hu­mo­rze. Ostat­nio co­raz czę­ściej mu się to zda­rza. Na­rzeka i ma­ru­dzi. Od dwóch albo trzech ty­go­dni nie upra­wiali ze sobą seksu. Cią­gle się za­sta­na­wia, po co ode­brał te­le­fon od jej matki. Prze­cież wie­dział, że nie chce jej tu wi­dzieć, że za nic w świe­cie nie za­pro­si­łaby jej na ro­dzinną uro­czy­stość. Na­dal była zła na Adama z po­wodu tego, co zro­bił po­przed­niego dnia. Adam jest zda­nia, że po­winna dać matce szansę, bo Nora ma prawo mieć przy­naj­mniej jedną bab­cię, a jego matka już nie żyje. Ale ona ma inne zda­nie. Jej matka już kilka razy otrzy­mała ta­kie szanse, ale wy­ko­rzy­sty­wała je tylko po to, żeby zro­bić z sie­bie ofiarę i mę­czen­nicę. Do­syć tego!

- Pro­szę bar­dzo - po­wie­dział pra­cow­nik ar­chi­wum, kła­dąc na wy­so­kiej la­dzie trzy grube se­gre­ga­tory. Po­tem wró­cił do kom­pu­tera i ze sku­pioną miną wy­stu­kał coś na kla­wia­tu­rze. Po kilku se­kun­dach włą­czyła się dru­karka, która za­częła z sie­bie wy­plu­wać po­je­dyn­cze kartki. Kiedy skoń­czyła, męż­czy­zna je ze­brał, po­dał Berg­man, pod­su­nął jej ja­kiś do­ku­ment, po­dał dłu­go­pis i po­wie­dział:

- Pro­szę po­kwi­to­wać od­biór.

Berg­man pod­pi­sała i po­szła do swo­jego no­wego po­koju służ­bo­wego w Wy­dziale do spraw Za­bójstw. W po­ło­wie drogi się roz­my­śliła i po­sta­no­wiła zajść do działu tech­nicz­nego, żeby za­się­gnąć opi­nii Ber­tila Nils­sona. Drzwi jego po­koju były otwarte. Męż­czy­zna sie­dział przy biurku, roz­ma­wiał przez te­le­fon i ener­gicz­nie ge­sty­ku­lo­wał. Na wi­dok po­li­cjantki ski­nął jej głową i wska­zał krze­sło.

Berg­man uśmiech­nęła się w my­ślach, bo Nils­son jak zwy­kle prze­cią­gnął dło­nią dwa razy po gło­wie, jakby chciał się upew­nić, czy resztki jego wło­sów znaj­dują się na swoim miej­scu. Wciąż nie mo­gła zro­zu­mieć, czemu ich po pro­stu nie obe­tnie. Fakt, że tak tro­skli­wie o nie dbał, o wiele bar­dziej przy­ku­wał uwagę osób po­stron­nych, niż gdyby je skró­cił albo na­wet ogo­lił całą głowę, tak jak to robi więk­szość męż­czyzn, kiedy ich ły­sina się po­więk­sza. Wie­działa jed­nak, że Nils­son ni­gdy tego nie zrobi, bo no­sił taką fry­zurę od dnia, w któ­rym go pierw­szy raz zo­ba­czyła. Po pro­stu nie na­leży do tych, któ­rzy się na ta­kie zmiany de­cy­dują. Ostroż­nie uło­żyła se­gre­ga­tory na biurku. Nils­son po­pa­trzył na nie, w kilku krót­kich zda­niach za­koń­czył roz­mowę, z trza­skiem odło­żył te­le­fon na biurko i mruk­nął coś o nie­kom­pe­tent­nych idio­tach za­trud­nio­nych w po­li­cji. Nils­son znany był ze swo­ich zmien­nych hu­mo­rów, ale ucho­dził za naj­lep­szego fo­ren­syka, jak od pew­nego czasu ofi­cjal­nie na­zy­wano tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych. Berg­man współ­pra­co­wała z nim od lat i nie­źle się do­ga­dy­wali, co tro­chę ją dzi­wiło. Cza­sem ma­wiała z roz­ba­wie­niem, że w ich wza­jem­nych re­la­cjach utrzy­muje się coś ta­kiego jak "rów­no­waga ter­roru".

Nils­son głę­boko wes­tchnął, za­ło­żył dło­nie za ko­lana i po­krę­cił głową.

- Wi­dzę, że przy­szłaś z wi­zytą. To miłe z two­jej strony. Wi­tam, wi­tam. Dzięki two­jej obec­no­ści po­ziom IQ na ko­men­dzie wzrósł o pięć­dzie­siąt pro­cent. Dawno cię nie wi­dzia­łem. Sły­sza­łem, że masz się za­jąć sta­rymi spra­wami.

- Zga­dza się - od­parła Berg­man i po­kle­pała le­żące na biurku se­gre­ga­tory. - Wy­bra­łam trzy naj­cie­kaw­sze i uzgod­ni­łam z Ting­strömem, że się nimi zajmę po ko­lei. Przy­szłam tu, żeby cię spy­tać, czy za­pa­mię­ta­łeś ja­kieś szcze­góły zwią­zane z tymi do­cho­dze­niami i od któ­rego z nich byś za­czął.

Nils­son ski­nął głową i po­chy­lił się nad biur­kiem.

- Przy­po­mnij mi, co to za sprawy - od­parł.

Berg­man zre­fe­ro­wała mu każdą z nich. Nils­son ro­ze­śmiał się gło­śno i po­krę­cił głową.

- Bar­dziej niż same za­bój­stwa in­te­re­suje cię to, kto pro­wa­dził do­cho­dze­nia, któ­rzy śled­czy i tech­nicy byli w nie za­an­ga­żo­wani, prawda?

Berg­man nie mo­gła się po­wstrzy­mać od uśmie­chu. Nils­son zdą­żył ją do­brze po­znać przez te wszyst­kie lata, więc tylko ski­nęła głową na po­twier­dze­nie, że jego przy­pusz­cze­nia są słuszne.

Nils­son prze­biegł wzro­kiem po na­klej­kach na se­gre­ga­to­rach i je­den z nich pod­niósł z biurka.

- Wy­brał­bym tę sprawę - stwier­dził. - Bez dwóch zdań.

Berg­man po­czuła ulgę, po­nie­waż Nils­son do­ko­nał tego sa­mego wy­boru co ona. Tę samą de­kla­ra­cję zło­żyła też na­czel­ni­kowi Ting­strömowi.

- Kom­ple­tuję ekipę śled­czą. Chciał­byś się do nas przy­łą­czyć?

Nils­son spoj­rzał na stosy pa­pie­rów, te­czek i se­gre­ga­to­rów, które le­żały na jego biurku, na re­gale i na pół­kach i spy­tał:

- Nie za­uwa­ży­łaś, ile mam na gło­wie?

- Nie - od­parła po­li­cjantka i sze­roko się uśmiech­nęła. - Urzą­dzi­łam się w salce kon­fe­ren­cyj­nej na dru­gim pię­trze. Od tej pory bę­dzie peł­niła funk­cję mo­jego po­koju służ­bo­wego. Za­pra­szam cię na pierw­szą od­prawę, za­czy­namy ju­tro rano o wpół do dzie­wią­tej. Po­in­for­muję Ting­ströma o two­jej zgo­dzie.

Roz­dział 6

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 09.15

- Jak my­ślisz, czy to w ogóle ma sens, żeby od­gra­dzać ten te­ren i wzy­wać tech­ni­ków? - spy­tała Ha­mil­ton, pa­trząc nie­pew­nym wzro­kiem na Al­freds­sona.

Oboje stali przed oszklo­nymi drzwiami pro­wa­dzą­cymi z pe­ro­nów do hali dworca ko­le­jo­wego. Mi­jali ich lu­dzie, któ­rzy wcho­dzili do hali lub z niej wy­cho­dzili. Al­freds­son ro­zej­rzał się po as­fal­to­wej na­wierzchni i po­krę­cił głową.

- Nie, bo wszystko i tak już zo­stało za­nie­czysz­czone. To by nie miało sensu.

Straż­nik ko­le­jowy, męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce, wska­zał im miej­sce, w któ­rym po na­pa­dzie le­żała Bo­lin­der. To on we­zwał ka­retkę. Na ziemi na­dal wi­do­czna była ciemna plama.

- Ta ko­bieta zo­stała ranna, miała za­krwa­wiony tył głowy - po­wie­dział. - Chcia­łem jej pod­ło­żyć ma­ry­narkę mo­jego służ­bo­wego mun­duru, ale było za dużo krwi. Nie wie­dzia­łem, jak się za­cho­wać, więc zo­sta­wi­łem to tak, jak było. Po kilku mi­nu­tach przy­je­chała ka­retka i za­jęli się nią ra­tow­nicy.

- Wi­dział pan, jak ta ko­bieta upa­dła? - spy­tała Ha­mil­ton.

- Nie, ale kiedy usły­sza­łem krzyki, od razu się od­wró­ci­łem i do­piero wtedy ją zo­ba­czy­łem, jak leży na ziemi. My­ślę, że we­szła do hali tuż za mną.

- Czy była oto­czona przez ja­kichś lu­dzi? - spy­tał Al­freds­son.

- Co pan ma na my­śli? Na dworcu za­wsze jest pełno po­dróż­nych.

- Prze­pra­szam, ale czy pań­stwo roz­ma­wiają o tej ko­bie­cie, którą wczo­raj za­brała ka­retka? - spy­tała na­gle dziew­czyna ubrana w ko­szulkę polo z logo Espresso Ho­use.

- Tak - od­parła Ha­mil­ton i od­wró­ciła się w jej stronę. - Wi­działa pani to zda­rze­nie?

Dziew­czyna ski­nęła głową i zer­k­nęła przez ra­mię. Ha­mil­ton spoj­rzała w tam­tym kie­runku, ale nic kon­kret­nego nie za­uwa­żyła.

- Czy mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać o tym gdzie in­dziej? - spy­tała dziew­czyna. Po­li­cjantka do­my­śliła się po jej prze­stra­szo­nym wzroku i nie­spo­koj­nych ru­chach, że dziew­czyna się cze­goś boi. - Wo­la­ła­bym, żeby nikt mnie z wami nie wi­dział.

Kilka mi­nut póź­niej cała trójka sie­działa w po­miesz­cze­niu służ­bo­wym dla per­so­nelu. Dziew­czyna ob­gry­zała pa­znok­cie, jakby wal­czyła z my­ślami i nie wie­działa, od czego za­cząć.

- Pra­cuje pani w Espresso Ho­use, prawda? - za­częła Ha­mil­ton.

- Tak.

- Jak się pani na­zywa i od jak dawna jest pani tam za­trud­niona?

- Na­zy­wam się El­len Lund­gren i mam dwa­dzie­ścia je­den lat. W fir­mie pra­cuję od dwóch lat, w róż­nych lo­ka­li­za­cjach. Przed Bo­żym Na­ro­dze­niem pod­ję­łam pracę w ka­wiarni na dworcu. - Dziew­czyna zro­biła krótką pauzę, skrzy­żo­wała ręce na piersi i kon­ty­nu­owała. - Wi­dzia­łam ich. Za­uwa­ży­łam, jak tę ko­bietę ob­ser­wo­wali. Ro­bili to od sa­mego po­czątku, od kiedy wy­sia­dła z po­ciągu. Po­ro­zu­mieli się wzro­kiem, a po­tem po­de­szli do niej od tyłu i ją oto­czyli. Wi­dzia­łam to, ale nie zdą­żyli jej nic zro­bić, bo wy­szła przez drzwi. Poza halą rzadko ko­goś ata­kują.

Ha­mil­ton chciała za­dać dziew­czy­nie ko­lejne py­ta­nia, ale do­szła do wnio­sku, że le­piej bę­dzie po­cze­kać. Dziew­czyna wes­tchnęła i kon­ty­nu­owała:

- Na­gle ta ko­bieta wró­ciła. Szła szyb­kim kro­kiem ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię i we­szła pro­sto mię­dzy nich. Po­trze­bo­wali kilku chwil, żeby ją za­ata­ko­wać i okraść, trwało to nie wię­cej niż dzie­sięć se­kund. Ko­bieta upa­dła na zie­mię, a oni się roz­pro­szyli w róż­nych kie­run­kach. Dzi­siaj już ich tu nie wi­dzia­łam. Pew­nie chcą od­cze­kać, aż sprawa przy­cich­nie.

- Pro­szę nam opo­wie­dzieć coś wię­cej o tych chło­pa­kach - po­pro­siła Ha­mil­ton, bo za­uwa­żyła, że nie może li­czyć na spon­ta­niczne ze­zna­nie.

- Zwy­kle jest ich sied­miu albo ośmiu, cza­sem wię­cej. Dzia­łają na te­re­nie roz­cią­ga­ją­cym się mię­dzy Nord­stan a dwor­cem. Nie wiem, ile tych gan­gów jest, ale my­ślę, że kilka. Spo­tka­nie z nimi nie wróży nic do­brego. Roz­bie­rają czło­wieka wzro­kiem, ale ro­bią to z uśmie­chem na twa­rzy. Do­brze wie­dzą, że ktoś taki się prze­stra­szy i bę­dzie chciał stąd szybko wyjść. Kiedy pra­cuję na wie­czorną zmianę, za­wsze przy­cho­dzi po mnie mój chło­pak albo mama, bo sama boję się wra­cać.

- Może ich pani opi­sać? Ko­lor wło­sów, ubra­nie, wiek, wzrost?

- Nie ro­zu­mie­cie, o kim mó­wię? To chło­paki z imi­granc­kich ro­dzin, wszy­scy wy­glą­dają po­dob­nie. Są szczu­pli, mają ciemne włosy i ciemną kar­na­cję, ubrani są w je­ansy i te­ni­sówki, no­szą czapki z dasz­kiem, na głowy mają na­cią­gnięte kap­tury albo ko­mi­niarki. Po­kręć­cie się tro­chę po dworcu ko­le­jo­wym, po pe­ro­nach, po dworcu au­to­bu­so­wym i placu Drot­t­ning­tor­get albo idź­cie do Nord­stan. Sami zo­ba­czy­cie, że jest ich tam pełno.

- Roz­po­zna pani tych, któ­rzy wczo­raj na­pa­dli tę ko­bietę, gdyby ich pani znowu zo­ba­czyła?

- Nie wiem... chyba tak.

Ha­mil­ton za­pi­sała dane dziew­czyny i dała jej swoją wi­zy­tówkę.

- To na wy­pa­dek, gdyby pani so­bie coś przy­po­mniała albo gdyby się tu znowu zja­wili - wy­ja­śniła.

Pół­to­rej go­dziny póź­niej Ha­mil­ton i Al­freds­son za­koń­czyli prze­słu­chi­wa­nie per­so­nelu re­stau­ra­cji, skle­pów i ka­wiarń w hali dworca.

- Mam na­dzieję, że ka­mery na­grały ten na­pad - stwier­dziła Ha­mil­ton.

- Ja też - od­parł Al­freds­son. - Pro­po­nuję się skon­tak­to­wać z na­szymi ko­le­gami z ko­mendy w cen­trum mia­sta, któ­rzy mają na oku gangi mło­do­cia­nych. Cie­kaw je­stem, czego się od nich do­wiemy.

Roz­dział 7

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 12.51

Berg­man cof­nęła się o dwa kroki i po­pa­trzyła na białą ta­blicę, na któ­rej przed chwilą po­wie­siła po­więk­szone zdję­cie An­niki Wil­liams, ofiary zbrodni po­peł­nio­nej w ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim roku. Za­bójcy nie udało się usta­lić, cho­ciaż w cza­sie śledz­twa zgro­ma­dzono aż sie­dem­na­ście se­gre­ga­to­rów akt. Berg­man wzięła do ręki sko­ro­szyt z no­tat­kami, które spo­rzą­dziła przed po­łu­dniem, i se­gre­ga­tor, któ­rego za­war­tość ka­zała sko­pio­wać w czte­rech eg­zem­pla­rzach, a na­stęp­nie po­ło­żyła je przy krót­kim boku stołu kon­fe­ren­cyj­nego. Za kilka mi­nut ma spo­tka­nie z Ting­strömem. Spoj­rzała na ze­ga­rek i do­szła do wnio­sku, że zdąży so­bie za­pa­rzyć kawy i pójść do to­a­lety. Kiedy wró­ciła do po­koju, za­stała w nim na­czel­nika w to­wa­rzy­stwie nie­zna­nego męż­czy­zny na wózku in­wa­lidz­kim. Był po sześć­dzie­siątce, miał krót­kie, przy­pró­szone si­wi­zną włosy. Obaj sie­dzieli bli­sko sie­bie i roz­ma­wiali przy­tłu­mio­nymi gło­sami. Berg­man chrząk­nęła, żeby za­sy­gna­li­zo­wać swoją obec­ność. Obaj męż­czyźni spoj­rzeli w jej stronę.

- Cześć - po­wie­dział Ting­ström. - To jest Gor­don Stare, który bę­dzie z nami współ­pra­co­wał przy twoim śledz­twie.

Berg­man we­szła do po­koju i wy­cią­gnęła rękę na po­wi­ta­nie.

- Wi­tam - po­wie­działa, a Stare uści­snął jej dłoń z tak dużą siłą, że po­li­cjantka po­czuła, jak prze­szywa ją pro­mie­niu­jący ból się­ga­jący od oboj­czyka aż do dłoni. Miała ochotę krzy­czeć z bólu, ale zdo­łała za­cho­wać ka­mienną twarz. Po­my­ślała, że jej nowy ko­lega ma nie po ko­lei w gło­wie.

- Gor­don wej­dzie w skład two­jej ekipy śled­czej - oznaj­mił Ting­ström. - Za­cznie od dzi­siaj.

Berg­man po­pa­trzyła na na­czel­nika, a po­tem na Gor­dona, który tak jak ona za­cho­wy­wał ka­mienną twarz i nie oka­zy­wał żad­nych uczuć.

- My­śla­łam, że sama będę mo­gła do­brać człon­ków ekipy - od­parła, ak­cen­tu­jąc słowo "sama".

- Gor­don przy­je­chał do nas z Hagi, przez sie­dem­na­ście lat pra­co­wał w Eu­ro­polu. Jest do­świad­czo­nym pro­fi­le­rem i psy­cho­lo­giem z wy­kształ­ce­nia.

- Nie mam po­wo­dów w to wąt­pić, ale mia­łam na my­śli coś in­nego - od­parła Berg­man, krzy­żu­jąc ręce na piersi.

Na­czel­nik ob­rzu­cił ją ostrze­gaw­czym spoj­rze­niem i nie­znacz­nie po­krę­cił głową.

- Czy mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać na osob­no­ści? - spy­tała Berg­man, a gdy Ting­ström ski­nął głową, wy­szli na ko­ry­tarz i za­mknęli za sobą drzwi.

- Mam w no­sie, gdzie ten Stare pra­co­wał... w Eu­ro­polu, CIA, MI6 czy w Mo­sa­dzie - stwier­dziła po­li­cjantka. - Chcę mieć w eki­pie lu­dzi, któ­rzy nie będą dzia­łać na wła­sną rękę i bez po­ro­zu­mie­nia ze mną. Czy ty na­prawdę uwa­żasz, że ktoś taki jak on nie bę­dzie chciał pro­wa­dzić śledz­twa wła­snymi me­to­dami? Choćby po to, żeby nam wszyst­kim po­ka­zać, jaki to on jest świetny? Po­tem wy­ko­rzy­sta ten fakt do zro­bie­nia ko­lej­nego kroku w ka­rie­rze. Mo­żesz mnie oskar­żyć, że je­stem stron­ni­cza i uprze­dzona, ale do­brze wiem, jak tacy jak on funk­cjo­nują.

- Po­le­ce­nie przy­szło z góry i nie pod­lega dys­ku­sji. Pa­mię­tasz za­mach na lot­ni­sku Schi­phol w Am­ster­da­mie, który w ubie­głym roku prze­pro­wa­dziło Pań­stwo Is­lam­skie? Zgi­nęło w nim sześć­dzie­siąt sie­dem osób, a pra­wie czte­ry­sta zo­stało ran­nych. Gor­don jeź­dzi na wózku na sku­tek ob­ra­żeń, któ­rych wtedy do­znał. Nie­dawno po­sta­no­wił wró­cić do Göte­borga i w okre­sie re­kon­wa­le­scen­cji bę­dzie z nami współ­pra­co­wał na pół etatu. Po­strze­gaj to jako szansę na coś po­zy­tyw­nego. Po­wie­dzia­łem mu, że je­steś do­kładna i kom­pe­tentna, resztę na pewno wy­go­oglo­wał. Na to, co prze­czy­tał o to­bie w in­ter­ne­cie, nie mam wpływu.

- Niech ci bę­dzie, ale je­stem za­sko­czona - od­parła Berg­man i unio­sła ręce w obron­nym ge­ście. Już dawno temu się prze­ko­nała, że w ta­kich spo­rach nie wy­gra, i na­wet ona wie­działa, kiedy ustą­pić. Stwier­dze­nie "po­le­ce­nie przy­szło z góry" mo­gło ozna­czać co­kol­wiek. Zresztą... czy współ­praca z ta­kim pro­fi­le­rem może być czymś złym? To tylko kilka mie­sięcy, może na­wet kró­cej. - Roz­ma­wia­łam z Ber­ti­lem, który zgo­dził się współ­pra­co­wać przy tej spra­wie. Chcę go mieć w swo­jej eki­pie.

Ting­ström zro­bił taką minę, jakby się za­wa­hał, a po­nie­waż wie­dział, że Berg­man nie od­stąpi od tego wa­runku, ski­nął głową na znak, że się zga­dza.

- Przy­dziel mi przy­naj­mniej jed­nego śled­czego - do­dała. - Obie­ca­łeś mi to. Naj­le­piej ko­goś z trójki: Nina, Vi­king albo Tho­mas.

- Spró­buję to za­ła­twić, ale na po­czątku mu­sisz so­bie ra­dzić z Gor­do­nem i Nils­so­nem.

- Zgoda - od­parła Berg­man, cho­ciaż wcale jej się to nie spodo­bało. - Wra­cajmy na salę, opo­wiem wię­cej o tej spra­wie.

Po­ło­żyła dłoń na klamce, ale na chwilę się za­wa­hała. Spoj­rzała na Ting­ströma i do­dała:

- Pró­bo­wał zmiaż­dżyć mi rękę, wi­dzia­łeś?

- Bę­dzie z was zna­ko­mita ekipa - od­parł na­czel­nik, uno­sząc kciuk.

"Nie­źle się za­czyna" - po­my­ślała po­li­cjantka.

- Za­pa­rzę wam kawę - po­wie­działa. - Wy przez ten czas za­po­znaj­cie się z za­war­to­ścią se­gre­ga­to­rów, które przy­go­to­wa­łam z my­ślą o was. Leżą na stole.

I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ru­szyła ko­ry­ta­rzem do po­koju so­cjal­nego, w któ­rym stał eks­pres. Uczy­niła to nie dla­tego, że na­gle za­pra­gnęła usłu­gi­wać obu pa­nom, tylko po to, żeby zy­skać na cza­sie i stłu­mić złość, która ją na­szła po roz­mo­wie z na­czel­ni­kiem. Gor­don Stare... Jak można się tak na­zy­wać?

Pięć mi­nut póź­niej wró­ciła z kawą do salki kon­fe­ren­cyj­nej. Ani Ting­ström, ani Gor­don nie po­ka­zali po so­bie, że to, co się przed chwilą wy­da­rzyło, w ja­kiś spo­sób ich do­tknęło. Berg­man na­piła się kawy, otwo­rzyła sko­ro­szyt z no­tat­kami i wska­zała wi­szące na ta­blicy zdję­cie.

- To jest ofiara zbrodni, An­nika Wil­liams - za­częła. - Jej za­gi­nię­cie zgło­szono je­de­na­stego lu­tego dzie­więć­dzie­sią­tego trze­ciego roku. Trzy mie­siące póź­niej w zie­miance le­śnej, dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na po­łu­dnie od miej­sco­wo­ści Floda, zna­le­ziono jej głowę. Reszty ciała wciąż nie udało się zlo­ka­li­zo­wać. Śledz­two pro­wa­dził Egon Ar­nell. Nie znam go, bo za­nim pod­ję­łam pracę w po­li­cji, Ar­nell prze­szedł na eme­ry­turę, ale na pewno zna go Nils­son, który tu wtedy pra­co­wał. Nils­son to nasz fo­ren­syk - wy­ja­śniła, pa­trząc na Gor­dona. - On też wej­dzie w skład na­szej ekipy śled­czej, bo za­wsze ist­nieje coś, czego nie ma w ma­te­riale śled­czym. Bę­dziemy też po­trze­bo­wać ko­goś, kto nam wy­ja­śni, ja­kie przy­jęto za­ło­że­nia i ja­kim tro­pem po­szło śledz­two.

Stare spoj­rzał spod przy­mknię­tych po­wiek na po­li­cjantkę i spy­tał:

- Su­ge­ru­jesz, że Ar­nell za­nie­dbał swoje obo­wiązki?

- Ależ skąd. Jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych wy­bra­łam tę sprawę, było to, że śledz­two pro­wa­dziła tak le­gen­darna po­stać. Ar­nell znany był z do­kład­no­ści i dba­ło­ści o szcze­góły, umiał spoj­rzeć na sprawy nie­sza­blo­nowo. Za­wsze bar­dzo do­kład­nie ba­dał każdy trop. Na­sza prze­waga po­lega na tym, że aby roz­wią­zać sprawę sprzed pra­wie trzy­dzie­stu lat, za­sto­su­jemy cał­kiem inne me­tody śled­cze niż te, któ­rymi się po­słu­gi­wano wtedy. Wielki po­stęp do­ko­nał się też w tech­nice kry­mi­na­li­stycz­nej. To, czego nie można było pod­dać ana­li­zie wtedy, dzi­siaj można wy­ko­nać w kilka mi­nut.

- A jak wy­gląda li­sta spraw, które były w kręgu za­in­te­re­so­wa­nia śled­czych w po­cząt­ko­wym eta­pie śledz­twa? - spy­tał Stare, spla­ta­jąc dło­nie na stole.

Berg­man prze­rzu­ciła dwie kartki w no­te­sie. Była pewna, że Stare wie, na czym po­lega roz­wią­zy­wa­nie ta­kich sta­rych, nie­wy­ja­śnio­nych spraw. Li­sta, o któ­rej wspo­mniał, to naj­waż­niej­sza rzecz w tak zwa­nym "pierw­szym se­gre­ga­to­rze", po­nie­waż za­wiera naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje o zna­le­zio­nych śla­dach i wstęp­nych te­zach przy­ję­tych przez śled­czych.

- Sporo się z niej do­wiemy, zwłasz­cza o oso­bach, które zo­stały prze­słu­chane i które znowu bę­dziemy mo­gli prze­słu­chać. W "pierw­szym se­gre­ga­to­rze" jest też opi­sa­nych wiele tro­pów, które pro­wa­dziły w róż­nych kie­run­kach.

- A lo­ja­li­ści? - spy­tał Ting­ström, który do tego mo­mentu tylko się przy­słu­chi­wał roz­mo­wie. Po­li­cjanci okre­ślają tym sło­wem osoby, które wie­dzą wię­cej, niż ze­znały w cza­sie prze­słu­cha­nia.

- Je­stem pewna, że mo­żemy li­czyć na nowe ze­zna­nia świad­ków. Z ze­bra­nych do­ku­men­tów wy­nika, że nie­które osoby wie­działy o ofie­rze wię­cej, niż ze­znały. Prze­słu­chano je kilka razy, ale wnio­sek z tego jest taki, że te osoby pewne sprawy po pro­stu prze­mil­czały. Mam na­dzieję, że po tylu la­tach przy­naj­mniej nie­które z nich za­czną mó­wić i doj­dzie do prze­łomu w śledz­twie, cho­ciaż wcze­śniej wy­da­wało się to nie­moż­liwe.

- Brzmi obie­cu­jąco - stwier­dził na­czel­nik i wstał z krze­sła, jakby chciał za­sy­gna­li­zo­wać, że musi wyjść. - Co z od­pra­wami? Czy mo­gli­by­śmy się spo­ty­kać raz w ty­go­dniu?

Berg­man nie cze­kała na opi­nię Gor­dona i od razu się zgo­dziła.

- Co o tym my­ślisz? - spy­tała, kiedy Ting­ström wy­szedł z po­koju. Uznała, że le­piej bę­dzie od razu wziąć byka za rogi.

Stare po­dra­pał się po bro­dzie.

- Mamy sporo ma­te­riału do przej­rze­nia - od­parł, pa­trząc wy­mow­nie na zgro­ma­dzone w kar­to­nach se­gre­ga­tory. - Opo­wiedz mi wię­cej o ofie­rze i o sa­mym do­cho­dze­niu.

- W chwili śmierci Wil­liams miała dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Miesz­kała sama w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w Ba­ga­re­g?r­den w Göte­borgu i pra­co­wała jako na­uczy­cielka edu­ka­cji wcze­snosz­kol­nej. Nie miała ro­dzeń­stwa i oprócz ro­dzi­ców ni­kogo bli­skiego. Na zdję­ciu wy­gląda na bar­dzo ładną ko­bietę. Jej przy­ja­ciółki ze­znały, że part­ne­rów zmie­niała jak rę­ka­wiczki. Ostatni był żo­naty. Ła­two więc zgad­nąć, że wśród prze­słu­chi­wa­nych osób mo­gły być ta­kie, które czuły za­zdrość albo same miały ko­goś na boku. Po­dob­nie rzecz się ma z tak zwa­nymi lo­ja­li­stami. Po­dej­rze­wam, że nie­któ­rzy z nich z róż­nych wzglę­dów nie po­wie­dzieli po­li­cji ca­łej prawdy.

Stare ski­nął w za­my­śle­niu głową.

- Czy sprawcą mógł być ktoś z jej bli­skiego oto­cze­nia? - spy­tał.

- Z ma­te­ria­łem śled­czym za­po­zna­łam się ogól­nie, ale to bez wąt­pie­nia naj­le­piej udo­ku­men­to­wana teo­ria.

- Jak zgi­nęła?

Berg­man za­częła szu­kać wśród se­gre­ga­to­rów ja­kie­goś do­ku­mentu i do­piero gdy go zna­la­zła, od­po­wie­działa na py­ta­nie:

- Sek­cja wy­ka­zała, że kiedy sprawca uci­nał jej głowę, Wil­liams już nie żyła. W trak­cie ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych zna­le­ziono ślady obec­no­ści środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych, tak zwa­nych ben­zo­dia­ze­pin. Nie­które z nich sto­so­wane są jako środki usy­pia­jące.

- Co to zna­czy? Że ofiara przyj­mo­wała te środki na co dzień, czy że je do­stała od za­bójcy?

Berg­man wzru­szyła ra­mio­nami i jesz­cze raz wska­zała se­gre­ga­tory.

- Od­po­wiedź znaj­dziesz tu­taj. Prze­czy­ta­łam nie wię­cej niż pięć pro­cent akt, ale to do­bre py­ta­nie. Po­dzie­limy się ma­te­ria­łem i prze­stu­diu­jemy jego treść. Koń­czę o trze­ciej i idę do domu, więc do­brze by było, gdy­by­śmy uzgod­nili wspólny plan pracy.

- My? - zdzi­wił się Stare. Spoj­rzał na nią i spy­tał z uśmie­chem: - Czy to zna­czy, że zmie­ni­łaś zda­nie? Przed chwilą mó­wi­łaś o śledz­twie, które ty masz po­pro­wa­dzić.

Berg­man nie od­wza­jem­niła jego uśmie­chu.

- Nie­które in­for­ma­cje za­mie­rzam ci prze­ka­zy­wać, je­śli jest to dla cie­bie ja­kieś po­cie­sze­nie. Uwa­żam, że by­łoby le­piej, gdy­by­śmy od po­czątku ze sobą współ­pra­co­wali w peł­nym za­kre­sie.

- Lu­bisz uda­wać, że nie ro­zu­miesz, co się do cie­bie mówi?

- Nie lu­bię nie­zręcz­nie za­wo­alo­wa­nej kry­tyki.

- A kto lubi? Mogę za­cząć od spo­rzą­dze­nia pro­filu sprawcy, bo na tym się znam. Co ty na to?

Berg­man się za­wa­hała, cho­ciaż nie wie­działa dla­czego. Być może z tej pro­stej przy­czyny, że Stare trak­to­wał ją po ko­le­żeń­sku. Jego za­cho­wa­nie było dla niej za­ska­ku­jące.

- Do­bry po­mysł. Zrób to, a ja się skon­tak­tuję z ro­dzi­cami Wil­liams, z le­ka­rzem me­dy­cyny są­do­wej, który wy­ko­nał sek­cję zwłok, i z Ar­nel­lem, który pro­wa­dził śledz­two. Mu­simy też spo­rzą­dzić oś czasu, na któ­rej za­zna­czymy naj­waż­niej­sze fakty i daty.

- O któ­rej ju­tro za­czniemy? I kiedy mo­gli­by­śmy się spo­tkać z tech­ni­kiem, o któ­rym wspo­mnia­łaś?

- Masz na my­śli Nils­sona? Przy­cho­dzi do pracy o wpół do dzie­wią­tej. Ja za­czy­nam mię­dzy siódmą a ósmą.

- Nie mo­żemy wy­klu­czyć, że Wil­liams nie znała swo­jego za­bójcy - stwier­dził Stare. Brał do ręki se­gre­ga­tory, które przy­dzie­liła mu Berg­man, i czy­tał ozna­ko­wa­nia na grzbie­tach.

- Skąd to przy­pusz­cze­nie?

- Je­śli śled­czym nie udało się po­wią­zać z za­bój­stwem ni­kogo z kręgu jej bli­skich zna­jo­mych, taka su­ge­stia na­suwa się sama.

- Skoro ktoś nie ma peł­nego wglądu w sprawę, może wy­cią­gnąć różne wnio­ski. Ra­dzę z nimi po­cze­kać, do­póki nie za­po­znamy się ze wszyst­kimi fak­tami.

Stare uśmiech­nął się po­wścią­gli­wie i skrzy­żo­wał ręce na piersi.

- Może być też tak, że in­for­ma­cje, któ­rymi dys­po­nu­jemy, są błędne albo na­wet fał­szywe. W ta­kiej sy­tu­acji nie wy­cią­gniemy żad­nych wnio­sków.

Berg­man po­sta­no­wiła nie kon­ty­nu­ować tej wy­miany zdań, po­nie­waż za­uwa­żyła, że pan pro­fi­ler i psy­cho­log, któ­rego pod­rzu­cił jej Ting­ström, lubi mieć ostat­nie słowo. Pro­szę bar­dzo, niech mu bę­dzie, ale tylko wtedy, gdy cho­dzi o wy­mianę zdań, jak to było w cza­sie tej roz­mowy. Na pewno nie bę­dzie to­le­ro­wać ta­kiego za­cho­wa­nia, je­śli cho­dzi o jej me­tody i spo­sób pro­wa­dze­nia śledz­twa. In­tu­icja i prze­czu­cia by­wają rów­nie ważne jak do­wody. Je­śli nie bę­dzie mo­gła pro­wa­dzić śledz­twa wła­snymi me­to­dami, po­prosi Ting­ströma, żeby wy­zna­czył na jej miej­sce ko­goś in­nego. Na­czel­nik wie, że ją na to stać, ale nie była pewna, czy o jej po­dej­ściu do pro­wa­dze­nia do­cho­dzeń zo­stał po­in­for­mo­wany Gor­don. Miała na­dzieję, że nie bę­dzie zmu­szona za­ko­mu­ni­ko­wać mu tego wprost, bo z do­świad­cze­nia wie­działa, że ta­kie ziarno ni­gdy nie pada na po­datny grunt. Zwłasz­cza gdy cho­dzi o męż­czyzn.

- Być może - od­parła, ale w dro­dze do wie­szaka uni­kała wzroku swo­jego no­wego ko­legi. Zdjęła kurtkę i rzu­ciła: - Do ju­tra. Za­mie­rzasz tu no­co­wać?

Stare ski­nął głową, otwo­rzył pierw­szy se­gre­ga­tor i za­czął czy­tać.

- Świet­nie - stwier­dziła Berg­man. - W ta­kim ra­zie skse­ruj cały ma­te­riał do­wo­dowy. Wy­ko­naj po cztery ko­pie każ­dego do­ku­mentu.

I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wy­szła z po­koju, trza­ska­jąc drzwiami.

Roz­dział 8

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 14.51

Jo­hans­son za­klął w my­ślach. Wi­zyta w szpi­talu za­brała mu wię­cej czasu, niż się spo­dzie­wał. Za­dzwo­nił tam przed wy­jaz­dem, żeby uprze­dzić o swo­jej wi­zy­cie i po­in­for­mo­wać, że chciałby prze­słu­chać ofiarę na­padu, Mar­ga­retę Bo­lin­der, jak rów­nież po­roz­ma­wiać z osobą, która zgło­siła jej sprawę na po­li­cję, ale kiedy wszedł do bu­dynku, oka­zało się, że nikt na niego nie cze­kał i nikt o jego wi­zy­cie nie wie­dział. Stra­cił czas, żeby tra­fić na od­dział, a kiedy tam w końcu do­tarł, usły­szał, że o jego przy­jeź­dzie nikt nie zo­stał uprze­dzony. Po po­wro­cie na ko­mendę po­szedł do salki kon­fe­ren­cyj­nej na spo­tka­nie z Ha­mil­ton i Al­freds­so­nem. Miał na­dzieję, że po­szło im le­piej. Oboje już na niego cze­kali. Ku swemu zdu­mie­niu za­stał tam Ting­ströma.

- Za­cznę od tego, że me­dia wie­dzą o na­pa­dzie na dworcu cen­tral­nym i cze­kają na szcze­góły o tej spra­wie - za­czął na­czel­nik. - Pew­nie się do­my­śla­cie, jaki wy­miar ma to zda­rze­nie. Star­sza, bez­bronna ko­bieta po­wa­lona na zie­mię i okra­dziona przez bandę imi­gran­tów. Na­sze biuro pra­sowe do­stało po­le­ce­nie, żeby opu­bli­ko­wać ofi­cjalne oświad­cze­nie w tej spra­wie. Je­śli ktoś bę­dzie was py­tał o szcze­góły, mo­że­cie się na nie po­wo­łać.

- Skalę tego pro­blemu uświa­do­mi­łam so­bie do­piero po se­rii roz­mów z pra­cow­ni­kami skle­pów, ka­wiarń i re­stau­ra­cji na dworcu - stwier­dziła Ha­mil­ton. - Po­wie­dzieli mi, że nie mogą so­bie po­ra­dzić z gan­gami, które w więk­szo­ści skła­dają się z imi­gran­tów. Kradną i od­stra­szają klien­tów, a swoim za­cho­wa­niem zmu­szają lu­dzi do klu­cze­nia po dworcu. Pra­cow­nicy boją się wra­cać wie­czo­rami do domu, zwłasz­cza po tym, jak mu­szą wy­pro­sić ko­goś z lo­kalu.

- Do­tar­li­ście do świad­ków na­padu? - spy­tał Jo­hans­son.

Ha­mil­ton opo­wie­działa o dziew­czy­nie z Espresso Ho­use i stre­ściła jej ze­zna­nie.

- Chcemy obej­rzeć z Tho­ma­sem na­gra­nia z ka­mer mo­ni­to­ringu. Mam na­dzieję, że znaj­dziemy coś w do­brej ja­ko­ści. Po­tem je­ste­śmy umó­wieni na roz­mowę z kil­koma funk­cjo­na­riu­szami z Wy­działu do spraw Nie­let­nich.

- Do­brze by­łoby się skon­tak­to­wać ze street wor­ke­rami, któ­rzy dzia­łają w cen­trum mia­sta - za­su­ge­ro­wał Ting­ström. - Na pewno są le­piej po­in­for­mo­wani od nas.

- Mogę się tym za­jąć - za­de­kla­ro­wał Al­freds­son.

- Jak było w szpi­talu? - spy­tała Ha­mil­ton. - Roz­ma­wia­łeś z Bo­lin­der?

- Przez cały czas mó­wiła tylko o po­wro­cie do domu - od­parł Jo­hans­son. - Jest zszo­ko­wana tym, co ją spo­tkało. Jej syn i sy­nowa są w dro­dze z Öre­bro do Göte­borga, żeby ją za­brać ze szpi­tala. Le­karz stwier­dził, że do­znała wstrząsu mó­zgu, i za­ło­żył jej cztery szwy z tyłu czaszki.

Jo­hans­son zro­bił pauzę, otwo­rzył teczkę, wy­jął z niej kilka po­więk­szo­nych fo­to­gra­fii i prze­ka­zał ko­lej­nej oso­bie. Zdję­cia przed­sta­wiały si­niaki i na­wet laik by się do­my­ślił, w jaki spo­sób po­wstały. Na dło­niach i na brzu­chu wi­do­czne były sine pręgi od pal­ców, które wbiły się w skórę, po­zo­sta­wia­jąc na niej wy­raźne ślady. Przy­po­mi­nały od­cisk stem­pla.

- Na­past­nicy osku­bali swoją ofiarę ze wszyst­kiego - stwier­dził Al­freds­son. - Mamy do czy­nie­nia z praw­dzi­wymi za­wo­dow­cami, któ­rzy do­brze wie­dzieli, co ro­bią. Naj­pierw oto­czyli ofiarę, a po­tem w kilka se­kund okra­dli ją z pie­nię­dzy i cen­nych przed­mio­tów. Bo­lin­der pew­nie na­wet nie za­uwa­żyła, że zo­stała okra­dziona, i do­piero po pew­nym cza­sie stwier­dziła, że stra­ciła port­fel i te­le­fon.

- Po co przy­je­chała do Göte­borga? - spy­tała Ha­mil­ton.

- Na spo­tka­nie kla­sowe z oka­zji pięć­dzie­sią­tej rocz­nicy ode­bra­nia dy­plomu szkoły pie­lę­gniar­skiej. Za­mie­rzała się za­trzy­mać w ho­telu Pa­no­rama, bo tam miała się od­być im­preza. Za­miast tego spę­dziła noc w szpi­talu.

Jo­hans­son wy­po­wie­dział ostat­nie zda­nie z pew­nym cy­ni­zmem.

- Roz­po­zna spraw­ców na­padu?

- Nie. Ze­znała, że nic nie pa­mięta. Była wy­raź­nie zszo­ko­wana i roz­trzę­siona. Nie chciała na­wet roz­ma­wiać o tym zda­rze­niu. Przez cały czas mó­wiła o po­wro­cie do domu.

- Szkoda - stwier­dziła Ha­mil­ton. - Może po kilku dniach, kiedy pa­mięć jej wróci, zmieni zda­nie? Je­dyną osobą, która zna prawdę, jest na ra­zie El­len Lund­gren z Espresso Ho­use. Mam na­dzieję, że na­gra­nie z ka­mery mo­ni­to­ringu jest na tyle do­brej ja­ko­ści, że po­może nam usta­lić spraw­ców na­padu.

Po­li­cjantka spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Obej­rzę je ju­tro rano, a te­raz mu­szę już wyjść, żeby ode­brać dzieci z przed­szkola.

Wstała z krze­sła, a na od­chod­nym po­pa­trzyła na Jo­hans­sona i Ting­ströma.

- Czy mamy jesz­cze coś do omó­wie­nia? - spy­tała.

Od­po­wie­dzią było mil­cze­nie.

- Ju­tro o je­de­na­stej w moim po­koju - po­wie­dział Jo­hans­son, wsta­jąc z krze­sła. - Omó­wimy tę sprawę i po­dzie­limy za­da­nia. Na dwoje babka wró­żyła. Może się oka­zać, że sprawa wcale nie jest tak pro­sta, jak nam się wy­da­wało, ale mam na­dzieję, że szybko ją za­mkniemy.

Roz­dział 9

Wto­rek, 2 marca

Go­dzina 19.02

Pro­sto po pracy Berg­man po­je­chała do Ska­t?s, żeby prze­biec ośmio­ki­lo­me­trową pę­tlę. Mu­siała oczy­ścić my­śli, po­zbyć się na­pięć i złych emo­cji, które się w niej na­gro­ma­dziły w cza­sie ostat­niej doby. Nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­czego nic jej się nie układa. Za­nim po­znała Adama, pro­wa­dziła sa­mo­dzielny tryb ży­cia, ale ni­gdy nie czuła się sa­motna. Wszystko było o wiele prost­sze, bo do ni­kogo ani do ni­czego nie mu­siała się do­sto­so­wy­wać. Po­dob­nie było z Ewą i He­lene, które od lat są jej bli­skimi przy­ja­ciół­kami. Mają wła­sne ży­cie i są sil­nymi ko­bie­tami, na które za­wsze może li­czyć. Na myśl o tym, co wspól­nie prze­żyły - wy­jazdy tu­ry­styczne, ko­la­cje w re­stau­ra­cjach, golf i dłu­gie roz­mowy - uśmiech­nęła się do sie­bie. Za każ­dym ra­zem od­bywa się to bez żad­nych wa­run­ków wstęp­nych. Z Ada­mem jest ina­czej. Pro­wa­dzi in­ten­sywny tryb ży­cia, żyje te­raź­niej­szo­ścią, ma ar­ty­styczną du­szę i nie chce zro­zu­mieć, że jej praca bywa dla niej waż­niej­sza od niego i ich związku. W ta­kich sy­tu­acjach czuje się jak w pu­łapce. Nie­wi­dzialne nici opla­tają jej su­mie­nie, ob­na­ża­jąc naj­gor­sze ce­chy.

Przy­znała w my­ślach, że kiedy po­przed­niego dnia Adam wspo­mniał o roz­mo­wie z jej matką, za­re­ago­wała zbyt im­pul­syw­nie, cho­ciaż za­cho­wał się przy­zwo­icie, chcąc tylko mię­dzy nimi po­śred­ni­czyć. Za­sta­na­wiała się, jak wy­glą­dałby ich zwią­zek, gdyby tak szybko nie za­szła w ciążę. Cie­kawe, że żadne z nich na­wet nie wspo­mniało o abor­cji. Nie wi­działa w tym nic dziw­nego, bo dla niej była to ostat­nia szansa, żeby znowu zo­stać mamą. Od śmierci Li­nusa, do któ­rej do­szło przed je­de­na­stu laty, bar­dzo pra­gnęła uro­dzić dziecko. Li­nus prze­żył tylko rok. Wciąż ma przed oczami jego ja­sne włosy, nie­bie­skie oczy i okrą­głą bu­zię z dwoma do­łecz­kami. Na samo wspo­mnie­nie zbiera jej się na płacz.

"Co z tobą, ko­bieto?" - po­my­ślała. Za­ci­snęła dło­nie i wbiła pa­znok­cie w skórę. Na­gły ból spra­wił, że wró­ciła do rze­czy­wi­sto­ści. Wy­pro­sto­wała się i wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów. Po­winna po­my­śleć o Ada­mie i za­jąć się Norą, tym ich słod­kim, aniel­skim, peł­nym ener­gii i woli ży­cia stwo­rzon­kiem. "Co z tobą?" - po­wtó­rzyła w my­ślach.

Kiedy wró­ciła do domu, Adam sie­dział w kuchni przy stole. Jedną ręką przy­trzy­my­wał Norę na ko­la­nach, drugą mie­szał łyżką kaszkę w ta­le­rzu. Na wi­dok In­grid cały się roz­pro­mie­nił. Po­li­cjantka po­de­szła do niego i go ob­jęła. Do­tknęła no­sem jego szyi, wcią­gnęła jego za­pach. Pach­niał sobą: męż­czy­zną, piż­mem, drze­wem san­da­ło­wym. Po­czuła, jak wzbiera w niej po­żą­da­nie. Gwał­tow­nie go za­pra­gnęła.

- Prze­pra­szam - szep­nęła. - Wy­bacz, że taka je­stem...

Wię­cej nie zdą­żyła po­wie­dzieć, bo Nora ugry­zła ją w rękę dol­nymi ząb­kami. Berg­man cof­nęła się zdu­miona jej za­cho­wa­niem, a Adam za­śmiał się na wi­dok jej miny. Nora za­pła­kała, więc wzięła ją na ręce. Dziew­czynka uci­chła i ob­jęła matkę swo­imi tłu­ściut­kimi rącz­kami za szyję. Adam uśmiech­nął się na ten wi­dok, odło­żył łyżkę i chwy­cił się pod boki.

- Wi­tamy w domu - po­wie­dział i po­gła­skał ją po ręce w miej­scu po ugry­zie­niu.

- Za­słu­ży­łam na to - stwier­dziła z uśmie­chem Berg­man.

- Ciesz się, że ja też cię nie ugry­złem, bo mia­łem na to wielką ochotę. Na szczę­ście zro­biła to za mnie Nora, więc na ra­zie po­winno ci to wy­star­czyć. A te­raz, dro­gie pa­nie, za­pra­szam do stołu. Za­raz was ob­służę.

- Pysz­nie pach­nie. Co ugo­to­wa­łeś? - spy­tała Berg­man. Od­su­nęła od sie­bie Norę i po­sa­dziła ją w dzie­cię­cym fo­te­liku. Dziew­czynka chwy­ciła łyżkę i za­częła się nią ba­wić.

- Ojo­joj, jaka głodna! - za­wo­łał Adam i po­dał ma­łej ka­wa­łek ogórka. Dziew­czynka rzu­ciła łyżkę na pod­łogę, a on cier­pli­wie ją pod­niósł i po­ło­żył na stole. - Obie wy­sta­wia­cie mnie na próbę - do­dał, pa­trząc na In­grid. - Ma­cie szczę­ście, że was ko­cham.

Spoj­rzał jej w oczy, po­ło­żył dłoń na jej ręce i de­li­kat­nie ją po­gła­skał.

- Był­bym wdzięczny, gdy­byś cza­sem do­ce­niła to, co ro­bię - po­wie­dział. - Co zro­bimy z twoją matką?

- Ju­tro do niej za­dzwo­nię i po­wiem, że nie ży­czymy so­bie jej wi­zyty.

Po ko­la­cji Berg­man wy­ką­pała i uśpiła Norę, a gdy wró­ciła do sa­lonu, zo­ba­czyła, że Adam za­snął przed te­le­wi­zo­rem. Do­my­śliła się, że ostat­niej nocy nie­wiele spał, więc okryła go ko­cem i usia­dła w fo­telu. Wzięła pi­lota, żeby ści­szyć dźwięk, ale na­gle uj­rzała na ekra­nie bu­dy­nek swo­jej ko­mendy. Za­raz po­tem na­stą­piła prze­bitka na Brun­n­spar­ken, Nord­stan, Ka­nal­tor­get i Dwo­rzec Główny. W ko­lej­nym ma­te­riale dzien­ni­karz py­tał ko­bietę w śred­nim wieku, co my­śli o ak­tyw­no­ści po­li­cji w jej dziel­nicy. Spy­tał ją, czy boi się prze­by­wać wie­czo­rem w cen­trum Göte­borga.

Ka­mera zro­biła zbli­że­nie i po­ka­zała grupkę ciem­no­skó­rych męż­czyzn krę­cą­cych się po Nord­stan. Chwilę póź­niej po­now­nie po­ka­zano ko­bietę, która na ich wi­dok oka­zała strach i obu­rze­nie. W ko­lej­nym ma­te­riale wy­stą­pił inny dzien­ni­karz, który re­la­cjo­no­wał z Dworca Głów­nego:

- Przed­wczo­raj wie­czo­rem na oczach tłumu ofiarą po­bi­cia i na­padu ra­bun­ko­wego pa­dła star­sza ko­bieta. Chwilę wcze­śniej wy­sia­dła z po­ciągu i we­szła do hali dworca. Zo­stała tam za­ata­ko­wana przez grupę mło­dych męż­czyzn ob­cego po­cho­dze­nia, któ­rzy ją po­bili i okra­dli. Ko­bieta do­znała ob­ra­żeń i zo­stała od­wie­ziona do szpi­tala Sahl­gren­ska. Wiele osób pra­cu­ją­cych na dworcu po­twier­dziło prze­bieg tego zda­rze­nia. Nie­stety żadna z nich nie chciała wy­stą­pić przed ka­merą z obawy przed kon­se­kwen­cjami. Chcemy za­dać kie­row­nic­twu po­li­cji kilka py­tań. Co ro­bi­cie, żeby za­pew­nić miesz­kań­com na­szego mia­sta bez­pie­czeń­stwo w miej­scach pu­blicz­nych? Dla­czego ulice pa­tro­luje tak nie­wielu po­li­cjan­tów? Co ro­bią po­li­tycy i wła­dze, żeby oczy­ścić ulice z gan­gów?

Re­por­ter pa­trzył z po­ważną miną w obiek­tyw ka­mery. Chwilę póź­niej na ekra­nie po­ja­wił się znany dzien­ni­karz te­le­wi­zyjny za wy­so­kim sto­łem. Na­prze­ciwko niego stał ubrany w ja­sno­gra­na­towy mun­dur rzecz­nik pra­sowy po­li­cji, An­ders Ny­gren.

- Czy zgo­dzi się pan z opi­nią, że gangi stop­niowo przej­mują kon­trolę nad uli­cami na­szego mia­sta? - spy­tał pro­wa­dzący. - Czy to zna­czy, że z obawy przed zda­rze­niem ta­kim jak opi­sane przed chwilą zwy­kli oby­wa­tele będą uni­kali wy­cho­dze­nia wie­czo­rami i no­cami z domu?

Ny­gren za­brał głos, ale jego słowa za­brzmiały tak, jakby ktoś na­ci­snął gu­zik z na­graną na ta­śmę go­tową od­po­wie­dzią:

- Ko­menda po­li­cji w Göte­borgu od wielu lat pro­wa­dzi dzia­ła­nia spe­cjalne, któ­rych ce­lem jest prze­ciw­dzia­ła­nie wzro­stowi prze­stęp­czo­ści. Ko­men­dant re­gio­na­lny po­li­cji po­sta­no­wił, że na­szym prio­ry­te­tem będą dzia­ła­nia pre­wen­cyjne w za­chod­niej czę­ści mia­sta. Mają one za­po­bie­gać ak­tom prze­mocy w miej­scach pu­blicz­nych. W celu zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia dzia­łań, które zo­stały już pod­jęte, po­li­cja przy­dzie­liła na ten cel do­dat­kowe środki i pie­nią­dze.

Berg­man wy­łą­czyła te­le­wi­zor, bo nie była w sta­nie tego słu­chać. Dla­czego w sy­tu­acji, kiedy wła­dza za­wo­dzi swo­ich oby­wa­teli, od­po­wie­dzial­ność za­wsze spada na po­li­cję? Czemu ża­den dzien­ni­karz nie spyta, dla­czego do­szło do wzro­stu prze­stęp­czo­ści z udzia­łem gan­gów ulicz­nych i dla­czego prze­stępstw do­pusz­czają się co­raz młod­sze osoby? Jak to jest, że gangi, które wa­łę­sają się po Nord­stan, skła­dają się z sa­mych męż­czyzn? Dla­czego nie ma wśród nich bia­łych bez­ro­bot­nych ko­biet w śred­nim wieku?

Ro­ze­brała się, po­szła do ła­zienki, umyła zęby i wró­ciła do Nory. Dziew­czynka miała za­ró­żo­wione po­liczki, ja­sne wło­ski kle­iły jej się do główki. Bu­zię miała na wpół otwartą, na po­duszce le­żał smo­czek. Wy­glą­dała tak nie­win­nie i spo­koj­nie, że Berg­man po­czuła się dumna, cho­ciaż ogar­nął ją wstyd. Za­sta­na­wiała się, dla­czego nie mo­głaby spę­dzać z Norą wię­cej czasu w ciągu dnia. Czemu nie chce żyć cza­sem te­raź­niej­szym za­miast cią­gle oka­zy­wać nie­cier­pli­wość? Po­gła­skała małą po po­liczku, wy­szła z po­koju i wró­ciła do sa­lonu. De­li­kat­nie po­trzą­snęła Ada­mem, a kiedy otwo­rzył oczy, po­ło­żyła się do łóżka. Przez chwilę cze­kała, aż wróci z ła­zienki, ale za­nim przy­szedł, za­snęła.

Roz­dział 10

Środa, 3 marca

Go­dzina 07.15

Ha­mil­ton piła kawę z kubka i za­pi­sy­wała na dysku swo­jego kom­pu­tera na­gra­nia za­re­je­stro­wane przez ka­mery mo­ni­to­ringu na Dworcu Głów­nym w Göte­borgu. Czuła się świeża i wy­po­częta. Jej mąż, Bo, za­brał dzieci i po­je­chał na kilka dni do swo­ich ro­dzi­ców, dzięki czemu bę­dzie mo­gła po­świę­cić na pracę tyle czasu, ile ze­chce. Poza tym od­pad­nie jej stres zwią­zany z od­wo­że­niem dzieci do przed­szkola. Obu­dziła się jak zwy­kle o wpół do szó­stej i po­szła po­bie­gać z Si­xte­nem, ich gol­den re­trie­ve­rem. Po po­wro­cie do domu wzięła prysz­nic, ubrała się i zja­dła śnia­da­nie zło­żone z ja­jek na miękko, które po­piła smo­othie z wa­rzyw i owo­ców. Co za po­czą­tek dnia! Chcia­łaby ta­kich po­ran­ków co­dzien­nie, ale w ży­ciu tak nie jest, zwłasz­cza gdy się mieszka w sze­re­gowcu, w któ­rym na okrą­gło jest coś do na­prawy. Trzeba się też opie­ko­wać ma­łymi dziećmi, które re­gu­lar­nie na coś cho­rują, i pil­no­wać psa nie­ro­zu­mie­ją­cego słowa "po­rzą­dek". Uśmiech­nęła się w my­ślach. Na nic by nie za­mie­niła na­wet jed­nego dnia spę­dzo­nego z uko­chaną ro­dziną, cho­ciaż cza­sem, kiedy Bo wy­jeż­dża z dziećmi, a ona może się za­jąć swo­imi spra­wami, też czuje się wspa­niale.

Ko­men­dant re­gio­na­lny po­li­cji wy­dał oświad­cze­nie pra­sowe w spra­wie pla­no­wa­nej przez po­li­cję ak­cji w Okręgu Za­chod­nim. Ma ona zo­stać prze­pro­wa­dzona na wszyst­kich po­zio­mach po­li­cyj­nych struk­tur, żeby po­ka­zać prze­stęp­com, że od tej pory po­li­cja bę­dzie sto­so­wać w miej­scach pu­blicz­nych za­sadę "zero to­le­ran­cji". Brzmi do­brze, ale to uto­pia, którą można wło­żyć mię­dzy bajki. Ha­mil­ton miała na­dzieję, że uda im się roz­wią­zać sprawę na­padu ra­bun­ko­wego na ko­bietę, do któ­rego do­szło na dworcu ko­le­jo­wym. Wy­star­czy przej­rzeć na­gra­nia z mo­ni­to­ringu. Mają też moc­nego świadka, El­len Lund­gren z Espresso Ho­use. Dziew­czyna za­pew­niła, że je­śli po­li­cja po­każe jej na­gra­nie, wskaże spraw­ców na­padu.

Jesz­cze raz po­rów­nała swoje no­tatki z tym, co było za­pi­sane w kom­pu­te­ro­wej ba­zie da­nych, i za­uwa­żyła, że do roz­mowy mię­dzy ochro­nia­rzem z dworca a ope­ra­to­rem nu­meru alar­mo­wego do­szło pra­wie o osiem­na­stej trzy­dzie­ści. Sie­dem­na­ście mi­nut póź­niej przy­je­chała ka­retka po­go­to­wia.

Przez kilka se­kund się nad czymś za­sta­na­wiała, a po­tem po­sta­no­wiła obej­rzeć se­kwen­cje obej­mu­jące to, co się działo na pół go­dziny przed na­pa­dem. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wały ją na­gra­nia z tych ka­mer, które swym za­się­giem obej­mo­wały te­ren mię­dzy pe­ro­nami a halą dworca. Miała na­dzieję, że zo­ba­czy człon­ków gangu, o któ­rych wspo­mniała Lund­gren, i że uję­cia twa­rzy ban­dy­tów będą wy­raźne. Z roz­cza­ro­wa­niem stwier­dziła, że na­gra­nia mają ni­ską roz­dziel­czość, a ich oglą­da­nie wy­maga du­żego wy­siłku. Mimo to już po kilku mi­nu­tach za­uwa­żyła grupkę mło­dych męż­czyzn o ciem­nej kar­na­cji. Ubrani byli w te­ni­sówki i spodnie z ni­skim kro­kiem, a na głowy mieli na­su­nięte ciemne kap­tury. Było ich ośmiu, może dzie­się­ciu i po­ru­szali się w gru­pie jak psz­czeli rój. Oce­niła, że mają od trzy­na­stu do osiem­na­stu lat. Ka­mera za­wie­szona była około czte­rech me­trów nad zie­mią i re­je­stro­wała ob­razy z per­spek­tywy lotu ptaka, więc trudno było roz­róż­nić twa­rze. Poza tym ob­raz na ekra­nie się za­wie­szał, a chłopcy cho­dzili po hali dwor­co­wej, jakby nie mo­gli so­bie zna­leźć miej­sca. Pew­nie z po­wodu zimna. Nie­wy­klu­czone też, że byli na­ćpani i nie mo­gli ustać spo­koj­nie.

Na­gle na ekra­nie po­ja­wiła się grupa pa­sa­że­rów z wa­liz­kami, co mo­gło ozna­czać, że na któ­ryś z pe­ro­nów wje­chał po­ciąg. Po­dróżni wy­cho­dzili na ze­wnątrz przez au­to­ma­tyczne drzwi. Ha­mil­ton za­pi­sała do­kładny czas tego zda­rze­nia, bo go­dziny i mi­nuty wy­świe­tlały się w pra­wym dol­nym rogu ekranu. Bę­dzie mu­siała usta­lić, skąd przy­je­chał po­ciąg, o któ­rej go­dzi­nie skład do­tarł na miej­sce i któ­rędy szli pa­sa­że­ro­wie. Po­równa to z go­dziną za­pi­saną przez ka­merę.

Grupa chło­pa­ków wto­piła się w tłum pa­sa­że­rów, prze­ci­na­jąc mu drogę pod ką­tem pro­stym. Lu­dzie za­trzy­my­wali się po­iry­to­wani i za­gnie­wani, a po­tem szli szybko da­lej, kie­ru­jąc się do wyj­ścia. Ha­mil­ton cof­nęła na­gra­nie i jesz­cze raz obej­rzała film. Za­uwa­żyła, że kiedy chłopcy prze­ci­skali się przez tłum, szli z po­chy­lo­nymi gło­wami, na które mieli głę­boko na­cią­gnięte kap­tury. Ich ru­chy były prze­my­ślane, cała ak­cja trwała za­le­d­wie kilka se­kund. Przy­po­mi­nało jej to syn­chro­nicz­nie prze­pro­wa­dzony atak del­fi­nów na ła­wicę ryb, który oglą­dała na ka­nale Na­tio­nal Geo­gra­phic. Lu­dzie do­piero po pew­nym cza­sie się zo­rien­tują, że w chwili, kiedy mi­nęła ich grupka mło­do­cia­nych, stra­cili port­fele i te­le­fony ko­mór­kowe.

Za­dzwo­niła do Al­freds­sona i po­pro­siła go, żeby do niej przy­szedł. Po obej­rze­niu na­gra­nia po­li­cjant za­re­ago­wał tak samo jak ona, to zna­czy stwier­dził, że na­past­nicy do­brze wie­dzieli, co ro­bią. Oboje po­sta­no­wili prze­stu­dio­wać akta śledztw wsz­czę­tych w spra­wie po­dob­nych na­pa­dów ra­bun­ko­wych, żeby w przy­szło­ści je roz­wią­zy­wać za­miast za­my­kać, po­nie­waż uma­rza­nie spraw do­ty­czą­cych in­dy­wi­du­al­nych na­pa­dów ra­bun­ko­wych lub prze­stępstw do­ko­ny­wa­nych przez zło­dziei kie­szon­ko­wych stało się w ostat­nim cza­sie zbyt czę­stym zja­wi­skiem.

Roz­dział 11

Środa, 3 marca

Go­dzina 08.22

Berg­man sie­działa w swoim daw­nym po­koju w Wy­dziale do spraw Za­bójstw. O wpół do siód­mej rano po­szła do salki kon­fe­ren­cyj­nej na dru­gim pię­trze po se­gre­ga­tory z ak­tami śledz­twa w spra­wie śmierci An­niki Wil­liams. Nie miała ochoty sie­dzieć ra­zem z Gor­do­nem. Chciała się za­po­znać z do­ku­men­tami w ci­szy i spo­koju, żeby nikt jej nie prze­szka­dzał. Przed lek­turą wy­ci­szyła te­le­fon ko­mór­kowy. Gor­don pró­bo­wał się z nią skon­tak­to­wać, ale wy­słała mu wia­do­mość, że w pracy bę­dzie do­piero o ósmej trzy­dzie­ści.

To jej pierw­sza za­le­gła sprawa. Za­zwy­czaj uczest­ni­czyła w śledz­twach od sa­mego po­czątku, roz­dzie­lała za­da­nia i obo­wiązki, kie­ro­wała pracą śled­czych i miała pełną kon­trolę nad jej prze­bie­giem. Tym ra­zem musi usta­lić, jaki tryb po­stę­po­wa­nia przy­jął Ar­nell ze swo­imi śled­czymi. Na biurku le­żały se­gre­ga­tory pełne do­ku­men­tów. Wie­działa, że za­po­zna­nie się z nimi zaj­mie jej sporo czasu. Cie­szyła się, że swoją po­moc za­de­kla­ro­wał Nils­son. Ufała mu, a poza tym nic nie mo­gło umknąć jego uwa­dze. Przed kil­koma mi­nu­tami, kiedy szła za­pa­rzyć so­bie kawy, prze­cho­dziła koło po­ko­jów na­le­żą­cych do tech­ni­ków. Za­szła do nich i po­in­for­mo­wała Nils­sona, że Ting­ström przy­dzie­lił do ich ekipy psy­cho­loga i pro­fi­lera w jed­nym. Fak­tem jest, że kiedy rano przy­szła do salki kon­fe­ren­cyj­nej i zo­ba­czyła na stole cztery duże kar­tony z ko­piami akt, tro­chę się uspo­ko­iła. Może Stare zro­zu­miał, że jego rola w tym do­cho­dze­niu bę­dzie po­le­gała głów­nie na po­ma­ga­niu in­nym śled­czym? Chyba że ona zde­cy­duje ina­czej.

Pa­trzyła na le­żący na biurku no­tes i po­wta­rzała w my­ślach to, co w nim za­pi­sała. "Za­dzwo­nić do Egona Ar­nella i umó­wić się na spo­tka­nie". Po chwili po­sta­wiła przy tym zda­niu ptaszka, bo sprawa zo­stała za­ła­twiona. Jest z nim umó­wiona w jego domu na trzy­na­stą. Spyta go, czego nie ma w ak­tach, czy miał ja­kieś prze­czu­cia, czy od przej­ścia na eme­ry­turę nie my­ślał o czymś, co nie da­wało mu spo­koju, czy ko­goś po­dej­rze­wał i czy tra­fił na ja­ki­kol­wiek trop. Ko­lej­nym punk­tem na li­ście spraw do za­ła­twie­nia był kon­takt z za­kła­dem me­dy­cyny są­do­wej. Zada pa­to­lo­gowi cały sze­reg py­tań do­ty­czą­cych pro­to­kołu z sek­cji zwłok. Musi się upew­nić, czy nic nie umknęło jej uwa­dze i czy wszystko pra­wi­dłowo zro­zu­miała, po­nie­waż w ta­kich pro­to­ko­łach o pew­nych szcze­gó­łach ni­gdy się nie wspo­mina. Sek­cję zwłok prze­pro­wa­dził Olof Han­sén, wi­ce­dy­rek­tor Za­kładu Me­dy­cyny Są­do­wej, który na­dal tam pra­cuje. Musi też po­roz­ma­wiać z ro­dzi­cami An­niki Wil­liams, cho­ciaż bę­dzie to dla nich roz­dra­py­wa­niem sta­rych ran.

Do­piła kawę i upo­rząd­ko­wała pa­piery. Czas na spo­tka­nie z Nils­so­nem i Gor­do­nem.

Kiedy we­szła do salki kon­fe­ren­cyj­nej, ku swemu zdu­mie­niu uj­rzała cztery kubki z kawą, wazę z owo­cami, ta­le­rzyk cia­stek i żytni chleb z żół­tym se­rem. Na środku stołu le­żały no­tesy i se­gre­ga­tory. Oprócz wi­szą­cej na ścia­nie ta­blicy, która sta­no­wiła część wy­po­sa­że­nia po­koju, za­stała w nim ta­blice na kół­kach, ma­gnesy i róż­no­ko­lo­rowe ma­zaki. Stare sie­dział przy stole przed lap­to­pem. Na jej wi­dok uniósł rękę w ge­ście po­zdro­wie­nia.

- Dzień do­bry - po­wie­działa po­li­cjantka, pa­trząc na kubki z kawą.

- Ta z krzy­ży­kiem z boku to kawa z mle­kiem. Jest eko­lo­giczna i świeżo zmie­lona. W trzech po­zo­sta­łych jest kawa bez mleka.

To, co po­wie­dział Stare, ozna­czało, że ktoś mu zdra­dził, jaką kawę pije ko­mi­sarz Berg­man. Mimo to wzięła ku­bek z kawą bez mleka, po­nie­waż nie chciała, żeby Stare so­bie po­my­ślał, że zna ją aż tak do­brze.

Na­gle usły­szała za sobą zna­jome chrząk­nię­cie. Do­my­śliła się, że to Nils­son.

- Co te­raz? - spy­tał. - Bę­dziemy tak stać i się so­bie przy­glą­dać?

Berg­man uśmiech­nęła się w my­ślach. Po­my­śleć, że z wła­snej woli po­pro­siła Nils­sona, żeby do­łą­czył do ekipy. Jej de­cy­zja mu­siała sta­no­wić za­gadkę dla in­nych osób, które wo­lały nie mieć z nim do czy­nie­nia.

- To jest Ber­til Nils­son, nasz naj­lep­szy tech­nik kry­mi­na­li­styczny - po­wie­działa. Na dźwięk tych słów Nils­son lekko się wy­pro­sto­wał. Jak wi­dać, na­wet ten sa­motny wilk był łasy na po­chleb­stwa. - A to jest Gor­don Stare, psy­cho­log i pro­fi­ler. We trójkę mamy roz­wi­kłać za­gadkę śmierci An­niki Wil­liams. Póź­niej do­łą­czy do nas jesz­cze je­den śled­czy, a może na­wet dwóch.

Stare od­su­nął się na swoim wózku o kilka cen­ty­me­trów od stołu, a Nils­son pod­szedł i po­dał mu rękę.

- Czę­stuj­cie się - za­chę­cił ich Stare, wska­zu­jąc ka­na­pki i kawę.

- Dzię­kuję - od­parł Nils­son. - Czy jest mię­dzy nimi ja­kaś róż­nica?

- Ta z krzy­ży­kiem jest z mle­kiem - wy­ja­śnił cier­pli­wym to­nem Stare. - Dwie po­zo­stałe bez.

Nils­son mruk­nął coś pod no­sem, wy­brał kawę bez mleka i wziął z ta­le­rzyka dwa cia­steczka cze­ko­la­dowe.

- In­grid ta­kich nie jada, więc biorę dwa - wy­ja­śnił i spoj­rzał po­li­cjantce w oczy, jakby ocze­ki­wał po­twier­dze­nia. Uniósł ku­bek, ale za­stygł w bez­ru­chu i spy­tał: - Pi­jesz kawę bez mleka? To coś no­wego.

Berg­man po­czer­wie­niała na twa­rzy. Cała sy­tu­acja za­częła jej przy­po­mi­nać sceny z dra­ma­tów No­réna, ale wie­działa, że sama jest so­bie winna. Ude­rzyła dłońmi o stół i stwier­dziła:

- Za­czy­namy. Po­świę­ci­łam dziś tro­chę czasu na wstępne za­po­zna­nie się z ma­te­ria­łem i uło­ży­łam plan pracy. - Od­wró­ciła się od stołu i za­ma­szy­stym ru­chem wska­zała ta­blice. - Mu­simy wy­jąć z se­gre­ga­to­rów więk­szość do­ku­men­tów, żeby stały się dla nas bar­dziej przej­rzy­ste. Mam na­dzieję, że dzięki temu znaj­dziemy ja­kieś nowe po­wią­za­nia mię­dzy po­szcze­gól­nymi fak­tami, zda­rze­niami, na­zwi­skami i tak da­lej. Spoj­rzymy na wszystko z in­nej per­spek­tywy. Jedną z ta­blic po­świę­cimy na ma­te­riały do­ty­czące osób, które były po­wią­zane z ofiarą, ta­kich jak jej ro­dzina, przy­ja­ciele, ko­le­dzy i ko­le­żanki z pracy, part­ne­rzy ży­ciowi, są­sie­dzi i tak da­lej. Chcę do­stać ich zdję­cia i pełne dane oso­bowe, a zwłasz­cza in­for­ma­cje o tym, co je wią­zało z ofiarą. Na dru­giej ta­blicy znajdą się in­for­ma­cje o miej­scu zda­rze­nia i zdję­cia, które tam zro­biono. Będą mi po­trzebne mapy, zdję­cia i do­wody rze­czowe wraz z do­kład­nym opi­sem. Osobną ta­blicę po­świę­cimy na pro­to­koły z sek­cji zwłok. Zna­le­ziono tylko głowę i nie wia­domo, gdzie jest reszta ciała. Jak byś to sko­men­to­wał?

Stare zmarsz­czył czoło i od­parł:

- Cza­sem taka sprawa ma kilka warstw. Na po­czątku mu­simy usta­lić, przez ile ta­kich warstw trzeba się bę­dzie prze­bić, żeby do­trzeć do istoty rze­czy. Naj­bar­dziej za­sta­na­wia mnie fakt, że nie zna­le­ziono zwłok.

- Na czwar­tej ta­blicy umie­ścimy to, co nie daje nam spo­koju, że tak po­wiem - kon­ty­nu­owała Berg­man.

- To zna­czy?

- Wszystko, co pod­po­wiada nam in­stynkt, co spra­wia, że cho­ciaż do­wody su­ge­rują coś in­nego, my za­czy­namy się za­sta­na­wiać i wąt­pić, cho­ciaż nie wiemy dla­czego. Zga­dzasz się ze mną?

Stare ski­nął głową, oparł się ple­cami o swój wó­zek, za­ło­żył ręce za głowę i cze­kał na dal­szy ciąg.

- Po­trzebna nam bę­dzie piąta ta­blica, na któ­rej umie­ścimy oś czasu - kon­ty­nu­owała Berg­man. - Za­czniemy ją na pół roku przed za­gi­nię­ciem Wil­liams i po­cią­gniemy ją pół roku po jej śmierci. Na szó­stej ta­blicy umie­ścimy zdję­cie Wil­liams i wszyst­kie in­for­ma­cje, ja­kie uda nam się ze­brać na jej te­mat.

- Trzeba bę­dzie przej­rzeć ra­porty z działu tech­nicz­nego - uzu­peł­nił jej roz­wa­ża­nia Nils­son.

W tym mo­men­cie Stare chrząk­nął tak gło­śno, że Nils­son i Berg­man od­wró­cili się w jego stronę.

- A może usta­wimy tu siódmą ta­blicę? - za­pro­po­no­wał. - Umie­ścimy na niej in­for­ma­cje o po­dob­nych prze­stęp­stwach. Zwró­cimy się o nie do Eu­ro­polu i po­li­cji w in­nych kra­jach. Wil­liams zo­stała za­mor­do­wana wiele lat temu. Je­śli za­bił ją ktoś, kogo nie znała, może się oka­zać, że sprawca po­peł­nił ta­kie same lub po­do­bne zbrod­nie gdzie in­dziej. Trzeba też spraw­dzić, czy przed jej za­gi­nię­ciem na wol­ność nie wy­szli ja­cyś psy­cho­paci albo groźni prze­stępcy.

Berg­man do­szła do wnio­sku, że Stare ma ra­cję. Za­uwa­żyła, że śledz­two z każdą chwilą się roz­ra­sta, a ona i jej dwaj po­moc­nicy mają do roz­wią­za­nia za­gadkę sprzed wielu lat. Je­den z nich, który wkrótce osią­gnie wiek eme­ry­talny, jest sta­rym zrzędą i ma pro­blemy w kon­tak­tach z więk­szo­ścią lu­dzi. Drugi jest psy­cho­lo­giem, jeź­dzi na wózku in­wa­lidz­kim i wkrótce też przej­dzie na eme­ry­turę. Mało o nim wie, bo do ekipy przy­dzie­lił go Ting­ström. Trze­cią osobą jest ona - ko­mi­sarz po­li­cji kry­mi­nal­nej, młoda matka, która pra­cuje na pół etatu. Woli współ­pra­co­wać z oso­bami, które sama so­bie do­biera.

- In­grid? - usły­szała na­gle głos Nils­sona. - Je­steś z nami?

- Prze­pra­szam... nad czymś się za­sta­na­wia­łam. Mu­simy po­roz­ma­wiać ze wszyst­kimi oso­bami, które miały ja­ki­kol­wiek zwią­zek z tym śledz­twem. Na pewno zdo­łamy z nich jesz­cze coś wy­cią­gnąć. Dziś o trzy­na­stej je­stem umó­wiona z Ar­nel­lem, który to do­cho­dze­nie pro­wa­dził. Mieszka w Le­rum, więc zej­dzie mi na tym całe po­po­łu­dnie. Póź­niej naj­waż­niej­sze bę­dzie to, żeby wszyst­kie nowe in­for­ma­cje umie­ścić na od­po­wied­nich ta­bli­cach. Na­sza ekipa li­czy na ra­zie trzy osoby, ale nie otrzy­ma­łam jesz­cze ja­snej od­po­wie­dzi, kiedy do­sta­niemy wspar­cie ka­drowe i do­dat­kowe środki fi­nan­sowe. Je­stem pewna, że je­śli doj­dzie do prze­łomu, ła­twiej nam bę­dzie o taką po­moc wy­stą­pić i ją otrzy­mać. Ber­til, zaj­mij się do­wo­dami tech­nicz­nymi, a ty, Gor­don, przy­go­tuj pro­fil sprawcy. Po­tem umieść wszyst­kie in­for­ma­cje na po­szcze­gól­nych ta­bli­cach. Tak jak uzgod­ni­li­śmy.

Stare ski­nął głową i za­pi­sał coś w le­żą­cym obok lap­topa no­te­sie. Berg­man za­uwa­żyła, że pod­czas ca­łej roz­mowy w ża­den spo­sób nie oka­zał, co my­śli i czuje. Jako do­świad­czony psy­cho­log, który ro­zu­mie mowę ciała, za­cho­wy­wał obo­jętny wy­raz twa­rzy, a jed­no­cze­śnie uważ­nie ob­ser­wo­wał ją i Nils­sona.

Spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Bierzmy się do pracy, a ju­tro rano spo­tkamy się o tej sa­mej po­rze. Ja­kieś py­ta­nia?

Od­po­wie­dzią było mil­cze­nie.

Roz­dział 12

Środa, 3 marca

Go­dzina 11.08

- Coś mi się tu nie zga­dza - stwier­dziła Ha­mil­ton. Przed chwilą pod­łą­czyła swo­jego lap­topa do za­wie­szo­nego na ścia­nie ekranu, żeby Jo­hans­son i Al­freds­son zo­ba­czyli, o co jej cho­dzi. - Skup­cie się. To jest Mar­ga­reta Bo­lin­der. Wcho­dzi w za­sięg obiek­tywu ka­mery... ple­cami do nas. A te­raz na­gle się za­trzy­muje, jakby coś zo­ba­czyła albo jakby coś jej się przy­po­mniało. Robi w tył zwrot i wraca tą samą drogą, którą przy­szła.

Dwie se­kundy póź­niej Bo­lin­der zni­kła z ekranu, ale oglą­da­jąca tę se­kwen­cję trójka funk­cjo­na­riu­szy zdą­żyła zo­ba­czyć wy­raz jej twa­rzy.

- Wy­glą­dała tak, jakby uj­rzała du­cha i bar­dzo się prze­stra­szyła - sko­men­to­wał Jo­hans­son.

- No wła­śnie - zgo­dziła się z nim Ha­mil­ton i cof­nęła na­gra­nie, żeby jesz­cze raz obej­rzeć tę samą se­kwen­cję.

- Dziwne, bo po­winna się była prze­stra­szyć wcze­śniej, kiedy we­szła do hali dwor­co­wej i zo­ba­czyła, że grupka chło­pa­ków wzięła ją na cel i zmie­rza w jej kie­runku - za­uwa­żył Al­freds­son. - To, co wi­dać na na­gra­niu, po­krywa się z ze­zna­niami dziew­czyny z Espresso Ho­use. Nie ro­zu­miem tylko, dla­czego Bo­lin­der na­gle się za­trzy­mała, za­wró­ciła i wy­szła, a wła­ści­wie nie­mal po­bie­gła w kie­runku pe­ro­nów, wprost mię­dzy tam­tych chło­pa­ków. Wy­gląda to tak, jakby ich nie za­uwa­żyła albo się nie do­my­śliła, czego chcą.

Jo­hans­son prze­cią­gnął dło­nią po czole i wy­pro­sto­wał nogi.

- A może we­szła mię­dzy nich z pre­me­dy­ta­cją?

- Po co? - zdzi­wiła się Ha­mil­ton.

- Zdaję so­bie sprawę, że to być może zbyt da­leko idąca teo­ria, ale wy­ob­raźmy so­bie, że z ja­kie­goś po­wodu chciała się ukryć w tłu­mie, a je­dyną taką moż­li­wość stwa­rzała jej grupka tam­tych chło­pa­ków. Może kilka se­kund wcze­śniej zo­ba­czyła ko­goś, kto ją prze­ra­ził, i wo­lała się ukryć, żeby ten ktoś jej nie za­uwa­żył? Mo­gła też mieć na­dzieję, że skoro ona się prze­ra­ziła tych chło­pa­ków, jej ewen­tu­alny prze­śla­dowca też się ich prze­stra­szy i nie bę­dzie miał od­wagi za nią pójść?

Al­freds­son po­krę­cił głową.

- Uwa­żam, że twoja teo­ria fak­tycz­nie idzie za da­leko. Ofiarą na­pa­ści pa­dła sie­dem­dzie­się­cio­trzy­let­nia ko­bieta, eme­rytka z Öre­bro, która przy­je­chała do Göte­borga na spo­tka­nie kla­sowe. Naj­pro­ściej bę­dzie, je­śli ją o to spy­tamy.

- Masz ra­cję. Pew­nie za­uwa­żyła, że zo­sta­wiła coś w wa­go­nie. Odłóżmy to i idźmy da­lej. Po­ka­żemy te na­gra­nia ko­le­gom z jed­nostki spe­cjal­nej. Dzi­siaj rano roz­ma­wia­łem o tym z La­ger­gre­nem. Po­wie­dział, że on i jego lu­dzie chęt­nie je obej­rzą.

- W ta­kim ra­zem we­zwę tę dziew­czynę z Espresso Ho­use, żeby i ona obej­rzała te na­gra­nia - oznaj­miła Ha­mil­ton. - Po­pro­simy też na­szych tech­ni­ków, żeby po­pra­co­wali nad na­gra­niami, po­pra­wili roz­dziel­czość i ja­koś ob­razu. Może uzy­skają ta­kie zbli­że­nia twa­rzy, że bę­dziemy mo­gli je wy­dru­ko­wać i wy­ko­rzy­stać do iden­ty­fi­ka­cji spraw­ców?

- Ja umó­wi­łem się po lun­chu na spo­tka­nie z pewną street wor­kerką, która pa­tro­luje ulice w cen­trum mia­sta - po­in­for­mo­wał Al­freds­son. Na­stęp­nie wstał od stołu i za­czął zbie­rać swoje pa­piery. - My­ślę, że jej też po­win­ni­śmy po­ka­zać te zdję­cia i na­gra­nia. Ona i jej grupa chyba naj­le­piej znają tych chło­pa­ków. A te­raz idę coś zjeść.

Roz­dział 13

Środa, 3 marca

Go­dzina 12.45

Berg­man wci­snęła moc­niej pe­dał gazu, bo nie mo­gła się przed tym po­wstrzy­mać. W cza­sie szyb­kiej jazdy czuła, że żyje, ad­re­na­lina w przy­jemny spo­sób pul­so­wała w jej ży­łach. Prze­je­chała pod cen­trum han­dlo­wym Al­lum w dziel­nicy Par­tille, zje­chała na Jon­se­red i zna­la­zła się w tu­nelu Je­ri­ko­tun­neln. Zo­sta­wiała za sobą cię­ża­rówki i sa­mo­chody oso­bowe. Za­sta­no­wiła ją ta ostat­nia na­zwa. Sko­ja­rzyła jej się z Je­ry­chem - po­ło­żo­nym na Za­chod­nim Brzegu mia­stem zna­nym ze Sta­rego Te­sta­mentu. Dawna pieśń nie­wol­ni­ków, która się za­czyna od słów "Jo­shua fit the bat­tle of Je­ri­cho", opo­wiada o tym, jak ru­nęły mury tego sta­ro­żyt­nego mia­sta, ale dzi­siaj chyba nikt nie ko­ja­rzy już Je­ry­cha z tym fak­tem. Szybko jed­nak dała spo­kój ta­kim roz­wa­ża­niom i sku­piła się na jeź­dzie. Egon Ar­nell, któ­rego za­mie­rzała od­wie­dzić, miesz­kał nad je­zio­rem Aspen przy ulicy Stran­dvägen w miej­sco­wo­ści Le­rum, dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na pół­nocny wschód od Göte­borga. Na­wi­ga­cja pro­wa­dziła ją pro­sto do celu.

Willa Ar­nella stała po tej stro­nie drogi, przy któ­rej znaj­do­wało się je­zioro. Jej styl wska­zy­wał na to, że zo­stała zbu­do­wana na po­czątku dwu­dzie­stego wieku. Była oto­czona ogro­dem i zdo­biły ją drew­niane or­na­menty. Berg­man po­my­ślała, że taki dom mu­siał sporo kosz­to­wać. Zwol­niła i za­par­ko­wała na pod­jeź­dzie ga­ra­żo­wym obok gra­fi­to­wego po­rsche ma­can. W chwili, kiedy wy­sia­dała z sa­mo­chodu, drzwi się otwo­rzyły i w progu sta­nął Ar­nell.

- Wi­tam, pro­szę wejść - po­wie­dział cie­płym, lekko ochry­płym gło­sem, jakby w ocze­ki­wa­niu na jej przy­jazd przez cały dzień nie wy­po­wie­dział ani jed­nego słowa.

- Ładny wóz - stwier­dziła Berg­man, wska­zu­jąc po­rsche.

Ar­nell za­śmiał się gło­śno.

- Le­piej od razu się przy­znam. Gram na wy­ści­gach kon­nych i, jak wi­dać, nie­źle mi idzie. Po przej­ściu na eme­ry­turę mu­sia­łem so­bie zna­leźć ja­kieś nowe za­ję­cie.

Ar­nell ode­brał od Berg­man kurtkę, po­wie­sił ją na wie­szaku i za­pro­wa­dził po­li­cjantkę do sa­lonu, któ­rego okna wy­cho­dziły na je­zioro. Wi­dok, jaki roz­ta­czał się z wnę­trza domu, wprost za­pie­rał od­dech. Z brzegu do je­ziora biegł drew­niany po­most, wzdłuż któ­rego po obu stro­nach ro­sły szu­wary. Pro­mie­nie słońca prze­dzie­rały się przez chmury i od­bi­jały od po­wierzchni wody, na któ­rej spo­koj­nie ko­ły­sały się kaczki.

- Wi­dok za oknem przy­po­mina praw­dziwe dzieło sztuki - kon­ty­nu­ował Ar­nell. - Czło­wiek so­bie sie­dzi i spo­koj­nie po­dzi­wia piękne kra­jo­brazy. Wcze­śniej bra­ko­wało mi na to czasu, bo jako ko­mi­sarz po­li­cji mia­łem mnó­stwo obo­wiąz­ków, ale po przej­ściu na eme­ry­turę nad­ra­biam za­le­gło­ści. Te­raz już wiem, że zbyt dużo pra­co­wa­łem, ale ni­czego nie ża­łuję.

Ar­nell uśmiech­nął się szcze­rze, a Berg­man za­uwa­żyła w jego oczach ja­kąś tkli­wość.

- Pro­szę mi po­wie­dzieć, co pa­nią do mnie spro­wa­dza. Na­pije się pani kawy?

- Chęt­nie.

- Tak wła­śnie my­śla­łem. Pro­szę usiąść, za­raz wra­cam.

Ar­nell wska­zał Berg­man miej­sce i wy­szedł z sa­lonu. W kuchni roz­legł się brzęk por­ce­lany. Ar­nell szybko wró­cił z tacą, na któ­rej stały dwa kubki, dzba­nek kawy, cu­kier­nica, dzba­ne­czek z mle­kiem i ta­le­rzyk z cia­stecz­kami owsia­nymi.

- Od czasu do czasu trzeba so­bie spra­wić przy­jem­ność - po­wie­dział. Na­lał kawy do kub­ków i po­czę­sto­wał Berg­man ciast­kami. Jedno po­ło­żył so­bie na ta­le­rzyku.

- W cza­sie na­szej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej wy­ja­śni­łam, że chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać o za­bój­stwie An­niki Wil­liams - za­częła Berg­man. - Do zbrodni do­szło w dzie­więć­dzie­sią­tym trze­cim roku. Za­mie­rzam wzno­wić śledz­two w tej spra­wie, a po­nie­waż to pan pro­wa­dził tamto do­cho­dze­nie, przy­szłam po­roz­ma­wiać. Py­ta­nie brzmi, czy za­pa­mię­tał pan coś, co było albo może być ważne dla wy­ja­śnie­nia tego za­bój­stwa. Na przy­kład szcze­góły, któ­rych nie znaj­dziemy w ak­tach. Wie pan, o czym mó­wię, prawda?

Ar­nell się­gnął po swoje ciastko i wolno je po­gry­zał. Przez pe­wien czas pa­trzył na je­zioro, po czym spoj­rzał na Berg­man i za­czął:

- Zaj­mo­wa­li­śmy się tą sprawą po­nad dwa lata. Roz­wa­ża­li­śmy każdą teo­rię, ba­da­li­śmy wszyst­kie wska­zówki, ja­kie do nas wpły­nęły, na­wet te naj­bar­dziej bzdurne. Ro­bi­li­śmy to, żeby ni­czego z góry nie wy­klu­czać. Prze­słu­cha­li­śmy setki osób, ale w końcu się pod­da­li­śmy, do­szedł­szy do wnio­sku, że sprawcą za­bój­stwa był ktoś nie­znany. W ta­kich sy­tu­acjach usta­le­nie sprawcy jest znacz­nie trud­niej­sze, bo je­śli nie zo­stawi po so­bie na miej­scu zbrodni żad­nych śla­dów - a tak wła­śnie było w tam­tej spra­wie - szansa na za­trzy­ma­nie jest wła­ści­wie żadna. Pew­nie pani za­uwa­żyła, że Wil­liams była bar­dzo ładną ko­bietą. Lu­biła flir­to­wać i miała za sobą mnó­stwo związ­ków, mię­dzy in­nymi z pew­nym żo­na­tym męż­czy­zną, któ­rego długo po­dej­rze­wa­li­śmy o to za­bój­stwo. Ta­kie ko­biety za­wsze wy­wo­łują w swoim oto­cze­niu za­zdrość i kło­poty. Na do­da­tek była bar­dzo lu­biana przez ko­le­gów, ko­le­żanki, ro­dzi­ców i dzieci w szkole, po­nie­waż za­wsze try­skała do­brym hu­mo­rem. Ale kie­dyś...

Ar­nell za­wie­sił głos, a Berg­man wy­piła tro­chę kawy i cze­kała na dal­szy ciąg.

- Co pan chciał po­wie­dzieć? - spy­tała.

Ar­nell roz­ło­żył ręce.

- Ni­gdy nie udało nam się od­na­leźć reszty jej zwłok ani miej­sca, w któ­rym zo­stała za­mor­do­wana. Te­raz uwa­żam, że za­bójcą był ktoś, kogo ofiara nie znała, i dla­tego nie udało nam się go od­na­leźć. Moim zda­niem za­bój­stwo było za­pla­no­wane. Przez cały czas za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, dla­czego aku­rat ona. Nie­stety ni­gdy nie umia­łem so­bie na to od­po­wie­dzieć.

- Dla­czego sprawca uciął ofie­rze głowę?

- We­dług jed­nej z na­szych teo­rii mu­siał usu­nąć ciało, bo po­zo­sta­wił na nim ślady, które mo­gły do­pro­wa­dzić do jego za­trzy­ma­nia. Po­ja­wia się jed­nak oczy­wi­ste w tym kon­tek­ście py­ta­nie: dla­czego nie po­zbył się wszyst­kiego? Czemu od­dzie­lił głowę od kor­pusu, któ­rego nie udało się od­na­leźć?

- Może nie zdą­żył? Może ciało zo­stało po­ćwiar­to­wane?

Ar­nell za­ci­snął usta i wzru­szył ra­mio­nami.

- Wiele o tym dys­ku­to­wa­li­śmy, ale nie do­szli­śmy do żad­nych od­kryw­czych wnio­sków, które mo­gli­by­śmy uznać za wia­ry­godne.

- Ile czasu upły­nęło od śmierci Wil­liams do zna­le­zie­nia głowy?

- Le­karz me­dy­cyny są­do­wej... pa­mię­tam, że się na­zy­wał Olof Han­sén... zdolny i do­świad­czony pa­to­log, je­den z naj­lep­szych, ja­kich zna­łem... stwier­dził, że dziew­czyna żyła mie­siąc od za­gi­nię­cia. Zima była wtedy mroźna, tem­pe­ra­tura spa­dła do pię­ciu, dzie­się­ciu stopni po­ni­żej zera, ale w zie­miance nie było tak zimno. Pa­mię­tam, że tem­pe­ra­tura wy­no­siła w środku cztery stop­nie po­wy­żej zera. Głowa za­cho­wała się w cał­kiem do­brym sta­nie. Czy oglą­dała pani zdję­cia?

- Tak, ale akta stu­diuję od nie­dawna i je­stem na po­czątku. To dla­tego po­sta­no­wi­łam po­roz­ma­wiać z pa­nem.

- Ni­gdy nie prze­sta­łem my­śleć o Wil­liams. Wiele lat pra­co­wa­łem w po­li­cji, ale to jej przy­pa­dek utkwił mi w pa­mięci naj­bar­dziej...

Kwa­drans póź­niej Berg­man po­że­gnała się z Ar­nel­lem i wy­ru­szyła w drogę po­wrotną do Göte­borga. Roz­mowa z eme­ry­to­wa­nym po­li­cjan­tem nie­wiele jej dała, ale Berg­man do­szła do wnio­sku, że Nils­son miał ra­cję, mó­wiąc, że jako pro­wa­dzący śledz­two Ar­nell wy­ko­nał ka­wał po­rząd­nej ro­boty. Za­dzwo­niła więc do niego i opo­wie­działa mu o tre­ści i prze­biegu roz­mowy.

Nils­son przy­słu­chi­wał się w mil­cze­niu, a gdy skoń­czyła, spy­tał ją, co za­mie­rza ro­bić da­lej.

- Chcę po­roz­ma­wiać z Han­sénem - od­parła. - Mam na­dzieję, że znajdę na to czas ju­tro. Po­tem skon­tak­tuję się z ro­dzi­cami Wil­liams.

Roz­dział 14

Środa, 3 marca

Go­dzina 14.53

- Po­wi­nien pan z nami spę­dzić kilka go­dzin, na przy­kład dziś wie­czo­rem, żeby to zo­ba­czyć na wła­sne oczy - za­pro­po­no­wała An­drea Jons­son, z którą Al­freds­son umó­wił się w sie­dzi­bie street wor­ke­rów w cen­trum mia­sta. Jons­son była po trzy­dzie­stce, miała wy­spor­to­waną syl­we­tkę, ja­sne włosy i pełne pa­sji oczy. Al­freds­son był zdzi­wiony, że jej do tej pory nie spo­tkał. W trak­cie swo­jej do­tych­cza­so­wej pracy w po­li­cji czę­sto miał do czy­nie­nia ze street wor­ke­rami. Jons­son za­pro­wa­dziła go do po­koju so­cjal­nego.

- Być może - od­parł.

Jons­son po­pa­trzyła na niego i lekko się uśmiech­nęła.

- "Być może"? - po­wtó­rzyła, prze­drzeź­nia­jąc jego głos.

- Tak, być może - od­parł Al­freds­son i od­wza­jem­nił jej uśmiech. Już wie­dział, że to na pewno nie jest ich ostat­nie spo­tka­nie.

- Czego pan wła­ści­wie chce? - spy­tała, sia­da­jąc na krze­śle przy stole.

Cie­bie, miał ochotę od­po­wie­dzieć Al­freds­son, po­nie­waż był pe­wien, że Jons­son za­dała mu to py­ta­nie w dwu­znacz­nym celu. Do­szedł do tego wnio­sku, na­po­ty­ka­jąc spoj­rze­nie jej lekko swa­wol­nych oczu.

- W cza­sie na­szej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej wspo­mnia­łem, że chciał­bym wam po­ka­zać kilka zdjęć i na­gra­nia z ka­mer mo­ni­to­ringu, żeby usta­lić, czy zna­cie pewne osoby. Ile osób tu pra­cuje?

Jons­son od razu spo­waż­niała.

- Tylko sześć. Swoje obo­wiązki wy­ko­nu­jemy przez całą dobę, świą­tek - pią­tek, na te­re­nie ca­łego mia­sta. Głów­nie w Brun­n­spar­ken, Nord­stan, na dworcu ko­le­jo­wym, na głów­nym ter­mi­nalu au­to­bu­so­wym, na placu Ka­nal­tor­get i na za­chód od Nord­stan. Czy mógłby pan wy­ja­śnić, o co do­kład­nie cho­dzi?

- Wi­dzę, że pod­lega wam roz­le­gły te­ren.

Jons­son ski­nęła głową, wstała z krze­sła i po­de­szła do eks­presu. Wzięła do ręki pu­sty dzba­nek i unio­sła go, jakby chciała spy­tać Al­freds­sona, czy ma ochotę się na­pić. Po­li­cjant ski­nął głową.

Na ko­ry­ta­rzu roz­le­gły się kroki, głosy i śmie­chy. Chwilę po­tem do po­koju we­szła grupka zło­żona z trzech ko­biet i dwóch męż­czyzn. Na wi­dok Jons­son i Al­freds­sona roz­mowy uci­chły. Jons­son przed­sta­wiła Al­freds­sona swoim ko­le­żan­kom i ko­le­gom.

- Ma pan szczę­ście - po­wie­działa. - W środy mamy od­prawy i cały nasz ze­spół jest na miej­scu.

Al­freds­son roz­ło­żył swo­jego lap­topa i wy­świe­tlił na nim na­gra­nia, na któ­rych Bo­lin­der wy­cho­dzi z dworca ko­le­jo­wego ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Wi­dać było, jak prze­cho­dzi przez au­to­ma­tyczne drzwi. Chwilę póź­niej na ekra­nie uka­zała się grupka chło­pa­ków z kap­tu­rami głę­boko na­cią­gnię­tymi na twa­rze. Od tego mo­mentu wy­padki po­to­czyły się w bły­ska­wicz­nym tem­pie: Bo­lin­der zo­stała jakby wchło­nięta przez na­past­ni­ków i kilka se­kund póź­niej le­żała na ple­cach na ziemi. W ko­lej­nej se­kwen­cji pod­szedł do niej ja­kiś czło­wiek i się nad nią po­chy­lił. Póź­niej usta­lono, że był pra­cow­ni­kiem ko­lei i to on we­zwał ka­retkę. Al­freds­son za­trzy­mał na­gra­nie i spy­tał, czy ma je po­now­nie od­two­rzyć. Jons­son i jej współ­pra­cow­nicy po­pa­trzyli na sie­bie.

- To nie bę­dzie ko­nie­czne - od­parła Jons­son. - Znamy tych chło­pa­ków. Je­ste­ście pewni, że to oni za­ata­ko­wali tę ko­bietę? Bo chyba w tej spra­wie pan tu przy­szedł.

- Mamy świad­ków tego zda­rze­nia, ale nie mogę ujaw­nić żad­nych szcze­gó­łów - od­parł Al­freds­son i ro­zej­rzał się po po­koju, żeby każ­dej z obec­nych osób spoj­rzeć w oczy. - Chciał­bym się od was do­wie­dzieć, kim są osoby wi­do­czne na na­gra­niu. Co o nich wie­cie?

- Więk­szość z nich po­cho­dzi z Ma­roka, ale w Göte­borgu ist­nieje wię­cej ta­kich grup, zło­żo­nych z imi­gran­tów z Afryki Pół­noc­nej - od­parła Jons­son. - Dzia­łają na te­re­nie ca­łego mia­sta, prze­no­szą się z miej­sca na miej­sce. Nie­któ­rzy wy­stą­pili o azyl, ale więk­szość za­trzy­mała się tu tylko na pe­wien czas, bo póź­niej chcą je­chać da­lej. Na ten mo­ment nie je­ste­śmy na­wet pewni, czy na­dal prze­by­wają w Göte­borgu i czy w ogóle są jesz­cze w Szwe­cji.

- Jak się na­zy­wają i gdzie miesz­kają? - spy­tał Al­freds­son, wyj­mu­jąc no­tes.

Jons­son wzru­szyła ra­mio­nami.

- Mają na imię Ah­med, Kha­lil, Ad­nan, Mo­ha­med i tak da­lej.

- To ja­kiś żart?

- Nie. My po pro­stu ni­gdy ich nie pro­simy o oka­za­nie do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści. Ci z na­gra­nia są tu od nie­dawna i na ra­zie nie udało nam się do nich do­trzeć. Po­trze­bu­jemy czasu, żeby zbu­do­wać nić za­ufa­nia. Ci nowi do­piero po pew­nym cza­sie wi­dzą, że ich kum­ple, któ­rzy prze­by­wają tu dłu­żej, nor­mal­nie z nami roz­ma­wiają. Do­piero od tego mo­mentu mamy szansę im po­móc, a oni zy­skują oka­zję do kon­taktu z opieką spo­łeczną, służbą zdro­wia i z urzę­dami pań­stwo­wymi. Nie ufają do­ro­słym. W ich świe­cie nikt nie oka­zuje sym­pa­tii, chyba że coś za to do­sta­nie.

- Ro­zu­miem, ale tak czy owak po­trzebne są nam ja­kieś in­for­ma­cje na ich te­mat, po­nie­waż chcemy ich prze­słu­chać. Gdzie mo­żemy ich zna­leźć?

- Przede wszyst­kim w Nord­stan i na Dworcu Głów­nym. Uprze­dzę na­stępne py­ta­nie i od razu po­wiem, że nie wiemy, gdzie miesz­kają. Część z nich nie po­siada żad­nych do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści, po­nie­waż do­stali się do Szwe­cji nie­ofi­cjal­nym ka­na­łem, je­śli tak to mogę ująć.

- Szkoda, ale i tak dzię­kuję za spo­tka­nie - od­parł Al­freds­son. Wstał od stołu, za­mknął lap­topa, wziął go pod ra­mię i po­ło­żył na stole wi­zy­tówkę. - Gdyby ktoś z pań­stwa chciał się ze mną skon­tak­to­wać, można za­dzwo­nić na te nu­mery.

Roz­mowa z człon­kami ze­społu po­twier­dziła to, co po­wie­dział La­ger­gren, kiedy Al­freds­son go spy­tał o gang dzia­ła­jący w oko­licy Dworca Głów­nego. La­ger­gren był jed­nak bar­dziej cy­niczny i ni­czego nie owi­jał w ba­wełnę.

- Oko­lice Nord­stan to praw­dziwe za­głę­bie dla przy­wód­ców gan­gów, któ­rzy re­kru­tują tam mło­dzież do za­ła­twia­nia swo­ich brud­nych in­te­re­sów. W tym śro­do­wi­sku nie da się długo funk­cjo­no­wać. Po dwóch ty­go­dniach jedni stają się ofia­rami, inni ich ka­tami. Więk­szość z nich scho­dzi na złą drogę. Żyją z kra­dzieży, pro­sty­tu­cji, na­pa­dają lu­dzi, han­dlują nar­ko­ty­kami.

Al­freds­son opo­wie­dział La­ger­gre­nowi o na­pa­dzie na Bo­lin­der. Do­wódca jed­nostki spe­cjal­nej od­parł z szy­der­czym uśmie­chem:

- Za­trzy­ma­cie ich i... co da­lej? Co im zro­bi­cie? Nic. Wy­śmieją was, bo całą po­li­cję i wy­miar spra­wie­dli­wo­ści mają w du­pie. Do­brze wie­dzą, że żadna kara ich nie spo­tka. Wyjdą na wol­ność szyb­ciej, niż na wnio­sku o areszt wy­schnie atra­ment. Ża­den z nich nie po­siada do­ku­men­tów toż­sa­mo­ści, a poza tym za­wsze twier­dzą, że mają mniej niż pięt­na­ście lat. Ich do­kład­nego wieku nie da się zwe­ry­fi­ko­wać, więc nie można ich oskar­żyć o ła­ma­nie prawa. W ubie­głym ty­go­dniu za­trzy­my­wa­li­śmy tych sa­mych chło­pa­ków trzy razy jed­nej doby, ale za każ­dym ra­zem mu­sie­li­śmy ich wy­pu­ścić.

Po tej roz­mo­wie Al­freds­son wy­słał La­ger­gre­nowi na­gra­nie przed­sta­wia­jące na­pad na Bo­lin­der, a ten obie­cał, że je obej­rzy i na­stęp­nego dnia od­dzwoni.

Roz­dział 15

Środa, 3 marca

Go­dzina 17.37

Nils­son spę­dził pra­wie całe po­po­łu­dnie na stu­dio­wa­niu se­gre­ga­to­rów za­wie­ra­ją­cych pro­to­koły z sek­cji zwłok Wil­liams i ana­liz la­bo­ra­to­ryj­nych śla­dów, które za­bez­pie­czyli tech­nicy. Zro­bił to do­głęb­nie i szcze­gó­łowo, tak jak to wy­ni­kało z in­struk­cji. Obej­rzał mię­dzy in­nymi zdję­cia przed­sta­wia­jące głowę Wil­liams, którą zna­le­ziono w le­śnej zie­miance. Od­kry­cia do­ko­nała para star­szych męż­czyzn z miej­sco­wego kółka kra­jo­znaw­czego, które wy­ko­ny­wało na tym te­re­nie in­wen­ta­ry­za­cję działki. Je­den z męż­czyzn przy­szedł z psem, który w pew­nym mo­men­cie pró­bo­wał się ze­rwać ze smy­czy. Wła­ści­ciel sta­rał się go uspo­koić, ale w końcu się pod­dał i po­szedł tam, do­kąd pies go cią­gnął. Chciał spraw­dzić, dla­czego zwie­rzę tak ujada i za­cho­wuje się jak sza­lone. Kiedy obaj męż­czyźni otwo­rzyli po­dwójne drzwi pro­wa­dzące do zie­mianki, po­czuli okropny smród, co wzmo­gło ich cie­ka­wość. Je­den z nich wszedł do zie­mianki i oświe­tlił wnę­trze za­pal­niczką. W środku zna­lazł czarny wo­rek na śmieci z ludzką głową.

Nils­son przy­po­mniał so­bie, co po spo­tka­niu z Ar­nel­lem po­wie­działa Berg­man. Zda­niem eme­ry­to­wa­nego śled­czego zbrod­nia była do­kład­nie za­pla­no­wana, a za­bójcą był nie­znany sprawca, który naj­pierw swoją ofiarę upro­wa­dził, a po­tem za­mor­do­wał. Na ja­kiej pod­sta­wie Ar­nell tak twier­dził? Bo nie udało się usta­lić miej­sca zbrodni, a głowa zo­stała po­rzu­cona w spo­sób, który mógł su­ge­ro­wać, że za­bójca chciał oka­zać zwło­kom pe­wien sza­cu­nek. Nils­son zro­zu­miał, co Ar­nell miał na my­śli, kiedy obej­rzał wszyst­kie zdję­cia przed­sta­wia­jące wnę­trze zie­mianki. Głowa znaj­do­wała się w czar­nym worku na śmieci, który był owi­nięty ka­wał­kami ta­śmy kle­ją­cej. Każdy z nich miał tę samą dłu­gość, a sprawca za­dbał o to, żeby je na­kleić we­dług pew­nego po­rządku. Wo­rek zo­sta­wił w zie­miance, ale nie rzu­cił go byle jak, tylko uło­żył przy ścia­nie w taki spo­sób, żeby głowa le­żała twa­rzą do góry. Twarz była czy­sta, włosy umyte i ucze­sane. Wnio­sek na­su­wał się sam: zie­mianka miała po­słu­żyć jako cza­sowe miej­sce prze­cho­wa­nia głowy.

Nils­son wstał od biurka i kilka razy prze­szedł się po po­koju. Za­trzy­mał się przy oknie, wyj­rzał na ulicę Sk?ne­ga­tan i po­pa­trzył na pu­sty sta­dion Ul­levi. Ob­ser­wo­wał prze­jeż­dża­jące ulicą sa­mo­chody i tram­waje. Za­sta­na­wiał się, co mo­gło być przy­czyną śmierci Wil­liams. Gdyby ją za­bił któ­ryś z jej by­łych fa­ce­tów albo ja­kaś za­zdro­sna ko­bieta, śled­czy roz­wią­za­liby tę sprawę bez naj­mniej­szego trudu. Z roz­mowy z Berg­man za­pa­mię­tał jesz­cze coś, a mia­no­wi­cie to, że Ar­nell nie zna­lazł od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­czego to spo­tkało aku­rat Wil­liams. No wła­śnie, czemu ona? Dla­czego za­bójca od­dzie­lił głowę od tu­ło­wia? Dla­czego nie zna­le­ziono miej­sca zbrodni ani reszty ciała? Dla­czego, dla­czego i jesz­cze raz dla­czego... Człon­ko­wie ekipy śled­czej mu­sieli za­da­wać so­bie to py­ta­nie setki razy.

- Mu­simy tam po­je­chać - po­wie­działa Berg­man. - Chcę na wła­sne oczy obej­rzeć zie­miankę i jej oto­cze­nie.

Oboje uzgod­nili, że po­jadą tam na­stęp­nego dnia z sa­mego rana. Nils­son się za­sta­na­wiał, czy Berg­man za­bie­rze ze sobą Gor­dona. W tym sa­mym mo­men­cie ktoś de­li­kat­nie za­pu­kał we fra­mugę drzwi. W progu stała Ha­mil­ton. Po­li­cjantka unio­sła rękę, żeby go po­zdro­wić, więc Nils­son zro­bił to samo i dał jej znak, żeby we­szła do po­koju.

- Co z na­gra­niami, które ci zo­sta­wi­łam? - spy­tała.

Nils­son usiadł przy kom­pu­te­rze i kilka razy stuk­nął w kla­wia­turę.

- Są go­towe, mo­żesz je ode­brać. Pra­co­wał nad nimi Bo­berg. Udało mu się wy­od­ręb­nić se­kwen­cje, które bę­dzie można prze­ana­li­zo­wać. A co u cie­bie?

- Mamy moc­nego świadka, na­gra­nia, zdję­cia spraw­ców i pro­to­kół le­kar­ski z oglę­dzin ob­ra­żeń - od­parła z uśmie­chem po­li­cjantka. - Zbie­rzemy to te­raz w ca­łość i prze­ka­żemy pro­ku­ra­to­rowi.

Roz­dział 16

Środa, 3 marca

Go­dzina 21.23

Berg­man wy­łą­czyła te­le­wi­zor i lekko się prze­cią­gnęła. Nora wcze­śnie za­snęła, Adam też się po­ło­żył, bo nie czuł się naj­le­piej. Po­wie­dział, że go boli głowa i ma dresz­cze. Za to In­grid czuła się świet­nie i nie mo­gła so­bie zna­leźć miej­sca. W nie­dzielę od­bę­dzie się uro­czy­stość nada­nia imie­nia ich córce. Na­le­gał na to Adam, a ona się zgo­dziła pod wa­run­kiem że to nie bę­dzie ce­re­mo­nia o cha­rak­te­rze re­li­gij­nym. Osta­tecz­nie sta­nęło na tym, że wy­da­rze­nie zor­ga­ni­zują w domu, a po­pro­wa­dzi je He­lene, która jest dia­ko­nisą. He­lene i Ewa będą też ro­dzi­cami chrzest­nymi.

Za­dzwo­nili do firmy ca­te­rin­go­wej i za­mó­wili ze­staw zło­żony z trzech dań i tortu. Berg­man so­bie uświa­do­miła, że nie może się do­cze­kać nie­dzieli. W uro­czy­sto­ści we­zmą też udział jej bra­cia z ro­dzi­nami i oj­ciec Adama, Karl-Erik.

Nie py­tała Adama, czy zgod­nie z obiet­nicą za­dzwo­nił do jej matki i od­wo­łał za­pro­sze­nie na nie­dzielę, a i on nie wra­cał do tego te­matu. Gdyby jej matka rze­czy­wi­ście się zja­wiła na tak waż­nej ce­re­mo­nii, wy­glą­da­łaby jak słoń w skła­dzie por­ce­lany. Anu­lo­wali więc za­pro­sze­nie, żeby unik­nąć spo­rów i kłótni przy stole. Miał się tym za­jąć Adam. So­lveig Berg­man nie ma wstępu do ich domu.

Jesz­cze raz się prze­cią­gnęła. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy nie wyjść na spa­cer, żeby za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza. Na­pi­sała Ada­mowi wia­do­mość, po­ło­żyła kartkę w kuchni na stole i wy­słała ese­mesa do Ewy i He­lene z za­py­ta­niem, czy chcia­łyby się z nią wy­brać na wino albo piwo. Po pię­ciu mi­nu­tach, kiedy przy­ja­ciółki nie od­po­wie­działy, przy­po­mniała so­bie, że obie wy­bie­rały się tego dnia do kina. Po pew­nym na­my­śle po­sta­no­wiła wy­słać za­pro­sze­nie do Al­freds­sona. Kilka se­kund póź­niej do­stała od­po­wiedź. Tho­mas po­in­for­mo­wał ją, że sie­dzi w ba­rze John Scott's w Brun­n­spar­ken i że je­śli bę­dzie miała ochotę, może mu do­trzy­mać to­wa­rzy­stwa. Bę­dzie mile wi­dziana. Berg­man nie na­my­ślała się długo i szybko tam po­je­chała. Usia­dła przy sto­liku, za­mó­wiła piwo i po­czuła, jak z każ­dym ły­kiem co­raz bar­dziej się roz­luź­nia.

- Kogo masz w eki­pie? - spy­tał Al­freds­son.

- Nils­sona i psy­cho­loga-pro­fi­lera. Na­zywa się Gor­don Stare i wci­snął mi go Ting­ström. Nie­stety nie było mowy o ja­kiej­kol­wiek dys­ku­sji. Po­do­bno po­le­ce­nie przy­szło z góry. Stare przez wiele lat pra­co­wał w Eu­ro­polu w Ha­dze, ale miał wy­pa­dek i jeź­dzi na wózku in­wa­lidz­kim. Ktoś wpadł na po­mysł, żeby go przy­dzie­lić do ja­kiejś daw­nej, nie­roz­wią­za­nej sprawy. Bę­dzie pra­co­wał przy biurku.

- Spraw­dza­łaś go? Na przy­kład w in­ter­ne­cie?

- Nie, ale chyba to zro­bię. Jest tak uczynny, że cza­sem czuję się z tym nie­swojo. Na po­czątku był... jak by to po­wie­dzieć... tro­chę za­ro­zu­miały i pro­tek­cjo­na­lny, ale kiedy mu wy­zna­czy­łam miej­sce w sze­regu, zmie­nił swoje na­sta­wie­nie o sto osiem­dzie­siąt stopni.

Al­freds­son uśmiech­nął się sze­roko i chwy­cił szklankę, żeby wznieść to­ast.

- Gra­tu­luję, In­grid. Wy­gląda na to, że dzięki nim udało ci się po­wo­łać su­per­grupę do­cho­dze­niową.

- Stało się tak tylko dla­tego, że ty nie umiesz współ­pra­co­wać z Nils­so­nem. Po­pro­si­łam Ting­ströma, żeby go przy­dzie­lił do mo­jej ekipy.

- No to jesz­cze raz gra­tu­luję!

- A co u cie­bie? Pra­cu­jesz nad sprawą na­padu na dworcu ko­le­jo­wym?

- Tak. Re­gio­na­lny ko­men­dant po­li­cji uznał, że śledz­two ma mieć prio­ry­tet, po­nie­waż na­padu do­ko­nał gang imi­gran­tów. Dzięki temu do­sta­niemy nie­zbędne środki. Oprócz mnie przy spra­wie pra­cują Nina i Vi­king. Po­świę­camy na nią cały nasz czas.

- Te­raz to ja po­win­nam ci po­gra­tu­lo­wać. Jak roz­wija się śledz­two?

- Cał­kiem do­brze. Mamy świadka, na­gra­nie z mo­ni­to­ringu i tak da­lej, więc usta­le­nie spraw­ców to tylko kwe­stia czasu - od­parł po­li­cjant i opo­wie­dział, jak gangi ata­kują lu­dzi prze­cho­dzą­cych z pe­ro­nów do hali dworca.

- Sama wiesz, jak cza­sem wy­gląda przej­ście z ba­ga­żem z po­ciągu do hali dworca, a stam­tąd do tak­sówki, au­to­busu albo na umó­wione miej­sce, z któ­rego ktoś ma cię ode­brać. Lu­dzie są zmę­czeni po po­dróży, niosą torby i wa­lizki i na­wet nie za­uważą, że ktoś ich okradł.

- Za­trzy­ma­li­ście tych chło­pa­ków?

- Nie, ale mam na­dzieję, że ich za­mkniemy w tym ty­go­dniu. Vi­king ma się ju­tro spo­tkać w tej spra­wie z pro­ku­ra­to­rem. La­ger­gren po­wie­dział, że mają już po dziurki w no­sie tych wszyst­kich chło­pa­ków krę­cą­cych się po oko­licy bez żad­nych do­ku­men­tów, a ubie­ga­ją­cych się o azyl. Cie­kawe, w ja­kim są wieku.

Berg­man ski­nęła głową w kie­runku Nord­stan i Brun­n­spar­ken i spy­tała:

- Przej­dziemy się?

- Ja­sne - od­parł Al­freds­son i do­pił piwo.

Berg­man wró­ciła do domu dwie go­dziny póź­niej. Była w kiep­skim na­stroju. Za­sta­na­wiała się, co taka mło­dzież robi na mie­ście o tak póź­niej po­rze. Mó­wili jej o tym pro­ble­mie ko­le­dzy z pracy, czy­tała o nim w ga­ze­tach, sły­szała w wia­do­mo­ściach te­le­wi­zyj­nych, ale prze­by­wa­nie w miej­scach ta­kich jak Nord­stan, Ka­nal­tor­get, ter­mi­nal au­to­bu­sowy i dwo­rzec ko­le­jowy to cał­kiem inna sprawa. Od kiedy uro­dziła córkę, żyje we wła­snym świe­cie i chyba nie wie, co się dzieje w jej bez­po­śred­nim oto­cze­niu.

Ra­zem z Al­freds­so­nem spo­tkali się na mie­ście z kil­koma ko­le­gami z in­nych wy­dzia­łów, z któ­rymi roz­ma­wiali o tej spra­wie. We­dług ich oceny w Göte­borgu prze­bywa około dwu­stu chło­pa­ków z Ma­roka i kilku in­nych państw pół­noc­no­afry­kań­skich. Krążą po Eu­ro­pie i nie mają żad­nego okre­ślo­nego sta­tusu. Funk­cjo­na­riu­sze bez wa­ha­nia wska­zali, któ­rzy na­leżą do kon­kret­nych gan­gów i czym się zaj­mują. Jed­nak nie wszy­scy człon­ko­wie gan­gów są imi­gran­tami bez usta­lo­nej toż­sa­mo­ści, nie wszy­scy przy­je­chali do Szwe­cji sami i nie wszy­scy ubie­gają się o azyl. Są wśród nich zwy­kli szwedzcy chłopcy, któ­rym jest źle w domu, a po­nie­waż ich ro­dzice w ogóle się o nich nie trosz­czą, sami mu­szą się mie­rzyć z wy­zwa­niami, ja­kie sta­wia przed nimi oto­cze­nie, bo wie­dzą, że do­ro­śli ich nie ochro­nią.

Przed pój­ściem spać Berg­man zaj­rzała do Nory. Przez chwilę przy niej sie­działa i wsłu­chi­wała się w jej od­dech. Dziew­czynka miała lekki ka­tar. Może się prze­zię­biła?

Roz­dział 18

Czwar­tek, 4 marca

Go­dzina 07.29

Berg­man pro­wa­dziła, pod­czas gdy Nils­son za­jęty był mapą i na­wi­ga­cją. Stare zo­stał na ko­men­dzie. Śro­dek drogi, którą je­chali i która przy­po­mi­nała ścieżkę, po­ro­śnięty był trawą. Berg­man je­chała po­woli i ostroż­nie, żeby nie ugrzę­znąć w pia­sku. Z po­wodu dłu­giej i desz­czo­wej zimy na­są­czona wodą zie­mia w wielu miej­scach zro­biła się grzą­ska. Wi­dać było, że rzadko ktoś nią jeź­dził, bo nie za­uwa­żyli śla­dów kół, a po­żół­kła trawa wy­ro­sła pra­wie na pół me­tra. W pew­nym mo­men­cie do­je­chali do skrzy­żo­wa­nia dróg, które się roz­cho­dziły w trzech kie­run­kach. Berg­man za­trzy­mała sa­mo­chód i stwier­dziła:

- My­ślę, że da­lej nie prze­je­dziemy.

Nils­son od­wró­cił mapę w jej stronę, coś jej po­ka­zał i od­parł:

- Mo­żemy pójść tędy. Zo­stało ja­kieś dwie­ście me­trów.

Wy­sie­dli z sa­mo­chodu. Berg­man ucie­szyła się, że wło­żyła gu­mowce, czapkę, rę­ka­wiczki, grubą ole­jówkę, bo to wszystko chro­niło ją przed chło­dem i wil­go­cią. Spoj­rzała w niebo. Nad ich gło­wami wi­siały gę­ste, ciemne chmury. Ru­szyli przed sie­bie gę­siego. Tem­pe­ra­tura się­gała naj­wy­żej kilku stopni po­wy­żej zera. Chwilę póź­niej spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu, który z cza­sem prze­szedł w lo­do­watą ulewę. Nils­son szedł jako pierw­szy. Niósł torbę z ka­merą i resztą sprzętu. Ga­łę­zie drzew i gę­ste krzaki, które zwi­sały nad ścieżką, ude­rzały ich w twa­rze. Po kilku mi­nu­tach mar­szu wy­szli na po­lanę. Deszcz lekko ze­lżał. Wo­kół uno­siła się gę­sta mgła, ale mimo to od razu za­uwa­żyli fun­da­ment domu zro­biony z du­żych, do­brze do­bra­nych, po­ro­śnię­tych mchem ka­mieni. W miej­scu, gdzie daw­niej znaj­do­wało się pa­le­ni­sko z pio­nem ko­mi­no­wym, ro­sło drzewo, co ozna­czało, że dom spło­nął albo zo­stał zbu­rzony przed wie­loma laty. Na słu­pie wi­siała ta­blica z nie­rdzew­nej bla­chy z na­pi­sem:

Go­spo­dar­stwo Ny­kul­len nr 9, 1744-1940.

Nils­son lekko w nią puk­nął.

- Nie­ła­two się tu żyło - stwier­dził. Wy­jął mapę, uniósł ją na wy­so­kość oczu i się ro­zej­rzał. - Tam - po­wie­dział, wska­zu­jąc po­ro­śnięty pa­gó­rek wzno­szący się w pew­nej od­le­gło­ści od domu. Po­de­szli bli­żej i uj­rzeli zie­miankę. Nie wy­glą­dała tak jak na zdję­ciach z se­gre­ga­to­rów, po­nie­waż po­kryta była bło­tem i po­ro­sła krza­kami. Świad­czyło to o tym, że od dawna nikt z tym nic nie ro­bił. Mu­sieli obejść zie­miankę, po­nie­waż wej­ście znaj­do­wało się od strony pół­noc­nej. Po­dwójne drew­niane drzwi, które pro­wa­dziły do wnę­trza, były uchy­lone na sze­ro­kość dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów. Berg­man po­de­szła bli­żej i za­uwa­żyła ślady wska­zu­jące na to, że ktoś te drzwi wy­ła­mał.

- Po tym, jak zna­le­ziono głowę, zja­wiło się tu mnó­stwo lu­dzi - wy­ja­śnił Nils­son. - Głów­nie mło­dzież, sami cie­kaw­scy.

- Czy­ta­łam o tym w ak­tach śledz­twa - od­parła Berg­man i dwa razy szarp­nęła za drzwi, dzięki czemu szpara lekko się po­sze­rzyła. - Wejdźmy do środka - do­dała. Wy­jęła z kie­szeni la­tarkę i spraw­dziła, czy działa. Nils­son wszedł jako pierw­szy, Berg­man ru­szyła za nim. Szła bli­sko niego, ale tylko do pew­nego miej­sca, gdzie dla dwóch osób zro­biło się zbyt cia­sno. Na pod­ło­dze le­żały strzępy ga­zet, co mo­gło su­ge­ro­wać, że ktoś nimi pa­lił. Tuż przy drzwiach zo­ba­czyli dziurę, którą naj­praw­do­po­dob­niej wy­ko­pało ja­kieś dzi­kie zwie­rzę. Nils­son oświe­tlił la­tarką ka­mie­nie w su­fi­cie, a po­tem pod­łogę. Na­gle za­uwa­żył, że przy wy­so­kim progu coś bły­snęło.

- Po­świeć - po­pro­siła Berg­man, wska­zu­jąc to miej­sce. Wy­jęła z kie­szeni dłu­go­pis i ostroż­nie za­częła grze­bać nim w ziemi. Po chwili wy­ko­pała złote ser­duszko z za­pię­ciem słu­żą­cym do za­wie­sze­nia na łań­cuszku. Nils­son wło­żył la­tek­sowe rę­ka­wiczki, pod­niósł ser­duszko z ziemi i uważ­nie mu się przy­glą­dał.

- Wi­dzisz, co tu jest na­pi­sane? - spy­tał, pod­su­wa­jąc je po­li­cjantce przed oczy i świe­cąc la­tarką.

- "Prze­pra­szam" - prze­czy­tała na głos Berg­man.

Oboje wpa­try­wali się ze zdzi­wie­niem w ser­duszko i wy­ko­pany w zie­miance dół. Nils­son spoj­rzał na Berg­man, wy­jął z kie­szeni te­le­fon i po­wie­dział:

- Le­piej bę­dzie, je­śli ścią­gniemy tu na­szych lu­dzi ze sprzę­tem.

Berg­man wy­szła z zie­mianki. Na dwo­rze pa­dał co­raz bar­dziej in­ten­sywny deszcz, a ona czuła się tak, jakby na­gle otu­liła ją szara mgła. Czy­ta­jąc na­pis na ser­duszku, czuła się nie­swojo. Ro­zej­rzała się. Wszystko wy­glą­dało tak samo jak kie­dyś, ale po tym, co tu zna­leźli, at­mos­fera zro­biła się bar­dziej po­ważna i po­nura. Jakby las i całe oto­cze­nie chatki po­de­szły bli­żej.

Wy­cho­dząc przez drzwi, Nils­son ude­rzył głową o ni­skie nad­proże i gło­śno za­klął.

- Będą tu za dwa, trzy kwa­dranse - oznaj­mił. - Wyjdźmy im na­prze­ciw, żeby nie po­błą­dzili.

Roz­dział 19

Czwar­tek, 4 marca

Go­dzina 09.02

Ha­mil­ton nie­cier­pli­wie wci­snęła przy­cisk dzwonka. Przy­ło­żyła ucho do drzwi, żeby spraw­dzić, czy ktoś jest w środku, i usły­szała gra­jące ra­dio. Ozna­czało to, że jej świa­dek, El­len Lund­gren, jest w domu. Wy­jęła te­le­fon, za­dzwo­niła do niej i po chwili usły­szała przy­tłu­miony sy­gnał. Unio­sła po­krywę wrzutu na li­sty i stwier­dziła, że te­le­fon dzwoni w miesz­ka­niu. Po­chy­liła się, przy­ło­żyła usta do otworu i za­wo­łała:

- Po­li­cja, Nina Ha­mil­ton. Wiem, że pani tam jest. Pro­szę otwo­rzyć, bo i tak stąd nie odejdę.

Opu­ściła po­krywę z trza­skiem, oparła się o ścianę i cze­kała. Drzwi otwo­rzyły się po kilku se­kun­dach i w progu sta­nęła Lund­gren. Dziew­czyna wy­glą­dała jak po nie­prze­spa­nej nocy. Miała bladą, pra­wie prze­zro­czy­stą twarz i ciemne worki pod prze­krwio­nymi oczami.

- Dzień do­bry - po­wie­działa Ha­mil­ton. - Czemu pani nie od­biera, kiedy dzwo­nię?

- Nie wie­dzia­łam, że... - szep­nęła Lund­gren. Słowa uwię­zły jej w gar­dle, ale się opa­no­wała i do­dała: - Nie wie­dzia­łam, że to ktoś z po­li­cji... że to pani... My­śla­łam, że...

Lund­gren za­mil­kła, otwo­rzyła drzwi na całą sze­ro­kość i ge­stem za­pro­siła po­li­cjantkę do środka.

- Do­wie­dzia­łam się, że jest pani na zwol­nie­niu le­kar­skim i że zło­żyła pani wy­po­wie­dze­nie w pracy - po­wie­działa Ha­mil­ton. - Pani szef był bar­dzo zdzi­wiony tą de­cy­zją.

Lund­gren spu­ściła wzrok i ob­jęła się rę­kami.

- Kiedy o tym usły­sza­łam, za­da­łam so­bie py­ta­nie dla­czego - kon­ty­nu­owała ci­chym gło­sem Ha­mil­ton. - Stało się coś? Czemu rzu­ciła pani pracę? Prze­cież jesz­cze wczo­raj ją pani lu­biła. Czemu mi pani nie otwo­rzyła od razu? Ze stra­chu? Je­śli tak, to przed kim albo przed czym?

Lund­gren nie od­po­wie­działa, po twa­rzy po­pły­nęły jej łzy.

Ha­mil­ton otwo­rzyła teczkę, którą ze sobą za­brała, i wy­jęła z niej zdję­cie.

- Czy ten chło­pak był wśród tych, któ­rzy w pią­tek wie­czo­rem za­ata­ko­wali tamtą ko­bietę? - spy­tała. Lund­gren po­krę­ciła głową, ale na­wet nie spoj­rzała na zdję­cie, tylko stała ze wzro­kiem wbi­tym w pod­łogę. Ha­mil­ton po­ka­zała jej ko­lejne uję­cie. - Czy roz­po­znaje pani któ­re­goś z tych dwóch? - spy­tała. Lund­gren znowu po­krę­ciła głową, a z jej ust wy­do­był się ża­ło­sny jęk. - Pro­szę po­słu­chać - po­wie­działa Ha­mil­ton i po­ło­żyła jej dłoń na ra­mie­niu. - Pój­dziemy te­raz do kuchni, usią­dziemy przy stole i na­pi­jemy się her­baty. Opo­wie mi pani o tym, co się wy­da­rzyło, a ja spró­buję po­móc. Obie­cuję!

Kuch­nia była mała, przy stole stały tylko dwa krze­sła. Ha­mil­ton zna­la­zła w szafce pu­dełko z her­batą w sa­szet­kach i po kilku mi­nu­tach sie­działa na­prze­ciwko Lund­gren z kub­kiem pa­ru­ją­cego na­poju. Przez cały czas mil­czała. Miała na­dzieję, że kiedy Lund­gren się uspo­koi i po­czuje bez­piecz­nie, chęt­niej od­po­wie na jej py­ta­nia.

Lund­gren wy­piła tro­chę go­rą­cej her­baty i od­sta­wiła ku­bek na stół.

- Nie wiem, czy oni wi­dzieli, że roz­ma­wiam z po­li­cją, czy ktoś im o tym do­niósł, ale...

Ha­mil­ton po­pa­trzyła jej w oczy i uj­rzała w nich strach. Wi­dać było, że ko­bieta ze sobą wal­czy.

- Co się stało? - spy­tała.

- Nic - od­parła Lund­gren i gło­śno prze­łknęła ślinę. - Oni na­prawdę mnie nie skrzyw­dzili. Po pro­stu przy­szli, sta­nęli przede mną i tylko na mnie pa­trzyli. Je­den z nich prze­cią­gnął pal­cem po gar­dle i przy­ło­żył go do ust.

Lund­gren do­kład­nie po­ka­zała, jak to wy­glą­dało.

Ha­mil­ton prze­stała się dzi­wić, że dziew­czyna nie od­bie­rała te­le­fonu i bała się otwo­rzyć drzwi. Wzięła teczkę, którą trzy­mała na ko­la­nach, i po­ło­żyła na stole pięć zdjęć, które po­cho­dziły z na­grań dwor­co­wego mo­ni­to­ringu.

- Pro­szę je jesz­cze raz uważ­nie obej­rzeć. Czy groźby, które pani przed chwilą opi­sała, kie­ro­wał wo­bec pani któ­ryś z nich?

Lund­gren zer­k­nęła prze­lot­nie na zdję­cia i po­krę­ciła głową. Za­drżała ze stra­chu, ob­jęła rę­kami głowę i od­parła pod­nie­sio­nym gło­sem:

- Nie pa­mię­tam! Nie wiem! Niech pani stąd idzie. Pro­szę po­roz­ma­wiać z kimś in­nym.

- No do­brze, już wy­cho­dzę - od­parła Ha­mil­ton i wstała od stołu. - Czy mam za­dzwo­nić do ko­goś, przy kim po­czuje się pani bez­piecz­nie? Po­pro­sić, żeby tu przy­szedł i się pa­nią za­opie­ko­wał?

- Moja mama już do mnie je­dzie.

- Świet­nie. W ta­kim ra­zie wy­cho­dzę. Na wszelki wy­pa­dek, gdyby pa­nie chciały do mnie za­dzwo­nić, zo­sta­wiam wi­zy­tówkę. Można dzwo­nić o każ­dej po­rze dnia i nocy.

Ha­mil­ton wy­szła z miesz­ka­nia, wsia­dła do sa­mo­chodu i za­dzwo­niła do Jo­hans­sona, żeby go po­in­for­mo­wać o prze­biegu roz­mowy.

- Niech to szlag! - za­wo­łał. - Jest nam po­trzebna do iden­ty­fi­ka­cji na­past­ni­ków. Roz­ma­wia­łem o tym z pro­ku­ra­to­rem, bo my­śla­łem, że Lund­gren zgo­dzi się ze­zna­wać.

- Wiem, ale ona jest prze­ra­żona. Na szczę­ście mamy jesz­cze pa­nią Bo­lin­der. Ona na pewno wskaże spraw­ców albo przy­naj­mniej jed­nego z nich. Zdję­cia, które nasi tech­nicy wy­ko­nali na pod­sta­wie na­grań z mo­ni­to­ringu, są na­prawdę wy­so­kiej ja­ko­ści.

- Skon­tak­tuj się z po­li­cją w Öre­bro i po­proś, żeby ktoś od nich po­je­chał do Bo­lin­der. Ko­lejna od­prawa ju­tro o ósmej rano.

Roz­dział 20

Czwar­tek, 4 marca

Go­dzina 16.05

Berg­man spoj­rzała na ze­ga­rek. Nic. Wciąż nic! Niech to szlag! Po sied­miu go­dzi­nach grze­ba­nia w zie­miance nie zna­leźli naj­mniej­szego śladu. Była prze­mo­czona i prze­mar­z­nięta, cho­ciaż miała na so­bie kilka warstw ubrań. Palce jej ze­sztyw­niały, a żeby choć pró­bo­wać się roz­grzać, prze­stę­po­wała z nogi na nogę. O tej po­rze po­winna być w domu, wyjść na spa­cer z Ada­mem i Norą albo za­opie­ko­wać się córką, żeby Adam też miał dla sie­bie tro­chę czasu. Spoj­rzała na na­miot, który po­li­cyjni tech­nicy usta­wili przy wej­ściu do zie­mianki. Stały przed nim taczki, ki­lofy, szpa­dle i sita do prze­sie­wa­nia ziemi. Wnę­trze, w któ­rym pra­co­wali tech­nicy, było roz­świe­tlone przez kilka sil­nych re­flek­to­rów. Z tyłu szu­miał agre­gat prą­do­twór­czy. Berg­man za­sta­na­wiała się, czy jej re­ak­cja nie była prze­sadna, ale wie­działa, że Nils­son po­dzie­lał jej opi­nię o ko­niecz­no­ści spro­wa­dze­nia ekipy tech­nicz­nej. Był to ten ro­dzaj prze­czu­cia, któ­rego nie da się lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć. Sfo­to­gra­fo­wała złote ser­duszko i wy­słała zdję­cie Gor­do­nowi, który na­tych­miast do niej od­dzwo­nił.

- Je­śli zo­sta­wił je tam za­bójca, mu­siał uznać ten gest za ważny. Lu­bił Wil­liams i chciał w ten spo­sób po­ka­zać, że nie za­mie­rzał jej skrzyw­dzić, ale z ja­kie­goś po­wodu zo­stał do tego zmu­szony.

- Brzmi lo­gicz­nie - od­parła Berg­man. - Ju­tro o wpół do dzie­wią­tej spo­tkamy się na od­pra­wie i prze­dys­ku­tu­jemy ten wą­tek.

I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, roz­łą­czyła się, po­nie­waż w tej sa­mej chwili za­uwa­żyła ja­kie­goś męż­czy­znę, który wy­szedł z lasu. Wy­glą­dał na my­śli­wego, ale nie miał strzelby, za to pod pa­chą trzy­mał coś, co przy­po­mi­nało se­gre­ga­tor. Berg­man za­wo­łała gło­śno i po­ma­chała mu rę­kami, żeby zwró­cić na sie­bie jego uwagę. Męż­czy­zna za­trzy­mał się, a ona ru­szyła w jego stronę. Po­de­szła bli­żej, przed­sta­wiła się i spy­tała go, jak się na­zywa i co tu robi.

Męż­czy­zna, który był po sześć­dzie­siątce, po­pa­trzył na nią z cie­ka­wo­ścią, a po­tem spoj­rzał na na­miot i od­parł:

- Na­zy­wam się Karl Lin­der i pra­cuję w urzę­dzie gminy. Pro­wa­dzę in­wen­ta­ry­za­cję cie­ków wod­nych, sta­wów i te­re­nów pod­mo­kłych.

Lin­der roz­ło­żył se­gre­ga­tor i po­ka­zał Berg­man mapę oko­licy.

- Chyba za­błą­dzi­łem - stwier­dził. - Na co dzień ko­rzy­stam z na­wi­ga­cji, ale te­le­fon mi padł. Co tu się dzieje? - spy­tał, wska­zu­jąc na­miot i zie­miankę, przy któ­rej stali dwaj ubrani w białe kom­bi­ne­zony tech­nicy ze szpa­dlami, si­tami i wia­drami w rę­kach. - Czy to nie tu zna­le­ziono przed laty mar­twą ko­bietę?

- Czy mógłby się pan wy­le­gi­ty­mo­wać? - od­parła Berg­man.

Lin­der pró­bo­wał wy­jąć z kie­szeni port­fel, ale za­nim mu się to udało, zma­gał się z kie­sze­nią przez kil­ka­na­ście se­kund. W końcu drżą­cymi pal­cami po­dał po­li­cjantce żą­dany do­ku­ment. Berg­man za­pi­sała jego imię, na­zwi­sko, nu­mer oso­bowy i po­pro­siła, żeby chwilę po­cze­kał. Nils­son za­uwa­żył, co się dzieje, i pod­szedł bli­żej. Berg­man po­pro­siła go na stronę, tak żeby Lin­der ich nie sły­szał.

- Czy mógł­byś po­móc temu czło­wie­kowi od­na­leźć sa­mo­chód? - spy­tała. - Twier­dzi, że się zgu­bił. Boję się, że je­śli ktoś się do­wie, co tu ro­bimy, sprawa od razu wy­ciek­nie do me­diów. Mu­simy się skon­tak­to­wać z ro­dzi­cami Wil­liams i po­ka­zać im ser­duszko. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli od razu to zro­bię.

- Chyba masz ra­cję. Zajmę się tym czło­wie­kiem i po­sta­ram się go stąd jak naj­prę­dzej za­brać.

Berg­man wsia­dła do wozu, za­mknęła drzwi, gło­śno za­klęła i ude­rzyła pię­ścią w de­skę roz­dziel­czą. Za­cho­wała się nie­pro­fe­sjo­nal­nie. Miała do sie­bie pre­ten­sje, że przed wzno­wie­niem sprawy nie skon­tak­to­wała się z pań­stwem Wil­liams. Za­dzwo­niła do Gor­dona i po­pro­siła go, żeby zna­lazł ich dane kon­tak­towe i spraw­dził, czy na­dal są ak­tu­alne. Pod­kre­śliła, że sprawa jest pilna, bo nie można wy­klu­czyć, że Lin­der po­wia­domi prasę albo tym, co tu za­stał, po­chwali się na Fa­ce­bo­oku, nie za­sta­na­wia­jąc się nad kon­se­kwen­cjami, ja­kie mogą z tego wy­nik­nąć dla ro­dzi­ców ofiary. Oni ni­gdy się nie po­go­dzili ze śmier­cią córki, a te­raz dawna rana znowu zo­sta­nie roz­dra­pana.

W chwili, kiedy wjeż­dżała na pro­wa­dzącą do Göte­borga drogę E20, za­dzwo­nił te­le­fon. Spoj­rzała na wy­świe­tlacz. Adam.

- Wra­casz do domu? - spy­tał. - Ko­la­cja na stole. Na­kar­mię Norę, a my zjemy póź­niej.

Berg­man głę­boko wes­tchnęła i od­parła:

- Na­gro­ma­dziło się kilka spraw i chyba się spóź­nię. Mu­szę za­ła­twić coś, co nie może cze­kać.

Adam ciężko od­dy­chał. Berg­man się do­my­śliła, że mąż stara się nad sobą za­pa­no­wać, żeby nie po­wie­dzieć cze­goś, czego póź­niej mógłby ża­ło­wać.

- W ta­kim ra­zem zjem ko­la­cję z Norą - od­parł i się roz­łą­czył. Berg­man po­krę­ciła głową. Była po­iry­to­wana jego za­cho­wa­niem. Czemu jest tak, że za każ­dym ra­zem, kiedy Adam jest z cze­goś nie­za­do­wo­lony albo coś nie idzie po jego my­śli, za­cho­wuje się w taki spo­sób? Cza­sem wy­gląda to tak, jakby był prze­wraż­li­wiony na swoim punk­cie. Prze­cież wie, że jego żona jest po­li­cjantką i nie pra­cuje od dzie­wią­tej do sie­dem­na­stej. W tym sa­mym mo­men­cie do­stała ese­mesa od Gor­dona. Stare przy­słał jej dane kon­tak­towe i ad­res pań­stwa Bar­bro i Svena Wil­liam­sów.

Po dwóch ki­lo­me­trach jazdy tro­chę się uspo­ko­iła i za­częła to do­kład­nie ana­li­zo­wać. Osta­tecz­nie do­szła do wnio­sku, że dziś wie­czo­rem nie musi do nich je­chać. Wy­star­czy, że za­dzwoni i po­in­for­muje o wzno­wie­niu śledz­twa. Po­wie im, że w spra­wie śmierci ich córki nic no­wego się nie po­ja­wiło i po­li­cja nie miała kon­kret­nych po­wo­dów, żeby wzno­wić do­cho­dze­nie, ale w zie­miance zna­le­ziono złote ser­duszko, które chcia­łaby im po­ka­zać. Oka­zało się, że pań­stwo Wil­liams na­dal miesz­kają pod tym sa­mym ad­re­sem co przed dwu­dzie­stu pię­ciu laty. Berg­man za­par­ko­wała w za­toce i wy­łą­czyła sil­nik. Wy­krę­ciła nu­mer pani Wil­liams i przez długi czas z nią roz­ma­wiała.

- Od śmierci córki mi­nęło tyle lat, a ja my­ślę o niej każ­dego dnia - stwier­dziła ko­bieta. Berg­man wie­działa, co Wil­liams miała na my­śli, bo sama stra­ciła dziecko.

- Chęt­nie się z pa­nią spo­tkam, żeby wy­ja­śnić, ja­kie czyn­no­ści za­mie­rzamy pod­jąć i jak po­pro­wa­dzimy śledz­two, które zo­stało umo­rzone - wy­ja­śniła Berg­man i umó­wiła się na roz­mowę na go­dzinę trzy­na­stą na­stęp­nego dnia.

Do domu wró­ciła po ósmej. Adam sie­dział przed te­le­wi­zo­rem i po­pi­jał wino. Berg­man po­szła do kuchni, pod­grzała so­bie je­dze­nie w mi­kro­fali i usia­dła obok Adama.

- Roz­ma­wia­łem z twoją matką - po­wie­dział. - Nie przy­je­dzie.

- Co jej po­wie­dzia­łeś? - spy­tała Berg­man z nie­po­ko­jem w gło­sie.

Adam do­lał so­bie wina, nie od­ry­wa­jąc wzroku od te­le­wi­zora.

- Tylko tyle, że w nie­dzielę żadna uro­czy­stość się nie od­bę­dzie.

- I nic wię­cej? Czemu tak po­wie­dzia­łeś?

Adam od­sta­wił kie­li­szek i spoj­rzał na nią.

- A co mia­łem po­wie­dzieć?

- Na przy­kład, że... zresztą nie­ważne. Naj­waż­niej­sze, że nie przy­je­dzie.

Adam wzru­szył ra­mio­nami.

- Późno wró­ci­łaś, cho­ciaż uzgod­ni­li­śmy, że bę­dziesz pra­co­wać na pół etatu. Od kiedy znowu po­szłaś do pracy, ani razu nie wró­ci­łaś do domu na czas.

- To prawda, ale sam wiesz, że moja praca nie jest stan­dar­dowa. Cza­sem nie da się wró­cić do domu w trak­cie wy­ko­ny­wa­nia pew­nych czyn­no­ści, bo mają one wy­soki prio­ry­tet.

- Ja­kich czyn­no­ści? Po­daj mi ja­kiś przy­kład z dzi­siej­szego dnia. Zaj­mu­jesz się śledz­twem w spra­wie za­bój­stwa, do któ­rego do­szło po­nad dwa­dzie­ścia pięć lat temu, co ozna­cza, że nic, co ro­bisz ze swo­imi ko­le­gami z pracy, nie wy­maga po­śpie­chu. Poza tym to ty pro­wa­dzisz śledz­two, prawda?

Berg­man do­szła do wnio­sku, że je­śli Adam ma się po­go­dzić z jej nie­nor­mo­wa­nym cza­sem pracy, po­wi­nien wie­dzieć, co nią kie­ruje. Przez kilka se­kund się za­sta­na­wiała, jak to wy­ra­zić, i opo­wie­działa mu o zło­tym ser­duszku.

- Prze­ko­pa­li­śmy całą zie­miankę, ale nic to nie dało - za­koń­czyła. Od­sta­wiła kie­li­szek na sto­lik i oparła głowę o ra­mię Adama. On też ją ob­jął i po­ca­ło­wał w głowę, a ona prze­cią­gnęła się z roz­ko­szy i od­wró­ciła do niego twarz. Adam znowu po­czuł, jak bar­dzo ją ko­cha i jak jej pra­gnie. Cza­sem wy­star­czy, że na nią spoj­rzy, by od razu ogar­nęło go po­żą­da­nie. Berg­man zwil­żyła usta i gło­śno jęk­nęła. Adam ro­ze­śmiał się ci­cho, za­czął ją ca­ło­wać w po­liczki i szyję. Wsu­nął dłoń pod jej bluzkę, a Berg­man ob­jęła go ko­la­nami i przy­ci­snęła do mięk­kich po­du­szek. Wzięła jego twarz w dło­nie i in­ten­syw­nie go ca­ło­wała.

Prze­rwał im gło­śny płacz.

- Nora - po­wie­dział Adam, cho­ciaż nie mu­siał tego mó­wić. Wstał z ka­napy i po­szedł do po­koju ma­łej. Dziew­czynka gło­śno krzy­czała, a jej krzyk prze­szedł po chwili w nie­uko­jony płacz. Adam wziął ją na ręce i za­czął gła­skać po główce.

- Cała jest roz­pa­lona, chyba go­rącz­kuje - po­wie­dział.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki