Grupa. Jak jeden terapeuta i kilkoro nieznajomych uratowali mi życie - Christie Tate

-
Proszę czekać

1

Gdy pierw­szy raz w życiu zapra­gnę­łam umrzeć - ale tak naprawdę, żeby śmierć klep­nęła mnie w ramię kości­stą dło­nią i powie­działa: "Tędy, pro­szę" - wio­złam aku­rat na miej­scu pasa­żera dwie torby zaku­pów z warzyw­niaka. Kapu­sta, mar­chew, kilka śli­wek, papryka, cebula i kil­ka­dzie­siąt czer­wo­nych jabłek. Minęły trzy dni od mojej wizyty w dzie­ka­na­cie na wydziale prawa, gdzie kie­row­nik wrę­czył mi notkę z moimi wyni­kami, z liczbą, która zaczęła mnie prze­śla­do­wać. Prze­krę­ci­łam klu­czyk w sta­cyjce i cze­ka­łam, aż sil­nik zasko­czy w trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upale. Wycią­gnę­łam z torby jędrną śliwkę, obma­ca­łam ją i ugry­złam. Jej skórka była gruba, ale miąższ miękki. Sok spły­nął mi po pod­bródku.

Była ósma trzy­dzie­ści. Sobota rano. Ni­gdzie nie musia­łam być, nic nie musia­łam robić. Nikt nie spo­dzie­wał się mnie zoba­czyć aż do ponie­działku rano, kiedy to powin­nam sta­wić się w Laird, Grif­fin & Grif­fin, kan­ce­la­rii prawa pracy, gdzie odby­wa­łam letni staż. W LG&G o moim ist­nie­niu wie­dzieli tylko recep­cjo­nistka i wspól­nik, który mnie zatrud­nił. Czwarty lipca wypa­dał w środę, co ozna­czało, że cze­kał mnie kolejny przy­tła­cza­jący, pusty dzień w środku tygo­dnia. Pew­nie pójdę na spo­tka­nie 12 kro­ków, licząc, że po jego zakoń­cze­niu ktoś zaprosi mnie na kawę. Może jakaś inna samotna dusza będzie miała ochotę na kino albo sałatkę. Sil­nik zasko­czył, wci­snę­łam gaz do dechy i wyje­cha­łam z par­kingu.

Żeby tak ktoś strze­lił mi w łeb.

Kojąca myśl o chłod­nej powierzchni obsy­dianu. Gdy­bym umarła, nie musia­ła­bym na siłę zapeł­niać pozo­sta­łych czter­dzie­stu ośmiu godzin tego week­endu ani następ­nego, ani śro­do­wego święta. Godzin doj­mu­ją­cej samot­no­ści, które zamie­nią się w dni, mie­siące, lata. W całe życie prze­żyte solo, z torbą jabłek i lichą nadzieją, że po spo­tka­niu odwy­ko­wym znajdą się jacyś maru­de­rzy, któ­rzy zapra­gną towa­rzy­stwa.

Przy­po­mniała mi się migawka wia­do­mo­ści o strze­la­ni­nie w Cabrini Green, poro­nio­nym pro­jek­cie miesz­ka­nio­wym w Chi­cago. Były tam ofiary śmier­telne. Przy Cly­bo­urn skie­ro­wa­łam się na połu­dnie i przy Divi­sion skrę­ci­łam w lewo. Może trafi mnie jedna ze zbłą­ka­nych kul.

Pro­szę, niech ktoś mnie zastrzeli.

Powta­rza­łam to jak man­trę, inkan­ta­cję, modli­twę, która praw­do­po­dob­nie pozo­sta­nie nie­wy­słu­chana, ponie­waż byłam dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nią białą kobietą jadącą dzie­się­cio­let­nią białą hondą accord w jasny letni pora­nek. Kto miałby mnie zastrze­lić? Nie mia­łam wro­gów; mało kto w ogóle wie­dział o moim ist­nie­niu. Fan­ta­zja ta za bar­dzo zdana była na ślepy traf - nie­szczę­śliwy lub szczę­śliwy, w zależ­no­ści, jak na to patrzeć - ale poja­wiały się inne, same z sie­bie. Skok z wyso­kiego okna. Rzu­ce­nie się na tory kolejki El. Na skrzy­żo­wa­niu Divi­sion i Lar­ra­bee roz­wa­ża­łam już bar­dziej egzo­tyczne spo­soby zakoń­cze­nia żywota jak udu­sze­nie się pod­czas mastur­ba­cji... Ale kogo chcia­łam oszu­kać? Byłam nie dość wyeman­cy­po­wana na taki sce­na­riusz.

Wyło­wi­łam pestkę i wsa­dzi­łam resztę śliwki do ust. Naprawdę chcia­łam umrzeć? Dokąd pro­wa­dzą te fan­ta­zje? Czy to już myśli samo­bój­cze? Depre­sja? Czy fak­tycz­nie mogła­bym je urze­czy­wist­nić? Może powin­nam? Opu­ści­łam szybę i z całych sił cisnę­łam pestką.

W poda­niu na stu­dia praw­ni­cze napi­sa­łam, że chcia­ła­bym wystę­po­wać w imie­niu kobiet o nie­nor­ma­tyw­nych figu­rach (czyli po pro­stu gru­bych), ale była to tylko część prawdy. Moje zain­te­re­so­wa­nie obroną spraw kobiet było szczere, ale nie sta­no­wiło głów­nej moty­wa­cji. Nie cho­dziło mi też o nie­bo­tyczne wyna­gro­dze­nia czy prąż­ko­wane gar­ni­tury. Nie, chcia­łam stu­dio­wać prawo, ponie­waż praw­nicy pra­cują sześć­dzie­siąt, sie­dem­dzie­siąt godzin tygo­dniowo. Pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej odby­wają tele­kon­fe­ren­cje, a w Święto Pracy są wzy­wani na salę posie­dzeń. Jedzą kola­cję przy biur­kach, obok swo­ich kole­gów w koszu­lach z pod­wi­nię­tymi ręka­wami i pla­mami potu pod pachami. Praw­nicy biorą ślub ze swoją pracą - pracą tak ważną, że nie prze­szka­dza im to, albo tego nie zauwa­żają, że ich życie oso­bi­ste świeci pust­kami jak par­king o pół­nocy. Praca praw­nika mogłaby być kul­tu­rowo apro­bo­wa­nym list­kiem figo­wym dla sro­moty mojego nie­uda­nego życia oso­bi­stego.

Pierw­szy test próbny na stu­dia praw­ni­cze LSAT wypeł­ni­łam przy biurku, przy któ­rym wyko­ny­wa­łam pozba­wioną per­spek­tyw pracę sekre­tarki. Mia­łam tytuł magi­stra, któ­rego nie uży­wa­łam, i chło­paka, z któ­rym nie sypia­łam. Po latach okre­ślę Petera jako pra­co­ho­lika-alko­ho­lika, ale wtedy nazy­wa­łam go miło­ścią mojego życia. Dzwo­ni­łam do jego biura o wpół do dzie­sią­tej wie­czo­rem, gdy kła­dłam się już spać, i zarzu­ca­łam mu, że nie ma dla mnie czasu. "Muszę pra­co­wać", odpo­wia­dał i roz­łą­czał się. Dzwo­ni­łam ponow­nie, ale już nie odbie­rał. W week­endy cho­dzi­li­śmy do spe­lu­nek w Wic­ker Park, żeby mógł się opić kra­jo­wymi piwami i roz­pra­wiać o zale­tach wcze­snych płyt R.E.M., pod­czas gdy ja modli­łam się, żeby był na tyle trzeźwy, żeby móc upra­wiać seks. Rzadko mu to się uda­wało. W końcu stwier­dzi­łam, że potrze­buję cze­goś, co mnie pochło­nie całą, w co będę mogła wło­żyć ener­gię mar­no­waną na ten żało­sny zwią­zek. Dziew­czyna pra­cu­jąca drzwi dalej wybie­rała się jesie­nią na stu­dia praw­ni­cze.

- Mogę poży­czyć jeden z two­ich testów? - spy­ta­łam.

Prze­czy­ta­łam pierw­sze zada­nie:

Pro­fe­sor musi umó­wić spo­tka­nia z sied­mioma stu­den­tami w sied­miu róż­nych prze­dzia­łach cza­so­wych, ponu­me­ro­wa­nych od pierw­szego do siód­mego, w ciągu jed­nego dnia.

Po tym nastę­po­wała seria stwier­dzeń, takich jak:

Mary i Oli­ver muszą być umó­wieni jedno po dru­gim, a Shel­don po Uriah.

Test prze­wi­dy­wał trzy­dzie­ści pięć minut na udzie­le­nie odpo­wie­dzi na sześć pytań wie­lo­krot­nego wyboru doty­czą­cych wspo­mnia­nego pro­fe­sora i jego cha­osu orga­ni­za­cyj­nego. Mnie zajęło to pra­wie godzinę. Połowę odpo­wie­dzi zazna­czy­łam źle.

A jed­nak. Ślę­cze­nie nad testami przy­go­to­wu­ją­cymi do LSAT-u, a potem stu­dia praw­ni­cze wyda­wały się prost­sze w wyko­na­niu niż napra­wie­nie tego, co spra­wiło, że zako­cha­łam się w Pete­rze, i co noc w noc skła­niało mnie do tocze­nia tej samej walki. Stu­dia mogły zaspo­koić moją potrzebę, by przy­na­le­żeć do innych ludzi i by mieć z nimi wspólne cele.

W żeń­skiej szkole śred­niej w Tek­sa­sie uczęsz­cza­łam na zaję­cia z garn­car­stwa. Zaczę­ły­śmy od lepie­nia kub­ków, by osta­tecz­nie dojść do obsługi koła garn­car­skiego. Kiedy już ufor­mo­wa­ły­śmy nasze naczy­nia, nauczy­cielka poin­stru­owała nas, jak dołą­czyć uchwyty. Jeśli chce się połą­czyć dwa kawałki gliny - jak kubek i uchwyt - trzeba pona­ci­nać powierzch­nię ich obu, zro­bić poziome i pio­nowe żło­bie­nia w gli­nie, dzięki któ­rym pod­czas wypa­la­nia oba ele­menty będą mogły się sca­lić. Sie­dzia­łam na stołku, trzy­ma­jąc w dło­niach jeden z moich nie­udol­nie ufor­mo­wa­nych "kub­ków" i uchwyt w kształ­cie litery C, pod­czas gdy nauczy­cielka przed­sta­wiała pro­ces żło­bie­nia. Nie chcia­łam znisz­czyć gład­kiej powierzchni "kubka", który z taką czu­ło­ścią lepi­łam, więc doci­snę­łam do niego rączkę, nie rysu­jąc uprzed­nio powierzchni. Kilka dni póź­niej nasze wypa­lone w piecu dzieła poły­ski­wały na sto­jaku na tyłach pra­cowni. Mój kubek prze­trwał, ale rączka leżała roz­kru­szona obok. "Za płytko pożło­bione", powie­działa nauczy­cielka na widok roz­cza­ro­wa­nia malu­ją­cego się na mojej twa­rzy.

Tak wła­śnie zawsze wyobra­ża­łam sobie powierzch­nię mojego serca - gładką, śli­ską, bez punk­tów zacze­pie­nia. Nic, czego można by się uchwy­cić. Żad­nych rys. Nikt nie będzie mógł do mnie przy­wrzeć, gdy zacznie mnie tra­wić nie­uchronny ogień życia. Podej­rze­wa­łam, że ta meta­fora sięga jesz­cze głę­biej: bałam się, że rysy powsta­jące na sku­tek nie­unik­nio­nych tarć mię­dzy ludźmi - zde­rzeń z ich pra­gnie­niami, ocze­ki­wa­niami, pre­ten­sjami, wybo­rami i wszyst­kimi tymi codzien­nymi nego­cja­cjami, które skła­dają się na zwią­zek - uszko­dzą mnie. Przy­wią­za­nie wyma­gało żło­bień na sercu, a ono pozo­sta­wało gład­kie.

Nie jestem sie­rotą, choć z tego, co napi­sa­łam, można by odnieść takie wra­że­nie. Moi rodzice, wciąż w szczę­śli­wym związku mał­żeń­skim, miesz­kali w Tek­sa­sie w tym samym domu z czer­wo­nej cegły, w któ­rym dora­sta­łam. Prze­jeż­dża­jąc obok 6644 Thac­ke­ray Ave­nue, na­dal można zoba­czyć znisz­czoną obręcz do koszy­kówki i ganek ude­ko­ro­wany trzema fla­gami: Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Tek­sasu i bor­dową z logo Texas A&M Uni­ver­sity, czyli Alma Mater mojego ojca. I moją.

Rodzice dzwo­nili do mnie kilka razy w mie­siącu, zwy­kle po mszy w nie­dzielę, żeby spraw­dzić, co u mnie sły­chać. Zawsze wra­ca­łam do domu na Boże Naro­dze­nie. Kiedy prze­no­si­łam się do Chi­cago, kupili mi wielki zie­lony płaszcz Eddie Bauer. Mama wysy­łała mi pięć­dzie­się­cio­do­la­rowe czeki na drobne wydatki, a tata przez tele­fon dia­gno­zo­wał pro­blemy z hamul­cami w mojej hon­dzie. Moja młod­sza sio­stra koń­czyła stu­dia i pla­no­wała zarę­czyny ze swoim wie­lo­let­nim chło­pa­kiem; mój brat i jego żona, para z cza­sów col­lege'u, miesz­kali w Atlan­cie w oto­cze­niu dzie­sią­tek przy­ja­ciół ze stu­diów. Nikt z nich nie miał poję­cia o moim nie­po­żło­bio­nym sercu. Dla nich byłam ich aspo­łeczną córką i sio­strą gło­su­jącą na demo­kra­tów, lubiącą poezję i miesz­ka­jącą na pół­noc od linii Mason-Dixon. Kochali mnie, ale tak naprawdę nie przy­sta­wa­łam ani do nich, ani do Tek­sasu. Kiedy byłam dziec­kiem, mama gry­wała na pia­ni­nie pieśń bojową Aggies, a tata wtó­ro­wał jej, wyjąc wnie­bo­głosy: "Hul­la­ballo-canek-canek, Hul­la­balloo-canek-canek". Opro­wa­dził mnie po col­lege'u, a kiedy zde­cy­do­wa­łam się stu­dio­wać na Texas A&M1 - głów­nie dla­tego, że na inne nie było nas stać - był wnie­bo­wzięty, że będzie jesz­cze jeden Aggies w rodzi­nie. Ni­gdy mi tego nie powie­dział, ale na pewno był roz­cza­ro­wany na wieść o tym, że w cza­sie meczów naszej dru­żyny ja spę­dzam czas w biblio­tece, pod­kre­śla­jąc frag­menty Wal­den, a dwa­dzie­ścia tysięcy fanów śpiewa, tupie i wiwa­tuje tak gło­śno, że pod­ska­kują ściany biblio­teki, ile­kroć Aggies zdo­by­wają gola. Wszy­scy w mojej rodzi­nie - i naj­wy­raź­niej w całym Tek­sa­sie - uwiel­biali fut­bol.

A ja byłam odmień­cem. Moją głę­boko skry­waną tajem­nicą było to, że nie paso­wa­łam. Ni­gdzie. Połowę czasu spę­dza­łam, dosta­jąc obse­sji na punk­cie jedze­nia i wyglądu mojego ciała oraz wdra­ża­jąc chore metody utrzy­ma­nia kon­troli nad jed­nym i dru­gim, a przez pozo­stałą połowę sta­ra­łam się zagłu­szyć moją samot­ność osią­gnię­ciami w nauce. Z listy naj­lep­szych uczniów w liceum prze­sko­czy­łam na listę dzie­kań­ską w col­lege'u, więk­szość seme­strów skoń­czy­łam ze śred­nią cztery zero gdyż wku­wa­łam teo­rie prawne przez sie­dem dni w tygo­dniu. Marzy­łam, że pew­nego dnia stanę przy 6644 Thac­ke­ray Ave­nue z wysoko pod­nie­sioną głową, mając moją doce­lową wagę, ramię w ramię ze zdro­wym, zarad­nym męż­czy­zną.

Nawet nie przy­szło mi do głowy, by zdra­dzić się przed rodziną z moich nie­po­ko­ją­cych fan­ta­zji samo­bój­czych. Mogli­śmy roz­ma­wiać o pogo­dzie, hon­dzie i Aggies, a moje sekretne lęki i pra­gnie­nia nie zali­czały się do żad­nej z tych kate­go­rii. Marzy­łam o śmierci, ale nie gro­ma­dzi­łam zapasu pigu­łek ani nie zapi­sa­łam się do The Hem­lock Society2. Nie pró­bo­wa­łam zdo­być broni. Nie plo­tłam stryczka z pasków. Nie mia­łam planu, metody, ter­minu. Za to nie­ustan­nie odczu­wa­łam nie­po­kój, natrętny jak ból zęba. To nie było nor­malne.

Nie pamię­tam, jakich słów uży­wa­łam, myśląc o tej mojej dole­gli­wo­ści. Wiem, że czu­łam tęsk­notę, któ­rej nie potra­fi­łam ani wyra­zić, ani zaspo­koić.

Cza­sami mówi­łam sobie, że po pro­stu chcę mieć faceta albo że boję się umie­ra­nia w samot­no­ści. I była to prawda, ale tylko powierz­chowna, nie­do­ty­ka­jąca naj­głęb­szego źró­dła mojej tęsk­noty.

W dzien­niku nie­ja­sno pisa­łam o nie­po­koju i przy­gnę­bie­niu: "Odczu­wam nie­po­kój i lęk o samą sie­bie. Boję się, że coś jest ze mną nie tak, że ni­gdy nie będzie "tak", że nie ma dla mnie nadziei. Okrop­nie mnie to drę­czy. Co jest ze mną nie w porządku?". Nie wie­dzia­łam wów­czas, że ist­nieje słowo, które dosko­nale opi­suje moją dole­gli­wość: samot­ność.

Nawia­sem mówiąc, na tej liście stu­den­tów byłam nume­rem jeden. Uno. First. Pri­mero. Zuerst. Pozo­sta­łych stu sie­dem­dzie­się­ciu stu­den­tów na moim roku uzy­skało niż­szą śred­nią ocen. Liczy­łam, że upla­suję się gdzieś w pierw­szej poło­wie, co i tak było ambit­nym celem, zwa­żyw­szy na to, że z LSAT-u uzy­ska­łam wynik poni­żej śred­niej - nie udało mi się usta­lić ter­minu dla Uriah. Powin­nam więc ska­kać z rado­ści. Powin­nam korzy­stać z zapo­mnia­nej karty kre­dy­to­wej. Kupo­wać szpilki od Loubo­utina. Pod­pi­sy­wać umowę najmu miesz­ka­nia na Zło­tym Wybrzeżu. A ja zamiast tego wszyst­kiego zazdro­ści­łam woka­li­ście INXS zgonu w wyniku udu­sze­nia pod­czas mastur­ba­cji.

Co, do cho­lery, było ze mną nie tak? Nosi­łam spodnie w roz­mia­rze trzy­dzie­ści sześć, biu­sto­no­sze z miseczką D, a z kre­dytu stu­denc­kiego star­czało mi na wyna­jem kawa­lerki w nowo­cze­snej dziel­nicy na pół­nocy Chi­cago. Od ośmiu lat uczęsz­cza­łam na spo­tka­nia pro­gramu 12 kro­ków, dzięki któ­remu nauczy­łam się jeść tak, by pół godziny póź­niej nie wkła­dać sobie palca do gar­dła.

Przy­szłość jaśniała jak pole­ro­wane sre­bra babci. Mia­łam wszel­kie powody, by spo­glą­dać w nią z opty­mi­zmem. Mimo to każdą komórkę mojego ciała prze­peł­niał wstręt do samej sie­bie, do klin­czu, w jakim się zna­la­złam, do życia, jakie wio­dłam z dala od ludzi, do tego, że od jakie­go­kol­wiek roman­tycz­nego związku dzie­liła mnie nie­mal wiecz­ność. Musiał być jakiś powód, dla któ­rego czu­łam się taka wyob­co­wana i samotna i dla któ­rego moje serce pozo­sta­wało gład­kie. Nie umia­łam go nazwać, ale czu­łam, jak we mnie pul­suje, kiedy zasy­piam, nie chcąc się wię­cej obu­dzić.

Uczest­ni­czy­łam już w pro­gra­mie 12 kro­ków. Z pomocą mojej spon­sorki, miesz­ka­ją­cej w Tek­sa­sie, doko­na­łam już roz­li­czeń czwar­tego kroku i zadość­uczy­ni­łam ludziom, któ­rych skrzyw­dzi­łam. Odwie­dzi­łam Ursu­line Aca­demy, moje żeń­skie liceum, i wrę­czy­łam im czek na sto dola­rów jako rekom­pen­satę za pie­nią­dze, które zde­frau­do­wa­łam w pierw­szej kla­sie, zbie­ra­jąc opłaty za miej­sca par­kin­gowe. Pro­gram 12 kro­ków wyle­czył naj­po­waż­niej­sze z moich zabu­rzeń odży­wia­nia i - krótko mówiąc - ura­to­wał mi życie. Dla­czego więc teraz pra­gnę­łam je zakoń­czyć? Zwie­rzy­łam się ze swo­ich czar­nych myśli spon­sorce: "Codzien­nie życzę sobie śmierci". Pora­dziła, żebym przy­cho­dziła na mityngi dwa razy czę­ściej.

Zaczę­łam przy­cho­dzić trzy razy czę­ściej, a mimo to czu­łam się bar­dziej samotna niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

2

Kilka dni po tym, jak pozna­łam swoją śred­nią na stu­diach, kobieta o imie­niu Mar­nie zapro­siła mnie na kola­cję po spo­tka­niu 12 kro­ków. Podob­nie jak ja była buli­miczką na odwyku. Jed­nak w odróż­nie­niu ode mnie jej życie było dosko­nale poukła­dane: zale­d­wie kilka lat star­sza ode mnie pra­co­wała w labo­ra­to­rium pro­wa­dzą­cym nowa­tor­skie eks­pe­ry­menty w lecze­niu raka piersi; razem z mężem wła­śnie poma­lo­wali wej­ście do swo­jego domu w stylu kolo­nial­nym na kolor limon­kowy firmy Sher­win-Wil­liams; odno­to­wy­wała każdą owu­la­cję. Jej życie nie było ide­alne - w mał­żeń­stwie zda­rzały się zawi­ro­wa­nia, ale reali­zo­wała swoje pra­gnie­nia. Instynk­tow­nie chcia­łam odmó­wić, wró­cić do domu, zdjąć sta­nik i w samot­no­ści zjeść por­cję mie­lo­nego indyka z pie­czoną mar­chewką, oglą­da­jąc serial Hoży dok­to­rzy. Zazwy­czaj tak wła­śnie robi­łam - odma­wia­łam - kiedy po spo­tka­niach ludzie zapra­szali mnie do sie­bie na kawę lub obiad. "Wspól­nota", jak to nazy­wali. Ale zanim zdą­ży­łam odmó­wić, Mar­nie wzięła mnie pod rękę.

- No, chodź. Pat wyje­chał, a ja nie chcę jeść sama.

Usia­dły­śmy naprze­ciwko sie­bie w jed­nej z tych fitk­naj­pek, gdzie ser­wują chleb z kieł­ków i frytki ze słod­kich ziem­nia­ków. Mar­nie cała pro­mie­niała. Czyżby pocią­gnęła usta błysz­czy­kiem?

- Wyglą­dasz na szczę­śliwą - powie­dzia­łam.

- To zasługa mojego nowego tera­peuty.

Sta­ra­łam się nadziać na wide­lec liść szpi­naku. Może i mnie pomógłby tera­peuta? Zapa­liła się iskierka nadziei. Latem przed roz­po­czę­ciem stu­diów praw­ni­czych sko­rzy­sta­łam z ośmiu dar­mo­wych sesji z pra­cow­ni­kiem socjal­nym w ramach Pro­gramu Wspar­cia dla Zatrud­nio­nych. Przy­dzie­lono mi łagodną kobietę o imie­niu June, która nosiła spód­nice w stylu dok­tor Quinn i to zupeł­nie na poważ­nie. Nie zdra­dzi­łam jej żad­nych swo­ich sekre­tów, bo nie chcia­łam jej mar­twić. Tera­pia, podob­nie jak wszel­kie prze­jawy praw­dzi­wej mię­dzy­ludz­kiej bli­sko­ści, wyda­wała mi się czymś, na co mogę jedy­nie patrzeć z boku, z twa­rzą przy­kle­joną do szyby.

- Cho­dzę na spo­tka­nia grupy żeń­skiej.

- Grupy?

Natych­miast zesztyw­niał mi kark. Od czasu, gdy cho­dzi­łam do pią­tej klasy i rodzice prze­nie­śli mnie z małej kato­lic­kiej szkoły, z któ­rej uby­wało dzieci, do miej­sco­wej szkoły publicz­nej, odno­si­łam się z rezerwą do wszel­kich zgru­po­wań. W nowej szkole zakum­plo­wa­łam się z grupką popu­lar­nych dziew­czyn, któ­rym prze­wo­dziła Bianca. Na każ­dej dłu­giej prze­rwie roz­da­wała żelki Jolly Ran­chers. I w swoim naszyj­niku z kora­li­ków miała paciorki ze szcze­rego złota. Raz nawet u niej noco­wa­łam, a jej mama zabrała nas swoim srebr­nym mer­ce­de­sem do kina na Footlo­ose. Ale w poło­wie roku Bianca odwró­ciła się ode mnie. Myślała, że jej chło­pak mnie pod­rywa, bo sie­dzie­li­śmy obok sie­bie na histo­rii. Pew­nego dnia, czę­stu­jąc wszyst­kich żel­kami, celowo mnie pomi­nęła, a pod moją torbę z lun­chem wsu­nęła kar­teczkę: "Nie chcemy cię przy naszym stole". Pod­pi­sały się pod tym wszyst­kie dziew­czyny. Już wtedy zorien­to­wa­łam się, że coś nie działa mię­dzy mną a innymi ludźmi. Czu­łam gdzieś w środku, że nie potra­fię utrzy­my­wać z nimi rela­cji, że zawsze od nich odstaję. Spo­tka­nia w gru­pach pro­gramu 12 kro­ków zno­si­łam tylko dla­tego, że na każ­dym z nich byli inni uczest­nicy. Można było przyjść, kiedy się chciało, i wyjść, kiedy się chciało, nikt nie znał two­jego nazwi­ska. Nie ist­niał żaden przy­wódca, żadna samiczka alfa w rodzaju Bianki, która mogłaby cię wyrzu­cić. Grupę spa­jał zestaw ducho­wych zasad: ano­ni­mo­wość, pokora, uczci­wość, jed­ność, służba. Gdyby nie one, ni­gdy bym tam nie została. W dodatku spo­tka­nia były dar­mowe, choć suge­ro­wano dwu­do­la­rową daro­wi­znę. Za rów­no­war­tość puszki coli mogłam przez sześć­dzie­siąt minut mówić o swo­ich zabu­rze­niach odży­wia­nia i słu­chać, jak inni ludzie radzą sobie - bądź nie - z podob­nymi trud­no­ściami.

Nadzia­łam na wide­lec kawa­łek pomi­dora, zasta­na­wia­jąc się, jakie inte­re­su­jące tematy mogła­bym poru­szyć z Mar­nie - egze­ku­cja Timo­thy'ego McVe­igha, zama­chowca z Okla­homa City? Poczy­na­nia Colina Powella? Koniecz­nie chcia­łam jej zaim­po­no­wać wie­dzą na temat bie­żą­cych wyda­rzeń i poka­zać moje poczu­cie wspól­no­to­wo­ści. Byłam jed­nak cie­kawa tej jej grupy tera­peu­tycz­nej. Z uda­waną non­sza­lan­cją spy­ta­łam, jak tam jest.

- Same babki. Mary jest głu­cha, a Zenia traci prawo wyko­ny­wa­nia zawodu z powodu domnie­ma­nego oszu­stwa Medi­care. Ojciec Emily jest uza­leż­niony od nar­ko­ty­ków, śle jej nie­na­wistne listy ze swo­jej kawa­lerki w Wichita. - Mar­nie pod­nio­sła rękę i wska­zała miękką skórę na wewnętrz­nej stro­nie swo­jego przed­ra­mie­nia. - Poja­wiła się nowa. Tnie się. Zawsze nosi dłu­gie rękawy. Nie znamy jesz­cze jej histo­rii, ale na pewno jest mroczna jak dia­bli.

- Wygląda na to, że dużo się tam dzieje. - Nie tak to sobie wyobra­ża­łam. - Wolno ci powta­rzać mi to wszystko?

Przy­tak­nęła.

- Zda­niem naszego tera­peuty sekrety to tru­ci­zna, więc my, człon­ko­wie grupy, możemy roz­ma­wiać, o czym­kol­wiek i gdzie­kol­wiek chcemy. Tera­peuta jest zwią­zany tajem­nicą lekar­ską, my nie.

Żad­nej pouf­no­ści? Opar­łam się o krze­sło i pokrę­ci­łam głową. Pod sto­łem zawi­nę­łam ser­wetkę wokół nad­garstka. Nie, to na pewno nie dla mnie. Kie­dyś dałam mojej nauczy­cielce spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej z liceum, pani Gray, do zro­zu­mie­nia, że mam pro­blem z odży­wia­niem. Zadzwo­niła do moich rodzi­ców i zasu­ge­ro­wała, że potrze­buję pomocy. Mama dostała furii. Aku­rat opy­cha­łam się ciast­kami i oglą­da­łam wywiad Oprah z Wil­lem Smi­them. Wpa­ro­wała do salonu wście­kła jak osa: "Po co opo­wia­dasz ludziom o swo­ich spra­wach? Powin­naś chro­nić swoją pry­wat­ność!".

Mama jest typową kobietą z Połu­dnia, która dora­stała w Baton Rouge w latach pięć­dzie­sią­tych. Zwie­rza­nie się ze swo­ich spraw uwa­żała za nie­sto­sowne i poten­cjal­nie szko­dliwe towa­rzy­sko. Była prze­ko­nana, że jeśli moje pro­blemy psy­chiczne wyjdą na jaw, ludzie się ode mnie odwrócą. Chciała mnie chro­nić. Kiedy w col­lege'u zaczę­łam cho­dzić na spo­tka­nia 12 kro­ków, z tru­dem zdo­by­łam się na odwagę, by uwie­rzyć, że uczest­nicy pro­gramu potrak­tują zasadę pouf­no­ści poważ­nie.

- I od tego się ludziom popra­wia?

No cóż, nie dało się ukryć, że Mar­nie radziła sobie lepiej niż ja. Gdy­by­śmy były reklamą tam­po­nów, to ja była­bym tą dziew­czyną, która narzeka na zapa­chy i prze­cie­ka­nie, a ona wyko­ny­wa­łaby szpa­gat w bia­łych dżin­sach w dniu naj­ob­fit­szego krwa­wie­nia.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Sama się prze­ko­naj.

Byłam już kie­dyś na tera­pii. W liceum prze­ży­łam krótki epi­zod tera­peu­tyczny z kobietą wyglą­da­jącą jak Paula Deen i noszącą paste­lowe pan­to­fle. Rodzice wysłali mnie do niej, po tym jak pani Gray zadzwo­niła w spra­wie mojego odży­wia­nia. Tak sobie jed­nak wzię­łam do serca zale­ce­nie, by chro­nić swoją pry­wat­ność, że nie powie­dzia­łam jej nic o tym, jak się czuję. Zamiast tego zasta­na­wia­ły­śmy się, czy powin­nam pra­co­wać latem w cen­trum han­dlo­wym. W Expres­sie czy Gapie? Raz dała mi do domu test psy­cho­lo­giczny liczący pięć­set pytań. Wypeł­nia­jąc rubryki, czu­łam, jak w koniusz­kach pal­ców wibruje mi nadzieja: może dzięki tym pyta­niom w końcu zro­zu­miem, dla­czego nie mogę prze­stać się obja­dać, dla­czego wszę­dzie czuję się jak odmie­niec i dla­czego nie wzbu­dzam zain­te­re­so­wa­nia w chłop­cach, pod­czas gdy wszyst­kie inne dziew­czyny wpra­wiają się we fran­cu­skich poca­łun­kach i innych macan­kach.

Paula D. odczy­tała wyniki swoim per­fek­cyj­nie modu­lo­wa­nym gło­sem tera­peutki: "Chri­stie jest per­fek­cjo­nistką i boi się węży. Zawód, który by do niej paso­wał, to zegar­mistrz lub chi­rurg". - Uśmiech­nęła się i prze­krzy­wiła głowę. "Węże są brrr... pełna zgoda".

Nie przy­szło mi do głowy, żeby obna­żyć się przed nią z moimi łzami i stra­chem. Żeby się otwo­rzyć, potrze­bo­wa­łam tera­peuty, który dosły­szy w moim mil­cze­niu echo bólu, a spo­mię­dzy wier­szy zaprze­czeń wyczyta prawdę. Paula D. tego nie zro­biła. Po tej sesji oznaj­mi­łam rodzi­com, że zakoń­czy­łam tera­pię. Że już ze mną lepiej. Pro­mie­nieli z dumy, a mama podzie­liła się ze mną swoją filo­zo­fią życiową: "Posta­nów sobie, że będziesz szczę­śliwa. Tak po pro­stu. Sku­piaj się na tym, co pozy­tywne; nie mar­nuj ener­gii na nega­tywne myśli!". Przy­tak­nę­łam. Dosko­nały pomysł. W dro­dze do swo­jego pokoju zatrzy­ma­łam się w łazience i zwy­mio­to­wa­łam obiad - nawyk, który wykształ­ci­łam sobie po prze­czy­ta­niu książki o gim­na­styczce, która zwra­cała wszystko, co zja­dła. Uwiel­bia­łam to uczu­cie pustki w brzu­chu i wyrzut adre­na­liny spo­wo­do­wany tym, że mam swój sekret. W wieku szes­na­stu lat myśla­łam, że buli­mia to genialna metoda kon­tro­lo­wa­nia mojego nie­po­ha­mo­wa­nego ape­tytu, pod któ­rego wpły­wem pochła­nia­łam ogromne ilo­ści kra­ker­sów, chleba i maka­ronu. Dopiero na odwyku zro­zu­mia­łam, że była spo­so­bem na uśmie­rza­nie drę­czą­cych mnie lęków, samot­no­ści, gniewu i żalu.

Mar­nie prze­cią­gnęła kolejną frytkę przez roz­ma­zany ket­chup.

- Mogła­byś się spo­tkać z dok­to­rem Rose­nem...

- Rose­nem? Jona­tha­nem Rose­nem?

Nie mogłam zadzwo­nić do dok­tora Rosena. Odpa­dało. Cho­dził do niego Blake - facet, któ­rego pozna­łam na impre­zie w waka­cje przed roz­po­czę­ciem stu­diów praw­ni­czych. Usiadł obok i spy­tał: "Jakiego rodzaju zabu­rze­nia odży­wia­nia masz?" - Wska­zał na paluszki mar­chew­kowe na moim tale­rzu. "Nie patrz tak na mnie. Spo­ty­ka­łem się z ano­rek­tyczką i dwiema buli­micz­kami, które chciały być ano­rek­tycz­kami. Znam ten typ".

Był w AA, chwi­lowo nie pra­co­wał i zapro­po­no­wał, że zabie­rze mnie na żagle. Poje­cha­li­śmy na rowe­rach nad jezioro, żeby obej­rzeć fajer­werki z oka­zji czwar­tego lipca. Leże­li­śmy na pokła­dzie jego łodzi, ramię przy ramie­niu, wpa­tru­jąc się w pano­ramę Chi­cago i roz­ma­wia­jąc o powro­cie do zdro­wia. Pró­bo­wa­li­śmy wegań­skiego jedze­nia w Chi­cago Diner, a w sobot­nie popo­łu­dnia przed jego spo­tka­niami AA cho­dzi­li­śmy do kina. Kiedy spy­ta­łam, czy jest moim chło­pa­kiem, nie odpo­wie­dział. Cza­sami zni­kał na kilka dni, żeby słu­chać płyt Johnny'ego Casha w swoim zaciem­nio­nym miesz­ka­niu. Nawet gdy­bym mogła cho­dzić do tego samego tera­peuty co Mar­nie, to nie mogła­bym cho­dzić do tego samego tera­peuty co Blake, mój eks, czy kim­kol­wiek on dla mnie był. Mia­łam zadzwo­nić do tego dok­tora Rosena i powie­dzieć: "Pamięta pan opo­wie­ści o tej dziew­czy­nie, która zeszłej jesieni upra­wiała z Bla­kiem seks analny, żeby ulżyć mu w depre­sji? To byłam ja! Akcep­tuje pan ubez­pie­cze­nie od Blue Cross / Blue Shield?".

- Ile kosz­tuje ta tera­pia?

Nie zaszko­dziło spy­tać, cho­ciaż nie roz­wa­ża­łam na poważ­nie zapi­sa­nia się na tera­pię gru­pową.

- Super­ta­nio. Tylko sie­dem­dzie­siąt dolców za tydzień.

Dys­kret­nie wes­tchnę­łam. Dla Mar­nie, która pro­wa­dziła labo­ra­to­rium na Uni­wer­sy­te­cie Nor­th­we­stern i któ­rej mąż odzie­dzi­czył pokaźny mają­tek, sie­dem­dzie­siąt dola­rów to tyle co nic. Jeśli cho­dzi o mnie, to gdy­bym zaczęła oszczę­dzać na zaku­pach spo­żyw­czych i prze­sia­dła się z samo­chodu do auto­busu, to może na koniec mie­siąca uciu­ła­ła­bym sie­dem­dzie­siąt dola­rów na dodat­kowe wydatki. Ale co tydzień? Na let­nim stażu zara­bia­łam pięt­na­ście dola­rów za godzinę, a moi rodzice byli ludźmi wyzna­ją­cymi mak­symę "Bądź szczę­śliwa. Po pro­stu", więc w tej kwe­stii nie mogłam liczyć na ich pomoc. Za dwa lata mia­ła­bym już pracę, ale w tej chwili dys­po­no­wa­łam budże­tem stu­denc­kim.

Mar­nie wyre­cy­to­wała numer tele­fonu dok­tora Rosena, ale go nie zapi­sa­łam.

Potem powie­działa coś jesz­cze.

- Wła­śnie ponow­nie się oże­nił i cały czas się uśmie­cha.

Natych­miast wyobra­zi­łam sobie serce dok­tora Rosena: czer­wona walen­tynka z liceum, z wyry­tymi liniami niczym nagie gałę­zie drzewa zimą. Puści­łam wodze fan­ta­zji i stwo­rzy­łam obraz tego czło­wieka, któ­rego ni­gdy nie spo­tka­łam: łamiący serce roz­wód, samotne noce w pod­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu, dania odgrze­wane w mikro­fali, aż tu nagle zwrot akcji, poja­wia się druga szansa na miłość, nowa żona. W piersi uśmiech­nię­tego tera­peuty żywiej zabiło pożło­bione serce. A w mojej zatliła się wątła nadzieja, że wła­śnie on mógłby mi pomóc.

Leżąc w łóżku tam­tej nocy, myśla­łam o kobie­tach z grupy Mar­nie: o tej, która rze­komo się tnie, o prze­stęp­czyni, o córce nar­ko­manki. Myśla­łam o Blake'u, który nawią­zał zażyłe rela­cje z męż­czy­znami ze swo­jej grupy. Po sesjach wra­cał, jak z rękawa sypiąc opo­wie­ściami o Ezrze, który "cho­dził" z dmu­chaną lalką, o Tod­dzie, któ­remu żona wyrzu­ciła cały doby­tek na chod­nik, zażą­daw­szy roz­wodu. Czy naprawdę byłam w gor­szej sytu­acji niż ci ludzie? Czy moja cho­roba, jak­kol­wiek ją zwać, była aż tak oporna na lecze­nie? Ni­gdy nie dałam szansy praw­dzi­wej psy­chia­trii. Psy­chia­trzy mają dyplomy lekar­skie - być może moja dole­gli­wość wyma­gała inter­wen­cji kogoś, kto na dro­dze swo­jej edu­ka­cji doko­nał sek­cji ludz­kiego serca. Może dok­tor Rosen miałby dla mnie jakąś radę, coś, co mógłby mi prze­ka­zać w ciągu jed­nej lub dwóch sesji. Może prze­pi­sałby tabletkę, która uko­iłaby moją roz­pacz i pozo­sta­wiła na moim sercu rysy.

3

Dwie godziny po obie­dzie z Mar­nie zna­la­złam numer dok­tora Rosena w książce tele­fo­nicz­nej i zosta­wi­łam mu wia­do­mość. Oddzwo­nił naza­jutrz. Roz­ma­wia­li­śmy nie­całe trzy minuty. Popro­si­łam o spo­tka­nie, zapro­po­no­wał ter­min, a ja go zaak­cep­to­wa­łam. Kiedy się roz­łą­czy­łam, sta­łam jesz­cze przez chwilę w moim biu­rze, drżąc na całym ciele. Dwa razy pró­bo­wa­łam usiąść i zająć się pracą, i pół minuty póź­niej dwa razy zry­wa­łam się jak opa­rzona, by prze­mie­rzać pokój wte i wewte. Tłu­ma­czy­łam sobie, że to zwy­kła wizyta lekar­ska, ale adre­na­lina krą­żąca w moich żyłach suge­ro­wała coś innego. Napi­sa­łam tego wie­czoru: "Roz­łą­czy­łam się i wybu­chłam pła­czem. Mia­łam wra­że­nie, że powie­dzia­łam coś nie­sto­sow­nego, że mnie nie polu­bił, czu­łam się obna­żona i bez­bronna. Nie dba­łam o to, czy mi pomoże, czy nie; zale­żało mi na tym, żeby mnie polu­bił".

Pocze­kal­nię wypeł­niały nija­kie arte­fakty typowe dla wystroju gabi­netu lekar­skiego: lilie, foto­gra­fia w odcie­niach sza­ro­ści przed­sta­wia­jąca męż­czy­znę z wycią­gnię­tymi rękami spo­glą­da­ją­cego na słońce. Na półce z książ­kami wid­niały takie tytuły jak Koniec ze współ­za­leż­no­ścią i Znisz­czone mapy miło­sne oraz dzie­siątki biu­le­ty­nów AA. Obok drzwi wewnętrz­nych znaj­do­wały się dwa przy­ci­ski: jeden z napi­sem "Grupa" i jeden z napi­sem "Dr Rosen". Naci­snę­łam ten drugi, po czym usia­dłam na krze­śle pod ścianą, naprze­ciwko drzwi. Aby uspo­koić nerwy, się­gnę­łam po "Natio­nal Geo­gra­phic" i prze­kart­ko­wa­łam zdję­cia maje­sta­tycz­nego wilka ark­tycz­nego bie­gną­cego przez pust­ko­wie. Przez tele­fon głos dok­tora Rosena brzmiał bar­dzo serio. Akcent ze Wschod­niego Wybrzeża. Śmier­telna powaga. Surowy, pozba­wiony poczu­cia humoru kle­cha. Gdzieś w środku liczy­łam, że będzie zbyt zajęty, by się ze mną spo­tkać, ale wyzna­czył spo­tka­nie czter­dzie­ści osiem godzin póź­niej.

Drzwi pocze­kalni otwo­rzyły się dokład­nie o trzy­na­stej trzy­dzie­ści. Sta­nął w nich nie­po­zorny męż­czy­zna w śred­nim wieku w czer­wo­nej koszulce polo Tommy'ego Hil­fi­gera, spodniach khaki i czar­nych skó­rza­nych moka­sy­nach. Na jego twa­rzy malo­wał się sub­telny uśmiech - przy­ja­zny, ale ofi­cjalny - a resztki krę­co­nych siwie­ją­cych wło­sów ster­czące na całej gło­wie upo­dab­niały go do Ein­ste­ina. Gdy­bym minęła go na ulicy, nie zwró­ci­ła­bym na niego uwagi. Był za młody, żeby być moim ojcem, i za stary, żebym chciała z nim iść do łóżka. Czyli ide­alny. Ruszy­łam za nim kory­ta­rzem do gabi­netu, któ­rego pół­nocne okna wycho­dziły na wie­lo­pię­trowy budy­nek Mar­shall Field's. Pacjent miał do wyboru kilka moż­li­wo­ści sie­dze­nia: kanapa z dra­piącą tapi­cerką, nie­wy­pro­fi­lo­wane krze­sło biu­rowe, czarny fotel przy biurku. Zde­cy­do­wa­łam się na fotel. Mój wzrok przy­cią­gnęły liczne dyplomy z Harvarda opra­wione w ramki. Byłam pod wra­że­niem. Sama kie­dyś myśla­łam o Lidze Blusz­czo­wej, ale moje marze­nia roz­biły się o cze­sne uczelni pań­stwo­wych i ich progi egza­mi­na­cyjne. Dla mnie te dyplomy ozna­czały, że mam do czy­nie­nia z pierw­szo­li­gow­cem. Elitą. Cr?me de la cr?me. Ale ozna­czało to rów­nież, że jeśli nawet on mi nie pomoże, to jestem w czar­nej dupie. Na amen.

Kiedy już usa­do­wi­łam się w fotelu, dokład­niej przyj­rza­łam się jego twa­rzy. Gdy zer­k­nę­łam na jego nos, oczy i pro­stą linię ust, serce zabiło mi szyb­ciej. Zna­łam go. Uświa­do­miw­szy to sobie, zaci­snę­łam wargi. Oj tak, zna­łam.

Ten cały dok­tor Rosen to Jona­than R., któ­rego pozna­łam na spo­tka­niu dla osób z zabu­rze­niami odży­wia­nia trzy lata wcze­śniej. Na mityn­gach 12 kro­ków, aby zacho­wać ano­ni­mo­wość, ludzie zwra­cają się do sie­bie tylko po imie­niu i ini­cja­łach. Spo­tka­nia dla osób z zabu­rze­niami odży­wia­nia są jak spo­tka­nia AA - człon­ko­wie zbie­rają się w piw­ni­cach kościo­łów, gdzie dzielą się histo­riami o tym, jak jedze­nie ruj­nuje im życie. Podob­nie jak nasi sław­niejsi bra­cia z AA, któ­rych spo­tka­nia przed­sta­wia się w fil­mach z Meg Ryan i wspo­mina w seria­lach od Pre­zy­denc­kiego pokera po Nowo­jor­skich gli­nia­rzy, uza­leż­nieni od jedze­nia zbie­rają żetony i korzy­stają z pomocy spon­so­rów, chcąc nauczyć się żyć bez obżar­stwa, wymio­tów, gło­dze­nia się i oka­le­cza­nia swo­jego ciała. W prze­ci­wień­stwie do AA więk­szość uczest­ni­ków spo­tkań 12 kro­ków, w któ­rych bra­łam udział, sta­no­wiły kobiety. W ciągu dzie­się­ciu lat widzia­łam tam tylko garstkę męż­czyzn. Jed­nym z nich był psy­chia­tra z dyplo­mem Harvardu, który sie­dział pół metra ode mnie, cze­ka­jąc, aż otwo­rzę usta.

Wie­dzia­łam to i owo o Jona­tha­nie R. jako czło­wieku. Męż­czyź­nie. Męż­czyź­nie z zabu­rze­niami odży­wia­nia. Pamię­ta­łam, co mówił o swo­jej matce, o swoim prze­wle­kle cho­rym dziecku, o odczu­ciach zwią­za­nych ze swoim cia­łem.

Tera­peuta powi­nien być czy­stą kartą. A dok­tor Rosen był cały w smu­gach.

Obró­ci­łam się do niego twa­rzą. Czy wyrzuci mnie z gabi­netu, gdy mnie roz­po­zna? Cały czas patrzył z otwar­to­ścią i zacie­ka­wie­niem. Minęło pięć sekund. Chyba jed­nak mnie nie roz­po­znał; cze­kał, aż się ode­zwę. Ale cały ten Harvard mnie onie­śmie­lał. Jak zapre­zen­to­wać mu się jako jed­no­cze­śnie dow­cipna i udrę­czona, jak Doro­thy Par­ker czy David Let­ter­man? Chcia­łam, żeby wziął na poważ­nie moje fan­ta­zje o śmierci, a jed­no­cze­śnie uznał mnie za wyjąt­kowo cza­ru­jącą, a może nawet sek­su­al­nie pocią­ga­jącą. Stwier­dzi­łam, że będzie bar­dziej skory do pomocy, jeśli mu się spodo­bam.

- Nie umiem anga­żo­wać się w związki i boję się, że umrę samot­nie.

- Co to zna­czy?

- Nie potra­fię zbli­żyć się do ludzi. Coś mnie powstrzy­muje, jakiś nie­wi­dzialny mur. Zawsze się hamuję, zawsze. Z face­tami mam tak, że zako­chuję się w tych, któ­rzy piją, dopóki nie zwy­mio­tują lub stracą przy­tom­ność.

- W alko­ho­li­kach.

Nie pyta­nie, tylko stwier­dze­nie.

- Tak. Mój pierw­szy chło­pak z liceum codzien­nie palił trawę i mnie zdra­dzał. Na stu­diach zako­cha­łam się w pięk­nym Kolum­bij­czyku z brac­twa. Był alko­ho­li­kiem i miał dziew­czynę. Potem uma­wia­łam się z nało­go­wym pala­czem trawy. W końcu poja­wił się miły facet, ale go rzu­ci­łam...

- Bo?

- Odpro­wa­dzał mnie na zaję­cia, kupo­wał mi egzem­pla­rze swo­ich ulu­bio­nych ksią­żek i pro­sił o pozwo­le­nie, zanim mnie poca­ło­wał. Od jego dotyku prze­cho­dziły mnie ciarki.

Dok­tor Rosen się uśmiech­nął.

- Boisz się męż­czyzn, któ­rzy są dostępni emo­cjo­nal­nie. I kobiet też, jak sądzę.

Znowu tryb oznaj­mu­jący.

- Sta­teczni faceci, któ­rzy wyra­żają zain­te­re­so­wa­nie moją osobą, spra­wiają, że zbiera mi się na wymioty. To samo chyba tyczy się kobiet.

W gło­wie wyświe­tliła mi się scena z ostat­nich świąt Bożego Naro­dze­nia u rodzi­ców w Tek­sa­sie. W skle­pie Banana Repu­blic wpa­dłam na przy­ja­ciółkę z liceum. Kiedy Lia zawo­łała mnie po imie­niu, zatrzy­ma­łam się obok mary­na­rek i koszul, a gdy mnie ser­decz­nie uści­snęła, zesztyw­nia­łam. Odsu­nęła się i spoj­rzała z wyrzu­tem, jakby chciała powie­dzieć: "Myśla­łam, że jeste­śmy przy­ja­ciół­kami". Potem spy­tała o Chi­cago i stu­dia praw­ni­cze. Gdy gawę­dzi­ły­śmy wśród innych kupu­ją­cych, wyszu­ku­jąc poświą­tecz­nych oka­zji, w tyle głowy wciąż koła­tała mi myśl, że Lia tak naprawdę wcale nie chce ze mną roz­ma­wiać, bo jest odno­szącą suk­cesy fizy­ko­te­ra­peutką, bez zabu­rzeń odży­wia­nia i bez dziw­nej przy­pa­dło­ści spra­wia­ją­cej, że sztyw­nieje, ile­kroć ktoś z jej prze­szło­ści weź­mie ją w ramiona. W liceum były­śmy z Lią bli­sko, ale w ostat­niej kla­sie odsu­nę­łam się od niej, bo moje zabu­rze­nia odży­wia­nia przy­brały na sile i zaj­mo­wa­łam się głów­nie tym, by mój pierw­szy chło­pak prze­stał mnie zdra­dzać.

- Jesteś buli­miczką?

- Tak, na odwyku. Dwa­na­ście kro­ków - wypa­ro­wa­łam, licząc, że nie przy­po­mni sobie, że przed­sta­wia­łam się jako "Chri­stie, buli­miczka w trak­cie lecze­nia". - Pro­gram pomógł mi z buli­mią, ale wciąż nie umiem sobie pora­dzić z defi­cy­tem w rela­cjach...

- Sama sobie z tym nie pora­dzisz. Kogo masz w swoim sys­te­mie wspar­cia?

Wspo­mnia­łam o mojej spon­sorce Cady, mamie doro­słych już dzieci, z pro­win­cjo­nal­nego mia­steczka w Tek­sa­sie, gdzie cho­dzi­łam do col­lege'u. Byłam z nią bli­żej niż z kim­kol­wiek innym - dzwo­ni­łam do niej co trzy dni, ale od pię­ciu lat nie widzia­łam jej na oczy. Mia­łam też wokół sie­bie grupkę przy­pad­ko­wych kobiet takich jak Mar­nie, z któ­rymi spo­ty­ka­łam się pod­czas mityn­gów odwy­ko­wych, a cza­sem po nich. Przy­ja­ciół ze szkoły praw­ni­czej, któ­rzy nie wie­dzieli, że jestem na odwyku. Zna­jo­mych z liceum i col­lege'u w Tek­sa­sie, któ­rzy pró­bo­wali utrzy­my­wać ze mną kon­takt, ale rzadko do nich oddzwa­nia­łam i zawsze odrzu­ca­łam ich zapro­sze­nia.

- Od pew­nego czasu fan­ta­zjuję o śmierci. - Zaci­snę­łam wargi. - Odkąd dowie­dzia­łam się, że jestem pierw­sza na roku na stu­diach praw­ni­czych...

- Mazel tow. - Jego uśmiech był tak szczery, że musia­łam odwró­cić głowę w stronę dyplo­mów na ścia­nie, żeby nie wybuch­nąć pła­czem.

- To nie Harvard ani nic w tym rodzaju. - Uniósł brwi. - Może i będę miała świetną pracę, ale co z tego? Nie będę miała nic poza nią.

- Wła­śnie dla­tego wybra­łaś prawo. - Jego wypo­wia­dane z pew­no­ścią sie­bie dia­gnozy były roz­bra­ja­jące i pocie­sza­jące jed­no­cze­śnie. Nie była to Paula D. ze swo­imi pyta­niami o węże.

- Jak twoim zda­niem sta­łaś się osobą, którą jesteś? - spy­tał.

- W każ­dej rodzi­nie zda­rzają się czarne owce. - Nie wiem, dla­czego to powie­dzia­łam.

- Pilna stu­dentka prawa czarną owcą?

- To, że jestem pry­mu­ską, to marna pocie­cha, skoro będę umie­rać samot­nie.

- Czego chcesz? - pytał dalej.

Słowo "chcesz" odbi­jało się echem w mojej gło­wie. Chcesz, chcesz, chcesz. Szu­ka­łam spo­sobu, by wypo­wie­dzieć swoją tęsk­notę za pomocą zda­nia twier­dzą­cego, a nie tylko wydu­kać, jak bar­dzo nie chcę umie­rać samot­nie.

- Chcę. - Urwa­łam. - Chcia­ła­bym. - Znowu pauza. - Chcę być praw­dziwa. Przy innych ludziach. Chcę być osobą z krwi i kości.

Wpa­try­wał się we mnie, jakby cze­kał na ciąg dal­szy.

Przez mój umysł prze­pły­wały jesz­cze inne pra­gnie­nia: chcia­łam mieć chło­paka, który pach­nie jak czy­sta bawełna i codzien­nie cho­dzi do pracy. Chcia­łam prze­stać spę­dzać połowę życia na roz­my­śla­niach o roz­mia­rze mojego ciała. Chcia­łam jeść wszyst­kie moje posiłki z innymi ludźmi. Chcia­łam cie­szyć się sek­sem i szu­kać go jak boha­terki Seksu w wiel­kim mie­ście. Chcia­łam wró­cić na zaję­cia bale­towe, do pasji, którą porzu­ci­łam, gdy uro­sły mi piersi i mię­si­ste uda. Chcia­łam mieć przy­ja­ciół, z któ­rymi mogła­bym podró­żo­wać po świe­cie po tym, jak za dwa lata zdam egza­min adwo­kacki. Chcia­łam odno­wić zna­jo­mość z moją współ­lo­ka­torką z col­lege'u, która miesz­kała w Houston. Chcia­łam móc uści­skać przy­ja­ciół z liceum, kiedy wpa­da­łam na nich w cen­trum han­dlo­wym. Ale żad­nego z tych pra­gnień nie wypo­wie­dzia­łam na głos, bo wyda­wały mi się zbyt dro­bia­zgowe. Okle­pane. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że tera­pia, tak jak pisa­nie, opiera się na szcze­gó­łach i kon­kre­tach.

Powie­dział, że umie­ści mnie w gru­pie. Nie powin­nam być zasko­czona, ale słowo "grupa" było jak cios mię­dzy żebra. Grupa będzie skła­dać się z ludzi, ludzi, któ­rzy mogą mnie nie polu­bić, któ­rzy będą wtrą­cać się w moje sprawy i któ­rzy naru­szą zakaz mojej matki, żeby nie wysta­wiać swo­jego psy­chicz­nego cier­pie­nia na widok publiczny.

- Nie dam rady w gru­pie.

- Dla­czego nie?

- Moja matka by się wście­kła. Wszy­scy ci ludzie dowie­dzie­liby się o moich pry­wat­nych spra­wach.

- Więc jej nie mów.

- Dla­czego nie mogę mieć sesji indy­wi­du­al­nych?

- Grupa to jedyny znany mi spo­sób, by dopro­wa­dzić cię tam, gdzie chcesz dotrzeć.

- Dam panu pięć lat.

- Pięć lat?

- Pięć lat na zmianę mojego życia. Jeśli się nie uda, spa­dam stąd. Może się zabiję.

Chcia­łam zetrzeć ten uśmie­szek z jego twa­rzy. Chcia­łam, żeby wie­dział, że nie zamie­rzam tkwić tu w nie­skoń­czo­ność, wlec się do cen­trum mia­sta, żeby roz­ma­wiać o swo­ich uczu­ciach z innymi zała­ma­nymi ludźmi, jeśli w moim życiu nie zajdą istotne zmiany. Za pięć lat skoń­czę trzy­dzie­ści dwa lata. Jeśli w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat moje serce na­dal będzie śli­skie i nie­za­an­ga­żo­wane, dam sobie spo­kój.

Pochy­lił się do przodu.

- Chcesz, by w ciągu pię­ciu lat twoje życie wypeł­niły bli­skie związki? - Przy­tak­nę­łam, gotowa znieść dys­kom­fort kon­taktu wzro­ko­wego. - Damy radę.

Bałam się dok­tora Rosena, ale czy mogłam kwe­stio­no­wać opi­nię wykształ­co­nego na Harvar­dzie psy­chia­try? Jego eks­pre­sja mnie prze­ra­żała - ten śmiech, stwier­dze­nia wypo­wia­dane tonem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu - a zara­zem intry­go­wała. Co za pew­ność sie­bie! Damy radę.

Z chwilą gdy zgo­dzi­łam się na tera­pię gru­pową, nabra­łam prze­ko­na­nia, że dok­to­rowi Rose­nowi przy­da­rzy się coś strasz­nego. Oczami wyobraźni widzia­łam, jak auto­bus numer dwa­na­ście roz­jeż­dża go przed Star­buck­sem, jego płuca zaj­muje nowo­twór zło­śliwy, jego ciało opa­no­wuje stward­nie­nie zani­kowe boczne.

- Jeśli spo­tkasz Buddę, zabij go - powie­dział dok­tor Rosen na dru­giej sesji, kiedy opowie­działam mu o swo­ich oba­wach.

- Nie jest pan cza­sem Żydem?

Żydow­skie nazwi­sko, mazel tow, haft na kan­wie z hebraj­skimi lite­rami wiszący naprze­ciw dyplo­mów.

- To ozna­cza, że powin­naś się modlić, żebym umarł.

- Dla­czego?

- Jeśli umrę - zaci­snął dło­nie i uśmiech­nął się jak zło­śliwy cho­chlik - pojawi się ktoś lep­szy.

Jego twarz pro­mie­niała rado­ścią, jakby wie­rzył, że cokol­wiek się wyda­rzy - naprawdę cokol­wiek - to i tak będzie lep­sze niż to, co spo­ty­kało mnie dotąd.

- Mia­łam kie­dyś wypa­dek na plaży na Hawa­jach. Ktoś, z kim tam byłam, uto­nął.

Pierś zaczęła mi falo­wać, gdy patrzy­łam, jak oczy mu się roz­sze­rzają, bo za chwilę mia­łam zde­to­no­wać bombę.

- Jezu. Ile mia­łaś lat?

- Czter­na­ście, bez trzech tygo­dni.

Czu­łam, jak w moim ciele nara­sta nie­po­kój, jak zawsze, ile­kroć wypły­wał temat Hawa­jów. Tam­tego lata, słodki czas mię­dzy ósmą klasą a nową kato­licką szkołą śred­nią dla dziew­cząt, moja przy­ja­ciółka Jenni zapro­siła mnie na waka­cje do swo­jej rodziny na Hawa­jach. Przez trzy dni zwie­dza­ły­śmy wyspę - plaże z czar­nym pia­skiem, wodo­spady, luau3. Czwar­tego dnia poje­cha­ły­śmy na odosob­nioną plażę i ojciec Jenni uto­nął w falach. Ni­gdy nie potra­fi­łam o tym mówić. Moja mama nazy­wała to "wypad­kiem", inni ludzie mówili o "uto­nię­ciu". Tej nocy, kiedy to się stało, mama Jenni zadzwo­niła do rodziny w Dal­las, szlo­cha­jąc do tele­fonu: "David nie żyje". Bra­ko­wało mi słów, by opi­sać to, co się stało, oraz to, jak się czu­łam, nosząc w sobie wspo­mnie­nie jego zwiot­cza­łego ciała wycią­ga­nego z oce­anu, więc o tym nie roz­ma­wia­łam.

- Chcesz powie­dzieć coś wię­cej?

- Nie modlę się o pań­ską śmierć.

Gdy wpi­sze się w wyszu­ki­warkę hasło "zabić Buddę", pojawi się link do książki o tytule Jeśli spo­tkasz Buddę, zabij go! Naj­wy­raź­niej pacjenci prze­cho­dzący psy­cho­te­ra­pię, do któ­rych się teraz zali­cza­łam, muszą się nauczyć, że tera­peuci są takimi samymi zma­ga­ją­cymi się z życiem ludźmi jak oni. Był to znak, że dok­tor Rosen nie zamie­rza poda­wać mi odpo­wie­dzi na tacy, bo sam może ich nie znać.

Do moich fan­ta­zji na temat maka­brycz­nego zgonu dok­tora Rosena dołą­czył obraz drew­nia­nego kołka wbi­ja­nego mu pro­sto w serce. Przeze mnie. Było to nie­po­ko­jące i to nie tylko dla­tego, że Budda mie­szał mi się z Dra­kulą.

Na pierw­szym roku w col­lege'u kilka dziar­skich i lubia­nych dziew­czyn z Austin zapro­siło mnie na wycieczkę do Nowego Orle­anu. Plan był taki, żeby zatrzy­mać się u kuzynki jed­nej z nich i impre­zo­wać w Dziel­nicy Fran­cu­skiej, dopóki nie trzeba będzie wra­cać na kam­pus. Powie­dzia­łam, że muszę się zasta­no­wić, choć wie­dzia­łam, co odpo­wiem. Uży­łam pracy domo­wej jako wymówki, cho­ciaż był to dopiero drugi tydzień zajęć, a moim jedy­nym zada­niem było prze­czy­ta­nie pierw­szej połowy Beowulfa, któ­rego zna­łam już z liceum.

W gru­pie czu­łam się nie­pew­nie, choć od histo­rii z Biancą i jej żel­kami minęło już wiele lat. Gdzie będę spała w Nowym Orle­anie? Co jeśli nie zro­zu­miem ich żar­tów? Co jeśli zabrak­nie nam tema­tów do roz­mowy? Co jeśli zorien­tują się, że nie jestem tak bogata, fajna czy szczę­śliwa jak one? Co jeśli wyj­dzie na jaw, że nie jestem dzie­wicą? Albo jeśli dowie­dzą się, że spa­łam tylko z jed­nym face­tem? Co jeśli poznają moje sekrety zwią­zane z odży­wia­niem?

Czy to w ogóle wyko­nalne, bym cho­dziła na spo­tka­nia grupy tera­peu­tycz­nej z tymi samymi ludźmi co tydzień?

- Znam pana. Ze spo­tkań - wypa­ro­wa­łam w poło­wie dru­giej sesji. Bałam się, że pew­nego dnia sobie przy­po­mni i będzie musiał prze­rwać tera­pię. - Sprzed lat, kiedy miesz­ka­łam w Hyde Parku.

Prze­krzy­wił głowę i zmru­żył oczy.

- Ach, no wła­śnie. Tak mi się zda­wało, że wyglą­dasz zna­jomo.

- Czy to zna­czy, że nie może mnie pan dalej leczyć?

Par­sk­nął cho­chli­ko­wa­tym śmie­chem, od któ­rego aż zatrzę­sły mu się ramiona.

- Chcia­ła­byś...

- Co?

Wbi­łam wzrok w jego roz­ba­wioną twarz.

- Zaczy­nasz wymy­ślać wymówki, dla­czego to nie zadziała. To typowe.

- Ta obawa była uza­sad­niona.

Znowu śmiech.

- O co cho­dzi?

- Jeśli dołą­czysz do jed­nej z moich grup, chcę, żebyś opo­wie­działa jej wszystko, co o mnie pamię­tasz z tam­tych spo­tkań.

- Ale twoja ano­ni­mo­wość...

- Nie potrze­buję, żebyś mnie chro­niła. To nie jest twoje zada­nie. Twoim zada­niem jest mówić.

Mój wpis w dzien­niku po dru­giej sesji był dziw­nie prze­wi­dy­walny: "Dener­wuję się tym, że na tera­pii wyda się, jak jem... Dok­tor Rosen i to, jaką rolę odgrywa w moim życiu, budzi we mnie wiele emo­cji. Czuję strach, że moje sekrety wyjdą na jaw. Ogromny strach".

Dok­tor Rosen mówił koanami.

- Głodny nie czuje głodu, dopóki nie weź­mie pierw­szego kęsa - powie­dział.

- Nie jestem ano­rek­tyczką.

Ow­szem, przez całe liceum życzy­łam sobie ano­rek­sji, obja­da­jąc się prin­gle­sami i cia­stecz­kami Chips Ahoy!, ale ta cho­roba ni­gdy nie stała się moim pro­ble­mem.

- To meta­fora. Dopiero kiedy pozwo­lisz gru­pie wziąć pierw­szy kęs, poczu­jesz, jak bar­dzo byłaś samotna.

- Jak mam dopu­ścić do sie­bie grupę?

- Dzie­lić się z nią każ­dym aspek­tem swo­jego życia, który doty­czy związ­ków, przy­jaźni, rodziny, seksu, ran­dek, roman­sów. Wszyst­kim.

- Po co?

- W ten spo­sób ją do sie­bie dopu­ścisz.

Przed przy­stą­pie­niem do grupy odbywa się trzy sesje indy­wi­du­alne. Pod­czas ostat­niej moje ramiona się roz­luź­niły, gdy wtu­li­łam się w czarny skó­rzany fotel dok­tora Rosena. Pal­cem wska­zu­ją­cym obra­ca­łam bran­so­letkę i na prze­mian wsu­wa­łam i wysu­wa­łam stopę z buta. Przy dok­to­rze Rose­nie czu­łam się już swo­bod­nie; był moim sta­rym kum­plem, pociesz­nym dzi­wa­kiem. Nie mia­łam się czego oba­wiać. Powie­dzia­łam mu, że znam go ze spo­tkań, a on odparł, że to nie ozna­cza prze­rwa­nia tera­pii. Pozo­stało tylko usta­lić szcze­góły, takie jak to, do któ­rej grupy mnie przy­dzie­lić. Zapro­po­no­wał tę spo­ty­ka­jącą się we wto­rek rano, od siód­mej trzy­dzie­ści do dzie­wią­tej, zło­żoną z leka­rzy i praw­ni­ków. Grupę "pro­fe­sjo­na­li­stów". Nie wyobra­ża­łam sobie, że w mojej gru­pie mogliby się zna­leźć męż­czyźni. Ani leka­rze. Czy praw­nicy.

- Co się ze mną sta­nie, kiedy zacznę grupę?

- Poczu­jesz się bar­dziej samotna niż kie­dy­kol­wiek.

- Chwila moment, dok­torku. - Wypro­sto­wa­łam się w fotelu. - Poczuję się gorzej?

Dopiero co spo­tka­łam się z dzie­ka­nem do spraw stu­denc­kich w spra­wie pry­wat­nej pożyczki na opiekę zdro­wotną, z któ­rej zamie­rza­łam opła­cić tera­pię. A teraz sły­szę, że dzięki gru­pie poczuję się gorzej, niż czu­łam się rano w samo­cho­dzie, ocie­ka­jąc sokiem śliw­ko­wym i modląc się o kulkę w łeb?

- Zga­dza się. - Ski­nął głową, jakby pró­bo­wał coś strą­cić z jej czubka. - Jeśli poważ­nie myślisz o stwo­rze­niu bli­skich więzi, sta­niu się praw­dziwą osobą, jak mówi­łaś, musisz poczuć każde z uczuć tłu­mio­nych od dzie­ciń­stwa. Samot­ność, nie­po­kój, gniew, prze­ra­że­nie.

Czy dam radę przez to przejść? Czy chcę? Zwy­cię­żyło - ale tylko o włos - zacie­ka­wie­nie tym czło­wie­kiem, jego grupą i tym, czy mogą powstać na moim sercu rysy.

- Mogę zadzwo­nić i dać panu znać, co zde­cy­do­wa­łam?

Pokrę­cił głową.

- Zde­cy­duj teraz.

Prze­łknę­łam ślinę, wpa­tru­jąc się w drzwi i roz­wa­ża­jąc moż­li­wo­ści. Prze­ra­żało mnie pod­ję­cie zobo­wią­za­nia, ale bar­dziej bałam się tego, że wyjdę z jego gabi­netu z pustymi rękami: bez grupy, bez innych moż­li­wo­ści, bez nadziei.

- Dobra. Wcho­dzę w to. - Chwy­ci­łam torebkę, żeby móc wró­cić do pracy i dumać nad tym, do czego się wła­śnie zobo­wią­za­łam. - Ostat­nie pyta­nie. Co się ze mną sta­nie, kiedy zacznę przy­cho­dzić na spo­tka­nia grupy?

- Wszyst­kie twoje sekrety ujrzą świa­tło dzienne.

4

- Góra czy dół? - wypa­lił postawny, łysie­jący facet z wiel­kimi zie­lo­nymi oczami spo­glą­da­ją­cymi zza oku­la­rów w dru­cia­nych opraw­kach pod­czas mojej pierw­szej sesji gru­po­wej. Póź­niej dowie­dzia­łam się, że męż­czy­zną, który zaini­cjo­wał moje otrzę­siny, był Car­los, lekarz gej po trzy­dzie­stce, cha­rak­te­ry­zu­jący się cię­tym języ­kiem i uczest­ni­czący w sesjach dok­tora Rosena od kilku lat.

- W sek­sie. Góra czy dół? - powtó­rzył.

Kątem oka widzia­łam, jak dok­tor Rosen prze­nosi wzrok z jed­nego uczest­nika na dru­giego niczym zapro­gra­mo­wany zra­szacz trawy. Wygła­dzi­łam przód spód­nicy. Jeśli chcieli spro­śnej, sek­spo­zy­tyw­nej Chri­stie, to ją dostaną.

- Zde­cy­do­wa­nie góra.

Oczy­wi­ście, ta Chri­stie była sfa­bry­ko­waną wer­sją mnie, z uśmie­chem wita­jącą natrętne pyta­nia od nie­zna­jo­mych. Praw­dziwa Chri­stie, z roz­dy­go­ta­nymi ner­wami i przy­spie­szo­nym pul­sem, miała ochotę się roz­pła­kać, bo szczera odpo­wiedź na to pyta­nie brzmiała: "Nie mam poję­cia, jak lubię upra­wiać seks". Faceci, z któ­rymi się uma­wia­łam, nie byli zdolni do regu­lar­nego współ­ży­cia z powodu swo­jej depre­sji i uza­leż­nień. Powie­dzia­łam "góra", bo mia­łam mgli­ste wspo­mnie­nie przy­jem­no­ści prze­ży­wa­nej z moim chło­pa­kiem z liceum, mistrzem koszy­kówki i ćpu­nem, który regu­lar­nie posu­wał mnie na przed­nim sie­dze­niu che­vro­leta mojego ojca. Dok­tor Rosen osten­ta­cyj­nie odchrząk­nął.

- Że co pro­szę?

Pierw­szy raz od początku spo­tka­nia grupy spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy. Otwo­rzył drzwi do pocze­kalni i popro­wa­dził mnie, Car­losa i dwie inne osoby do naroż­nego gabi­netu, znaj­du­ją­cego się na prze­ciw­le­głym końcu kory­ta­rza od pokoju, w któ­rym odby­wały się moje sesje indy­wi­du­alne. W salce o wymia­rach cztery metry na cztery znaj­do­wało się sie­dem obro­to­wych krze­seł usta­wio­nych w kręgu. Spo­mię­dzy liste­wek żalu­zji prze­bi­jały się pro­mie­nie słońca. W kącie wisiała półka pełna opra­co­wań na temat uza­leż­nień, współuza­leż­nień, alko­ho­li­zmu i tera­pii gru­po­wej. Na dol­nej półce leżały pstro­kate maskotki oraz figurka zakon­nicy w ręka­wi­cach bok­ser­skich. Wybra­łam krze­sło naprze­ciw drzwi, na godzi­nie dzie­wią­tej, pod­czas gdy dok­tor Rosen sie­dział na dwu­na­stej. Było twarde, uwie­rało mnie w tyłek i skrzy­piało, kiedy obra­ca­łam się w lewo i prawo. Szcze­rze mówiąc, po absol­wen­cie Harvardu spo­dzie­wa­łam się bar­dziej kom­for­to­wych warun­ków.

- A może zechcia­ła­byś udzie­lić szcze­rej odpo­wie­dzi? - rzu­cił dok­tor Rosen.

Jego uśmiech suge­ro­wał, że dosko­nale zdaje sobie sprawę, iż swój gru­powy występ zacznę od pod­szy­wa­nia się pod zdrową sek­su­al­nie kobietę.

- Czyli jakiej?

- Że w ogóle nie lubisz upra­wiać seksu.

Zro­bi­łam się pur­pu­rowa na twa­rzy. Nie tak bym sie­bie opi­sała.

- Nie­prawda. Uwiel­biam seks, tylko nie mam go z kim upra­wiać.

W prze­szło­ści mie­wa­łam odważne przy­gody i orga­zmy - w col­lege'u pewien kolum­bij­ski alko­ho­lik samym poca­łun­kiem potra­fił roz­pa­lić mnie jak super­nową. I naprawdę lubi­łam być na górze, przy­naj­mniej te kilka razy z moim lice­al­nym chło­pa­kiem: koły­sa­łam mied­nicą w przód i w tył, szar­żu­jąc całą swoją sek­su­al­no­ścią, jak tylko pijana sie­dem­na­sto­latka potrafi. Nie wie­dzia­łam, gdzie i dla­czego pogrze­ba­łam tamtą Chri­stie. Ode­zwał się pod­sta­rzały facet z woj­skową fry­zurą i bródką na puł­kow­nika San­dersa - eme­ry­to­wany prok­to­log:

- Taka ładna dziew­czyna jak ty? To nie może być prawda.

Kpił ze mnie?

- Faceci na mnie nie reagują.

Byłam bli­ska łez. Ledwo minęły dwie minuty, a ja już pęka­łam. Przy­po­mnia­łam sobie, jak w dru­giej kla­sie mojego kato­lic­kiego liceum wyje­cha­łam na szkolne reko­lek­cje. Pro­wa­dząca roz­po­częła je opo­wie­ścią o swo­jej buli­micz­nej prze­szło­ści. Zare­ago­wa­łam wybu­chem pła­czu i zwie­rzy­łam się z mojej buli­mii czter­na­sto­lat­kom, które przy­się­gły zacho­wać to w tajem­nicy. To był pierw­szy raz, kiedy komu­kol­wiek powie­dzia­łam o swoim zabu­rze­niu. Sie­dząc naprze­ciwko puł­kow­nika San­dersa, poczu­łam, jak ogar­nia mnie ta sama nie­pew­ność co pod­czas tam­tych reko­lek­cji: czy otwar­cie ust, by wyznać obcym ludziom prawdę, ura­tuje moje życie, czy jed­nak mnie znisz­czy, jak prze­wi­dy­wała moja matka?

- Co to zna­czy "nie reagują"? - Puł­kow­nik San­ders mru­gnął zna­cząco.

- Zawsze pod­cho­dzą do moich kole­ża­nek, ale ni­gdy do mnie. Tak było od liceum.

W gru­pach koedu­ka­cyj­nych w barach lub na impre­zach zawsze sta­łam tro­chę z boku, nie wie­dząc, co zro­bić z rękami. Nie potra­fi­łam się natu­ral­nie zaśmiać ani włą­czyć do roz­mowy, bo cały czas myśla­łam, co powin­nam zro­bić, żeby podo­bać się chłop­com. I nie cho­dziło tylko o face­tów w Ame­ryce. Razem z moją współ­lo­ka­torką z col­lege'u, Kat, po stu­diach podró­żo­wa­ły­śmy po całej Euro­pie i tam też ani jeden facet nie pró­bo­wał mnie pod­ry­wać. Nawet we Wło­szech. Faceci z Mona­chium, Nicei, Lucerny i Bru­gii lepili się do Kat, a mnie cał­kiem igno­ro­wali.

Zadzwo­nił domo­fon i dok­tor Rosen naci­snął przy­cisk na ścia­nie z tyłu. Trzy sekundy póź­niej weszła uśmiech­nięta kobieta po czter­dzie­stce, z odpry­sku­ją­cym tur­ku­so­wym lakie­rem na paznok­ciach, prze­pa­lo­nymi poma­rań­czo­wymi wło­sami, o chra­pli­wym gło­sie palaczki. W ray­ono­wej koszuli z frędz­lami prę­dzej odna­la­złaby się na Wood­stocku niż w cen­trum Chi­cago. Widzia­łam ją kilka razy na spo­tka­niach 12 kro­ków.

- Rory - zwró­ciła się do mnie i star­szego faceta sie­dzą­cego naprze­ciw mnie, który naj­wy­raź­niej też był nowy.

Jak liderka skau­tów wska­zy­wała wszyst­kich po kolei i zdra­dzała nam ich imiona i zawody. Puł­kow­nik San­ders miał na imię Ed. Car­los, der­ma­to­log. Patrice, współ­wła­ści­cielka gabi­netu położ­ni­czego. Rory, praw­niczka zaj­mu­jąca się pra­wami oby­wa­tel­skimi. Nowy, Marty, o brwiach Gro­ucha Marxa, co dzie­sięć sekund pocią­ga­jący nosem, przed­sta­wił się jako psy­chia­tra pra­cu­jący z uchodź­cami z Azji Połu­dniowo-Wschod­niej.

- Więc jesteś tutaj, żeby mieć wię­cej seksu? - rzu­cił puł­kow­nik San­ders.

Wzru­szy­łam ramio­nami. Chwilę wcze­śniej sama to otwar­cie przy­zna­łam, ale teraz wyco­fy­wa­łam się z tego z powodu prze­kazu zako­do­wa­nego mi pod­pro­gowo: miłe dziew­czyny tego nie chcą; femi­nistki tego nie potrze­bują; przy­zwo­ite dziew­czyny o tym nie roz­ma­wiają, zwłasz­cza w mie­sza­nym towa­rzy­stwie. Matka by nie prze­żyła, gdyby się dowie­działa, że roz­ma­wiam o tych spra­wach z obcymi ludźmi.

Roz­mowa prze­nio­sła się na Rory, która wspo­mniała, że popro­siła ojca o pie­nią­dze na rachunki. Dok­tor Rosen napro­wa­dził Rory na histo­rię jej ojca, który prze­trwał Holo­caust w Pol­sce, przez kilka lat ukry­wany w kufrze. Zaraz potem roz­mowa zeszła na temat pacjenta Car­losa, który odmó­wił zapła­ce­nia rachunku.

Grupa prze­ska­ki­wała od kwe­stii do kwe­stii, a ja prze­no­si­łam cię­żar ciała z pośladka na pośla­dek na twar­dym krze­śle. Wes­tchnę­łam i odchrząk­nę­łam, by dać upust fru­stra­cji. Nic nie zostało roz­wią­zane. Nikt nie ocze­ki­wał żad­nych odpo­wie­dzi? Roz­wią­zań? Co gor­sza, jako nowa nie zna­łam kon­tek­stu żad­nej z tych histo­rii. Dla­czego asy­stentka Car­losa ode­szła? Dla­czego Rory spra­wiała wra­że­nie anty­se­mitki, skoro jej ojciec prze­żył Holo­caust w skrzyni? O co cho­dziło z jej zale­gło­ściami na kar­cie kre­dy­to­wej? W pew­nym momen­cie, żeby się uspo­koić, zaczę­łam prze­su­wać perełki mojej bran­so­letki niczym paciorki różańca. Dok­tor Rosen obser­wo­wał mnie jak swo­jego nowego szczura labo­ra­to­ryj­nego. Czy póź­niej spo­rzą­dzi notatkę i dołą­czy ją do mojej teczki? "C.T. bawi się biżu­te­rią pod­czas dys­ku­sji gru­po­wej. Demon­struje wszyst­kie kla­syczne oznaki oso­bo­wo­ści nie­zdol­nej do nawią­zy­wa­nia bli­skich rela­cji, silna repre­sja. Ciężki przy­pa­dek". Po trzech sesjach indy­wi­du­al­nych mia­łam poczu­cie, że pomimo jego zadu­fa­nia i dzi­wacz­nego poczu­cia humoru łączy mnie z nim jakaś więź. Sądzi­łam, że dok­tor Rosen mnie rozu­mie, ale teraz czu­łam, jak­by­śmy byli sobie zupeł­nie obcy. W myślach nazy­wa­łam go dup­kiem.

Ist­niały nie­pi­sane zasady funk­cjo­no­wa­nia w gru­pie.

- Skrzy­żo­wa­łaś nogi - zauwa­żył puł­kow­nik San­ders.

Spoj­rza­łam na moje prawe udo skrzy­żo­wane nad lewym. Wszy­scy odwró­cili się w moją stronę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki