Gromi i oblężona twierdza. Kamieniec Podolski w ogniu - Tomasz Szmid

Kup ebooka

42.99 zł
32.17 zł (32,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zanim rozpoczniesz lekturę...

(kilka słów od autora)

Drogi Czytelniku,

Książka, po którą sięgnąłeś, jest drugą częścią Sagi o skrzydlatej husarii - podróży przez czasy wojny polsko-tureckiej rozpętanej w roku 1672. Wspólnie z bohaterami naszej sagi staniemy do obrony oblężonego Kamieńca Podolskiego i wielkiej bitwy u stóp zamku chocimskiego. Wyruszymy w podróż ku dalekim lądom. Aż wreszcie dotrzemy na pole najsłynniejszej bitwy w historii polskiego oręża: starcia z Imperium Osmańskim pod murami Wiednia.

Serdecznie zapraszam Cię, abyś wyruszył w tę niezwykłą podróż wraz z nami...

Kamieniec Podolski w ogniu to opowieść o czasach najazdu Kozaków i Tatarów na polskie kresy oraz oblężeniu, które zapoczątkowało wojnę Rzeczypospolitej z Imperium Osmańskim. Oczywiście możesz rozpocząć przygodę od tego miejsca, jednak zachęcam Cię, abyś w pierwszej kolejności sięgnął po powieść Pierwsza bitwa Gromiego. Opisuje ona dzieciństwo głównego bohatera, okoliczności, które sprawiły, że obrał swoją drogę życia oraz nakreśla tło historyczne wydarzeń, o których przeczytasz na kartach tej książki.

Saga ta została zainspirowana losami XVII-wiecznej Rzeczypospolitej, kulturą tamtych czasów i bohaterskimi czynami ówczesnego rycerstwa. Pragnę jednak podkreślić, że choć fabuła opiera się na prawdziwych wydarzeniach, które zapisały się na kartach historii, to stworzona przeze mnie opowieść jest literacką fikcją. Starałem się odwzorować wydarzenia historyczne i realia XVII wieku, jednak często odstępowałem od źródeł, z czego chciałbym pokrótce się wytłumaczyć.

Zamierzałem pomóc Czytelnikom z jednej strony wczuć się w klimat narodu Sarmatów, rycerskiego etosu i barokowego przepychu, a z drugiej poznać realia życia w kraju nękanym nieustannymi wojnami oraz wyniszczanym intrygami magnatów i waśniami pośród szlachty. Jednocześnie pragnąłem jednak uczynić fabułę dynamiczną, a obrazy - żywymi i wyrazistymi. Często zdarzają się więc przerysowania i odstępstwa od prawdy historycznej - począwszy od spraw tak podstawowych jak język, jakim się wtedy posługiwano, a który wydał mi się zbyt nieprzystępny na dzisiejsze czasy. Przekoloryzowane bywają różne detale, jak chociażby słynne husarskie skrzydła.

Także część wydarzeń została spłycona lub przedstawiona pobieżnie. W niektórych nie zgadza się chronologia. Tu także pragnę się wytłumaczyć: obawiałem się, że przedstawianie owych wydarzeń tak, jak odbywały się w rzeczywistości, odebrałoby powieści jej dynamikę. Pewne opisy są jedynie moją literacką wizją, jak choćby przebieg bitew pod Bracławiem czy Kalnikiem, a nawet oblężenia Kamieńca Podolskiego, które opisałem nieco inaczej niż podają źródła.

Proszę Cię zatem, drogi Czytelniku, abyś podszedł do opisanych przeze mnie wydarzeń z wyrozumiałością dla pewnych historycznych nieścisłości.

Ostatecznie jest to przede wszystkim powieść przygodowa.

A teraz zostawiam Cię z losami bohaterów i życzę ciekawej lektury.

Z poważaniem

Tomasz Szmid

Prolog

Pewnemu młodzieńcowi przyśnił się niezwykły sen...

Było to na plaży. Nastawał właśnie świt, a słońce powoli unosiło się nad widnokręgiem. Łagodnie powiewała świeża morska bryza. I, oprócz kojącego szumu Morza Bałtyckiego, wokół panowała zupełna cisza.

Wraz z kolejnym delikatnym podmuchem wiatru w górę wzbiły się maleńkie drobinki wody i piasku. A wraz z nimi wzniosło się i splotło coś jeszcze... Podniesione przez wiatr cząsteczki energii o różnych barwach złączyły się ze sobą, tworząc falę o kształtach podobnych do wijących się serpentyn i pofrunęły ku górze wraz z powiewem.

W swym śnie chłopiec był taką właśnie istotą, świeżo narodzoną z wiatru, wody i cząstek energii. Wzbił się w powietrze i załopotał, po czym pofrunął ponad wydmami i koronami drzew nadmorskich lasów.

Budzący się właśnie dzień zapowiadał się wspaniale. Było nieco chłodno, ale za to rześko i słonecznie. Poranna mgła unosiła się nad polami, a słońce zaczynało wędrówkę po nieboskłonie.

Młodzieniec płynął po niebie i spoglądał z wysokości na mijane krajobrazy. Minął gęste korony nadmorskich lasów. Gdzieniegdzie wznosiły się zabudowania folwarków, a po horyzont rozciągały się odcienie zieleni i złota pól uprawnych. Skierował się ku swojej miejscowości rodzinnej, leżącej na ziemi pomorskiej, nieopodal brzegów Wisły - osadzie Biała Wieś. Zanurkował, frunąc tuż ponad głowami domowników, którzy właśnie krzątali się przy porannych obowiązkach. Przeleciał nad okolicznymi polami. Pośród morza falujących złocistych kłosów ujrzał Maję - piękną czarnowłosą mieszkankę sąsiednich Gronowic, a zarazem jego pierwszą skrywaną miłość. Maja zdawała się wyczuć jego obecność, gdyż spojrzała w niebo i odprowadziła go spojrzeniem swych wspaniałych głębokich oczu.

Uśmiechnął się i pofrunął dalej przed siebie, wybierając drogę ponad szerokim nurtem Wisły. W locie mijał barki sunące po rzece i rozciągające się wokół pola, lasy, łąki i wzgórza. Przeleciał nad miastami i folwarkami. Zawisł na chwilę nad Warszawą. Okrążył niebo nad Placem Zamkowym z kolumną Zygmunta oraz nad zamkiem królewskim.

I pofrunął dalej.

Minął kolejne miasta, puszcze i pola. Gdy ujrzał na horyzoncie strzeliste wieże zabudowań Krakowa, zniżył swój lot. Przeleciał nad basztami osadzonego na Wzgórzu Wawelskim zamku - dawnej siedziby polskich władców. Spojrzał z góry na tłumy przemierzających ulice mieszkańców, na Sukiennice i Kościół Mariacki. Pofrunął nad zielonymi wyżynami Małopolski, górzystymi Karpatami i Podolem, na którym rozciągały się gęste puszcze i rozległe stepy. I tak doleciał do zabudowań otoczonej murami osady leżącej w zakolu rzeki Boh. Uśmiechnął się promiennie. Osada ta zwała się Komarowo - i kilka lat wcześniej stała się ona jego nowym domem.

Znajdowała się tu stadnina koni przeznaczonych dla polskiego rycerstwa. Jej właściciel, pan Jabłoński, wysoki szlachcic o szpakowatych włosach i szczupłej sylwetce, rozmawiał właśnie z Kusym - starszym mężczyzną o jednej nodze nieco krótszej od drugiej, odzianym w sfatygowany i poplamiony szary kubrak. To właśnie pan Jabłoński przygarnął młodzieńca, który doświadczał tego niezwykłego snu, i dał mu pracę w swej stadninie. Ten zaś był za to ogromnie wdzięczny szlachcicowi i ochoczo nazywał go swym dobrodziejem.

Potem ujrzał drużynę ujeżdżaczy. Pędzili po placu, szkoląc rumaki i wykonując na ich grzbietach różne akrobacje. Słychać było tętent kopyt galopujących wierzchowców oraz krzyki jeźdźców. Ogarnęła go fala radości, bowiem jazda konna była jego największą pasją. Wśród ujeżdżaczy dostrzegł dwójkę swych najlepszych przyjaciół - Zbyszka i Bojana. Byli od niego o rok starsi i obaj byli bardzo przystojni. Mieli czarne, lekko kręcone włosy, błękitne oczy i przenikliwe spojrzenia. I choć byli bliźniakami, zachowywali się zupełnie inaczej. Zbyszek był nieco wyższy i szczuplejszy oraz znacznie spokojniejszy od Bojana. Sprawiał wrażenie rozsądnego i twardo stąpającego po ziemi. Bojan zaś był gadatliwy, impulsywny i zawsze pełen wigoru.

Nieopodal stał dworek pana Jabłońskiego. Na dziedziniec wyszła właśnie jego córka, Oliwia. Była to piękna młoda kobieta o długich złotych włosach, a jej uśmiech idealnie komponował się z rysami twarzy. Na jej widok serce zabiło mu szybciej. Z zachwytem przyglądał się młodej szlachciance. Oliwia zaś odetchnęła rześkim powietrzem, poprawiła swoje złociste włosy i uśmiechnęła się szeroko, witając nowy piękny dzień.

Młodzieniec postanowił wznieść się jeszcze wyżej. Zabudowania, pola, wzgórza i wijący się nurt rzeki przecinającej ten malowniczy krajobraz - wszystko stawało się coraz mniejsze. Rozejrzał się wokół, napawając się krajobrazem ziemi podolskiej widzianej z takiej perspektywy.

Wtem, daleko na horyzoncie, ujrzał coś, co wprawiło go w jeszcze większe zdumienie.

Pośrodku pofałdowanej równiny wznosiło się miasto. Oprócz przepływającej przez równinę rzeki otaczał je jedynie bezkres zieleni traw - co przywodziło na myśl samotną wyspę pośród bezmiaru morskiej toni. Wytężył wzrok. Ujrzał wieże świątyń i ratusza oraz dachy kolorowych kamienic. Musiało to być duże miasto. Jednak, ku jego zdziwieniu, nie okalał go solidny mur.

Za miastem wznosiła się zaś twierdza.

Ujrzawszy ją, zyskał pewność, że właśnie śni. Zbudowana z białego kamienia warownia połączona była z miastem długim kamiennym traktem. Nad jej murami górowały wieże z okrągłymi basztami, a na szczytach ich spiczastych stożków powiewały proporce. Zawisł na chwilę w bezruchu, napawając się pięknem "orlego gniazda" - takie miano bowiem przyszło mu na myśl, gdy ujrzał miasto i wzniesioną przy nim twierdzę. Ruszył przed siebie, zamierzając pofrunąć w ich kierunku...

Jednak wówczas przeszył go nagły ból, a wokół zaczął rozlegać się huk wystrzałów, wrzaski i rżenie koni. W jednej chwili jakaś nieznana mu siła zaczęła gwałtownie ściągać go w dół - jakby był spętany niewidzialnym arkanem. Dzień w jednej chwili przemienił się w noc. Teraz w dole pod swymi stopami ujrzał nie to spokojne Komarowo, którego widokiem radował się jeszcze przed chwilą, lecz Komarowo w ogniu, napadnięte przez hordę pięciu setek Tatarów...

Osada płonęła. Zewnętrzne obwarowania zostały już sforsowane, a obrońcy, skryci za murem wewnętrznym, rozpaczliwie bronili swego domu. Najeźdźcy zaś z dzikim wrzaskiem wdzierali się do osady i gromadzili wokół muru. Wokół fruwały strzały, bełty, a nawet kule miotane z trebuszów i katapult. I wreszcie za murem zapłonęły worki ze smołą, a niebo zaczął pokrywać gryzący, czarny dym.

Wówczas ujrzał w dole samego siebie, w swej ludzkiej postaci. Pozostali przy życiu obrońcy zabrali z placu rannych i ukryli się w murach dworku. On zaś został na placu, a przed sobą postawioną miał beczkę wypełnioną prochem. Gdy brama roztrzaskała się pod naporem wroga, a tuziny rozwścieczonych Tatarów ruszyły przed siebie, podniósł kuszę, wycelował w beczkę i strzelił.

Nastąpiła eksplozja. W niebo pofrunęły drzazgi łamanego drewna i stalowego okucia, a po chwili w górę zaczął wzbijać się żywy ogień. Młodzieniec zdołał jeszcze zakryć się tarczą. Rozbuchane płomienie w jednej chwili pochłonęły większość najeźdźców.

Zawisając nad osadą, z przerażeniem przyglądał się tym dramatycznym wydarzeniom - aż nagle został przez jakąś nieopisaną siłę z powrotem wtłoczony do swojego ciała.

Wszędzie wokół niego płonęły dosłownie ściany ognia. Źdźbła trawy momentalnie wyschły i się skurczyły, zmieniając się w maleńkie, poskręcane kikuty. Energia wybuchu wchłaniała powietrze i niszczyła wszystko wokół. Młodzieniec, skryty za skromną osłoną z tarczy, walczył o przeżycie... Było gorąco niczym w piekle, a tarcza, którą trzymał, rozgrzała się do czerwoności. Rękojeść parzyła i paliła mu palce, ale wiedział, że nie może wypuścić jej z rąk.

Nagle pośród płomieni ukazały mu się rysy twarzy tych wszystkich Tatarów, którzy zginęli w wybuchu. Wszyscy oni naraz połączyli się w jedną wielką płonącą czaszkę. Rozwarła szczęki, jakby chcąc go pochłonąć, i frunęła prosto na chłopca. Lada chwila runęłaby na niego...

I wtedy otworzył oczy.

Kamieniec Podolski w ogniu

Rozdział I

Zły sen

Naszą opowieść rozpoczynamy w sierpniu roku 1671. A w Rzeczypospolitej Obojga Narodów zdecydowanie był to czas niezwykły...

Przez ostatnie pół wieku Polakom przychodziło odpierać najazdy ze strony Szwecji, Rosji i Imperium Osmańskiego, łupieskie wypady hord Tatarów oraz bunty Kozaków. Szlachta była głęboko podzielona, a możnowładcy dbali jedynie o własne interesy. A na domiar złego w roku 1665 w królestwie rozgorzała wojna domowa pomiędzy szlachtą wierną królowi a zwolennikami magnata Jerzego Lubomirskiego - i obie strony starły się w bratobójczej walce. Wewnętrzne spory dewastowały ten wspaniały niegdyś kraj nie mniej niż najazdy wrogów. Tak więc wyniszczona wieloletnimi wojnami i pogrążona w głębokim kryzysie Rzeczpospolita rozpaczliwie wyczekiwała zmian.

Na tronie w Warszawie zasiadał w owym czasie król Michał Wiśniowiecki herbu Korybut. Był to niski, pucołowaty trzydziestolatek o dziecięcej twarzy, wydatnych policzkach i krótkich, dokładnie przystrzyżonych wąsikach. Ubierał się zgodnie z modą francuską - przywdziewał pantofle, pończochy naciągnięte po kolana, obcisłe pantalony i aksamitne, bogato zdobione płaszcze obszyte bawełnianymi koronkami. Poddanym pokazywał się zawsze ze starannie wypudrowaną twarzą i peruką imitującą włosy koloru kasztanowego. Poruszał się niezgrabnie i miał zwyczaj częstego rozglądania się na boki swymi maleńkimi błyszczącymi oczkami. Mówiąc wprost: król Michał był po prostu brzydki, a jego wygląd i zachowanie sprawiały, że przywodził na myśl ropuchę. Ale przede wszystkim był miernym władcą, mało energicznym, za to łasym na pochlebstwa. Wokół warszawskiego tronu szybko zebrała się grupa urzędników i magnatów, którzy nieustannie pochlebiali królowi i łechtali jego próżność. Korybut nie musiał zbytnio się wysilać. Możnowładcy zajmowali się sprawami państwa za niego - oczywiście dbając przy tym o rozrost własnych fortun. Wybór władcy stał się więc kolejnym gwoździem do przysłowiowej trumny. I tak oto Rzeczpospolita Obojga Narodów, wspaniałe niegdyś mocarstwo, popadała w marazm i zmierzała prosto ku przepaści...

W tym samym czasie na tronie w Imperium Osmańskim zasiadał sułtan Mehmed IV. W swym wystawnym pałacu w Konstantynopolu pławił się w bogactwach i przepychu większym niż można to sobie wyobrazić. W czasie gdy nie rozkoszował się towarzystwem kobiet ze swego haremu, oddawał się swej największej pasji, czyli łowom na dzikiego zwierza. Wprawdzie najważniejsze decyzje zwykle podejmował sam, jednak codzienne rządy w imperium - a tym samym ogromną władzę - powierzył wielkiemu wezyrowi. Stanowisko to piastował mężczyzna niewielkiej postury, w wieku około trzydziestu pięciu lat, o jasnej karnacji, z idealnie przystrzyżoną brodą, o wyrazistych rysach twarzy i błyszczącym spojrzeniu. A nazywał się Ahmed Köprülü.

Wielki wezyr był drugą po sułtanie najpotężniejszą osobą w imperium. Pełnił funkcję naczelnego ministra, zarządzał skarbem i dworem. A także, a w zasadzie przede wszystkim, był wodzem osmańskiej armii. Sułtan Mehmed miał to szczęście, że śmiało mógł mu zaufać i powierzyć niemal pełnię władzy. Ahmed był bowiem synem, uczniem i następcą wielkiego wezyra Mehmeda Köprülü, który przed laty zreformował kraj Osmanów (zwany także Wysoką Portą), rozbudował armię i przywrócił jej dawną świetność.

Ahmed kontynuował dzieło ojca. Prowadził politykę wojen i podbojów. Twardą ręką rządził rozległym imperium, dławiąc w zarodku wszelkie próby buntu i dbając o sułtańską władzę - od jego serca w tłocznym Konstantynopolu, po same krańce sięgające Węgier, południowego Egiptu i Zatoki Perskiej. Przez ponad dwie dekady walczył z bogatą i wpływową Republiką Wenecką, ostatecznie odnosząc zwycięstwo. Ale największym wrogiem Osmanów było Arcyksięstwo Austriackie. Władający nim Habsburgowie byli w owym czasie najpotężniejszym rodem w Europie. A także, jako spadkobiercy tradycji Świętego Cesarstwa Rzymskiego, tytułowali się cesarzami. Imperium Osmańskie rzuciło im wyzwanie, starło się z Habsburgami i zmusiło do uznania swej wyższości.

Jednak dla wielkiego wezyra to wciąż było zbyt mało... Ahmed nie potrafił bowiem wyzbyć się dojmującej myśli, że swój urząd zdobył jedynie dzięki sławnemu nazwisku, a podwładni nie uważali go za dorównującego ojcu zdolnościami. Zapragnął dokonać czegoś, czym pokazałby całemu światu pełnię swej mocy i na stałe zapewnił sobie miejsce w panteonie osmańskich bohaterów. Wówczas swój wzrok zwrócił ku sąsiadowi z północy - Rzeczypospolitej Obojga Narodów...

Lechistan (jak w Imperium zwano Rzeczpospolitą) wciąż uważany był za jedną z europejskich potęg. Zatem rzucając Lachów (jak zwano Polaków) na kolana, turecki wódz spełniłby swe największe marzenie. A kiedy miałby tego dokonać, jeśli nie teraz, gdy przeciwnik grzęźnie w chaosie... Jednak wojny z Wenecją i cesarstwem wydrenowały turecki skarbiec. Ahmed wiedział więc, że porażka w tej wojnie mogłaby zachwiać imperium w posadach.

A jednak pragnienie wiecznej chwały było zbyt silne. Wielki wezyr rozpoczął więc zbrojenia na niespotykaną dotąd skalę. Jego plan był pełen rozmachu. A w pierwszej kolejności postanowił posłać do walki dwa wojownicze narody podległe Wysokiej Porcie: od lat wiernych jej Tatarów oraz świeżo pozyskanych Kozaków pod wodzą hetmana Petro Doroszenki.

Oba te narody darzyły się wzajemną nienawiścią. Tatarzy od dziesiątek lat wdzierali się na ziemie Ukrainy i plądrowali je w poszukiwaniu łupów i jasyru (czyli jeńców). To brak stanowczej reakcji Rzeczypospolitej skłonił ludzi, którzy osiedlali się na tych ziemiach, do zorganizowania własnych sił zbrojnych dla obrony przed tatarskimi łupieżcami. Tak narodzili się Kozacy - naród równie wojowniczy jak Tatarzy. I równie groźny dla Polaków, bowiem wielu Kozaków pamiętało ucisk i krzywdy wyrządzone im przez polskich panów. I wielu to właśnie w Rzeczypospolitej upatrywało swego największego wroga.

Gdy wiosną 1671 roku chan tatarski Adil-Girej oficjalnie sprzymierzył się z tymi Kozakami, którzy pozostali wierni Lechistanowi, wielki wezyr podstępem doprowadził do usunięcia go z tronu. Na jego miejsce mianowany został młody, porywczy i pełen nienawiści do Lachów wódz Selim. Hetman Petro Doroszenko zaś, pozbawiony przez Polaków buławy i z głęboką zadrą w sercu zdecydował się przejść na służbę Osmanom. A jednocześnie poprzysiągł Imperium szable pięciu tysięcy wiernych mu kozackich wojowników.

Wkrótce Ahmed Köprülü wezwał przed swe oblicze obu przywódców. Selimowi przypomniał, kto osadził go na tronie - i kto z równą łatwością może go z niego strącić. Ze skłonieniem Kozaków do ataku na własną ojczyznę sprawa była nieco trudniejsza... Ale i na to wielki wezyr znalazł sposób. Roztoczył przed hetmanem Doroszenką wizję stworzenia na ziemiach kozaczyzny nowego wolnego kraju pod protekcją Wysokiej Porty. Obiecał mu, że Osmanowie nie będą wtrącać się do spraw Kozaków, a jedynie otoczą ich swą opieką, wolna Ukraina stanowić zaś będzie strefę bezpieczeństwa pomiędzy granicami Imperium i Rzeczypospolitej. Na znak dobrej woli ofiarował Doroszence miasto Kamieniec Podolski jako przyszłą stolicę narodu Kozaków. Najpierw jednak hetman musiał okazać wierność sułtanowi...

I tak oto latem roku 1671 Tatarzy i Kozacy ramię w ramię wkroczyli na ziemie Rzeczypospolitej. Wkrótce zajęli największe miasta i rozlali się po kresach niczym szarańcza. Napadali na wszystkie osady napotkane na swej drodze, plądrując, paląc i biorąc mieszkańców w jasyr. Nie znali strachu ani litości... I jedną z takich napadniętych osad było leżące na Podolu Komarowo.

Chłopiec, a w zasadzie siedemnastoletni młody mężczyzna, któremu właśnie przyśnił się ów niezwykły sen, był to główny bohater naszej historii. Nazywał się Gromisław z Białej Wsi (choć przyjaciele wołali na niego po prostu "Gromi"). Los obdarzył go mikrą posturą, jednak dzięki miesiącom systematycznych ćwiczeń dorobił się rozbudowanej, atletycznej sylwetki. Był szczupły, o dziecięcych rysach twarzy, spokojnym usposobieniu oraz przenikliwym spojrzeniu oczu dość niecodziennej, szarozielonej barwy. Z początku pracował w stadninie jako pomocnik stajennego, ale z czasem dołączył do ekipy ujeżdżaczy i odtąd szkolił rumaki tak, aby osiągnęły one jak najwyższą sprawność. Rozpędzał je, wykonywał skoki i różne manewry. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy, sam stał się bardzo zdolnym jeźdźcem. A ponieważ przyszło mu mieszkać w "dość niebezpiecznej okolicy", nauczył się także strzelać z kuszy, by móc bronić swej osady na wypadek najazdu intruzów.

W połowie sierpnia na Komarowo spadło jednak zagrożenie o wiele większe niż bandy rabusiów: na osadę uderzył cały tatarski czambuł. I choć mieszkańcy walczyli zaciekle, Tatarzy osaczyli ich oddziałem liczącym ponad pięciuset wojowników i prowadzącym ze sobą machiny miotające.

Czambuł niechybnie zrównałby osadę z ziemią i wybił w pień wszystkich jej mieszkańców, jednak gdy najeźdźcy z dzikimi wrzaskami stłoczyli się u bramy, nasz bohater dokonał czegoś, czego nikt (a szczególnie on sam) nigdy by się po nim nie spodziewał. Dokładnie tak jak w swoim śnie, nakazawszy pozostałym obrońcom wycofać się w bezpieczne miejsce, przeturlał na środek placu beczkę wypełnioną prochem. Gdy brama runęła, a ordyńcy wjechali na plac, Gromi posłał w nią bełt.

Nie potrafiłby w żaden sposób wyjaśnić przyczyny tego, co się wówczas wydarzyło, ale wybuch, który nastąpił, w jakiś magiczny sposób zwielokrotnił swoją siłę, a po placu rozlały się potężne jęzory ognia. Część Tatarów uciekła w popłochu, jednak większość liczącego pół tysiąca ludzi oddziału pochłonął ogień...

Fala uderzeniowa dosięgła jednak także samego Gromiego i rzuciła nim jak kukłą. Opadł bezwładnie na ziemię kilkanaście kroków dalej. I, przekonany, że przychodzi mu odejść z tego świata, stracił resztki przytomności...

***

Komarowo, 17 sierpnia 1671

Przebudzony tym koszmarem, Gromi otworzył oczy i z niemym krzykiem zerwał się z posłania. Rozpaczliwie usiłował złapać dech.

Gdy zaczęła wracać mu świadomość, razem z nią nadszedł ostry ból każdej niemal części ciała. Kłucie w klatce piersiowej nie pozwalało mu zaczerpnąć powietrza. Głowa ciążyła, jakby ktoś nafaszerował ją ołowiem. Ból rozsadzał mu czaszkę. I niemiłosiernie piekła go oparzona dłoń.

Pomimo bólu usiłował się skupić. Przed oczami zaczęły mu migać urywki zdarzeń z tej strasznej nocy, gdy czambuł zaatakował osadę. Usłyszał w głowie wrzaski i odgłosy wybuchów. Przed oczyma ponownie stanęła mu chwila, gdy przerzucili przez mur worki ze smołą, a następnie wynurzyli się zza czarnego dymu. Chwila, gdy wieże wartownicze stanęły w płomieniach i opadły z łoskotem na ziemię. Obrońcy osady przeszywani strzałami i setki Tatarów wdzierające się do osady. W jego głowie chaotycznie rozgrywały się te straszne sceny. Na nowo przeżywał huk wystrzałów, świst strzał wystrzeliwanych z łuku i dzikie wrzaski najeźdźców.

Aż wreszcie przypomniał sobie przerażone twarze Oliwii Jabłońskiej i innych kobiet, gdy na dom spadły miotane katapultą kamienie. I rannego pana Jabłońskiego... To wszystko było nie do zniesienia. Serce łomotało mu, jakby miało wyskoczyć z piersi. Musiał wstać, zrobić cokolwiek. Byle nie leżeć i przeżywać tego, co właśnie przeżywał...

Ujrzawszy jego nagłe wybudzenie się, natychmiast podbiegli do niego Bojan i Zbyszek.

- Gdzie moje buty?! - spytał roztrzęsionym głosem Gromi, rozglądając się wokół i usiłując podźwignąć się na równe nogi.

- Nie wstawaj! - zareagował Bojan, przyciskając go do posłania. - Medyk nakazał, żebyś leżał!

Przytrzymany siłą, pozostał na posłaniu. Chwilę trwało, zanim doszedł do siebie na tyle, że przez zaszklone oczy ujrzał niewyraźne twarze bliźniaków.

- Już dobrze, Gromi - wyjaśnił Zbyszek, starając się go uspokoić. - Tatarzy uciekli. Ale teraz musisz odpocząć. Skup się na oddechu. Powoli i spokojnie...

Zachęcił go ruchem dłoni do wzięcia kilku głębokich oddechów. Na ile pozwalał mu ból stłuczonych żeber, Gromi skupił się na wdechach i wydechach.

- Ile spałem? - spytał wreszcie, nieco się uspokoiwszy.

- Dwa dni - odparł Bojan.

- Dwa dni?! - Młodzieniec znowu chciał zerwać się z łoża. - To ja muszę iść do koni!

- Spokojnie, Gromi - wyjaśnił Zbyszek, znów go przytrzymując. - Końmi już się zajęliśmy...Wszystko będzie dobrze. Po prostu leż i odpoczywaj.

Ponownie posłusznie zaległ, skupiając się na powolnym oddechu. Gdy powróciła mu ostrość widzenia, dostrzegł, że ich oczy były mocno przekrwione, a na twarzach mieli zadrapania.

- A co z wami? Nic wam nie jest? - spytał.

- Nie - odparli - tylko kilka draśnięć. Teraz najważniejsze jest, żebyś ty doszedł do siebie.

- A co z Oliwką? Z panem Jabłońskim? - dopytywał Gromi. - Co z całą osadą?! - Był słaby, głos łamał mu się w połowie zdania.

- Jak wysadziłeś tamtą beczkę, to posłałeś większość tych biesów w zaświaty - wyjaśnił Bojan - a reszta uciekła w popłochu.

- Osada mocno ucierpiała - dodał Zbyszek. - Ale Oliwka i pozostałe panie są całe i zdrowe. Już odjechały w bezpieczne miejsce. Pan Jabłoński też żyje. Wprawdzie strzała przeszyła jego kolczugę, ale nie przebiła żebra. Ma złamaną rękę, ale wydobrzeje... Za to ty teraz naprawdę musisz się uspokoić. Spróbuj usnąć, to na pewno ci pomoże.

Gromi ułożył się na posłaniu i raz jeszcze próbował skupić się na miarowym oddechu. Teraz, gdy wiedział już, że bracia są cali, a Oliwka bezpieczna, poczuł się, jakby zdjęto mu z piersi ciężki głaz.

- Wszystko mnie boli... - westchnął. - Chyba porządnie mną walnęło...

- Jak medyk skończył cię badać - rzekł na to Bojan - to stwierdził, że tu powinni jakąś kaplicę zbudować. Bo on wszystko już w życiu widział, ale żeby ktoś przeżył taki wybuch, to takiego cudu jeszcze nigdy.

- Masz stłuczone żebro i kilka pogruchotanych kości - dodał Zbyszek. - Ale dzięki Bogu nie stało ci się nic poważniejszego.

Gromi skinął głową. Przypomniał sobie wówczas jeszcze jedną mglistą myśl.

- Tej nocy, po wybuchu - rzekł po chwili. - Kiedy myślałem, że to już koniec... Usłyszałem pęd koni. Widziałem jeźdźców. Czy oni... czy to naprawdę była husaria?

- No... nie husaria... - odparł Zbyszek. - Przybyła nam z odsieczą chorągiew dragonii. Ugasili pożar i opatrzyli rannych. I nadal są tutaj, w Komarowie. Więc możesz spać spokojnie.

Gromiego uspokoiła myśl, że w osadzie zatrzymał się oddział wojska, która dba o ich bezpieczeństwo. Jednak powoli zaczynał do niego docierać całokształt sytuacji, w jakiej się znalazł: jego dom został zniszczony, większość kompanów zginęła, a on sam został tak bardzo poturbowany, że prawdopodobnie już do końca życia nie odzyska dawnej sprawności. Przeszło mu przez myśl, że jeśli uśnie i obudzi się kolejny raz, to może okaże się, że to wszystko to był jedynie zły sen...

- Dziękuję... - szepnął. Po czym obrócił się na bok i zamknął oczy.

Zaczynał już odpływać w kojące senne krainy. Jednak wówczas po osadzie rozległ się dźwięk rogu.

Rozdział II

Chorągiew rotmistrza Jasienia

Bojan i Zbyszek spojrzeli po sobie.

- Gromi, musimy cię teraz przeprosić... to sygnał na zbiórkę - rzekł Zbyszek. Po czym obaj zaczęli naprędce pakować swoje rzeczy do toreb.

- A wy...? - spytał, zdziwiony, podnosząc się na posłaniu. - Wy gdzieś wyjeżdżacie?

- Tak... zgłosiliśmy się do dragonów na służbę.

- Pan Jabłoński dogadał się z nimi tak, że dragoni biorą nasze konie - wyjaśnił Bojan, widząc konsternację na twarzy Gromiego. - A gdy ich dowódca dowiedział się, że byliśmy ujeżdżaczami, zgodził się wziąć nas ze sobą.

- Na razie wiemy tyle - dodał Zbyszek - że jedziemy gdzieś w okolice Kamieńca Podolskiego. A potem zobaczymy... Ale zapłacą nam za to, co zrobili z osadą. I co zrobili tobie - mocno zaakcentował ostatnie zdanie.

Po chwili bliźniacy, już spakowani, stanęli przed Gromim. Nastała chwila pożegnania.

- To co, przyjacielu - Bojan starał się, by jego ton brzmiał możliwie swobodnie. - O nas się nie obawiaj. W te pędy złoimy im skóry i niedługo wracamy.

- A ty tymczasem wypoczywaj i wracaj do sił - dodał Zbyszek. - I widzimy się niebawem.

Obaj nachylili się nad Gromim i mocno go objęli, teraz już nie bacząc na jego kontuzje. Chłopiec syknął z bólu.

- Wracajcie z Bogiem - rzekł im na pożegnanie. - I pokażcie im, jak jeżdżą junaki z Komarowa.

Bracia skinęli mu po raz ostatni, po czym opuścili izbę i popędzili na zbiórkę.

Gromi leżał jeszcze przez dłuższą chwilę w bezruchu. Kilka razy odetchnął na tyle głęboko, na ile pozwalały mu stłuczone żebra. Usiłował wstać, jednak każdemu ruchowi towarzyszył promieniujący ból. Spragniony, chwycił za stojący na szafce obok posłania kubek i dzbanek z wodą. Trzęsącymi się dłońmi nalał sobie i napił się. Zacisnął zęby i wstał na równe nogi. Sapiąc z wysiłku, powolnym krokiem pokuśtykał na balkon. Na dworze było jasno i słonecznie, a twarz muskały delikatne powiewy wiatru. Rozejrzał się wokół. Znaczna część balustrady została zniszczona. W ścianie było mnóstwo pęknięć i wyszczerbień, a na podłodze leżał gruz i roztrzaskane strzały.

Na placu ćwiczeń stała zaś chorągiew dragonii.

Na dźwięk rogu żołnierze naprędce stanęli każdy przy swym koniu i uformowali dwuszereg. Przez szykiem stanął chorąży, dzierżąc proporzec w barwach zieleni i srebra. Gromi dostrzegł braci, którzy popędzili na plac, odnaleźli pośród rozgardiaszu swoje konie i stanęli pośród wojska. Mógł teraz także przyjrzeć się mężom, którzy przybyli osadzie z odsieczą. Każdy żołnierz dragonii odziany był w koszulę, na którą nałożony był kolet, czyli kaftan z grubej skóry. Nie nosili zbroi, a ów skórzany kolet służył im za pancerz. U boku mieli szablę bądź rapier oraz pistolet w skórzanym pokrowcu. Przez plecy przełożony mieli muszkiet, a niektórzy także czekan - wyglądający mniej więcej jak siekiera na długim kiju, lecz po drugiej stronie ostrza zakończony ostrym szpikulcem. Łącznie na placu znajdowało się z sześć tuzinów dragonów. Do tego kilkunastu luzaków i pachołków towarzyszącej im służby, których Gromi rozpoznał nie tylko po braku broni, ale także po sposobie bycia, a nawet wyrazie twarzy - wystarczył rzut oka, by poznać, kto był prawdziwym żołnierzem, a kto im jedynie usługiwał.

A co do samej dragonii... Był to szczególny rodzaj wojska. Przemieszczali się konno, ale do boju mogli stawać zarówno na koniach, jak i pieszo. W przeciwieństwie do wojsk ciężkozbrojnych, jak husaria czy pancerni, które największą wartość bojową miały podczas walnych bitew, dragoni byli znacznie bardziej wszechstronni i świetnie odnajdywali się w każdych warunkach. Podczas bitew często walczyli u boku ciężkozbrojnych. Ale także jeździli w podjazdach, podczas których patrolowali teren i rozbijali mniejsze oddziały wroga. A gdy było to konieczne, ruszali w pogoń za uciekinierami lub przemierzali tereny niedostępne dla ciężkiej jazdy. Słowem: była to najbardziej uniwersalna formacja w polskim wojsku - i wielokrotnie udowodniła swą skuteczność. I w tym miejscu warto byłoby także wyjaśnić, jak właściwie dragoni znaleźli się w Komarowie...

W początkach sierpnia czambuły Tatarów i oddziały zbuntowanych Kozaków rozlały się po południowych rubieżach Rzeczypospolitej, plądrując, grabiąc i niszcząc wszystko na swojej drodze. Strażnicy z kresowych stanic pospieszyli z meldunkami do swych przełożonych, ci zaś - do wodzów wojsk koronnych i na dwór królewski. Dostojnicy wysłuchali ich meldunków o dwudziestotysięcznej armii pustoszącej pogranicze. Król miał prawo powołania pod broń całości polskiego wojska, łącznie z pospolitym ruszeniem ogółu szlachty. Magnaci zaś dysponowali swoimi prywatnymi armiami, często wyszkolonymi i wyposażonymi lepiej niż armia koronna. Przekazawszy wieść, posłańcy otrzymywali od nich podziękowania za ofiarną służbę i obietnice szybkiego nadejścia odsieczy. Odchodzili więc, radzi z dobrze wypełnionego obowiązku i pełni nadziei, że Rzeczpospolita wkrótce rozprawi się z najeźdźcą.

I to by było na tyle... Żaden z nich, ani król, ani magnateria, nie uczynił bowiem nic dla obrony swych poddanych. Jedynym wodzem, który rzeczywiście odpowiedział na wezwanie, był hetman wielki koronny Jan Sobieski. Podobnie jak przed czterema laty zmobilizował wszystkich swych podwładnych i na czele zaledwie trzytysięcznej armii stanął do obrony ziem Ukrainy. Jednakże czym były trzy tysiące jego wojaków wobec dwudziestu tysięcy najeźdźców... Wobec ich porażającej przewagi liczebnej Sobieski zebrał swe siły w okolicach Kamieńca Podolskiego. Tu wraz z wojskiem oczekiwał przybycia armii koronnej, aby u jej boku rozprawić się z wrogiem. A w międzyczasie posyłał żołnierzy w podjazdy, podczas których zbierać mieli informacje o ruchach przeciwnika i jeśli nadarzy się okazja, atakować z zaskoczenia i rozbijać nierozważne tatarskie zagony.

Chorągiew dragonii była jednym z takich wysłanych przez hetmana podjazdów, patrolującym ziemie wschodniego Podola. Jedna z drużyn zapuściła się aż w okolice osady Komarowo. Na widok łuny ognia wznoszącej się w oddali dragoni pospieszyli z meldunkiem do dowódcy - i wkrótce już cała chorągiew pędziła w tamtym kierunku. Gdy wjechali na trakt prowadzący ku bramie, ujrzeli potężny wybuch i usłyszeli krzyki ginących w płomieniach najeźdźców. Gdy dotarli na miejsce, było już po wszystkim - większość Tatarów skonała w płomieniach, a pozostali poddali się żołnierzom i błagali o zostawienie przy życiu. Dragoni ruszyli więc z pomocą poszkodowanym obrońcom. I tak właśnie znaleźli się w Komarowie...

Przyjrzawszy się już dokładnie żołnierzom, Gromi powędrował oczyma po osadzie. Wprawdzie osmolone mury przypominały o piekle sprzed kilku dni, jednak plac został już dokładnie wysprzątany. Wywieziono ciała poległych Tatarów, które zapewne zakopano w masowej mogile gdzieś nieopodal albo rzucono zwierzynie na pożarcie. Gruz, odłamki i zgliszcza zostały usunięte, a brama wjazdowa - odbudowana. Na placu wykopano zaś groby dla poległych w walce polskich obrońców. Kilkanaście mogił zostało opatrzonych krzyżami i tabliczkami z imionami zmarłych.

Wtem na plac wyjechało dwóch jeźdźców. Jednym z nich był pan Jabłoński. Gromi odetchnął z ulgą. Jego dobrodziej miał rękę zawiniętą w temblak i kilka zadrapań na twarzy, ale poza tym wyglądał na całego, zdrowego i w pełni sił.

Drugi z mężczyzn był wysoki, szczupły i zupełnie łysy. Na jego twarzy malowała się duma i skupienie. Wyglądał na człowieka, który nie znosił sprzeciwu. Przez jego ramię przerzucona była skóra wilka. Od razu rzucało się w oczy, że nie był to jeden z dragonów, lecz ktoś wyższy rangą. A był to dowódca chorągwi, rotmistrz Paweł Jasień.

Obaj mężczyźni pożegnali się jak starzy przyjaciele. Pan Jabłoński zerknął na dom i dostrzegł Gromiego. Skinął mu głową i posłał delikatny uśmiech. Rotmistrz Jasień wyjechał zaś na środek i stanął naprzeciw chorągwi. Stojący obok chorążego trębacz zadął w róg, a chorąży wystąpił naprzód, uniósł sztandar, prezentując go w całej okazałości. Po chwili rozkazał:

- CHORĄGIEW! BACZNOŚĆ!

Dragoni wypięli pierś i skierowali wzrok na dowódcę. On zaś nabrał tchu i pełną piersią zawołał:

- CZOŁEM, CHORĄGIEW!

Na to dragoni krzyknęli chórem:

- CZOŁEM, PANIE ROTMISTRZU!

Okrzyk przeciął poranną stepową ciszę i rozszedł się po Podolu gromkim echem. Gromiego przeszedł dreszcz. Przez chwilę nie było to okrutne drżenie osłabionego ciała, lecz dreszcz ekscytacji.

- Powiem krótko, moi drodzy - przemówił Jasień. - Dobrze wiecie, jaki jest nasz przeciwnik. Dlatego podczas przemarszu chcę widzieć pełne skupienie. Oczy dookoła głowy i broń cały czas w pogotowiu. Czy są pytania?... Nie ma? A więc, chorągiew: na koń!

Dragoni zręcznym ruchem wskoczyli na siodła swych rumaków. Jasień obrócił się na swym koniu w kierunku bramy wyjazdowej, po czym krzyknął przez ramię:

- ZA MNĄ!

I ruszyli.

Najpierw powoli, by stopniowo osiągnąć właściwe tempo przemarszu. Na przedzie chorągwi jechał dowódca. Za nim chorąży i dwójka asystujących, a za nimi - kolumna dragonów. Na końcu zaś luzacy i pachołkowie.

Bojan i Zbyszek jechali na samym końcu oddziału. Odjeżdżając, pomachali jeszcze Gromiemu na pożegnanie, po czym minęli bramę, a wkrótce ich sylwetki całkowicie znikły za horyzontem.

I tak oto dwójka jego najlepszych przyjaciół ruszyła na wojnę. Gromi odprowadził ich wzrokiem i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dal za opuszczającą Komarowo chorągwią. Stał tak oparty o balustradę i wpatrzony w daleki step, a jego umysł ogarnęły rozmyślania. Wspomniał pewne letnie popołudnie, kiedy to bliźniacy opowiedzieli mu o czeladzi towarzyszącej rycerzom w wyprawach, na takich stanowiskach jak ciura, luzak czy pocztowy. A potem powrócił myślami do tych wszystkich marzeń, które towarzyszyły mu nieustannie już od lat dziecięcych - by pewnego dnia samemu stać się rycerzem słynnej na cały świat jazdy husarskiej. Jeśli miałby rozpocząć drogę do spełnienia tych marzeń, służba u boku dragonii byłaby ku temu dobrym pierwszym krokiem. Tyle że chorągiew dragonii właśnie opuściła Komarowo, a on został tutaj. Z każdą chwilą rosło w nim przekonanie, że powinien był wyjechać razem z nimi.

Z tego stanu wyrwało go pukanie do drzwi.

- Można? - spytał pan Jabłoński, wchodząc do izby.

- Tak, oczywiście - odparł Gromi, usiłując stanąć tak, by okazać gospodarzowi szacunek. Szlachcic wszedł do środka i skierował kroki na balkon.

Rozdział III

Głos płynący z serca

- Dzień dobry, Gromi - przywitał go, klepiąc przy tym delikatnie w ramię. Stanął przy balustradzie obok chłopca i opierając się o nią, spojrzał w dal. - No i pojechali... Więc... Jak się czujesz? - spytał po chwili.

- Trochę jakbym się zderzył z Taurusem... - Gromi starał się, by jego drżący głos wybrzmiał możliwie swobodnie. - Ale mniejsza o mnie. Najważniejsze, że udało się nam przegonić Tatarów.

Gospodarz spojrzał na swojego młodego podwładnego, a wzruszenie ścisnęło mu gardło.

- Jestem ci dozgonnie wdzięczny za to, co zrobiłeś - rzekł, chwytając jego dłoń i kładąc na niej swoją. - Uratowałeś moją żonę i córkę. I mnie. I nas wszystkich.... Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować. Powiedz, czy jest coś, co mogę dla ciebie zrobić.

- Nie, no tam... - bąknął Gromi. - Nic takiego... Tak się złożyło.

Szlachcic skinął mu głową. Jednak wyczuł, że coś leży chłopcu na sercu.

- Widzę, że coś nie daje ci spokoju. - Zachęcił go więc: - Mnie możesz śmiało powiedzieć.

Gromi przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

- Tak w zasadzie, to jest coś... - rzekł wreszcie. -Bo ja... Tak sobie myślę, że może mógłbym pojechać za Zbyszkiem i Bojanem. W sensie, że za wojskiem.

- Skoro tak podpowiada ci serce... to masz moją pełną zgodę. Tylko żeby im się przydać, musisz najpierw wrócić do pełni sił. A na to niestety trzeba czasu.

- Rozumiem, że do walki jeszcze się nie nadaję... - przyznał dobrodziejowi. - Ale może jako ten... jako ciura czy coś.

- Gromi... - ton pana Jabłońskiego stał się bardziej stanowczy. - Na razie jesteś zbyt osłabiony, żeby gdziekolwiek jechać. Po prawdzie to chcieliśmy wysłać cię do Lwowa razem z Oliwią i resztą kobiet, żebyś tam się kurował. Ale medyk powiedział, że najpewniej nie przeżyłbyś podróży. Więc teraz musisz leżeć i czekać, aż zrosną ci się kości. I wtedy porozmawiamy...

Choć Gromi pojmował, że nie był zdolny do walki, to część jego duszy wciąż rwała się do wyruszenia w ślad za wojskiem. Widocznie potrzebował głośno usłyszeć, że nie jest jeszcze na to gotów, jednoznacznie i z ust autorytetu.

- Rozumiem... - Spuścił wzrok. - Ma pan rację...

Pan Jabłoński posłał mu spojrzenie, które wyrażało całą gamę uczuć - od wzruszenia, przez dumę, aż po największą troskę. Patrzył na niego dokładnie tak, jak dumny ojciec patrzy na swego syna.

- Jesteś naprawdę niezwykłym chłopcem, wiesz? - rzekł, uśmiechając się i poklepując go po ramieniu. - Kiedy wydobrzejesz, chorągiew rotmistrza Jasienia na pewno przyjmie cię z otwartymi ramionami. Ale na razie daj kościom nieco wytchnienia. Chodź, pomogę ci.

Wziął Gromiego pod ramię i pomógł wrócić na posłanie.

- Posłuchaj - oznajmił, gdy chłopak już się położył. - Przykro mi, że muszę cię teraz opuścić, ale trzeba mi pilnie wyjechać. Wrócę najdalej za dwa dni. A ty w tym czasie nie forsuj się zbytnio i dużo odpoczywaj. Odpoczynek dobrze ci zrobi... - rzekł, okrywając go. - Obiecujesz, że nie zrobisz niczego nierozsądnego? - dopytał jeszcze.

Młodzieniec skinął głową.

- To do zobaczenia za parę dni - zakończył więc szlachcic i opuścił izbę.

Gromi został sam. Próbował usnąć, lecz sen nie chciał nadejść. Piekły go oczy, a jego ciało okrutnie drżało. Leżał, jak przykazano, oczekując nadejścia upragnionej poprawy. Wkrótce usłyszał tętent konia, na którym szlachcic opuścił osadę.

Mijały kolejne minuty, kwadranse i godziny. Sen nie nadchodził, za to narastał ból pogruchotanych kości. Bolały go obite wnętrzności i piekły rany na skórze. Ciało wciąż się trzęsło, a w czaszce czuł ucisk, jakby lada chwila miała pęknąć. Ból był zbyt silny. A Gromi nie miał już sił, by z nim walczyć... Zamknął oczy i zwinął się w kłębek, błagając, by choć trochę zelżał.

Wpadł w stan, w którym świadomość mieszała się z urojeniami. Drżał, zalewał się potem, a jego ciało trawiła gorączka. Leżąc tak w skulonej pozycji, usłyszał szum narastającego wiatru, a potem stukanie kropel deszczu w szybę. Nad Komarowem zawisła jedna z gwałtownych letnich burz. Wszystko pokryło się czernią, naraz zaczęło wiać i lać jak z cebra. Aż wreszcie niebo przeszył pierwszy huk grzmotu - a za nim rozbłysk błyskawicy. Kolejne pioruny zaczęły przecinać niebo, rozświetlając pogrążone w mroku Podole.

W końcu Gromi się poddał. Pozwolił, by jego duszę opuszczały resztki sił.

- Dobry Boże - szepnął. - jeśli to ma być koniec, to jestem gotów...

Z czasem przestał czuć ból. Przestał czuć cokolwiek.

Jego świadomość odpłynęła...

21 sierpnia

Gromi otworzył oczy.

Tym razem obudził go wlewający się do izby blask słońca. W pierwszej kolejności pojął, że wreszcie udało mu się zaznać snu. W drugiej zaś poczuł wokół siebie zaduch i wilgoć - to poduszka, koc i całe posłanie nasiąkły jego potem. Trzeba dodać: cuchnącym potem. Jednak on sam czuł się o niebo lepiej. Wprawdzie wciąż czuł ból, kości i stawy go swędziały, a każdy oddech powodował kłucie w żebrach. Jednak w porównaniu z poprzednim jego stanem, była to zdecydowana poprawa.

Teraz potrzebował zażyć świeżego powietrza i rozprostować kości (o ile w tej sytuacji przystoi użyć takiego zwrotu). Ale przede wszystkim pragnął obmyć ciało. Podźwignął się więc i znalazł jakieś spodnie i koszulę. Usiadł na brzegu łoża i sycząc z bólu, powoli się odział. Następnie wolnym krokiem pokuśtykał z izby, zszedł po schodach i wyszedł na podwórze. Świeże powietrze i słońce od razu tchnęły w niego więcej życia. Chwycił za znaleziony kij i podpierając się na nim, wyszedł na plac.

Swe pierwsze kroki skierował ku grobom poległych. Stanąwszy nad nimi, z trudem schylił się i chwycił w garść kilka grudek zeschłej ziemi. Wyszeptując przy każdej z mogił "spoczywaj w pokoju", symbolicznie pożegnał kompanów. A następnie uczynił znak krzyża i ruszył ku miejscu, gdzie przedtem znajdował się wybieg dla koni.

Tu rozejrzał się wokół. W osmolonych ścianach domów tkwiły liczne wyrwy. Po stajniach zostały zgliszcza. Gromi zaś stał pośrodku tego wszystkiego i coraz bardziej ogarniała go żałość.

Wtem ujrzał leżącą na trawie tarczę, za którą tamtej nocy skrył się przed wybuchem. Była powyginana i czarna od sadzy. Podszedł bliżej, przyklęknął i ujął ją w dłonie. "Jak medyk skończył cię badać", wspomniał słowa Bojana, badając palcami wgniecenie, "to stwierdził, że tu powinni jakąś kaplicę zbudować. Bo on wszystko już w życiu widział, ale żeby ktoś przeżył taki wybuch, to takiego cudu jeszcze nigdy".

Odłożywszy tarczę, ujrzał leżącą nieopodal kuszę - tę samą, której użył do strzału. Kuszę i tarczę dzieliło dobre dwadzieścia kroków - a więc taką też odległość musiał przelecieć, poniesiony falą uderzeniową. "No właśnie...", spytał sam siebie, "dlaczego ja właściwie przeżyłem ten wybuch?".

Usiłował odpowiedzieć sobie na to pytanie i logicznie wyjaśnić, jak to się stało, że wyszedł bez szwanku, skoro, jak teraz doskonale widział, ogień strawił wszystko wokół. Nachylił się i chwycił za kuszę. Uniósł ją, aby ocenić jej stan. Wprawdzie była osmolona, ale wyglądało na to, że przetrwała wybuch bez większych uszkodzeń.

Gdy tak się jej przyglądał, wraz z lekkim powiewem wiatru poczuł na nowo smród własnego ciała. Zdecydowanie: należało się obmyć. Skierował więc kroki ku swemu ulubionemu miejscu kąpieli. Był to okrągły basen, który służył do czerpania wody do pojenia i mycia koni. Woda w nim pochodziła wprost ze studni. Była mroźna, wręcz lodowata, ale za to krystalicznie czysta.

Sapiąc z wysiłku przy każdym ruchu, ściągnął koszulę i powoli zanurzał ciało. Woda była naprawdę zimna, ale po pierwsze nauczył się już czerpać z tego przyjemność; a po wtóre - ten chłód dawał jego obolałemu ciału wyraźną ulgę.

Zresztą Gromi już od dawna przypisywał wodzie pewną niezwykłą właściwość. Za każdym razem, kiedy się w niej zanurzał, czuł się, jakby oczyszczał nie tylko ciało, ale i umysł. Jakby odradzał się na nowo. A to była jedna z takich chwil, gdy jak niczego innego potrzebował właśnie odrodzenia...

Zanurzył się więc w zimnej wodzie aż po ramiona. Skupił się na swym oddechu, starając się uczynić go spokojnym i możliwie głębokim. Z każdym oddechem jego umysł stawał się równie rześki i czysty jak woda, w której się zanurzył. I oddychał tak głęboko, czując, jak wraca mu wewnętrzny spokój. Wtem nasunęła mu się myśl, by zanurzyć się całkowicie. Wiedziony intuicją, zamknął oczy i zanurzył się jeszcze głębiej, aż cały zniknął pod wodą.

Z każdą chwilą tracił powietrze z płuc, a jego ciało rwało się do wynurzenia na powierzchnię. Choć tracił przytomność, pozostał pod wodą.

I nagle ponownie usłyszał ten głos. Był spokojny i kojący. Pochodził z jego wnętrza. Gromi odniósł wrażenie, że ten głos mówił mu wprost do ucha. "Przeżyłeś...", szepnął, "bo Bóg ma wobec ciebie wielki plan...".

I tak nasz bohater otrzymał swoją odpowiedź. Wynurzył głowę na powierzchnię. "To dopiero powrót do żywych!", pomyślał, łapiąc dech.

A co do otrzymanej odpowiedzi... Z początku nie zaakceptował takiego wyjaśnienia. Przecież był poturbowany i osłabiony, i jeszcze wiele czasu minie, nim odzyska pełną sprawność. Jakiemu zadaniu miałby więc sprostać...? Lecz im dłużej o tym myślał, tym bardziej pojmował, że ten tajemniczy głos mógł mieć rację.

Przed oczyma stanęła mu chwila, gdy zdecydował się strzelić w beczkę. Przecież wtedy był już pogodzony z własną śmiercią!

Przez myśl przeszło mu, że tych szczęśliwych zbiegów okoliczności było w jego życiu nieco zbyt dużo. Ale teraz przypomniał sobie także, że w każdej z takich chwil gdzieś wewnątrz po prostu wiedział, że to jeszcze nie koniec. Że czeka na niego coś więcej.

Nie wiedział jeszcze, czym dokładnie ma być owo "coś więcej". Jaki plan ma wobec niego Bóg... Był mniejszy, słabszy i bardziej wrażliwy od otaczających go ludzi. Lecz musiał przyznać, że było w nim coś innego - coś wyjątkowego. I pojął, że w głębi duszy wiedział to już od dawna.

W każdym razie ta zimna kąpiel ulżyła mu w bólu, rozbudziła go i orzeźwiła. Ale czas było ją kończyć. Podźwignął się z basenu i odział. Teraz poczuł, jak bardzo był wychłodzony. Trzeba było jakoś się rozgrzać. Intuicja podpowiedziała mu, że powinien wprawić ciało w ruch. Ruszył więc przed siebie. Z początku przychodziło mu to powoli i z niemałym trudem. Kuśtykając, stąpał jednak krok za krokiem. Bolało go, ale odczuwał w tym bólu dziwną, nieopisaną przyjemność. Szedł więc naprzód. Odetchnął głęboko. I jeszcze raz. I wówczas poczuł coś jeszcze... W stopach i dłoniach pojawiło się mrowienie, które rozprzestrzeniało się po całym jego ciele. Skupił się na tym doznaniu. Tak jakby wlał w siebie lekarstwo, a teraz potrzebował wytrząść i rozruszać ciało, i sprawić, by to lekarstwo mogło dotrzeć do każdego jego skrawka. Truchtał coraz szybciej i coraz pewniej. Aż wreszcie trucht przemienił się w bieg. I wkrótce nasz bohater biegł przed siebie, uśmiechając się od ucha do ucha.

Biegnąc tak po stepie, w oddali ujrzał Hermesa - jednego z koni, którymi niegdyś się opiekował. Hermes był rosłym rumakiem o smukłej sylwetce i jasno kremowej maści. Był on dla Gromiego niezwykle cenny, gdyż to na jego grzbiecie stawiał pierwsze kroki w sztuce jeździectwa. Teraz zaś stał sam na skraju stepu. Zapewne zdołał uciec podczas najazdu Tatarów. Pozostawał jednak przerażony i nieufny.

Gromi powoli i spokojnie zbliżył się do nerwowego wierzchowca i delikatnie przyłożył dłoń do jego szyi. Po dłuższej chwili Hermes zaufał chłopcu i dał mu się pogłaskać. Gromiego ogarnęło wówczas wzruszenie tak ogromne, że wręcz ściskało go za gardło. Dosiadł Hermesa i ruszył przed siebie, radując się podmuchami wiatru, muskającymi jego twarz.

I gdy tak galopował na końskim grzbiecie, doświadczył kolejnego niezwykłego uczucia Zaczęło się od ciśnienia, które napłynęło mu do głowy. Po chwili przebiegł go dreszcz. Nie potrafiłby wyjaśnić, co właśnie się z nim działo. Jednak z każdą chwilą z jego serca odpływała żałość, a wypełniała je siła. Nadzieja. Ciepło promieniujące po całym jego ciele i mówiące mu, że wszystko będzie dobrze. Gromi pojął z całą mocą, że właśnie wrócił z "dalekiej podróży" - że powrócił do świata żywych.

***

Gdy pan Jabłoński powrócił i wjechał do osady, przywitał go następujący widok: Gromi siedział przy ognisku rozpalonym na samym środku wybiegu. Siedząc na pniaku, przypiekał wbity na kij kawałek mięsa. Był w pełni odziany i wyglądało na to, że był już w pełni sił. U jego boku leżał tobołek, o który oparte były kusza z kołczanem oraz ta sama wygięta tarcza, którą zasłonił się podczas wybuchu, tylko z nieco nieudolnie zniwelowanym wygięciem. Teraz zarówno kusza, jak i tarcza były oczyszczone z sadzy i dokładnie wypolerowane. Obok ogniska stał zaś Hermes, zajęty piciem wody z wiadra.

Pan Jabłoński zastygł w bezruchu - jakim cudem ten chłopiec tak szybko wyzdrowiał?! Jednak Gromi spojrzał na niego z miną, jaką można by porównać do miny dumnego z siebie chłopczyka, który dokładnie wysprzątał cały pokój i czeka na sposobność, aby pokazać rodzicom swoje dzieło. Połączenie zadowolenia z siebie z oczekiwaniem nagrody. Szlachcicowi przyszło wówczas na myśl, że to nie pierwszy cud, jakiego dokonuje ten malec. I zapewne nie ostatni... Pojął, że jego podwładny był gotów i oczekiwał pozwolenia na wyjazd.

- Jedź - rzekł mu więc z uśmiechem. - Bojan i Zbyszek na pewno się ucieszą na twój widok.

Gromi skinął szlachcicowi z wdzięcznością, wstał i zebrał swoje rzeczy. Nadeszła chwila pożegnania. Pan Jabłoński wziął go w ramiona.

- Wracaj cały i zdrowy - rzekł mu, uśmiechając się ciepło. Jednak Gromi dostrzegł, że w oczach szkliły mu się łzy.

Po tym serdecznym uścisku nasz bohater wsiadł na grzbiet Hermesa. Skinął jeszcze gospodarzowi na pożegnanie i ruszył przed siebie. Przemierzając gościniec, po raz ostatni spojrzał z oddali na osadę. Przypomniał sobie smutne spojrzenie swego dobrodzieja. "Dam z siebie wszystko", obiecał sobie, kierując Hermesa na leśną ścieżkę. "Pomogę chorągwi pobić tych łotrów. A potem wrócimy tu ze Zbyszkiem i Bojanem i wszystko odbudujemy".

I z takim postanowieniem popędził przed siebie, by wziąć udział w wojnie polsko-kozacko-tatarskiej.

Rozdział IV

Bitwa o Bracław

Gromi wyruszył na poszukiwania swych przyjaciół i ich chorągwi. Zapamiętał, że bracia wspominali o okolicach Kamieńca Podolskiego. A skoro Kamieniec był stolicą województwa podolskiego, to logicznym wydało mu się, że musi istnieć droga prowadząca do niego ze stolicy województwa, w którym mieszkał - czyli bracławskiego. Skierował więc Hermesa na drogę, którą przed dwoma laty przemierzył z panem Jabłońskim, przyjeżdżając do Komarowa z rodzinnej Białej Wsi. I tak ruszył w stronę miasta Bracław.

Początkowo był pełen zapału. Miał przy sobie tarczę, groźnie wyglądającą kuszę i dosiadał jednego z najlepszych wierzchowców z całej stadniny. Jechał więc z ekscytacją i z wysoko uniesioną głową. Jednak już pod wieczór tego samego dnia nastąpiło pierwsze "zderzenie z rzeczywistością". Przed sobą ujrzał doszczętnie spalone pozostałości po przydrożnej karczmie. Przed dwoma laty zatrzymał się tu z panem Jabłońskim, aby posilić się i odetchnąć po długiej podróży. Przypomniał sobie przemiłą pulchną, starszą kobietę, która z uśmiechem przyniosła mu zupę i pogłaskała po czuprynie. Wspomniał jej męża - krępego, barczystego mężczyznę w sile wieku. Bez wysiłku targał ciężkie beczki i skrzynie. Był tak mocarny, że nasz bohater nie był w stanie sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógłby go pokonać. A teraz po przydrożnej tawernie zostały jedynie zgliszcza... Pośród spopielałego drewna tlił się jeszcze dym, więc karczma musiała zostać zaatakowana dość niedawno. A co za tym idzie - Tatarzy byli gdzieś w pobliżu.

Ten widok otrzeźwił młodzieńca, jakby ktoś wymierzył mu mocny policzek. Do tej pory zachłyśnięty był myślą o przemierzaniu ziem Podola u boku walecznej chorągwi, która tak gromko zawołała "CZOŁEM, PANIE ROTMISTRZU!". Mamiła go wizja przeżycia wspaniałych przygód. A faktu, że może przyjść mu walczyć na śmierć i życie - i to samemu - jakoś nie wziął pod uwagę. Zaczął uświadamiać sobie, że może przyjść mu stanąć twarzą w twarz z dorosłym, zaprawionym w bojach wojownikiem, dla którego zabić to jak splunąć. Albo i z całą hordą takich ludzi... Jak nagłe uderzenie obucha uderzyła go myśl, że jechał samotnie przez kraj pustoszony przez dzikie zagony. A był przecież ledwie pomocnikiem stajennego!

Jednak, choć głos rozsądku nieustannie nakazywał mu zawrócić, jechał przed siebie, uważnie wypatrując zagrożenia. Gdy zaś słońce zaczęło skrywać się za horyzontem, rozglądał się za w miarę bezpiecznym miejscem na odpoczynek. Po jakimś czasie znalazł zagajnik. Zamaskował się gałęziami, okrył płaszczem i zamknął oczy. Jednak sen nie chciał nadejść. Najmniejszy szelest wiatru lub gryzonie tuptające wśród traw - wszystko to przyprawiało go o szybsze bicie serca. Przeleżał w takim stanie całą noc, usiłując choć trochę się zdrzemnąć, nim nadejdzie świt.

Następnego ranka pojął, że nie wie, w którą stronę powinien się udać, aby powrócić na szlak prowadzący do Bracławia. Ostatecznie postanowił po prostu jechać przed siebie. Po drodze napotykał kolejne spalone osady. Choć strach chwytał go za gardło, jechał dalej, dostrzegając jeszcze więcej łun i pogorzelisk, i pilnie wypatrując wroga. Po zmierzchu zaś skrył się w kniejach, aby przetrwać kolejną niespokojną noc. A po niej - rozpoczął kolejny dzień.

Ziemie, które przemierzał, z czasem z rozległej równiny stały się pagórkowate, obsiane polami i gdzieniegdzie pokryte lasami i zagajnikami. Mało było tu ludzkich osiedli. A po tych nielicznych, które niegdyś istniały, teraz pozostały jedynie zgliszcza.

Gdy końca dobiegał trzeci dzień jego bardzo nierozsądnej i jeszcze bardziej nieprzemyślanej podróży, ponownie zajął się poszukiwaniami miejsca na odpoczynek. Rozejrzawszy się, wpadł na pomysł, że zamiast kryć się w kniejach i zamierać na każdy szelest liści, tym razem spędzi noc na szczycie najwyższego pagórka w zasięgu wzroku. Wróg, gdyby przechodził w okolicy, wybierze raczej ścieżkę u podnóża wzniesienia. Gromi zaś będzie miał doskonały widok na okolicę.

Szczęśliwie wkrótce znalazł odpowiednie miejsce. Pagórek wznosił się nad okolicą, a jego zbocze porastał niewielki zagajnik, stanowiący doskonałą kryjówkę. Gromi zszedł z Hermesa, aby zbytnio go nie forsować, i poprowadził go po łagodnym zboczu. A gdy znalazł się na szczycie wzniesienia, ujrzał w oddali miasto. Słońce już kryło się za horyzontem, a błękit dnia ustępował miejsca ciemności nocy. Na okalającym miasto murze i wewnątrz zabudowań zapalano kolejne pojedyncze światła. Wnioskując po wielkości grodu, z ulgą pojął, że prawdopodobnie dotarł w okolice Bracławia. Odetchnął głęboko - wreszcie coś zdawało się pójść po jego myśli...

A gdy nastała noc, spojrzał w niebo nad sobą. Przeszło mu przez myśl, że choćby dla samego tego widoku warto było podjąć trud tej wędrówki. Niebo było krystalicznie czyste i jaśniało tysiącami gwiazd. Oczarowany jego pięknem, umościł sobie miejsce na nocleg pośród drzewek na skraju zagajnika i czując się tu względnie bezpiecznie, po raz pierwszy w tej podróży zdołał zapaść w głęboki sen.

26 sierpnia 1671

Gromiego obudziło parskanie Hermesa.

Słońce jeszcze skryte było za horyzontem, jednak oznajmiało już swoje nadejście, oblewając niebo jasną poświatą. Było ciepło i rześko. Oto budził się kolejny piękny sierpniowy dzień... Gromi wziął łyka wody z bukłaka, podźwignął ciało i się przeciągnął. Po czym rozejrzał się wokół i ponownie ogarnął go zachwyt. Ze wzniesienia roztaczał się widok na pobliskie sady i zagajniki oraz na rozciągające się w oddali intensywnie zielone, żółte i złote pola. A przede wszystkim - w świetle dziennym ukazały mu się obwarowania i zabudowania pobliskiego Bracławia.

***

Stolica województwa bracławskiego usytuowana była na jednym ze wzgórz. Od strony północy jej mury obmywane były nurtem rzeki Boh, a z pozostałych stron otaczały ją pola uprawne. U stóp wzgórza wznosił się masywny mur obronny, chroniący gęste miejskie zabudowania - domy, spichlerze i zakłady rzemieślników. I tę część grodu nazywano "dolnym miastem". Najważniejsze budowle Bracławia - zamek, katedra, ratusz i kamienice najbogatszych mieszczan - wzniesione były na szczycie wzgórza. Otoczone były kolejnym murem, a obszar ten zwano "górnym miastem" lub "twierdzą".

Niestety, ze względu na swe położenie ziemia bracławska wielokrotnie była pustoszona przez wojska Tatarów i zbuntowanych Kozaków. Okoliczne wsie były palone, a chłopi mordowani. I tak Bracław popadał w stagnację. Choć więc tytularnie pozostawał miastem wojewódzkim, już dawno temu rolę głównego ośrodka administracji, handlu i kultury przejęła dogodniej położona Winnica... Starosta bracławski starał się zatem korzystać z każdej okazji, by wnieść do życia mieszkańców choć trochę radości. Pomimo toczącej się wokół wojny, dziś do miasta przybyć miała więc trupa wędrujących artystów, by dać występ na miejscowym rynku.

Wkrótce słońce wzniosło się ponad zagajnikami. Przemierzywszy trakt, artyści zatrzymali się pod bramą miejską. Strażnicy otworzyli im wrota i muzycy wkroczyli do Bracławia przy akompaniamencie radosnych dźwięków bębenków, fletów, fujarek i bandur. Mieszkańcy stłoczyli się na trasie ich pochodu, radując się i machając im na powitanie. Strażnicy także dali się ponieść nastrojowi - stojąc na murach, klaskali i kiwali się w rytm wygrywanych melodii.

Gromi miał ze szczytu wzgórza doskonały widok na to, co działo się u bram miasta. Tak pozytywny akcent tego poranka i jego wprawił w dobry nastrój. Pakując się i zbierając do wyruszenia w dalszą drogę, z uśmiechem powiódł wzrokiem po okolicy. A wówczas uśmiech zmienił się w przerażenie... Na horyzoncie ujrzał tumany kurzu i usłyszał tętent końskich kopyt. Po chwili wyłaniać zaczęły się kolejne tuziny, a potem setki jeźdźców. Gnali przed siebie w pełnym cwale, kierując się ku miastu. Gromi z łatwością rozpoznał w nich Kozaków i Tatarów. Z przestrachem spoglądał na mury, gdzie strażnicy zatracili się w zabawie. Odwróceni plecami do gościńca, tańczyli przy przyśpiewkach i skocznych melodiach wygrywanych przez muzykantów. I w tym uniesieniu zapomnieli zamknąć bramę... Modlił się gorączkowo, by któregoś ze strażników tknęło przeczucie. Niestety... Nikomu nie przyszło na myśl, by obejrzeć się za siebie. Gromi pojął, że lada chwila na jego oczach Bracław zostanie zajęty przez wroga.

A wówczas na horyzoncie ujrzał kolejnych pędzących jeźdźców. Oto śladem zbiegającego przeciwnika pędzili żołnierze Rzeczypospolitej. Dragoni sunęli jako pierwsi. Za nimi chorągwie jazdy. Gnali przed siebie ile tchu z nadzieją na dopadnięcie najeźdźców, zanim uda im się dotrzeć do miasta i zamknąć bramę.

Gdy wartownicy z murów Bracławia dostrzegli zagrożenie, było już za późno... Naraz rozległy się dzikie wrzaski, a ku murom pofrunął grad strzał. Dopiero wtedy strażnicy dostrzegli, że brama pozostała otwarta. Nim jednak zdołali ją zamknąć, większość z nich padła, trafiona strzałami lub kulami pistoletów, a w chwilę później pierwsi wrogowie wpadli do miasta. Po dziedzińcu dolnego miasta rozlały się wojska Kozaków i Tatarów. Łącznie było ich około tysiąca. Wrota się zamknęły. Tatarzy, a zaraz za nimi Kozacy przegnali miejscowych z obwarowań i sami stanęli na ich pozycjach.

Tymczasem pod mury dotarła pierwsza chorągiew dragonii. Najeźdźcy natychmiast posłali w ich kierunku grad strzał, zmuszając do odstąpienia od bramy.

Niebawem na pola okalające Bracław dotarły pozostałe siły Rzeczypospolitej. W ślad za konnicą podążała czeladź prowadząca u boku należące do wojska konie. Taktyka, którą zastosowali, zwała się komunikiem i była niezwykle skuteczna, gdy celem było zaskoczenie wroga. Polegała ona na tym, że każdy z żołnierzy miał do dyspozycji dwa rumaki. Na grzbiecie pierwszego, gnając ile tchu, przemierzał całą drogę - niemal do miejsca, gdzie spodziewał się zastać przeciwnika. Drugi koń jechał u jego boku lub pod opieką czeladzi - i nie musząc dźwigać ciężaru jeźdźca, był taką jazdą znacznie mniej zmęczony. Przed samym starciem wojownik przesiadał się na drugiego, świeższego rumaka i na nim ruszał do walki.

Innym ważnym elementem komuniku była zasada, że wojsko brało ze sobą jedynie najważniejsze oporządzenie: broń, proch i amunicję. I nic więcej, w komuniku liczyła się bowiem przede wszystkim szybkość. Choć więc pośród polskich wojsk znalazły się chorągwie jazdy pancernej oraz husarii, próżno było wypatrywać kopii, proporców czy husarskich skrzydeł. Byli po prostu żołnierze ścigający wroga.

Końmi niebiorącymi udziału w walce oraz pozostawionym ekwipunkiem podczas takich wypadów zajmowała się mała grupa służby, tzw. luzacy (i takimi właśnie luzakami byli w chorągwi rotmistrza Jasienia Bojan i Zbyszek). Łącznie z luzakami wojska pod Bracławiem znalazło się może ze trzy setki. Pachołkowie z rumakami zatrzymali się na skraju zagajnika. Husaria, kawaleria i dragonia rozstawiły się zaś wokół miasta, w gotowości do ataku. Tatarzy i Kozacy stłoczyli się na murach i (głównie Kozacy) pokazywali Polakom obraźliwe gesty. Żołnierze Rzeczypospolitej zaś ze spokojem przypatrywali się ponad trzykrotnie liczniejszym zastępom wroga.

Gromi przypatrywał się rozwojowi wydarzeń. Wtem ujrzał przejeżdżającego pomiędzy oddziałami jeźdźca potężnej postury. Odziany był w zbroję, a przez ramię przerzuconą miał skórę lamparta. Był to dowódca wyprawy - hetman wielki koronny Jan Sobieski.

Hetman podjechał pod bramę. Na jego widok zgromadzeni na murach zamilkli. Dowódca zagonu Tatarów, założywszy ręce, obserwował nadjeżdżającego wodza Lachów, starając się okazać mu jak największą pogardę.

Sobieski zawołał do niego i musiał powiedzieć coś, co bardzo mu się nie spodobało, Tatar bowiem nagle wrzasnął coś do towarzyszących mu łuczników. Ci zaś, nie czekając ani chwili, wystrzelili w kierunku polskiego wodza z łuków. Hetman w porę zasłonił się tarczą, po czym odjechał od bramy. Tatar splunął w jego kierunku, obrócił się na pięcie, krzyknął coś do swych podwładnych i zniknął za obwarowaniami.

- I wszystko na marne... - westchnął z zawodem Gromi.

Choć było tak blisko, najeźdźcy zdołali zająć Bracław. Polacy nie mieli zaś ze sobą żadnej artylerii ani maszyn oblężniczych czy choćby drabin. Młodzieniec był więc pewny, że lada chwila padnie rozkaz odwrotu i to biedne miasto będzie zostawione na pastwę bezlitosnych Tatarów. Zasmucony takim rozwojem wydarzeń, podniósł torbę i już przerzucił ją przez grzbiet Hermesa, jednak wówczas ujrzał, że hetman Sobieski zwołał oficerów, stanął przed nimi i gestykulując żywiołowo, wskazywał różne części obwarowań.

- Dobry Boże! - szepnął Gromi. - On chce atakować!

Po krótkiej naradzie z hetmanem oficerowie się rozjechali, by przekazać rozkazy swoim podwładnym. Wkrótce część wojska ustawiła się wzdłuż obwarowań, a pozostałe oddziały rozeszły się po okolicznych polach, sadach i zagajnikach, znikając z oczu stojącym na wałach przeciwnikom.

- Co ten Sobieski planuje?! - główkował Gromi, przyglądając się z oddali żołnierzom ładującym broń i szykującym torby z granatami.

Po dłuższej chwili ujrzał grupę dragonów, która przytargała pod mury masywny pień. Obwiązali go linami tak, by mógł zastąpić im taran. Wszystkie chorągwie, nawet husaria, odstawiły konie i na pieszo stanęły w kolumnach. Rycerze zwykle wozili broń palną i sporą część uzbrojenia przy siodle swojego konia. Teraz zaś mieli je umieszczone na pasach. Przy boku mieli pistolety i szable, za plecami muszkiety, a w dłoniach dzierżyli tarcze. Część miała na ramieniu liny zakończone hakami. Ogółem - wyglądali na świetnie przygotowanych do nadchodzącego starcia. Ale mimo to trudno było uwierzyć, że w tej konfrontacji mają jakiekolwiek szanse na zwycięstwo.

Hetman Sobieski zdawał się jednak być innego zdania...Przejechał wzdłuż szeregów, unosząc szablę, krzycząc i zagrzewając wojsko do walki. Gromi nie mógł stąd słyszeć jego słów, ale musiały naprawdę trafiać im do serc, bo stojący w kolumnach mężowie wypinali dumnie pierś i kierowali ku murom przenikliwie spojrzenia. Wreszcie hetman zatrzymał się i wskazał buławą na obwarowania. I tak donośnie, że było to słychać chyba w całej Rzeczypospolitej, ryknął:

- NAPRZÓD!

I ruszyli.

W odpowiedzi z murów natychmiast posypały się strzały. Polacy zatrzymali się i skryli za tarczami. Tatarzy potrzebowali krótkiej chwili na naciągnięcie łuków, więc schronili się za blankami muru. Polacy wykorzystali ten moment, by podejść jeszcze bliżej.

I tak kilka razy - przyjęcie strzał na tarcze i kilka kroków naprzód.

Gdy znaleźli się odpowiednio blisko, wciąż skryci pod tarczami, dobyli muszkietów. Najeźdźcy wyłonili się zza ukrycia, by oddać kolejny strzał. Wtedy Polacy oddali szybką, lecz celną salwę. Z wałów spadły ciała pierwszych ofiar, turlając się bezwładnie po ziemnym nasypie - a Polacy załadowali kolejne kule.

W Kozakach i Tatarach wzbudziło to jeszcze większy gniew. Oddali kolejną salwę. Polacy również. Gdy tylko któryś z wrogów wychylił się zza pozycji, natychmiast zostawał zestrzelony.

Na sygnał hetmana ku bramie ruszyli dragoni z taranem. Osłaniani przez ogień kompanów, rozpędzili się, wprawili go w ruch wahadłowy i uderzyli z impetem we wrota. Tatarzy posłali w ich kierunku strzały. Jednak osłaniający dragonów towarzysze wykorzystywali każdą chwilę, gdy tylko wróg wychylił się za blankę - a gdy strzelali, nie chybiali. Na taranujących wrota dragonów spadały bezwładnie kolejne ciała...

Niedopuszczenie do obalenia bramy było kwestią zwycięstwa lub klęski - Tatarzy skoncentrowali więc przy wrotach dużą część swych sił. A wtedy Sobieski ruchem buławy dał sygnał kolejnej chorągwi dragonów. Dobyli zza pasa granaty odłamkowe, podpalili lonty - i kilkadziesiąt granatów naraz spadło na dziedziniec, na którym skotłowali się przeciwnicy. Rozległa się kanonada wybuchów i wrzasków ranionych odłamkami Tatarów.

Na innym odcinku obwarowań, korzystając z chwili rozproszenia wroga, żołnierze zarzucili liny z hakami i zaczęli wspinać się na mur.

Hetman rozgrywał tę bitwę niczym partię szachów. Rozkazywał jednym chorągwiom odstąpić od danego odcinka obwarowań, aby za chwilę machnięciem buławy skierować ich w inne miejsce, z zupełnie inną rolą. Żołnierze pracowali niczym precyzyjna maszyna. Husaria wspinała się po murach. Dragoni raz po raz posyłali granaty, siejąc potężne spustoszenie. Tatarzy i Kozacy zaczęli ponosić coraz większe straty. Coraz więcej Polaków stawało na szczycie muru i tu ruszało do walki na szable. A obijana taranem brama zaczęła złowieszczo trzeszczeć.

I nagle stało się coś, czego chyba nikt nie mógł się spodziewać. Oto Kozacy, wykorzystując fakt, że cała uwaga Tatarów skupiona była na obronie murów, zaczęli się dyskretnie wycofywać - i nim Tatarzy zdołali zareagować, zbiegli do górnego miasta. Zdradzeni Tatarzy usiłowali im to uniemożliwić, jednak Kozacy zdążyli zamknąć bramę i schronić się za murami twierdzy. I tak Tatarzy zostali na murach dolnego miasta sami. A w ich szeregi zaczął wkradać się coraz większy chaos.

Gromi nie mógł uwierzyć w to, czego był świadkiem. Szturm, który zdawał się być skazany na porażkę, z każdą chwilą przeistaczał się w zwycięstwo. Tatarzy zaczęli opuszczać pozycje i rzucać się do ucieczki. Z obwarowań zeskakiwały kolejne dziesiątki uciekinierów. Tatarzy pędzili przed siebie na oślep, byle ujść z życiem. A nasz bohater obserwował ten rozwój wydarzeń z rosnącą ekscytacją. Mimowolnie uśmiechał się od ucha do ucha. Jednak nagle zamarł...

Większość zbiegających Tatarów pędziła przed siebie w amoku, byle dalej od miasta, próbując jedynie uratować skórę. Ale nagle kilku się zatrzymało. Z rosnącą radością pokazywali sobie całą masę koni, strzeżoną przez zaledwie garstkę luzaków. Gromi doskonale widział, jak zbierali co mniej przerażonych kompanów i zmawiali się, aby za plecami walczących Polaków wyrżnąć pachołków i wykraść wierzchowce. Spojrzał w kierunku luzaków. Wytężył wzrok i ujrzał pośród nich Bojana i Zbyszka.

Tymczasem Tatarów zebrały się już ze trzy tuziny. Skinęli sobie głowami, chwycili za łuki i ruszyli ku chroniącej konie czeladzi. Gromi rozpaczliwie wyglądał pomocy ze strony wojska. Jednak w ferworze walki nikt poza nim nie dostrzegł zagrożenia.

W pierwszej chwili wściekł się na hetmana Sobieskiego, który popełnił tak wielki błąd, zostawiając luzaków bez wsparcia. Ale pojął, że przecież nikt nie mógł spodziewać się, że Kozacy zachowają się w taki sposób, a Tatarzy rzucą się do masowej ucieczki z miasta. No i siły hetmana były znacznie mniejsze niż przeciwników - więc każda szabla potrzebna była teraz pod murami.

Zresztą teraz nie było czasu na rozwodzenie się nad taktyką Sobieskiego. Choć Gromi drżał ze strachu, wsiadł na grzbiet Hermesa i sam ruszył z odsieczą. Z początku ogarnięty był przerażeniem, jednak gdy Hermes przyspieszył do galopu, a nasz bohater poczuł na twarzy pęd wiatru, strach w jednej chwili go opuścił i zawładnął nim zapał bojowy.

Tatarzy zaś szli już ku luzakom ze wszystkich stron, napinając łuki gotowe do strzału. Otaczali ich coraz ciaśniejszym pierścieniem. Luzacy dysponowali jedynie włóczniami. Kierując ich ostrza na Tatarów, cofali się, osłaniając konie i ekwipunek. Jednak w starciu z napiętymi łukami wroga nie mogli liczyć na powodzenie. Tatarzy zaczęli wrzeszczeć, nakazując im paść na kolana. Mierzyli do nich z łuków. Byli pewni swego...

Nagle z piersi pierwszego z najeźdźców, krzyczącego najgłośniej z nich, wynurzyło się zakrwawione ostrze bełtu. Splunął krwią i upadł na kolana.

Po chwili padł kolejny.

Gdy Tatarzy się odwrócili, ujrzeli Gromiego. Pędząc na grzbiecie galopującego Hermesa, niczym machina dobywał z kołczana bełt za bełtem i posyłał je w kolejnych Tatarów. Puścili ku niemu strzały, jednak on się uchylił, zręcznie balansując ciałem. Galopując po okręgu, wystrzeliwał kolejne bełty. A gdy strzelał - nie chybiał.

Nie mogąc dosięgnąć go swymi strzałami, Tatarzy się przegrupowali. Stanęli ramię w ramię i unieśli łuki. Gromi zrobił nawrót i skierował ku nim Hermesa. Wtedy jeden z wojowników wydał okrzyk i w kierunku chłopca naraz pofrunął grad strzał.

- Precz mi z tym! - ryknął Gromi, unosząc tarczę. Po czym wymierzył w nich kuszę.

Tatarzy przez chwilę patrzyli na niego i stali jak wryci. Aż wreszcie... wszyscy porzucili łuki i w panice rzucili się do ucieczki. Hermes zaś uniósł przednie kopyta, wyprostował korpus i zarżał donośnie.

Gromi rozejrzał się jeszcze wokół, aby upewnić się, że jest już bezpiecznie. Zsiadł z grzbietu Hermesa i pogłaskał go w podziękowaniu. A następnie wyszedł do luzaków, uśmiechnął się i uniósł dłonie. Jednak oni, zamiast dziękować za ocalenie, stali w bezruchu i wpatrywali się w niego, jakby ujrzeli ducha. Jedynie Zbyszek i Bojan wyszli mu na spotkanie i gorąco uściskali. Bracia zamierzali już zapewne zacząć wypytywać go, jak się tu znalazł. Ledwie jednak otworzyli usta, a niebo przeszył hałas radosnych okrzyków.

A co było ich powodem?

W toczonej za ich plecami bitwie o Bracław Polacy zdobywali coraz większą przewagę. A gdy sforsowali bramę, Sobieski nakazał pancernym i dragonom, by rozeszli się po ulicach i opanowali sytuację w dolnym mieście. Na ich widok Tatarzy masowo odrzucali broń i padali na kolana z uniesionymi rękoma. Husarzom zaś wskazał kierunek: twierdza!

Rycerze pomaszerowali ku wrotom. Kozacy na ten widok stracili resztki nadziei. Machali uniesionymi w górę pasami czy szalami, co kto miał pod ręką, by zademonstrować gotowość do kapitulacji. Chwilę później szczęknęły otwierane wrota i jeden po drugim zaczęli schodzić z opuszczonymi głowami i podniesionymi rękoma. Ale trudno było nie dostrzec, że na ich twarzach malował się także cień ulgi...

Po całej okolicy rozległy się okrzyki zwycięskich Polaków. Wojacy klaskali w dłonie, gratulując swoim kompanom i dowódcom. A przede wszystkim skandując nazwisko wodza Sobieskiego. Wznosili w górę szable i oddawali triumfalne salwy. W całym Bracławiu zapanowała nieopisana radość.

I tak oto armia Rzeczypospolitej odniosła swe pierwsze zwycięstwo w nowej wojnie polsko-kozacko-tatarskiej...

Rozdział V

Wojna polsko-kozacko-tatarska

Gdy tylko opadł bitewny kurz, hetman Sobieski wraz z najwyższymi rangą oficerami zasiedli w murach bracławskiego zamku, aby przesłuchać jeńców i naradzić się odnośnie do dalszych działań.

Żołnierze w tym czasie rozbili pod miastem prowizoryczne obozowisko. Przybyli tu komunikiem i nie mieli prowiantu, namiotów czy choćby nawet koców. Obóz ograniczał się więc do wodopoju dla koni nad rzeką i wystawienia wartowników - a pozostali żołnierze ściągnęli kaftany, zbroje i oporządzenie, i usiedli na trawie, odpoczywając po zwycięskim starciu. Jednak mieszkańcy, chcąc okazać swą wdzięczność, zaczęli wkrótce przybywać do nich z kocami, bochnami chleba, mięsem oraz beczkami piwa i wina.

Zachłyśnięci pierwszym zwycięstwem w tej wojnie żołnierze ochoczo dobrali się do antałków z trunkami. Także artyści wyszli z miasta i przechodząc po obozowisku, przygrywali im na instrumentach i nagrodzili ich pieśniami sławiącymi rycerską odwagę. Rozweseleni zwycięstwem i podlani winem zbrojni klaskali w rytm i śpiewali wraz z nimi. A gdy ten jakże pełen wrażeń dzień zaczął chylić się ku końcowi, w obozie zapłonęły ogniska. I wojacy świętowali tak do późnych godzin nocnych.

Narada oraz przesłuchania jeńców także trwały wiele godzin. Dawno nastała już noc, gdy wreszcie dobiegły końca. Znużeni tym długim dniem dowódcy rozeszli się do swych chorągwi. Hetman Sobieski wyszedł zaś na taras bracławskiego zamku. Podziękował za wino, które mu przyniesiono, oparł się o balustradę i przyglądał z oddali biesiadującym żołnierzom. Cieszyła go ich radość, a i on sam miał sporo powodów do zadowolenia - w końcu bitwa o Bracław zakończyła się zdecydowanym zwycięstwem przy bardzo niskich stratach. Teraz jednak, gdy wraz z bitewnym kurzem opadły emocje, wódz pogrążył się w zamyśleniu.

Różne sploty wydarzeń sprawiły, że w przeszłości hetman Sobieski walczył już zarówno przeciw Tatarom, jak i wraz z nimi, jako ich dowódca. Znał język krymski, toteż mógł osobiście prowadzić przesłuchania. To, co usłyszał od jeńców, napawało go optymizmem. Dzięki relacjom pojmanych dowiedział się, że szczęśliwie dla Polaków (a hetman doskonale rozumiał, że następnym razem tego szczęścia może zabraknąć) kampania wojenna tatarskiego chana Selima-Gireja i hetmana kozackiego Doroszenki całkowicie się rozsypała. A jednak wodza jednocześnie trawiła bezsilna złość. Zarówno król, jak i możni panowie Rzeczypospolitej po raz kolejny zawiedli i nie stanęli do obrony swych poddanych. Po raz kolejny jego ojczyznę ratował jedynie ślepy los.

A oto jak do tego doszło...

Na wschodnich kresach Chanatu Krymskiego, pośród gór Kaukazu leżała kraina zwana Czerkiesją. Zamieszkujący ją ludzie byli biedni, skromni i żyli jedynie z tego, co spłodziła surowa górska ziemia.

Niestety, wraz z nastaniem rządów Selima nasiliło się ciemiężenie ludu Czerkiesów. Zbierając fundusze na wojnę, Tatarzy przybyli do nich z żądaniami danin, z których górale z trudem zdołali się wywiązać. A posuwali się nawet do porywania czerkieskich niewiast, by sprzedawać je na targach niewolników lub posyłać jako prezent do Konstantynopola. Jednak szala goryczy wreszcie się przelała...

Podczas nieobecności chana Selima władzę w Chanacie pełnił kuzyn chana, pełniący funkcję nurredina (czyli drugiego zastępcy chana) Safer-Girej. Był to podstarzały, sepleniący Tatar o wyjątkowo paskudnej aparycji - ciemnej karnacji, niski, gruby i z łysiejącą czupryną. Miał krzaczaste brwi, wydęte policzki i wielkie, pełne śliny wargi. Do tego dwa przednie zęby były jeszcze ciemniejsze i znacznie większe od pozostałych. Ogółem - przywodził na myśl starego, wyliniałego chomika. Był za to zapatrzony w Selima i bezgranicznie wierny jego rozkazom. Wypełniając wolę chana, nie cofał się przed niczym. Stłamszeni Czerkiesi powiedzieli jednak "dość!". Być może byli biedni, ale za to odważni i potrafili walczyć o swoje. Toteż chwycili co kto miał pod ręką i ruszyli do walki.

W czasie gdy chan Selim-Girej prowadził swe wojska na Ukrainę, powstanie rozszerzało się coraz bardziej i wkrótce ogarnęło cały wschód Chanatu. Z każdym dniem buntownicy zajmowali kolejne tereny. Safer usiłował stłumić bunt, jednak z pozostałą w Chanacie garstką strażników nie było to wykonalne. Posłał więc do chana dramatyczny meldunek.

Selim musiał zareagować. Przekazał dowodzenie swemu bratu Muradowi (był on jego pierwszym zastępcą i nosił tytuł kałga), sam zaś czym prędzej powrócił do Chanatu.

Bakczysaraj, sierpień 1671

Ujrzawszy przybywającego do pałacu Selima, nurredin ruszył mu na spotkanie.

- Witaj, bracie! - Otworzył ramiona na powitanie. - Dobrze, że przybyłeś tak szybko! Powstańcy z każdym dniem rosną w siłę!

Jednak Selim nie był skłonny do rzewnych powitań.

- Zbierz radę - rzucił przez ramię, mijając kuzyna i szybkim krokiem udając się do Sali obrad Divanu (czyli rady ministrów Chanatu).

Safer przekazał rozkaz straży i udał się w ślad za chanem. Stanęli przy wiszącej na ścianie mapie Chanatu. Wbity w nią był tuzin mosiężnych szpilek powiązanych wełnianym sznurkiem.

- Musimy działać, Selimie - rzekł nurredin poważnym tonem. - I to szybko.

Chan spojrzał na mapę.

- Oznaczony teren to obszar buntu - wskazał Safer. - Ale każdego dnia dostajemy meldunki o nowych ogniskach oporu.

Szpilki wskazywały wyraźnie, że powstańcy prą w kierunku Bakczysaraju.

- A my jakie mamy siły? - spytał Selim.

- Niewielkie - odparł nurredin, wzruszając bezradnie ramionami. - Jedynie straże ze stanic i poborców podatkowych.

- A tu, na miejscu?

- Tylko straż pałacowa, chanie... - Safer odpowiadał nerwowo, obawiając się porywczości kuzyna. - Wszystkich żołnierzy zabrałeś ze sobą na Ukrainę... Bakczysaraj pozostał bez obrony.

Selim uporczywie wpatrywał się w mapę. Pojmował, że sytuacja była poważna. Nie wykrztusił jednak z siebie nawet słowa, a jedynie nerwowo gładził brodę.

- Selimie - rzekł nurredin po przedłużającej się chwili milczenia. - Musimy ściągnąć nasze wojska z Lechistanu. Musimy bronić Bakczysaraju!

- NIE! - ryknął młody chan. Przerażony jego wybuchem Safer zastygł w bezruchu. Selim przez dłuższą chwilę dyszał ciężko.

- Obiecałem wielkiemu wezyrowi, że zdobędę Ukrainę! - odparł wreszcie drżącym głosem. - I muszę dotrzymać słowa!

Nurredin, zasmucony krótkowzrocznością kuzyna, jedynie spuścił wzrok.

Jednak mijały kolejne dni, a z nimi docierały coraz liczniejsze meldunki o Czerkiesach zbliżających się do stolicy. Doradcy rozpaczliwie błagali chana, by ściągnął ordę z Ukrainy i przygotował Bakczysaraj do obrony.

Chan godzinami przesiadywał na swym tronie w zamyśleniu. Jak niczego innego, pragnął chwały, która spaść miała na niego po zdobyciu Ukrainy. Ale pojmował też, jak wielkie zagrożenie stanowili odważni górale z Czerkiesji. I wreszcie podjął dramatyczną decyzję. Do łupiących ziemie Ukrainy Tatarów posłano rozkaz, by ośmiu na dziesięciu żołnierzy natychmiast powróciło do Bakczysaraju. Pozostali mieli obwarować się w zajętych miastach i bronić ich do powrotu Selima.

W szeregach ordy zapanował chaos. Większość wojowników karnie ruszyła ku stolicy. Jednak część z nich nie zamierzało wracać na Krym, nie zdobywszy spodziewanych łupów. Masowo opuszczali więc swoje oddziały i organizowali się w prowizoryczne zagony.

Takie właśnie wieści pozyskał dziś od jeńców hetman Sobieski. Wódz pojął, że nadszedł czas na ofensywę. Był jednak świadom, że choć dowództwo i większość sił Chanatu opuściły polskie ziemie, a regularna kampania wojenna została wstrzymana, to na Ukrainie pozostawały żądne łupów hordy tatarskie i Kozacy Doroszenki. A teraz nie dość, że zapewne nadal przewyższały liczebnością siły jego pułku, to w dodatku nie miały już nic do stracenia. Hetman niezwłocznie posłał zatem do króla meldunek o zwycięstwie, informacje zdobyte na przesłuchaniu oraz ponaglenie, by na Ukrainę skierować armię koronną. Teraz zaś zachodził w głowę, co będzie słuszniejszym rozwiązaniem - czy powinien czekać na przybycie wojska, czy może ruszyć na czele garstki swych wojsk przeciw przeważającej sile wroga?

Jeśli będzie czekać - może się okazać, że chan zdąży powrócić z wojskiem na Ukrainę, a wtedy wschodnie kresy mogą zostać bezpowrotnie stracone. Jeśli zaś zdecyduje się ruszyć do walki - wówczas poprowadzi swych ludzi na misję niemal samobójczą. Spoglądał więc tak z tarasu to na świętujących zwycięstwo wojaków, to w gwiazdy, wyczekując natchnienia. Jego uwagę zwrócili mieszkańcy wyzwolonego dziś Bracławia, krzątający się nieśmiało po obozowisku i oferujący żołnierzom, co tylko mieli w spiżarniach. Gdyby nie pułk Sobieskiego, ludziom tym z pomocą nie przybyłby nikt.

Hetman podjął decyzję: należy czym prędzej ruszyć do walki...

Ale powróćmy do przygód naszego bohatera.

Po zakończonej bitwie Bojan i Zbyszek zaprosili Gromiego, by towarzyszył im w obozowisku. Wkrótce przynieśli z miasta nieco jedzenia i przygotowali miejsce na odpoczynek. I wreszcie nadszedł czas, by zacząć świętować. Gromi i bracia zasiedli przy jednym z ognisk wraz z luzakami oraz ciurami i wznieśli kubki.

Początkowo Gromi ogarnięty był euforią. Nie tylko był dzisiaj świadkiem niezwykłego zwycięstwa oręża Rzeczypospolitej, ale też dopiął swego: znalazł się w obozie polskiego wojska. Wszechobecny gwar, muzyka i pieśni, radość i ta niepowtarzalna atmosfera - to wszystko zrobiło na chłopcu kolosalne wrażenie. Ale przede wszystkim rozpierała go duma - przecież swoim odważnym atakiem ocalił luzaków i stado koni. Liczył więc na to, że siedzący wokół pachołkowie okażą mu wdzięczność. Spodziewał się (może nieskromnie) przynajmniej słów podziękowania, a być może nawet toastów? Ci jednak zdawali się unikać go i jedynie czasem spoglądali na niego spode łba.

Gromi przez dłuższą chwilę zbierał się na odwagę.

- Słuchajcie... - zaczął, nachylając się bliżej braci. - Dlaczego pozostali tak dziwnie na mnie patrzą? Przecież przyjechałem wam z pomocą. Gdyby nie ja, to... A patrzą na mnie, jakbym był dla nich jakimś wrogiem.

Bojan i Zbyszek spojrzeli po sobie wymownie.

- Wiesz co - odparł Zbyszek na tyle cicho, by pozostali nie mogli tego usłyszeć. - My też tak z nimi mamy. Wydaje mi się, że oni nam po prostu zazdroszczą.

- Zazdroszczą? A czego? - zdziwił się Gromi. Nie dostrzegał w sobie niczego, czego mogliby zazdrościć mu starsi towarzysze.

- Sam zobaczysz... - skwitował krótko Bojan. - W każdym razie - dodał po chwili, nalewając wina do kubków - uratowałeś nas i my jesteśmy ci za to wdzięczni. Twoje zdrowie, Gromi!

Bracia nie wspomnieli o czymś, co nie umknęło ani im, ani pozostałej czeladzi, a już szczególnie nie umknęło Tatarom, którzy zaatakowali dziś luzaków. Tamta chwila, gdy ordyńcy wystrzelili w młodzieńca gradem strzał... To, że żadna z nich go nie dosięgła, wyglądało bardziej na użycie czarnej magii niż szczęśliwy traf.

Wkrótce wypite wino uderzyło mu jednak do głowy na tyle, że skutecznie stłumiło rozmyślania nad powodem tak chłodnego przyjęcia przez luzaków. Ochoczo przechylił kolejny kubek. Tego wieczora wraz z przyjaciółmi, pośród gwaru obozu, śpiewów i tańców, świętował wielkie zwycięstwo. Aż wreszcie wszyscy żołnierze posnęli jak niemowlęta...

A następnego ranka...

Zebrane u stóp Bracławia wojsko leniwie budziło się do życia. Wszystkim szumiało jeszcze w głowach po wczorajszej biesiadzie.

Tymczasem, gdy tylko słońce zniosło się ponad horyzont, w obozach kolejnych chorągwi dragonii rozlegał się dźwięk piszczałek albo rogu. Także rotmistrz Jasień zwołał swych podkomendnych na poranny apel. Bojan i Zbyszek namówili Gromiego, aby do nich dołączył. Stanął więc skryty za ich plecami.

Gdy wszyscy dragoni zebrali się w szeregu, rotmistrz przekazał im uzyskane na przesłuchaniu wieści: o buncie w Chanacie, wycofaniu się ordy oraz o pozostających na polskich ziemiach Kozakach i tatarskich zagonach. Choć po ich twarzach i zapachu wyraźnie widać i czuć było wczorajszą zabawę, teraz żołnierze uważnie słuchali słów dowódcy.

- Zakładamy - wyjaśnił zebranym wokół niego podwładnym - że król zwołał już pospolite ruszenie lub przynajmniej powołał pod broń jakieś oddziały wojsk koronnych. Nie jest to novum, że szlachta na wojnę wybiera się opornie i do przewidzenia było, że przybędą ze sporym opóźnieniem. Spodziewamy się jednak, że najpóźniej do połowy września powinni już dotrzeć na Ukrainę.

Do tego czasu będziemy działać tymi siłami, które mamy obecnie. Każda chorągiew będzie przemieszczać się osobno, jednak będziemy pozostawać w odległości nie większej niż pół dnia marszu od sąsiednich oddziałów, aby w razie potrzeby jeden mógł pospieszyć drugiemu z pomocą. Tak zorganizowani, będziemy przemierzać ziemie Ukrainy, tropiąc i rozbijając napotkane zagony. Gdy zaś dotrze armia koronna, dokończymy dzieła i wypędzimy Tatarów na dobre... Wyruszymy, gdy tylko nasi dotrą tu spod Kamieńca - zakończył Jasień. - Są jakieś pytania? Nie? To dziękuję. Rozejść się!

Po zakończonym apelu dragoni rozproszyli się po obozowisku, rozchodząc się do swoich zajęć. Bojan klepnął Gromiego i wskazał skinieniem na rotmistrza udającego się w kierunku miasta. Nasi bohaterowie pospieszyli za nim.

- Panie dowódco! - zawołał Bojan, doganiając go. - Mości panie dowódco!

Gdy rotmistrz się zatrzymał, bracia go dogonili i stanęli przed nim na baczność.

- Co jest? - spytał, zdziwiony. Po chwili jego spojrzenie padło na Gromiego. - To ten trzeci z Komarowa? - Skinął na niego. - Ten, co miał być zbyt poobijany, żeby jechać z wami?

- Tak jest, mości panie rotmistrzu! - odparł Zbyszek.

- Nie wygląda na schorowanego... I zapewne teraz chciałby do nas dołączyć?

- Tak jest, panie rotmistrzu!

Gromiego nieco zdziwiło to, że rozmawiają o nim, jakby go tu nie było. Dopiero teraz dowódca lekko nachylił się w stronę młodzieńca.

- Jak cię zwą, chłopcze?

- Gromisław z Białej Wsi, panie rotmistrzu.

Jasień przyjrzał mu się przez chwilę uważnie.

- Dobrze więc - rzekł wreszcie. - Wyrażam zgodę, możesz dołączyć do mojej chorągwi. Ale teraz nie mam czasu na formalności... - dodał, przenosząc spojrzenie na bliźniaków. - Oprowadźcie go, chłopcy, po chorągwi i objaśnijcie, czegoście się nauczyli. Niech stawia się na apele i stale trzyma przy sobie broń. Obowiązki i instrukcje będziemy przydzielać wam na bieżąco. Jasne?

- Tak jest, panie rotmistrzu!

- Świetnie. Więc bierzcie się do pracy...

Wszyscy trzej ukłonili się posłusznie, obrócili na pięcie i skierowali ku obozowisku. Rotmistrz zaś przez chwilę przyglądał im się uważnie, jakby podejrzliwie, i dopiero wtedy zawrócił na ścieżkę prowadzącą do miasta.

I tak oto, bez żadnych przygotowań, ślubowań czy ceremonii, Gromi został luzakiem w służbie chorągwi dragonii.

Rozdział VI

Zwiadowcy

Przez kilka kolejnych dni żołnierze pozostawali w prowizorycznym obozie pod Bracławiem. A gdy spod Orynina dotarła reszta wojska, pułk wyruszył w drogę. Dzień po dniu przemierzali ziemię podolską, poszukując tatarskich zagonów i pomagając poszkodowanym.

Nasi bohaterowie, teraz już we trzech, pełnili służbę w chorągwi rotmistrza Jasienia. Zgodnie z rozkazem hetmana Sobieskiego każdy oddział miał być w stałej gotowości do zastosowania taktyki komuniku. Zadaniem Gromiego, Bojana i Zbyszka było więc dbanie o to, żeby o każdej porze dnia i nocy konie były napojone, nakarmione i gotowe do wyjazdu. Podczas postojów szykowali dragonom juki z podstawowym ekwipunkiem - racjami żywności, wodą, kulami i prochem. Wszystko po to, aby w chwili, w której rozległby się dźwięk rogu, dragoni mogli dosiąść swych rumaków i ruszyć w pościg za wrogiem.

W taki sposób, na żmudnych całodziennych marszach i poszukiwaniu wroga, mijały im kolejne dni. Po zagonach nie było jednak ani śladu. Gromi nauczył się wówczas, że służba to nie tylko bitwy, ale także - a w zasadzie przede wszystkim - długie przemarsze, wciąż ta sama prosta sprawa i nieustanna monotonia.

Oprócz trudów żołnierskiej doli dawały im się we znaki także niedogodności nieco innej natury. Część dragonów traktowała ich jak swych służących. Nie będziemy kłopotać się opisem wyglądu czy osobowości pozostałych luzaków, bowiem były to osoby na tyle miałkie i nieciekawe, że zwyczajnie szkoda na to czasu. Jednakże wszyscy oni, a było ich sześciu, z każdym dniem okazywali coraz większą niechęć, szczególnie w stosunku do Gromiego. Otwarcie ignorowali go, nie odpowiadając nawet na jego przywitania. Na każde, nawet najbardziej uprzejme zwrócenie się do nich, spoglądali na niego z wyższością lub reagowali warknięciem: "Co chcesz?!" albo "Nie mam teraz czasu!". Gromi doskonale odczuwał ich niechęć. Zgodnie z zapowiedzią Bojana, szybko przekonał się, że chociaż był od nich młodszy i mniejszy, to każdego z nich przewyższał zarówno w sztuce jazdy konnej, jak i w umiejętności obchodzenia się z rumakami. Mimo, że starał się podchodzić do całej tej sytuacji na chłodno, to z biegiem czasu sam wpadał w coraz większe zniechęcenie. I coraz częściej prosił los, aby coś zaczęło się dziać - a najlepiej: aby chorągiew wreszcie napotkała wroga. Któżby przypuszczał, że Gromi, który jeszcze niedawno nie potrafił nawet wyobrazić sobie perspektywy stanięcia do walki, teraz pragnął móc wreszcie sprawdzić się w boju. Okazja jednak się nie natrafiała. I z takim narastającym znużeniem, mijał mu każdy kolejny dzień tej kampanii.

Aż wreszcie...

Ostatni tydzień września...

Ten dzień nie należał do przyjemnych. Było chłodno, wiał silny wiatr, a z nieba siąpiła mżawka. Z drzew spadły pierwsze jesienne liście. Chorągiew rotmistrza Jasienia nadal przemierzała ziemie Ukrainy. Pod wieczór wojacy napotkali po drodze jeden z ukraińskich chutorów, czyli położoną w odosobnieniu niewielką, otoczoną ogrodzeniem osadę. Chutory powstawały głównie w słabo zaludnionych obszarach pośród puszczy lub stepów, a ich mieszkańcy stanowili zwartą, doskonale znającą się społeczność i rzadko z chęcią podejmowali obcych. W zasadzie to Komarowo kiedyś także było chutorem, lecz pan Jabłoński rozwinął w nim stadninę koni i uczynił je rozpoznawalnym punktem, znanym w całej Rzeczypospolitej.

Tymczasem żołnierze z chorągwi Jasienia zatrzymali się u bram owego otoczonego ze wszystkich stron lasami chutoru. Dowódca wraz z kilkoma dragonami udał się do miejscowego zarządcy, aby wypytać o Tatarów i poprosić o gościnę.

- Niestety, jaśnie panie rotmistrzu, jeśli chodzi o wroga, to nie pomogę - odparł im, goszcząc ich w swojej izbie. - Wiadomo nam, że Tatarzyn hula po okolicy. Toteż wystawiliśmy warty, żeby wiedzieć, czy kto się nie dobija, wzmocniliśmy palisadę i porobiliśmy zapasy. I żaden z nas nie wyściubia nosa poza bramę. I żyjemy tak w oczekiwaniu, aż czasy się zrobią spokojniejsze. Więc czy kto kręci się po okolicy, wiedzieć nijak nie możemy... Ale za to możemy ugościć was tym, co mamy.

- Dziękujemy ci, gospodarzu - rzekł rotmistrz. - Zrobimy co w naszej mocy, by przepędzić Tatarów. A tymczasem z radością zostaniemy u was na noc.

Tak więc mieszkańcy chutoru otworzyli bramę dla chorągwi dragonii. Zaprosili wszystkich wojaków do izby czeladnej, gdzie ugościli ich wędzonym mięsem, winem i gorzałką. Jednak konie i tabory nie pomieściłyby się we wsi. Zostały za ogrodzeniem, a zatem ktoś musiał stanąć na warcie. I zadanie to przypadło - tu zaskoczenia nie będzie - trójce przyjaciół z Komarowa.

O świcie mieli zostać zmienieni przez kolejnych trzech luzaków. Siedzieli przez całą noc na dworze, pośród chłodu i mżawki. Nic więc dziwnego, że miny mieli nietęgie. Do tego, jak się okazało, chutor w szczególności zadbał o duże zapasy wódki. Toteż aż do długich godzin nocnych zza palisady dobiegał ich gwar rozmów, śmiechu i wznoszonych toastów, co jeszcze bardziej potęgowało ponury nastrój marznących młodzieńców.

Szczęśliwie przed świtem zaczęło się wypogadzać. Nadal było chłodno, jednak ustał wiatr i mżawka, a jutrzenka przynosiła ze sobą kojący błękit. Zbyszek udał się do chutoru, aby obudzić zmienników, a Gromi i Bojan pozostali na posterunku. Myślami wszyscy trzej byli już w jednej z zagród, w której mieli nadzieję jak najszybciej okryć się kocem i zalec na odpoczynek. Zbyszek wkrótce wrócił, lecz zmienników próżno było wyglądać. Spóźniali się, zresztą już nie pierwszy raz. Gromiego zaczęła ogarniać złość...

Zrobiło się już jasno, gdy wreszcie wrota okalającej chutor palisady zostały uchylone i na ścieżkę wyszedł luzak - ale tylko jeden. Szedł niespiesznie, niechlujnie ubrany, przeciągle przy tym ziewając. Gromi spoglądał na niego spode łba. Bojan i Zbyszek spakowali koce, bukłak oraz menażkę i zbierali się do zejścia z wachty. Na widok luzaka obaj się zezłościli i wygarnęli mu, co myślą o jego zachowaniu. Ten odpowiedział im agresją i wyzwiskami - i tak na ścieżce doszło do sprzeczki.

Gromi z rosnącą irytacją przysłuchiwał się bełkotowi głupiego jak cep zmiennika, gdy nagle jego uwagę zwrócił szelest liści - jakby ktoś po nich stąpał. I coś jakby przytłumione szepty. A po chwili zza koni wynurzyło się trzech Tatarów. Zręcznym ruchem dosiedli koni i popędzili przed siebie. Młodzieńcy spojrzeli po sobie w przestrachu - oto bowiem złodzieje uciekali na grzbietach swych tatarskich koników, lecz za sobą pędzili kilka spętanych sznurami rumaków należących do jeźdźców dragonii. A pośród nich był Płomień, ukochany wierzchowiec rotmistrza Jasienia.

Gromi wpatrywał się w oddalających się Tatarów, gorączkowo analizując sytuację. Zerknął na głupawą, uśmiechniętą twarz przybyłego luzaka. Wówczas w jednej chwili skumulowała się w nim cała złość, kłębiąca się już od początku wyprawy. Przeszedł go dreszcz. Oto nadchodziła chwila, aby pokazać, co naprawdę potrafi. W jego oczach pojawił się charakterystyczny błysk zawziętości.

Bojan i Zbyszek znali to spojrzenie.

- Gromi, nie! - nakazał mu Zbyszek. Jednak on podjął już decyzję. Sprężystym ruchem doskoczył do Hermesa i wskoczył na jego grzbiet.

- Jazda! - krzyknął, chwytając za lejce.

Koń gwałtownie ruszył przed siebie, a Gromi, szykując kuszę, popędził w leśne gęstwiny.

Zbyszek pokręcił głową na nieposłuszeństwo kompana. Po czym zawołał:

- Muszę mu pomóc! - I sam wskoczył na grzbiet swego konia. - Jazda! - zawołał i po chwili on także wystrzelił w las.

- Nie wierzę, że to ja zostałem tu jedynym rozsądnym... - westchnął Bojan.

- Ani słowa dragonom - rzucił jeszcze luzakowi. Po czym i on dosiadł rumaka, i popędził za kompanami. We trzech wpadli do zagajnika i pomknęli w głąb. Dwóch Tatarów, widząc goniących ich Polaków, rozcięło więzy, zostawiając skradzione wierzchowce. Jedynie jeden jechał przed siebie, nadal pędząc u boku Płomienia. Bojan i Zbyszek zatrzymali się przy zostawionych koniach, a Gromi pognał dalej.

Po chwili z gąszczy wyłonił się kolejny tatarski jeździec. Bez chwili zawahania napiął łuk, wymierzył i wypuścił strzałę. Gromi skręcił gwałtownie, unikając ustrzelenia. Tatar dobył piszczałek i już przykładał je do ust, by zadąć na alarm. Gromi wyuczonym ruchem przemieścił obie nogi na bok, podniósł naładowaną kuszę, wymierzył i wystrzelił. Bełt pofrunął - raniony jeździec spadł z konia i wpadł w gąszcz leśnych zarośli. Jednak nim spadł, zdołał zadąć w piszczałki....

Gromi rozejrzał się wokół, w poszukiwaniu złodzieja. Jednak zamiast tego pośród drzew dostrzegł sylwetki kolejnych tatarskich jeźdźców. Nie wiedział, ilu było ich dokładnie - ale na pewno co najmniej dwa tuziny.

Bracia także ich zauważyli.

Na początku celem tej wycieczki miało być dogonienie złodziei i odzyskanie skradzionych koni - jednak pojęli, że oto natknęli się na zagon sprawdzających teren tatarskich zwiadowców. Najpewniej kilku z nich wytropiło Polaków i wracało z tą wieścią do swego obozu. Jednak połasili się na rącze polskie konie i w ten sposób Gromi, Bojan i Zbyszek odkryli ich obecność.

Owi złodzieje postanowili skorzystać z okazji i pomknęli przed siebie. Pozostali Tatarzy zaś ruszyli ku polskim wojakom, zamierzając otoczyć ich i wziąć w jasyr.

Wobec przewagi liczebnej wroga, nasi bohaterowie powinni byli się wycofać. Jednak kotłowała się w nich złość, która musiała znaleźć swoje ujście. Spojrzeli po sobie. Po chwili na ich twarzach pojawiły się delikatne uśmiechy, po których poznali, że cała trójka gotowa była rozpocząć tę niebezpieczną grę.

Ruszyli w las. Bracia z uniesionymi łukami, a Gromi ze swą kuszą. Z początku pozorowali ucieczkę, jednocześnie wciągając ordyńców coraz głębiej w las i usiłując doprowadzić do ich rozdzielenia. I pędzili tak przed siebie, wymijając zręcznie drzewa, przewalone pnie, wystające konary oraz inne przeszkody.

Uznawszy, że czas, by "myśliwy zmienił się w ofiarę", skinęli sobie głowami i przystąpili do ataku. Gromi wykonał nagły manewr. Obrócił się, ruszył na pierwszego goniącego go Tatara i wystrzelił. Trafiony w pierś, wpadł w zarośla. Gromi załadował kolejny bełt i rozejrzał się wokół, wyszukując kolejnego przeciwnika.

Poczuł wówczas coś niezwykłego.

Serce biło mu jak dzwon. Ciało przeszył dreszcz. Wzrok wyostrzył mu się niczym drapieżnikowi wypatrującemu ofiary. Bez wysiłku mijał przeszkody, a jego zmysły skupiły się tylko na dostrzeganiu pośród leśnych gąszczy kolejnych zagończyków i przeszywaniu ich bełtami. Pojął w tej chwili, po co były te miesiące codziennych ćwiczeń, bolesne otarcia i znoszenie kpin ze strony współmieszkańców. Umiejętności nabyte w Komarowie zaprocentowały. Gromi wraz z braćmi dopadali kolejnych jeźdźców i wspólnie ustrzelili dwa tuziny wrogów.

A gdy już wybili ich wszystkich, postanowili ruszyć na poszukiwania złodziei. Szczęśliwym trafem wkrótce ujrzeli na horyzoncie trójkę Tatarów wiozących ze sobą Płomienia. Gdy dotarli oni na niewielką polankę, zatrzymali się. Rozejrzeli się wokół, czy nikt już ich nie goni. Uznawszy, że pozostali ordyńcy odpowiednio zajęli się polskimi junakami, zatrzymali się, odetchnęli z ulgą, zsiedli z koni i wyciągnęli bukłaki z wodą.

Młodzieńcy wstrzymali konie i skryli się w gęstwinach. Objaśnili sobie gestami, co zrobić, i od razu przystąpili do realizacji planu. Bojan i Zbyszek bezszelestnie skierowali się pomiędzy drzewa, aby zajechać na polanę od drugiej strony. Gromi zaś ruszył prosto na Tatarów. Ujrzawszy go, jeźdźcy odrzucili bukłaki i wyciągnęli łuki. Już w niego celowali, wrzeszcząc, by odrzucił kuszę, gdy z boku wyjechali Zbyszek z Bojanem. Zaskoczeni Tatarzy nie mieli wyboru: wypuścili łuki i padli na kolana, unosząc ręce w geście poddania.

Chłopcy spojrzeli po sobie i odetchnęli. Dopiero po chwili zaczęło do nich docierać, czego właściwie dokonali. Poczuli, jak zalewa ich fala ekscytacji, a na ich twarzach pojawił się szeroki uśmiech. Skinęli sobie głowami, że czas wracać na stanowisko. Skrępowali Tatarom dłonie, wzięli Płomienia i zadowoleni z siebie, zamierzali ruszyć w drogę powrotną.

I wtedy miny im zrzedły...

Na ścieżce ujrzeli pięciu konnych dragonów, którzy najwidoczniej popędzili ich śladem. Czwórka udała się wprost do najeźdźców. Jeden z nich wymierzył w Tatarów lufę swojego pistoletu i kilkukrotnie krzyknął "ordu, ordu?!", co w języku krymotatarskim oznaczało "obóz". Wskazali mu kierunek i dragon udał się w głąb zarośli. Pozostali zajęli się spętanymi Tatarami i rumakiem rotmistrza. Ostatni zaś zatrzymał się i zsiadł z konia naprzeciw trójki luzaków.

- Jak tylko ruszyliście w las - wyjaśnił, widząc ich zaskoczenie - wasz zmiennik pognał do chutoru i wszystkich pobudził. Krzyczał, że opuściliście stanowisko i, że straciliśmy konie. Tak więc ruszyliśmy za wami.

- A... - zaczął Bojan z przestrachem. - A dowódca wie?

- Myślę, że wie... - odparł dragon, po czym odjechał na bok i wskazał na ścieżkę.

Na miejsce nadjeżdżał już rotmistrz Jasień. Skinął w podziękowaniu podwładnym, którzy pospieszyli, by zameldować mu o Płomieniu i jeńcach. A potem jego spojrzenie powędrowało na Gromiego, Zbyszka i Bojana.

Jego pięści były zaciśnięte, a oczy przymrużone. Rotmistrz był wściekły, ale starał się nie unosić się gniewem.

- Samowolnie oddaliliście się z posterunku - rzekł spokojnym, lecz stanowczym tonem. - Nie dopilnowaliście koni i nie okazaliście szacunku bardziej doświadczonym kompanom.

Nasi bohaterowie spuścili głowy.

- Przepraszamy... - rzekli naraz. Jasień już otwierał usta, zamierzając ich skarcić, jednak wtem z zarośli wynurzył się ostatni dragon.

- Panie rotmistrzu - zameldował przytłumionym głosem - są za tym lasem, może ze sto kroków stąd! Dobrze ponad setkę ordyńców! I niczego się nie spodziewają!

Jasień spojrzał na trzech młodych luzaków.

- Później sobie porozmawiamy... - syknął. - A teraz zejść mi z oczu.

Skruszeni, wycofali się w cień, obserwując rozwój wydarzeń. Rotmistrz posłał jednego z żołnierzy po resztę chorągwi. Pozostałą czwórkę zebrał zaś wokół siebie i razem opracowali plan działania.

Jak się okazało, zagon liczący ponad setkę Tatarów rozłożył na otoczonej lasami polanie kosz (czyli tatarski warowny obóz). Dopiero co wchodzili w rytm dnia. Część siedziała przy ogniskach, spożywając poranny posiłek, inni powoli zbierali się do wymarszu. Nieopodal stały wozy wyładowane zrabowanymi dobrami i kilka tuzinów skrępowanych mężczyzn, kobiet i dzieci.

Wkrótce na miejsce dotarli pozostali żołnierze dragonii. Po ich niechlujnym ubraniu i przepasaniu widać było, że pędzili tu w pośpiechu.

- Słuchajcie, panowie - przemówił Jasień. - Znaleźliśmy tatarski zagon. Są za tym zagajnikiem... Zamyślam się wziąć ich z zaskoczenia. Gotujcie zatem broń. I jak wszyscy będziecie gotowi, ruszamy.

Dragoni poprawili broń i oporządzenie. Upewnili się, że ich rusznice są naładowane, a szable i czekany łatwo da się wydobyć z pokrowców. I gdy wszyscy byli gotowi, poprawili swoje pozycje na koniach.

Z każdą chwilą Gromi coraz bardziej uzmysławiał sobie, że to już nie zabawa, lecz ostatnie chwile przed prawdziwą walką z prawdziwym przeciwnikiem. Wówczas szybciej zabiło mu serce. "To się naprawdę dzieje!", pomyślał z przestrachem. Zaczął odczuwać, jak skręca mu się żołądek.

Wtem Jasień dał sygnał i chorągiew ruszyła przed siebie. Cicho, bezszelestnie przemierzyli skraj lasu... po czym z impetem ruszyli na wroga. Zaskoczeni Tatarzy nawet nie zdołali stanąć do obrony. Widząc galopujących ku koszowi jeźdźców, rzucili się do ucieczki. Dragoni popędzili za nimi i dokończyli dzieła - wybili całą hordę.

Chorągiew odbiła z rąk wroga jeńców oraz wozy ze skradzionymi łupami. Nasi bohaterowie przyglądali się rozwojowi wydarzeń, siedząc na skraju zagajnika. Ze wzruszeniem spoglądali na chłopów dziękujących wojsku za uwolnienie. A z podekscytowania zapomnieli, że czeka ich spotkanie z dowódcą... Siedzieli tak w cieniu drzew, gdy podszedł do nich ten sam luzak, który zmieniał ich rankiem.

- Mości pan rotmistrz was wzywa - rzekł z mściwym uśmiechem i poprowadził ich za sobą.

Jasień stał właśnie w otoczeniu żołnierzy i pochłonięty był żywiołową dyskusją. Ujrzawszy idących ku niemu młodzieńców, stanął z założonymi rękoma. Widząc jego surową minę, Gromi naraz poczuł się, jakby ktoś przywiązał mu do szyi ciężki głaz.

Stanęli we trzech przed dowódcą. W obliczu spodziewanej reprymendy stali ze spuszczonym wzrokiem, nie śmiąc spojrzeć mu w oczy.

- Panie rotmistrzu - zaczął Zbyszek. - Możemy to wytłumaczyć. Myśmy tylko chcieli...

Jednak Jasień mu przerwał:

- Wasze zachowanie było karygodne! - rzekł, przeszywając ich spojrzeniem. - Zasłużyliście na to, by was wyrzucić z chorągwi. I to w najłagodniejszym wymiarze kary!

- Tak jest...

- Jednak zaistniała sytuacja pokazała - dodał po chwili już innym, znacznie przyjaźniejszym głosem - że potrzeba nam solidnych zwiadowców. Wy trzej jesteście młodzi, szybcy i macie dobry wzrok. A dragoni donieśli mi, że podczas tej waszej - zaakcentował kolejne słowo - SAMOWOLNEJ wycieczki, wykazaliście się nie lada zdolnościami. No i doprowadziliście nas do obozu wroga. Zatem to wam chciałbym powierzyć to zadanie.

Zdziwieni, podnieśli głowy.

- My?! - spojrzeli po sobie - Mielibyśmy zostać... zwiadowcami?

- Oznaczałoby to dla was awans. A co za tym idzie, znaczną podwyżkę. Zrównalibyście się żołdem z dragonami.

Młodzieńcy spojrzeli po sobie. Taki argument zdecydowanie do nich przemawiał.

- Ale musicie być świadomi, jak poważne jest to zadanie - podkreślił Jasień. - Jako zwiadowcy będziecie odpowiadać za bezpieczeństwo całej chorągwi. Zawierzymy nasze życia waszym umiejętnościom, rzetelności i skupieniu. Jeden błąd, jeden wybryk albo jedna chwila nieuwagi i ściągniecie zgubę na cały oddział.

Tu rotmistrz dał im chwilę na zastanowienie. Gromi naprędce analizował sytuację i wszystkie "za" i "przeciw". "Za" przyjęciem jej przemawiała sposobność wykazania się swoimi zdolnościami. "Przeciw" - obawa czy te zdolności są wystarczające.

- Zatem Bojanie, Zbyszku i Gromisławie - powiedział Jasień po dłuższej chwili - czy podejmujecie się zostać naszymi zwiadowcami?

Spojrzeli po sobie badawczo. Ale po swoich minach i po błysku ekscytacji w oczach wiedzieli, że wszyscy podjęli taką samą decyzję.

- Tak jest! - odparli więc chórem. Po czym raz jeszcze spojrzeli po sobie wymownie.

- Świetnie! - rzekł na to Jasień. - To od jutra zaczynacie. A teraz zmykajcie.

Odmeldowali się skinieniem głowy i odeszli, oszołomieni takim rozwojem wydarzeń. Rotmistrz Jasień posłał do hetmana Sobieskiego meldunek o napotkaniu i rozbiciu wroga, a chorągiew dragonii wyruszyła w dalszą drogę.

A Gromi, Bojan i Zbyszek? Dopiero po dłuższej chwili zaczęło do nich docierać, czego właściwie się podjęli. Z początku byli nieco przytłoczeni - spadło to na nich tak niespodziewanie. Jednak już po chwili uśmiechnęli się do siebie szeroko. Z radością wymalowaną na twarzach i dumnie wypiętą piersią ruszyli przed siebie. A dodatkowym powodem do owej radości była kwaśna mina luzaka, który obserwował ich rozmowę z dowódcą i spodziewał się, że zostaną przez niego wdeptani w ziemię, a zamiast tego ujrzał na ich twarzach szerokie uśmiechy.

I tak oto nasi bohaterowie zostali zwiadowcami...

Rozdział VII

A w Rzeczypospolitej bez zmian...

Od następnego poranka służba trójki ujeżdżaczy zaczęła przebiegać według nowego rytmu. Każdego ranka stawiali się na naradzie z dowódcą, chorążym i "starszymi", czyli najbardziej doświadczonymi żołnierzami. Otrzymywali od rotmistrza instrukcje i skinieniem głowy oraz krótkim "tak jest!" meldowali zrozumienie rozkazu. Po czym wsiadali na koń i ruszali przed siebie. Jechali przed oddziałem, dokonując rozpoznania terenu i meldując o ewentualnych zagrożeniach. I tak przemierzali rozległe ziemie Ukrainy.

Każdy dzień dostarczał im widoków, od których pękały im serca - szlak pochodu Tatarów usiany był splądrowanymi i obróconymi w ruinę osadami i budzącymi żałość zgliszczami. Niemal w każdej wsi, w której dragoni zatrzymywali się na postój, na spotkanie wychodzili im miejscowi chłopi. Uzbrojeni w widły, kosy czy cokolwiek, co mogło posłużyć za broń, zapewniali, że "mogą się przydać". Rotmistrz nie miał wystarczających możliwości, aby ich wyżywić, o czym od razu ich informował. Ale to wcale nie studziło ich zapału. Z każdą mijaną osadą liczba ochotników rosła. I wkrótce w ślad za wojskiem szły już dwie setki uzbrojonego, żądnego zemsty chłopstwa.

Za dnia chorągiew pokonywała kolejne stajania w poszukiwaniu wroga, a gospodarze podążali jej śladem. Gdy zaś zapadał zmierzch, żołnierze rozbijali z nimi jeden wspólny obóz i razem zasiadali przy ogniskach. Chłopi chwytali wtedy za struny lir lub bandur. Śpiewali o miłości, przyjaźni i dawnych dziejach. Ci prości ludzie potracili w wyniku najazdu swoich bliskich i cały swój dobytek (nierzadko po raz kolejny), toteż w ich balladach rozbrzmiewał prawdziwy ból. A nasi bohaterowie chłonęli tę, graną prosto od serca, muzykę. Współczuli biednym chłopom i obiecywali sobie w duchu, że zrobią wszystko, aby pomóc im przegnać najeźdźców.

Gdy zaś nastawał świt, pełni zapału ruszali w dalszą drogę. Przykładali się do swej nowej roli najlepiej jak tylko potrafili. Bezszelestnie przemierzali trakty i zarośla, wypatrując i nasłuchując choćby najmniejszego śladu obecności wroga. Wytropili tak kilka zagonów - czasem liczących kilkunastu, a czasem ponad setkę Tatarów, a z nimi jasyr i wozy z łupami. A gdy już je wyśledzili, meldowali dowódcy. Wówczas dragoni, wspomagani przez ochotników, zbierali się w kniejach i szykowali broń. I wreszcie na sygnał rotmistrza ruszali do walki. Zaskoczone zagony czasem stawiały opór, jednak zazwyczaj Tatarzy porzucali zdobycz i ratowali się ucieczką. Dragoni oswobadzali więc jeńców, a chłopi odnajdywali pośród jasyru swoje żony oraz dzieci i ze łzami szczęścia w oczach brali je w ramiona. Gromi, Bojan i Zbyszek zaś siadali wtedy po prostu na trawie na uboczu i spoglądali na ich radość - zmęczeni, głodni i obolali, ale jednocześnie dumni z kolejnego dobrze wykonanego zadania.

Dni tej wyprawy przeradzały się w tygodnie. Wyzwalano kolejne setki jeńców, kolejni chłopi dziękowali wojsku i wracali do swych domów. Nastał październik, a wraz z nim jesienna szaruga, deszcze i zimny wiatr. Chorągiew coraz rzadziej napotykała zagony. Coraz częściej zaś zgliszcza i zniszczenie - była to taktyka Tatarów, by odciąć ścigających ich żołnierzy od żywności i schronienia. I niestety była ona skuteczna. Wojsku coraz częściej dawały się we znaki głód, zmęczenie i choroby.

Hetman Sobieski osobiście przesłuchiwał pojmanych tatarskich wojowników i skrupulatnie analizował zebrane dane. Znał taktykę Tatarów. Spodziewał się zatem, że będąc spychanymi przez Polaków ku Dzikim Polom i chcąc chronić swoje zdobycze, prędzej czy później będą musieli zacząć łączyć się w większe grupy, aż wreszcie zorganizują się w jeden zwarty czambuł. Nie wiedział, ilu ordyńców mogło zostać na polskich ziemiach. Nie wiedział, czy wciąż towarzyszą im Kozacy. Nie miał pojęcia, czy z Chanatu nie wraca chan Selim. Nie miał pojęcia, czy na Ukrainę dotrą wojska królewskie. Wiedział jednak jedno - Polacy są już na tropie owego oddolnie zorganizowanego tatarskiego czambułu. Poinstruował więc podwładnych, aby przemieszczali się z mniejszymi odstępami pomiędzy chorągwiami. Oswajał żołnierzy z myślą, że niebawem może dojść do decydującej bitwy. Sam zaś bacznie wypatrywał armii koronnej. Armii, która już od trzech miesięcy nie przybyła na jego wezwanie.

A jak w tym czasie szły przygotowania do wojny w Imperium Osmańskim?

***

Konstantynopol, październik roku 1671

W wielkim i tłocznym Konstantynopolu dawno już zapadł zmrok. W oświetlonym rzędami pochodni pałacu sułtana trwało kolejne posiedzenie Divanu. Wielki wezyr i członkowie rady siedzieli na ławach. Do spotkania wyjątkowo dopuszczeni zostali także naczelni dowódcy ze sztabu osmańskiej armii. Usługiwały im skąpo odziane, młode i piękne służące, podając na tacach przystawki, wodę i wino. Tym razem także sam sułtan Mehmed IV przysłuchiwał się obradom. Nie przebywał w jednej sali z możnymi, ale słuchał ich przemów, siedząc na tronie w osobnej komnacie, połączonej z salą obrad ozdobnym witrażem wyciętym w ścianie.

Skryba odczytywał właśnie treść warunków traktatu z państwem Habsburgów, regulującego kwestię spornych ziem w Dalmacji. A gdy skończył, niewolnik przeniósł dokumenty do komnaty sułtana. Po chwili z jej wnętrza dobiegł charakterystyczny szelest pióra piszącego po twardym pergaminie.

A następnie zapadła cisza.

- I tak oto ostatni z naszych konfliktów został zakończony - rozległ się wreszcie głos Mehmeda. - A więc czas uwikłać się w kolejne - dodał (pół)żartem.

Wezyrowie posłusznie zachichotali.

- A jak idą przygotowania do wojny z Lechistanem? - zwrócił się do wielkiego wezyra. - I jak się wiedzie naszym wiernym Tatarom? No i naszym nowym poddanym: Kozakom?

Ahmed podniósł się z fotela.

- O władco wiernych! - tu ukłonił się w kierunku witraża. - Co do wieści płynących z Lechistanu... W zasadzie to ciężko to streścić w kilku słowach.

- Mianowicie? - zainteresował się sułtan. Wielki wezyr zwykle nie miewał problemów ze zwięzłym referowaniem.

- No cóż - objaśnił Ahmed. - jak, o najjaśniejszy, przedstawiłem ci już w swym planie, posyłając na Ukrainę Tatarów i Kozaków Doroszenki, nie liczyłem na ich wielkie sukcesy. Liczyłem jednak na to, że zobaczę, jaką odpowiedź zgotują im Lachowie i na tej podstawie będę mógł ocenić, czego my możemy się spodziewać.

- Rozumiem, zgodnie z ustaleniami... I jaki efekt? - spytał sułtan.

- Może zacznę od przypomnienia, że już na samym początku wyprawy sytuacja chana Selima wyraźnie się skomplikowała, gdyż na wschodnich rubieżach Chanatu wybuchło powstanie chłopów z Czerkiesji. Chan z większością wojska zmuszony był wrócić do kraju. Na Ukrainie została część Tatarów, którzy otrzymali rozkaz, by utrzymać się w zajętych grodach. Oczywiście wielu tatarskich wojowników nie usłuchało rozkazu Selima i samowolnie kontynuowali wyprawę.

- Nie dziwota. W końcu obiecano im jasyr i bogate łupy - odparł Mehmed. - A co z Lachami? I jakie wyciągnęliście wnioski?

Ahmed się ukorzył.

- Co do działań ze strony Lachów... Jest ci, władco wiernych, na pewno znana postać hetmana Jana Sobieskiego. To ten, który tak srogo pobił Tatarów przed czterema laty. Było o tym głośno.

- Pamiętam... - odparł sułtan. - Bitwa pod Podhajcami. Ten Sobieski to groźny wojownik.

- Nie inaczej, o najwspanialszy. Tak więc ów hetman Sobieski ściągnął na Ukrainę wojsko z pułku, którym dowodzi. Około trzech, może czterech tysięcy szabli. Podzielił swoje siły i ruszył do walki.

- Jasne, a więc trzy tysiące ludzi Sobieskiego - stwierdził sułtan. - Proszę kontynuować.

- No i właśnie w tym sęk - odparł wielki wezyr. - Te trzy tysiące Sobieskiego to cała ich obrona.

- Jak to? - spytał sułtan. - Więc przeciwko dwudziestu tysiącom Lechistan wystawił jedynie trzy?

- Ale, padyszachu... to dopiero początek. - Ahmed kontynuował swój wywód. - Te trzy tysiące hetman Sobieski wystawił na własną rękę, jako dowódca pułku. Zresztą uczynił to bez zgody dworu i ponoć ma ponieść za to karę. Zaś król Lachów, który ma władzę nad całą ich armią, nie posłał na Ukrainę nawet jednego żołnierza.

- Jak to?! - podniosły się głosy. - Więc nie podjął się obrony swego kraju?!

- Mało tego. Nasi szpiedzy donoszą - ciągnął Ahmed - że Lachy w kraju w ogóle nie wiedzą, iż na granicach Kozak z Tatarzynem wyrzynają im rodaków. A w zasadzie to myślą, że jest wręcz przeciwnie! Dwór ogłosił, że "pogłoski" (zaakcentował z ironią) o wojnie to spisek hetmana Sobieskiego! Wszędzie w kraju myślą, że Sobieski chciał ściągnąć wojska na Ukrainę, żeby w tym czasie... I teraz słuchajcie panowie uważnie... - tu wielki wezyr zrobił krótką pauzę. - Sobieski mógł przeprowadzić zamach stanu i wprowadzić do Warszawy... jakiegoś francuskiego księcia!

Sułtan i wezyrowie naraz wybuchli głośnym śmiechem.

- I uwaga! - kontynuował Ahmed, przekrzykując czyniony przez nich hałas. - Tak więc ich król zamiast zbierać wojska do walki z Tatarzynem, zwołał je do Warszawy, do obrony przed Sobieskim!

Śmiechy w sali obrad nie ustawały. "Nie może być!", krzyczeli rozbawieni możni. "W życiu nie słyszałem niczego głupszego!".

Ten harmider trwał dłuższą chwilę. A gdy nieco zelżał, sułtan spytał:

- Wielki wezyrze, jesteś pewien tych informacji? Być może Lachy wyprowadzili naszych szpiegów w pole? Albo wręcz z nich zakpili? Toż to brzmi tak niedorzecznie, że nie ma szans, by to była prawda!

- Też mi to przyszło na myśl, o władco wiernych - odparł Ahmed. - Toteż zażądałem ponownego sprawdzenia dowodów. I choć wieści te brzmią tak absurdalnie, to wszystko jest prawdą.

W sali przez chwilę panowała cisza.

- Przepraszam panów za bezpośredniość... - rzekł wówczas naczelny aga janczarów. - Ale zdecydowanie musimy najechać na tych głupców!

Jego słowa wywołały kolejną salwę śmiechu.

Gdy wszyscy już się ponownie wyśmiali, sułtan spytał:

- A jak, wielki wezyrze, idą przygotowania naszej armii?

Ahmed jakby tylko na to czekał. Ukłonił się nisko w kierunku kraty.

- Panowie agowie... - zaczął wskazywać na obecnych na sali generałów, prosząc każdego z nich o wypowiedź.

- O, padyszachu, wielki wezyrze i szlachetni panowie - przemówił pierwszy z wodzów, powstając i spoglądając to na witraż, to po zebranych. - W kwestii naszej artylerii... W przeszłości jedną z naszych słabych stron było obleganie europejskich zamków, gdyż nasze działa nie sprawdzały się przeciw ich fortyfikacjom. Tym razem obraliśmy więc inną strategię i sami pozyskaliśmy z Europy najlepszych specjalistów, by nauczyli nas, jak te twierdze zdobywać. Korzystamy z ich rad i nieustannie rozbudowujemy naszą artylerię wedle ich wskazówek. Mogę zatem zapewnić, że niebawem osiągnie ona wystarczający poziom, by obrócić zamki Lachów w ruinę.

- Rad jestem słyszeć tak dobre informacje - pochwalił Mehmed.

Tu powstał kolejny generał i ukłonił się nisko.

- Zaproponowaliśmy żołnierzom podwójny żołd - przemówił - który wypłacony zostanie po zwycięskim zakończeniu kampanii. Jeśli zaś polegną w boju, potrójny żołd wypłacony ich rodzinom. Zwróciliśmy się także do przywódców lokalnych wspólnot, by wezwali podległych im wiernych i zagrzali ich serca do walki. Szczęśliwie zainteresowanie okazało się nadzwyczaj wysokie.

- Na jak wielką armię mogę więc liczyć? - spytał sułtan.

- O najwyższy - odparł aga, kłaniając się nisko - liczba żołnierzy znacznie przekroczy sto tysięcy.

- Przy stu tysiącach możemy zapewnić zaopatrzenie na sześć miesięcy kampanii - zameldował kolejny z generałów. - Lecz na czas zimy konieczne może być wycofanie armii.

Sułtan był pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszał.

- Przy takim przygotowaniu - odparł - nie spodziewam się, aby ta kampania miała potrwać do zimy... A więc, wielki wezyrze, ile jeszcze czasu potrzebujesz na osiągnięcie pełni gotowości?

- O najwyższy, na wiosnę będziemy gotowi.

- Wspaniale! - ucieszył się Mehmed. - Mniemam, że pamiętacie, panowie - oznajmił po chwili - jak stanowi nasze prawo wojenne... Jeśli wypowiadamy wojnę, należy dać przeciwnikowi rozsądną ilość czasu na przygotowanie. Dlatego niebawem wyślę do Warszawy poselstwo. Ty zaś, wielki wezyrze, dopilnuj, by wszystko zostało należycie przygotowane. I przypominam wam raz jeszcze o naszym celu: wprawdzie Lachowie są słabi i z łatwością ich zgnieciemy, jednak nie na nich mierzymy tę armię, ale na pokazanie światu, jak potężne jest nasze Imperium.

- Tak jest, o najwyższy - ukłonił się Ahmed.

- A więc dziękuję panom - oznajmił sułtan. - Zamykam posiedzenie Divanu.

Zgromadzeni opuścili salę. Służący wskazał wielkiemu wezyrowi, że sułtan chce rozmawiać z nim na osobności. Ahmed wszedł więc do komnaty i padł Mehmedowi do stóp.

- Za rok o tej porze - rzekł sułtan - chcę mieć zamek w Warszawie zmieniony na swoją letnią rezydencję. Przygotuj więc należycie tę wyprawę, wielki wezyrze, a przyszłe pokolenia zapamiętają nas obu jako tych, którzy zburzyli "przedmurze chrześcijaństwa"...

- Zapewniam, o najwyższy - rzekł Ahmed, całując brzeg sukni sułtana - że za rok cały Lechistan będzie u twych stóp.

Po czym odkłonił się posłusznie i opuścił komnatę.

***

Niestety... Meldunki przekazane przez wielkiego wezyra były zgodne z prawdą. Dwór królewski rzeczywiście rozpuścił po kraju pogłoskę o tym, że na Ukrainie wcale nie ma wojny, oraz o rzekomym spisku hetmana Sobieskiego i jego zwolenników.

Jednak, aby mieć pełniejszy obraz sytuacji, należy wspomnieć o jeszcze jednym wydarzeniu... Z upływem czasu nie dało się już dłużej okłamywać narodu i ukrywać przed nim toczącej się na południu wojny. Król rozesłał więc wici i powołał pod broń pospolite ruszenie, a jego dowódcą mianował hetmana wielkiego litewskiego Michała Paca. Gdy jednak rycerze dotarli na miejsce mobilizacji, stało się coś niesłychanego. Oto hetman Pac, powodowany osobistą niechęcią do Sobieskiego, rozwiązał wyprawę i puścił wojsko do domów. I tak oto Rzeczpospolita po raz kolejny nawet w obliczu wojny nie potrafiła się zjednoczyć. A osobiste animozje możnowładców znów zniszczyły życie tysiącom ludzi...

Rozdział VIII

Bitwa pod Kalnikiem

Chorągwie hetmana Sobieskiego pozostawały na ziemiach Ukrainy od dziesięciu tygodni. Wojska koronne już dawno powinny były tu dotrzeć. Na razie jednak pułk hetmana kontynuował przemarsz i odbijanie z rąk wroga kolejnych osad. Największym, obok walki z Tatarami, wyzwaniem stało się wyżywienie wojska na ziemi, która została spustoszona i całkowicie zrujnowana przez jego zagony. Dzielni wojacy coraz rozpaczliwiej wyczekiwali więc przybycia obiecanego przez króla wsparcia, aby ostatecznie wypędzić wroga i wreszcie powrócić do domów.

Gromiemu, Bojanowi i Zbyszkowi, podobnie jak reszcie żołnierzy, coraz częściej doskwierały głód i słota, a oczy szkliły się od przemęczenia. Wieczorami, gdy dane im było zasiąść przy ciepłym blasku ogniska i przeżuć pasek smażonego mięsa, spoglądali na skaczące płomienie i wracali myślami do czasów sprzed najazdu. Coraz mniej mówili, a coraz częściej spędzali długie godziny w milczeniu. I tylko świadomość, że niebawem przybędą siły koronne, a wówczas odpłacą wrogowi za całą swą niedolę, sprawiła, że Gromi nie posunął się do dezercji.

Z każdym kolejnym porankiem młodzi zwiadowcy meldowali się dowódcy, odbierali rozkazy i ruszali do pracy. Jadąc przed oddziałem, sprawdzali przedpole, wyszukiwali wroga i informowali o jego położeniu. I tak wiedli swój żołnierski żywot...

***

21 października roku 1671

Łąki i lasy okalające Kalnik spowite były poranną mgłą.

Osada była niewielka, lecz posiadała solidne, częściowo murowane obwarowania, a jej mieszkańcy szczycili się tym, że przed laty stacjonował tu ze swym pułkiem sławny wódz Kozaków - pułkownik Iwan Bohun.

Miasteczko to ze wszystkich stron było otoczone bujnym pagórkowatym lasem. Od strony wschodniej naturalną ochronę dla niego stanowiło zakole rzeki Sob, od południa obmywała je zaś druga, nieco płytsza - Kalniczka. Obie rzeki, zasilone ostatnimi deszczami, płynęły wartkim strumieniem. Jedyna droga do osady prowadziła więc przez znajdującą się nieopodal groblę, wznoszącą się nad nurtem Sobu i na tyle szeroką, że spokojnie mogłyby się na niej wyminąć dwa powozy.

Nad Kalnikiem budził się nowy dzień, gdy na skraj otaczających go lasów dotarła chorągiew wojsk pancernych. Ich sposób działania był bardzo zbliżony do stylu działania oddziału rotmistrza Jasienia. Wojacy rozbili obozowisko, a dowódca zebrał znaczniejszych służbą rycerzy na naradę, podczas której uzgodnili plan odbicia miasta.

Wkrótce rozpoczęły się przygotowania. Rycerze naładowali broń, umieścili granaty w futerałach noszonych na pasie oraz sklarowali liny zakończone hakami i przerzucili je przez ramię. A gdy już wszystko było przygotowane, dowódca zebrał podwładnych.

- Szykujcie się - nakazał. - I pamiętajcie: najpierw zdejmujemy wartowników, a potem od razu forsujemy bramę. Proste, prawda? Więc na mój znak: Naprzód!

I ruszyli ku murom. Spodziewali się, że wezmą wroga z zaskoczenia. Nie była to wszak pierwsza odbijana przez nich osada... Ledwie jednak nadjechali, a okupujący ją Tatarzy zadęli w róg, do którego po chwili dołączyło donośne bicie w dzwon. Na wałach wręcz zaroiło się od ordyńców. Ujrzawszy polskich rycerzy, posłali ku nim gęstą salwę. A następnie podpalili czarę ze smołą na górującej nad grodem wieży wartowniczej.

- Do czorta... - zaklął rotmistrz, spoglądając, jak nad wieżą wartowniczą zaczyna unosić się czarny dym. - I całe zaskoczenie psu na budę... - Po czym wydał rozkaz wycofania się spod murów.

Pancerni zgromadzili się na polanie nieopodal obwarowań. Element zaskoczenia przepadł, ale nie zamierzali zrezygnować z odbicia miasteczka. Radzili nad tym, jak najskuteczniej podejść do kolejnego uderzenia, gdy nagle ujrzeli wyłaniających się z lasu za drugim brzegiem Sobu tatarskich jeźdźców. Najwidoczniej rozłożyli swój kosz gdzieś nieopodal, z każdą chwilą z zarośli wynurzały się bowiem kolejne dziesiątki gotowych do walki ordyńców.

Od pancernych oddzielała ich jedynie grobla na rzece. Rotmistrz ocenił sytuację - zatrzymanie wroga na tejże grobli było ich jedyną szansą. Wydał jeszcze naprędce ostatnie rozkazy. Żołnierze rzucili na drogę stalowe krzyże, zakończone ostrymi szpikulcami, po czym rozstawili się na grobli i nad brzegiem rzeki. A do tego zagrażała im przecież tatarska obsada w osadzie. Uformowali się więc na kształt podkowy, aby móc obserwować wroga zarówno ze strony miasta, jak i grobli. I trzymając tarcze w gotowości, szykowali się do odparcia ataku.

- Chorąży! - wybrzmiał jeden z rozkazów. - Puszczaj flary!

Rycerz dobył ze skrzyni pistolet i załadował. Jedna za drugą flary pofrunęły, rozpylając na niebie gęsty czerwony dym - jednak silny wiatr zdmuchnął je i nie pozwolił im wznieść się wysoko. A hordy tatarskich najeźdźców były już coraz bliżej... Padły pierwsze salwy z broni palnej, a Tatarzy zasypali Polaków gradem strzał. Po chwili obie siły starły się na grobli - i na trakcie prowadzącym do Kalnika rozpoczęła się bitwa...

***

Chorągiew dragonii rotmistrza Jasienia także wcześnie rozpoczęła nowy dzień. Wraz z okrywającą niebo jutrzenką po obozowisku zaczął roznosić się zapach gotowanej przez pachołków zupy z grochu i znalezionych w okolicy chwastów. Nasi bohaterowie nie byli zainteresowani taką strawą i z pustymi brzuchami stawili się na odprawie. Rotmistrz, jak co dzień, przedstawił żołnierzom sytuację taktyczną: położenie chorągwi, przybliżone lokalizacje pozostałych oddziałów i oddziału hetmana oraz planowany na dzisiejszy dzień kierunek przemarszu wojska.

- Zwiadowcy - zwrócił się młodzieńców. - Dla was nic nowego. Sprawdzacie okolicę i meldujecie wszelkie aktywności wroga. Ale powtarzam: teraz każdy dzień może być decydujący. Tak więc pełne skupienie i oczy dookoła głowy. Jasne?

- Tak jest! - odparli jednocześnie wszyscy trzej, skinąwszy głowami. Po czym odkłonili się dowódcy i ruszyli w las.

Poranny październikowy chłód dawał im się we znaki, jednak niebo, pokryte rozłożystymi lecz białymi i puchatymi obłokami napawało ich nadzieją na ładny dzień. Jadąc zgodnie z wytycznymi, przemierzali leśną ścieżkę i dotarli na skraj lasu. A wówczas ujrzeli coś, co sprawiło, że serca podeszły im do gardeł...

Oto rozpostarł się przed nimi widok na rozłożystą polanę i rozbity na niej obóz tatarskiego czambułu. Na oko dwa tysiące uzbrojonych wojowników krzątało się po obozowisku. Jedni pełnili wartę, inni szykowali posiłki lub zajmowali się końmi. W oddali zaś ujrzeli wozy wyładowane łupami oraz kilka setek jeńców.

W pierwszej chwili zamarli. Oto rozstrzygająca bitwa, o której powtarzał rotmistrz Jasień, przestała być czymś odległym, co miało wydarzyć się w przyszłości. Przed sobą mieli wroga, z którym przyjdzie im zawalczyć zapewne jeszcze dziś.

- Wracamy do obozu... - Zbyszek skinął na kompanów.

Zawrócili konie, aby popędzić z meldunkiem. Jednak ledwie ruszyli, gdy nagle Bojan ich wstrzymał.

- Cicho... - szepnął.

Zastygli więc w bezruchu. Nasłuchując uważnie, usłyszeli dźwięk końskich kopyt stąpających po liściach. Gdzieś w okolicy przejeżdżali właśnie tatarscy konni wartownicy. Odgłos kopyt stawał się coraz donośniejszy - Tatarzy byli coraz bliżej. Zsiedli więc z koni, skryli się w gęstwinach i wstrzymali oddech.

Po chwili, zdającej się trwać w nieskończoność, odgłos kopyt zaczął tracić na sile - szczęśliwie wartownicy pojechali dalej. Zwiadowcy nieśmiało wychylili się z zarośli i wrócili na drogę. Zamierzali już dosiąść swoich rumaków, gdy w koszu rozległy się krzyki i dźwięki piszczałek. Młodzieńcy ponownie zakradli się na skraj lasu. W oddali, po drugiej stronie za tatarskim koszem, unosił się gęsty czarny dym... Ordyńcy w pośpiechu chwytali za broń i dosiadali koni. A dla naszych bohaterów jasne stało się, że gdzieś niedaleko stąd doszło do spotkania Polaków z wrogiem i że lada chwila do tej walki dołączy cały czambuł.

- Wracamy do Jasienia! - szepnął Zbyszek, wskakując na grzbiet konia. - I to cwałem!

Gromi dosiadł swego rumaka.

- Czekajcie! - zawołał Bojan. I gdy obaj spojrzeli na niego ze zdziwieniem, stwierdził:

- Nasza chorągiew tam nie wystarczy... Musimy jechać od razu po hetmana!

Gromi i Zbyszek spojrzeli po sobie. Przyznali, że Bojan miał rację. Zerknęli jeszcze na kosz wroga. Większość Tatarów ruszała do walki. Niektórzy jednak naprędce pakowali łupy i korzystając z zamieszania, organizowali się w kilkunastoosobowe grupki, po czym czmychali w leśne gęstwiny. Na ten widok wściekli wodzowie skierowali inne zagony, aby łapały dezerterów. A dla naszych bohaterów oznaczało to jedno: w lesie aż roi się od Tatarów.

Wówczas Gromi wpadł na pomysł. Skinął braciom w kierunku wartowników, przed którymi przed chwilą się kryli. Młodzieńcy pospieszyli ich śladem i kilka chwil później dostrzegli ich sylwetki. Na dźwięk piszczałek dwaj jeźdźcy przystanęli i zaczęli dyskutować. Zapewne o tym, czy powinni udać się do kosza, skąd mogliby zostać wysłani do walki, czy też pozostać tu, w lesie. Gromi, Bojan i Zbyszek zbliżyli się ukradkiem i zrzucili zaskoczonych wartowników z koni. Doskoczyli do nich, zdarli z nich kożuchy i narzucili na siebie. Ograbionych zostało jednak tylko dwóch. Zbyszek wpadł więc na pomysł - rzucił Gromiemu kożuch i wskoczył na koński grzbiet, po czym pozwolił prowizorycznie spętać swoje ręce. Odtąd udawać miał jeńca. I tak przygotowani ruszyli leśną ścieżką.

Fortel naszych bohaterów zdawał się przynosić dobry skutek. Pośród tego powszechnego rozgardiaszu krążące po lesie grupki Tatarów nie zwracały na nich większej uwagi. Ale tylko do czasu... Nagle na swej drodze spotkali jadący z naprzeciwka zagon liczący ponad dwudziestu zbrojnych. Nie mogli się już wycofać - musieli przebić się przez zagon. Skinęli sobie głowami i przyspieszyli rumaki aż do cwału. Tatarzy unieśli łuki i posłali strzały - jakimś cudem o włos minęły młodych zwiadowców - i usiłowali wbić w nich ostrza swych szabli i włóczni. Pomimo że ostrza te zdołały ich dosięgnąć i zadać rany, młodzieńcy wyminęli zagończyków i popędzili dalej przed siebie, aby jak najszybciej odnaleźć hetmana Sobieskiego.

***

Tymczasem w obozie chorągwi rotmistrza Jasienia nagle nastało poruszenie. Nadjechał właśnie rycerz chorągwi pancernej - skulony, w podartych i zakrwawionych szatach, spod jego kolczugi sączyła się struga krwi. Dragoni pomogli mu zejść z konia.

- Pomocy... - zawołał ostatkiem sił, po czym wskazał dłonią na gościniec i dodał: - Moja chorągiew... Kalnik...

Na miejsce natychmiast przybył rotmistrz i reszta żołnierzy. Wokół zrobiło się zbiegowisko. Chorąży podał mężczyźnie kielich z winem.

- Mów, co się stało! - nakazał Jasień.

Żołnierz drżącymi dłońmi uniósł kielich i wypił zawartość. Wino szybko przytłumiło jego ból.

- Rankiem uderzyliśmy na Kalnik - rzekł, oddychając z trudem. - Stanęliśmy pod miastem, aż tu nagle zewsząd otoczyli nas Tatarzy. Tylko mnie jednemu udało się przedrzeć... Ratujcie! Bo tam ani chybi, dojdzie do rzezi!

- A ilu jest tych Tatarów? - spytał rotmistrz.

Jednak mężczyzna zaczął już "odpływać".

- Setki... - odparł jeszcze, po czym głowa mu opadła, a rycerz stracił resztki przytomności.

Jasień zaczął nerwowo rozglądać się wokół.

- Gdzie moi zwiadowcy!? - ryknął. - Teraz, gdy mi są najbardziej potrzebni!

Jednak nikt z obecnych nie mógł znać odpowiedzi na to pytanie.

- Jakie rozkazy, mości panie dowódco? - spytał chorąży. - Posłać ludzi do hetmana?

Rotmistrz ochłonął. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, marszcząc brwi.

- Niech jedzie dwóch dragonów - rzekł do zebranych. - A z całą resztą ruszamy prosto na Kalnik.

Wydawszy rozkaz, Jasień westchnął ciężko. Po chwili szepnął:

- Niech Bóg ma nas w swej opiece... - Po czym, już stanowczym tonem, nakazał: - Dąć w róg!

Trębacz zadął więc ile tchu, a Jasień krzyknął:

- Wszyscy na koń! Ruszamy na Kalnik!

***

Na grobli trwała zażarta walka. Z każdą chwilą narastał bitewny tumult. Wkrótce cały czambuł stał już nad rzeką. Polacy z trudem bronili grobli. Coraz wyraźniej rysowała się przewaga Tatarów.

Tymczasem nasi bohaterowie pędzili leśnym traktem. Kiedy Gromiemu spłynęła na policzek kropla krwi, a za nią następna, pojął, że został zraniony w głowę. Spojrzał na braci - oni także mieli liczne rany i zadrapania. Teraz jednak nie mogli się zatrzymać. Przemierzali knieje, skakali nad zwalonymi pniami i popędzali wierzchowce. Wszystko, aby czym prędzej dotrzeć do hetmana.

I stało się. Przed sobą w oddali ujrzeli hetmańską chorągiew i przemierzającą gościniec kolumnę husarii. Popędzili więc ku rycerzom, machając rękoma i wołając:

- Tatarzy pod Kalnikiem! Cały tatarski czambuł!

Nagle zostali uchwyceni pętlami arkanów, zrzuceni z koni i powaleni na ziemię. Rycerze otoczyli ich i wymierzyli w nich ostrza włóczni, a po chwili przygnietli do ziemi i usiedli kolanami na plecach chłopców. I wtem rozległo się donośne:

- Przesunąć się!

Spomiędzy towarzyszy wyłonił się hetman Sobieski.

- Podnieść ich! - ryknął.

Młodzieńcy zostali chwyceni za kożuchy i podniesieni na równe nogi. I tak oto Gromi, ubrudzony błotem i odziany w tatarski kożuch, po raz pierwszy stanął twarzą w twarz ze sławnym wodzem. Hetman był wielkiej postury, miał bujne czarne wąsy, krzaczaste brwi i wydęte policzki, pod którymi widoczne były popękane naczynia krwionośne. A do tego niski, donośny, basowy głos. Ogółem - budził tak ogromny respekt, że nasi bohaterowie zamarli w bezruchu.

- Gadajcie! - ryknął na nich. - Coście za jedni?! I dlaczego macie tatarskie stroje!

- Mości panie hetmanie - zaczął wyjaśniać Zbyszek, na tyle zwięźle i składnie, na ile był w stanie. - Jesteśmy zwiadowcami z chorągwi rotmistrza Jasienia. Stroje mamy tatarskie, bo musieliśmy się przedrzeć przez tatarskie zagony. Rankiem natrafiliśmy na kosz z całym czambułem, ze dwa tysiące ordyńców. Ale nagle nad jakąś osadą za czambułem zaczął unosić się dym, a Tatarzy chwycili za broń i ruszyli w jej stronę. Co działo się dalej, to nie wiemy, bośmy zdecydowali się od razu pognać do mości pana hetmana.

Sobieski przyjrzał im się uważnie.

- Podajcie mi mapę! - nakazał swojemu adiutantowi. - I opatrzcie im rany! - zawołał do pachołków.

Ktoś przyniósł pakuły, a pachołkowie zajęli się tamowaniem krwawienia. W tym czasie adiutant podał hetmanowi zwój.

- Gdzie to było? - spytał, rozwijając mapę. Zbyszek na szybko zorientował się w niej, odnalazł charakterystyczne punkty i wreszcie wskazał łąkę otoczoną lasami.

- Kalnik! - zawołał hetman. - Zwołajcie wszystkie oddziały! - rozkazał swemu chorążemu. - Niech przybywają tam bez zwłoki. I powiedzcie im, że rozpoczęła się ostatnia bitwa... - Po czym ściągnął cugle swego rumaka. - Mości panowie! - ryknął jeszcze przez ramię do swych podwładnych. - Wreszcie nadeszła ta chwila! Gotujcie broń! I ruszamy na Kalnik!!!

- Na Kalnik! - odkrzyknęli rycerze.

I chorągiew ruszyła za swym sławnym wodzem.

Nasi bohaterowie nieustannie ponaglali opatrujących ich pachołków. A gdy już zostali jako tako opatrzeni, oni także popędzili w ślad za wojskami hetmana.

Jechali tak pośród gęstwin - i z każdą chwilą coraz głośniej docierał do nich bitewny tumult. Aż wreszcie stanęli na skraju lasu. Roztoczył się przed nimi widok na dolinę, osadę Kalnik i Polaków broniących się przed wściekłym naporem wroga. Tymczasem hetman Sobieski obrócił się ku swym rycerzom, uniósł buławę i ryknął:

- Ruszać w bój, na Boga!

Czas jakby zwolnił. Gromi widział i słyszał wszystko dokładnie i ze wszystkimi szczegółami. Widział skupienie na twarzach walczących. Słyszał ich ciężkie oddechy pośród huku wystrzałów, szczęku szabli i rżenia koni...

...Aż wreszcie otrzeźwiał. Nagle poczuł całym sobą ten impet, z jakim odsiecz wpadła na pole bitwy.

Siła natarcia chorągwi husarskiej była ogromna. Wroga dosięgły salwy muszkietów, a po chwili wpadli dragoni, siekąc szablami, włóczniami i czekanami. Choć Tatarzy mieli przewagę liczebną i choć usiłowali odeprzeć natarcie, ich szyki się rozerwały, a najeźdźcy zostali zepchnięci do obrony. Polacy wciąż parli przed siebie, siekąc wściekle wroga. A z kolejnych kierunków na pole bitwy docierały już następne chorągwie i z marszu włączały się do bitwy.

Tylko nieliczni Tatarzy i Kozacy zdołali uratować się ucieczką. Większość z nich zginęła w walce albo utonęła w bystrym nurcie Sobu.

Zwycięstwo było pełne i niepodważalne.

Pojąwszy, że wygrali, wojacy rzucali broń i padali na kolana, dysząc ciężko i czyniąc znak krzyża. A gdy złapali wystarczająco tchu, wstawali z kolan i wznosili okrzyki. I długo jeszcze wiwatowali i skandowali imię swego wodza. Oto bowiem w ostatecznej bitwie zwyciężyli w wojnie polsko-kozacko-tatarskiej...

***

Dzień dobiegał końca. Nasi bohaterowie, teraz już należycie opatrzeni, siedzieli przy jednym z ognisk w opuszczonym przez Tatarów koszu. Bojan miał ramię owinięte temblakiem, Gromi owiniętą głowę, a Zbyszkowi cyrulik oczyszczał właśnie ranę po cięciu kosą - na szczęście nie była zbyt głęboka. Wszyscy trzej byli nieco obolali, ale szczęśliwi. Powoli zaczęło docierać do nich, że ta straszna wyprawa wreszcie dobiegła końca...

Wtem podszedł do nich ten sam pachołek, z którym niegdyś pokłócili się u bram chutoru. Obdarzyli go równie niechętnym spojrzeniem jak on ich. Jednak pachołek wskazał ich stojącemu za nim mężczyźnie - a był nim adiutant hetmana Sobieskiego.

- Zwiadowcy - rzekł - mości pan hetman chce was widzieć.

Rozdział IX

Dwór królewski

Cyrulik na szybko dokończył opatrywać ranę Zbyszka, po czym cała trójka udała się za adiutantem. Zaprowadził ich do rozłożystego pawilonu o krwistoczerwonym poszyciu, który przedtem należał do dowódcy Tatarów. Hetman siedział właśnie przy stole i skrobał coś na pergaminie. Znajdował się tu także rotmistrz Jasień, a obok kilku innych oficerów.

- Mości panie hetmanie. - Adiutant się ukłonił. - Mości panowie...

Hetman podniósł spojrzenie na przybyłych.

- Chwileczkę... - Dopisał jeszcze kilka ostatnich słów, złożył swój podpis, zwinął pergamin w rulon, zalakował i opatrzył hetmańską pieczęcią. - A zatem - zwrócił się do Jasienia - zapewnia pan rotmistrz, że można im zaufać?

- Ja im zaufałem, mości panie hetmanie - odparł Jasień. - I póki co, się na nich nie zawiodłem. Dobrze służyli w mojej chorągwi.

Sobieski zwrócił spojrzenie na trzech młodzieńców. W spojrzeniu tym, jak i w całej jego osobowości drzemały takie pokłady siły, że Gromi poczuł się przy nim malutki jak mrówka. Dobrze, że byli z nim bliźniacy, bo sam nie wykrztusiłby z siebie nawet słowa.

- Przypomnijcie mi: jak się zwiecie? - poprosił Sobieski.

- Panie hetmanie - odezwał się Zbyszek, wskazując po kolei. - to jest Gromisław z Białej Wsi, to jest Bojan z Komarowa, a ja jestem Zbigniew z Komarowa. Zwiadowcy z chorągwi mości pana rotmistrza.

- A więc, Gromisławie, Bojanie i Zbigniewie - rzekł im Sobieski - wykazaliście się nie lada rozwagą, przyjeżdżając dziś bezpośrednio do mnie. I jak słyszeliście, wasz dowódca osobiście za was poręczył. Zatem dostaniecie teraz należny wam żołd. - Tu spojrzał na jednego z oficerów, a ten zrozumiał swoją powinność. Dobył kiesy, odliczył po sporej kupce monet i każdemu z nich odsypał zawartość do sakiewki.

- To zapłata za dwa miesiące kampanii i z góry za dwa kolejne - kontynuował w tym czasie hetman. - Jednak zanim wrócicie do domów, powierzam wam jeszcze jedno, ostatnie zadanie. Pojedziecie prosto do Warszawy i udacie się na zamek, do jego królewskiej mości - nakazał, podnosząc list. - Przekażecie to w jego ręce i opowiecie, coście widzieli w czasie kampanii.

- Tak jest... - przytaknęli i ukłonili się, skołowani takim rozwojem wydarzeń.

- Liczę, że mogę wam zaufać - rzekł jeszcze hetman - i list trafi w ręce króla, niczyje inne. - Wręczając pismo Zbyszkowi, dodał: - A przy okazji możecie ściągnąć mu tę głupawą perukę i zdzielić w ten durny łeb...

Obecni w namiocie oficerowie zaśmiali się. Młodzieńcy zaś spojrzeli po sobie, zszokowani rozkazem, jaki właśnie otrzymali. Nawet nie zauważyli, że oficer wcisnął im w dłonie po sakiewce.

- Żwawo, chłopcy! - Sobieski pospieszył ich gestem dłoni. - Albo się rozmyślę i poślę kogo innego...

Choć nadal byli w szoku, odkłonili się nisko i odeszli sprzed oblicza hetmana. Po czym wsiedli na koń i ruszyli przed siebie. Ku dalekiej Warszawie...

***

Kilka dni później...

Gromi, Bojan i Zbyszek przemierzali spustoszone ziemie z ulgą, że okrucieństwa tej wojny wreszcie dobiegły końca, a wrogowie zostali przegnani. A gdy wstąpili do pierwszej ocalałej karczmy, niemal zachłysnęli się ekscytacją. Rozpierała ich duma, a sakiewka u boku była przyjemnie pękata. Do tego zostali wyróżnieni przez hetmana Sobieskiego i posłani do samego króla Rzeczypospolitej. Długo więc gościli w karczmie, świętując odniesiony sukces.

A potem wyruszyli w dalszą drogę.

Z początkiem grudnia przeminęła piękna polska złota jesień. Nadeszła zima, a wraz z nią mrozy i obfite opady śniegu. Słońce gościło na niebie jedynie przez kilka krótkich godzin. Za dnia jechali pośród lasów i pól pokrytych zaspami śniegu. Wieczory i noce spędzali zaś w przydrożnych oberżach. W ostateczności, gdy na żadną nie natrafili, rozpalali w lesie ognisko i ogrzewali się w blasku płomieni. Mówiło się, że w tych lasach było niebezpiecznie, a na wędrowców napadać miały bandy zbirów lub wygłodniałe wilki. Szczęśliwie jednak podróż odbyła się bez takich przygód (poza tym, umówmy się, po tym, co przeżyli na wojnie, dzikie zwierzęta czy byle obwiesie nie byli w stanie wzbudzić w trójce dzielnych wojaków nawet odrobiny strachu).

Przemierzyli tak w swej wędrówce ziemie Ukrainy, Lubelszczyzny i Mazowsza. Była już niemal połowa grudnia. Dzień chylił się ku końcowi, gdy dotarli do wsi Praga, z której od Warszawy dzieliła ich już tylko Wisła. Zatrzymali się na noc w przydrożnej karczmie. Emocje towarzyszące świadomości, że już jutro staną przed obliczem samego króla, prawiły, że tej nocy Gromi długo nie mógł zasnąć. W końcu odpłynął jednak do królestwa snu. O świcie wyszedł przed karczmę, gdzie czekali już na niego bliźniacy. A wówczas ruszyli w drogę prosto ku stolicy.

Ten dzień, choć mroźny, był bardzo rześki. Niebo było błękitne i czyste, a twarz muskały promienie słońca. Z łatwością otrząsnęli się ze znużenia długą trasą i pełni werwy ruszyli traktem ku miastu. Wkrótce stanęli na wschodnim brzegu Wisły, a tu ich oczom ukazały się mury, wieże i gąszcz zabudowań po drugiej stronie rzeki. Oto ujrzeli słynną Warszawę...

Nad wodami Wisły górował Zamek Królewski. Od strony brzegu rzeki chroniły go ceglane mury obronne z dwoma bastionami po bokach. Nad nimi, na stoku, wznosiły się ogrody z żywopłotami przyciętymi w symetryczne figury. Nad ogrodami mieścił się pokaźny, zbudowany z rozmachem, trzypiętrowy pałac królewski. Ściany jego fasady w następnych wiekach miały zyskać barwę palonej cegły, jednak w XVII wieku były one koloru białego. Zwieńczeniem budowli była wieża zamkowa z wysoką iglicą. Wszystko razem robiło niesamowite wrażenie - zamek ten zdecydowanie stanowił godną siedzibę władcy wielkiego i sławnego królestwa, jakim była wówczas Rzeczpospolita. A oprócz owego zamku, z drugiego brzegu rozciągał się także widok na warszawskie świątynie, spośród których szczególnie w oczy rzucała się katedra, górująca nad zamkiem wysokością swych wież, oraz na mrowie pałaców i kamienic.

Młodzieńcy przeprawili się barką na drugi brzeg Wisły i wkrótce dotarli do bramy miejskiej. Gdy strażnicy ujrzeli hetmańską pieczęć na przywiezionym przez nich piśmie, otworzyli wrota i pozwolili im wjechać na teren miasta.

To, co ujrzeli po przekroczeniu murów, wprawiło ich w niemałą konsternację. Gdyby Gromi miał opisać stolicę, pierwszymi określeniami, które przyszłyby mu na myśl, byłyby "hałas", "chaos" i "o co tu chodzi?!". Warszawa była bowiem gęstym zbiorem budynków postawionych bez jakiegokolwiek planu. Wspaniałe murowane pałace stały obok drewnianych ruder. Ulice miejscami były nadmiernie szerokie, a miejscami zbyt wąskie, by minęły się na nich dwa powozy. Nie były one wybrukowane, co stanowiło sporą niedogodność nie tylko w czasie deszczów, ale także teraz, gdy mróz związał i utwardził wszelkie nierówności. Wciąż widoczne były skutki ogromnego pożaru, który nawiedził stolicę przed dwoma laty, i trwająca odbudowa. Miejscami mijali więc zgliszcza sąsiadujące z nowymi wystawnymi kamienicami czy nadpalone fasady świątyń i pałaców.

Oprócz chaosu urbanistycznego panował tu chaos społeczny. Miasto było niczym jeden wielki ul. Wokół roiło się od ulicznych sprzedawców, kramów i różnego rodzaju artystów. Ludzie, pomimo przenikliwego chłodu, byli dosłownie wszędzie. Ci najbogatsi podróżowali w lśniących, bogato zdobionych powozach. Inni szli przed siebie w nerwowym pośpiechu. Jeszcze inni przesiadywali w którejś z licznych gospód. Jedni nosili kunsztowne futra i czapki, a wszystko ozdobione kunsztowną biżuterią. Swymi wytwornymi gestami i kwiecistym słownictwem pokazywali swoją kulturę i obycie. Inni, rzemieślnicy i prosta gawiedź, przemierzali ulice w pośpiechu, w sfatygowanych płaszczach i z nietęgimi minami ludzi ciężko pracujących na swój byt.

Nasi bohaterowie przemierzyli labirynt miejskich uliczek, przeciskając się między tłumami. Aż wreszcie ukazał im się Plac Zamkowy.

Na środku placu wznosiła się kolumna Zygmunta - wysoki na ponad dwadzieścia metrów monument, na którego szczycie stał pomnik króla Zygmunta III Wazy, który to zasiadał na polskim tronie przed pół wieku. Kamienny król Zygmunt dumnie spoglądał z kolumny na przechodniów, w prawej dłoni dzierżąc miecz, a w lewej podtrzymując krzyż.

Zamek królewski zaś, widziany od strony miasta, w ogóle nie przypominał takiego warownego zamku, jaki znajdował się na Wawelu. Nie miał żadnych fortyfikacji. Pałac - siedziba króla - z zewnątrz otoczony był budynkami o białych fasadach, a mieściły się w nich królewskie stajnie, kuchnie i pomieszczenia gospodarcze. Pomiędzy tymi zewnętrznymi zabudowaniami wznosiła się biała arkada stalowej bramy wjazdowej z pozłacanymi zdobieniami. Wartę przy bramie pełnili strażnicy straży królewskiej, uzbrojeni w lśniące, budzące przestrach halabardy. Na wieńczącym wrota łuku wyrzeźbiony był z niezwykłą dokładnością herb Rzeczypospolitej, przedstawiający polskiego Orła Białego i litewską Pogoń.

Młodzieńcy podeszli do strażników i pokazali im pismo. Ci przyjrzeli się pieczęci hetmana Sobieskiego i zlustrowali przybyszy pełnym podejrzliwości spojrzeniem. Wreszcie nakazali im zostawić broń i dokładnie przeszukali. W międzyczasie ich konie zostały odebrane przez stajennych i zaprowadzone do stajni. Dopiero wtedy strażnicy wpuścili trzech młodych wojaków na teren zamku.

Po przekroczeniu bramy przywitał ich kolejny mężczyzna. Ten odziany był już bardziej wytwornie - miał na sobie czarny kapelusz, uszyty na miarę niebieski płaszcz, białe spodnie i wysokie skórzane buty. Ukłonił im się na powitanie, oznajmił: "Będę waszym przewodnikiem" i poprowadził ich za sobą przez brukowany dziedziniec.

Zamek królewski zbudowany był na planie pięciokąta, o prostej, przysadzistej bryle, pokryty jednostajną, białą fasadą. Miał trzy piętra. Miejscami udekorowany był elementami złota, jednak ze smakiem i bez zbędnego przepychu.

Pod masywną wieżą zegarową mieściła się brama prowadząca na wewnętrzny Dziedziniec Wielki. Podążając za przewodnikiem, wkroczyli na teren zamku. Tu dwójka pięknie odzianych odźwiernych otworzyła im na oścież wrota i nasi bohaterowie wkroczyli do jego wnętrza.

Mężczyzna poprowadził ich schodami na korytarz i dalej przez zamkowe izby. Poczuli się teraz jak w jakimś cudownym śnie... Podłogi wyłożone były lśniącymi marmurami. Na ścianach żywe pastelowe kolory mieszały się z nieskazitelną bielą okiennic i parapetów. Przy ścianach stały marmurowe popiersia. Odwzorowywały one upamiętnione nimi osobistości z zapierającą dech dokładnością. Na korytarzach stały kolumny, na których wyeksponowano drogocenne wazy i misy. Na ścianach wisiały wielkie obrazy w pięknie zdobionych złotych ramach. Jeden z korytarzy ozdobiony był zaś słynnymi na całą Europę ogromnymi arrasami. A do tego blask bijący ze zdobionych kryształami rozłożystych złotych żyrandoli - to wszystko było dla trzech prostych wojaków tak onieśmielające, że ostrożnie stawiali każdy krok, by przypadkowo czegoś nie strącić lub nie pobrudzić.

Wreszcie stanęli przed drzwiami, których pilnowała kolejna para uzbrojonych wartowników. Z wnętrza dobiegały dźwięki muzyki.

- Do króla? - spytał strażnik.

- Do króla.

- Teraz jaśnie nam panujący nie przyjmuje. Trwa posiedzenie rady królewskiej.

- Rozumiem - odparł przewodnik, po czym zwrócił się do naszych bohaterów. - No trudno, musicie poczekać. Albo przyjść jutro...

Gromi, Bojan i Zbyszek spojrzeli po sobie. Zamierzali już zdecydować się na tę drugą sposobność, gdy zjawił się mężczyzna odziany w szkarłatny kontusz. Od razu można było poznać, że jest to ważna osobistość. Miał pociągłą twarz, włosy koloru miedzi i długą, miejscami siwiejącą już brodę. A był to jeden z najbliższych współpracowników króla - pisarz polny koronny Stefan Stanisław Czarniecki.

Pisarz polny koronny było to jedno z najwyższych stanowisk w armii koronnej. Pisarz, wraz ze strażnikiem wielkim, strażnikiem polnym i oboźnym tworzyli naczelny sztab armii, odpowiedzialny za wszelkie sprawy organizacyjne, a także pozyskiwanie i dystrybuowanie środków. W zasadzie zajmowali się wszystkim tym, co konieczne, aby hetman mógł skupić się już tylko na dowodzeniu armią.

- Do króla? - spytał starzec, wskazując skinięciem na przybyszów.

- Tak, wielce szlachetny panie pisarzu - zameldował przewodnik, kłaniając się pokornie.

Czarniecki spojrzał na młodzieńców.

- W jakiej sprawie? - spytał.

- Mamy dla jego królewskiej mości list - odparł Zbyszek - i rozkaz, by doręczyć go do rąk własnych.

Czarniecki zerknął na pergamin.

- Chodźcie... - skinął na nich dłonią i ruszył ku sali.

Strażnicy otworzyli parę masywnych dębowych drzwi. Młodzi wojacy ruszyli więc w ślad za Czarnieckim i na sztywnych ze strachu nogach wkroczyli do środka. I tak znaleźli się w sali zwanej Salą Wielką.

Było to najokazalsze pomieszczenie w całym zamku. Na podłodze błyszczała marmurowa posadzka. Przy zdobionych złotą i śnieżnobiałą sztukaterią ścianach wznosiły się kolumny ze złotego marmuru. A do tego bogactwo rzeźb, reliefów i posągów. Okna zakryte były złotymi kotarami, a całe wnętrze oświetlały kryształowe żyrandole. Sufit ozdobiony był z równie wielkim rozmachem i zwieńczony malowidłami przedstawiającymi sceny z Biblii.

W Sali Wielkiej trwało właśnie przedstawienie. Po marmurowym parkiecie w rytm muzyki wiły się dwa tuziny tancerzy i tancerek odzianych w białe szaty w antycznym stylu i z pozłacanymi liśćmi laurowymi wieńczącymi skronie. Stojąca w głębi sali orkiestra grała na lutniach, harfach i całej gamie innych instrumentów. Obok muzyków stał chór składający się z młodych, smukłych kobiet, śpiewający w pięknych, wysokich tonach. Wszyscy, zarówno chór, jak i orkiestra, odziani byli w takie same stroje jak artyści - białe togi i wieńce na skroniach.

Król siedział na tronie. Poniżej rozstawione były fotele, na których siedziało kilkunastu członków rady królewskiej. Większość z nich była w podeszłym wieku, ich głowy pokryte były siwizną, a twarze - zmarszczkami. Część miała na sobie szkarłatne szaty biskupie, inni aksamitne kontusze, a na ich palcach dostrzec można było sygnety wysadzane szlachetnymi kamieniami. Byli wśród nich najpotężniejsi możni Rzeczypospolitej:

kanclerz wielki koronny Jan Leszczyński; Jerzy Lubomirski, jeden z najbliższych doradców króla, a zarazem reprezentant jednego z najpotężniejszych rodów Rzeczypospolitej; Teodor Denhoff, polityk znany z wielu funkcji, jakie już od wielu lat pełnił na dworze królewskim, wcześniej dla Jana Kazimierza, a teraz przy obecnym władcy; biskup krakowski Andrzej Trzebicki; biskup poznański Stefan Wierzbowski; hetman polny koronny (a zarazem kuzyn króla) Dymitr Wiśniowiecki.

A także kilku innych możnowładców oraz pewien skromny mnich. Był to jezuita Samuel Przypkowski, który wywierał na króla wielki wpływ w dziedzinie duchowości. Wszyscy zebrani tu mężowie oglądali właśnie sztukę, kołysząc się w fotelach w rytm melodii. Służący chodzili między nimi i napełniali puchary winem. Choć dopiero dochodziło południe, co chwilę któryś z możnych unosił swój kielich po dolewkę. I widać było, że sporo tych kielichów zdążyli już dziś opróżnić...

Gromi zerknął ukradkiem na króla.

Michał Korybut Wiśniowiecki był odziany w jedwabny czerwony kaftan z szeroką haftowaną chustą pod szyją. Na głowie miał wielką perukę imitującą puszyste, kręcone, jasnobrązowe loki. Ponieważ w sali było nagrzane, a on kołysał się żywiołowo, po jego twarzy spływały strużki potu. Aha... i wciąż przywodził swoją aparycją na myśl ogromną żabę - nadal miał ten sam wąsik, wyłupiaste oczy i pyzate policzki.

Zmieniło się tylko jedno - był jeszcze grubszy niż podczas koronacji. Widocznie władanie królestwem dobrze mu służyło. Zresztą nie wyglądało na to, że specjalnie się tym królestwem interesował. Podczas gdy na rubieżach kraju trwała wojna, płonęły całe osady i ginęły tysiące ludzi, on z wypiekami na twarzy oglądał występ, kręcąc głową, rechocząc i klaszcząc w dłonie jak małe, niesforne dziecko.

Gromi, Bojan i Zbyszek spojrzeli po sobie, a ich miny wyrażały wszystko. Zupełnie inaczej wyobrażali sobie władcę Rzeczypospolitej i ludzi, którzy odpowiadali za los jej mieszkańców.

- Dajcie mi ten list - rzekł Czarniecki, wyciągając dłoń. Otrzymawszy go, wskazał królowi delikatnym gestem, że przybyli goście i okazał pismo.

Korybut jednak, zaabsorbowany sztuką, machnął jedynie dłonią. Pisarz wskazał im więc, aby usiedli.

Tak też uczynili - usiedli posłusznie na stojących w kącie pustych krzesłach. Czarniecki rozpieczętował list i rzucił okiem na jego treść.

Tymczasem odziani w białe stroje tancerze wili się w rytm muzyki. Część tancerek miała długie aksamitne szarfy, którymi wywijała w powietrzu, nadając tkaninom fantazyjne kształty. A wszystko w doskonale wyćwiczonej sekwencji. Członkowie rady królewskiej oglądali widowisko, a służba wciąż dolewała wina do opróżnianych przez nich pucharów.

Wtem król skinął na pisarza Czarnieckiego, który posłusznie do niego podszedł.

- A cóż to za goście nas odwiedzili? - spytał, spoglądając na młodzieńców.

Nadal grała muzyka, jednak Gromi zdołał wyłowić uchem ich rozmowę.

- Przybyli z meldunkiem od hetmana Sobieskiego - wyjaśnił Czarniecki.

- Od Sobieskiego?! - żachnął się król. - Czego znowu chce ten prostak?

- Wasza Wysokość może być spokojny - Czarniecki się ukłonił. - Nie ma tu nic, co wymagałoby waszej uwagi.

- Aha. To dobrze... - Taka odpowiedź zadowoliła króla Michała. O wiele bardziej zaciekawili go przybysze. - Ale że takich młodziaków z nim wysłał... - zauważył, przyglądając im się z uwagą. - Dobrze im patrzy z oczu. Kamerdyner! - przywołał po chwili służącego. - Nalej naszym gościom wina. Na pewno są spragnieni!

Kamerdyner ukłonił się usłużnie. Był to wysoki, szczupły młodzieniec o długich do ramion, lśniących jasnych włosach, delikatnych rysach i nieskazitelnie czystej cerze. Gromiemu przeszło przez myśl, że był bardziej zadbany niż niejedna kobieta. Nasi bohaterowie już po chwili otrzymali po pucharze z winem. Nie byli zainteresowani piciem o tak wczesnej porze, jednak nie wiedzieli, czy wypada im odmówić. Gdy więc król wzniósł swój kielich, z uśmiechem zachęcając ich do skosztowania trunku, napili się, po czym już wszyscy skupili się na spektaklu. A że Gromi, Bojan i Zbyszek byli zmęczeni daleką podróżą, trunek szybko uderzył im do głów.

Tymczasem muzyka grała w najlepsze, coraz szybciej i szybciej - aż wreszcie nadeszła chwila na wielki finał przedstawienia. Orkiestra zagrała głośniej, kobiety zaśpiewały najwyższym tonem, dobosz tłukł w bęben, a tancerze ile tchu prezentowali swe najlepsze finałowe figury. Ale wtedy nagle...

Drzwi od sali zostały otwarte tak gwałtownie, że wszyscy artyści naraz zamarli w bezruchu, a strażnik wkroczył do środka szybkim krokiem. Był zdyszany, widać pędził tu w pośpiechu.

- Wasza Wysokość - zameldował, kłaniając się nisko - szlachetni mości panowie... wybaczcie, że ośmielam się przeszkodzić, ale sprawa jest naprawdę pilna. Właśnie przybył turecki poseł wojenny.

W Sali Wielkiej zapadła cisza. Dostojnicy spoglądali po sobie z przestrachem.

- Ale jak to... - wydukał król. - Turecki? Wojenny?

Wobec braku reakcji pozostałych członków rady przemówił biskup Trzebicki:

- Niech wejdzie - rzekł strażnikowi.

Ten skinął głową i opuścił salę, aby wprowadzić posła.

Rozdział X

Turecki poseł wojenny

- No już! - krzyknął król do tancerzy i służby, otrząsając się po pierwszym szoku. - Wszyscy wynocha!

Artyści i służba pospieszyli ku wyjściu. Korybut nerwowo poprawił swoje szaty, po czym wypiął pierś, uniósł głowę i starał się postawą zaprezentować swój majestat. Pozostali możni naprędce schowali puchary, poprawili swe odzienie i wbili spojrzenia w otwarte drzwi.

Nasi bohaterowie pojęli, że oni także powinni wyjść - tyle, że otrząsnęli się chwilę za późno. Po pierwszym szoku Zbyszek pacnął Bojana i wskazał na drzwi, jednak wszyscy pozostali zdążyli opuścić salę. Zaś chwilę później młodzieńcy ujrzeli coś, co sprawiło, że nie odważyli się choćby głośniej odetchnąć. Król pobladł i oblał się potem. Na jego twarzy pojawił się strach. Oto bowiem wkroczyło poselstwo wojenne Imperium Osmańskiego...

Jako pierwsi weszli czterej wysocy, postawni wojownicy odziani w zbroje i okryci czarnymi płaszczami. Szli ku tronowi powolnym krokiem. Za nimi kroczył czausz, czyli osmański poseł wojenny. Był to wysoki, na oko czterdziestoletni mężczyzna o śniadej cerze, ostrych rysach twarzy i haczykowatym nosie. Odziany był w kolczugę i czarny płaszcz. Miał długie, suche, szpakowate włosy i równie długą brodę. Jego twarz była pociągła i poorana głębokimi bruzdami. Spojrzenie miał zimne i srogie. Poruszał się powoli i z dumą. Słowem: wyglądał na człowieka zdolnego do pozbawienia kogoś życia bez mrugnięcia okiem. A jego zimny wzrok był teraz utkwiony prosto w króla. Spuścił oczy z władcy jedynie na chwilę, aby spojrzeć na naprędce uprzątnięte puchary, stojące w kącie sali instrumenty i na strach malujący się na twarzach członków rady. Po czym znów przeniósł spojrzenie na Korybuta. Zatrzymawszy się przed nim, ukłonił się nieznacznie.

- Witaj, o sławny królu Michale - przemówił po polsku chłodnym tonem. - Przybywamy do ciebie z listem od najpotężniejszego władcy świata, z woli Allaha sułtana Najwyższego Państwa Osmańskiego, Mehmeda IV Osmana.

Korybut siedział skulony i przerażony. Nie potrafiąc sprostać spojrzeniu posła, uciekał wzrokiem po całej sali.

- Słuchamy - odparł więc w jego imieniu pisarz Czarniecki. - Powiedz, co masz do powiedzenia, i przekaż, co masz do przekazania.

Czausz skinął mu głową. Powoli rozwinął pergamin i odczytał:

Wasza Królewska Mość i Wielcy Panowie Rzeczypospolitej,

Hetman kozacki Petro Doroszenko we wspaniałomyślności naszej otrzymał buńczuk i bęben. I wstąpił wraz z całym narodem Kozaków w poczet niewolników Wysokiego Progu naszego. Przez to samo ziemia zwąca się Ukrainą do obszernych państw naszych została wcielona. Ziemię tę i cały naród Kozaków odtąd, po wsze czasy, sułtan kraju Osmanów własnym orężem chronić będzie.

Wzywamy zatem Waszą Królewską Mość do uznania wolności i swobód narodu kozackiego. Tym samym żądamy bezzwłocznego wycofania wojsk Korony z ziem Ukrainy, aby poddanych naszych więcej nie niepokoiły.

Słowa te kierujemy do króla Rzeczypospolitej jako przyjaciele i naród, któremu pokój jest wartością najdroższą. Zaklinamy jednak - jeżeli nie spełnicie naszej prośby i wojsk swych nie wycofacie, uznamy to za gwałt na Ukrainie. A co za tym idzie, za odpowiedź jednoznaczną z wydaniem Imperium wojny.

Podpisano: Mehmed IV,

z woli Allaha Sułtan Narodu Osmańskiego.

Odczytawszy to, zwinął pismo i wręczył je jednemu ze swych towarzyszy, a ten przekazał je na ręce króla. Sam zaś utkwił w nim wzrok, oczekując odpowiedzi. Zgromadzeni w sali możnowładcy przez dłuższą chwilę trwali w szoku: oto sułtan zażądał, aby ot tak, oddali mu część ziem Rzeczypospolitej!

- To być nie może! - rozległy się głosy oburzenia. - To jakieś nieporozumienie! Przecie mamy z Imperium ważne traktaty!

Czausz pozostał niewzruszony. Wciąż patrząc na króla zimnym wzrokiem, przemówił spokojnym, lecz dosadnym i złowieszczym tonem:

- Imperium zbyt długo cierpliwie znosiło ataki łupieżców z waszych kresów na ziemie nasze i naszych przyjaciół. Od lat przelewacie krew naszych braci z Mołdawii, Wołoszczyzny i potomków Złotej Ordy. Krew wiernych wyznawców Allaha, jedynego boga. Rościcie sobie prawa do decydowania o losach narodu Ukrainy... Lecz ci ludzie dość mają waszego ucisku. Znając dobroć naszego sułtana, jemu pragną służyć. Wycofajcie zatem wojska z Ukrainy i trzymajcie w takiej odległości, by nie mąciły spokoju Kozaków. Albowiem teraz Kozacy to poddani Imperium.

Nastała chwila ciszy.

- A jeśli nie spełnimy waszych żądań? - spytał biskup Trzebicki.

- Myślę, mości panowie, że na to pytanie sami dobrze znacie odpowiedź...

Ani król, ani żaden z doradców nie kwapił się do dysputy. Wszyscy rozumieli, że wojna została już postanowiona. Ponownie nastała cisza, tym razem o wiele dłuższa. Wreszcie po raz kolejny przerwał ją pisarz Czarniecki:

- Nigdy nie zmierzaliśmy ku wojnie z waszym sułtanem - rzekł. - Chroniliśmy jedynie naszych poddanych przed najazdami Tatarów, którzy wdzierali się do nas po łupy i jasyr. Ukraina jest zaś integralną ziemią Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a hetman Doroszenko zdrajcą i uzurpatorem. Przestrzegam Wysoką Portę przed utrzymywaniem kontaktów z tym człowiekiem. I w imieniu Rzeczypospolitej proszę sułtana Mehmeda, aby powstrzymał się od pochopnych działań. Więcej osiągniemy dialogiem i dyplomacją niźli przemocą i rozlewem krwi.

Poseł wysłuchał uważnie tych słów. Po kolejnej dłuższej chwili ciszy oznajmił:

- Imperium zna swoją siłę. Liczymy, że i wy znacie swoją. Dlatego zgodnie z islamskim prawem wojennym dajemy wam czas na stosowne przygotowania. Jesteśmy też pewni swej wiary i odwagi. Liczymy, że i wy je w sobie znajdziecie. Dlatego radzę wam jako przyjaciel: bądźcie gotowi. Albowiem wkroczymy na wasze ziemie z armią tak wielką, jakiej jeszcze świat nie widział... Zniszczymy wasze miasta. Wasze kościoły zmienimy w meczety. Dzieci wasze czcić będą Allaha. A Rzeczpospolita pozostanie jedynie smutną historią. - Powiedziawszy to, odwrócił się i ruszył ku wyjściu. Odchodząc, dodał jeszcze: - Z woli Proroka, zostaliście ostrzeżeni...

Osmańscy posłowie wyszli, pozostawiając izbę w atmosferze niczym z najbardziej upiornego snu.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

- O mój Boże! - zaczął zawodzić roztrzęsiony król. - Cóż to za koszmarna wizyta?! Co nam czynić?! Panowie! Jesteście tu od radzenia, więc radźcie!

W sali zapadła cisza.

- Stało się, co miało się stać - rzekł reszcie w zamyśleniu Samuel Przypkowski. - Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Oto spada na nas kara za tę Sodomę, którą żeśmy tu czynili.

- No nic to. - Korybut starał się myśleć racjonalnie, jak przystało na władcę. - To na pewno jakaś straszna pomyłka... - bełkotał. - Tak, to na pewno pomyłka! Być może ktoś wprowadził ich sułtana w błąd albo rozsiał jakoweś złośliwe plotki. Ale zaraz poślemy naszego człowieka do Konstantynopola i raz, dwa wszystko wyjaśni. Tak, trzeba wysłać tam poselstwo. Pisarzu, spisujcie, co rozkazuję! Po pierwsze: wziąć ze szkatuły koronnej ile będzie trzeba i przygotować Mehmedowi podarunki. Ale muszą być takie, żeby oniemiał z zachwytu. Wyślemy tam posłów z darami i wyjaśnimy sprawę.

- Panowie... - zaczął pisarz Czarniecki.

- Poślijmy tam pana Radziejowskiego - przerwał mu marszałek senatu. - To mądry człowiek i obyty w takich trudnych misjach. Jemu na pewno uda się przemówić im do rozsądku.

- Brzmi rozsądnie, mości panowie - poparł go biskup Wierzbowski. - Oby tylko zdołał odwieść sułtana od tych strasznych pomysłów...

Także kilku pozostałych członków rady przytaknęło na tę propozycję.

- Mości panowie - żachnął się hetman Wiśniowiecki, spoglądając po ich twarzach - ale chyba nie myślicie na tym poselstwie poprzestać?!

- Panowie... - powtórzył Czarniecki, ale nikt go nie słuchał.

- Trzeba nam szykować twierdze! - zagrzmiał hetman. - Mury umacniać! Ludzi pod broń wzywać!

- Uspokójcie się, panowie. - Do rozmowy włączył się Teodor Denhoff. - Przede wszystkim nie możemy dopuścić, by w narodzie nastała panika. Dopóki nie ma potrzeby, nie rozpowszechniajmy tej wieści. Rozeznajmy się wpierw w sytuacji. I próbujmy paktów, jak mądrze doradził miłościwie nam panujący.

- Panowie... - Czarniecki znów usiłował coś powiedzieć.

- Oszalał pan?! - zawołał jednak hetman. - Naród musimy ostrzec! Sejm zwołać i głosowania przeprowadzić!

- Trzeba jak najprędzej zacząć zbierać podatki - zauważył marszałek senatu.

- Podatki! - ryknął Lubomirski. - Wy to byście w tym senacie tylko podatki zbierali! A im więcej człowiek płaci, tym w skarbcu większe braki! Co wy w ogóle robicie z tym złotem?! Palicie nim w piecu?! Zjadacie?!

- Jeśli nie podatki - spytał marszałek senatu - to co waćpan proponuje?

Lubomirski zbierał się już na odpowiedź, jednak uprzedził go Denhoff:

- Przede wszystkim: zdrowy rozsądek, panowie! - rzekł z przekąsem, przekrzykując pozostałych swoim donośnym barytonem. - I chłodną kalkulację. Tak jak Turczyn! Ledwie co wojny pokończyli z Wenecją i Habsburgami. To oczywiste, że nie chcą się teraz wplątać w kolejną! Liczą, że się wystraszymy i Ukrainę oddamy im bez walki. A oni umoszczą się tam i latem położą łapę na plonach.

W tych słowach było sporo racji. Znów nastała chwila ciszy.

- Ja tam na ich miejscu bym atakował... - stwierdził nagle hetman Wiśniowiecki, przerywając ich zamyślenie. - Rzeczpospolita słaba jak nigdy. Nasz król... z całym dla Waszej Wysokości uwielbieniem, zna się król na rządzeniu, ale nie na prowadzeniu wojen. A lud na Ukrainie wojnami już zmęczony, na armii koronnej nie raz już się zawiódł, to i ziemie odda bez większej walki. Nic, tylko przyjść i brać jak swoje!

- Jak pan śmie, hetmanie! - obruszył się biskup Wierzbowski. - Mówi pan o narodzie przez Boga wybranym! O obrońcach świętej wiary! O przedmurzu chrześcijaństwa!

- Toteż mówię waćpanom po raz kolejny! - wtrącił Denhoff. - Że bisurmany biorą nas na fortel! Wcale nie zamierzają nas nachodzić!

Wtedy kłótnia rozgorzała na dobre. Dostojnicy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.

- Czy mogliby panowie na chwilę łaskawie się zawrzeć?! - krzyknął nagle Czarniecki.

I gdy wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego ze zdziwieniem, wskazał na Gromiego, Bojana i Zbyszka.

- Moście panowie - rzekł - nasi goście nadal są w sali.

Możni najpierw wybałuszyli oczy na wojaków, zachodząc w głowę, jak to możliwe, że nikt dotąd nie zadbał, by ich wyprowadzić. Po czym pojęli, czego świadkami stała się ta trójka. Spojrzeli po sobie z konsternacją.

- No tak... - Król uśmiechnął się nerwowo. - Straż!!!

Strażnik wszedł i ukłonił się nisko.

- Odprowadzić naszych gości! - rozkazał władca.

- Do lochów? - spytał strażnik spokojnym tonem. Widać nie była to pierwsza taka sytuacja na jego warcie.

Nasi bohaterowie spojrzeli po sobie z przestrachem. Król Michał skinął strażnikowi głową.

- Tak jest, Wasza Wysokość - odparł mężczyzna, kłaniając się władcy. Następnie skinął na dwóch innych towarzyszących mu strażników i wkroczyli do sali, by wyprowadzić z niej młodzieńców.

Wyobraź sobie, drogi czytelniku, jak musiał poczuć się Gromi. Ledwie zdołał wyjść obronną ręką z wojny przeciw Kozakom i Tatarom i przemierzył pół Rzeczypospolitej, aby dostarczyć list w ręce króla. I oto miał zostać, zupełnie bez własnej winy, wtrącony do lochu... Westchnął ciężko i pozwolił wyprowadzić się z sali.

Strażnicy poprowadzili chłopców przed sobą, popychając ich głowniami halabard. Na ten widok przewodnik pospiesznie się wycofał - widać nie chciał zostać skojarzony z dopuszczeniem do króla przestępców. Gromi szedł ze spuszczoną głową, zastanawiając się nad możliwymi scenariuszami. Trudno mu było jednak myśleć trzeźwo, jego umysł zaczęła bowiem zalewać fala myśli o tym, jak to nieustannie spotyka go pech. Próbował tłumaczyć sobie, jak wiele miał szczęścia, że po napaści na Komarowo i po jesiennych zmaganiach na Ukrainie zdołał dożyć dzisiejszego dnia - a nawet znaleźć się na zamku królewskim. Ilu parobków mogłoby powiedzieć, że posłowało do samego króla?! Jednak poczucie, że cały świat sprzysiągł się przeciwko niemu, było zbyt przytłaczające - i nie zanosiło się, by zamierzało odpuścić. Szedł przed strażnikami tocząc tę wewnętrzną bitwę.

Aż nagle przyćmiło ją inne uczucie. Naraz Gromi stał się częścią odbywającej się bez słów narady, czy należy podjąć próbę ucieczki. Zerknął na braci - ci zerkali po sobie. I wszyscy trzej podjęli w tej osobliwej naradzie jednogłośną decyzję: trzeba spróbować!

Dla niepoznaki na razie szli posłusznie przed siebie. Gdy jednak znaleźli się za zaułkiem korytarza, skinęli sobie raz jeszcze: oto chwila na ucieczkę.

Bojan i Zbyszek naraz odwrócili się i usiłowali wyrwać zaskoczonym strażnikom halabardy. Pierwsze, co przyszło do głowy Gromiemu (choć później nijak nie potrafiłby tego wyjaśnić), było zerwanie z okna zasłony i rzucenie nią w strażników. Podbiegł więc do najbliższej i pociągnął. Jednak niechcący oprócz zasłony wyrwał spod sufitu cały karnisz, który runął z łoskotem i spadł strażnikom prosto na głowy. Obaj, straciwszy przytomność, osunęli się z hukiem na podłogę.

Zbyszek i Bojan wybałuszyli oczy, a Gromi rzucił im równie zaskoczone spojrzenie. W pierwszej chwili zaczęli się rozglądać, czy nikt, zaalarmowany hałasem, nie biegnie w ich kierunku. A w następnej ruszyli przed siebie. Zbiegli po schodach, opuścili zamek i wyszli na dziedziniec. Przy bramie odebrali swoją broń i z rosnącym zniecierpliwieniem oczekiwali na zwrot rumaków. Gdy wreszcie ujrzeli pachołka prowadzącego trzy konie, odetchnęli z ulgą. Podziękowali strażnikom i bez zwłoki dosiedli wierzchowców.

Gromi miał wyjechać jako ostatni. Nie mógł uwierzyć, że znowu udało im się wywinąć z opresji. Z rosnącą ekscytacją naprężył mięśnie, aby wskoczyć na grzbiet Hermesa. Jednak nagle przez całe jego ciało przebiegł bolesny, zimny dreszcz. Zaskoczony, stracił równowagę i niemal upadł.

Po pierwszym szoku przebiegł wzrokiem po oknach pałacu. Z jednego z nich wyglądał mężczyzna odziany w czarną sutannę. Na oko miał już ponad pięćdziesiąt lat, bladą jak kreda skórę i długie do ramion, przerzedzone czarne, a miejscami siwe już włosy. Jego chudą i pociągłą twarz pokrywały liczne zmarszczki, a pod oczami miał ciemne sińce. Jednak największy niepokój budziły jego oczy. Jedno spoglądało złowrogo, a w miejscu drugiego miał wstawione sztuczne szklane. I takim zimnym złowrogim wzrokiem duchowny wpatrywał się prosto w Gromiego

Był to prymas Mikołaj Prażmowski.

Jednak teraz nie było czasu na rozmyślanie, w innym oknie dostrzegł bowiem zbiegających ku dziedzińcowi strażników. Zerwał się więc na równe nogi i wskoczył na grzbiet Hermesa.

- Coś się stało? - spytał Zbyszek.

Gromi uznał, że to nie jest najlepsza chwila, by im to tłumaczyć.

- A nic... - Machnął dłonią. - Pośliznąłem się.

Teraz czym prędzej oddalili się od wrót zamku i skierowali ku najtłoczniejszej ulicy. Tu zeszli z koni i przeprowadzili je przez gąszcz zabudowań stolicy. Na horyzoncie widzieli już bramę miejską, gdy za plecami dostrzegli przedzierających się przez tłum strażników. Usiłując ukryć zdenerwowanie, zameldowali się wartownikom. Ci szczęśliwie jedynie machnęli im, pozwalając opuścić miasto.

A gdy wyszli na trakt, pognali ku przystani. W ostatniej chwili weszli na pokład odbijającej od przystani barki, przeprawili się na drugi brzeg Wisły, dosiedli wierzchowców i minęli Pragę. Gdy zaś roztoczył się przed nimi widok na gościniec, spojrzeli po sobie i z uśmiechem wyruszyli w drogę.

Tym razem była to już droga do domu...

Rozdział XI

Powrót do domu

Tak oto po wizycie na warszawskim zamku królewskim (która, jak zapewne przyznasz, przybrała dość niespodziewany obrót), nasi bohaterowie ruszyli w daleką drogę do domu. Zdarzało się, że drogi były pokryte śniegiem po kolana. Musieli bacznie obserwować trasę, w każdej chwili zza świerków mogła wyłonić się wataha wygłodniałych wilków albo banda zbirów. Ale rozpierała ich radość - najważniejsze było to, że wracali do ukochanego Komarowa.

Minęli Mazowsze, Lubelszczyznę i ziemię lwowską. Zbliżała się już połowa stycznia, gdy wreszcie dotarli na Podole. Ziemia ta dopiero powstawała z popiołów po jesiennej wojnie. Większość przydrożnych karczm nie została jeszcze odbudowana. Nierzadko przychodziło im więc spędzić cały dzień bez ciepłej strawy, a mroźne wieczory - przy ognisku, w mrozie i z pustymi żołądkami.

Droga dłużyła im się okrutnie. Lecz wreszcie serce zabiło Gromiemu mocniej. Oto na horyzoncie ukazał się widok, który tak pragnęli ujrzeć: rozległa równina, meandry rzeki Boh i wznoszące się w oddali mury Komarowa. Młodzieńcy zatrzymali konie, by napawać się tym krajobrazem. Uśmiechnęli się do siebie, skinęli głowami, gratulując sobie pomyślnej podróży, i gorąco uściskali.

Oto dotarli do domu...

Dojechali pod bramę. Ale ku ich zdziwieniu na wieżyczce stał młody szczupły mężczyzna o śniadej cerze, kruczoczarnych włosach i wschodnich rysach twarzy - kaukaskich albo ormiańskich. Po dłuższej chwili brama została uchylona, a na spotkanie im wyszedł kolejny przybysz ze Wschodu, o równie śniadej cerze. Jak się wkrótce okazało, rzeczywiście nowymi mieszkańcami Komarowa zostali Ormianie.

- Kim jesteście? - spytał, trzymając jedną dłoń na rękojeści szabli.

- Zbigniew, Bojan i Gromisław - przedstawił Zbyszek. - Czy zastaliśmy pana Jabłońskiego?

- Tak, zaprowadzę was do niego - odparł, po czym zawołał do swych kompanów zza bramy, a ci otworzyli ją na oścież.

Młodzieńcy ruszyli przed siebie, rozglądając się wokół. Po całym Komarowie krzątali się ormiańscy pracownicy to niosący drewniane belki, to zwożący piach, to dokonujący pomiarów lub zajęci innymi pracami. Osada została odbudowana, ale w zdecydowanie inny sposób niż poprzednio. Tam, gdzie wcześniej były ścieżki i konstrukcje placu ćwiczeń, teraz znajdowały się drzewka, krzaki i grządki z sadzonkami. Na miejscu, gdzie niegdyś stały stajnie, teraz trwały prace przy budowie zagród.

Ormianin poprowadził przybyłych pod drzwi dworku i zakołatał. Gromi, Bojan i Zbyszek zsiedli z koni i czekali dłuższą chwilę w rosnącym napięciu. Wreszcie uchyliły się drzwi i pan Jabłoński wyszedł im na powitanie. Po pierwszym szoku wziął ich po kolei w ramiona i ucałował, dziękując Bogu za ich pomyślny powrót, po czym zaprosił ich do środka.

Zasiedli w izbie czeladnej i od razu rzuciło im się w oczy, jak bardzo puste było teraz to pomieszczenie. Nie było już śladu po obrazach, zastawach czy licznych trofeach gospodarza. Jedyne, co teraz świeciło, to dokładnie wyczyszczone meble. Nie zdążyli jednak spytać o to dobrodzieja, gdyż spojrzawszy na ich zmęczone twarze i wyświechtane płaszcze, rzekł im:

- Zaraz zawołam dziewczęta i wszystko nam opowiecie. Ale najpierw zjedzcie, bo zapewne umieracie z głodu. Albo wiem co: na pewno marzycie o ciepłej kąpieli.

Przywoławszy służącą, nakazał jej przynieść im coś do jedzenia oraz przygotować ciepłą kąpiel i przyszykować posłania.

Po niedługim czasie kobieta przyniosła im po talerzu rosołu. Pomieszczenie od razu wypełnił jego wspaniały aromat, który był silniejszy niż wszystkie ich pytania - i w ogóle niż wszystko inne. Chwycili za łyżki i zaczęli łapczywie zajadać się zupą, którą zgodnie uznaliby teraz za najwspanialszy przysmak na świecie. Jedli, mrucząc z zachwytu i nie bacząc, że siorbią przy tym i rozlewają po stole. Dopiero gdy skończyli, pojęli, jak bardzo ich poniosło.

- Przepraszamy... - rzekli naraz, podnosząc na pana Jabłońskiego zawstydzone spojrzenia.

- Wanna i posłania już na was czekają - rzekł rozbawiony gospodarz, wskazując na prowadzące na piętro schody. - Ale nie spieszcie się. Nacieszcie się kąpielą, wypocznijcie i przebierzcie. I zejdźcie, jak będziecie gotowi.

Skinęli mu w podziękowaniu i udali się za służącą do łaźni. Znajdująca się w niej wanna była na tyle obszerna, że mogła się w niej zmieścić cała trójka. Zdjęli więc odzienie i zanurzyli się w przyjemnie ciepłej, parującej wodzie. Gromi naraz poczuł, jak rozluźniają się jego obolałe mięśnie i jak ogarnia go stan błogości. Odetchnął głęboko. Pojął teraz w pełni, że całe to piekło, przez które przeszli, było już przeszłością. Przyszło mu na myśl, że choćby dla tej jednej chwili warto było przejść całą tę drogę...

Zażywszy kąpieli, ubrali się w przyniesione przez służącą czyste odzienie i udali z powrotem do izby czeladnej. Teraz zastali w niej suto zastawiony stół. Oprócz gospodarza zasiadały przy nim pani Jabłońska i Oliwia.

Oliwka wyglądała jeszcze piękniej niż gdy ją widział poprzednim razem (a było to pół roku wcześniej). Odziana była w zwiewną suknię w kolorze jasnego błękitu, która wspaniale podkreślała jej szmaragdowe oczy, a jej rzęsy stały się długie, co dodało jej spojrzeniu jeszcze bardziej zniewalającego uroku. Jej policzki (ciekawe, co było tego powodem) pokryły się rumieńcami. I nie dało się przeoczyć tego, jak pełne stały się jej usta.

Obie panie wzięły młodzieńców w ramiona i mocno przytuliły. Gromi rad był na tak gorące przywitanie. Z uśmiechem obserwował, jak witają najpierw Bojana, a potem Zbyszka. A gdy przyszło do przywitania Gromiego, Oliwia objęła go tak czule, że przez tę jedną krótką chwilę cały świat przestał istnieć...

Następnie zasiedli przy stole, na którym czekało już na nich wino i półmiski z wybornymi przysmakami.

- Wznoszę toast za Gromiego, Bojana i Zbyszka! - ogłosił pan Jabłoński. - I za ich szczęśliwy powrót do domu. Wasze zdrowie, chłopcy!

Wszyscy ochoczo chwycili za puchary i przyłączyli się do toastu.

I tak rozpoczęła się uczta. Młodzieńcy ochoczo opowiadali o swych przygodach z ostatnich miesięcy. Bojan i Zbyszek w żywiołowy sposób opisali domownikom bitwę o Bracław - pogoń za najeźdźcami, przygotowania do szturmu i przebieg walk. Ale przede wszystkim ekscytowali się niesamowitą eskapadą Gromiego, który "wyrósł jak spod ziemi" i wystrzelał Tatarów, czym ocalił życie luzaków. Nasz bohater nie przywykł do publicznych pochwał, więc speszył się i zaczerwienił. Wprawdzie spuścił wzrok, jednak wciąż czuł na sobie pełne zachwytu spojrzenie szmaragdowych oczu Oliwki. Tymczasem bracia kontynuowali swą opowieść. Obrazowo pokazali, jak rzucili się w pogoń za złodziejami rumaków, dzięki czemu zostali mianowani zwiadowcami. Potem opowiedzieli o dramatycznej obronie grobli pod Kalnikiem i spektakularnej odsieczy hetmana Sobieskiego. A także o zgliszczach, jakie zostawili Tatarzy, o cierpieniu i setkach jeńców. Mówili długo i ze szczegółami, a zebrani w izbie słuchali ich z zapartym tchem. A gdy już zreferowali przebieg wojny, opisali swą wizytę na warszawskim zamku i przybycie tureckiego posła. I tak dotarli do końca swojej opowieści.

- Najważniejsze, że już jest po wszystkim - rzekł wówczas Bojan. - I wreszcie będzie jak dawniej... A właśnie: co to za Ormianie kręcą się po naszej osadzie?

Po tym pytaniu nastała cisza. Dało się wyczuć, że jest to dość krępujący temat.

- Słuchajcie, chłopcy... - rzekł pan Jabłoński - po tym, co zdarzyło się w końcu sierpnia, uznałem, że nie mogę narażać rodziny na życie w takim miejscu. Musicie zatem wiedzieć, że postanowiłem zamknąć stadninę. Wkrótce po waszym wyjeździe ostatecznie wywalczyłem odzyskanie majątku Jabłoń, który przedtem należał do mojego rodu. Przenosimy się więc na Pomorze. Czekamy jedynie z wyjazdem, aż stopnieją śniegi.

Powiedzieć, że ta wiadomość była dla trzech młodych wojaków sporym szokiem, to jak nic nie powiedzieć. Poczuli się, jakby dostali ciężkim obuchem.

- A... co będzie z nami? - spytał z wyrzutem Bojan.

- Jak widzicie, od waszego wyjazdu sporo się pozmieniało.... - odparł pan Jabłoński. - Oczywiście możecie jechać z nami. Tylko musicie wiedzieć, że będziemy zaczynać zupełnie od zera. Wiele czasu minie, nim założę nową stadninę. Nie wiem, czy w ogóle będę w stanie to zrobić.

Nastała długa chwila ciszy.

Zarówno gospodarz jak i młodzieńcy rozmyślali nad sytuacją, w jakiej się znaleźli. Z jednej strony Gromi, Bojan i Zbyszek cieszyli się na przyjazd do Komarowa i pragnęli pozostać tu jak najdłużej. Z drugiej jednak przecież przybyli tu po ucieczce z zamku i ataku na strażników. Nikt nie powiedział o tym głośno, ale wszyscy rozumieli, że w zasadzie byli oni zbiegami i przy odrobinie uporu, nietrudno byłoby ich powiązać z panem Jabłońskim. A co, jeśli i on miałby przez nich kłopoty?

- Myślę, że mam całkiem rozsądne rozwiązanie - rzekł wreszcie szlachcic. - Otóż mam serdecznego przyjaciela w Kamieńcu Podolskim. Nazywa się Wojciech Humiecki i jest chorążym w tamtejszym zamku. Jeśli chcecie, mogę posłać do niego gołębia i spytać, czy nie zechciałby was przyjąć na służbę. Myślę, że się zgodzi, a Kamieniec na pewno przypadnie wam do gustu. Przy okazji, jeżeli to prawda, że idzie wojna z Turkami, to niebawem każda pomoc będzie tam na wagę złota...

Nasi bohaterowie spojrzeli po sobie. Byli młodzi, zdolni i pełni zapału. Dzięki wojnie z Tatarami i Kozakami narosło w nich przeświadczenie o własnej "niezniszczalności". A usłyszawszy, że na horyzoncie pojawiła się sposobność, by trafić do słynnego na całą Rzeczpospolitą miasta i ujrzeć legendarny kamieniecki zamek, serca zabiły im szybciej. Do zgody na tę propozycję pchnęło ich nic innego, jak młodzieńcza żądza przygód. Skinęli głowami najpierw sobie, a potem panu Jabłońskiemu. Mężczyzna chwycił więc za pióro i pergamin i naskrobał kilka słów.

- No dobrze, wiadomość napisana i zaraz poślemy ją do Kamieńca - oznajmił, przekazawszy list w ręce służącej. - Ale dzisiaj nie czas myśleć o rozstaniu. Dzisiaj radujemy się z waszego szczęśliwego powrotu do domu!

Służąca udała się prosto do gołębnika, wyciągnęła jednego z gołębi, przywiązała mu liścik do nóżki i wypuściła ptaka w powietrze. Nasi bohaterowie zaś długo jeszcze świętowali swój powrót do Komarowa. A gdy nastała noc, wskoczyli pod świeżą pierzynę. Ułożywszy się wygodnie na posłaniu, pod pachnącym pierzem, czysty, bezpieczny i syty, Gromi zasnął jak dziecko...

***

Czekając na nadejście ocieplenia, wraz z którym drogi staną się przejezdne dla powozów, szlachcic skupił się na ostatnich przygotowaniach do wyjazdu. Gromiego, Zbyszka i Bojana po pierwszej ekscytacji teraz dopadło z pełną siłą zmęczenie trudami wojny i podróży. Następne dni spędzali więc głównie na jedzeniu i wylegiwaniu się w posłaniach.

Wkrótce przyszła wiadomość z Kamieńca...

Choć dawno już nastał świt, cała trójka leżała jeszcze pod pierzynami. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Do izby wpadł pan Jabłoński.

- Przyszła odpowiedź od pana Humieckiego - oznajmił, pokazując zwinięty kawałek pergaminu.

Wbili w niego mętne spojrzenie, przecierając na wpół otwarte oczy.

- Tak szybko? - spytali, ledwie przytomni.

- To zaiste wspaniałe istoty, te gołębie... - Pan Jabłoński się zamyślił. - W każdym razie pan Humiecki zaprasza was do siebie - kontynuował po chwili. - Ale napisał, że ostatnio na traktach nie jest bezpiecznie, więc wyśle po was kogoś albo przyjedzie osobiście. Polecił, abyście wyjechali w kierunku Kamieńca Podolskiego i zatrzymali się w karczmie "Pod baranim rogiem". Spytajcie tam o pana Humieckiego. A jeśli go nie będzie, zostańcie tam do czasu jego przyjazdu.

Młodzieńcy spojrzeli po sobie. Początkowo byli zbyt zaspani, jednak wraz z rozbudzającymi się umysłami, coraz bardziej docierało do nich, że zostało postanowione: wyruszą do stolicy Podola.

I tak naszym bohaterom przyszło ponownie wyruszyć w drogę. Zjedli jeszcze ostatni wspólny posiłek z panem Jabłońskim i jego rodziną.

A potem nadeszła chwila pożegnania.

Gromi oczywiście nie mógł jeszcze wtedy wiedzieć, jak bardzo już niebawem skomplikują się sprawy i z jak wieloma przeciwnościami losu przyjdzie się mierzyć wszystkim tu obecnym. Jednak na samo wspomnienie wspaniałych chwil, które przeżył dzięki swemu dobrodziejowi, wzruszenie ścisnęło go za gardło. A na widok pięknej Oliwki serce zabiło mu szybciej.

- Jeśli Bóg da, my też lada dzień wyruszymy - oznajmił szlachcic. - I pamiętajcie: nasz dom jest też waszym domem. Więc przyjeżdżajcie do Jabłoni, kiedy tylko zechcecie. No to powodzenia, bawcie się tam dobrze w tym Kamieńcu. I pozdrówcie mojego druha Wojciecha.

Nasi bohaterowie uściskali gorąco pana Jabłońskiego, jego żonę i Oliwkę. Po czym wsiedli na koń i po raz ostatni rozejrzeli się po Komarowie.

I popędzili ku nowej przygodzie.

Ku słynnej stolicy Podola.

Rozdział XII

Przygoda w karczmie

Następne dwa dni, zgodnie z otrzymaną od pana Humieckiego instrukcją, nasi bohaterowie spędzili w drodze do karczmy "Pod baranim rogiem". Wprawdzie śnieg i mrozy powoli ustępowały, jednak próżno jeszcze było wypatrywać wiosny. Nadal panowała szaruga, a do tego zaczęły się roztopy. A roztopy oznaczały jedno: wszechobecne błoto.

I wreszcie, trzeciego dnia podróży zziębnięci i głodni, ujrzeli na horyzoncie przydrożny zajazd. Ten widok wlał w ich serca otuchę. Pospieszyli ku gospodzie. Jednak gdy tylko podjechali bliżej, na ich twarzach pojawiła się narastająca konsternacja. Gospoda była bowiem tak zaniedbana, że można by wziąć ją za opuszczoną. Jej ściany zaszły ciemnym nalotem. Na wietrze przed wejściem dyndał stary pordzewiały szyld z czymś, co zdawało się dawno temu przedstawiać wizerunek barana.

- Zdaje się, że to tutaj... - zauważył Zbyszek.

Podjechali bliżej, zsiedli z koni i rozprostowali kości. A następnie z niesmakiem przyjrzeli się przybytkowi. Przy ognisku nieopodal wejścia siedziało dwóch obwiesi w pocerowanych płaszczach i łypało na nich podkrążonymi, przekrwionymi oczyma. Młodzieńcy spojrzeli po sobie.

- To musi być jakiś żart... - mruknął Bojan, po czym podszedł do mężczyzn.

- Dobry człowieku - zwrócił się do jednego z nich - czy to tawerna "Pod baranim rogiem"?

Ten w odpowiedzi posłał mu wrogie spojrzenie.

- A co to kawalerom nie pasuje?! - warknął. - A wchodzić, nie wypytywać. Albo...

- Wszystko nam pasuje, dobrodzieju - odparł mu z uśmiechem na ustach Bojan, nie chcąc wiedzieć, co nastąpi po "albo...". Choć nie zapałali szczególną ku temu ochotą, weszli do środka.

Wewnątrz gospody było ciemno, szaro i ponuro. W powietrzu unosiła się mieszanina stęchlizny, gorzałki i smrodu przepoconych ubrań. Stare, zakurzone i pokryte pajęczynami lampy rozjaśniały wnętrze przytłumionym, mętnym światłem. A wygląd lokalu to było nic w porównaniu z jego klientelą. Stanowili ją wyłącznie mężczyźni - wszyscy zarośnięci, niedomyci i z zapitymi, awanturniczymi gębami.

Po pierwszym szoku spowodowanym odorem i ogólną prezencją tego przybytku młodzi wojacy podeszli do kontuaru. Siedział przy nim z tuzin mężczyzn. Popijali trunki i dyskutowali, szczerząc przy tym szczerbate uzębienie. Nieco na uboczu, na stołku siedział postawny barczysty stróż z łysą głową i szczęką szeroką jak u goryla. Powinien zajmować się pilnowaniem porządku, jednak bardziej zajmowały go pożółkłe karty do gry, które tasował dla zabicia czasu. Za kontuarem stała zaś chuda dziewczyna o bladej jak kreda skórze i kruczoczarnych włosach. Jej bardzo przeciętnej urody twarz wyrażała niechęć do wszystkich i wszystkiego wokół.

- Nalej no, maleńka, jeszcze miodu. Zmęczeni jesteśmy, jak sto czortów... - zawołał pewien starszy jegomość. - A trzeba nam się napić przed wypadem.

Człowiek ten już od pierwszego spojrzenia budził niechęć. Miał niechlujnie sterczące szpakowate włosy, zaniedbany zarost, a zamiast zębów w ustach tkwiły mu jedynie ich spróchniałe czarne resztki.

- Naleję, jak zapłacisz za poprzednie, Sasik - fuknęła dziewka, wciąż wpatrując się w swoje paznokcie.

- Jak wypełnimy zlecenie, to będziemy mieć tyle złota - odparł jej wyzywająco - że będziemy mogli kupić całą tę dziurę!

Dziewczyna jedynie przewróciła oczyma.

- Ech... - machnął więc na nią dłonią i powrócił do dyskusji z kompanami.

Tymczasem nasi bohaterowie podeszli do kontuaru.

- Przepraszam... Czy to tawerna "Pod baranim rogiem"? - spytał Zbyszek.

Dziewczyna zerknęła na niego od niechcenia.

- A co trzeba? - odparła mało przyjaznym tonem.

- Szukamy pewnego rycerza. Miał tu przybyć z Kamieńca Podolskiego. Zwie się Wojciech Humiecki.

Dziewczyna kiwnęła głową.

- Z Kamieńca? Nie, nikt taki tu nie zachodził... - mruknęła.

Zbyszek odwrócił się do kompanów.

- Pozostaje nam tu na niego poczekać - stwierdził. - A w międzyczasie może czymś zapełnimy brzuchy?

Widząc gotujący się za plecami kobiety kocioł, poprosił:

- Czy mogłaby panienka dać nam coś ciepłego do jedzenia?

- Ale co?

- No nie wiem. A co tam macie?

- Zupę.

- Jaką zupę?

- No zupę, no - warknęła w odpowiedzi.

Zbyszek przewrócił oczami na tak nieuprzejme podejście.

- Dobrze, to poprosimy tej zupy. Trzy? - Spojrzał na Bojana i Gromiego. - Tak, trzy miski.

- I trzy porcje dziczyzny - dodał Bojan.

- Nie ma dziczyzny... - odparła bezwiednie.

Bojan dostrzegł antałki z winem i piwem.

- Ja tam marzę o kropelce piwa - oznajmił. - Weźmy po jednym dla smaku. Da panienka jeszcze trzy kufle piwa.

Nalała im piwa i niedbale postawiła na kontuarze.

- A zupę zaraz doniosę - dodała, zamieszawszy w kotle. - Jeszcze się warzy...

Wzięli kufle i usiedli przy jednym z wolnych stolików. Dostrzegając, że miejscowi zerkają na nich z jawną niechęcią, odłożyli tobołki i broń, i wznieśli toast za udaną podróż.

Gromi zwrócił uwagę, że szczerbaty jegomość od samego początku przyglądał im się i przysłuchiwał ich rozmowie z karczmarką. A gdy usiedli przy stole, Gromi jako jedyny siedział twarzą w kierunku kontuaru. Widział więc, jak mężczyzna z rosnącą ekscytacją zmawiał się na coś ze swymi kamratami. I miał co do niego złe przeczucia...

Wtem dokładnie ten sam mężczyzna skierował się prosto ku ich stołowi.

- Witajcie, mości paniczowie - rzekł, podchodząc i poprawiając swój kubrak. - Jeśli można spytać, to co trzech tak pięknych kawalerów przywiodło w nasze strony?

Spojrzeli po sobie. Żaden z nich nie miał ochoty na rozmowę z tym człowiekiem.

- Spokojnie, nie musicie się mnie bać - rzekł im, wystawiając dłoń na powitanie. - Na imię mi Tomasz. Ale możecie mi mówić Sasik.

Niechętnie uścisnęli jego dłoń. Nie zważając na dezaprobatę wymalowaną na ich twarzach, mężczyzna dosiadł się do nich.

- A wy? - spytał. - Jak was zwą?

- Ja jestem Bojan. A to Zbyszek i Gromisław.

Sasik przyjrzał im się uważnie. "Bojan, Zbyszek i Gromisław", szepnął pod nosem, lekko się uśmiechając.

- Pewno wojacy? - spytał po chwili, już głośno.

Zbyszek uznał, że korzystnie będzie potwierdzić.

- Tak, jesteśmy żołnierzami - odparł. - Służymy chorągwi dragonii rotmistrza Pawła Jasienia. I właśnie zmierzamy do Kamieńca z rozkazami.

- O, proszę. Dragoni! Też kiedyś byłem w wojsku - rzekł na to Sasik. - Wprawdzie tylko jako obozowy. Ale przeciw Moskalom walczyłem na szable.

Jego wypowiedź nie doczekała się reakcji.

- Mam takiego znajomego chorążego - kontynuował. - Kazio Sobkowski, może znacie?

- Niestety... - Pokręcili głowami.

Nastała chwila ciszy, po której mężczyzna zmierzył ich wzrokiem.

- Ech... widzę, że nie da się z wami nawet pogaworzyć, ponuraki. - Machnął na nich ręką i odszedł od stołu, na co młodzieńcy zareagowali wyraźną ulgą.

- Co za parszywa postać... - syknął Bojan, odprowadzając go wzrokiem.

- Najważniejsze, że sobie poszedł... - dodał Zbyszek, równie zgorszony.

Tymczasem jegomość, który nazwał się Sasikiem, ruszył z powrotem w kierunku swych towarzyszy. Idąc, zajrzał za kontuar. Dziewczyna zajęta była wlewaniem zupy z kotła do misek. Stróż nadal zajmował się kartami. Korzystając z okazji, Sasik nagle skręcił, wyminął stróża, wskoczył za kontuar i zaczął nalewać sobie miodu. Gdy dziewczyna to zauważyła, usiłowała go stamtąd wypchnąć. Jednak on zaparł się i jedynie głośno się zaśmiewał.

Przerośnięty stróż skończył tasować karty, leniwie podniósł się ze stołka, na którym siedział, i ruszył ku awanturnikowi. Jednak wtedy kompani Sasika rzucili się nań i zaczęli blokować przejście, powodując przy kontuarze spore zamieszanie.

Gdy stróżowi udało się od nich odpędzić, chwycił jednego z nich za koszulę i rzucił nim przez karczmę. Oprych zatrzymał się z łoskotem na drewnianej podporze. Dopiero to ostudziło zapał pozostałych członków zgrai. Unieśli dłonie w geście poddania i odsunęli się od stróża.

- Wypad tam, do stołów - nakazał im wówczas. - Ty też, Sasik. Won!

Mąciciele poprawili swoje sfatygowane koszule, dysząc i spoglądając bykiem na osiłka. Jednak posłusznie udali się ku swojemu stołowi w głębi sali.

- To na pewno jakaś pomyłka - rzekł Gromi, nachylając się do braci. - Ktoś, kto jest rycerzem i przyjacielem pana Jabłońskiego, na pewno nie nakazałby nam zatrzymać się w takim miejscu.

- Też tak myślę - odparł Zbyszek, widząc, że dziewczyna niosła im do stołu trzy talerze zupy. - Tylko się posilimy i natychmiast stąd wyjeżdżamy.

Gromi chwycił za łyżkę i zamieszał. Zupa wydała mu się nadzwyczaj ohydna, ale chwilowo był zbyt głodny, by z niej zrezygnować. Omijał jedynie grzyby, których od dziecka nie potrafił przełknąć, i grube pierścienie cebuli. Wyławiał więc groch i bób - i usiłował wmówić sobie, że zupa nie jest aż tak ohydna, jak była w rzeczywistości. Jednocześnie nadal uważnie, choć dyskretnie, obserwował Sasika. Widział, jak mężczyzna dołączył do swych kompanów. Gdy siadał przy stole, rzekł im coś szeptem, zacierając ręce. Był wyraźnie podekscytowany. Jego kamraci oddali się pijaństwu i głośnym dyskusjom. Gromi dostrzegł jednak, że co jakiś czas któryś z oprychów posyłał ukradkowe spojrzenie w kierunku ich stołu.

- Oni coś kombinują... - szepnął do Bojana i Zbyszka. - Jak będziemy stąd wyjeżdżać, to miejcie broń w pogotowiu...

Bracia mu przytaknęli.

- A co ty, nie jesz cebuli? - zauważył wtedy Zbyszek. - To daj mi.

Gromi przekładał mu je już na talerz, gdy Bojan gestem (gdyż usta miał pełne) upomniał się o połowę dla siebie. Nagle otwarto z hukiem drzwi i do środka wkroczyła szóstka mężczyzn. Na piersiach wisiały im złote łańcuchy, a na palcach lśniły sygnety. I wystarczył rzut oka, by zyskać pewność, że nie dorobili się ich uczciwą pracą. Na czele grupy szedł mężczyzna postury jeszcze większej niż stróż. Jego twarz przecięta była głęboką blizną, a na sinym oku widniało bielmo. Szedł z ogromną pewnością siebie i prowadził się tak szeroko, że łańcuchy bujały mu się na boki.

- Dawaj no tu moim arcyłotrom największy antał piwa! - zawołał od wejścia. Skierował się ku jednemu ze stołów, a siedzący przy nim staruszkowie natychmiast się stamtąd usunęli.

Szajka "arcyłotrów" zasiadła i z miejsca zaczęła biesiadować, śmiejąc się głośno, wulgarnie komentując i rozlewając piwo po stole.

Nasi bohaterowie w milczeniu posilili się zupą i dopili piwo. A następnie zaczęli pakować manatki i zbierać się do wyjścia.

- Idę zapłacić - oznajmił Gromi, nakładając na siebie płaszcz. Odliczył kilka monet, dobrze ukrył sakiewkę i ruszył ku kontuarowi. Jednak ledwie oddalił się od stołu, a ponownie ruszył ku niemu Sasik, dzierżąc w dłoni kufel z piwem.

- A co to? - spytał, zachodząc mu drogę. - Paniczowie już się zbierają? Przecie wieczór jeszcze młody. Zapraszam do mnie i moich druhów.

Po czym wskazał na swój stół.

- Nie, dziękujemy - odparł Zbyszek, siląc się na uśmiech. - Na nas już czas. Służba, drogi panie. Sam pan rozumie...

Bojan i Gromi przytaknęli głowami. Jednak po paru chwilach od wypowiedzenia tych słów Zbyszek zaczął chichotać. "Służba, drogi panie" - szepnął, jakby to właśnie te słowa tak go rozbawiły. W chwilę później usta zaczęły mu drgać, a w następnej śmiał się już głośno.

- Co ci? - spytał zdziwiony Bojan. Po czym... on także zaczął się śmiać. I po chwili obaj zaśmiewali się już do rozpuku.

Gromi z początku zaśmiał się z nimi. Lecz to przecież nie było aż tak zabawne, by tak długo i głośno się śmiać. Spojrzał na nich ze zdziwieniem - bracia zachowywali się coraz bardziej podejrzanie. Ich twarze wykrzywiały się w grymasie, a źrenice stały się nienaturalnie duże. Bojan nagle odskoczył na bok.

- Widzicie to? - spytał, rozglądając się nerwowo. - Cały sufit faluje!

Gromi chciał odpowiedzieć, że nic takiego się nie dzieje.

- Tak! Widzę to! - krzyknął Zbyszek, wstając tak gwałtownie, że rozlał przy tym piwo. Po czym zaczął wpatrywać się w sufit szeroko otwartymi oczyma.

Gromi z rosnącym przerażeniem przyglądał się ich zachowaniu. Bojan skrzywił twarz i zacisnął pięści tak, że wyszły mu wszystkie żyły. Wpatrywał się w nie wybałuszonymi oczyma, dysząc ciężko i w ogóle nie mrugając. Zbyszek patrzył zaś w dal, mrużąc oczy, bujając się z boku na bok i to podskakując, to pochylając się co chwilę.

- Oni mają zwidy! - powiedział sam do siebie Gromi.

Po chwili zwrócił uwagę na przyklejone do ścian talerzy resztki grzybów i warzyw.

"To przez te grzyby!" - pojął.

A chwilę później jego wzrok padł na Sasika, który przyglądał im się uważnie i jakby z satysfakcją, po czym skinął na swych towarzyszy. Wstali od stołu, odstawili kufle na blat i ruszyli zgodnie z ustalonym planem. Część ku drzwiom, aby odciąć drogę ucieczki, a pozostali wprost ku trzem młodzieńcom. Gromi ujrzał za połami ich kamizelek rękojeści sztyletów. Pojął, że podczas swojej eskapady za kontuar Sasik celowo wrzucił im odurzające grzyby, aby ich omamić. "Co robić?", pomyślał gorączkowo, obserwując, jak zbiry zbliżają się ku nim, a ich dłonie zaciskają się na rękojeściach.

I wtedy wpadł mu do głowy chyba najbardziej niedorzeczny pomysł, jaki mógłby wpaść... Wyrwał najbliżej siedzącemu starcowi z dłoni kufel z piwem, wybiegł na środek sali, zamachnął się i... chlusnął nim w herszta bawiącej się szajki arcyłotrów.

- Co do...! - ryknął oblany mężczyzna, zrywając się na równe nogi. A chwilę później przewrócił stół i ruszył ku Gromiemu niczym wściekły byk.

Dopadłszy chłopca, chwycił go za kubrak, przycisnął do kolumny i wziął zamach. A ponieważ zbiry Sasika także miały zamiar pojmać Gromiego, to najpierw musiały wyciągnąć go z łap olbrzyma. Rzucili się ku niemu i otoczyli go - jednak żaden nie chciał być tym, który zaatakuje pierwszy. Co rusz wymachiwali tylko sztyletami lub szarpali za szatę. A że "arcyłotry" nie zamierzali siedzieć bezczynnie, gdy ich herszt wdał się w awanturę, to oni także ruszyli na środek. I tak obie zgraje starły się ze sobą i chwilę później tłukły się już na całego. W ruch poszły kufle, krzesła i stoły.

Mając nowych przeciwników, olbrzym puścił Gromiego. Młodzieniec odetchnął z ulgą, popędził po braci i chwycił ich, chcąc wyciągnąć ich z tego przeklętego miejsca. Jednak obaj, owładnięci halucynacjami, nie chcieli iść. Zbyszek się wyrywał, usiłując za wszelką cenę iść za jakimś wytworem własnej wyobraźni. Bojanowi zaś plątały się nogi, oczy wlepione miał we własne dłonie, a twarz wciąż wykrzywiała mu się w grymasie. Wyprowadzenie przyjaciół stało się nie lada wyzwaniem...

Nagle drzwi się otworzyły, a z zewnątrz, ściągnąwszy kaptur, wyłonił się kolejny gość. Gromi ujrzał średniego wzrostu mężczyznę o krótkich szpakowatych włosach i twarzy z wyraźnymi, pomimo młodego wieku, zmarszczkami. Wyminął szarpiących się awanturników i podszedł do naszych bohaterów.

- Wy jesteście ci chłopcy od pana Jabłońskiego? - spytał, przekrzykując harmider.

- Tak, to my - odparł Gromi.

- Oczekiwałem was w tawernie "Pod baranim rogiem" - wyjaśnił mężczyzna - a to miejsce zwie się "Kozica". I lepiej omijać je szerokim łukiem...

- Zdążyliśmy zauważyć! - odparł także krzykiem Gromi. - Obrazek na szyldzie nas zmylił!

- Tak mnie właśnie coś tknęło, że mogliście zboczyć z traktu i omyłkowo trafiliście tutaj.

- Zboczyliśmy z traktu? - zdziwił się Gromi.

- Tak - skinął rycerz. - Ale nie przejmuj się. To się czasami zdarza... Jeśli jesteście gotowi, to możemy jechać.

Chciał już poprowadzić ich za sobą, ale spojrzawszy na Zbyszka i Bojana, zatrzymał się.

- Co z nimi? - spytał, widząc ich zachowanie.

- Nie jestem pewien - odparł Gromi, nie spodziewając się, że mu uwierzy. - Ale myślę, że otruto ich grzybami.

- Łotry... - odparł mężczyzna, spoglądając na bijących się kilka kroków dalej osiłków, i skinął głową. - Chodźcie za mną...

Ruszył ku wyjściu. Jednak po kilku krokach się zatrzymał.

- Albo... - namyślił się przez moment - ...wiecie co? Poczekajcie chwilę.

Po czym ściągnął czapę i ciężki kubrak, i powiesił je na wieszaku. Odziany był w dość sfatygowaną szatę szkarłatnej barwy, a przy pasie miał szablę. Nie dobył jej jednak, lecz odwiesił pas razem z kubrakiem. W zamian chwycił opartą o ścianę miotłę i nacisnąwszy nogą na pęk witek, ściągnął go, uzyskując zwykły prosty kij. I tak przygotowany ruszył ku zgrai szarpiących się i bijących po gębach zbirów.

Spoglądając na niego, Gromi nagle poczuł, że i na niego zaczęły oddziaływać grzyby. Zaczęło mu się kręcić w głowie, a widziane obrazy przybierały jaskrawe odcienie. Wytężył wzrok. Tymczasem mężczyzna ruszył prosto ku awanturnikom. Pierwszego zdzielił po goleniach, aż ten skulił się z bólu. Drugiego pchnął w brzuch tak, że obwieś nie mógł złapać tchu. Innego gałgana pacnął od góry w głowę. A kolejnego trafił w żebro.

Bił tak kolejnych łobuzów, a był przy tym niesamowicie szybki i nieprzewidywalny. "Auu!", "Za co?!" - rozlegało się co chwilę, a każdy trafiony chwytał się za bolącą część ciała i odsuwał się na bok. W przeciągu może dwóch minut rycerz spacyfikował tak całą karczmę. A następnie, jak gdyby nigdy nic, z powrotem zapiął pas, włożył kubrak i czapę.

- To da im chwilę, żeby ochłonąć - rzekł, wracając do Gromiego i braci. - Zapomniałem się przedstawić. Jestem chorąży kamieniecki, rotmistrz Wojciech Humiecki. - Podał każdemu z nich dłoń.

Nieco później pan Humiecki wraz z Gromim przyprowadzili pod postawiony przed karczmą wóz ledwie przytomnych Zbyszka i Bojana i pomogli im zalec na przyczepie. Gromi przywiązał konie całej trójki do nadwozia.

- Wskakuj. - Mężczyzna wskazał na przednią ławę.

Gdy Gromi usadowił się na niej, rycerz zerknął na niego przez ramię.

- To co - spytał - teraz już możemy jechać?

Gromi skinął mu głową i powóz ruszył.

Młodzieniec czuł, że coraz bardziej kręci mu się w głowie. Wpatrywał się przed siebie, usiłując nie usnąć. Widok na słońce zachodzące nad pagórkami ziemi podolskiej to była ostatnia rzecz, którą zapamiętał...

I tak oto, po przygodzie w karczmie, nasi bohaterowie ruszyli z panem Humieckim w drogę - już prosto ku Kamieńcowi Podolskiemu.

Rozdział XIII

Kamieniec Podolski

Gromi poczuł, że jego ciałem raz po raz coś potrząsa. Otworzył oczy. Niebo rozjaśniał już błękit świtu. Zbyszek i Bojan leżeli na przyczepie wozu, a konie szły spokojnie u boku. Gromi zaś usadowiony był w pozycji półleżącej obok pana Humieckiego, który powoził z całkowitym spokojem, wpatrując się w dal.

Oczywiście nie spędził tej nocy w wygodnym łożu, lecz na twardym siedzeniu, tzw. koźle, co dość solidnie odczuł w kościach. Jednak choć spał zaledwie kilka godzin, to miał wrażenie, jakby przespał końcówkę zimy i obudził się wraz z nadejściem wiosny.

Budzący się dzień zapowiadał się pięknie. Było mroźno, lecz rześko, a słońce już od rana świeciło przyjemnym blaskiem. Wokół roztaczał się widok na pagórkowatą krainę, na której pozostawały jeszcze resztki śniegu, ale już unosił się zapach budzącej się do życia przyrody. Przeciągnął się, witając nowy dzień. Przy okazji przyjrzał się też swojemu nowemu dobrodziejowi. Zmarszczki na jego twarzy, choć głębokie, układały się na jego twarzy w sposób sugerujący, że choć wiele w życiu przeszedł, to szedł przez to życie z uśmiechem. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby pojąć, że pomimo szczupłej sylwetki, miał sporą krzepę. Ogółem - wyglądał dokładnie jak ktoś, kto mógłby być przyjacielem pana Jabłońskiego.

Ujrzawszy, że Gromi się obudził, mężczyzna sięgnął za siedzenie po bukłak z wodą.

- Dzień dobry, chłopcze. - Skinął mu na powitanie i delikatnie się uśmiechnął.

Następny wybój na drodze tak potrząsnął przyczepą, że ze snu wybudzili się także bliźniacy. Przecierając twarze, z zaskoczeniem rozglądali się wokół.

- Wody... - szepnęli obaj.

Gromi przekazał im bukłak i łapczywie rzucili się do picia.

- Czemu siedzimy na jakiejś przyczepie? - spytał półprzytomnie Zbyszek. - I gdzie my w ogóle jesteśmy?

- Nie mam pojęcia... - odparł Bojan, drapiąc się po czole. - Ale mi czerep pęka... Ktoś mi wczoraj przywalił?

Po czym obaj skierowali spojrzenia ku kompanowi.

- Gromi? - spytali naraz.

- Zbłądziliśmy i trafiliśmy do złej gospody - wyjaśnił im, obracając głowę przez ramię. - A w zupie, którą zjedliśmy, były grzyby, które namieszały wam w głowach. Ale na szczęście - wskazał na woźnicę - pan rotmistrz po nas przyjechał i nas stamtąd zabrał. I właśnie jedziemy do Kamieńca.

- Aha... - odparli obaj. - Dzień dobry, panie rotmistrzu.

- Dzień dobry, chłopcy... - odparł rycerz. - Jak już się rozbudzicie, to sugeruję wam dosiąść waszych rumaków. Przed nami jeszcze sporo drogi.

Gdy więc jako tako doszli do siebie, poszli za radą i przesiedli się na grzbiety swych koni. A wkrótce rześkie powietrze rozbudziło ich w pełni.

- Pan Jabłoński napisał mi, że jesteście zdolni i pracowici - objaśnił podczas dalszej drogi. - I ogólnie, że dobre z was dzieciaki. Zrobimy więc tak: na razie dam wam zajęcie jako wartownikom i przy drobnych pracach na zamku. W zamian za waszą pracę dostaniecie jedną z kwater w mieście. A jeśli się dobrze sprawicie, to pomyślimy o wpisaniu was na żołd. Odpowiada wam taki układ?

Nasi bohaterowie skinęli głowami - odpowiadał im w zupełności.

***

Podróż do Kamieńca zajęła im kilka dni. Na ich oczach na Podole dotarła tak wyczekiwana wiosna. Zrobiło się ciepło, świeżo i przyjemnie. Śnieg stopniał, a pośród traw zaczęły wyrastać pierwsze kwiaty.

Kilkukrotnie zatrzymali się w folwarkach, gdzie Wojciech spotykał się z nadzorcami i odbierał beczki i skrzynie z żywnością. W międzyczasie bliźniacy zaczęli przypominać sobie coraz więcej urywków wydarzeń z tamtej nocy. To, czego nie potrafili sobie przypomnieć, dopowiedział im Gromi. Jego opowieść i szczątki wspomnień z interwencji rotmistrza, kiedy to zlał dwie bandy rzezimieszków zwykłym kijem, rozpalały szczególnie wyobraźnię Bojana. Toteż przy każdej możliwej okazji z nadmiernym entuzjazmem przypominał, jak to rycerz rozprawił się z oprychami.

- Ale nauczy nas pan rotmistrz tak władać bronią? - dopytywał.

Wojciech nie zamierzał niczego deklarować, więc zbywał go lub zmieniał temat. Bojan nie dawał jednak za wygraną.

- Tak, nauczę was... - rzekł więc mu wreszcie. - Tylko błagam, zamilknij choć na chwilę.

Bojan uśmiechnął się na to szeroko, zadarł nosa i spojrzał na przyjaciół z wyższością. Rozbawieni tą sytuacją i radzi, że są już tak blisko słynnej stolicy Podola, jechali niespiesznie przed siebie pośród rozciągających się wokół sadów i pól. Tu i ówdzie zaczęły pojawiać się domostwa i przydrożne zajazdy. Kamieniec był coraz bliżej...

Nad Podolem obudził się kolejny piękny poranek.

Wojciech wiózł ich drogą wijącą się pomiędzy pagórkami. Ze względów strategicznych w okolicy nie wolno było stawiać żadnych budowli i wycięte musiały być wszystkie drzewa. Wokół mieli więc rozległy pagórkowaty teren pokryty jedynie morzem intensywnie zielonej trawy. Krajobraz ziemi podolskiej dosłownie zapierał dech! I wtem, pośród tej pagórkowatej ziemi, w oddali ujrzeli miasto sławne na całą Rzeczpospolitą.

Kamieniec Podolski...

Miejsce to znane było jako "orle gniazdo", które to miano zawdzięczało położeniu w dość specyficznej lokalizacji. Wzniesione zostało na szczycie pionowej skały - lecz skała ta mieściła się w dolinie, znacznie poniżej okalających ją pagórków. W pierwszej kolejności na horyzoncie ukazały się więc odcinki murów miejskich, a ponad nimi wieże świątyń i ratusza oraz dachy kolorowych kamienic. Trzeba przyznać, że z oddali Kamieniec wyglądał dość dziwnie - duże miasto z licznymi świątyniami i gęstą zabudową, do tego tak sławne, chronione było zaledwie przez kilka odcinków niezbyt okazałego muru. Potencjalny przeciwnik, nieświadom znajdującego się tu jaru, mógłby już zacierać ręce, że weźmie słynny Kamieniec, jak to się zwykło mówić, "z marszu".

Po drugiej stronie, za miejskimi zabudowaniami dostrzec można było już także baszty kamienieckiego zamku. Ku zdziwieniu młodzieńców nie górował on nad miastem. Wręcz przeciwnie - znajdował się jeszcze niżej niż ono.

Pomimo że wyobrażali ją sobie nieco inaczej, na widok stolicy Podola serca zabiły im szybciej. Jechali prowadzącą ku miastu drogą ubitą po okalających Kamieniec wzniesieniach, skąd mieli widok na panoramę miasta. Ujrzeli też słynny kamieniecki zamek. Twierdza zbudowana była z białego kamienia. Nad murami górowały wieże z okrągłymi basztami, a na szczytach wysokich spiczastych stożków powiewały proporce Rzeczypospolitej. Z zamku do miasta prowadził masywny kamienny trakt.

- Tę twierdzę zwiemy Starym Zamkiem. - Wojciech wskazał na fortecę. - Od wieków chroni nasz kraj przed wrogimi zapędami Imperium, ale też od Tatarów czy Kozaków. Nie uwierzylibyście, ile oblężeń i ile najazdów przetrwały te mury...

Po przeciwnej stronie traktu do zamku przylegał rozległy wał ziemny. Wzniesiona została na nim fortyfikacja, na której rozmieszczone były stanowiska ogniowe. Przerastała swoją rozpiętością kamienną twierdzę i wyglądała na znacznie nowszą konstrukcję.

- Bastion ten nazywamy Nowym Zamkiem - objaśnił rycerz. - Został on zbudowany pół wieku temu. Mój dziad był jednym z budowniczych, a mój ojciec, będąc jeszcze małym berbeciem, przychodził pomagać w pracach. Całość została zaprojektowana wedle najnowszych osiągnięć ówczesnej sztuki fortyfikacji, a Nowy Zamek stał się naszą największą chlubą.

Młodzieńcy najpierw zerknęli na pełnego zachwytu rotmistrza, po czym spojrzeli po sobie. Wprawdzie miasto było duże, a zamek wyglądał solidnie, ale szczerze mówiąc - byli nieco rozczarowani. Po twierdzy uważanej za miejsce nie do zdobycia spodziewali się jednak trochę więcej.

- Eee... panie rotmistrzu... - Bojan zechciał o coś spytać.

- Tak, nauczę cię walczyć - odparł krótko rycerz przez ramię. - Przecież już ci obiecałem.

- Nie o to chodzi... A dlaczego właściwie na Kamieniec mówią "orle gniazdo"? W sensie, że rodzą się u was same orły?

- Nie tylko - odparł mężczyzna, uśmiechając się. - Niebawem sam zobaczysz...

I rzeczywiście nie minęło wiele czasu, a Bojan w jednej chwili zrozumiał, skąd wzięła się ta nazwa. Oto bowiem, gdy ścieżka zaczęła opadać po zboczu, w oddali ukazał im się widok, który sprawił, że pojęli w pełni, dlaczego Kamieniec uważany był za twierdzę nie do zdobycia.

Rzeka Smotrycz naturalnie tworzyła tu swym korytem pętlę na kształt litery "?". Przez wieki nurt rzeki drążył skaliste podłoże, coraz głębiej i szerzej. Aż wreszcie wydrążył przepaść pomiędzy skałami, opadającą niemal pionowo na wysokość stu metrów i szerokość sięgającą osiemdziesięciu. I to w granicach tej wydrążonej nurtem "omegi" leżały zabudowania miasta. Choć więc Kamieniec leżał poniżej okolicznych wzniesień, to aby go zdobyć, trzeba by najpierw pokonać stumetrową przepaść albo zdobyć prowadzący do miasta zamek.

Zamek zaś wprawdzie znajdował się poniżej miasta, ale leżał na wznoszącej się na kilkadziesiąt metrów skale i połączony był z miastem kamiennym traktem, zwanym Mostem Tureckim. Trakt ów był zaś w istocie zwężeniem w skale, także wznoszącym się niemal pionowo kilkadziesiąt metrów w górę. Jedyna droga do twierdzy prowadziła z miasta. A jedyna droga do miasta wiodła u podnóży zamku. Tak więc ani zamek nie mógł zostać zdobyty bez wcześniejszego zdobycia miasta, ani miasto - bez uprzedniego zdobycia zamku. I tak oto z pomocą natury ufortyfikowane zostało jedno z najwspanialszych miast polskich kresów.

Jak zatem można było dotrzeć do owego miasta?

Kamieniec posiadał dwie bramy miejskie - Bramę Polską od strony zachodniej i Bramę Ruską od strony wschodu, a obie leżały między podnóżem skały a brzegami Smotrycza.

Nasi bohaterowie w ślad za panem Humieckim skierowali się ścieżką nachyloną ku nurtowi rzeki. Chcąc ujrzeć zamek, musieli zadrzeć głowy naprawdę wysoko. A wówczas dostrzegli, że jedyny wjazd do miasta odbywał się pod czujnym wzrokiem stojących na murach twierdzy uzbrojonych strażników, chronionych kolczugami i odzianych w czarne płaszcze.

Brama Polska znajdowała się u stóp skały, na której szczycie zbudowane zostało miasto. Z jej lewej strony płynęła rzeka. Z prawej zaś kilkadziesiąt metrów pionowo w górę pięła się skała łącząca zamek z miastem. Za bramą wznosił się brukowany trakt prowadzący w górę, ku miastu (o dość łagodnym zboczu, aby do miasta mogły dotrzeć woły z zaopatrzeniem), wijący się wokół ściany wysokiej na osiemdziesiąt metrów, niemal idealnie pionowej skały.

- Rzeczywiście robi to wrażenie - oznajmił Bojan, gdy znaleźli się na kładce nad rzeką. - Ale jeśli miałbym wystarczająco dużo wojska, mógłbym w miarę łatwo zdobyć miasto. Wymyśliłem sposób.

- Poważnie? A jakiż to? - zaciekawił się Wojciech.

- Wszędzie wokół na wzgórzach rozstawiłbym artylerię - wyjaśnił Bojan, dając się ponieść fantazji. - I kazałbym ostrzeliwać zamek i miasto. Piechurzy skryliby się pod tarczami, unikając ostrzału z zamku, i sforsowali bramę miejską. A potem, pod osłoną ognia ze wzgórz, pokonaliby trakt. I proszę, Kamieniec zdobyty. Bo raczej nie macie tu jakiejś innej tajnej broni...

- Tak sądzisz? - odparł rotmistrz. - To spójrz na tę budowlę przy bramie. To jest tama.

Wskazał mu na prostą, lecz masywną kamienną konstrukcję wzniesioną nad rzeką i rozciągającą od bramy do sąsiedniej skały.

- Gdybyś rzeczywiście miał tyle wojska, że zdołałoby przeprowadzić szturm - wyjaśnił po chwili - i piechurzy podeszliby pod tę bramę, to nasi wartownicy z drugiej bramy zamknęliby tamę, przestawili śluzy i uruchomili podziemne pompy. A wówczas cały nurt Smotrycza, obecnie leniwie wijący się wokół skały, w jednej chwili spiętrzyłby się i uderzył w nich ścianą wody. Dokładnie przez tę oto tamę.

Wyjaśniwszy działanie tego niezwykłego systemu hydrotechnicznego, Wojciech zostawił młodzieńców oniemiałych z wrażenia. Sam zaś przywitał się z wartownikami i przedstawił im nowych podwładnych. Wartownicy z uśmiechem otworzyli im bramę. Nasi bohaterowie ruszyli w ślad za rotmistrzem wznoszącym się w górę brukowanym traktem. On jechał na powozie, oni zaś szli, prowadząc swoje rumaki przy boku. Droga ta trwała dłuższą chwilę, lecz wreszcie dotarli na szczyt traktu.

I wtedy oto miasto ukazało im się w całej swej okazałości...

Pośród gąszcza miejskiej zabudowy mieszały się poranny zgiełk ulicy, stukot kopyt koni ciągnących wozy i głośne rozmowy przechodniów. Na ulicach występowali różni artyści - od śpiewaków, przez zaklinaczy węży, aż po akrobatów i mimów.

Kamieniec był pełen życia, ale nie był przy tym tak przytłaczający, jak Warszawa czy Kraków. Nie wyczuwało się tu tej atmosfery pogoni za zyskiem, jak w wielkich miastach, czy typowego dla tamtejszych mieszczan obnoszenia się bogactwem. Tutaj ludzie byli radośni i uśmiechnięci, a życie płynęło spokojnym, sielankowym wręcz rytmem.

- Gromisławie, Zbyszku i Bojanie - ogłosił Wojciech, zapraszając ich ruchem dłoni. - Witajcie w waszym nowym domu... Oto Kamieniec Podolski!

Rozdział XIV

Miasto, w którym można się zakochać

Kamieniec Podolski był miastem niezwykłym - i to już od zarania swych dziejów.

Pierwsze wzmianki o założonej nad Smotryczem osadzie pochodziły z XI wieku. Jednak niektórzy uważali, że już wieki wcześniej zamieszkiwały ją starożytne plemiona Scytów i Sarmatów. A nawet zarzekali się, że znajdowała się tu twierdza starożytnych Rzymian.

We wczesnym średniowieczu ziemie Podola należały do władców Rusi. Gród Kamieniec, wedle źródeł z owych czasów, miał zostać założony przez przedsiębiorczych Ormian, którzy, odkrywszy potencjał tego miejsca, zbudowali tu osadę kupiecką.

W XIII wieku miasto znacznie ucierpiało na skutek najazdu zagonów mongolskich. Gdy zaś w następnym wieku król Kazimierz Wielki włączył Podole do Królestwa Polskiego, przekazał te ziemie we władanie litewskiemu rodowi Kuriatowiczów, wywodzącemu się od samego wielkiego księcia Giedymina. I to właśnie ten ród wzniósł w drugiej połowie XIV wieku kamieniecki zamek.

Kolejne dziesięciolecia przyniosły walki pomiędzy Polakami a Litwinami o władzę i wpływy, szerzyły się intrygi i bunty. Jednak ostatecznie Kamieniec został stolicą nowo utworzonego województwa podolskiego i uzyskał pierwsze przywileje handlowe. I odtąd chronić miał Podole oraz całe polskie królestwo.

W przeciwieństwie do władców, mieszkańcy Kamieńca Podolskiego - Polacy, Rusini i Ormianie - żyli w zgodzie i działali ramię w ramię. Dlatego gdy tylko opadł kurz po zawirowaniach między Polską a Litwą, z zapałem wzięli się do pracy. Polacy sprawnie zarządzali handlem z Rzeczpospolitą. Rusini pozyskiwali towary ze wschodu. Przedsiębiorczy Ormianie posiadali zaś liczne kontakty handlowe z kupcami z ziem greckich, tureckich, perskich i arabskich. A nawet z dalekich Indii! To właśnie Ormianie z Kamieńca Podolskiego sprowadzali do Polski śródziemnomorskie wina, wspaniałe tkaniny, perskie ozdoby czy orientalne przyprawy. Oraz słynną wschodnią broń, która z czasem przyniosła rewolucję w polskiej sztuce wojennej. I tak wkrótce Kamieniec zaczął rozwijać się i bogacić na niesłychaną wręcz skalę.

Niestety, nie oznaczało to, że mieszczanie mogli cieszyć się dostatkiem i spokojnie mnożyć swe majątki. Kamieniec, jak i całe Podole, wielokrotnie najeżdżali Rusini, Kozacy i Tatarzy. Mury Kamieńca były oblegane nawet przez armie samego Imperium Osmańskiego. Jednak trzy nacje mieszkańców pozostawały wierne Koronie Królestwa Polskiego, wspólnie stawali do obrony swych domów i odpierali wroga za wrogiem. Wdzięczni władcy Rzeczypospolitej nadawali więc miastu kolejne przywileje handlowe. A pośród nich nadany mieszczanom - jako obrońcom słynnej "bramy do Polski" - przywilej noszenia broni osobistej. I tak oto Kamieniec Podolski wyrósł na jedno z najważniejszych, a zarazem najpiękniejszych miast w królestwie.

Przez kolejne dziesięciolecia fortyfikacje były, w miarę możliwości, rozbudowywane. W pierwszej ćwierci XVII wieku na polecenie Zygmunta III Wazy wzniesiony został bastion ziemny nazwany Nowym Zamkiem. A wówczas mieszkańcy mogli jeszcze skuteczniej odpierać kolejne nawałnice. Odparli tak choćby najazd Abazy Paszy czy szturmy Kozaków podczas powstania Chmielnickiego.

Tak oto przez wieki Kamieniec Podolski rozwijał się i stawiał czoła przeciwnościom. Dzięki temu z czasem zyskał takie przydomki, jak "orle gniazdo", "brama do Polski" czy nawet "przedmurze chrześcijaństwa".

I w tym oto Kamieńcu Podolskim znaleźli się dziś nasi bohaterowie.

Już podczas podróży z "Kozicy" rotmistrz opowiedział im nieco o mieście. Jednak teraz, przemierzając miejskie uliczki, niczym zaczarowani rozglądali się wokół. Kamieniec był po prostu niesamowity! Przenikały się tu różne kultury - od sarmackiej i staropolskiej, przez ruską, ormiańską, żydowską, aż po orientalną. Mieszały się tu różne języki. Ledwie minęli cerkiew, by nieopodal ujrzeć katolicki kościół. W jednej chwili wystający z bram Żydzi zapraszali młodzieńców do zgłębienia istoty świata poprzez sztukę kabbalah, a w następnej podeszły do nich cyganki, by zaoferować wróżenie z dłoni.

Mieszkańcy Kamieńca szczególnie upodobali sobie symbol Podola przedstawiający słońce z rozpościerającymi się promieniami. Był on widoczny na każdym niemal kroku - na dziełach oferowanych przez malarzy, na murach i rzeźbach. A nawet na szatach - miejscowi chętnie przypinali sobie na płaszczach i kubrakach broszki albo przyszywali naszywki ze słonecznym emblematem.

Trudno było też nie zauważyć, jak piękne były tutejsze dziewczęta. Obok uroczych Słowianek o rumianych jasnych licach, po mieście przechadzały się Ormianki, Żydówki i inne kobiety o wschodniej urodzie - o śniadej cerze, kruczoczarnych włosach i przenikliwych brązowych oczach. Mijane dziewczęta uśmiechały się do naszych bohaterów i machały im na powitanie. Bojanowi tyle wystarczyło - on był w tym mieście zakochany już bez pamięci!

Idąc w ślad za rycerzem, młodzi wojacy minęli miejski rynek. A w zasadzie to trzy rynki. Jak się bowiem okazało, osobne rynki mieli tu Polacy, Rusini i Ormianie. Były tu też trzy ratusze, a każdy z nich miał własną radę miejską i własnego burmistrza. Było trzech chrześcijańskich biskupów, którzy kierowali kościołami trzech różnych obrządków - łacińskiego, greckiego i ormiańskiego. Nawet języki urzędowe były trzy - polski, ruski i ormiański. Gdy zaś przechodzili obok polskiego ratusza, pan Humiecki wstrzymał na chwilę wóz.

- To nasz herb. - Wskazał na rzeźbę nad drzwiami ratusza. - Przedstawia on słońce jako symbol Podola, a także symbole trzech narodów zamieszkujących Kamieniec: ormiańskiego Baranka Bożego, ruskiego Świętego Mikołaja Cudotwórcę i polskiego Świętego Jerzego.

Gromi, Bojan i Zbyszek zgodnie postanowili, że muszą zawitać na każdy z trzech rynków - każdy przyciągał bowiem mnóstwem niesamowitości. Oprócz serów, win, owoców, tkanin i dywanów do wyboru były sztylety, bransolety, figurki, miniaturowe twierdze, obrazki, wisiorki oraz cała masa innych błyskotek i bibelotów.

Tymczasem dotarli do miejskiej stajni, gdzie przekazali pod opiekę swoje konie. I nim się obejrzeli, dzwony na wieży katedry zaczęły wybijać południe. A wraz z echem dzwonów do ich nozdrzy dotarł aromat dobrze przyprawionego pieczonego mięsa.

- Ależ mi burczy w brzuchu... - oznajmił Bojan. - Wyobraźcie sobie tylko, czym muszą tam raczyć. Grzech byłoby nie wejść... - Spojrzał znacząco na rycerza.

- No dobrze, wstąpimy wrzucić coś na ząb. - Wojciech się uśmiechnął, gdyż jego także przyciągnął ten zapach. - Kuchni pani Anieli rzeczywiście grzech nie spróbować.

I tak postanowili wynagrodzić sobie udaną podróż. Nie skąpiąc więc grosza, zamówili sobie po pucharze dobrego wina, obiedzie z pieczoną dziczyzną oraz sowitym kawałku ciasta. Zamówione dania okazały się smakować równie pysznie, jak pachniały. Młodzieńcy zajadali się, chwaląc specjały i wydając pomruki zadowolenia. A napełniwszy brzuchy, rozsiedli się wygodnie.

- Jest w tym Kamieńcu coś takiego, że od razu się w nim zakochałem - oznajmił Bojan, rozkładając dłonie za głową. - Myślę, że mógłbym tu spędzić choćby i całe życie.

Gromi najpierw uśmiechnął się na tę myśl. Ale po głębszym przemyśleniu przyznał mu rację: Kamieniec faktycznie był miastem, w którym nie sposób było się nie zakochać.

- To co? - rzekł wreszcie Wojciech, podnosząc rozleniwione ciało. - Trochę się tu zasiedzieliśmy, a trzeba jeszcze zajechać na zamek.

Gdy wyszli przed przybytek, słońce opadało już ku zachodowi. Dzień zaczynał dobiegać końca.

Od karczmy do twierdzy była już krótka droga. Ruszyli więc brukowanym traktem i wkrótce ujrzeli zamek...

Kamieniecka twierdza na tle złotego nieba wyglądała niczym z baśni. Nasi bohaterowie długo nie mogli wyjść z podziwu nad jej pięknem. A gdy weszli na szeroki, wznoszący się ku górze trakt, zwany Mostem Tureckim, ich ekscytacja sięgnęła zenitu. Prowadząc ich, Wojciech rzekł:

- Legenda głosi, że Kamieniec założony został przez starożytnych Rzymian. Ponoć miał im służyć jako wysunięta placówka do obrony cesarstwa przed barbarzyńcami. A most, po którym kroczymy, miał zostać zbudowany przed wiekami przez rzymskich rzemieślników.

- Jezu! Ja się tu czuję, jakbym był w jakiejś bajce! - wyrwało się Bojanowi.

- Nie ma co ukrywać, jest to jeden z piękniejszych polskich zamków - rzekł na to Wojciech. - Dlatego właśnie często zwie się go "orlim gniazdem" lub "perłą na skale". Uważa się go też - dodał, już mniej entuzjastycznie - za twierdzę nie do zdobycia...

Tymczasem po przejściu przez most, co samo w sobie dostarczyło im nie lada widoków, stanęli pod bramą. Gdy tylko wartownik ujrzał Wojciecha, skinął mu z uśmiechem głową i pospieszył otworzyć bramę.

Chwilę później znaleźli się na zamkowym dziedzińcu.

Krzątało się tu trzy tuziny żołnierzy. Mijani wojacy chylili przed panem Humieckim czoła i witali z szacunkiem. Jedni właśnie przenosili broń lub toczyli beczki, inni zamiatali, wartownicy zaś stali na wieżach, obserwując drogi prowadzące do miasta.

Znalazłszy się na dziedzińcu kamienieckiej twierdzy, Gromi dostrzegł zadrapania w murach, wyszczerbienia w cegłach i nadpalone drewniane krokwie. Poczuł, jak przechodzi go dreszcz. Wszystko to stanowiło bowiem świadectwo bohaterskiej historii tego miejsca. Z drugiej strony, choć twierdza budziła podziw, widać było, że wymaga poważnej renowacji.

Tymczasem Wojciech chwycił za pochodnię.

- Więc tak... To jest dziedziniec - rzekł, po czym skinął dłonią, by ruszyli za nim. Oprowadzał ich po zamku i pokazywał kolejne pomieszczenia. - Tu mamy skrzydło szpitalne... - Otworzył obszerną salę wypełnioną kilkoma tuzinami prostej konstrukcji łóżek. - To jest magazyn broni... - Pokazał wąską izbę, w której po obu stronach wisiały haki, a na nich rzędy rusznic i pistoletów. - A tutaj mamy skład prochu. - Rozświetlając wnętrze pochodnią, poprowadził ich w dół krętymi schodami i ostrożnie oświetlił stojące tu wypełnione prochem pojedyncze beczki.

- To wszystko?! - spytał zdziwiony Bojan. - Nie wygląda zbyt imponująco.

Wojciech pozostawił to bez komentarza.

- Chodźmy. - Skinął na nich. Także skład amunicji, zapasów żywnościowych i medykamentów, które potem odwiedzili, świeciły pustkami. - Hetmani co rusz obiecują, że niebawem zaczną to uzupełniać - wyjaśnił dopiero nieco później, prowadząc ich po krętych schodach na stanowiska ogniowe. - Choć sam jestem ciekaw, kiedy to nastąpi... - dodał gorzko.

Zwiedziwszy Stary Zamek, stanęli przed bramą na przeciwległym krańcu dziedzińca. Wartownicy podnieśli kratę i opuścili drewniany most. Młodzieńcy przeszli za Wojciechem przez unoszący się nad fosą most zwodzony i pokonali prowadzące w górę schody.

- A oto - rzekł pan Humiecki - miejsce, w którym odtąd spędzicie większość waszych chwil. Nasz Nowy Zamek.

Znaleźli się na ścieżce biegnącej wokół masywnego nasypu w kształcie półkola. Z zewnątrz okalał ją gruby mur z otworami strzelniczymi, przy których rozstawione było kilka tuzinów dział. Nowy Zamek, a w istocie bastion okalający wał ziemny, wzniesiony został kilka metrów wyżej niż dziedziniec Starego Zamku, a także wyglądał na zdecydowanie mniej sfatygowaną konstrukcję.

- To nasze stanowiska ogniowe. - Wskazał Wojciech, gdy przechodzili obok rozstawionych w równych odstępach, leciwych już armat. - Niebawem nauczę was, jak robić z nich pożytek - powiedział, po czym skinął na nich, by wspięli się za nim po wąskich stopniach w górę.

I w chwilę później stanęli na dziedzińcu. Otoczony był on blankami, pomiędzy którymi rozstawione były działa. Wojciech zaczął im coś tłumaczyć, jednak nasi bohaterowie już go nie słuchali... Gdy weszli na dziedziniec, roztoczył się przed nimi bowiem widok na bajecznie zieloną okolicę, pofałdowaną polami, pagórkami i dolinami. Na horyzoncie mienił się blask zachodzącego słońca i rozświetlająca niebo złota poświata. Stanęli na skraju dziedzińca, skąd z maślanymi oczyma i rozdziawionymi ustami przyglądali się temu zapierającemu dech krajobrazowi. Było po prostu przepięknie - wszyscy trzej zakochali się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia!

Rozdział XV

Sztuka walki...

- No już! Koniec zachwytów! - zawołał Wojciech i klasnął w dłonie dla wyrwania ich z tego stanu. Skinął na nich głową i dodał: - Rozumiem, że mamy tu ładne widoki... ale beczki same się nie przeniosą.

Młodzieńcy po raz ostatni rozejrzeli się wokół z rozpierającą ich ekscytacją, po czym zeszli z murów Nowego Zamku i wrócili na dziedziniec starej twierdzy. Tu wraz z rotmistrzem ściągnęli z wozu beczki z solonym mięsem i skrzynki z żywnością, przenieśli je i rozstawili w spiżarni. I nim się obejrzeli, niebo nad Kamieńcem zaczęło przywdziewać swoją wieczorową odsłonę.

- Chodźcie, pokażę wam waszą kwaterę. - Wojciech skinął na nich, gdy skończyli, i poprowadził ich za sobą.

Gdy dotarli na drugi kraniec mostu zamkowego, Gromi obejrzał się za siebie - i aż oniemiał z zachwytu.

- Spójrzcie na zamek! - zawołał do przyjaciół.

Kolor nieba przeszedł już ze złotego w głęboko niebieski, który był tak intensywny, że niebo wyglądało jakby osłonięto je aksamitną tkaniną. Stali tak przez dłuższą chwilę i sycili oczy tym niesamowitym widokiem. Gdy Wojciechowi wreszcie udało się nakłonić ich do dalszej drogi, poprowadził ich do jednej z kamienic nieopodal rynku. I w chwilę później byli już w swojej nowej kwaterze.

- Słuchajcie, chłopcy, to ja was tu zostawiam - oznajmił im. - Odeśpijcie sobie podróż. I jutro, jak będziecie gotowi, przyjdźcie na zamek.

Zostawił ich samych. Kwatera była niewielka, ale całkiem przytulna. Zza okna mieli widok na polski rynek. Zbyszek zajął się rozpalaniem w kominku. Wkrótce w palenisku zapłonął ogień, rozświetlając pomieszczenie ciepłym blaskiem. Zmęczeni po ekscytującym dniu, wszyscy trzej zanurkowali w pierzyny i już po chwili usnęli jak dzieci...

Następnego ranka wstali i w milczeniu odświeżyli się i odziali. Wiedzieli, że czeka ich niezwykły dzień. Gotowi, by zmierzyć się z tym, co przyniesie, ruszyli w stronę zamku. Przeszli przez tłoczne uliczki. A gdy wkroczyli na kamienny most i ujrzeli przed sobą wspaniałą twierdzę, wciąż nie dowierzali, że to dzieje się naprawdę. Wpuszczeni przez wartownika, weszli na dziedziniec. Wojciech właśnie rozdzielał podkomendnym zadania na dzisiejszy dzień.

Gdy skończył rozprowadzenie, podwładni rozeszli się do zajęć, a mężczyzna skinął na młodzieńców. Po sposobie, w jaki przed nimi stanął - ze złożonymi dłońmi i dumnie wypiętą piersią - Gromi pojął już z całą pewnością, że czeka go dziś dużo pracy.

- A więc przyjechaliście tu - przemówił Wojciech - żeby zostać obrońcami naszej twierdzy. Zgadza się?

- Tak jest! - odparli jednocześnie.

- I jesteście świadomi tego, że wisi nad nami widmo tureckiej agresji?

- Tak jest!

- A jeśli Turczyn oblegnie miasto - Humiecki uważnie przyglądał się ich twarzom - i w oczy zajrzy wam groźba śmierci... Co wówczas zrobicie?

- Będziemy walczyć! - krzyknął ochoczo Bojan.

- A jeśli zamiast oblężenia zastosuje blokadę? Wtedy przyjdzie wam trwać na zamku całymi tygodniami i bez pewności, czy nadejdzie odsiecz... Czy zdołacie wytrwać?

- Wytrwamy! - zawołał Zbyszek.

- A jeśli przyjdzie wam złożyć przysięgę, że prędzej zginiecie niż oddacie Kamieniec wrogom... Czy złożycie taką przysięgę?

Spojrzał każdemu z nich głęboko w oczy.

- Niech nas pan nauczy walczyć - odparł Bojan z przekonaniem.

- A staniemy się najlepszymi obrońcami, jakich miała ta twierdza - dodał Zbyszek.

- Ty także jesteś gotów? - Teraz Wojciech zwrócił się do Gromiego, który dotąd stał w milczeniu.

- Tak jest! - odparł.

- Dobrze więc, zatem nauczę was walczyć... - zdecydował Humiecki. Na jego twarzy zawitał delikatny uśmiech.

- Panie rotmistrzu! - zawołał wówczas Bojan. - Właśnie trafili się panu najdzielniejsi wojacy, jakich pan spotkał w życiu!

- Niebawem może przyjść wam wywiązać się z tej obietnicy... - rzekł na to Wojciech. - Dziś rozpoczniemy więc szkolenie, na którym postaram się przekazać wam całą swoją wiedzę i doświadczenie, które zdobyłem przez lata służby. Liczę, że przyłożycie się do nauki i nasze spotkania przyniosą zamierzony efekt. Więc spytam jeszcze raz: jesteście gotowi?

- Tak jest! - odparli głośnym chórem.

- To dobrze. Zatem pierwszą rzeczą, jaką chciałbym sprawdzić, jest to, jak władacie szablą. Udajcie się do zbrojowni i weźcie sobie po jednej.

Ruszyli więc do zbrojowni. Na ścianach wisiały rzędy wszelkiego rodzaju broni - szable, włócznie, a nawet maczugi i kiścienie (był to rodzaj broni, który każdy z nas widział przynajmniej raz w życiu, składający się z trzonka i łańcucha z metalową kulą najeżoną kolcami).

- No to co, moi drodzy - rzekł Bojan, chwytając za jedną z szabel - to do dzieła!

Zbyszek także wziął broń dla siebie i obaj ruszyli ku wyjściu.

Gromi został w zbrojowni sam. Oglądając szable różniące się kształtem i długością, dostrzegł wiszący w kącie miecz. Przywołał on mu na myśl wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to marzył, że pewnego dnia zostanie rycerzem i będzie nosić taki miecz u swego boku. Z ciekawości chwycił za oręż i kilka razy przeciął powietrze. Pojął, jak odległe wciąż było spełnienie tego marzenia. Westchnął z nostalgią.

Odłożywszy miecz, chwycił za szablę. Jednak w porównaniu z mieczem wydała mu się jakaś dziwna: lekka, niewygodna w chwycie i nieporęczna. Odniósł wrażenie, że w prawdziwej walce nie byłaby w stanie zrobić przeciwnikowi krzywdy. Wybrał więc inną - ale ona także nie leżała mu w dłoni.

- Idziesz?! - spytał Bojan, cofając się po Gromiego.

Gromi musiał podjąć szybką decyzję. Intuicyjnie chwycił za miecz i ruszył za braćmi.

- No dobrze - rzekł rotmistrz, gdy do niego wrócili. - zacznijmy od walki z cieniem... Rozstawcie się szeroko. I pokażcie, jak byście walczyli, gdyby Turczyn dziś uderzył na twierdzę.

Bracia unieśli szable. Pan Humiecki zwrócił uwagę na miecz w dłoni Gromiego.

- A co to? - spytał. - Zabrakło szabli?

- Nie, panie rotmistrzu - odparł. - Tak po prostu sięgnąłem, odruchowo. Jakoś lepiej mi leży w dłoni...

- Ale wiesz, że w dzisiejszych czasach nikt już mieczem nie walczy?

Gromi spojrzał na miecz w swojej dłoni. Poczuł, że się wygłupił.

- Aha... to zaraz pobiegnę po szablę - zawstydzony, gotów był cofnąć się do zbrojowni.

- Jak chcesz... - uznał Wojciech. - Ale jeśli rzeczywiście bardziej ci leży miecz, to możesz przy nim pozostać.

Chłopiec skinął, choć teraz nie był pewien, czy nie byłoby jednak lepiej zmienić oręż.

- A zatem... - mężczyzna zachęcił ich ruchem dłoni. - Zaczynajcie.

Odeszli od siebie na kilka kroków i zaczęli pracować bronią. Początkowo niepewnie, ale po chwili oswoili się z nią i zaczęli wymachiwać na całego. Włożyli w to cały swój entuzjazm i cięli powietrze raz za razem na różne sposoby. Biedni, nie mieli pojęcia, jak kiepsko wyglądało to z perspektywy doświadczonego szermierza. Wojciech spoglądał na nich, zastanawiając się, czy nie wycofać się z ich szkolenia.

Wtem na widok nieporadnych, lecz rozentuzjazmowanych młodzieńców, zatrzymał się jeden z przechodzących obok rycerzy. Był on mikrej postury, o jasnych włosach i podkręconym wąsie. Pomimo skromnego wzrostu chodził z dumnie wypiętą piersią oraz wysoko uniesionym czołem i bacznie obserwował wszystko wokół. Był to dowódca stacjonującej na zamku chorągwi dragonii, a zarazem rycerz cieszący się w Kamieńcu największym szacunkiem i sławą. Pułkownik Jerzy Wołodyjowski.

- Mości panie pułkowniku. - Pan Humiecki ukłonił się usłużnie.

- A cóż to za junacy, panie rotmistrzu? - spytał Wołodyjowski, spoglądając na nowe twarze.

- To podopieczni mego przyjaciela... wziąłem ich na przeszkolenie. Ale widać, że długa jeszcze przed nimi droga...

- Dobrze, niech się szkolą. - Jerzy się uśmiechnął. - A mogę sobie tu stanąć na chwilę i popatrzeć?

Wojciech zaprosił go gestem. Pułkownik przystanął i przypatrywał się ich wymachom.

- Dobrze, wystarczy - oznajmił Humiecki, klaszcząc w dłonie. - Teraz spróbujcie ze mną. Może ty? - Wskazał na Bojana i zaprosił go na środek. - Proszę, zaczynaj - zachęcił go.

Z początku Bojan bał się, aby nie zranić oponenta. Ruszył więc powoli i ostrożnie ciął szablą powietrze.

- No, śmiało - rzekł na to Wojciech. - Nie bój się, nie zrobisz mi krzywdy.

Bojan zaczął machać odważniej. Ale każde jego cięcie rycerz w jakiś niezwykły sposób zdołał przewidzieć i sparował albo się uchylił. Bojan stracił opanowanie i chcąc dosięgnąć przeciwnika, zaczął pruć powietrze, wymachując szablą, ile tylko miał pary rękach.

- Dobrze, dobrze... - wstrzymał go wreszcie Wojciech, zbijając mu klingę na bok. - Masz dużo siły - wyjaśnił, gdy ten zatrzymał się, zdyszany - ale za grosz techniki. Jeśli nie nauczysz się walczyć z głową, to łatwo będzie cię pokonać. Ale przyznaję, że twój entuzjazm jest godny podziwu.

Podziękował mu i wskazał, by wrócił do przyjaciół. Nadeszła kolej na Zbyszka. Wyszedł w skupieniu na środek.

- Zaczynaj. - Skinął mu.

Zbyszek ruszył więc i zaczął wyprowadzać cięcia. Widać było, że starał się walczyć w bardziej przemyślany sposób niż jego "w gorącej wodzie kąpany" brat bliźniak.

- Już lepiej - pochwalił go po kilku atakach Wojciech - ale to wciąż za mało. Tureckie dzieci prędzej opanowują sztukę władania szablą niźli wiązania sznurowadeł. Będą z ciebie czytać jak z książeczki z obrazkami.

I wreszcie skinął na Gromiego.

Wychodząc na środek, chłopiec wiedział, że ma pokazać dobrą technikę i starać się być nieprzewidywalny. Powtarzał sobie w duchu: "Pójdzie ci świetnie, pan Humiecki cię pochwali". Jednak poradził sobie gorzej niż słabo... Brakowało mu płynności w ruchu. Przy każdym zamachu odsłaniał tułów, stając się łatwym celem. Machanie mieczem może było łatwe, ale posługiwanie się nim w poprawny sposób okazało się o niebo trudniejsze niż mogłoby się wydawać.

- Nie, nie, nie... - rzekł jedynie rotmistrz. - Tak to nie ma sensu. Musisz się jeszcze sporo nauczyć.

Gromi, zawstydzony, wrócił do szeregu. Wojciech spojrzał pytająco na pana Wołodyjowskiego. Przez chwilę obaj rycerze zastanawiali się, co począć.

- Mam pomysł! - zawołał po dłuższej chwili pułkownik, pstrykając palcami. - Myślę, że wiem, co może im pomóc. Weźcie ze sobą broń.

Na bramie odebrał swojego rumaka, wsiadł na grzbiet i ruszył przodem. Rzucone przez ramię: "Już dawno chciałem zobaczyć, czy to się sprawdzi", było jedynym wyjaśnieniem, jakie od niego usłyszeli. Pan Humiecki pospieszył w ślad za słynnym rycerzem, a za nim podążyli jego nowi podopieczni.

- Spotkało was nie lada szczęście - rzekł przez ramię, wyraźnie zaintrygowany. - Sam pan pułkownik zechciał dać wam lekcję. A to jest najsławniejszy rycerz na całym Podolu!

- A dokąd idziemy? - spytał Bojan, na co Humiecki wzruszył jedynie ramionami.

Tymczasem pan Wołodyjowski wreszcie się zatrzymał i zsiadł z konia. Stanęli przed wejściem do... kamienieckiej katedry.

Świątynia miała jasnożółtą fasadę, a nad wrotami wejściowymi znajdował się witraż. Na szczycie spadzistego dachu wznosił się krzyż i dwie rzeźby przedstawiające patronów katedry - apostołów Piotra i Pawła. Rzeczywiście budowla była przepiękna. Ale dlaczego pan Wołodyjowski przyprowadził ich właśnie tutaj? Będą się modlić, by Bóg zesłał im talent?

- Zapraszam. - Pułkownik wskazał im wnętrze, trzymając otwarte drzwi.

Weszli posłusznie do środka. - Poczekajcie tu chwilę - poprosił ich, by następnie zniknąć za drzwiami zakrystii.

W międzyczasie młodzieńcy rozglądali się po wnętrzu obszernej, lecz pustej świątyni. Kroczyli powoli między szerokimi ceglanymi kolumnami, marmurowymi podłogami i rzędami lśniących drewnianych ław. Przyjrzeli się ołtarzowi zdobionemu rzeźbami świętych. Przez półprzezroczyste witraże, prezentujące biblijne sceny, do środka wpadały smugi mętnego światła. Gromi stąpał bardzo ostrożnie - bał się choćby głośniej odetchnąć, by najmniejszy dźwięk nie zakłócił panującej tu ciszy.

Wreszcie wrócił Wołodyjowski. Prowadził pod ramię pewnego starca, który, lekko zgarbiony, poruszał się bardzo powolnym krokiem. Poprosiwszy o coś, poklepał go po ramieniu i starzec udał się w nieznanym kierunku. Pułkownik wrócił zaś do naszych bohaterów.

- Pokaż mi na chwilę swoją szablę - poprosił Bojana, który natychmiast spełnił prośbę.

- Spójrzcie na jej głownię - uniósł podaną mu broń. - Jest długa, ostra i idealnie zakrzywiona. Może z łatwością przeciąć wam ramię, brzuch czy szyję. Tak, szabla jest wspaniałym, lecz śmiertelnie groźnym narzędziem...

Po czym wykonał kilka niewiarygodnie szybkich cięć, zatrzymując ostrze tuż przy ciele Bojana i oddał skołowanemu młodzieńcowi jego broń.

- Szermierka jest sztuką trudną - przemówił ponownie - i opanowanie jej w dobrym stopniu wymaga lat systematycznych ćwiczeń. My tyle czasu nie mamy... Spróbuję zatem nauczyć was, by zamiast wyuczonych technik, waszymi ruchami kierowała intuicja płynąca stąd - wskazał na swoje serce - z waszego wnętrza.

Zwrócił się ku starszemu panu, który siedział teraz przy organach znajdujących się na balkonie ponad wejściem.

- Panie Stanisławie, jest pan gotów? To prosimy.

Sędziwy organista skinął mu i zagrał na organach długie pojedyncze akordy. Wołodyjowski dobył swojej szabli i powoli zakołysał się w takt muzyki. Zaczął powoli i płynnie pracować jej ostrzem.

- Słuchajcie melodii - rzekł, pozostając w delikatnym ruchu. - Skupcie się tylko na niej, na tempie, na dźwiękach, na intonacji. Niech ta muzyka was wypełni.

Wtem melodia przyspieszyła, a do spokojnych przeciągniętych akordów dołączyły szybkie intensywne uderzenia w klawisze. W ich rytm pułkownik wykonał kilka szybkich cięć oraz uników i obrócił się z bronią.

- Gdy staniecie do walki - wyjaśnił, demonstrując jednocześnie szablą - wasz przeciwnik zrobi wszystko, by zadać wam śmiertelne cięcie. Jeśli jest wyszkolony, a tureccy wojownicy są w tym niezrównani, zrobi to z łatwością. Pomiędzy wami będzie tylko skrawek przestrzeni i ostrze waszej broni. Waszym najważniejszym zadaniem jest nie dać mu się rozpłatać. A drugim jest rozpłatać jego. Dlatego broń zawsze trzymajcie pewnym chwytem. Ma być niczym wrośnięta w dłoń. A kiedy tniecie, tnijcie tak, by zranić go jak najmocniej. Uderzenia górne - tu szabla pofrunęła z góry ku posadzce - z prawej. Z lewej. Uderzenia dolne. Uderzenia w osi równoległej do ziemi. I prostopadle do ziemi. Pchnięcia, gdy przeciwnik trzyma jeszcze dystans. Cięcia, gdy już zewrzemy się w boju. Odejście. Walka poza dystansem. Zaproszenie przeciwnika do walki. Odczytanie jego stylu. Wyczucie siły, z jaką na nas napiera. Atak. Obrona. Kontratak. I wreszcie ciosy mistrzowskie... - tu wykonał kilka niewiarygodnie szybkich i skomplikowanych sekwencji. - A przede wszystkim: bądźcie w ciągłym ruchu. Możecie się zatrzymać, ale tylko po to, aby wybić przeciwnika z rytmu. I po chwili ruszyć z nową siłą. Wasz ruch musi być nieprzewidywalny. Zaskakujący. Długi, krótki. Przeciwnik nie może dostrzec w nim schematu. On ma sobie uświadomić, że nie jest w stanie was pokonać. I ma się bać. Ma czuć na karku oddech śmierci.

A myśl, że lada chwila popełni błąd, który zakończy jego życie, ma całkowicie zatruć mu umysł...

Dobrze, panie Stanisławie. Wystarczy.

Organista zagrał kilka ostatnich akordów, po czym organy zamilkły.

- Teraz wasza kolej - pułkownik zachęcił chłopców, chowając szablę. - Unieście broń. Weźcie głęboki oddech. Niech to święte powietrze wypełni wasze płuca. Poczujcie, jak ogarnia was spokój. Poczujcie tę ciszę... Rozluźnijcie ciała. Otwórzcie umysły. Pozwólcie ostrzu i ciału stać się jednością... Niech wasza szabla i serce zabiją w jeden rytm.

Następnie skinął organiście i po chwili ciszy świątynię ponownie wypełniły dźwięki muzyki. Na początku powolne, pojedyncze uderzenia w klawisze. Rozbrzmiewały przeciągającym się echem. Nasi bohaterowie zaczęli powoli, intuicyjnie pracować bronią.

- Zapamiętajcie tempo -- prowadził ich Wołodyjowski. - Zapamiętajcie każdy akord, każdy dźwięk i każdą nutę. Skupcie się tylko na nich... Poczujcie, jak muzyka przyspiesza, jak zwalnia, jak milknie, by za chwilę znów płynnie powrócić. Usłyszcie, jak tony wysokie łączą się z niskimi. Oddajcie się tej muzyce, niech ona was poprowadzi...

Gromi pierwszy raz w życiu miał w dłoni miecz i trudno mu było wykonywać płynne ruchy. Ale postanowił pójść za radą i skupić się na muzyce. Zamknął oczy i całą uwagę skierował na melodię. Stopniowo zaczęła przyspieszać. Z każdą chwilą coraz intensywniej czuł, jak bicie jego serca dostraja się do taktu, a dźwięki przejmują kontrolę nad ciałem. Z muzyką wszystko nagle stało się jakieś takie naturalne....

Młodzieńcy powtarzali poszczególne techniki, podążając za melodią. Bliźniacy cięli szablami jednorącz, Gromi władał zaś swoim mieczem, trzymając go obiema dłońmi. Rotmistrz spoglądał z podziwem na to, czego był świadkiem. Wtem pan Wołodyjowski klepnął go w ramię, uśmiechnął się i skinął, że czas opuścić świątynię.

Wreszcie muzyka ucichła.

- Chłopcy, musimy już was opuścić - rzekł Wojciech - ale dla was to nie koniec pracy na dzisiaj. Poznajcie swoją broń, jej wagę, ostrość i środek ciężkości. Gdy już ją dobrze poznacie, przećwiczcie raz jeszcze techniki, które dziś poznaliście. Ale róbcie to powoli. - Zademonstrował im powolny i płynny ruch szablą. - O tak. Żeby czuć, jak pracują wasze ramiona. Żeby waszym ciałom weszło to w nawyk. Rozumiecie? Więc do zobaczenia. I widzimy się jutro na zamku.

Po czym wraz z pułkownikiem Wołodyjowskim opuścili katedrę. Gromi, Bojan i Zbyszek zaś ćwiczyli tak długo, aż kościelny wyprosił ich, chcąc przygotować świątynię do nabożeństwa.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, odetchnęli świeżym powietrzem. Roztoczył się przed nimi widok na miasto w swym naturalnym rytmie - gąszcz kamienic, ulice, rynki i kościoły oraz mieszczan zajętych codziennymi sprawami.

Gromiemu wciąż rozbrzmiewała w głowie ta melodia. Nagle poczuł, jak jego ciało i umysł wypełnia euforia. Spojrzał na swój miecz. Choć był ciężki i niewygodny, miał w sobie coś niezwykłego. Uniósł go przed siebie. Wtedy po raz pierwszy postanowił sobie, że da z siebie wszystko. Włoży w naukę całe zaangażowanie. I stanie się prawdziwym obrońcą tej twierdzy.

- Idziesz?! - zawołali bracia, zauważywszy, że został w tyle, przyglądając się broni.

Gromi ocknął się z zamyślenia i z nowym postanowieniem ruszył za nimi.

Wkrótce młodzieńcy dopełnili wszelkich formalności związanych z objęciem obowiązków, odebrali instruktaż od dowódcy zmiany i otrzymali wartownicze stroje, składające się z kolczugi, skórzanego pasa i czarnego płaszcza.

I w taki oto sposób nasi bohaterowie zostali wartownikami na Nowym Zamku. Odtąd większość czasu spędzali na jego murach, pełniąc wartę lub pomagając przy codziennych pracach. W wolnym czasie Wojciech demonstrował im kolejne techniki władania bronią, a oni wykonywali ćwiczenia po setki razy, aż do uzyskania wprawy. Początkowo z trudem przychodziło im synchronizowanie ruchu i oddechu, ale nie zamierzali się poddawać i uparcie powtarzali każdą sekwencję. Uczyli się jak blokować i jak wytrącać przeciwnikowi broń z dłoni, a także jak walczyć wręcz.

Ćwiczyli każdego dnia, aby dojść do wprawy. Trenowali tak ciężko, że wieczorem obolali i zmęczeni, kładli się i od razu zasypiali. Trenowali w katedrze, przy akompaniamencie organów lub muzyki wybrzmiewającej w ich myślach. Trenowali o świcie i o zmierzchu, stojąc na dziedzińcu Nowego Zamku. Ostrza ich broni pobłyskiwały wtedy jasnym światłem słońca, które wschodziło zza wzgórz i zachodząc, oblewało całe miasto złotym blaskiem.

Wkrótce trawy zalśniły zielenią i pokryły rozkwitającymi polnymi kwiatami. Powietrze zaś wypełniła świeżość - oto do Kamieńca zawitała tak wyczekiwana wiosna.

Rozdział XVI

...i sztuka wojenna

Niebawem wiosna zadomowiła się na Podolu w swojej pełnej krasie. Ptaki beztrosko krążyły po błękitnym niebie, a świeże wiosenne powietrze sprawiało, że po prostu chciało się żyć. W mieszkańców wstąpiły zaś nowe pokłady optymizmu i chęci do działania. Lecz wraz z wiosną nad miasto nadciągnęło coś jeszcze: świadomość, że zbliża się wojna...

W kwietniu do Kamieńca dotarł zapas prochu, pozyskany dzięki staraniom hetmana Sobieskiego, a Gromi, Bojan i Zbyszek mieli sporo pracy przy przenoszeniu beczek do składu. A nieco później do Kamieńca przybył wysłannik ze stolicy. Na spotkanie wyszedł mu starosta kamieniecki - generał Mikołaj Potocki. Był to ponad pięćdziesięcioletni mężczyzna średniego wzrostu, o siwych włosach, bujnych wąsach i opasłym brzuchu, ledwie mieszczącym się pod napiętym do granicy możliwości błękitnym kontuszem. Wysłannikiem z Warszawy był zaś generał Józef Łączyński, leciwy, o mikrej sylwetce i nieco przygarbiony. Z racji wieku poruszanie się nie przychodziło mu już z taką łatwością, jednak jego umysł wciąż pozostawał bystry, a do swych obowiązków podchodził z pełnym zaangażowaniem.

Obaj generałowie wraz z towarzyszącymi im miejscowymi oficerami obeszli miasto i zamek, dokładnie przyglądając się magazynom, murom, fortyfikacjom i artylerii. Generał Łączyński skrupulatnie notował przy tym wszelkie istotne obserwacje. Na jego rozkaz odpalono salwę z kilku dział oraz ponownie przeliczono zapasy. Na koniec poprosił o zademonstrowanie działania systemu hydrotechnicznego. Niestety, próba zakończyła się niepowodzeniem, gdyż pompa, z braku funduszy nienaprawiana od wielu lat, za żadne skarby nie chciała się uruchomić.

Po zakończonej inspekcji wojskowi spotkali się w sali obrad polskiego ratusza.

- Panie generale starosto, mości panowie oficerowie - generał Łączyński rozpoczął swoją przemowę. - Widzę, że dobrze dbacie o twierdzę i że utrzymujecie tu porządek. Ale dostrzegłem sporo uchybień, którymi należy się czym prędzej zająć. Nie podobają mi się pewne fragmenty obwarowań. Dostrzegłem sporo pęknięć w murach. Oczywiście nie winię o to panów, wszakże twierdza ma już swoje lata, a i jej utrzymanie swoje kosztuje. System hydrotechniczny możemy uznać za całkowicie niesprawny. A zasięg dział, ze względu na ukształtowanie terenu, powinien być znacznie dalszy. Jednak najbardziej niepokoi mnie liczebność waszego garnizonu. Dwustu żołnierzy to zbyt mało, nawet jak na czas pokoju. Jeśli zaś mówimy o nadchodzącej wojnie... Chciałbym zatem poinformować panów, że zwrócę się do sejmu o zwiększenie obsady zamku do dziesięciu tysięcy żołnierzy, najlepiej z doświadczeniem w odpieraniu oblężeń. Upomnę się o środki na renowację murów i pompowni, i na zakup solidnych dział. Nie zapomnę też o potrzebach związanych z prochem, amunicją i zapasami. Łącznie zamierzam wystąpić do sejmu o pomoc wartości... - Tu naprędce podsumował swe obliczenia. Po czym oznajmił: - Około stu tysięcy złotych.

Zebrani spojrzeli na niego ze zdumieniem. Była to kwota, o jaką nawet nie śmieliby prosić.

- Tak, mości panowie - wyjaśnił, spoglądając po zaskoczonych twarzach - wiem, że to duża suma. Ale prawda jest taka, że jeśli Kamieniec upadnie, to żadne miasto ani żadna twierdza nie zdołają powstrzymać Osmanów. A szkody, jakie wyrządzi ich dalszy przemarsz... aż strach pomyśleć...Wasza twierdza jeszcze przed pół wieku mogła być uznana za niemożliwą do zdobycia. Ale dziś artyleria bije stukrotnie dalej niż wtedy, gdy powstawał Stary Zamek. I stukrotnie celniej. Jeśli więc panowie szlachta okażą choć krztynę rozumu, powinni sprzedać i cały zamek królewski, byle Kamieniec zdołał się ostać... To wszystko. Dziękuję mości panom za uwagę. Niech Bóg wam sprzyja.

Po czym opuścił salę, zostawiając gospodarzy w stanie całkowitego osłupienia. Wizja przyznania Kamieńcowi tak znacznej pomocy bardzo podniosła mieszczan na duchu. Generał opuścił miasto, żegnany pełnymi szacunku ukłonami.

Miasto zaś rozpoczęło przygotowania do wojny.

Teraz nie było czasu na oszczędności. Generał Potocki wyciągnął z miejskiego skarbca wszystkie środki. Zakupił najpotrzebniejsze narzędzia i wypłacił zaliczki na poczet nowych armat. Mieszczanie zapożyczali się i ofiarowali swoje prywatne kosztowności. Rozpoczęto renowację mechanizmów w śluzach do podnoszenia poziomu wody w Smotryczu. Odzierano z rdzy i czyszczono stare armaty. Żołnierze łatali dziury w obwarowaniach. Rzemieślnicy skupowali stal, z której wytapiali broń i amunicję.

Robiono zapasy żywności i lekarstw. Usprawniono system łączności z Królestwem. W chwili, gdy wróg pojawiłby się na horyzoncie, kilkunastu konnych miało natychmiast wyruszyć do najbliższych miast. Tam zaś mieli czekać kolejni łącznicy z przygotowanymi końmi, by zastąpić w służbie poprzedników. W zasadzie wszyscy mieszkańcy Kamieńca pracowali w pocie czoła, przygotowując się, na ile to możliwe, i czekając na obiecane wsparcie.

A jak radzili sobie w tym czasie Gromi, Bojan i Zbyszek?

Po opanowaniu podstaw szermierki, rozpoczęli kolejny etap szkolenia: strzelanie z artylerii. Na przemian z panem Humieckim rzemiosła tego uczył ich inny oficer. Był po trzydziestce, wysoki i bardzo szczupły. Miał żylaste ramiona i mnóstwo krzepy. Do tego był zawsze uśmiechnięty i pełen energii. A był to serdeczny przyjaciel Wojciecha, rotmistrz Jan Myśliszewski. Obaj rycerze cierpliwie uczyli ich, jak obsługiwać armaty, jak określać odległość do celu i jak ustawić działo. I wkrótce nadeszła chwila, którą nasi bohaterowie jeszcze długo wspominali z ekscytacją - oto otrzymali szansę, by oddać swój pierwszy wystrzał.

Podczas ćwiczeń żołnierze rozstawiali na zboczu jednego ze wzgórz flagi lub różnobarwne drewniane tablice imitujące pozycje wroga. Przy tak ustawionych celach trenowali się w celnym strzelaniu. I pewnego słonecznego kwietniowego dnia odbywały się takie właśnie ćwiczenia.

Gromi, Bojan i Zbyszek stali na uboczu i obserwowali, jak strzelają bardziej doświadczeni wojacy, gdy nagle zawołał ich jeden z żołnierzy.

- Mości pan pułkownik was wzywa! - oznajmił.

Zaskoczeni, udali się na stanowiska ogniowe. Dowodzący ćwiczeniami Wołodyjowski skinął na nich.

- Chłopcy! - Wskazał na jedno z dział. - Może wy spróbujecie?

Spojrzeli na pana Humieckiego. Uśmiechnął się i skinieniem głowy dał im zgodę. Pracując zespołowo, wykonali więc wyćwiczoną sekwencję: wymierzyli odległość, ustawili kąt uniesienia armaty, oczyścili lufę i komorę na proch. A następnie drżącymi dłońmi umieścili w komorze worek z porcją prochu oraz lont i wtoczyli w otwór lufy ołowianą kulę. A wówczas pułkownik uniósł proporzec. Po czym wskazał na cel i krzyknął: "OGNIA!!!".

Nadeszła chwila, by oddać strzał. Zbyszek odpalił łuczywo. Modląc się w duchu o powodzenie, zbliżył je do lontu. Im bardziej wyciągał dłoń, tym mocniej biło jego serce. Po chwili, która zdawała się trwać nieskończoność, lont zajął się ogniem. Zaczął złowrogo syczeć... Wreszcie potężny huk przeszył niebo nad Kamieńcem i kula pofrunęła ku wzgórzu. Po chwili wbiła się w ziemię, nieco obok ogrodzenia. I choć nasi bohaterowie nie trafili w będącą ich celem drewnianą tablicę, byli całkiem blisko. Pozostali wojacy zareagowali więc entuzjastycznie, gratulując im i poklepując po plecach. Zadowoleni z siebie młodzieńcy uśmiechnęli się szeroko i ukłonili zgromadzonym na murach żołnierzom.

Tuż po nich salwę oddali puszkarze obsługujący sąsiednie stanowisko i drewniana tablica roztrzaskała się w drobny mak. Zebrani na murach zareagowali gromkimi owacjami. Wówczas wystrzeliła drużyna obsługująca działo po drugiej stronie wału. Kula pofrunęła dokładnie w to samo miejsce, roztrzaskując kikuty, które pozostały po poprzedniej salwie. Na murach zapanowała już pełna radość. Uczestnicy ćwiczeń gratulowali sobie i uśmiechali się od ucha do ucha.

I tak właśnie Kamieniec Podolski szykował się do wojny. A w tym samym czasie w odległym Imperium Osmańskim...

Z nadejściem wiosny w Konstantynopolu rozpoczęła się ostatnia faza przygotowań do nowej kampanii. Na wodach Bosforu roiło się od okrętów i barek przewożących żołnierzy, broń i zaopatrzenie. Port w Konstantynopolu pracował dniem i nocą, aby wyładować towary napływające z całego kraju. Na okolicznych polach rozbijały się obozy przybyłych wojsk.

Docierały kolejne działa i urządzenia oblężnicze. Niektóre z nich miały tak absurdalnie wielką masę i siłę rażenia, że prości żołnierze głowili się, kto był na tyle szalony, aby w ogóle pomyśleć o ich zaprojektowaniu (nie wspominając już o procesie ich odlania). Było więc dwieście dział armatnich tak wielkich, że każde ciągnięte było przez dwadzieścia par wołów. Było dziesięć moździerzy zdolnych miotać kule ważące pół tony. Były tysiące wozów taborowych wypełnionych zapasami, prochem i orężem. I całe morze namiotów. Potęga osmańskiej armii była tak przytłaczająca, że żaden z wodzów nie podawał w wątpliwość, czy sprosta przeciwnikowi. Wręcz przeciwnie - w tureckich możnych wstąpiła nieopisana pycha. I w zasadzie... trudno było się im dziwić.

Dziedziniec Pałacu Topkapi, kwiecień 1672 roku

W tym samym czasie, gdy nasi bohaterowie oddali swój pierwszy strzał z armaty i cieszyli się jak dzieci (którymi zresztą wtedy nadal byli), w dalekim Konstantynopolu niebo przecięła salwa, w której naraz wystrzeliło dwadzieścia jeden armat. W ogrodzie pałacu sułtana, z którego roztaczał się widok na cieśninę Bosfor i Złoty Róg, rozpocząć się miała ceremonia wbijania buńczuków. Sułtan Mehmed siedział na tronie zamocowanym na lektyce i okrytym baldachimem ze śnieżnobiałych tkanin. Jeden z niewolników delikatnie wprawiał w ruch wachlarz z pawich piór. Po prawicy sułtana stał wielki wezyr. Na dziedzińcu za ich plecami zebrali się zaś członkowie Divanu, naczelni wodzowie, możnowładcy i imamowie.

Gdy słońce osiągnęło zenit, rozbrzmiała muzyka rozpoczynająca ceremonię. Przed oblicze władcy jeden po drugim występowały trzyosobowe poczty honorowe kolejnych oddziałów osmańskiej armii. Każdy z nich przybywał z buńczukiem. Był to wschodni odpowiednik chorągwi, ale zamiast proporca, wieńczył go bogato zdobiony grot i pęki końskiego włosia. Dowódcy padali sułtanowi do stóp i przysięgali wierność, a pocztowi wbijali buńczuk w ziemię w ogrodzie u podnóży dziedzińca, meldując tym samym gotowość do wyruszenia na wojnę.

Wielki wezyr przyglądał się ceremonii rad, że wszystko przebiegało zgodnie z planem. Wtem podszedł do niego wezyr spraw zagranicznych - stary mężczyzna o lichej posturze, przygarbiony i w okularach. Dyskretnie wręczył Ahmedowi zwinięty skrawek pergaminu.

- Ostatnie meldunki od naszych szpiegów... - szepnął mu do ucha, aby nie zakłócać ceremonii. - Lechistan wciąż nie podjął żadnych istotnych działań.

- A co z hetmanem Sobieskim? - spytał szeptem Ahmed.

- Wciąż jest blokowany przez króla i dwór. Mój Efendi, zapowiada się nam gładkie zwycięstwo. Doprawdy, okryjesz się wielką sławą.

- Dziękuję za dobre słowo. Jednak jeszcze zbyt wcześnie na ogłaszanie wiktorii... A jakie wieści płyną z twierdzy Kamieniec? Jakie prace tam już podjęto?

- Nie mamy stamtąd żadnych szczegółowych wieści, wielki wezyrze - odparł minister. - Ale... Cóż może sam Kamieniec? I to bez wsparcia od króla?

- Wezyrze - rzekł surowo Ahmed. - Kamieniec jest dla naszej kampanii kwestią kluczową. Lachowie uważają go za twierdzę nie do zdobycia. Wierzą, że sam ich Bóg jej strzeże. Więc odbierając im Kamieniec, złamiemy ducha walki całego ich narodu... A zatem dowiedzcie się, co szykują w twierdzy. I potraktujcie to zadanie śmiertelnie poważnie.

Urzędnik odkłonił się usłużnie i zniknął za plecami zgromadzonych. Ahmed zaś ponownie skupił się na ceremonii wbijania buńczuków. Wkrótce cały dziedziniec sułtana zaroił się od powiewających na wietrze drzewców zdobionych lśniącym końskim włosiem.

Gdy umilkła muzyka, a ceremonia dobiegła końca, sułtan Mehmed nakazał niewolnikom, aby zanieśli go do pałacu. Gdy podnieśli lektykę, spojrzał na ten ogrom buńczuków, na armadę okrętów zakotwiczonych na Bosforze i na biel rozbitych na przeciwległym brzegu cieśniny namiotów. Napawając się potęgą swego państwa, odetchnął pełną piersią. Wówczas zwrócił się do wielkiego wezyra.

- Historia, drogi Ahmedzie, zapamiętuje tylko zwycięzców... - rzekł mu. - Dziękuję ci za włożony wysiłek. To, czego dokonałeś, jest doprawdy imponujące... Jutro o świcie wyruszymy na wyprawę, dzięki której obaj na zawsze zapiszemy się w historii.

Ahmed ukłonił się przed swoim władcą, dziękując za dobre słowo, po czym odprowadził wzrokiem niesionego ku pałacowi, siedzącego na lektyce Mehmeda. Gdy zaś został na dziedzińcu sam, rozejrzał się wokół. Omiótł spojrzeniem powiewające na wietrze buńczuki i ogrom zebranych wojsk. Zamknął oczy i ułożył dłonie do modlitwy. Modlił się żarliwie, błagając Allaha o błogosławieństwo. Im bardziej zanurzał swe myśli w modlitwie, tym bardziej czuł w sobie siłę, aby dokonać swego wielkiego dzieła.

Był gotów, by zmieść z powierzchni ziemi nie tylko Kamieniec Podolski, ale wszystkie twierdze i miasta Lechistanu. A Lachów rzucić na kolana i uczynić niewolnikami.

Był gotów, by zrobić to, co było konieczne, aby osiągnąć wieczną sławę... Napoiwszy duszę dumą i ekscytacją, otworzył oczy i przeniósł spojrzenie na morze buńczuków na dziedzińcu i na morze wojska zgromadzonego wokół stolicy.

Już jutro, wraz ze świtem, Imperium miało wyruszyć na wojnę...

Rozdział XVII

Szabla, miecz i topór

Trójka młodzieńców z Komarowa już w pełni zadomowiła się w nowym miejscu. Pełnili wachty, ćwiczyli się w szermierce i poznawali nowe bronie oraz sposoby walki z wrogiem. I tak mijały im dzień za dniem w mieście słońca. Tymczasem do Podola coraz śmielej zbliżało się lato - dni przynosiły coraz większe upały, ale za to wieczory były wprost idealne. Wraz z promieniami słońca w mieście narastała też swoboda i beztroska. Zagrożenie wojną spowszedniało i jakby się rozpłynęło. Oczywiście mieszkańcy wciąż byli świadomi zagrożenia. Jednak nie słychać było wieści o nadchodzącej armii Imperium. Za to coraz częściej słychać było głosy, że być może do wojny nie dojdzie.

Nasi bohaterowie zaś nadal pilnie szkolili się w sztuce wojennej. Myślami coraz częściej odpływali jednak ku sposobności do pluskania się w wodach pobliskich jezior i wylegiwania się na słońcu. A gdy nadchodził wieczór - do wina, tańców i poznawania tutejszych dziewcząt...

I tak nastał początek czerwca.

Gromi, Bojan i Zbyszek pracowali właśnie przy naprawie umocnień, gdy podszedł do nich pan Humiecki.

- Dobrze to wygląda - ocenił załatane przez nich wyszczerbienia w murze. - I całkiem szybko się z tym uwinęliście.

- Dziękujemy, panie rotmistrzu - odparli chórem.

- No dobrze, to na dzisiaj już dla was koniec - dodał po chwili. - Uprzątnijcie narzędzia i chodźcie ze mną. Mam dla was niespodziankę.

Spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. Wojciech nie zwykł sprawiać im niespodzianek - co najwyżej niespodziewane dodatkowe zajęcia. Zaintrygowani, naprędce zrobili po sobie porządek, po czym wsiedli na wóz i ruszyli z dowódcą. Jechał w milczeniu, jakby nieustannie nad czymś rozważał.

- Ciekawe gdzie jedziemy? - zastanawiał się Zbyszek, gdy mijali kolejne ulice.

- A może mości pan chorąży chce nas sprzedać? - rzucił Bojan niby dyskretnie, szeptem, ale doskonale wiedząc, że rotmistrz słyszy każde ich słowo. Aby skłonić przełożonego do wyjawienia celu podróży, po chwili dodał: - No tak... wyszkolił nas, to teraz nas sprzeda Ormianom. Pracowaliśmy przecież w stadninie, więc wiemy, jak to działa...

- Spokojnie, lada chwila będziemy na miejscu - odparł Wojciech, spoglądając przez ramię. I wreszcie zatrzymał się pod kuźnią miejscowego kowala. - Tak jak mówiłem, mam dla was niespodziankę - oznajmił, odsuwając kotarę wiszącą we wrotach i zapraszając ich do wejścia.

Kuźnia przywitała młodzieńców uderzeniem zaduchu i gorąca. Z miejsca zaczęli współczuć człowiekowi, który musiał pracować w tak ciężkich warunkach... Ich uwagę od razu zwróciły ściany pomieszczenia, od podłogi po sufit wypełnione hakami, na których wisiały tarcze, kolczugi, szable różnych typów i długości oraz różne inne rodzaje broni. Ich stal była matowa i niezbyt starannie wykończona.

- Wraz z dowództwem twierdzy uznaliśmy - przemówił Wojciech - że w nagrodę za waszą pracę otrzymacie swoją własną broń. A tak się składa, że nasz kowal robi najlepsze szable w całym województwie.

Po chwili z zaplecza wyłonił się wspomniany rzemieślnik. A wówczas współczucie natychmiast zamieniło się w respekt. Kowalem był bowiem wysoki, młody mężczyzna potężnej postury, o krótkich, rozwichrzonych włosach, szerokich barkach i dłoniach wielkich jak łopaty. Odziany był w sfatygowaną koszulę i przepasany skórzanym fartuchem.

- To są ci chłopcy, o których ci mówiłem - wyjaśnił mu rycerz. - Przygotujesz dla nich po szabli?

- Pewno, tym się zajmuję - odparł beztrosko. - Witajcie, jestem Marcin - rzekł, wychodząc do nich i podając każdemu rękę (i ściskając ją niczym imadło).

Nasi bohaterowie uśmiechnęli się z grymasem, usiłując rozetrzeć dłonie, które przed chwilą znalazły się w jego żelaznym uścisku.

- Tu mamy wzory szabli. - Wskazał im rząd szabli wiszących na hakach. - Różnią się ciężarem, długością i szerokością głowni. A także zakrzywieniem - wytłumaczył, pokazując im pierwszą z brzegu szablę. - Być może na pierwszy rzut oka różnice nie wydają się być znaczące, ale warto się skupić i wybrać rozsądnie. Im większa krzywizna tym lepiej pokonuje opór powietrza. Za to mniejsza krzywizna sprawi, że broń przy takiej samej wadze będzie po prostu dłuższa. Dłuższa głownia będzie lepsza do walki na otwartej przestrzeni. Albo przy starciu na koniach. Za to nie sprawdzi się w pomieszczeniu albo w bitewnym zwarciu. Lżejsza będzie szybsza, za to cięższa będzie mocniejsza. I wreszcie rękojeść: z kabłąkiem to dobra osłona dla palców, za to mniejsza swoboda ruchu. Zatem nie spieszcie się. Wybierzcie sobie po jednej, ale najpierw dobrze się zastanówcie. Rozejrzyjcie się śmiało, a ja zaraz do was wrócę.

Klepnął jeszcze w plecy rozglądającego się i niespodziewającego się niczego Bojana, ponownie bez wyczucia.

- Aha, wymiary każda ma wygrawerowane na ostrzu - dodał, zanim zniknął za ścianą. - Wybierzcie, która najlepiej wam leży.

Bojan i Zbyszek chwytali różne szable, sprawdzali, jak leżą im w dłoni, czy odpowiada im ich waga i czy można nimi wykonać płynny ruch. Podczas gdy oni oglądali szable, Gromi poszedł kawałek dalej i stanął przed rzędem mieczy. Sprawdzał je po kolei, wykonując nimi cięcia.

Jako pierwszy zdecydował się Zbyszek.

- Poproszę o taką, tylko niech będzie o kciuk dłuższa. Da się zrobić?

- Mała krzywizna, długie ostrze... - ocenił kowal, wracając do izby. - Czyli chcesz mieć przewagę w zasięgu. Wolisz walczyć raczej zachowawczo. Za to bez kabłąka, więc stawiasz na swobodę. Doskonały wybór.

W międzyczasie Gromi odnalazł taki miecz, którego waga i długość pasowały mu idealnie. I z tym mieczem zaczął nieśmiało zbliżać się do kowala.

- Chodź, mały - skinął mężczyzna. - Pokaż no, co wybrałeś. - Jesteś pewien? - zdziwił się, gdy chłopiec położył na stole miecz. - Wiesz, że w dzisiejszych czasach nikt już mieczy nie używa?

Gromi wzruszył ramionami i uśmiechnął się nieśmiało.

- Niech więc będzie. Będziesz miał staromodny, ale za to piękny i mocny miecz.

Gromi skinął z podziękowaniem. Oczyma wyobraźni ujrzał siebie dzierżącego u boku nowy lśniący oręż. Napawał się tą wizją, gdy nagle...

- Skoro Gromi bierze miecz - wypalił Bojan - to ja też nie chcę szabli.

Wszyscy, włącznie z wyrwanym z zamyślenia Gromim, spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

- Chcę topór - oznajmił Bojan. - Wielki, gruby i masywny topór. Taki jak miały te krasnoludy w baśniach, co rozwalały czaszki jednym uderzeniem.

Wojciech zakrył twarz, jakby chcąc pokazać, że nie ma nic wspólnego z tym młodym żołnierzem, który właśnie zażądał takiej broni, jak "krasnoludy w baśniach". Kowal uśmiechnął się jednak, spojrzał na autorów zamówienia i oznajmił:

- Na jutro wszystko będzie gotowe.

I tak nasi bohaterowie wybrali własną broń. Gdy już opuścili kuźnię i stanęli na ulicy w świetle dnia, rotmistrz przyjrzał im się z uwagą.

- Jeśli macie nosić broń - rzekł, lekko się krzywiąc - to wypadałoby, żebyście nie wyglądali jak żebracy.

Wydobył z kieszeni sakiewkę i rzucił ją Zbyszkowi.

- Wasz żołd - wyjaśnił - i mały zadatek ode mnie. Idźcie na rynek i sprawcie sobie po jakimś ładnym stroju.

Nie bacząc na ich zdziwienie, rycerz wsiadł na wóz.

- Jutro z rana po was przyjadę - dodał jeszcze. - Tylko ubierzcie się jakoś godnie.

Po czym ściągnął cugle i koń ruszył.

Młodzieńcy spojrzeli po sobie i... musieli przyznać, że rotmistrz miał całkowitą rację. Choć dotąd, zaabsorbowani nauką i pracą, nie zwracali na to uwagi, ich odzienie rzeczywiście było brudne i wyświechtane. I zaczynało mocno śmierdzieć... Udali się więc na rynek, by sprawić sobie nowe.

Okazało się jednak, że zakupy nie były taką prostą sprawą.

Na rynku panował okrutny tłok. Stragany aż uginały się od różnych rodzajów sukna, a kramarze przekrzykiwali się, oferując swój towar. Zauważywszy trzech zdezorientowanych wojaków, szybko zaopiekowali się nimi, zmierzyli i zaoferowali piękne stroje. Po okazyjnej cenie "tylko dla obrońców miasta" - choć Gromi nie był przekonany, czy ta cena rzeczywiście była taka okazyjna... Obkupieni, wymęczeni tłokiem, zgiełkiem i natarczywością sprzedawców, odmachali im jeszcze na pożegnanie i opuścili rynek. Wprawdzie wydali większą część żołdu i w kiesie zostało kilka pojedynczych monet, ale nabyli po pięknej, nowej, lśniąco białej koszuli, kaftanie, parze spodni i nowych skórzanych butach.

Następnego poranka, choć sami nie wiedzieli w jakim celu, przyłożyli się do porannej toalety i przywdziali swoje nowe ubrania. A gdy przejrzeli się w lustrze, nie mogli wyjść z zachwytu.

Niebawem zjawił się rotmistrz.

- No! - zawołał z uśmiechem na ich widok. - Wreszcie wyglądacie jak ludzie!

Zresztą sam pan Humiecki także odziany był w aksamitny kaftan barwy turkusowej i prezentował się nadzwyczaj dostojnie. I tak we czterech ruszyli w drogę. Lecz rotmistrz nie zaprowadził ich do kowala, a... do ratusza. Radzi, że poszli za jego radą i wystroili się w nowe odzienie, przemierzyli ratuszowe korytarze. Weszli do sali rajców.

Było to największe pomieszczenie w całym gmachu. Ściany były śnieżnobiałe, a cała izba lśniła czystością. Znajdował się tu długi stół z ciemnego drewna, przy którym rozstawione było dziesięć zdobionych krzeseł, a przy jednej ze ścian znajdowało się podwyższenie dla starosty. Na ścianach wisiały oprawione w ramy dokumenty poświadczające przywileje uzyskane przez miasto.

W sali oczekiwało już kilku rajców. Odziani byli uroczyście: w czarną togę oraz złoty łańcuch z herbem miasta. Obok nich na stole leżała przygotowana broń: szabla, miecz i topór. Wszystkie zostały pięknie wykończone, a stal lśniła nowością. Przy każdej leżał skórzany pas.

Młodzieńcy usiłowali dostosować się do powagi sytuacji. Naprężyli się więc jak struny i stanęli na baczność. Przewodniczący tej uroczystości zastępca starosty przemówił:

- Zebraliśmy się dziś, aby włączyć obecnych tu: Gromisława z Białej Wsi, Bojana z Komarowa oraz Zbigniewa z Komarowa, w poczet prawa miejskiego miasta królewskiego Kamieniec Podolski. Gromisławie z Białej Wsi, Bojanie z Komarowa i Zbigniewie z Komarowa, powtarzajcie za mną słowa przysięgi:

Wyrecytowali więc za nim:

- Będę stał na straży praw obowiązujących w mieście królewskim Kamieniec Podolski.

Będę chronił moje miasto przed gwałtem i niesprawiedliwością.

W razie potrzeby walczyć będę w obronie mego miasta.

A honor i służba miastu Kamieniec Podolski odtąd będą mi wartością najwyższą.

Tak mi dopomóż Bóg...

I tak oto, w obecności rajców, złożyli uroczyście przysięgę. Wówczas pisarz miejski wpisał ich imiona do Libri Iuris Civilis (czyli Księgi przyjęć do prawa miejskiego). I w ten sposób nasi bohaterowie oficjalnie stali się mieszczanami - obywatelami Kamieńca Podolskiego.

Pan Humiecki, jako ich opiekun, uścisnął im dłonie i zapiął każdemu po kolei na biodrach pas.

- Każdy obywatel Kamieńca ma przywilej posiadania osobistej broni - przemówił - lecz w parze z przywilejem tym idzie wielka odpowiedzialność. Pamiętajcie, że możecie używać swej osobistej broni jedynie w celu zwalczania zła i niesprawiedliwości. A zatem... Gromisławie, oto twój miecz. - Oznajmił, po czym złożył broń na jego dłonie.

Miecz był cudowny: idealnie wyważony, rękojeść dobrze leżała w dłoni i co najważniejsze - czuć było, że jest to po prostu świetnie wykonana broń. W miejscu, gdzie rękojeść łączy się z ostrzem, kowal wygrawerował maleńkie słońce i napis:

Obywatel Miasta Królewskiego Kamieniec Podolski

Gromisław z Białej Wsi.

- Zbigniewie, oto twoja szabla - rzekł Wojciech, stając przed Zbyszkiem i wręczając mu jego osobisty oręż.

- Bojanie, oto twój topór.

- Dziękujemy - odparł Bojan, nie zachowując powagi, unosząc topór wysoko i machając nim jak trofeum. - Jeszcze się panowie przekonacie, że warto było nam zaufać.

- Mam taką nadzieję... A teraz gratuluję i witajcie wśród swoich - zakończył Humiecki z uśmiechem.

Oglądając swój miecz, Gromi odetchnął głęboko. Powoli docierało do niego, że właśnie uzyskał awans społeczny - nie był już chłopem, zdanym na łaskę pana, lecz stał się chronionym prawem mieszczaninem.

Po ceremonii Wojciech poprowadził podwładnych ratuszowym korytarzem. Gdy zeszli po schodach, stanął naprzeciw nich. Spojrzał im prosto w oczy.

- Słuchajcie, chłopcy - rzekł z pełną powagą. - jeszcze raz dziękuję wam za zaangażowanie, które włożyliście w szkolenie. Jestem pewien, że dobrze przysłużycie się naszemu miastu. Jednak teraz muszę was opuścić, gdyż wraz z panem Makowieckim wyjeżdżamy do Warszawy... W czasie, kiedy nas nie będzie, zachowujcie się odpowiednio i rozsądnie korzystajcie z nabytych praw.

- Ale jak to? - spytał Bojan. - To już nie będzie nas pan rotmistrz uczył?

- Przecież myśmy nie opanowali jeszcze większości broni! - obruszył się Zbyszek. - Te kusze wałowe...

- Przykro mi - przerwał mu Wojciech - ale sprawy Kamieńca wymagają naszego pilnego wyjazdu. - Lecz po chwili dodał z uśmiechem: - Na szczęście zostawiam zamek w dobrych rękach.

- A kiedy pan wyjeżdża? - spytał Bojan.

- Lada chwila. W zasadzie to pan Makowiecki już czeka z końmi... Ale nie bójcie się. Będziemy z powrotem tak szybko, że nawet nie zdążycie zauważyć, żeśmy w ogóle wyjechali. Dobrze, muszę przed wyjazdem udać się jeszcze do mości pana generała. Tak więc, korzystajcie z odpoczynku i... do zobaczenia niebawem.

Pożegnał każdego z nich, biorąc w objęcia, po czym ruszył po schodach ku kancelarii starosty, zostawiwszy ich samych na korytarzu prowadzącym do wyjścia.

Na początku ogarnął ich smutek. Zżyli się z panem Humieckim i przyzwyczaili do jego codziennego nadzoru. Jednak gdy wyszli z gmachu, do ich uszu dotarł miejski gwar i radosne dźwięki melodii granej przez ulicznych grajków na fujarkach oraz bębnach. Ich oczom ukazało się miasto oblane ciepłym blaskiem słońca. Spojrzeli po sobie. Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy.

Oto nadchodził dla nich czas upragnionego odpoczynku...

Rozdział XVIII

Perypetie Zbyszka i Bojana

W Kamieńcu nastało lato...

Nasi bohaterowie nadal codziennie stawiali się na służbę na murach kamienieckiego zamku. Jednak teraz, po kilku miesiącach ciężkiego i czasochłonnego szkolenia, wreszcie mieli więcej wolnego czasu tylko dla siebie. A każdy z nich postanowił spędzać go w inny sposób.

Zbyszek szczególnie upodobał sobie wieczorne wiece na rynku.

Gdy nadchodził zmrok, a kramarze zamykali swoje stragany, plac wypełniał się i ożywał nowym życiem. Wystawiano podwyższenie, na którym każdy z mieszkańców mógł stanąć i wygłosić mowę, po której następowała publiczna debata. Przemawiano na różne tematy - polityczne i społeczne, lokalne i krajowe, a nawet o sytuacji w państwach ościennych. Warunek był tylko jeden: mówca zaczynał od ustawienia klepsydry i musiał skończyć wypowiedź, nim spadnie ostatnie ziarenko piasku.

Zbyszek wciągnął się w poruszane tam zagadnienia do tego stopnia, że cały swój wolny czas dzielił pomiędzy długie godziny spędzone w bibliotece i zebrania na rynku, podczas których potrafił z zapartym tchem słuchać przemów aż do późnej nocy.

Bojan z kolei szybko zbratał się z grupą akrobatów prezentujących swoje umiejętności na ulicach Kamieńca. Muzyka, taniec z ogniem i akrobacje - w tym właśnie poczuł się jak w swoim żywiole. Wieczorami wraz z nowymi przyjaciółmi dawał na placu pokazy dla publiczności. A ponieważ nie miał w sobie zbyt wiele rozwagi, ochoczo uczył się coraz trudniejszych i coraz bardziej efektownych ewolucji. Z czasem pokazy jego grupy zaczęły gromadzić coraz większe rzesze widzów, a Bojan stał się bożyszczem miejscowych dziewcząt.

A co do Gromiego...

Nasz bohater większość wolnych chwil spędzał samotnie. Sporo czasu poświęcał doskonaleniu się w walce mieczem. Wieczorami czytywał księgi bądź spacerował po mieście. A kiedy nie mógł usnąć, dosiadał Hermesa i jeździł po okolicznych łąkach i wzgórzach. W ciszy i spokoju coraz częściej oddawał się rozmyślaniom.

Z jednej strony był z natury samotnikiem i zwykle najlepiej czuł się, spędzając czas w pojedynkę. Z drugiej zaś nieustannie towarzyszyło mu uczucie pustki. Czasami rozmyślał o tym, jak dobrze byłoby związać się z jakąś niewiastą, osiąść w jednym miejscu i poświęcić się zbudowaniu rodziny. Ale jakoś nie potrafił odnaleźć tej jednej jedynej. Nie potrafił nawet stworzyć sobie sytuacji, w której mógłby takową poznać. Coś sprawiało, że zawsze zostawał sam...

Odkąd pamiętał, jakaś nieopisana siła wciąż rzucała go w wir przygody. Często narażał życie i postępował bezmyślnie. Jednak jakimś cudem opatrzność zawsze nad nim czuwała. A do tego jakimiś dziwnymi przypadkami splatała jego losy ze wspaniałymi ludźmi, jak Bojan i Zbyszek, pan Jabłoński czy rotmistrz Humiecki.

Często bywało mu ciężko. Jednak Gromi musiał przyznać uczciwie, że los nigdy nie kładł na jego barki więcej niż mógłby znieść...

Coraz bardziej widoczne stawało się dla niego, że choć jego życie wyglądało jak jeden wielki chaos, to po głębszym zastanowieniu dostrzegał pewne prawidłowości. Coraz mocniej absorbowała go myśl, że wszechświat prowadzi go niemal jak za rękę. Jeśli tak, to chyba rzeczywiście miał wobec niego jakiś większy plan... Tylko jaki? Choć rozmyślał całymi godzinami, jakie jego cechy czy umiejętności mogłyby przysłużyć się światu, na to pytanie na razie nie potrafił znaleźć odpowiedzi...

Pewnego czerwcowego wieczora, gdy Gromi wrócił do domu po swej przejażdżce, Bojan i Zbyszek siedzieli w izbie. Zbyszek w skupieniu czytał strony jakiejś księgi, czasami odrywając od niej wzrok i mrucząc pod nosem, zapisywał coś na kartce lub głowił się nad jakimś zagadnieniem. Bojan zaś bezwiednie dorzucał gałązki do płonącego kominka, mimo że było już tak gorąco, że nie dało się wytrzymać, i wpatrywał się w blask tańczących w palenisku płomieni. Sytuacja ta była dla Gromiego więcej niż dziwna - od dawna nie zdarzyło się, żeby wszyscy trzej spędzali wieczór w kwaterze.

- Coś się stało? - spytał zaniepokojony, wchodząc do izby.

Dopiero po dłuższej chwili Zbyszek wyrwał się zamyślenia.

- Co? Mówiłeś coś? - spytał.

- Pytałem, czy coś stało - powtórzył Gromi, otwierając na oścież okno. - Zwykle o tej porze nie siedzicie w domu.

- Nie, dlaczego? Nic się nie stało... - stwierdził Zbyszek.

- Wszystko w najlepszym porządku - mruknął Bojan.

Zbyszek wrócił do czytania. Co chwilę mrużył brwi i stękał. Bojan wrzucał do ognia kolejne gałązki, choć było tak gorąco, że Gromiego piekło w oczy. I wciąż przy tym wzdychał.

- No dobrze, powiem wam... - rzekł nagle, wrzucając do ognia gałąź.

- Nie, nie ma potrzeby - zareagowali naraz Zbyszek i Gromi.

Mimo to Bojan rozpoczął swoją opowieść.

A było to tak...

Każdego roku, w dniu poprzedzającym jego najkrótszą noc, Kamieniec obchodził święto Jana Chrzciciela. Tego dnia rozpoczynał się jarmark, na który ściągali sprzedający i kupujący z całego województwa, z dalszych stron królestwa, a nawet z innych krajów. A gdy zapadał zmrok, mieszkańcy Kamieńca oraz przybyli goście obchodzili święto zwane nocą świętojańską. Była to tradycja wywodząca się ze starosłowiańskiej nocy Kupały, święto ognia, wody, słońca i księżyca. Święto urodzaju i radości. Ale nade wszystko - święto zakochanych. Bojan wraz ze swoją grupą zamierzał dać z tej okazji na miejskim rynku specjalny pokaz. A ponieważ był to jego pierwszy tak duży występ, pilnie się do niego przygotowywał.

Poprzedniego wieczora wraz z kompanami przeprowadzał na rynku pierwszą próbę przedstawienia. I gdy udało mu się bezbłędnie wykonać cały układ, by dać upust swej radości, zrobił salto do tyłu. Potem jeszcze jedno. I kolejne.

Niestety - nie zauważył, że właśnie przechodziła tamtędy pewna kobieta. Pozostali akrobaci mogli jedynie obserwować jak Bojan wybija się, wzbija w powietrze, robi fikołka i z impetem spada na nią całym ciężarem ciała. Gdy pojął, co się stało, leżał na niewieście, a ta usiłowała się spod niego wydostać. Wstał więc i wyciągnął do niej rękę, aby jej pomóc.

- Przepraszam panią najmoc... - zaczął, ale urwał w pół słowa.

Spojrzał bowiem na nią i dostrzegł jak bardzo była piękna. Wysoka, szczupła, o długich, lśniących, idealnie prostych jasnych włosach. Miała jasną, nieskazitelnie czystą cerę, mały, zadarty nos i szafirowe oczy.

Kobieta wstała, odrzucając jego pomoc.

- Precz z łapami, durniu! - wykrzyknęła, otrzepując się. - Mogłeś mnie zabić! Zastanów się, co wyprawiasz!

Do Bojana nie dotarło jednak ani jedno jej słowo.

- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? - spytał, patrząc jej w oczy.

- Czy ty w ogóle słyszysz, co do ciebie mówię?! - warknęła nań, widząc, że patrzy na nią maślanymi oczami i szczerzy do niej zęby.

- Bo ja właśnie się zakochałem... - odpowiedział totalnie odurzony.

Kobietę zamurowało. Warknęła jedynie w złości i odeszła z zaciśniętymi pięściami.

- Od tej chwili moje serce bije tylko dla niej - westchnął Bojan, skubiąc gałązkę. Po czym zakończył swoją historię smutnym akcentem: - Ale nijak nie mogę jej znaleźć... - I wrzucił ostatnią gałązkę w ogień.

Gromi po raz pierwszy widział Bojana, po którym każde niepowodzenie zdawało się spływać jak po kaczce, w tak przygnębionym stanie.

- Będzie dobrze - pocieszył go. - Na pewno wkrótce ją odnajdziesz.

Jedną ręką poklepał go przy tym po ramieniu, a drugą zamknął kominek, by choć trochę zmniejszyć panującą w izbie duchotę.

Zbyszek westchnął i zamknął książkę, uznawszy, że i tak nie zdoła już nic z niej dzisiaj wyciągnąć.

- A więc i ja powiem, co mnie się wczoraj przydarzyło... Jak wiecie, ostatnimi czasy, zdarza mi się wybrać...

- ...na wiec - wtrącili jednocześnie Gromi i Bojan.

- Tak, na wiec... - zgodził się Zbyszek. Po czym kontynuował: - Jakiś jegomość wyszedł na mównicę i zaczął się rozwodzić nad wyższością naszego polskiego ustroju nad ustrojami w innych krajach. Ględził o złotej wolności szlacheckiej, jak to cały naród wspólnie sprawuje władzę i tak dalej... I nagle spytał: "Jeśli to nie jest najwspanialszy ze wszystkich ustrojów, to co nim jest?!".

- No i? - spytał Bojan.

- No i myślałem, że to jest ten moment, kiedy każdy ma głośno krzyknąć, co myśli... No cóż, trochę się pomyliłem. Wszyscy kiwali głowami, może ktoś tam mruknął z zachwytem, że "demokracja".

- A ty co krzyknąłeś? - spytali naraz Bojan i Gromi.

- Ja krzyknąłem - tu Zbyszek zawahał się chwilę - "oczywiście że monarchia!".

Gromi z Bojanem spojrzeli na niego z politowaniem. Trzeba bowiem wiedzieć, że w owych czasach panujący u nas ustrój, zwany demokracją szlachecką, opiewany był jako najdoskonalszy z możliwych, a każdy, kto kwestionował jego zalety, był z miejsca uznawany za wichrzyciela i potencjalnego zdrajcę.

- Czyli, jak rozumiem, nie masz już wstępu na ten rynek? - zaśmiał się Bojan. - No ale przynajmniej zęby masz całe. Bo masz, prawda? - dopytał, żeby się upewnić.

- Słuchajcie dalej. - Zbyszek nie zwrócił uwagi na złośliwy komentarz. - Oczywiście zaraz podniosły się krzyki. Wszyscy oburzeni. I pewnie by mnie tam zatłukli na tym rynku. Ale nagle gospodarz zaprosił mnie na mównicę. "Powiedz nam zatem, młody człowieku" zachęcił mnie, "jakie wady widzisz w demokracji? I dlaczego twoim zdaniem monarchia jest lepsza?". I nim zdołałem się wykpić, odwrócił klepsydrę. No więc, chcąc nie chcąc, powiedziałem, że: "moim skromnym zdaniem najlepsza byłaby taka monarchia, gdzie to król dzierży pełnię władzy. I całe dzieje naszego kraju, jak po mojemu, tylko to potwierdzają...". Po czym rozejrzałem się po rynku. Większość zdawała się zainteresowana tym, co mam do powiedzenia. "Może od samego początku..." zacząłem więc. "Jest rok dziewięćset siedemdziesiąty drugi. Pewien niemiecki margrabia postanawia najechać na rodzące się właśnie państwo Polan. U nas rządzi książę Mieszko. I co czyni? Nie zwołuje sejmów, nie prosi nikogo o zgodę. On podejmuje decyzję, nakazuje wojom chwytać za broń i prowadzi ich ze sobą. I margrabia wraca do domu srogo pobity... Mijają trzy dekady, gdy kolejny nicpoń postanawia uderzyć na nasz kraj. Tym razem nie byle kto, bo sam niemiecki cesarz. I co? Król Bolesław Chrobry, bez rady senatorów, przez osiem lat walczy z wielkim cesarzem, broniąc naszych granic. Aż wreszcie cesarz odpuszcza... I tak rosła Polska w potęgę, a sąsiedzi mieli dla nas szacunek.

Dwa wieki później, po śmierci księcia Krzywoustego, jego synowie mieli wspólnie rządzić krajem. I jak to się skończyło? Każdy tylko o swym bogactwie myślał i każdy swojego interesu pilnował. Tatarski zagon przeszedł przez Polskę jak szarańcza, a Krzyżak zagnieździł się u nas jak pasożyt. Lecz wystarczyło, że Władysław Łokietek choć odrobinę władzy królewskiej zgromadził, a już Krzyżaka lał po grzbiecie!

A Kazimierz Wielki? Zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Do dziś stawiamy go za ideał!

Tamci królowie uważali kraj za swoje włości. A zatem i dbali o niego jak o swoje włości. I czynili, co mogli, aby przekazać swym potomkom ojcowiznę silną i bogatą. A więc trzymali porządek. Wszystkich trzymali za gęby. Kto nie chciał stanąć po stronie ojczyzny, to precz! I dzięki temu mieliśmy i wojsko z prawdziwego zdarzenia, i regularne wpływy do skarbca, i gospodarka nam rozkwitała.

Ale wtedy wylęgła się ta wasza sarmacka demokracja. Że niby to naród rządzi... Tylko pytam: co to za rządy narodu? Szlachta wybiera na sejmikach takich posłów, co to ich zdaniem najlepiej się o nas zatroszczą. A ci posłowie jadą na sejm, gdzie łączą się w stronnictwa i głosują tak, jak im magnaci nakażą. Jak im każą zagłosować za oddaniem Kamieńca Turczynom, to waszym posłom nawet ręka nie zadrży.

Dlatego mówię wam: im prędzej wrócimy do starej dobrej monarchii, gdzie to król trzyma pełnię władzy, tym prędzej inne kraje przestaną nas kojarzyć z zaściankiem i tanim zbożem. A zaczną nas znowu szanować i dobrze się zastanowią czy warto z nami zadzierać".

Gromi widział, jak z każdym zdaniem Zbyszek podnosi głos, a czerwone policzki drgają mu w uniesieniu.

- Masz, napij się. - Podał mu kubek wody, który Zbyszek od razu łapczywie wypił.

- I co, wygnali cię z miasta? - spytał Bojan. - Szukasz w tych księgach nowej kryjówki?

- No właśnie wręcz przeciwnie - rzekł na to Zbyszek, wyraźnie poddenerwowany. - Najpierw zapadła cisza jak makiem zasiał. Ktoś tam rzucił, że plotę bzdury, bom "jeszcze życia nie poznał". Ale potem zaczęli przyznawać, że w sumie to potrafię główkować i wyciągać wnioski. I teraz chcą mnie wziąć do rady miejskiej!

- To wspaniale! - Bojan pospieszył z gratulacjami. - Wiedziałem, że zrobisz karierę!

Gromi także się uśmiechnął i skinął mu, winszując sukcesu.

- Czy wyście zwariowali?! - Zbyszek spojrzał na nich, jakby postradali zmysły. - Przecież ja się do tego nie nadaję! Nie, pójdę i powiem, że rezygnuję...

Po czym wstał, wziął książkę pod pachę i zaczął zbierać się do wyjścia. Bojan chwycił go jednak, odebrał mu księgę i posadził na fotelu.

- Siadaj tu z powrotem - nakazał, wciskając mu księgę w dłonie - i bierz się za naukę.

- Niby po co? - spytał Zbyszek, zrezygnowany.

- Jak to po co? - odparł Bojan. - Bo jutro pójdziesz do ratusza i pokażesz tym pędrakom, jak się powinno rządzić miastem.

- Przecież mówię wam, że się do tego nie nadaję!

- A pamiętasz, jak byliśmy na zamku w Warszawie? - Bojan przysiadł przy nim. - Widziałeś radę królewską? Samego króla?! Jeśli ty zrezygnujesz, to twoje miejsce będzie zajmować właśnie ktoś taki. Tego chcesz? Tacy ludzie mają o nas decydować?!

Zbyszek przypomniał sobie groteskowego króla i jego podpitych doradców. Uśmiechnął się i skinął bratu głową.

- Dziękuję ci - rzekł. - Właśnie tego potrzebowałem. I jeśli będę mógł, pomogę ci odszukać tę twoją piękność. - Po czym spojrzał na Gromiego. - Dziękuję wam obu - dodał.

- Nie ma problemu - odparł Bojan. - Po to tu jesteśmy, żeby siebie nawzajem wspierać. Prawda, Gromi?

- Prawda - przyznał, czując jak wzbiera w nim wzruszenie.

Bojan wyciągnął przed siebie dłoń. Zbyszek położył na niej swoją, a Gromi dodał swoją. Stojąc tak w blasku płomieni, spojrzeli sobie głęboko w oczy i wiedzieli, że jeden dla drugiego skoczyłby w ogień.

***

Tymczasem dni na Podolu stały się upalne, a wieczory przynosiły lekki powiew świeżości. Mieszkańcy Kamieńca, którzy przez ostatnie miesiące tak pieczołowicie przygotowywali się do odparcia tureckiej inwazji, teraz poczuli już pełnię swobody. Przecież zrobili, co było w ich mocy, by przygotować miasto i twierdzę. Przecież Kamieniec jeszcze nigdy nie został zdobyty. Aż wreszcie - przecież nie po to tak ofiarnie szykowali się do walki, aby teraz każdą chwilę spędzać w strachu. Wręcz przeciwnie: należało jak najlepiej wykorzystać ostatnie dane im chwile spokoju. Kamieniec zatętnił więc pełnią życia.

Wkrótce w całym mieście rozpoczęły się przygotowania do obchodów wigilii Świętego Jana Chrzciciela, zwanej nocą świętojańską. Do miasta zjechała masa kupców i kramarzy, artyści, a także rzesze młodzieży chcącej wspólnie uczestniczyć w tym święcie.

I wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień...

Rozdział XIX

Noc Kupały

23 czerwca 1672Dzień Świętego Jana

Już od samego rana było ciepło i słonecznie, a po niebie sunęły powoli niewielkie kłębiaste obłoki. Od czasu do czasu przysłaniały słońce, dając Kamieńcowi chwilę przyjemnego cienia. Ptaki latały wysoko po niebie. Pogoda - i wszystko inne - zapowiadała się tego dnia po prostu idealnie.

Dla naszych bohaterów nie był to dzień wolny od pracy. Ale za to zamiast warty na zamku zostali wyznaczeni do pilnowania porządku w mieście. Rankiem odziali się więc w swoje czarne wartownicze uniformy i przechadzali się to po rynkach, to po ulicach, na których kupcy rozstawiali swoje stragany, to w okolicach sceny zbudowanej przy polskim ratuszu i pięknie ozdobionej girlandami z trzciny, zbóż i polnych kwiatów.

Jeśli wierzyć relacjom miejscowych, sprzedawców było może ćwierć tego, co w ubiegłych latach. Widmo wojny sprawiło, że nie chcąc narazić się Turkom, kupcy ze Wschodu znacznie ograniczyli swój handel z Kamieńcem. Sytuację tę wykorzystali jednak co bardziej przedsiębiorczy chłopi spod Kamieńca, stawiając w to miejsce kramy ze swoimi towarami. Mimo wszystko place były więc zapełnione stoiskami, które uginały się od rozmaitości.

Wkrótce pojawili się też pierwsi goście. Korzystając z tego, że nie rozhulał się jeszcze zgiełk jarmarku i zakupowe szaleństwo, przechadzali się po mieście, na spokojnie chodząc po straganach i nabywając pierwsze sprawunki.

Z upływem czasu goście przybywali coraz tłumniej, a w mieście robiło się coraz gwarniej. Rzemieślnicy wołali przechodniów i zachwalali swoje wyroby, a uliczni artyści śpiewali, grali lub prezentowali swoje niezwykłe talenty. Przed południem na rozstawionej przy polskim ratuszu scenie rozpoczęły się występy okolicznych kościelnych chórków, począwszy od tych najmłodszych. Szkraby śpiewały i tańczyły, a rodzice oklaskiwali ich występy.

Gdy nastała pora obiadowa, goście oblegli miejscowe tawerny i przygotowane specjalnie na tę okazję stoły na świeżym powietrzu. Wkrótce ulice opustoszały, gdyż napełniwszy brzuchy, goście udali się do kwater na poobiednią drzemkę.

Gdy zaś słońce zaczęło opadać ku horyzontowi, posileni, napojeni i wyspani, zaczęli ponownie gromadzić się na rynku. Zgodnie z tradycją wszyscy odziani byli na biało - panie w zwiewne sukienki, panowie zaś w koszule, czasami z ozdobnym haftem. Gromi, Bojan i Zbyszek w swoich czarnych płaszczach czuli się zaś przy nich jak jakieś baśniowe ciemne charaktery, którymi straszy się niegrzeczne dzieci...

Wkrótce wybiły kościelne dzwony, oznajmiające, że nastał czas, by rozpocząć świętojański pochód. Z dziedzińca katedry wyruszyła procesja. Na jej czele szli duchowni niosący sztandary i pięknie ozdobione obrazy świętych. Za nimi orkiestra przygrywająca radosne dziękczynne melodie. Po nich odświętnie wystrojone dzieci, sypiące na ulice różnobarwne płatki kwiatów. Za nimi zaś ze śpiewem na ustach w barwnym korowodzie szli mieszkańcy Kamieńca. Jedni nieśli kosze z ziołami, inni klaskali w dłonie i kołysali się w rytm melodii. Wszyscy byli radośni i uśmiechnięci. Wokół rozbrzmiewała muzyka, a w powietrzu unosił się zapach ziół.

Gdy słońce zaczęło skrywać się za horyzontem, oblewając Kamieniec złotym blaskiem, pochód dotarł na rynek, a wierni złożyli na placu kosze z ziołami. Księża odprawili nabożeństwo - lecz nie była to taka msza, jaką Gromi widział podczas koronacji króla Michała: poważna, pompatyczna i przede wszystkim nudna. Teraz kapłani stali na placu, otoczeni tłumami ludzi, uśmiechali się i żartowali, a jeden z mnichów, obdarzony pięknym głosem, grał na lutni i z pasją śpiewał słowa psalmów. Pieśni w jego wykonaniu były radosne, swojskie i żywiołowe, a zgromadzeni na rynku klaskali i śpiewali razem z nim.

Choć Gromi był na służbie, ogarnęło go miłe i rozgrzewające serce poczucie, że wszyscy tu obecni są niczym jedna wielka rodzina. Nucił po cichu i delikatnie poruszał się w rytm dźwięków muzyki.

Choć był to najdłuższy dzień w roku, zebrani ledwie się spostrzegli, gdy kolor nieba z kremowo złotego przerodził się w głęboko niebieski. Księża poświęcili zioła i pobłogosławili zgromadzonym. I tak nabożeństwo dobiegło końca, a duchowni opuścili plac.

A gdy zapadł zmierzch, a w miejsce słońca niebo rozświetlił biały blask księżyca, rozpoczęła się druga część obchodów, wywodząca się z pradawnego słowiańskiego święta zakochanych. Nastał czas, by oddać się świętowaniu nocy Kupały.

Na placu zapłonęły ogniska i pojawiły się beczki, z których można było czerpać do woli wina. Rozbrzmiała muzyka bębnów, lir korbowych, lutni, mandolin i fujarek. Lecz była to zupełnie inna muzyka niż ta, którą grano za dnia. Teraz melodie były szybkie i skoczne, a w słowach śpiewanych pieśni nie wychwalano Pana. Teraz opiewały one naturę, wino, miłość, taniec i śpiew.

Biesiadnicy ruszyli w tany. Niewiasty z wiankami splecionymi z poświęconych polnych kwiatów tańczyły wokół ognisk, kołysząc się i posyłając kawalerom zalotne spojrzenia. Niektórzy chłopcy, aby popisać się swą odwagą i zręcznością, skakali nad płomieniami albo nad wprawionymi w rytmiczny ruch podpalonymi linami. Inni podpalali kije lub chwytali za łańcuchy, do których zaczepione były naczynia z żarzącym się wewnątrz węglem, a następnie wykonywali ekscytujący, choć niebezpieczny taniec z płomieniami. Palono kukły symbolizujące złe duchy i wróżono z polnych kwiatów. Przed północą zaś młodzi, z pochodniami i z dzbanami pełnymi wina, z pieśnią na ustach i z tanecznym krokiem zeszli traktem poza obręb miasta i przenieśli się nad brzeg Smotrycza. I tam rozpoczęła się kolejna tradycja tej nocy, czyli wiankobranie.

Panny udały się za niewielkie wzniesienie nad brzegiem rzeki, gdzie nie sięgał ich wzrok męskiej części zabawy. Młodzieńcy zaś zebrali się na brzegu nieopodal. Rytuał rozpoczął się od kąpieli w rzece. Wbili w ziemię pochodnie, aby ogień odganiał złe duchy, po czym wszyscy zrzucili odzienie i zanurzyli się w Smotryczu.

Po tej oczyszczającej kąpieli każda z dziewcząt, spoglądając na księżyc, ściągała z głowy wianek, wymawiała w sercu imię lubego i puszczała wianek na wodę. Tradycja nakazywała, by młodzieniec wyłowił ten wianek, który podpowiadało mu serce. Której z niewiast wianek posiadł kawaler - ta była mu pisana za żonę.

Wkrótce powierzchnia Smotrycza pokryła się kwiecistymi bukietami. Dziewczęta schodziły do chłopców i odnajdywały swój wianek. Szczęśliwiec, który go wyłowił, składał wianek na jej skroniach, a na ustach - pocałunek. I tak kolejne pary w świetle księżyca wpadały sobie w ramiona, obsypywały pocałunkami i zarzekały, że "odtąd już na zawsze razem".

Naszym bohaterom nie było dane dołączyć do zabawy. Udali się jednak za biesiadnikami nad Smotrycz i obserwowali tę niezwykłą tradycję, siedząc na brzegu rzeki.

Gromi, Bojan i Zbyszek wciąż nie mieli swych wybranek. Widok tylu młodych szczęśliwych ludzi odnajdujących swoją miłość musiał więc ścisnąć ich za serca. Ogarnął ich żal, który postanowili przytłumić kilkoma kroplami wina. Siedzieli tak w milczeniu, wpatrując się to w niebo, to w nurt Smotrycza, to na pary znikające w poszukiwaniu chwili odosobnienia.

Wkrótce wiankobranie dobiegło końca, a tłumy zabrały pochodnie i wróciły na rynek. Kilka ostatnich, niechcianych wianków zacumowało w zaroślach przy brzegu, a Smotrycz na powrót stał się jedynie spokojnie wijącą się rzeką.

- Ech... - westchnął Bojan, przekazując naczynie Zbyszkowi. - Muszę iść przygotować się do występu. Trzymajcie za mnie kciuki.

- Poczekaj - odparł Zbyszek. - Obiecałem rajcom, że obejrzę spektakl razem z nimi. - I przekazał bukłak Gromiemu.

Po czym obaj odeszli.

Gromi został sam. Siedząc na trawie, spoglądał na srebrzysty księżyc, popijał wino i z poczuciem samotności silnym jak nigdy dotąd, oddał się rozmyślaniom.

Owładnięty nostalgią, zastanawiał się nad swym losem, gdy na wodę wypłynął ostatni samotny wianek. Gromi dostrzegł dziewczęcą sylwetkę, która po rzuceniu go, oddaliła się i znikła pośród ciemności. W zamyśleniu spoglądał na płynący leniwie z nurtem bukiet, zastanawiając się, czy panna, która go rzuciła, czuje się dziś tak samo samotna jak on. Wyłowił wianek, westchnął ciężko i dopił do końca zawartość bukłaka. Po czym i on ruszył ku placowi.

Pokaz miał rozpocząć się pod fasadą ratusza, na chwilę przed wybiciem północy. I wszystko było już gotowe. Na scenie czekało trzech doboszy z bębnami i trzy młode kobiety ze skrzypcami. Pod ścianą stał tuzin mis wypełnionych oliwą. Na placu zostawiono przestrzeń dla artystów. Wokół zaś zebrały się tłumy oczekujące niezwykłego widowiska.

Gromi przecisnął się i stanął w pierwszym szeregu. Przedstawienie miało się rozpocząć lada chwila...

Wtem pośród ciemności dobosze zaczęli rytmicznie uderzać w bębny. Uderzali coraz szybciej i donośniej. I nagle nastała zupełna cisza. Na scenę wyszła niewiasta w białej sukni i o długich kruczoczarnych włosach. Zaczęła śpiewać, a głos miała wysoki, donośny i przeszywający. Wybrzmiały pojedyncze dźwięki skrzypiec. Z kolejnymi akordami przeistaczały się w melodię, która zdawała się przenikać wszystkie zmysły. I wreszcie ponownie zabiły bębny, a kolejna z dziewcząt, także odziana w białą szatę, przeszła przez plac z pochodnią i zapaliła wszystkie misy. A gdy zapłonęły, wydobywający się z nich ogień przybrał jaskrawą pomarańczową barwę. Towarzyszące temu intensywne gromkie uderzenia w bębny rozchodziły się potężnym echem po całym mieście.

I wtedy na plac wyszła piątka artystów. Dzierżyli pochodnie, odziani byli jedynie w płócienne spodnie, a ich smukłe ciała pomalowane były jaskrawymi barwnikami w fantazyjne wzory. Publiczność powitała ich gromkimi oklaskami - ale oczywiście to wejście Bojana spowodowało największe owacje (a plac przeszyło piszczenie żeńskiej części zgromadzonych). Występujący stanęli przed publicznością, unieśli pochodnie i dmuchnęli w ogień, co sprawiło, że pięć płomieni wzbiło się wysoko w powietrze.

I tak rozpoczął się spektakl.

Wysoki, przeszywający głos wokalistki, porywające tony skrzypiec i głośne uderzenia w bębny. To wszystko sprawiało, że ciarki przeszyły Gromiego na wskroś, a włosy stanęły mu dęba. Akrobaci skakali przez płonące obręcze, tańczyli z płonącymi pochodniami i żonglowali płonącymi pierścieniami. Powiedzieć, że ich wyczyny zapierały dech, to jak nie powiedzieć nic.

To, co wyczyniali, przechodziło wszelkie pojęcie!

Co chwilę ktoś krzyknął z przerażenia, ale artyści mieli wszystko opanowane do perfekcji. I z każdym kolejnym elementem napięcie tylko rosło. Ogień buchał z kolejnych podpalanych rekwizytów. Akrobaci chwytali za nie i tańczyli z pochodniami, wywijali podpalonymi linami, wybijali się wysoko w powietrze, wykonywali salta i rzucali w górę płonące pierścienie, łapiąc je później w locie.

Aż wreszcie nadszedł czas na wielki finał. Muzyka ucichła. Kobieta wyśpiewała refren, który zakończyła najdłuższym ze wszystkich przeszywającym przeciągnięciem, do którego dołączyły dźwięki skrzypiec.

Po czym dobosze uderzyli w bębny z pełną mocą, aż cały plac przeszło potężne echo. Ognie w misach zostały rozdmuchane miechami tak, że połączyły się i stworzyły wielką ścianę. Płomienie sięgały szczytów kamienic.

Tancerze zaś rozbiegli się po placu i zaczęli wykonywać akrobacje tak niesamowite, że zdawało się niemal niemożliwe, aby człowiek był w stanie tak wzbijać się w powietrze.

Po ostatnim, najwyższym z salt muzyka naraz umilkła. Artyści ukłonili się nisko przed tłumem, a zebrani nagrodzili ich okrzykami, piszczeniem i długimi, gromkimi owacjami.

I tak występ dobiegł końca.

Gromi dopadł Bojana, który był w stanie największej euforii. Chwilę później dotarł także Zbyszek i wszyscy trzej wpadli sobie w ramiona. Wtem rozbrzmiały dźwięki dzwonów, oznajmiające nastanie północy. Wszyscy skierowali wzrok na wieżę ratusza. I w chwilę później z dachu ratusza pofrunęły sztuczne ognie, a niebo zajaśniało blaskiem tysiąca barw.

- Panowie! - zawołał Bojan, nalewając każdemu po pucharze wina. - To najlepszy czas naszego życia! Oby nigdy się nie kończył!

Gromi przyglądał się widowiskowym rozbłyskom na niebie, a jego zachwytu nie da się opisać słowami. Oszołomiony, rozejrzał się wokół. I wtedy, po fali euforii, ogarnął go zgoła inny nastrój. Widok tylu zakochanych i szczęśliwych par sprawił, że z całą siłą uderzyło go to, jak bardzo on sam był samotny. W duchu złożył więc sobie obietnicę: następną noc świętojańską on także spędzi, trzymając w objęciach swoją ukochaną.

Gdyby wówczas wiedział, jak błahe okażą się te jego smutki wobec tego, co miało już niedługo nadejść... Oto bowiem w tym samym czasie na nawiedzonych przez obfite deszcze naddunajskich polach zgromadziła się cała armia Imperium Osmańskiego: ponad sto tysięcy żołnierzy, setki armat, dział i machin oblężniczych.

Armia wiecznego narodu lada dzień przeprawić miała się przez Dunaj i pomaszerować prosto ku ziemiom Rzeczypospolitej. A dla rozpoznania bojem i wzbudzenia niepokojów ku granicy wyruszyły już oddziały Kozaków i Tatarów...

Jednak tej nocy w Kamieńcu Podolskim nikt nie zamartwiał się myślą o nadchodzących zdarzeniach. Wszyscy zatracili się w świętowaniu nocy Kupały. Gromi zaś, z wypełniającą serce nostalgią, chwycił puchar od Bojana i uniósł w górę. Wypił z niego aż do dna.

Rozdział XX

Pieśń o zdradzie i osamotnieniu

Zdecydowanie... Kamieniec potrzebował tej chwili wytchnienia.

Te kilka dni, gdy mieszkańcy mogli oderwać się od widma nadchodzącej wojny, upoić się winem, radować i bawić aż po świt, pomogły im nabrać nowych sił. I teraz ze świeżym zapałem powrócili do przygotowań. Robili zapasy, wzmacniali mury, naprawiali niesprawne mechanizmy i szykowali stanowiska ogniowe. Zwozili prowiant i antałki z wodą oraz winem. Zajęli się porządkami w składach, które wkrótce zapełnić się miały zapasami żywności, lekarstw i amunicji. I powoli oswajali się ze świadomością, że wróg niebawem zapuka do bram.

W kilka dni po obchodach święta Kupały, do Kamieńca powrócili panowie Humiecki i Makowiecki. Do miasta wjechali w milczeniu, a na ich twarzach malowało się znużenie długą podróżą. Zatrzymali się w jednej z gospód i posłali po zaufanych towarzyszy. Wkrótce dotarli panowie Wołodyjowski, Myśliszewski i kilku innych oficerów. Nalali sobie po pucharze wina i zajęli się omawianiem spraw. Jednak szybko się okazało, że jeden puchar to stanowczo za mało. I tak przy kolejnych wychylanych trunkach dzielili się zdobytą wiedzą.

Zaczął pan Myśliszewski.

Według zdobytych przez niego wieści pierwszą decyzją rady królewskiej po wizycie osmańskiego czaucza było wysłanie do Konstantynopola posła Hieronima Radziejowskiego. Miał on uzyskać potwierdzenie pokoju pomiędzy oboma narodami. Gdy przybył do stolicy Imperium, sułtan wspaniale go ugościł oraz zapewnił mu najwykwintniejszą strawę, najwytworniejszą komnatę i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Następnie przyjął go zgodnie z ceremoniałem zarezerwowanym dla najważniejszych gości. A podczas spotkania... ośmieszył posła na oczach wszystkich zgromadzonych możnowładców. Ostatecznie zaś powtórzył swe żądanie: Polacy muszą oddać Doroszence całą Ukrainę i usunąć wojska z południowych granic.

- Cóż mógł zrobić biedny Radziejowski? - zakończył pan Myśliszewski. - Wysłuchał wszystkich tych kpin i nie uzyskawszy niczego, powrócił do Warszawy...

Potem głos zabrał pan Humiecki.

- Wybierając się do Warszawy - rozpoczął relację - rozpytaliśmy posłów, czy na poprzednim sejmie, który obradował od stycznia do marca, uradzono coś w sprawie wojny. Powiedziano nam, że już w pierwszych jego dniach kanclerz Leszczyński powiadomił szlachtę o tureckich żądaniach. Posłowie naradzali się i dyskutowali, aby ostatecznie uznać, że: "wiąże nas sojusz ze świętym Cesarstwem Rzymskim" i "gdy tylko Turczyn postanie na naszej ziemi, nasi sojusznicy zrazu przyjdą nam z odsieczą". I tak przez cały sejm nie uradzili żadnych konkretnych przygotowań. Na tym sprawa została zamknięta...

Pułkownik Wołodyjowski, który był podwładnym hetmana Sobieskiego, także miał istotne i równie pesymistyczne wieści. Otóż hetman już od dłuższego czasu prowadził kampanię w celu przygotowania kraju do wojny. Nawoływał do zbierania podatków, mobilizowania armii i skierowania wojsk na Podole. Wnosił do króla o środki na rozbudowę murów Kamieńca. Wysuwał kandydatury inżynierów, którzy mogliby pokierować pracami i potem obroną podczas oblężenia. Nawet przedstawił własny plan obrony twierdzy.

Jednak na nic zdały się błagania. Na nic informacje zdobyte przez jego szpiegów. Wszystko na nic... Zrozpaczony hetman, widząc, że kraj zmierza ku klęsce, zdecydował się na dramatyczny krok. Zaczął czynić dokładnie to, o co przed rokiem oskarżył go dwór królewski: namawiać szlachtę, aby poparła detronizację króla. A nawet wsparła usunięcie go siłą. W zamian zachęcał do objęcia tronu charyzmatycznego francuskiego księcia Karola de Longueville. W odpowiedzi dwór rozgłosił w całym kraju, że Sobieski straszy naród turecką inwazją, aby odciągnąć rycerzy od stolicy, zamordować króla i wynieść na tron francuskiego królewicza. Hetmana zaś wezwał do Warszawy, gdzie zagroził mu sądem, zdegradowaniem i pozbawieniem urzędu.

- I tak oto - zakończył pan Wołodyjowski - mości pan hetman został zniesławiony, a jego działania zablokowane. A sprawą Kamieńca ostatecznie nie zajał się nikt...

- Na drugim tegorocznym sejmie, z którego właśnie z panem Humieckim wróciliśmy - przemówił z kolei pan Makowiecki - po raz kolejny wystąpiliśmy przed izbą poselską...

Po czym opowiedział zebranym, co wydarzyło się w sali obrad. Opisał, jak w swej przemowie informowali o znacznych brakach w uzbrojeniu i zapasach oraz wnioskowali o pilne wsparcie dla twierdzy. Jednak gdy oni przemawiali, posłowie byli już solidnie upojeni winem.

- A może wy nie z Kamieńca, jeno od hetmana Sobieskiego przychodzicie? - spytał jeden ze szlachciców, spoglądając na nich z nieufnością. - Już my wiemy, co ten wasz Sobieski kombinuje. I już niedługo zapłaci za te swoje knowania!

- A ja myślę, że Turczyni jednak tu zjadą - zawołał na to kolejny szlachcic. - I do samej Warszawy dotrą! Tylko nie z szablą, panowie... A z mydłem, suknem i rodzynkami!

Na to zebrani w sali wybuchli gromkim śmiechem, a niektórzy aż dostali czkawki. A następnie zaczęli przekrzykiwać się oszczerstwami rzucanymi w stronę przybyszy z Kamieńca, w stronę Osmanów i przede wszystkim, w stronę hetmana Sobieskiego.

Podczas tej wrzawy do sali wszedł jeden z urzędników kancelarii koronnej. Ukłonił się zgromadzonym, skierował się do ławy dygnitarzy i wręczył list adresowany do kanclerza wielkiego koronnego Jana Leszczyńskiego. Zapoznawszy się z nim, kanclerz stanął przed posłami.

- Oto, mości panowie - oznajmił - pismo, które właśnie przyszło od wielkiego wezyra. Jeśli pozwolicie, odczytam wam jego treść.

Gdy zaległa względna cisza, Leszczyński odczytał:

Wielcy szlachetni Panowie Rzeczypospolitej,

Nie spełniliście żądań i nie opuściliście ziem Ukrainy. Imperium Osmańskie uznaje wasze poczynania za akt agresji wymierzony w stronę narodu kozackiego, który przysięgliśmy otoczyć opieką. Jest to akt, wobec którego Imperium Osmańskie nie może pozostać obojętne.

Najpotężniejszy władca świata, wspaniały sułtan Mehmed, nadchodzi już zatem i z całą potęgą, świetnością i szczęściem, na czele wojsk niezwalczonych i liczniejszych od gwiazd na niebie. I ciągłym taborem zmierza ku granicom.

Zdecydowaliście się na wojnę. A więc, z woli Allaha, zostaliście ostrzeżeni...

Podpisano:

Wielki wezyr Imperium Osmańskiego

Köprülü Faz?l Ahmed Pasza

- Zdaje się, mości panowie - kanclerz zwinął list i podniósł wzrok na posłów - że wróg jednak zmierza ku naszym granicom...

Pośród zgromadzonych zapadła cisza. Ich twarze wyrażały niedowierzanie. Choć Turcy wypowiedzieli im wojnę już pół roku wcześniej, posłowie byli przekonani, że nie odważą się oni zaatakować Rzeczypospolitej. Uważali, że groźby Osmanów były jedynie wybiegiem skalkulowanym na przejęcie ziem Ukrainy. Nie byli przygotowani na wojnę i nie mieli pojęcia, jakie kroki podjąć w obliczu jej nadejścia.

Panowie Makowiecki i Humiecki rozejrzeli się po sali obrad i zatrwożonych twarzach posłów. Choć ten list niósł ze sobą straszliwą groźbę, to jednocześnie, gdy go usłyszeli, poczuli ulgę. Oto bowiem wreszcie coś przyniosło szlachcie otrzeźwienie.

Wówczas powstał jeden z posłów.

- Mości panie marszałku, jeśli można... - zgłosił chęć przemówienia.

Marszałek sejmu udzielił mu głosu. Mężczyzna przecisnął się między ławami i podszedł do mównicy.

- Wysoka izbo i szlachetni panowie posłowie, nazywam się Franciszek Wysocki, cześnik sochaczewski oraz, z woli narodu szlacheckiego, poseł na sejm walny - przedstawił się. - Przybywam do mości panów świeżo po podróży, którą z rozkazu jaśnie nam panującego odbyłem do tureckiej stolicy. Powiedzieć więc mogę kilka słów o kraju Osmanów, przez niektórych na wyrost zwanym "imperium". Informuję zatem szlachetnych panów, że źle mnie tam potraktowano. Kraj Osmanów to jest zwykłe chamstwo i ciemnota. Wojsko tureckie jest zaś małe, to raptem kilka tysięcy janczarów. A po wtóre, wojsko to jest tylko motłochem. I ręczę, że kilka tysięcy dobrych żołnierzy z łatwością może ich pokonać...

Osobiście nie wierzę, by Turczyn odważył się podnieść rękę na majestat Rzeczpospolitej. Lecz jeśli już by postanowili to uczynić... są w naszym kraju rody, które opiece królestwa i wspólnemu wysiłkowi narodu zawdzięczają sławę oraz ogromne fortuny. Rody, które otrzymały od królestwa rozległe połacie najpłodniejszej ziemi. Panowie z tychże rodów od wieków łączą w swym ręku najwyższe urzędy. Mniemam, że nazwisk i herbów tych możnych panów nie muszę teraz wymieniać. Liczę jedynie, że owi wielcy panowie poczują się obowiązani spłacić choć maleńką część długu, jaki mają wobec ojczyzny. Liczę, że gdyby wybiła chwila próby, wezmą na swe barki obowiązek jej obronienia... To wszystko, co chciałem przekazać. Bardzo szlachetnym jaśnie panom dziękuję i zostawiam sprawę do waszego namysłu.

Powiedziawszy to, zszedł z podium i ruszył z powrotem na swoje miejsce, przy akompaniamencie głośnych owacji jednych i pełnych złości spojrzeń innych posłów. Przechodząc, zerknął ku jednemu z zasiadających w loży duchownych. Ten nieznacznie skinął mu głową, gratulując dobrze wykonanego zadania. A poseł zasiadł z powrotem na swym miejscu i zdjął rękawice, uwalniając dłonie i złote sygnety z drogocennymi kamieniami.

- I tak oto - zakończył gorzkim akcentem pan Makowiecki - przez pół roku, odkąd wypowiedziano nam wojnę, ani król, ani dwór, ani sejm nie zrobili zupełnie nic, aby nas do niej przygotować...

Po tych słowach przy stole zapadła głucha cisza, a zebrani z nietęgimi minami opróżnili kolejny puchar wina.

***

Wkrótce do Kamieńca zaczęły docierać kolejne złe wieści. Kozacy ponoć zebrali się już na siczy i naradzali nad strategią, a Tatarzy stali u granic i rwali się do walki. Wielka osmańska armia miała zaś stać pod Dniestrem i nie niepokojona przez nikogo, budować przeprawę. Przybywający do miasta świadkowie opowiadali o tysiącach wozów taborowych, o słoniach i wielbłądach. O moździerzach zdolnych miotać kule ważące pół tony. A także o działach ciągniętych przez dwadzieścia par wołów. Opowieści ich brzmiały tak niedorzecznie, że co niektórzy uważali, że były efektem postradania zmysłów.

Mijały jednak kolejne dni, a do tej pory z obiecanego wsparcia do Kamieńca trafił jedynie zapas prochu pozyskany dzięki wysiłkom hetmana Sobieskiego. Z każdym dniem obrońcy coraz bardziej się niecierpliwili. Szczególnie generał Potocki z rosnącym niepokojem wypatrywał królewskiego wsparcia.

W drugim tygodniu lipca do miasta zjechało kilku posłańców z Warszawy. Mieszczanie rzucili swe zajęcia i natychmiast udali się na plac przed ratuszem. Widząc narastające zamieszanie, nasi bohaterowie także stanęli pośród tłumów. W końcu na spotkanie posłańcom wyszedł zadyszany starosta Potocki.

- Modliliśmy się o twe bezpieczne dotarcie, szlachetny panie pośle - rzekł na powitanie, gdy tylko złapał tchu. - Jakie przynosisz nam wieści?

Posłaniec zsiadł z konia, wyciągnął list i bez słowa wręczył go generałowi. Potocki zaczął czytać, z początku z błyskiem ekscytacji w oku. Jednak z każdym kolejnym zdaniem jego twarz coraz bardziej bladła. Całe szczęście, że stał obok pan Wołodyjowski, bo starosta nagle osłabł i tylko dzięki ramieniu pułkownika nie osunął się na bruk.

Gdy zaś wrócił do pełni świadomości, podniósł spojrzenie na przybysza i spytał:

- Jak to "nie przyznajecie Kamieńcowi żądanych środków"? Przecież my bez nich nie zdołamy wykupić artylerii! Nie opłacimy zaciągu! Przecież my bez nich nie przetrwamy oblężenia!

- Przykro mi - odparł sucho poseł. - Rzeczpospolita nie dysponuje ani takim potencjałem bojowym ani finansowym, by wam to wszystko zafundować. Prosiliście o zbyt wiele, generale starosto.

- To mogliście nie dawać tych stu tysięcy, tylko pięćdziesiąt. Psiakrew, dziesięć! Choć jedno działo! Cokolwiek!

- Rada królewska uznała, że w przypadku ataku strategiczne położenie twierdzy i odpowiednia postawa jej obrońców pozwolą odeprzeć wroga. O ile oczywiście do takiego ataku by doszło...

Potocki spojrzał na niego wzrokiem, w którym bezsilność mieszała się z bólem.

- Więc nie przyślecie tu nikogo? - spytał. - Ani żadnej broni? Zupełnie nic?! - Swoją wypowiedź podsumował zaś refleksją: - A więc przyjdzie nam zginąć w tych murach...

- Przykro mi - odparł poseł, po czym dał swoim ludziom sygnał do wyjazdu. - Jednak z drugiej strony... Mówią, że waszą twierdzę sam Bóg ufortyfikował, mości generale starosto - dodał beznamiętnie. - A Rzeczpospolita pokłada ufność w pańskich zdolnościach dowódczych. Jeśli rzeczywiście jesteście tak waleczni, jak was opisują w stolicy, to na pewno sobie poradzicie.

Siedząc już na koniu, ukłonił się. - Niech Bóg ma was w swej opiece - rzekł dość nieszczerym tonem.

I odjechał.

Po jego wyjeździe na placu zapadła cisza.

Zgromadzeni nie mogli uwierzyć w to, co właśnie usłyszeli. A usłyszeli, że Rzeczpospolita w obliczu wojny nie udzieliła im żadnej pomocy. I że z nadchodzącą armią turecką będą musieli zmierzyć się w całkowitym osamotnieniu.

Generał Potocki wpadł w zadumę.

- Bóg mi świadkiem, że ganiałem Kozaków i Tatarów po polach i stepach tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć - rzekł wreszcie tonem, w którym wybrzmiewała rezygnacja. - Lecz jak obronić naszą twierdzę? Mości panowie, tego brzemienia nie jestem w stanie udźwignąć...

- Cóż zatem uczynimy? - spytał Wołodyjowski.

- Powołamy radę wojenną - odparł generał po namyśle. - I wspólnymi siłami będziemy podejmować decyzje.

I tak wkrótce powołano radę wojenną. Starosta zaprosił do niej najwyższych kamienieckich urzędników: podkomorzego, sędziego i pisarza ziemi podolskiej oraz starszych służbą oficerów. Przewodzenia radzie podjął się zaś miejscowy biskup Wawrzyniec Lanckoroński, oferując także komnaty pałacu biskupiego jako jej siedzibę.

Rada rozesłała po kraju dramatyczne apele o wsparcie. W odpowiedzi wkrótce przybyli żołnierze piechoty przysłani z Krakowa przez biskupa Trzebickiego oraz garść ochotników. Do obrony twierdzy stanęło prawie tysiąc mężczyzn - niestety niemal nikt z nich nie miał doświadczenia ani nie znał się na sztuce odpierania oblężeń.

Teraz zostało jedynie oczekiwać, kiedy bisurmanie podejdą pod mury. Wprawdzie obrońcy mało mieli amunicji, działa pamiętały lepsze czasy, a twierdza nie była obsadzona nawet w jednej siódmej tego, jak być powinna. Ale mimo to nie zamierzali się poddać.

I w takich okolicznościach Kamieniec oczekiwał nadejścia wroga...

***

Tymczasem Gromi, Bojan i Zbyszek nadal dzielili czas pomiędzy wachty, prace na zamku i odpoczynek. Niby wszystko pozostawało po staremu, jednak wyraźnie czuć było zmianę. Mieszczanie wprawdzie nadal gromadzili się na wiecach, lecz zaczęła zanikać dotychczasowa żywiołowa dyskusja. A ponieważ przychodzili tam zwykle ludzie interesujący się bieżącą sytuacją i rozsądnie oceniający rzeczywistość, toteż ciężko było o optymizm. Coraz rzadziej znajdowali w sobie na tyle charyzmy, by w przededniu nadchodzącego kataklizmu debatować na różne przyziemne tematy. Na wiecach zapanowała więc pesymistyczna, grobowa wręcz atmosfera.

Coraz mniej widzów przyciągały pokazy akrobatów na rynku, toteż i grupa zbierała się coraz rzadziej.

Gromi zaś pozostawał samotnikiem, żyjącym na uboczu wydarzeń. Coraz pełniej pojmował, że niebawem przyjdzie mu stanąć do walki. Walki, z której może nie wyjść cało... Coraz bardziej przytłaczało go przeświadczenie, że zamiast korzystać z życia, marnuje być może ostatnie dane mu chwile. Aby zagłuszyć te dręczące go myśli, całymi godzinami obsesyjnie wręcz doskonalił się w technikach walki mieczem, pozycjach i cięciach. Wyrastał na prawdziwego mistrza fechtunku. Ale jednocześnie zanurzał się w poczuciu samotności i nie potrafił dostrzec sposobności, aby odmienić swój los.

***

Wraz z nastaniem letnich wieczorów, gdy dzień dobiegał końca, a przełożeni opuścili już zamek, wartownicy umilali sobie czas, popijając wino. Czasami któryś z nich chwycił za lutnię lub lirę i zaczynał zaśpiewać. W zamkowych murach wybrzmiewały różne pieśni i ballady - jednak jedna z nich śpiewana była częściej niż inne...

Pieśń zwana Dumą Kamieniecką.

Opiewała ona wydarzenia z wojny polsko-tureckiej, która miała miejsce przed czterdziestu laty, a w historii zapisała się jako wojna z Abazy Paszą. Wtedy to przeciw Rzeczypospolitej wyprawił się Pasza Silistry, Abazy. Silistra była portowym miastem leżącym na terenie dzisiejszej Bułgarii. Pasza to z kolei tytuł nadawany przez sułtana najwyższym tureckim wodzom i urzędnikom, odpowiednik polskiego księcia.

Ów Abazy Pasza liczył na łatwe łupy. Sprzymierzywszy się z Tatarami, wkroczył na Podole, czyniąc spustoszenie i biorąc wielki jasyr. Wreszcie obległ Kamieniec Podolski i spodziewał się, że odniesie szybkie zwycięstwo. Jednak wówczas na jego drodze stanął ówczesny hetman wielki koronny - Stanisław Koniecpolski. Polski hetman rozbił zarówno tatarską ordę, jak i siły Paszy, i uwolnił jeńców. Pokonany i upokorzony Abazy po powrocie do Konstantynopola został zaś skazany przez sułtana na karę śmierci.

Siedząc na swych stanowiskach, przy blasku pochodni, wojacy śpiewali więc, a nasi bohaterowie wsłuchiwali się w słowa pieśni:

Pod Kamieńcem, pod Podolskim. Stoi Turek z wielkim wojskiem.

Stoi Turek z wielkim wojskiem...

Stoi, stoi, nie wojuje. Więcej wojska potrzebuje.

Więcej wojska potrzebuje...

Hetman w polu kołem toczy. Turecczyźnie pluje w oczy.

Turecczyźnie pluje w oczy...

Dalej, dalej moje dzieci. Niejeden tu z konia zleci.

Niejeden tu z konia zleci...

Chorągwie się w polu kruszą. Niejeden się żegna z duszą.

Niejeden się żegna z duszą...

Leci strzała za strzałami. Leje się krew rękawami.

Leje się krew rękawami...

W tych okolicznościach ballada szczególnie chwytała za serce. Choć wojacy zdawali się spokojni i opanowani, to gdy śpiewali tę pieśń, dało się usłyszeć w ich głosach drżenie. A wsłuchując się w jej słowa, Gromi, Bojan i Zbyszek zaczęli uświadamiać sobie, że wkrótce oni sami staną się uczestnikami wydarzeń, o których kiedyś ktoś będzie śpiewał ballady. Pojmowali jednak, że w ich przypadku, będzie to nie tylko pieśń o obronie twierdzy, ale także pieśń o zdradzie i osamotnieniu...

Rozdział XXI

"Szaleni"

18 lipca

Był to kolejny upalny dzień na folwarkach okalających nadgraniczny Ładyżyn.

Na niebie nie było ani jednej chmurki. Dokąd sięgał wzrok, cała pagórkowata kraina pokryta była zielenią traw i złotem zbóż. Pomiędzy pagórkami wiły się leniwie wody rzeki Sienicy. Chłopi pracowali przy żniwach, ciężko, lecz ze spokojem, przez nikogo nie popędzani. Dzieci biegały po polu, bawiąc się albo puszczając własnoręcznie skonstruowane latawce. I nic nie wskazywało, by właśnie tego dnia miało się zdarzyć coś niezwykłego...

Nagle chłopi przerwali pracę i w przestrachu zaczęli pokazywać sobie palcami na horyzont. Znad ich domostw unosił się dym i tumany kurzu. Naraz ogarnął ich strach, a wyobraźnia podpowiadała różne scenariusze. Lecz ziścił się najgorszy z nich wszystkich: spośród tumanów zaczęli wyłaniać się kolejni jeźdźcy. Był to tatarski zagon. Chłopi rzucili się do ucieczki, ale w otwartym polu nie mieli gdzie się skryć. Tatarzy nadjechali na rączych koniach i wrzeszcząc dziko, łapali miejscowych w pętle arkanów. Ludność wzięli w jasyr, a ich domy spalili...

I tak oto rozpoczęła się kolejna wojna Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Wkrótce po całym Podolu i Ukrainie rozlały się wojska Tatarów i Kozaków. Ich zadaniem było przygotowanie przedpola dla nadchodzącej armii Imperium poprzez grabież, spustoszenie i pożogę. U wrót Kamieńca stawali uchodźcy, błagając o schronienie. Rada wojenna posłała do króla kolejną prośbę o przysłanie sił koronnych. Tym razem dodając, że Tatarzy i Kozacy są już na Podolu, a armia turecka lada dzień przekroczy polską granicę. Mieszkańcy miasta rozpoczęli zaś decydującą fazę przygotowań. Wyznaczono pozycje obronne, mianowano dowódców, przydzielono im ludzi i rozdysponowano broń. Podwojono warty i wyczekiwano wroga.

Gromi, Bojan i Zbyszek zostali przydzieleni pod komendę pana rotmistrza Humieckiego. Wraz z częścią dragonów z chorągwi pana Wołodyjowskiego bronić mieli południowej strony Nowego Zamku. To właśnie z tej strony spodziewano się nadejścia zagrożenia, a zatem był to strategicznie najważniejszy punkt obrony. Łącznie obsadzony został więc czterema setkami ludzi.

Odtąd dni zaczęły być do siebie bliźniaczo podobne. Nasi bohaterowie wstawali o świcie i obejmowali wachtę. Pozostawali na niej aż do zmierzchu. Czasami wyznaczano ich do jakiejś pracy, ale większość czasu spędzali na blankach. Po przybyciu zmienników, szli do jednej z zamkowych komnat, gdzie zażywali nieco snu. O świcie budzono ich na kolejną wachtę. I tak mijał im dzień za dniem, w oczekiwaniu na nadejście potężnego wroga...

***

Tego dnia Gromi, Bojan i Zbyszek zostali wezwani do pomocy przy przenoszeniu na zamek ekwipunku i lekarstw. Ukończywszy zadanie, skierowali się ku Nowemu Zamkowi. Po drodze mijali medyków przygotowujących na dziedzińcu starej twierdzy stanowisko opatrywania rannych. Cyrulicy krążyli po placu, prowadząc za sobą dziewczęta z białymi przepaskami sanitariuszek i wskazując im, gdzie rozłożyć koce, lekarstwa i opatrunki. Aby im nie przeszkadzać, młodzieńcy przeszli bokiem dziedzińca. Aż nagle Bojan stanął jak wryty.

- Co z tobą?! - spytał Zbyszek, zatrzymując się.

Bojan długo milczał.

- No co jest? Idziesz czy nie?!

Wreszcie Bojan szepnął:

- To ona...

Była to ta sama złotowłosa kobieta, na którą niegdyś wpadł i o której nie mógł przestać myśleć. Stała teraz na środku dziedzińca, wskazując sanitariuszkom, gdzie położyć kosze z lekami. Po pierwszym szoku Bojan ruszył przed siebie, depcząc rozłożone koce i nie zważając ani na leżące przedmioty, ani na przechodzących ludzi. Podszedł do kobiety i stanął naprzeciw.

- Witaj, przepiękna - rzekł do niej, kłaniając się i wyciągając dłoń. - Gdzieś się ukrywała przez cały ten czas?

- Słucham?! - odparła zdezorientowana. - Nigdzie się nie... Zaraz! Ty jesteś tym półgłówkiem z rynku! Precz mi stąd, nim znowu zrobisz komuś krzywdę!

- Ale piękna... - próbował tłumaczyć się Bojan. - To był przypadek. Albo nie... to było przeznaczenie!

Niewiastę zawołał jeden z cyrulików.

- Pani Izabelo! - krzyknął do niej. - Potrzeba nam więcej pleśni!

- Wzięliśmy już wszystko, co było! - odkrzyknęła mu, wskazując palcem na stojący w oddali powóz. - Ale zobaczcie w furmance!

- Izabelo moja najdroższa - podchwycił Bojan, chwytając ją za dłoń. - Proszę cię, nie bądź na mnie zła...

Uznała, że najprościej będzie się wycofać.

- Przepraszam, muszę iść.

- Izuniu! - Bojan zastąpił jej drogę i błagalnie złożył ręce. - Błagam, no nie gniewaj się! Daj mi choć jeden uśmiech!

- Nie gniewam się! - warknęła, z trudem go wymijając. - Tylko zejdź mi z drogi!

Bojan powiódł za nią wzrokiem, po czym wrócił do Zbyszka i Gromiego. Był cały w skowronkach.

- Słyszeliście? Już się nie gniewa. Ech... - szepnął rozmarzony.

Odtąd za każdym razem, gdy Bojan widział piękną Izabelę, obsypywał ją komplementami i zapraszał na wspólną kolację albo obiecywał, że nauczy ją strzelać z armaty. Stosował wszelkie możliwe zachęty. Ona zaś za każdym razem odmawiała. A ponieważ zarówno ona, jak i nasi bohaterowie większość czasu spędzali na tym samym zamku, widywał ją dosyć często. Następne dni mijały im więc na pełnieniu warty i ostatnich przygotowaniach. A od teraz także na znoszeniu Bojana, wciąż opiewającego wdzięk swej ukochanej.

Aż nagle zdarzyło coś, co uświadomiło im, że wróg jest już bardzo blisko...

12 sierpnia

W Kamieńcu końca dobiegał kolejny gorący dzień. Już od długiego czasu nie odwiedziły go żadne opady czy choćby najmniejsze ochłodzenie. Wartownicy, którym przypadła dziś służba na dziedzińcu, kryli się w niewielkim cieniu blanek, aby zaznać choć trochę ulgi. Słońce po całym dniu bezlitosnego ukropu coraz bardziej opadało ku zachodowi i wszyscy zaczynali już przysypiać na posterunkach.

Gromi stał oparty o blankę i wpatrywał się w horyzont. Jego myśli zaczynały coraz bardziej błądzić. Choć starał się z tym walczyć, powieki ciążyły mu bardziej. Wreszcie zaczął zasypiać. Odpływał coraz głębiej i głębiej. I gdy tak płynął ku krainom sennych marzeń, zaczął odczuwać jednostajny, miarowy rytm. Przez chwilę rozkoszował się jego usypiającymi właściwościami.

"Zaraz...", nagle nasunęła mu się myśl burząca ten spokój, "Chyba kiedyś już mi się to przytrafiło". Zaczęła wracać mu przytomność. Zmrużył oczy i wytężył słuch. Ten jednostajny, miarowy rytm przywiódł mu na myśl marsz piechoty. Z oddali dołączyły do niego dźwięki przypominające koński galop. Po chwili poczuł dziwny uścisk w gardle. I wtedy zerwał się na równe nogi.

- Hej! - zwrócił się do bliźniaków, którzy także już przysypiali. - Wstańcie na chwilę.

- Po co? - spytał Bojan, okazując machnięciem dłonią niechęć wobec tej prośby.

- Zdaje mi się... chyba że ktoś nadchodzi - wyjaśnił Gromi. - Słyszałem coś jakby maszerującą piechotę.

- Ale że Turczyn?! - spytał Zbyszek z przestrachem, wstał i wytężył słuch.

- Nie, nic nie słyszę... - rzekł wreszcie.

- Pewno to od tego upału wyobraźnia płata ci figle - dodał Bojan. - Lepiej usiądź w cieniu i odpocznij.

Gromi posłuchał braci. Usiadł i starał się nie zaprzątać tym myśli. Jednak umysł wciąż natarczywie ostrzegał go, że zbliża się niebezpieczeństwo. Wstał więc i przechadzał się niespokojnie po dziedzińcu.

- Chodźcie, przygotujmy chociaż działo - rzekł wreszcie, nie mogąc wytrzymać. - Nic was to nie kosztuje. - Po czym, widząc ich znużone spojrzenia, dodał: - Nie wiem skąd mi się to wzięło. Nie umiem wyjaśnić... Ale czuję, że idzie coś złego.

Bracia westchnęli i spojrzeli na niego z politowaniem. Obaj uważali, że to tylko przywidzenia zmęczonego upałem kompana.

Po dziedzińcu przechadzał się akurat pan Humiecki. Ujrzawszy Gromiego, nagabującego braci, zaciekawił się.

- Co jest? - spytał, podchodząc.

- Gromi twierdzi, że słyszał, jak nadchodzą Turcy - wyjaśnił Bojan. - Ale my tam nic nie słyszymy.

- A co konkretnie słyszałeś? - Wojciech zwrócił się do Gromiego.

- No... nie wiem - bąknął. - Piechotę, konie... - Po chwili zaś dodał, już nieco pewniejszym tonem: - Ale mam przeczucie, że zaraz coś się wydarzy...

Na przybycie rotmistrza, pozostali wartownicy podźwignęli ciała i zaczęli rozglądać się po okolicznych polach i nasłuchiwać. Ale oni też nie dostrzegli niczego podejrzanego.

- Ściągnijcie go z murów... - komentowali niedbale. - Zaćmienia pewno dostał od tego słońca albo jakiego udaru...

Dowódca spojrzał jednak na niego z uwagą.

- A takie przeczucie... Zdarzyło ci się to już kiedyś?

Gromi przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Przypomniał sobie obronę Komarowa, kiedy to intuicja słusznie podpowiedziała mu, że do bram nadciąga tatarski czambuł. Uznał jednak, że takie tłumaczenie nie przekonałoby rycerza. Wręcz przeciwnie: mógłby wziąć chłopca za mitomana! Wzruszył więc jedynie ramionami, ale nie zamierzał odpuścić.

- Po prostu wolę być gotów... - bąknął.

Zarówno bracia, jak i pan Humiecki przyglądali mu się dłuższą chwilę.

- Niech będzie... - szepnął Wojciech, choć nie był pewny swej decyzji. - Ogłosić alarm! - krzyknął po chwili. - Wszyscy na stanowiska!

Obrońcy niechętnie zaczęli szykować broń.

- Gdzież on tam widzi wroga?! - narzekali głośno. - Zwyczajnie zwariował od tego skwaru!

Tymczasem Gromi przygotował swoją tarczę oraz kuszę i założył kołczan. Po czym chwycił za kulę armatnią i zaczął szykować działo.

Pozostali obrońcy na Nowym Zamku stanęli na swoich stanowiskach. Puszkarze nabili armaty, dragoni przygotowali sobie granaty, a strzelcy stanęli w gotowości z wymierzoną bronią. Pan Humiecki zaś stanął na murze i dokładnie lustrował wzrokiem cały horyzont.

Obrońcy z pozostałych stanowisk dostrzegli tę nagłą krzątaninę na południowej flance Nowego Zamku. Sami także poprawili ekwipunek i wzmogli czujność. Zapanowała zupełna cisza.

I tak w oczekiwaniu minęła chwila.

I kolejna.

I następna.

Aż wreszcie minął czas, który zdał się Gromiemu całą wiecznością. Pojął, że się wygłupił, podnosząc alarm. Poczuł, jak zaczyna czerwienić się ze wstydu. Przy tej przejmującej ciszy, i czując na sobie oskarżycielskie spojrzenia, wbił spojrzenie w podłogę...

I nagle z oddali do uszu zebranych dobiegło echo końskich kopyt. Najpierw bardzo ciche, jednak z każdą chwilą narastało coraz bardziej. Brzmiało nieco jak odgłos bijących gdzieś w oddali grzmotów.

A w chwilę później na szczytach okolicznych wzgórz pojawili się jeźdźcy z przerzuconymi przez plecy skórami dzikich zwierząt. Było ich ze dwie setki. I z dzikim okrzykiem przyspieszyli do cwału.

Pędzili, unosząc w górę szable albo włócznie i wznosząc okrzyki. Odziani byli w skórzane kaftany, na głowach mieli czapki lub lekkie hełmy, a za pasem po kilka granatów. Przez plecy każdy z nich przerzucony miał łuk z kołczanem oraz oręż, za pomocą którego zamierzali dostać się do twierdzy. Było to coś na kształt kuszy, lecz zamiast bełta wystrzeliwało się zakończoną hakiem strzałę na długiej linie. I gdyby udało im się zaczepić hakiem o krawędź muru, mogliby wspiąć się na obwarowania i rozpocząć szturm.

Wojownicy ci zwani byli deli, co w języku Osmanów oznaczało "szalonych" - i trudno byłoby znaleźć bardziej odpowiedni dla nich przydomek. Nie byli to bowiem rycerze, lecz raczej awanturnicy poszukujący sposobności wykazania się swymi umiejętnościami. A umiejętności te były wręcz zdumiewające. Nie stosowali się do żadnych zasad, a ich taktyka polegała na nagłym, szybkim, a przede wszystkim szaleńczym ataku na wroga. I należy im oddać, że w tym szaleństwie tkwiła ogromna skuteczność. Wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, deli uderzali z dziką furią i parli przed siebie, nie cofając się nawet o krok. Walczyli aż do pełnego zwycięstwa.

I ci właśnie deli pędzili właśnie ku kamienieckiemu zamkowi.

- Chcą nas wziąć z rozpędu! - krzyknął pan Humiecki. - Wszyscy do broni! Gotuj ogień! Na mój znak!

Pędząc tak w pełnym cwale, deli nagle rozdzielili się na trzy grupy: jedna zaatakować miała Bramę Polską, a druga - Bramę Ruską. Trzecia zaś, najliczniejsza, dopaść miała do murów Nowego Zamku. Gnali ku murom, pewni, że całkowicie zaskoczyli obsadę. Jakież musiało być zdziwienie Osmanów, gdy na zamku padło: "Ognia!" i w ich kierunku pofrunęła pierwsza salwa.

Kule trafiły w pędzących jeźdźców, wywołując popłoch. Część z nich wstrzymała konie, ale inni postanowili kontynuować szaleńcze uderzenie. Gdy zbliżyli się do twierdzy, napięli w pędzie łuki i w kierunku twierdzy pofrunęły tuziny strzał. Większość obrońców, dziękując Bogu za przeczucie, które natchnęło Gromiego, schroniła się pod tarczami.

Oczywiście znalazło się też kilku maruderów, którzy nie przejęli się ostrzeżeniem, a ich tarcze leżały zbyt daleko, by się nimi teraz zasłonić. Jednego z takich nierozważnych dragonów dostrzegł Bojan. Oniemiały, patrzył na lecącą prosto na niego strzałę. Bojan podbiegł więc, rzucił się na dragona i powalił go, przygniatając własnym ciałem. W ferworze walki nawet tego nie poczuł, ale frunąca strzała drasnęła go w pośladek, a po przedziurawionych spodniach spłynęła strużka krwi.

Gdy najeźdźcy znaleźli się u podnóży twierdzy, Polacy zasypali ich silnym i celnym ogniem. A gdy ci wystrzelili haki i te zahaczyły o krawędzie, obrońcy z łatwością zdołali je odciąć, uniemożliwiając wspięcie się na mury.

Deli zostali rozbici, a podążająca za nimi piechota zatrzymała się, nie podejmując się szturmu i pozostając poza zasięgiem polskich dział. Dowodzący Starym Zamkiem pułkownik Wołodyjowski naprędce ocenił sytuację i podjął niezwykłą decyzję: zwołał swych ludzi i bez chwili zwłoki ruszył z podjazdem na wroga.

***

Wkrótce na placu przed ratuszem wzrosło zamieszanie. Otrzymawszy list od starosty, pięciu posłańców dosiadało właśnie koni, aby ruszyć z kolejnym meldunkiem dla króla. W tej samej chwili dragoni, witani owacjami, powrócili do twierdzy ze schwytanymi osmańskimi żołnierzami. Pułkownik Wołodyjowski podjechał do posłańców, wioząc trzech spętanych Turków.

- Przekażcie ich królowi - nakazał, zdyszany po walce, przekazując im jeńców. - Może wreszcie przejrzy na oczy.

Posłańcy skinęli mu, po czym wyjechali z twierdzy i popędzili gościńcem ku północy kraju, ogłaszając w mijanych miejscowościach wieść o nadejściu wroga.

Tymczasem po odparciu pierwszego uderzenia Osmanów na murach Nowego Zamku zapanowała istna euforia. Obrońcy wznosili ręce i padali sobie w ramiona. Aż wreszcie ich oczy zaczęły spoczywać na Gromim... Po chwili po zamku rozniosło się echo oklasków. Jeden po drugim ściskali go i dziękowali mu za wybawienie. Chłopiec poczuł wzbierającą w nim falę emocji. Głos uwiązł mu w gardle, a serce zaczęło walić jak szalone. Po chwili w oczach pojawiły mu się łzy. Zdecydowanie, tego dnia to on był największym bohaterem...

Wreszcie, po długich oklaskach i gratulacjach, obrońcy zaczęli schodzić z wałów i ruszyli na most zamkowy, gdzie czekały już na nich tłumy. Żony chciały ujrzeć swoich mężów, bracia braci, a ojcowie - synów.

Do młodzieńców podszedł wówczas pan Humiecki. Rozentuzjazmowany, ujął głowę Gromiego, pocałował go w czoło i uściskał gorąco.

- Mieliście rację! - zawołał. - Jesteście najlepszymi obrońcami, jakich miała ta twierdza! - uściskał Zbyszka i Bojana.

- To było obłędne! - zawołał Bojan, po czym z nadmiaru emocji wskoczył na mur i ryknął z radości. I wtedy pozostali zobaczyli, że niemal całe jego spodnie zdążyły pokryć się krwią.

- Zabierzcie go do medyka! - zawołał Wojciech. - Natychmiast!

Izabela służyła w tym czasie przy schodach prowadzących na Nowy Zamek. Gdy schodzili po nich kolejni mężczyźni, oceniała stan ich obrażeń. Jeśli któryś był ranny, kierowała go do sanitariuszek. Jednak widać było, że z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zdenerwowana.

I wreszcie dostrzegła Bojana, schodzącego powoli po schodach i trzymającego się za pośladki, oraz Gromiego i Zbyszka pomagających mu zejść.

- Jesteś ranny! - krzyknęła z przestrachem. Podbiegła i zainteresowała się jego raną znacznie bardziej niż obrażeniami pozostałych obrońców. - Trzeba cię natychmiast opatrzyć! - stwierdziła z przejęciem. - Bardzo cię boli?

Bojan nie tracił rezonu.

- Tylko nie myśl sobie, Izuniu - oznajmił - że to koniec moich zalotów. Jak tylko zacerują mi zadek, to znowu uderzę do ciebie w amory.

Izabela nie potrafiła dłużej się powstrzymać. Rzuciła się na niego i złożyła mu na ustach długi pocałunek.

- Teraz mogę umierać! - rzekł Bojan do przyjaciół z udawaną powagą, gdy kobieta wsunęła mu rękę pod ramię.

- Będzie musiał odpocząć przez dwa dni - wyjaśniła. - Potem do was dołączy.

- Do zobaczenia później! - Bojan skinął im z zadowoleniem, bo kobieta ciągnęła już go ze sobą. Gromi i Zbyszek pożegnali go z uśmiechem.

Byli w świetnych humorach - oto pierwszy atak wroga spotkał się z silną i skuteczną odpowiedzią. Byli z siebie dumni. A najważniejsze, że uwierzyli, iż są zdolni odeprzeć każdy najazd.

Nie docierało jeszcze do nich, że sto tysięcy konnych i pieszych wojowników, tysiące służących, setki wozów taborowych, machiny, działa i armaty dotarły już do Rzeczypospolitej i kroczyły właśnie pośród okalających Kamieniec wzniesień.

I nadciągały już ku twierdzy...

Rozdział XXII

Dzień Świętej Heleny

Kamieniec Podolski, 14 sierpnia 1672

W dwa dni po starciu z wojownikami deli na okalające Kamieniec pola zaczęły docierać pierwsze oddziały tureckiej armii. Osmanowie rozbijali obozowiska, na razie w oddali, na skraju horyzontu. Na łagodnych zboczach okolicznych wzniesień przybywało namiotów i wozów taborowych, a wojsko krzątało się, szykując narzędzia do budowy szańców.

Choć znajdowały się one w sporej odległości od twierdzy, pomiędzy mrowiem niezbyt okazałych popielatych i brunatnych namiotów wkrótce wzniesiono jeden, którego nie dało się przegapić. Górował nad pozostałymi wielkością i bogactwem zdobień. Jego poszycie było czarne jak smoła, a na podtrzymujących go linach powiewały kępki końskiego włosia. Na szczycie masztu widniał symbol kuli z półksiężycem i czerwoną flagą Imperium.

Był to namiot wielkiego wezyra.

Pod wieczór przybyła grupa licząca ze trzy tuziny jeźdźców. Powoli zbliżali się ku twierdzy. Był pośród nich tuzin jeźdźców odzianych w czarne kolczugi i płaszcze. Ich wypięte piersi, srogi wyraz twarzy i dumne spojrzenia sprawiały, że nikt nie miał wątpliwości - byli to wodzowie tureckiej armii. Towarzyszyła im jednak grupka mężczyzn, którzy także mieli na sobie kolczugi, jednak ich blade twarze i jasne włosy odznaczały się wyraźnie na tle śniadych czarnowłosych Turków. Byli to zatrudnieni przez Osmanów europejscy inżynierowie fortyfikatorzy.

Obrońcy zaczęli naprędce i z rosnącą ekscytacją szykować działa. Oczekiwali tylko, aż przybysze podjadą na odległość wystrzału. Nic z tego - oni doskonale znali swój fach. Zatrzymali się w takiej odległości, by móc spokojnie i bezpiecznie przyjrzeć się twierdzy oraz jej otoczeniu. A wówczas zabrali się do pracy. Z okutych stalą skrzyń wyciągali przyrządy tak cenne, że obchodzili się z nimi z wyjątkową delikatnością, a po użyciu w najwyższym skupieniu umieszczali je w skrzyniach i dokładnie zabezpieczali. Powoli, niespiesznie, przejechali tak wokół miasta i zamku. Korzystając z lunet, przyglądali się murom, budowlom, skałom i fundamentom, i dokonywali szczegółowych pomiarów. Czynili przy tym dziesiątki szkiców i podstawiali wyniki do skomplikowanych wzorów. Po zakończeniu obserwacji wskazywali tureckim wodzom poszczególne elementy obronne, tłumacz przekazywał ich spostrzeżenia, a jadący za dowódcami pisarze skrupulatnie je notowali. Następnie wskazali Turkom miejsca na wzgórzach, gdzie należy rozstawić artylerię. A po wszystkim spokojnie odjechali.

Słońce wędrowało po nieboskłonie, a pod Kamieniec docierały kolejne zastępy wroga. Nadchodzili bez pośpiechu, zajmowali wyznaczony skrawek terenu, wbijali buńczuki i przystępowali do rozbijania namiotów. Na razie jednak nie zanosiło się na atak. Część wartowników pozostawała na murach, bacznie obserwując wroga. Pozostali, na ile pozwalały im kołatające serca, próbowali zażyć nieco snu.

15 sierpnia 1672

Święto Wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny

Kamieniec obchodził dziś uroczystość upamiętniającą wzięcie do nieba Maryi, Matki Bożej.

Zwyczajowo tego dnia mieszkańcy miasta oraz okolicznych wsi i folwarków przynosili do kościołów wiązanki z kłosów zbóż, kwiatów i ziół, symbolizujące wdzięczność za urodzaj i zbiory. Z tej okazji odbywały się procesje i parady wojskowe. Organizowane były jarmarki, odpusty i festyny. W całym mieście rozstawiano kramy, na których kupić można było wianki, amulety, figurki, obrazki i wszelkie inne dewocjonalia. Mieszkańcy wierzyli zaś, że poświęcone przez kapłanów zioła zyskują moc uzdrawiającą, chronią przed chorobami, złymi duchami, a nawet burzami i piorunami. Stąd też święto to zapisało się w pamięci jako dzień Matki Boskiej Zielnej.

Jednak kult Maryi Panny nie ograniczał się jedynie do podziękowań za plony. Polacy już od wieków postrzegali Matkę Jezusa Chrystusa jako swoją patronkę. Sam król Jan Kazimierz w roku 1656 ogłosił ją Królową Korony Polskiej. Pod jej opiekę oddawano się w najcięższych chwilach - a tych w ostatnich dekadach nasi przodkowie doświadczyli aż w nadmiarze.

Szczególnie silnie cześć oddawana Maryi zakorzeniła się na południowych i wschodnich kresach, nieustannie nękanych najazdami wrogów. Mawiano o niej "Kresowa Hetmanka", "Królowa Polski" czy "Strażniczka Wschodu". A już chyba najbardziej wymowny był fakt, że nawet obsada twierdzy w Kamieńcu Podolskim, najsilniejszej twierdzy na kresach, oddawała się pod jej opiekę w najtrudniejszych chwilach.

Dziś nie odbywały się jarmarki, odpusty czy festyny. Dziś, gorliwie jak nigdy przedtem, szlachta, mieszczanie i żołnierze wznosili modlitwy do Najświętszej Maryi Panny, i błagali o jej wstawiennictwo.

A tymczasem wciąż nadchodziły kolejne kolumny wojsk wroga...

Osmanowie okrążyli miasto już ze wszystkich niemal stron. Na polach roiło się od namiotów, buńczuków i proporców. Na wzgórzach stawały kolejne rzędy dział i armat oraz wszelakich machin oblężniczych. A pośród nich coś, co sprawiło, że obrońcy ze zdumienia przecierali oczy: dwieście kolubryn tak ogromnych, że każda z nich trudem ciągnięta była przez dwadzieścia par wołów. Wkrótce wszystkie te kolubryny ustawiono na pozycjach i wycelowano w twierdzę. Następnie Turcy zaczęli ustawiać przy swych działach przeznaczone dla nich kule. To wszystko przestało przypominać rzeczywistość - wyglądało raczej jak jakiś wyjątkowo przejaskrawiony sen. Ilość i rozmach wojsk i uzbrojenia stawały się wręcz absurdalne... Było tego wszystkiego tak wiele, że nawet gdy wieczorem Bojan wrócił na mury po trzydniowej absencji, nie zdołał skwitować sytuacji żadnym żartobliwym komentarzem. Na widok morza wojska wybałuszył jedynie oczy i uczynił znak krzyża.

16 sierpnia

Następnego dnia wciąż trwał nieustanny napływ wojska.

Do zamkowych murów zaczęła dobiegać z oddali muzyka. Choć w zasadzie ciężko nazwać to muzyką - były to krzyki i śpiewy, przypominające raczej jęki, mieszające się z szybkim waleniem w bębny i dźwiękami piszczałek.

Wkrótce na trakcie pojawiła się grająca ową muzykę orkiestra. Muzycy rozeszli się na boki i zaczęli tłuc w bębny niczym szaleni - coraz mocniej i coraz szybciej. Za nimi wkroczyły poczty niosące czarne buńczuki. I wreszcie obrońcom głos uwiązł w gardle. Oto równym, miarowym krokiem do obozu wchodziły kolejne kolumny doborowej osmańskiej piechoty. Nadchodzili wojownicy, których sama nazwa budziła strach.

Janczarzy...

Osmanowie wprowadzili przed kilkoma wiekami wyjątkowo okrutny w swej istocie zwyczaj. Podczas wojen przeciw narodom o wierze innej niż islamska porywali małych chłopców z ich domów. Potem wprowadzili także nakaz odbierania rodzicom kilkuletnich synów jako formę daniny dla sułtana. Chłopców tych zamykano w koszarach, gdzie nie było miejsca na współczucie, dobroć i sumienie. Obiecywano im życie wieczne, którego dostąpią jedynie wtedy, gdy zabiją każdego niewiernego, jakiego ujrzą. Gdy chłopcy stawali się mężczyznami, byli już najgorliwszymi wyznawcami islamu i fanatycznymi wojownikami ślepo oddanymi sułtanowi. Wyszkoleni, karni, posłuszni i nielękający się śmierci. Wstępowali wtedy do oddziałów janczarów - piechoty, która budziła strach na całym świecie i która nigdy nie przegrywała.

I oddziały takich oto nieustraszonych janczarów stawały właśnie pod murami Kamieńca...

Niedługo potem z oddali znów rozbrzmiała muzyka - tym razem podniosła, dumna i ceremonialna. Na jej dźwięk tysiące wojowników przerwało prace i skierowało wzrok ku traktowi. Stanąwszy na polu, kolumny janczarów zaczęły się rozdzielać i ustawiać w szeregach, tworząc trakt dla nadjeżdżających. Wkrótce do obozu wjechali kolejni jeźdźcy, dzierżący czarne buńczuki. Za nim zaś nadjechał na czarnym koniu wódz armii wiecznego kraju, wielki wezyr Ahmed Köprülü.

Ahmed przejechał między kolumnami wojsk, a mijani wojownicy składali mu pokłony. Następnie odebrał meldunek od dowódców, którzy wyjechali mu na spotkanie. Wysłuchał ich, kilkukrotnie spoglądając wymownie na twierdzę, po czym zaprosił generałów do swojego namiotu.

Wreszcie słońce zaszło za horyzont i końca dobiegł kolejny dzień. Potem minęła kolejna noc. A po niej nadszedł świt.

17 sierpnia

Wielki wezyr od samego rana osobiście doglądał przygotowań. Jeździł pomiędzy kolumnami wojsk, sprawdzał szańce, rozmawiał z inżynierami, saperami i artylerzystami, instruował puszkarzy i gdzieniegdzie nakazywał poprawić ustawienie dział.

Przed południem pod wały Nowego Zamku podjechało kilku tureckich jeźdźców. Jeden z nich dzierżył sztandar Proroka - chorągiew czarnej barwy, z wyszytymi złotą nicią wersetami Koranu. Dowodził nimi ten sam człowiek, który zimą przybył z poselstwem do Warszawy - osmański poseł wojenny.

Pan Wołodyjowski posłał po generała Potockiego. Gdy starosta dotarł na miejsce, poseł ukłonił się kurtuazyjnie.

- Witaj, szlachetny panie generale! - zawołał donośnym tonem, po czym zamilkł, zaskoczony kolejną niezwykłą cechą tego miejsca. Każdy dźwięk rozchodził się tu bowiem wyjątkowo silnym echem. Poseł potrzebował chwili, by oswoić się z tą niecodzienną akustyką.

- Wielki wezyr przypomina - przemówił wreszcie - że warunkiem utrzymania pokoju między naszymi narodami było usunięcie polskich wojsk z ziem pogranicza. Otwórzcie więc nam bramy i oddajcie twierdzę w nasze ręce. A wówczas obejdzie się bez rozlewu krwi...

Choć sytuacja nie była zabawna, starosta postanowił odpowiedzieć żartem.

- Wybaczcie, ale bram wam nie otworzymy - odparł - bo i nie zwykliśmy ich otwierać komuś, kto mierzy do nas z armat. A za propozycję oddania twierdzy pięknie dziękujemy, lecz na razie nie skorzystamy. Ale jeśli coś się zmieni, damy wam znać...

Na murach rozległy się śmiechy.

- Zobaczcie, ile mamy wojska! - krzyknął na to poseł. - Zaklinam was! Nie zmuszajcie nas do ostateczności!

- My was zmuszamy?! My jesteśmy u siebie. To wyście powystawiali na nas tę chorą (wskazał na potężne kolubryny) monstrualną artylerię!

Na tę odpowiedź poseł obrzucił starostę i stojących na murach obrońców chłodnym spojrzeniem. Skinął na swych podwładnych, aby się zbliżyli. Stanęli w szeregu zgodnie z ceremoniałem, a jeździec niosący sztandar Proroka uniósł go w górę. Święta flaga załopotała dumnie na wietrze.

- A zatem słuchajcie uważnie! - ogłosił czaucz, tym razem już w pełni oficjalnym tonem. - Oto w imię Proroka dajemy wam jedyną szansę! Otwórzcie bramę i poddajcie twierdzę. Wymówcie słowa szahady i przyjmijcie islam. A wówczas staniecie się naszymi braćmi. Ci z was, którzy zechcą odejść z miasta, odejdą wolni i otoczeni opieką. Ci zaś, którzy zechcą w Kamieńcu pozostać, będą mogli czuć się bezpiecznie, nawet gdy zdecydują się pozostać przy swej wierze. Przyrzekniecie wierność sułtanowi, a pozostaniecie ludźmi wolnymi i żadna przykrość was nie spotka... Dajemy wam jeden dzień. Jeśli nie otworzycie bram, wraz z nadejściem zenitu uderzymy na miasto i twierdzę.

Z woli Allaha zostaliście ostrzeżeni...

Rzekłszy to, poseł ukłonił się i Turcy odjechali spod murów.

Gdy nastał wieczór, obrońcy zebrali się przy ogniskach. Powoli, w milczeniu i zadumie popijali wino. Po entuzjazmie, jaki bił od nich po odparciu pierwszego natarcia, nie było już śladu. Nikt już nie myślał o zwycięstwie. Jasne było, że turecka armia może zetrzeć twierdzę w pył w kilka dni. Może nawet w kilka godzin. Pojawiały się pierwsze sugestie odnośnie kapitulacji. Na razie jednak ograniczały się do aluzji i niedopowiedzeń, bowiem nikt jeszcze nie odważył się zaproponować jej wprost.

Wkrótce zaczęły zanikać głosy rozmów i światła ognisk. Obrońcy udali się na odpoczynek. Ostatni odpoczynek przed dniem, w którym Kamieniec Podolski stanie w ogniu...

18 sierpnia

Ziemię kamieniecką obudził jasny blask wschodzącego słońca.

Na murach od rana panowała cisza. Wartownicy snuli się między stanowiskami, niby czyniąc ostatnie przygotowania - jednak tak naprawdę starali się po prostu zająć czymś drżące ręce i "rozchodzić" ściśnięte gardła. Nikt nie miał ochoty na rozmowy. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to ostatnie chwile spokoju. Na twarzach obrońców malowało się skupienie i chęć wykazania się w boju. Ale także wewnętrzna walka i zwyciężające w niej przerażenie...

Świt odsłonił także widok na namiot, który postawiono nocą. Stał on dumnie na szczycie jednego ze wzgórz. Był ogromny, obszyty lśniącą złotą tkaniną i wręcz oślepiał swym blaskiem. A przeznaczony był on dla sułtana Mehmeda.

Podczas porannego nabożeństwa członkowie rady wojennej, na czele z generałem starostą Mikołajem Potockim, złożyli uroczystą przysięgę, że nie poddadzą miasta ani twierdzy, choćby im "pod gruzami pogrzebać się przyszło". A następnie wkroczyli na dziedziniec Nowego Zamku. Osmanowie byli już gotowi do ataku - "orle gniazdo" otoczone było z każdej strony, sto tysięcy wojowników stało w kolumnach, a setki machin, dział i armat były wycelowane w mury miasta, most i zamek.

Gdy słońce zaczęło piąć się ku zenitowi, wielki wezyr wraz ze swymi doradcami stanęli na jednym ze wzgórz. Ich konie zdawały się przeczuwać nadchodzące starcie i nerwowo przebierały kopytami.

Wtem uderzono w gong.

W jednej chwili wszyscy zamilkli. Przed kolumny wystąpił Szejch al-Islam, najwyższy duchowy przywódca tureckich wojowników. Gdy się pokłonili, szelest stu tysięcy szat był tak głośny, że mógłby zagłuszyć nawet odgłos gromu. Duchowny rozpoczął modlitwę. Z gardeł stu tysięcy Osmanów zaczęły wypływać śpiewane w duchowym uniesieniu słowa szahady, a fala niosącego je echa raz po raz przeszywała stojących na murach obrońców.

Osmańscy wojownicy, to pokłaniając się, to wstając, z najwyższą gorliwością recytowali wersety Koranu. Polacy zaś stali w milczeniu, patrząc na ich żarliwą modlitwę, skupione twarze i machiny wojenne za ich plecami. Jeśli do kogoś jeszcze nie docierałaby powaga sytuacji, to teraz uderzyła ona we wszystkich z pełną mocą - w całym Kamieńcu nie było choćby jednej osoby, której w tej chwili nie przeszył dreszcz.

Przybyły z pozostałymi członkami rady biskup Lanckoroński spojrzał na przerażone twarze obrońców. Pojął, że to on musi wlać w ich serca otuchę i natchnąć do walki. Stanął naprzeciw nich. Obrońcy wbili w niego spojrzenia. Wszyscy w milczeniu i skupieniu czekali na jego słowa. Biskup nabrał tchu i spojrzał zebranym głęboko w oczy, po czym przemówił:

- Umiłowani bracia i siostry! Stoimy tu dziś razem, w dniu Świętej Heleny. Tak niewielu przeciw całej tureckiej potędze. Wiem, że się lękacie. Wiem, że w waszych sercach gości strach... Przecie tam stoi sto tysięcy osmańskich wojowników! I zapewniam was: nie odejdą, nim nie odbiorą nam naszego domu lub pogrzebią nas w jego gruzach. Wiem, że ich działa zdolne są siać spustoszenie, jakoby sam szatan im je poświęcił! Zaiste, straszny to wróg i straszne klęski żądny nam zadać...

Lecz powiadam wam: choć to Turczyn stoi pod murami, to nie Turczynowi stawiamy dziś czoła! Nie Turczynowi, a przyszłości, która na zawsze zapamięta to, co my tu dziś uczynimy! Miną dni, miesiące i dziesięciolecia. Nas już dawno nie będzie na tym ziemskim padole. Lecz historię Kamieńca Podolskiego w ogniu poznają wasze dzieci, wnuki i prawnuki.

Jakimi chcecie zostać zapamiętani? Takimi, którzy ugięli się i poddali "orle gniazdo"? Czy takimi jak trzystu Spartan, którzy zatrzymali całą perską potęgę! Chcecie, by na wspomnienie o was wasze dzieci okrywały się wstydem, a wnuki spluwały z obrzydzeniem? Czy też wolicie, by dreszcz ich przeszywał na słowa pieśni o przodkach, którzy powstrzymali całe Osmańskie Imperium?!

"Jakże mamy stawić im czoła?", spytacie, "gdy ich całe masy, a nas tak niewielu?" A więc odpowiadam wam: Kamieniec nigdy się nie ugiął i nigdy nie ugnie się przed wrogiem! Bo Kamieniec to nie mury i baszty. Kamieniec to ludzie, którzy podnoszą dumne spojrzenie i stawiają wrogom czoła! Kamieniec to mężowie, którzy podnoszą miecz, by zwalczyć nieprawość, jak wielka by ona nie była!

Zatem chwytajcie za broń! I pamiętajcie: teraz to my jesteśmy Kamieńcem Podolskim! Teraz to my stoimy na tych murach! I teraz to my powstrzymamy bisurmańską nawałnicę! W imię Chrystusa Króla i Najświętszej Maryi! Chwała Kamieńcowi! Chwała jego obrońcom!

Biskup uniósł w górę dłoń, w której dzierżył krzyż. Obrońcy, uniesieni zapałem, krzyknęli: "Chwała Kamieńcowi! Chwała jego obrońcom!". A ich okrzyk rozniósł się potężnym echem po kamienieckim niebie.

Także szahada dobiegła końca. Osmanowie powstali, gotowi do rozpoczęcia natarcia... Na okalających miasto polach rozległo się rytmiczne bicie w bębny, a niebo nad Kamieńcem przeszył dźwięk rogu.

I wtedy rozpoczęło się oblężenie...

Rozdział XXIII

Oblężenie

Na twierdzę pofrunęła pierwsza salwa. Za nią kolejna. Potężne kule, miotane z potężną siłą, wbijały się z impetem w wały Nowego Zamku i wstrząsały Starym. Mury trzęsły się okrutnie - jasne stało się, że nie wytrzymają długiego oblężenia. I jeśli ktoś dotąd wierzył, że Kamieniec jest w stanie oprzeć się Imperium, teraz jego wiara została poddana bardzo ciężkiej próbie...

Grad pocisków ze wszystkich stron uderzał w mury, baszty i wieże. Polacy starali się odpowiedzieć ogniem - jednak kule wystrzeliwane z Nowego Zamku nie czyniły Osmanom większej krzywdy. Tureckie armaty zaś nie tylko dosięgały murów ze znacznej odległości, ale też były piekielnie skuteczne. Jakże blado wyglądała obrona twierdzy na tle niszczycielskiej siły Imperium...

Gdy jeden z pocisków uderzył w stojące nieopodal działo, to złamało się na pół. Widząc to, Gromi wzdrygnął się. "Jakoby im je sam szatan poświęcił...", przypomniał sobie przemowę. "Biskup Lanckoroński nie mógł ująć tego lepiej..." - rzekł sobie w myślach. Turcy trafiali w blanki, w baszty i w obwarowania. Polakom pozostało jedynie kryć się za murami w nadziei, że nie dosięgnie ich żaden z pocisków, i czekać, aż ostrzał zostanie przerwany.

Ale ostrzał nie ustawał nawet na chwilę. Co gorsza, podczas gdy działa skutecznie uniemożliwiały Polakom oddawanie strzałów, powoli, krok po kroku do twierdzy zbliżała się turecka piechota. Osłaniani ogniem z armat, zaczęli budowę szańca na wzgórzu, może z dwieście kroków od wałów.

Nasi bohaterowie stali przy armacie, oczekując szansy na oddanie strzału. Ledwie jednak wychylili się zza muru, a tureckie pociski natychmiast zmuszały ich do ponownego ukrycia się.

- Zaczniecie wreszcie strzelać?! - ryknął do nich pan Humiecki. - Czy będziecie czekać, aż wejdą na zamek?!

Ponagleni wezwaniem dowódcy spojrzeli sobie. Skinęli sobie głowami. Gromi odpalił łuczywo, a Bojan chwycił za młot. Zbyszek wychylił się na chwilę.

- W lewo! - nakazał Bojanowi uderzyć odpowiednio młotem w klin u podstawy działa. - I trochę niżej! Jeszcze niżej! Teraz dobrze!

Po czym schował się za mur. W ostatniej chwili, bo wówczas kolejny pocisk pofrunął dokładnie tam, gdzie stał jeszcze sekundę wcześniej.

- Gromi! Odpalaj! - ryknął.

Chłopiec poczuł teraz w pełni ciężar swego zadania. Jego ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Dłonie mu drżały, gardło ścisnęło się boleśnie, a serce przestało bić... Wziął głęboki wdech. Wreszcie podbiegł do armaty i przyłożył łuczywo do otworu na proch. Czas jakby na chwilę się zatrzymał. Ale wtem armata zadrżała, szarpnęła i posłała kulę w kierunku budujących szaniec Turków. Ziemia się rozprysła, a do twierdzy dotarły wrzaski ranionych piechurów.

Gromi odetchnął, czując ogromną ulgę. Bracia wrzasnęli z radości i zmierzwili mu czuprynę. Podbudowani tym skutecznym strzałem pozostali obrońcy Nowego Zamku także zdecydowali się na odważniejszy atak i zaczęli śmielej posyłać kolejne kule w kierunku wroga. Tureccy piechurzy zaś, przynajmniej na razie, zmuszeni byli się wycofać.

Ostrzał trwał jednak nieustannie. Długie godziny nieprzerwanej wściekłej kanonady. Co gorsza, związawszy ogniem twierdzę, Turcy rozpoczęli także ostrzał miasta. Nasi bohaterowie widzieli potężne kule miotane ze wzgórz i wybuchy raz po raz wstrząsające ich ukochanym Kamieńcem. Ściany trafionych kamienic rozpryskiwały się, a wokół latało szkło i gruz.

Słońce zaczęło chować się już za wzgórzami, gdy nagle huk wystrzałów ucichł. Polacy zaczęli nieśmiało wyglądać zza murów. Z początku obawiali się, że to tylko fortel, aby wywabić ich z ukrycia. Jednak Turcy jeden po drugim odchodzili od broni i wpatrywali się w gościniec, jakby oczekiwali czyjegoś przyjazdu.

Wkrótce donośnym echem rozległy się dźwięki muzyki i zza wzgórz wyłonił się nadjeżdżający oddział osmańskiej konnicy. Kolejne setki żołnierzy Imperium zatrzymały się na wzgórzu. W ślad za nimi wkroczyła orkiestra, bijąc rytmicznie w bębny. Za orkiestrą podążało kilkuset służących. Prowadzili objuczone muły i wielbłądy przystrojone złotymi łańcuchami. Za nimi, jeden za drugim, powoli szły dwa tuziny słoni okrytych bogato zdobionymi atłasami. A dalej tancerki odziane w skąpe stroje. I wreszcie do obozu wjechał złoty rydwan, a w nim sułtan tureckiego imperium - padyszach Mehmed IV.

Wojska osmańskie natychmiast padły na kolana, a do swojego władcy pospieszył konno wielki wezyr. Obrońcy skupili wzrok. Widzieli dokładnie, jak sułtan pozwolił poddanym powstać, i jak, przyglądając się przez lunetę zamkowi, wysłuchał meldunku. Aż wreszcie skinął głową i rzekł coś wielkiemu wezyrowi, po czym oparł się o rydwan. Wielki wezyr ukłonił się nisko, wsiadł na koń, uniósł szablę i ruchem ręki wskazał wojsku: "Ognia!".

I Kamieniec ponownie został zasypany gradem pocisków. Mehmed IV zaś, zachwycony tą kanonadą, wpatrywał się w drżące mury twierdzy. A gdy już nasycił wzrok widokiem oblężenia, udał się do swego złotego namiotu.

***

Wzajemny ostrzał trwał dłuższy czas.

Wtem Turcy umilkli, obrońcy zaś rzucili się ku murom i z mocno bijącymi sercami obserwowali przebieg zdarzeń. A oto, co było tego powodem...

Pewien młody mieszczanin z obsady Nowego Zamku wyznaczony został do pomocy dragonowi obsługującemu moździerz. Jego zadanie polegać miało na przyłożeniu łuczywa do lontu. Dragon wychylił się, aby ocenić sytuację, lecz w tej samej chwili wystrzelony przez Turków kartacz rozerwał się i na mury pofrunęły dziesiątki ostrych odłamków. Wbiły się one dragonowi w głowę, klatkę piersiową i brzuch. Po chwili, zakrwawiony i podziurawiony, skonał na oczach biednego młodzieńca.

Mieszczanin, choć przerażony, chwycił moździerz, drżącymi dłońmi nasypał prochu, załadował granat i wychylił się, aby oddać strzał. Rozejrzał się i ujrzał, że jedna z wystrzelonych przez Turków kul właśnie frunęła w jego stronę. Była wielka... Sparaliżowany strachem, zastygł w bezruchu. W tej samej chwili ktoś nieopodal wystrzelił z armaty. Rozległ się huk, a młodzieniec odruchowo przycisnął łuczywo do lontu.

Obie kule armatnie spotkały się w powietrzu i zderzyły z impetem. Fala uderzeniowa sprawiła, że wystrzelony z moździerza granat zmienił trajektorię lotu - poleciał wysoko i nabrał jeszcze większego rozpędu. Dzięki temu niepojętemu przypadkowi pofrunął ponad obozowiskiem wroga, przebił się przez aksamitne obicie sułtańskiego namiotu i wpadł do jego wnętrza.

W obozie rozległ się huk. Turcy dostrzegli rozerwane na strzępy poszycie sułtańskiego namiotu i zastygli w przerażeniu. Wszyscy, zarówno Osmanowie jak i Polacy, wpatrywali się uważnie, jak strażnicy wpadli do środka, by ratować swego władcę. Turcy modlili się, by przeżył, Polacy - by nie miał tyle szczęścia. Po długiej chwili pełnej nadziei... sułtan Mehmed, wspomagany przez dwóch janczarów, opuścił namiot. Był w lekkim szoku, ale cały i zdrowy. Pośród bisurmanów wzniósł się okrzyk ulgi, a w twierdzy - jęk zawodu.

Sułtan otrzepał się i wyciągnął rękę po kielich z winem. Służący natychmiast wręczył mu naczynie, a Mehmed wypił jego zawartość duszkiem. Po czym odetchnął i nakazał kontynuować ostrzał. Sam zaś stanął przed wejściem do namiotu i z lubością obserwował, jak na Kamieniec padają kolejne pociski.

***

Osmanowie krok po kroku realizowali swój wielki plan. Artyleria paraliżowała obrońców nieustannym ogniem. Piechota zaś konsekwentnie posuwała się do przodu. W nocy Turcy zaczęli znosić kamienie i piach do zasypania rzeki, budowali szańce, przenosili działa bliżej twierdzy i szykowali się na sposobność do szturmu.

Trwało to wszystko do świtu. Potem przez cały dzień i całą kolejną noc. Chwilę wytchnienia obrońcy mieli jedynie wtedy, gdy przeciwnicy wstrzymywali ostrzał, klękali z głowami skierowanymi ku południu i odmawiali słowa modlitwy, bądź gdy następowała zmiana wart. Chwilę później na ich miejsce wchodzili jednak wypoczęci zmiennicy i ostrzał powracał z nową siłą.

Polacy nie mogli pozwolić sobie na zmianę wart. Dzień i noc trwali na stanowiskach i siekli ogniem, starając się utrudnić Osmanom podejście pod zamek.

Na takiej zażartej walce końca dobiegł dwudziesty dzień sierpnia, trzeci już dzień oblężenia. Nadeszła kolejna noc. Pomimo nieustannego ostrzału obrońcy trwali dzielnie w boju. I jakimś cudem oblężenie nadal wytrzymywały stare mury.

Nagle rozległ się potężny huk, cała twierdza zadrżała w posadach, a w niebo wzbiły się tumany kurzu. To jeden z tureckich pocisków wpadł do prochowni na Starym Zamku, powodując potężną eksplozję. A gdy kurz zaczął opadać, obrońcom ukazała się powstała w murze wyrwa.

Po chwili dostrzegli ją także Osmanowie. Wielki wezyr uznał, że jest to idealna okazja do szturmu. Skierował więc działa na wzgórzach, by ostrzeliwały oba zamki, a osłaniani ich ogniem piechurzy tłumnie ruszyli ku Bramie Polskiej.

Polacy przyjęli impet pierwszego uderzenia i obronili bramę. Tymczasem do walki gotów był już oddział janczarów, z drabinami i wieżami oblężniczymi. Przy dźwiękach szaleńczej melodii ruszyli ku polu bitwy. Twierdza i miasto znalazły się w poważnych tarapatach...

W tym samym czasie w podziemiach zamku rzemieślnicy usiłowali uruchomić pompy. Niestety, nienaprawione zawczasu, teraz za żadne skarby nie chciały zadziałać. Jeden z rzemieślników, pojąwszy, że cały ich trud poszedł na marne, stracił cierpliwość i zaczął ze wściekłością tłuc młotem w zasuwę. Wycieńczony, odrzucił młot, usiadł na kamieniu i ukrył twarz w dłoniach.

Nagle w pompowni rozległ się głuchy trzask. A chwilę potem szum płynącej wody. Ostatkiem sił główna pompa zaczęła zasysać wodę z podziemnych złóż. Zaskoczony mężczyzna przez chwilę nasłuchiwał cudu, którego był świadkiem - oto strumień popłynął rurociągiem w górę ku rzece. Gwizdnął na kompanów. Natychmiast dano sygnał obrońcom obsadzającym bramy miejskie, a ci zamknęli tamę od strony Bramy Ruskiej.

Janczarzy maszerowali ku bramie z drabinami i machinami oblężniczymi, by bez zwłoki i z godną siebie precyzją rozpocząć szturm. Nagle usłyszeli narastający szum wezbranej wody. A chwilę później zza zakola rzeki runęła na nich piętrząca się fala. Niebo nad Kamieńcem przeszyły wrzaski, trzask łamanego drewna oraz zagłuszający szum pędzącego żywiołu.

Pośród Polaków rozległy się okrzyki radości.

- Świetnie! - krzyknął pan Humiecki. - Zapamiętają to na wieki!

Był to ostatni bohaterski wyczyn systemu wodnego. Wielki wezyr, siedząc na swym koniu, obserwował ze szczytu wzgórza, jak jego janczarzy uciekają przed spiętrzoną ścianą wody, a szturm zmienia się w klęskę. Zmrużywszy złowrogo oczy, chwycił lejce i pognał do swojego namiotu.

Odtąd Osmanowie zmasowali ostrzał, a osłaniani ogniem artylerii minerzy zaczęli drążyć w skale pod zamkiem otwory pod materiały wybuchowe.

W wyniku wybuchu i nieustannego ostrzału poległo wielu ludzi, przepadła duża część prochu, a w murze na Starym Zamku pozostała wyrwa. Obrońcy cierpieli z wycieńczenia. Coraz więcej było rannych. Coraz więcej ludzi wpadało w panikę i porzucało swoje stanowiska.

Także pan Wołodyjowski długo płakał po żołnierzach straconych w wybuchu. Gdy wreszcie osuszył łzy, spojrzał na obóz tureckiej piechoty z żądzą zemsty - niczym ojciec żądny pomsty na draniach, którzy zabili mu synów.

21 sierpnia

Nastał świt.

Turcy, zgodnie ze swym zwyczajem, przerwali ostrzał, aby odbyć poranną modlitwę. Jednak po wygłoszeniu jej słów nie powrócili do oblężenia. Przeciwnie - zajęli się konserwacją sprzętu i pracami gospodarczymi.

Na obwarowania Nowego Zamku przybył generał Potocki. Rozejrzał się wokół - a wschodzące słońce rzuciło blask na ogrom zniszczeń... Mury były popękane, obrońcy zaś - zakrwawieni, osmoleni i wycieńczeni - wpatrywali się w niego przekrwionymi oczyma. Starając się ukryć żałość, jaką budził ten widok, generał pozdrowił wojaków i wraz z nimi oczekiwał rozwoju wydarzeń.

Wkrótce pod mury podjechał turecki poseł.

- Witajcie, Lachy! - zawołał. - Przynoszę wam list od Kalifa całej ziemi, cesarza i króla królów! - Tu uniósł pergamin opatrzony sułtańską pieczęcią. - Przeczytajcie, naradźcie się i czym prędzej przybywajcie z odpowiedzią! Wielki wezyr was oczekuje!

Po czym wbił w ziemię włócznię z zatkniętym na niej pismem i odjechał. Generał Potocki wkrótce odebrał przyniesiony mu list i pobieżnie przejrzał jego treść.

- Proszę wezwać członków rady wojennej - rozkazał dowódcom, którzy się wokół niego zebrali, chowając pismo za połami szaty. A po chwili dodał: - Musimy przygotować im odpowiedź. - Po czym pospiesznie opuścił Nowy Zamek.

***

Niebawem w pałacu biskupim stawili się wszyscy członkowie rady wojennej. Generał starosta przeczytał treść listu od sułtana, a dowódcy przedstawili meldunki ze swych pozycji. Po czym rozpoczęli obrady. Obrońcy twierdzy wykorzystywali zaś ten czas spokoju na pomoc rannym i uprzątnięcie pobojowiska. Jednak ich oczy coraz częściej zwracały się ku miastu, skąd nadejść miała decyzja o dalszych losach Kamieńca...

Rozdział XXIV

W obozie wroga

Dawno minęło już południe, gdy kilku żołnierzy weszło na dziedziniec Nowego Zamku.

- Szukamy pana rotmistrza Myśliszewskiego - oznajmili.

A gdy rotmistrz wyszedł im na spotkanie, przekazali mu:

- Rada wysyła delegację. I mości pan starosta zażyczył sobie, aby pan rotmistrz do niej dołączył. Czekają na pana w mieście.

- Dobrze! - odparł. - Już schodzę!

Ruszył ku bramie. Wówczas w oczy rzucili mu się nasi bohaterowie.

- Chłopcy! - zawołał, machając do nich. - Chcecie iść do Turków?

Spojrzeli po sobie.

- Pewnie, że chcemy! - odparli naraz.

- To chodźcie. - Rotmistrz skinął na nich z uśmiechem.

Poszli więc za nim. Gdy w ślad za oficerem wkroczyli na dziedziniec Starego Zamku, ich oczom ukazał się lej po wybuchu, kupa gruzu i ogromna wyrwa w murze. Ujrzeli ułożonych na dziedzińcu zabitych i rannych. Oraz pełne nadziei spojrzenia zmęczonych walką dragonów. Pułkownik Wołodyjowski stał nieopodal z założonymi rękoma. Gdy ich spojrzenia się spotkały, skinął im głową. W jego oczach dostrzegli wówczas charakterystyczny błysk żądzy zemsty.

Otworzono im bramę i wkroczyli na most zamkowy, a następnie weszli do wyniszczonego oblężeniem miasta i przywitali się z oczekującymi ich delegatami polskiego poselstwa. Do obozu wroga wybierało się kilku wysokich rangą rycerzy i urzędników, a także pan Juryca - sympatyczny, choć stary i schorowany już kupiec. Jako że potrafił biegle mówić w języku Osmanów, to jego właśnie wyznaczono na tłumacza.

- No to chodźmy - skinął Myśliszewski, gdy byli już w komplecie. - Zobaczymy, co ten pomiot nam powie.

Ruszyli ścieżką ku bramie. Po drodze pozostali delegaci przekazywali rotmistrzowi, co wydarzyło się podczas obrad, a młodzi wojacy, idąc nieco z tyłu, przysłuchiwali się rozmowie.

- Sułtan Mehmed napisał do nas w swoim stylu - wyjaśnił pan Makowiecki - że najbardziej nienawidzi ludzi upartych, że ma tyle wojska, ile gwiazd na niebie, i tak dalej. Poza tym powoływał się na prawo boskie, groził wyrżnięciem mieszkańców i kazał się nam natychmiast poddać. Czyli typowo: dużo gróźb, a mało konkretów.

Pan Myśliszewski uśmiechnął się.

- No to nie jest źle... - rzekł, wzruszając ramionami. - Idę o zakład, że to przez ten incydent z granatem.

Tymczasem delegacja dotarła już do bramy miejskiej, która teraz niemal do połowy wysokości zalana była wodą. Tu wsiedli do łodzi, aby popłynąć Turkom na spotkanie. A Gromi, Bojan i Zbyszek pojęli dlaczego rotmistrz wziął ich ze sobą - wskazał im, że ich rolą będzie wiosłowanie.

Gdy wypłynęli poza bramę, ukazał im się widok na twierdzę i skałę, na której była osadzona. Widzieli stąd nie tylko wyrwę w Starym Zamku, ale także gęstą siatkę lontów oplatającą skalną ścianę.

- Przepraszam... - Zbyszek, wiosłując, rzucił komentarz. - Czy mości pan rotmistrz powiedział, że "nie jest źle"?!

- Chyba w sensie, że jest gorzej niż źle... - mruknął Bojan.

- Ech, chłopcy, jak wy mało pojmujecie... - odparł Myśliszewski z właściwą sobie pogodą ducha.

Spojrzeli po sobie. Zupełnie nie rozumieli podejścia rycerza.

- Islamskie prawo wojenne stanowi - wyjaśnił im więc pan Juryca - że gdy muzułmański wódz stanie pod twierdzą wroga, to powinien najpierw zaoferować honorową kapitulację i obiecać, że pozwoli odejść wszystkim mieszkańcom, którzy tego zechcą. A tych, którzy zechcą zostać, pozostawi wolnymi i nie uczyni im żadnej krzywdy... I taką właśnie propozycję dał nam wielki wezyr. Jeśli zaś obrońcy odrzucą tę możliwość, jak myśmy to uczynili, a Turczyn zdobędzie twierdzę, to uznaje ją za swą zdobycz, a mieszkańców za swoją własność.

- Ale skoro chcą z nami rozmawiać - kontynuował Myśliszewski - to zapewne widzą impas. Czyli wygląda na to, że nasz biedny Mehmed nie jest już taki pewny swego.

- Więc zaproponował nam to "honorowe poddanie"? - spytał Bojan z nadzieją w głosie.

- No nie do końca... - odparł pan Makowiecki.

- Zaproponował spotkanie - dodał Myśliszewski. - A to już jest dla nas promyk nadziei. Teraz musimy tylko dobrze to rozegrać....

Po czym figlarnie poruszał brwiami w górę. Na tym zakończyli rozmowę, gdyż przybijali już do przeciwległego brzegu. Wyszli z łodzi. Jeden z wartowników postawił przed nimi kosz, do którego mieli wrzucić broń. Następnie dokładnie ich przeszukano i dopiero wtedy pozwolono iść dalej. Tu przejęli ich strażnicy, którzy poprowadzili ich przez obozowisko.

Obóz wojsk osmańskich wyglądał zupełnie inaczej niż te, które zakładali Polacy. Turkom nie zależało na wygodach. Obozowali po kilku żołnierzy w namiocie, a obok przywiązane były konie oraz objuczone muły i wielbłądy. Na niewielkich ogniskach pomiędzy namiotami pieczono skrawki mięsa. Było tu tłoczno i głośno, a wokół unosił się okrutny fetor.

Gromi wraz z członkami delegacji szedł wśród tego morza namiotów, ludzi i zwierząt. Turcy łypali na niego złowrogo, jakby chcąc go na miejscu oskalpować. Ich twarze były śniade, a spojrzenia - dzikie. I jeśli kogoś taki widok nie przestraszyłby dostatecznie, to niebawem wkroczyli do obozu janczarów.

Tu z kolei panowały nienaganna dyscyplina i idealny porządek. Jednak w samych janczarach było coś przerażającego. Chłopiec dostrzegł pośród nich straszliwie okaleczonych mężczyzn o twarzach tak zdeformowanych, że przypominali najgorszy koszmar. Do jego nozdrzy zaczął docierać ostry, duszący zapach unoszący się z kotłów, w których janczarska starszyzna gotowała mikstury. Z początku poczuł zawroty głowy, jednak wkrótce serce zaczęło bić mu szybciej, krew uderzyła do skroni, wzrok się wyostrzył, a reakcje przyspieszyły. Pojął, że wywar ten miał na celu uśmierzenie bólu i zwiększenie siły. I najwidoczniej także wzbudzenie agresji, bo wszyscy trzej młodzieńcy zaczęli niemal trząść się z chęci chwycenia za broń, choćby tu i teraz.

Wreszcie dotarli pod namiot wielkiego wezyra.

Wzdłuż ścieżki prowadzącej do wejścia stał zastęp odzianych na czarno zamaskowanych wojowników z osobistej gwardii wodza. Delegaci zostali zatrzymani włóczniami, a jeden z janczarów zniknął za kotarą, by poinformować o ich przybyciu. Po chwili wrócił i skinieniem ręki zaprosił ich do środka.

Znaleźli się w przestronnym namiocie. Pośrodku stał długi lśniący stół i rząd krzeseł. Ahmed Köprülü siedział w obszernym fotelu przy przeciwległym krańcu stołu. Odziany był w czarny, lśniący, jedwabny strój. Siedział spokojnie, sporządzając dokument i popijając trunek. Sądząc po delikatnym skrzywieniu ust - jeden z tych mocniejszych... U jego boku siedział chan tatarski Selim-Girej. A oprócz nich zasiadał także tłumacz oraz kilku pisarzy i doradców. Wielki wezyr spojrzał z ciekawością na przybyszy i przemówił. Tłumacz przekazywał Polakom jego słowa:

- Władca wiernych polecił mi, abym przekazał wam, że zaimponowała mu wasza postawa. Wykazaliście się doprawdy wielkim męstwem, utrzymując się przez te trzy doby. Sułtan Mehmed przyznaje, że to dla nas zaszczyt walczyć z takim przeciwnikiem.

- Dziękujemy za te słowa - odparł Myśliszewski - i nie potrzebujemy tłumacza. Pan Juryca potrafi się z wami porozumieć.

Ahmed zdawał się być w dobrym humorze. Ze spokojem rzekł coś po turecku.

- Pyta, czy poddamy twierdzę - przekazał jego słowa Juryca.

- A więc tak... - rzekł na to Myśliszewski. - Po pierwsze, bardzo dziękujemy sułtanowi Mehmedowi. To wiele dla nas znaczy, że docenia nasze poświęcenie. Po drugie, dziękujemy za ofertę honorowej kapitulacji. Wiemy, że nieczęsto dajecie przeciwnikowi taką szansę. Jednak muszę szlachetnego wielkiego wezyra zawieść... Niestety taka decyzja nie należy do nas. My jesteśmy prostymi wyrobnikami na żołdzie. Władzę nad naszą twierdzą sprawuje król. Toteż i decyzję o jej poddaniu jedynie król może podjąć. Dlatego prosimy o cztery tygodnie rozejmu, byśmy mogli udać się do Warszawy, do jaśnie nam panującego, i jak najszybciej wrócić z odpowiedzią.

Wysłuchawszy tych słów, Ahmed spojrzał na rycerza i... uśmiechnął się szeroko. A po chwili zaśmiał się tak, że aż poleciały mu łzy.

- Za cztery tygodnie - odrzekł, ocierając powieki - to ja sam się mogę waszego króla spytać, bo i my wtedy już będziemy pod Warszawą. Ale poważnie, panie Lachu - dodał niedbale, wracając do pisania. - Po pierwsze, nie mnie dziękujcie, lecz wspaniałomyślnemu sułtanowi Mehmedowi. Po drugie, nie jest to oferta, lecz wasza ostatnia szansa na wyjście z miasta żywymi. Po trzecie zaś, sułtan Mehmed daje wam tę szansę jedynie dlatego, że obiecał Kozakom Kamieniec na ich stolicę i zwyczajnie nie chce go przedtem doszczętnie zburzyć. Jeśli zaś o mnie chodzi... - Tu odłożył pióro i dodał, patrząc gościom w oczy: - Ja mam ze sobą siłę wojsk, potęgę artylerii i prace minerskie niemal na ukończeniu. I, jak dla mnie, z tego waszego "orlego gniazda" może się kamień na kamieniu nie ostać. Więc jeśli chcecie, to się brońcie, a jeśli nie chcecie, to się poddajcie. Ale nasze warunki pozostają niezmienione: otwieracie nam bramę i dopiero wtedy zaczynamy rozmawiać.

Pan Myśliszewski pojął, że wielkiego wezyra nie będzie łatwo wywieść w pole. Nie zamierzał jednak zrezygnować bez walki.

- Czy zagwarantujecie bezpieczeństwo tym, którzy zechcą odejść, i wolność tym, którzy zechcą zostać? - spytał.

- Mieliście szansę skapitulować na takich właśnie warunkach - odparł ze spokojem Ahmed, maczając pióro w kałamarzu. - Nie skorzystaliście. Na własne życzenie pozbawiliście się tej szansy. Teraz mogę zaproponować wam, powiedzmy... - Namyślił się przez chwilę. - Że jeśli do zachodu słońca otworzycie bramy, to zagwarantujemy wolność wszystkim, którzy przyrzekną nam wierność, wypowiedzą słowa szahady i odkupią swe winy, służąc w osmańskiej armii.

- W takim razie nie mamy o czym rozmawiać... - odparł Myśliszewski. - Chodźcie. - Skinął na Jurycę i naszych bohaterów, i wszyscy naraz zwrócili się ku wyjściu.

Wielki wezyr nie przywykł do takiego lekceważenia.

- Głupcy! - ryknął, zrywając się z fotela. - Najbliższa pełnia księżyca będzie oświetlała szczyty naszych minaretów!

- Najbliższa pełnia - odrzekł opryskliwie Myśliszewski, nie zatrzymując się, a jedynie obracając głowę przez ramię - będzie oświetlała waszą nieporadność, gdy my dalej będziemy się bronić.

Po czym wyszedł. Pan Makowiecki postanowił zostać i spróbować coś wywalczyć.

- Nie unośmy się, panowie - rzekł pokornie. - Prosimy jedynie o nieco więcej czasu. Będziemy obradować tak długo, jak będzie trzeba. I najdalej do jutrzejszego wieczora damy wam odpowiedź.

- Niech wam będzie - odrzekł Ahmed po chwili namysłu. - Macie dobę. Jeśli nie otrzymam odpowiedzi do następnego zachodu słońca, wznawiam ostrzał.

Członkowie delegacji ukłonili mu się, dziękując za dany im czas, po czym opuścili namiot. W drodze powrotnej do obozu wojownicy gapili się na nich i drwili jeszcze bardziej niż podczas drogi do wielkiego wezyra. Myśliszewski zdawał się być jednak w dobrym humorze.

- Nieźle żeśmy to rozegrali - pochwalił pana Makowieckiego. - Byle tak dalej, a zakręcimy tego Ahmeda jak baranie rogi.

Wtedy zobaczył zdziwione miny naszych bohaterów.

- Sami widzicie, w jakim jesteśmy położeniu - objaśnił im. - Nas garstka, odcięci od kraju, a pomocy znikąd. Czy nasi już się szykują do walki? Tego nie wiemy. Dlatego musimy jak najdłużej utrzymać Turczyna pod murami. A w tej chwili Osmanowie mogą wszystko... Mogą stać pod Kamieńcem i wyczekać, aż skonamy z głodu. Mogą zostawić tu część wojska na blokadę, a z resztą ruszyć na północ. Mogą nawet jutro wysadzić nas w powietrze. Zatem jedyna nasza nadzieja tkwi w wyprowadzeniu wielkiego wezyra z równowagi. Jeśli zaślepi go wściekłość, to być może popełni jakiś błąd, który uda się nam wykorzystać.

Młodzieńcy się uśmiechnęli. Radzi, że mają po swojej stronie przebiegłego rycerza, wyszli z obozu i wsiedli do łódek. Jednak wkrótce uśmiech zszedł z ich twarzy... Oto bowiem ponownie ujrzeli mury twierdzy w swej całej okazałości - osmolone i popękane. W fundamentach i murach Nowego Zamku tkwiły liczne wyrwy. Stary Zamek przypominał bardziej ruinę niźli opokę, która mogłaby powstrzymać Turków. Skała, na której osadzone były mury obu warowni, była już opleciona gęstą siatką lontu łączącego setki wypełnionych minami dziur.

Teraz, gdy poznali już stanowisko wielkiego wezyra, przyszło im zmierzyć się z trudną do przyjęcia rzeczywistością: dla Kamieńca nie było już ratunku...

Rozdział XXV

Ostatnia wycieczka

Gdy delegacja powróciła do Kamieńca, oficerowie z panem Jurycą udali się do pałacu biskupa, by zdać relację z przebiegu rozmów, a nasi bohaterowie wrócili na zamek. Obrońcy zrazu oblegli ich, prosząc o wieści. Dla młodzieńców, którzy widzieli twierdzę od tamtej strony, było jasne, że przebywanie w niej było śmiertelnym niebezpieczeństwem. Jednak nie chcieli pozbawiać towarzyszy nadziei. Dla Bojana najważniejsze było teraz znalezienie Izabeli. Bez słowa zaczął więc przeciskać się między schodzącymi się obrońcami.

- Na razie mamy zawieszenie broni do jutrzejszego wieczora - wyjaśnił zebranym Zbyszek. - A co dalej, to już w rękach rady.

Wymęczeni żołnierze nagrodzili tę wieść z umiarkowanym entuzjazmem. Wrócili na swoje pozycje, rozłożyli kawałki skór lub tkanin i ułożyli się na tyle wygodnie, na ile było to możliwe. Oddali się odpoczynkowi - po raz pierwszy od trzech dób oblężenia...

Gromi i Zbyszek ruszyli za Bojanem. Gdy Izabela go ujrzała, rzuciła mu się w objęcia. Bojan jednak nie w głowie miał teraz akty czułości.

- Posłuchaj: musisz opuścić zamek! - rzekł jej krótko. - Tu jest zbyt niebezpiecznie.

- Wykluczone! - zaparła się Izabela. - Obiecałam, że będę nieść pomoc na zamku, i tu zostanę!

- Możesz leczyć rannych w mieście - zaproponował Bojan. - Tam też cię potrzebują, nawet bardziej.

Izabela założyła dłonie i pokręciła przecząco głową.

- Idziesz do miasta! - nakazał więc Bojan stanowczym tonem. A ponieważ przez ostatnie dni przekrzykiwał huk wystrzałów, jego głos był już mocno ochrypnięty. - Idziesz do miasta... - powtórzył, ujmując w dłonie jej głowę.

Widząc troskę malującą się na jego twarzy, Izabela odpuściła. Pożegnała go długim pocałunkiem i odeszła. Bojan odprowadził ją wzrokiem. Gromi i Zbyszek zaś przyglądali się kompanowi, mogąc jedynie odgadywać, jak wielki ból sprawiało mu pożegnanie z ukochaną. A twierdza została zaryglowana i nikt już nie mógł jej opuścić ani wejść na jej teren...

22 sierpnia

Z nastaniem świtu żołnierze na Nowym Zamku podźwignęli obolałe ciała i zabrali się do pracy. Część zajęła się odgruzowywaniem korytarzy, inni donosili proch lub czyścili działa. A w międzyczasie dyskutowali z kompanami. Jedni narzekali, że z braku snu zaczęli popełniać błędy. Inni zastanawiali się, na jak długo wystarczy im zapasów. I na jak długo wystarczy im sił...

Doba rozejmu pozwoliła obrońcom dokonać oględzin. Dostrzegli, że na działach zaczęły pojawiać się pęknięcia - należało więc w miarę możliwości ograniczyć częstotliwość wystrzałów. Innymi słowy: ich sytuacja stała się jeszcze gorsza... Jednak największą obawę budziła kwestia głębokich podkopów w skale pod twierdzą. Wszyscy byli świadomi, że oplata ją już gęsta sieć ładunków i lontu. Siedząc w grupkach dywagowali, jak Turcy zechcą rozegrać dalszą walkę oraz jaką decyzję podejmie rada. I tak w oczekiwaniu mijały im kolejne godziny.

Tureccy wojownicy także wykorzystywali czas zawieszenia broni na odpoczynek oraz ocenę i naprawę zniszczeń. Niektórzy krzątali się po obozowisku, inni doglądali towarzyszących im zwierząt albo po prostu odpoczywali w cieniu namiotów.

Po raz pierwszy od trzech dni było cicho i spokojnie.

Aż nagle stało się coś, co całkowicie zmieniło obraz tego oblężenia...

Obrońcy Nowego Zamku siedzieli na pozycjach. Zdołali złapać nieco świeżości, a na murach dało się nawet usłyszeć śmiechy. I pozostawali w tych w miarę dobrych nastrojach, gdy nagle niebo przeszył huk wystrzałów. Na pobliskim wzgórzu rozległy się wrzaski zaatakowanych, a w górę wzbiły się płomienie. To obsada Starego Zamku zaczęła niespodziewanie ostrzeliwać obóz osmańskich minerów, rozłożony najbliżej twierdzy. Turcy nie byli przygotowani do walki, a kule poczyniły w ich szeregach niemałe spustoszenie.

Z perspektywy obrońców trudno było jednak jednoznacznie ocenić ten czyn. Owszem, złamali zasady zawieszenia broni, i był to ruch wybitnie niehonorowy. Jednak z drugiej strony zniszczyli sporą część materiałów wybuchowych, które z chwilą wznowienia walk niechybnie zostałyby umieszczone w skale pod twierdzą. Zdobyli więc dla Kamieńca jeszcze dobę, może dwie, przetrwania.

Za to Osmanowie z miejsca uznali ten atak za całkowite złamanie rozejmu oraz wszelkich zasad honoru. Polaków zaś - za łamiących słowo, podstępnych i niegodnych dalszych rozmów. Wściekli żołnierze wyklinali Lachów, a dowódcy pospieszyli do wielkiego wezyra, domagając się przykładnego ukarania Kamieńca. Jednak Ahmed po namyśle postanowił pokazać, że on, w przeciwieństwie do Polaków, dotrzymuje danego słowa. Rozkaz ataku na razie nie padł...

Wreszcie słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Nasi bohaterowie spoglądali na niebo z niepokojem, spodziewając się, że gdy ostatni promień słońca skryje się za wzgórzami, Turcy wznowią wściekłą kanonadę.

Rzeczywiście, wraz z nastaniem zmroku Osmanowie powrócili na stanowiska. Puszkarze stanęli przy artylerii, jednak na razie nie oddawali strzałów. Pracowała za to piechota. Zasypywali przy świetle pochodni nurt Smotrycza i kopali kanały dla obniżenia poziomu wody, budowali szańce na zboczach wzgórz i przenosili uzbrojenie bliżej twierdzy. Słowem: okrążali Kamieniec jeszcze ciaśniejszym pierścieniem. Obrońcy pozostawali zaś na pozycjach, jednak dowódcy nie dawali rozkazu ostrzału, a jedynie obserwowali prace toczące się u podnóża zamku.

Nastała noc. Niebo rozświetliły tysiące gwiazd. Nad horyzont wznosił się księżyc. Był w pierwszej kwadrze i już ponad połowa jego tarczy jaśniała srebrzystym brzaskiem, oświetlając okolicę bladą poświatą. Nagle ktoś przytłumionym głosem wskazał:

- Patrzcie tam! Dragoni ze Starego Zamku urządzili wycieczkę!

Gromi spojrzał we wskazanym kierunku. Pośród ciemności dojrzał, jak z ukrytego u stóp skały przejścia w ciszy wynurzali się kolejni dragoni. Łącznie ze trzy tuziny. Jako ostatni na powierzchni zjawił się sam pułkownik Wołodyjowski. Na jego rozkaz część żołnierzy zajęła się cięciem lontu oplatającego skałę, pozostali zaś stanęli z szablami w dłoni, gotowi do walki.

- Nie wierzę... - syknął Myśliszewski. - On naprawdę tam poszedł!

- Dział nie ma kim obsadzić - dodał ze złością Humiecki - a ten idzie walczyć na szable...

Obrońcy Nowego Zamku obserwowali w napięciu rozwój wydarzeń. Choć ludzie pana Wołodyjowskiego starali się pracować najciszej jak to było możliwe, ktoś wreszcie odkrył ich obecność. W leżącym nieopodal obozie piechoty wzniesiono alarm, a Turcy chwycili za broń i ruszyli ku Polakom.

Rozpoczęła się potyczka.

Początkowo naszym szło pomyślnie. Obrońcy w Nowym Zamku z rosnącą ekscytacją spoglądali, jak piechurzy zostali odparci, a harcownicy kontynuowali przecinanie lontu. Na murach zapanowała radość, a żołnierze z uśmiechem chwalili przebiegłość kompanów.

- Diabli by to! - zawołał nagle pan Myśliszewski. - Patrzcie tam! - Po czym wskazał na obóz.

Obrońcy ujrzeli wówczas, że w kierunku miejsca awantury maszerowała uzbrojona drużyna janczarów. Szli równym, sprężystym i przede wszystkim szybkim krokiem, gotowi do wyrżnięcia wszystkich harcowników. Ludzie Wołodyjowskiego, z miejsca gdzie się znajdowali, nie mogli dostrzec ich do ostatniej chwili. A za pierwszą drużyną janczarów podążała już kolejna.

- Przecież oni ich wytną w pień! - zawołał pan Myśliszewski, czyniąc znak krzyża.

Pan Humiecki myślał przez chwilę gorączkowo. Wreszcie zdecydował:

- Idę ich stamtąd wyciągnąć! - rzekł. - Janie, przejmujesz dowodzenie. - Następnie zawołał do swych ludzi: - Kto idzie ze mną, chwytajcie za broń!

Po czym ruszył ku starej twierdzy. Dwudziestu jego podwładnych, w tym nasi bohaterowie, pospieszyło w ślad za nim. Niebawem z pochodniami w dłoniach, znaleźli się w podziemiach zamku. Szli w dół po krętych schodach i dalej ciemnym, wąskim tunelem. Z każdym krokiem serce łomotało Gromiemu ze strachu. Na ile było to możliwe, usiłował uspokoić rozdygotane ciało i przerażony umysł. I zebrać w sobie całą siłę, jaką dysponował.

Gdy dotarli do włazu, pan Humiecki zwrócił się do swojej drużyny.

- Zrobimy tak - objaśnił. - Gdy tylko otworzę właz, wyskakujemy i stajemy w ukryciu. Kiedy nadejdą janczarzy, na mój rozkaz uderzamy na nich z pełną mocą. Zastąpimy im drogę i odepchniemy ich, osłaniając odwrót dla pułkownika i jego ludzi. Po czym natychmiast wracamy do tunelu. Jeśli Bóg da, to powinno wystarczyć... Gotowi? To idziemy.

Wówczas otworzył właz.

Kolejni żołnierze zostawiali pochodnie na korytarzu i wynurzali się na powierzchnię. Gromi uczynił znak krzyża, po czym dobył swego miecza, aby po chwili stanąć na trawie u stóp skały i natychmiast dobiec do pozostałych. Gdy już wszyscy wojacy wyszli na powierzchnię, stanęli w cieniu, w oczekiwaniu na nadejście wroga.

Wojciech ruszył ku panu Wołodyjowskiemu, machając do niego, aby czym prędzej odwołał swych ludzi i wracał do twierdzy. Pułkownik jednak, niczym w amoku, siekł kolejnych tureckich piechurów, wrzeszcząc do swoich dragonów: "Nie ważcie mi się teraz uciekać! Albo wytniecie ich wszystkich, albo ja wytnę was!".

Aż wreszcie ujrzał nadchodzący oddział janczarów...

Szli równym szybkim krokiem, z szablami gotowymi do bitwy. Wołodyjowski pobladł, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie. Po pierwszym szoku naprędce ocenił sytuację. Pojął, że jedynie szybkie wycofanie się do twierdzy da im szansę na przeżycie. Dał więc swym ludziom rozkaz do odwrotu. A chwilę później wkroczyli janczarzy. Unieśli szable i przyspieszyli kroku - i wówczas pan Humiecki wydał rozkaz "Do boju!".

Gromi wyskoczył z ukrycia, obrał sobie na cel jednego z osmańskich wojowników i z mieczem w dłoni ruszył w jego kierunku. Zaatakował swoim najlepszym wyszkolonym unikiem i podwójnym cięciem z zamachu. Janczar, choć zaskoczony, z łatwością sparował szablą oba uderzenia. Gromi zamachnął się po raz kolejny - i kolejny jego atak został odparty.

Młodzieniec poczuł teraz, jak bardzo słaby był w porównaniu z wyszkolonym tureckim żołnierzem. Próbował zmusić się do pełnej koncentracji. Przeciwnik był jednak zbyt silny - napierał na chłopca i z łatwością parował jego ciosy. Aż wreszcie powalił go mocnym kopnięciem.

Gromi wpadł z łoskotem na skałę. Nie mógł złapać tchu i nie miał drogi ucieczki. Pojął, że to już koniec. Rozejrzał się wokół. Pozostali ludzie Wojciecha także przegrywali w starciu z doborowym oddziałem janczarów. Akcja odsieczy miała lada chwila zamienić się w rzeź. Tymczasem janczar podnosił już szablę...

Nagle za jego plecami pojawił się jakiś człowiek. Chwycił janczara za kaftan, podniósł i cisnął nim o skałę. Gdy ten usiłował wstać, ów człowiek podbiegł i powalił go mocnym ciosem sierpowym w szczękę. Po czym podszedł do Gromiego i chwycił go mocno za ramię.

- Wstawaj, maluchu, nie czas na drzemki! - zawołał, stawiając go na równe nogi.

Był to ten sam mężczyzna z blizną, którego Gromi niegdyś oblał w zajeździe piwem. Prowadził teraz jedenastkę uzbrojonych w kusze, siekiery albo młoty rozbójników.

- Dziękuję panu, panie... - rzekł cicho Gromi.

- Mów mi Raczek - odparł. A po chwili kiwnął mu głową: - No zmykaj, mały.

Sam zaś ruszył do walki z janczarami.

Tymczasem do Gromiego dobiegli już Bojan ze Zbyszkiem.

- Biegiem, Gromi! - zawołał Zbyszek, odciągając go. - Musimy uciekać!

Gromi ruszył ku włazowi. Gdy był już niemal przy wejściu, spojrzał za siebie. Zbójom udało się odeprzeć drużynę janczarów, ale oto na miejsce potyczki nadciągała już kolejna.

- Koniec wypadu! - wrzeszczał z wnętrza pułkownik Wołodyjowski. - Wszyscy do środka! I zamykać właz!

- Chodźcie z nami! - Gromi zawołał do rozbójników, stojąc w wejściu. Raczek skinął na swoich ludzi i natychmiast pospieszyli ku tunelowi.

- Zamykać właz! - ryknął ponownie Wołodyjowski. - I nikogo nie wpuszczać!

Gromi dyszał przez chwilę, myśląc gorączkowo. Nie, nie mógł na to pozwolić... A janczarzy nadchodzili i już dobywali broni.

W tej samej chwili, widząc, że tunel pozostaje otwarty, Wołodyjowski ryknął raz jeszcze:

- Natychmiast zamykać właz! To rozkaz!

- Wskakujcie do środka! - ponaglił więc zbójów Gromi.

Jeden po drugim wpadali do tunelu. Młodzieniec przebiegł wzrokiem po ich twarzach. Wszyscy byli rośli i barczyści i mieli typowe awanturnicze gęby. Jednak jeden z nich był niższy i szczuplejszy od pozostałych, a jego twarz zakryta była chustą. Gromi poczuł na sobie znajome spojrzenie...

To była Oliwka!

Wreszcie cała grupa znalazła się w tunelu. W ostatniej chwili, bo gdy tylko wrota się zamknęły, rozległ się huk wystrzałów janczarskich pistoletów. Żołnierze, a w ślad za nimi wpuszczeni przez Gromiego zbóje, przemierzyli ciemny wąski korytarz i ruszyli w górę schodami.

Gdy dotarli na dziedziniec Starego Zamku, odetchnęli z ulgą, a obrońcy natychmiast zbiegli się, aby wysłuchać ich relacji.

- Przyznaję - rzekł pan Wołodyjowski, oddychając ciężko. - Ta wycieczka była błędem. Ale kilka ładunków żeśmy im zepsuli.

Pan Humiecki spojrzał na niego spode łba. Wprawdzie pułkownik przyznał się do błędu, ale dało się zauważyć, że przez jego twarz przebiegał lekki uśmiech.

Chwilę później na dziedzińcu stanęli także rozbójnicy. Pan Humiecki zaś, odzyskawszy dech, przebiegł wzrokiem po swoich podwładnych.

- Wszyscy są? - spytał. - Czy ktoś jest ranny?

Część z wojaków uciskała rany po cięciach tureckich szabli. Bojan i Zbyszek z rosnącym niepokojem szukali wzrokiem swego przyjaciela.

- Panie rotmistrzu! - zawołał wreszcie Zbyszek. - Gromi... on został na zewnątrz.

Cały dziedziniec zamilkł. "Pokój jego duszy...", zaczęto szeptać, a żołnierze uczynili znak krzyża. Pan Wołodyjowski zwrócił gniewne spojrzenie ku zbójom.

- To wszystko wasza wina! - ryknął. - Aresztować ich - nakazał. - I jeszcze dzisiaj wszystkich stracić!

Część dragonów karnie ruszyła na rozbójników, na co ci dobyli broni. Część żołnierzy okrążyła pułkownika, domagając się łaski dla swych wybawicieli, lub wręcz zastąpiła drogę, stając do ich obrony. Na dziedzińcu zaczęła się szamotanina.

- Róbcie, co chcecie... - rzekł w końcu Wołodyjowski. - Tylko zabierzcie ich z mojego zamku. Może i nam pomogli, ale to nadal zgraja łotrów i szubrawców. - Wyrzucił im jeszcze: - Przez was straciliśmy dobrego żołnierza... - Po czym odszedł.

"Łotry i szubrawcy" zostali skrępowani przez dragonów i odprowadzeni do miasta. Bojan i Zbyszek dopadli zaś do dowódcy.

- Panie rotmistrzu! - zawołali. - Musimy tam wrócić! Może Gromi jeszcze żyje!

Pan Humiecki obmyślał, jak zorganizować ratunek dla młodego wojaka. Jednak już w chwilę później rozległ się huk wystrzałów, a twierdza zadrżała w posadach. Pojęli wówczas, że szansa na uratowanie przyjaciela przepadła...

Na wieść o wycieczce Polaków wielki wezyr wpadł w gniew. Przyznał tym, którzy wcześniej namawiali go do ataku, że z Polakami rzeczywiście nie ma sensu się układać. Uznał, że obrońcy twierdzy muszą zostać przykładnie ukarani. Nakazał więc skierować na zamek ogień ze wszystkich stron. Turcy natychmiast wznowili ostrzał. O ile dotąd celem Ahmeda była demonstracja siły i skłonienie obrońców do kapitulacji, teraz postanowił pokazać Lachom jak kończy się pogrywanie z Imperium...

A co stało się z Gromim?

Gdy już umożliwił zbójom bezpieczny powrót do twierdzy, pozostał na zewnątrz. Gdyby Turcy odkryli tajne przejście - to byłaby katastrofa. Kierowany intuicją, wyskoczył z tunelu i zamknął za sobą właz. Jednak w ten sposób znalazł się teraz sam przeciw nadchodzącym janczarom. Pojął, że ceną, którą przyszło mu zapłacić za utrzymanie tunelu w ukryciu, było jego życie... Jednak nim go tego życia pozbawią, postanowił zawalczyć do końca i posłać do piekieł tylu bisurmanów, ilu tylko zdoła. Zamknął oczy, odetchnął głęboko i skupił wszystkie swe siły.

Przypomniały mu się oczy Oliwki.

Serce zabiło mu szybciej.

Otworzył powieki, skierował spojrzenie najpierw na księżyc, który wzniósł się już wysoko ponad horyzont, a po chwili na nadchodzących janczarów. Uniósł miecz.

Tego, co wówczas się stało, nie sposób opisać słowami... Poczuł, jak wewnątrz jego ciała zaczęła narastać energia. Poczuł, że ma dość sił, aby stawić im czoła. Z łomocącym sercem ruszył ku tuzinowi janczarów. Jego świadomość odpływała, a zastąpił ją czysty zwierzęcy zew. Nie panując nad sobą, wpadł pomiędzy nich. Kierowany instynktem, siekł mieczem tak szybko, że żaden z wrogów nie zdołał sparować ciosu. Raniąc wszystkich na swej drodze, przebił się przez pierwszą grupę.

Ale na miejsce dobiegł już kolejny tuzin piechurów. Mierzyli w niego lufami swych strzelb. Musiał ustąpić... Odłożył miecz i uniósł dłonie w geście kapitulacji. Okrążyli go wówczas ciasnym pierścieniem i zaczęli tłuc kolbami.

Gromi skulił się pod naporem uderzeń. W głowie wirowała mu jedynie jedna myśl: bez względu na cenę musi uchronić twierdzę. Poczuł ponowny napływ zwierzęcego instynktu. Policzył w myślach do trzech, po czym rzucił się po miecz, chwycił go i raz jeszcze stanął do walki.

Siekł ile tchu. Nie panował nad sobą, tak jakby kontrolę przejęła jakaś siła, całkowicie niezależna od jego woli. Nie pamiętał, jak tego dokonał. Ocknął się dopiero wtedy, gdy pokonał całą drużynę.

Niestety, wyrzucenie z siebie tak ogromnych pokładów siły całkowicie go wyczerpało. Resztkami tchu powłóczył nogami w cień u stóp skały i tam zaległ. Ostatkiem przytomności ujrzał, jak ku zamkom i mostowi pofrunęła gęsta kanonada.

Nie miał już sił na dalszą walkę. Zamknął oczy i pozwolił świadomości odpłynąć...

Rozdział XXVI

Opuszczenie Nowego Zamku

24 sierpnia

Wznowiony po wypadzie ostrzał trwał przez całą noc. Rozjuszeni występkiem Polaków Osmanowie nie zamierzali oszczędzać ani siebie ani przeciwnika. Bili gęsto i skutecznie. Padały wieże i baszty, a w murach powstawały coraz większe pęknięcia i wyrwy. Obrońcy walczyli jednak dzielnie, usiłując utrudnić wrogowi podejście pod zamek.

Ostrzał trwał nieprzerwanie aż do wschodu słońca, kiedy to Turcy oddali się modlitwie. Obrońcy sami już nie wiedzieli, czy ta chwila przerwy jest dla nich korzystna. Wprawdzie działa milkły i choć przez te kilka minut na miasto i twierdzę nie padały pociski, to jednak ta świadomość, że już za chwilę ostrzał ruszy z nową mocą, za każdym razem powodowała w ich głowach jeszcze większy zamęt.

Po porannej modlitwie Turcy powrócili do natarcia - a obrońcy do obrony zamku i miasta. Narastała w nich świadomość, że z każdym dniem, a wręcz z każdą godziną, sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna... Coraz więcej obrońców w twierdzy mdlało z wycieńczenia. Inni padali, złamani gorączką i dreszczami. Cyrulicy stwierdzali kolejne zgony. Pustoszały pozycje, których nie było kim obsadzić. Zniszczenia murów były tak wielkie, że pozostawało kwestią nie dni, lecz godzin, kiedy kolejne obwarowania zaczną upadać.

A w mieście było jeszcze gorzej. Część zabudowań była doszczętnie zniszczona. Niemal w żadnym z okien nie było szyb. Na ulicach leżała gruba warstwa gruzu. W murach kamienic kryły się przerażone matki, tuląc na rękach swoje dzieci. Mężczyźni ustawiali się w kolejkach do sanitariuszek, które bandażowały im przetarte do krwi dłonie, przemywały rany i wydobywały tkwiące w ciele odłamki. Wybuchały kolejne pożary. Zaczęło brakować wody. Coraz częściej dostrzegano też symptomy szerzącej się zarazy. Polacy bronili się ostatnimi siłami. A Osmanowie konsekwentnie robili swoje. Razili artylerią, zakładali miny i otaczali "orle gniazdo" coraz ciaśniejszym pierścieniem...

25 sierpnia

Rankiem w pałacu biskupim zwołana została narada. Na spotkanie przybyli urzędnicy i oficerowie, ale też reprezentanci wybrani przez kamienieckich mieszczan. Każdy z nich chciał wiedzieć, jak mają się sprawy. Kolejni dowódcy przedstawili więc sytuację na podległych im flankach.

- U nas już z połowa stanowisk stoi nieobsadzona - referował pan Myśliszewski. - Większość obrońców z ledwością ładuje działa. A dłonie to co niektórzy mają jak bochny chleba.

- Turcy porobili już tyle kanałów - oznajmił dowodzący obroną Bramy Ruskiej pan Makowiecki - że Smotrycz miejscami nie sięga im nawet do kolan i nie stanowi już żadnej przeszkody. W zasadzie mogą przypuścić szturm w każdej chwili.

Pozostali dowódcy raportowali zniszczenia murów, brak prochu i przede wszystkim straty w ludziach. Generał Potocki skrupulatnie notował wszystkie przekazywane przez nich informacje.

- O mieście nie będę panom opowiadał - przemówił, wpatrując się w pergamin z meldunkiem, gdy już wszyscy oficerowie z twierdzy zdali raport - bo żałość zbyt wielka bierze, by o tym opowiadać... Mości panowie - podniósł na nich spojrzenie. - Niestety już dłużej nie utrzymamy zarówno miasta, jak i obu zamków. Z którejś pozycji musimy zrezygnować...

W sali zapadło milczenie. Zebrani głowili się nad rozwiązaniem, jednak nikt nie zabrał głosu. Decyzja była naprawdę trudna.

- Zorganizujmy się na Starym Zamku - zaproponował wreszcie pułkownik Wołodyjowski, przerywając ciszę. Po czym powstał i aby przekonać o słuszności swego pomysłu, dodał: - Stary Zamek broni mostu. A jeśli most dostanie się Turkom, to jakbyśmy już przegrali...

Pan Humiecki wciąż nosił w sobie żal do sławnego rycerza za jego nieszczęsną nocną eskapadę.

- Więc chce pan pułkownik oddać Nowy Zamek?! - zaoponował jako pierwszy. - Toż to nasza najsilniejsza pozycja! Lepiej stańmy wszyscy na Nowym i z niego brońmy dostępu do mostu.

- A widzieliście, panowie, jakie pod nim zrobili podkopy?! - odparł na to Wołodyjowski. - Lada chwila pofrunie w powietrze, aż miło! A Stary Zamek stoi na litej skale i tak łatwo się nie podda. Zresztą o czym my tu mówimy.... Stary Zamek już od wieków skutecznie broni miasta. Mówię wam: zostawmy Nowy Zamek i skupmy obronę w Starym.

- A co wtedy z Nowym?! - spytał zdziwiony Myśliszewski.

Wołodyjowski myślał przez chwilę.

- Zburzmy go! - rzekł wreszcie tonem, jakby wpadł na wspaniały pomysł.

- Co proszę?! - skierowali ku niemu zszokowane spojrzenia.

- Zburzmy go - przemówił Wołodyjowski, kierując słowa do ogółu rady. - Przenieśmy się pod osłoną nocy na Stary Zamek, a na Nowym rozstawmy miny. Kiedy Turcy się zorientują, żeśmy go opuścili, i do niego wejdą, wszystko wysadzimy. Niech bisurmanie sczezną w gruzach...

Humiecki i Myśliszewski spojrzeli po sobie. Obaj słuchali z rosnącym niedowierzaniem. Żaden z nich w całym życiu nie słyszał niczego głupszego!

- Pan pułkownik raczy żartować... - wyrwało się Myśliszewskiemu.

Na to kolejni zgromadzeni w sali zaczęli podnosić głos. Część z nich popierała pomysł pułkownika, inni uważali go za czyste szaleństwo. Obie strony zaczęły przerzucać się argumentami, a starosta przysłuchiwał się dyskusji.

- Tak czy siak, musimy coś wybrać - rzekł wreszcie donośnym barytonem. - Bo bronić dwóch zamków bez ludzi przy działach to jak nie bronić żadnego. Głosujmy więc: kto jest za propozycją panów rotmistrzów?

Dłonie podniosło kilku mężczyzn.

- Kto jest za propozycją pana Wołodyjowskiego?

Pułkownik cieszył się w Kamieńcu największym poważaniem. W dodatku wizja widowiskowego wybuchu i ujrzenia tureckiego najeźdźcy ginącego pod gruzami mocno działała na wyobraźnię. W górę pofrunął las rąk urzędników i mieszczan. Rotmistrzowie spuścili w milczeniu głowy. Zostali przegłosowani...

Tak oto rada wojenna podjęła decyzję. Choć oficerowie z Nowego Zamku uznawali ten plan za całkowicie niedorzeczny, "rozkaz to rozkaz" - więc zostało im jedynie przystąpić do jego realizacji. Przygotowania trwały cały dzień. Część obrońców kontynuowała ostrzał, aby wróg nie domyślił się fortelu zbyt wcześnie. Pozostali przenosili ukradkiem do Starego Zamku broń, proch, żywność i amunicję. W nocy zaś przeniesiono tyle uzbrojenia, ile było możliwe i podłożono materiały wybuchowe. Teraz zostało jedynie czekać na sposobność realizacji tego ryzykownego planu...

26 sierpnia

Nastał świt.

Gdy Turcy odeszli od dział, aby odbyć modlitwę, ostatni obrońcy naprędce wycofali się z Nowego Zamku i przemknęli na dziedziniec starej twierdzy, która została już przygotowana przez ludzi pana Wołodyjowskiego do dalszej walki. Stłoczenie na niewielkiej przestrzeni dawało im wrażenie, że nadal jest ich wielu. I że walcząc ramię w ramię, będą w stanie przetrwać oblężenie. Przede wszystkim jednak wszyscy mieli nadzieję, że Nowy Zamek spektakularnie runie, zabijając wielu wrogów.

Gdy Turcy wznowili działania, szybko spostrzegli, że z Nowego Zamku zniknęła obsada. Zaprzestali więc ostrzału i powoli, ostrożnie, zaczęli wspinać się na wały. Zdziwieni decyzją obrońców, długo podejrzliwie obchodzili obwarowania i przyglądali się pozostawionej artylerii. Upewniwszy się, że bastion rzeczywiście został opuszczony, tureccy żołnierze wskazali kompanom, że mogą wchodzić. Wkrótce opanowali Nowy Zamek, zaczęli zajmować pozycje na murach i przestawiać armaty lufami ku starej warowni.

I wtem...

ŁUP!!!

ŁUP!!!

Kolejne ładunki ukryte pod podłogą Nowego Zamku zaczęły eksplodować, a w powietrze wzbiły się tumany ziemi i gruzu. Mury zaczęły się sypać, a wrzask ranionych Turków rozniósł się echem po okolicy. Obrońcy rzucili się do niewielkich otworów w murach, aby ujrzeć, jak Nowy Zamek obraca się w gruzowisko. Po chwili zaczęli spoglądać z niedowierzaniem jeden na drugiego. Część złapała się za głowy, inni zakryli usta, a jeszcze inni padali na kolana.

Oto bowiem bastion się nie zapadł.

A przynajmniej nie cały. Część obwarowań przetrwała serię wybuchów i teraz górowała na dziedzińcem Starego Zamku.

Bojan i Zbyszek, jak i reszta obrońców, spoglądali na fragmenty stanowisk strzeleckich, które ostały się po wybuchu. Z całą mocą zaczęła docierać do nich powaga sytuacji - oto nie tylko dali właśnie Turkom idealną pozycję do dalszego ostrzału, ale też zostawili działa, którymi mogli tego dokonać. Ich sytuacja nie była już dramatyczna. Stała się beznadziejna. Pojmowali, że możliwość kapitulacji przepadła. I docierało do nich z coraz większą mocą, że już tylko kwestią godzin jest rozstrzygnięcie: czy przyjdzie im pójść w niewolę, czy zginąć w tych murach...

Ale wybuch na zamku zaskoczył także Turków.

Ich działa umilkły, a wielki wezyr, obawiając się potwornych strat, zażądał jak najszybszych meldunków. Osmańscy wodzowie zebrali się w jego namiocie na naradę. Wkrótce meldunki zaczęły docierać i jasne stało się, że Polacy popełnili katastrofalny błąd.

- Rozstawcie działa na Nowym Zamku - nakazał więc Ahmed, starając się nie dać poznać po sobie rosnącej w nim ekscytacji. - A resztę artylerii skierujcie na Stary. I niech janczarzy szykują się do szturmu.

- Wielki wezyrze, a co z resztą wojska? - spytał jeden z dowódców.

Ahmed pomyślał przez chwilę.

- W sumie to mogą już zacząć szykować się do zwinięcia obozu - rzekł, powstając i odsuwając kotarę, by wpuścić do namiotu nieco świeżego powietrza. Jego oczom ukazał się widok na kamieniecką twierdzę. - Sądzę - dodał, przypatrując się zamkowi - że jeszcze dziś Kamieniec dostanie się w nasze ręce...

***

Wkrótce po wybuchu na zamkowy dziedziniec weszli członkowie rady wojennej. Mogli teraz na własne oczy zobaczyć skutek nieudanego wysadzenia Nowego Zamku. Ich oczom ukazała się duża połać nienaruszonego bastionu i rozstawione na niej (teraz już tureckie) działa. Dalsza obrona twierdzy nie miała najmniejszego sensu - klęska była nieunikniona. Żołnierze zaczęli wymieniać się opiniami. Część przekonywała, że należy natychmiast ogłosić kapitulację. Inni nie zamierzali się poddawać. "Przysięgałem, że obronię twierdzę albo padnę w niej trupem! I słowa dotrzymam!", krzyczeli, bijąc się w pierś. A jeszcze inni dodawali: "Nie traćcie ducha! Odsiecz na pewno już nadciąga!". Większość obrońców jednak, pamiętając przysięgę złożoną przed Bogiem, postanowiła ponownie zawierzyć biskupowi Lanckorońskiemu, który jako jedyny mógł ich z tej przysięgi zwolnić.

Duchowny od rana przebywał w kamienieckiej katedrze. Klęcząc u stopni ołtarza, modlił się do Boga o zbawienie dusz poległych. Wreszcie, wezwany przez starostę, dotarł na dziedziniec. Członkowie rady z miejsca go oblegli, a żołnierze wbili w niego błagalne spojrzenia.

- Co mamy czynić, Wasza Ekscelencjo? - spytał generał Potocki, przyklękając i całując pierścień na jego palcu. - Poddać się? Czy trwać w boju?

Co bardziej krewcy żołnierze dopadli do biskupa oraz członków rady i zaczęli wywierać na nich presję.

- Musimy skapitulować! - krzyczeli jedni.

- Nie wolno nam się poddać! - wrzeszczeli drudzy.

Na dziedzińcu zrobił się okrutny rozgardiasz. A na biskupich barkach legła teraz decyzja: poddać się czy walczyć dalej.

Biedny biskup Lanckoroński... Nie znał się na wojskowości i nie miał pojęcia, czy odsiecz jest możliwa. Nie wiedział, jak długo mogą wytrzymać mury Starego Zamku i czy Turcy jeszcze dziś nie zdołają go wysadzić. Widział jednak zmęczone twarze obrońców, leżący na ulicach gruz i tłumy rannych na dziedzińcu. Widział zastępy tureckich wojowników na gruzach Nowego Zamku, szykujących się już do szturmu.

Odszedł od tłumu, aby móc skupić myśli. Zamknął oczy i zaczął szeptać słowa modlitwy. Błagał Najświętszą Panienkę, aby po raz kolejny dała mu natchnienie. Zebrani wokół niego coraz głośniej i coraz napastliwiej wykrzykiwali swoje zdanie. Dopiero zdecydowana reakcja panów Humieckiego i Myśliszewskiego sprawiła, że tłum zamilkł. Wreszcie biskup otworzył oczy.

- Słabość nas nie ocali... - szepnął.

- Drodzy bracia - przemówił po chwili, podnosząc spojrzenie na zebranych - nie znam się na sztuce wojennej, szturmach czy fortyfikacjach. Jestem tylko prostym duszpasterzem... Lecz oto Przenajświętsza Maryja Panna dała mi natchnienie, bym powiedział wam, co czynić. Jeśli bisurmanie wejdą do miasta, zdepczą nasze flagi, sprofanują kościoły, a z bliskich uczynią niewolników. Jeśli zaś wybierzemy walkę, najpewniej wszyscy zginiemy w tych murach. Naszą jedyną szansą jest honorowa kapitulacja... Ale dlaczego Turczyn miałby nam ją dać, jeśli jeszcze dziś może nas wszystkich wybić, a nasze rodziny zakuć w kajdany?!

A więc oto, drodzy bracia, co musicie uczynić...

Jutro udacie się do wielkiego wezyra i powiecie mu, że jeśli pozwoli odejść wolno nam i naszym rodzinom, to jesteśmy gotowi się poddać. Ale zanim do niego pójdziecie, dziś staniecie na tych murach, podniesiecie broń i powstrzymacie nadchodzącą nawałnicę. A nawałnica już się zbliża. I wiem, że będzie to trudne... Widzę zmęczenie na waszych twarzach. Widzę krew na waszych szatach.

Ale prawda jest taka, że jeśli chcemy wolności, to sami musimy ją sobie wywalczyć! A w waszych oczach widzę ten sam żar, co pierwszego dnia oblężenia. I wiem, że potraficie rozniecić ten żar tak, by zamienił się w żywy ogień! Wiem, że dziś odepchniecie Turczyna od murów! Wiem, że choćby sam szatan przybył tu z piekieł, to wy go zepchniecie z powrotem w piekielne czeluści! I jutro pójdziecie tam jako zwycięzcy. A zatem... Chwała Kamieńcowi! Chwała jego obrońcom!

Po słowach biskupa Lanckorońskiego, na dziedzińcu rozległy się okrzyki bojowego uniesienia. Żołnierze z determinacją ruszyli na swe pozycje.

A w tym samym czasie Osmanowie kierowali artylerię na mury Starego Zamku, a janczarska piechota maszerowała już w kierunku twierdzy...

Rozdział XXVII

Zakład z wielkim wezyrem

W przededniu przeniesienia się na Stary Zamek, jego załoga zbudowała prowizoryczne podesty na murach starej twierdzy. Teraz, gdy mieli bronić się razem, obrońcy naprędce wciągnęli na nie działa z Nowego Zamku, układali kule i beczki z prochem i przybitkami. I z łomocącymi sercami szykowali się do odparcia nadchodzącego uderzenia.

Zgodnie z rozkazem wielkiego wezyra, część tureckiego wojska zajęła się zwijaniem obozu. Ale myśli prostych wojaków krążyły już głównie wokół własnych zysków. Nawet gdyby Kamieniec dziś upadł, następne kilka dni potrwa przygotowanie miasta na triumfalne wejście sułtana, obejmujące odgruzowanie, wyprowadzenie niewiernych i zmianę kościołów w meczety. A jednocześnie będą mogli przez trzy dni plądrować i rabować, co popadnie. Pakowali się więc powoli i niespiesznie, spoglądając w kierunku ostatniego punktu dzielącego ich od spodziewanych bogactw: stojącego na oplecionej materiałami wybuchowymi skale i zrujnowanego już oblężeniem Starego Zamku.

Wielki wezyr w towarzystwie swych doradców wjechał na szczyt pobliskiego wzgórza i ze spokojem przyglądał się przygotowaniom. A gdy już wszyscy dowódcy zameldowali, że ich oddziały są gotowe, delikatnie skinął głową zastępcy. Ten zaś okrzykami dał sygnał: "Rozpocząć natarcie!".

Turecka artyleria zaczęła ostrzeliwać zamek ze wszystkich stron. Janczarzy, osłaniani ogniem, kierowali się ku wyłomom, a minerzy kończyli ostatnie prace z ładunkami wybuchowymi.

Polacy odpowiedzieli ogniem. Niestety szybko doświadczyli skutków fatalnej decyzji, jaką było przeniesienie artylerii na Stary Zamek. Prowizoryczne podesty nie wytrzymywały siły odrzutu i przy każdym oddanym strzale słychać było coraz głośniejszy trzask pękającego drewna. Nie mieli jednak wyboru - musieli strzelać dalej. Wkrótce pierwsze działa zaczęły z łoskotem spadać z murów na dziedziniec, niosąc za sobą jeszcze więcej ofiar.

A Turcy kontynuowali natarcie.

Nagle doszło do potężnego wybuchu. Jedna z baszt zaczęła się chwiać. Na ten widok wielki wezyr zagwizdał na swych sztabowców i wskazał im, by skoncentrowano ogień w jej kierunku. Po chwili kolejna celna salwa uderzyła w basztę. A po niej następna. I wreszcie baszta zaczęła się rozpadać, po czym z hukiem runęła w dół skały.

Janczarzy ruszyli do szturmu.

Na wyrwie po obróconej w gruz baszcie obie strony rzuciły się do straszliwej walki. Janczarzy walczyli o zdobycie twierdzy ku chwale Proroka. Polacy zaś - o przetrwanie. W ruch poszły szable, noże, a nawet kamienie. Dziedziniec zamienił się w morze walczących.

Jeden z janczarów wspiął się na skrawek muru, który ostał się po zawalonej baszcie, i wydobył zza kaftana granat. Gdyby rzucił go między Polaków ściśniętych przy wyrwie i usiłujących nie dopuścić do jej sforsowania, granat uśmierciłby co najmniej kilkunastu z nich. W ferworze walki nikt tego nie zauważył - jedynie pan Humiecki w porę dostrzegł janczara. Walczący u jego boku Bojan i Zbyszek ujrzeli, jak rotmistrz przepchnął się przez tłum, wskoczył na mur i popchnął wroga. Udało się - janczar został zrzucony. Ale po chwili inny piechur wystrzelił z pistoletu. Rotmistrz został trafiony w pierś. Skinął jeszcze Bojanowi i Zbyszkowi i się uśmiechnął. Po czym spadł bezwładnie z muru, prosto w przepaść...

A walka trwała.

Padali najwaleczniejsi rycerze. Z każdą chwilą wyraźniej rysowała się przewaga Osmanów, którzy zadawali polskiej załodze coraz poważniejsze straty. Do tego ku wyrwie maszerowała już kolejna kompania janczarów. Jasne stawało się, że tego szturmu obrońcy nie zdołają odeprzeć...

***

Spadający na dno doliny gruz wstrząsnął ziemią, a wraz z falą uderzeniową w górę wzbiły się tumany pyłu.

Gromi się przebudził. Otworzył oczy, lecz od razu musiał je zamknąć i schronić się przed wszechobecnym pyłem. Głowa bolała go jakby miała za chwilę pęknąć, a wszystkie mięśnie były tak obolałe, jakby cały dzień przerzucał głazy. Skołowany, usiłował przypomnieć sobie, jak właściwie znalazł się w tym miejscu. Ale nagle uderzyła go pełnia świadomości obecnego położenia: usłyszał krzyki, huk salw armatnich i szczęk narzędzi kujących skałę. Z trudem zebrawszy siły, podźwignął ciało. "Muszę dostać się na zamek", myślał gorączkowo. "Tylko jak to zrobić?"

Tajemne przejście zostało zawalone kupą gruzu i bezpowrotnie stracone. Od zamku dzieliła go kilkudziesięciometrowa skała, a twierdza nieustannie ostrzeliwana była z każdego możliwego kierunku.

Wtem w oddali ujrzał grupę minerów kujących u podnóży góry. Jeden z nich odłożył zajęcia i ruszył "za potrzebą" wzdłuż muru. Gromi zakradł się do niego od tyłu i przydusił, pozbawiając go przytomności. Zabrał mu czapkę i płaszcz. Odział się w nie, a minera zostawił nieprzytomnego w cieniu skały. Po czym ruszył przed siebie. I wtedy ujrzał spieszącą ku zamkom grupę piechurów.

Wybuch, który przed chwilą go wybudził, wstrząsnął okolicą, a w powietrze wzbił się tuman pyłu i łoskot burzącego się muru. Teraz wraz z opadającym pyłem obu stronom batalii ukazywał się widok na zawaloną basztę i wyrwę w murze Starego Zamku.

Dowódca oddziału janczarów, który znajdował się najbliżej, ryknął na podwładnych i skierował ich do szturmu. Wszyscy rzucili się pędem ku wyrwie, zostawiając swój obóz bez opieki. Gromi ujrzał rząd dział i moździerzy, beczki z prochem, zapas broni i granatów. Wszystko pozostawione bez ochrony. W jego głowie pojawił się plan. Naprędce się rozejrzał, czy nikt nie odkrył jego obecności - po czym ruszył do działania.

Chwycił leżącą pośród broni płócienną torbę. Uznawszy, że mogą mu się przydać, wrzucił do niej kilka leżących w skrzyni granatów. Przewrócił beczki. Cały proch, z wyjątkiem kilku garści, które umieścił w komorach dział, rozsypał po trawie. W lufy wymierzonych w mury dział wsadził kule kartaczy - i nieco obniżył ich kąt. Akcja była gotowa...

Gromi odetchnął głęboko i westchnął nad swoim losem. Że też przyszło mu dokonywać takich czynów... A następnie skupił się na zadaniu. Przyłożył łuczywo do lontu i wystrzelił z pierwszej armaty. Rozległ się huk i po chwili kartacz się rozpadł, a ostre odłamki pofrunęły prosto na wspinającą się po gruzowisku turecką piechotę. Widok był makabryczny. Kawałki stali wbijały im się w uda, plecy i potylice.

Janczarzy nie mogli się spodziewać, że zostaną zaatakowani od tyłu, z własnego obozowiska. Całe tuziny piechurów padały na gruzach u podnóży twierdzy. Ci, którzy nie zostali trafieni, usiłowali się wycofać, ale stłoczeni na małej powierzchni, nie mieli drogi ucieczki. Po chwili w zbiorowisko uderzyły zabójcze odłamki wystrzelone z kolejnego kartacza. I z następnego. A potem z wystrzelonego moździerzem granatu. Na wałach twierdzy skonała w ten sposób ponad setka janczarów...

Gromi nie był z siebie rad, ale wiedział, że było to konieczne. Wystrzeliwszy już ze wszystkich dostępnych dział, rozejrzał się wokół. Ujrzał pędzących ku niemu żołnierzy z sąsiednich obozowisk. Wydobył więc granaty, podpalił łuczywem lonty i posłał w ich kierunku.

A następnie rzucił się do ucieczki.

W pewnej chwili zatrzymał się i odwrócił ku goniącym go Osmanom. Upewniwszy się, że są dokładnie na tej połaci ziemi, na której rozsypał proch, wydobył ostatni granat. Podpalił lont i rzucił. Po chwili obozowiskiem wstrząsnął potężny wybuch. W powietrzu rozbuchał się obłok ognia, wokół fruwały odłamki, a wrzask ranionych Turków rozległ się po całej okolicy.

Wyobraź sobie, drogi czytelniku, zaskoczenie obrońców w twierdzy.... Widzieli kolejny nadchodzący ku nim oddział janczarów i zbierali w sobie ostatnie pokłady woli przetrwania, szykując się do odparcia kolejnego uderzenia. A tu nagle z obozu wroga pada salwa artylerii, rozlegają się krzyki, a szturmujący padają trupem lub, ciężko ranieni, zalegają, nie docierając do wyrwy. A w kolejnej chwili całe obozowisko wybucha, w powietrze wznosi się tuman ognia i kolejne dziesiątki Turków giną z przerażającym wrzaskiem.

Zaskoczeni janczarzy wycofali się z dziedzińca i odeszli od murów, aby przegrupować siły. Polacy zaś zachodzili w głowę, co się też właśnie wydarzyło.

I wtedy, spośród pyłu i dymu, wyłonił się on. Uznany za poległego - Gromisław z Białej Wsi... Zrzuciwszy z siebie tureckie szaty i czapkę, stąpając pomiędzy ciałami janczarów, wdrapał się po gruzowisku i poprzez wyrwę w murze wrócił do twierdzy.

W pierwszej chwili obrońcy myśleli, że ujrzeli ducha. Jednak gdy minął pierwszy szok, jeden po drugim podchodzili do chłopca i ściskali go, dziękując za wybawienie z opresji. Bojan i Zbyszek przecisnęli się między tłumami. A gdy ujrzeli Gromiego całego i zdrowego, wzięli go w ramiona. W ich oczach pojawiły się łzy wzruszenia.

- Aha, byłbym zapomniał! - zawołał Bojan. A po chwili chwycił go za głowę i... złożył na jego policzku soczysty pocałunek.

- Za co to?! - spytał Gromi ze zdziwieniem, wycierając twarz.

- To od Oliwki Jabłońskiej - odparł Bojan. - Prosiła, bym cię od niej ucałował.

- Przecież nie mówiła, żebyś zrobił to dosłownie... - wtrącił Zbyszek, wyraźnie zniesmaczony.

- Oliwka?! - spytał żywo Gromi. - A gdzie ona jest?!

- W mieście - wskazał Zbyszek. - Pan Wołodyjowski odesłał ją tam wraz z resztą zbójów... Ale to dobrze. Na pewno jest tam bezpieczniejsza niż my tu.

Gromi spojrzał w kierunku miasta. A więc Oliwia tam jest... Pojął teraz z całą siłą, że choćby nawet niebo miało runąć, po prostu musi obronić Kamieniec przed turecką nawałnicą.

***

Wkrótce ostrzał został wstrzymany, a nasi bohaterowie ruszyli z rotmistrzem Myśliszewskim i panem Jurycą do obozu, by ponieść wiadomość dla wielkiego wezyra. Nurt Smotrycza został już zasypany, osuszony i rozprowadzony po wykopanych przez piechotę kanałach, więc łódź nie była im potrzebna. Ponownie oddali broń, przeszli przez obóz pośród dzikich spojrzeń tureckich wojowników i stanęli przed namiotem wodza.

Ahmed przywitał ich i zaproponował wino. Odmówili. Teraz potrzebowali klarowności umysłu. Ahmed zasiadł przy stole i powrócił do przeglądania dokumentów. Wreszcie podniósł głowę znad ksiąg i spytał:

- A więc mówicie, że w czym wam mogę pomóc?

- Pragniemy omówić warunki kapitulacji - rzekł pan Myśliszewski. - Jesteśmy gotowi oddać wam miasto, jeśli tylko pozwolicie nam odejść żywymi.

- Ty, przyjacielu, zawsze jesteś u mnie mile widziany. - Ahmed się uśmiechnął. - Mało kto potrafi mnie tak rozśmieszyć.

- Jeśli pozwolicie nam odejść - odparł rotmistrz, zachowując powagę - i zagwarantujecie, że żaden Tatar ani Kozak nie będzie nas gnębił, to jeszcze dziś otworzymy wam bramę i oddamy zamek.

- Wybacz, ale odnoszę wrażenie, że nie traktujecie mnie do końca poważnie - stwierdził Ahmed, odkładając pióro. - Przecie mówiłem wam, że mogę to wasze "przedmurze chrześcijaństwa" obrócić w stertę gruzu. Wybraliście walkę... A ja nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Więc dziś po południu wysadzę wam cały ten zamek i wejdę do miasta. I nie czuję potrzeby, by się z wami układać, bo wy wszyscy jutro będziecie zniewoleni. Albo martwi pod gruzami, to już wasz wybór...

Rotmistrz Myśliszewski zamierzał mu odpowiedzieć.

- Wielki wezyrze... - zaczął, lecz Ahmed natychmiast uciął temat, mówiąc:

- Koniec rozmowy! Dziś wysadzamy zamek, a jutro wchodzimy do miasta i przerabiamy kościoły na meczety. A z was czynimy niewolników.

- W takim razie będziemy walczyć do końca - odparł rycerz wyzywająco. - I zabijemy jeszcze wielu waszych ludzi...

Turek spojrzał na niego z malującym się na twarzy rozbawieniem.

- Ojej - zadrwił. - Jak ja sobie bez nich poradzę... Wojska przecież u nas tak niewiele...

Delegaci wiedzieli, że nie mają w tej dyskusji żadnych argumentów. Nie zamierzali jednak poddać się bez jeszcze jednej próby.

- No dobrze... - rzekł Ahmed po dłuższej chwili, rozsiadając się wygodnie na fotelu. - Mogę zgodzić się na to, żebyście odeszli wolno.

- I zapewniacie, że po wyjściu z twierdzy nic nam nie zagrozi? - spytał pan Myśliszewski. W jego głosie pojawiła się nadzieja.

- Oczywiście.

- Świetnie! - ucieszył się rotmistrz. - O nic więcej nie prosimy.

- A więc mamy to ustalone - rzekł Ahmed, sięgając po pióro.

Polacy spojrzeli po sobie ze zdziwieniem, że tak łatwo to poszło.

- Ale dla jasności... - dodał jednak po chwili z całkowitym spokojem, wpatrując się w dokument - ta propozycja dotyczy tylko was, wojskowych. Ludność cywilna i wasze kobiety będą musieli zostać.

Myśliszewski zacisnął pięści.

- Przecież wiesz, wielki wezyrze, że nie możemy na to przystać.

- Sami sobie zawiniliście - stwierdził Ahmed, wciąż bez większych emocji, przeglądając jednocześnie zapiski. - Broniliście się zbyt zawzięcie. Nasi imamowie uznali więc, że wasze kobiety muszą mieć w sobie jakiś niezwykły dar. Zdecydowali zatem, że od teraz mają one rodzić synów dla nas, by walczyli dla chwały Proroka. - Teraz podniósł wzrok i patrząc Myśliszewskiemu prosto w oczy, dodał: - Wasze kobiety dadzą nam nowe pokolenie janczarów.

I wrócił do przeglądania dokumentów.

Rotmistrz wpatrywał się w rozmówcę, szukając sposobów na wybrnięcie z tej trudnej sytuacji. Gromi spoglądał to na dzielnego rycerza, to na pana Jurycę, z nadzieją, że i tym razem zdołają przekonać wodza do ustępstw.

Niestety... Myśliszewski pojął, że nic już nie wskóra. Pozycja wielkiego wezyra była zbyt silna. Westchnął, przyznając swoją porażkę i spuścił wzrok.

- Nie mam nic więcej do dodania - rzekł Ahmed, wciąż nie podnosząc głowy znad papierów. - Możecie odejść.

Rotmistrz stał jeszcze przez chwilę w bezruchu. Wreszcie, zrezygnowany, ukłonił się i ruszył ku wyjściu, a pozostali ruszyli za nim.

Gromi doskonale rozumiał, że Kamieniec nie będzie w stanie długo się bronić. Szczególnie martwiło go luźno rzucone przez wielkiego wezyra stwierdzenie "przecie ja dziś po południu wysadzę wam ten zamek". Wiedział, że Osmanowie rzeczywiście mogą to zrobić. Obawiał się, że obalą dziś mury, wejdą do miasta i dokonają rzezi. Obawiał się, że obrońcy zginą w zgliszczach. Ale wszystkie jego myśli przesłaniała jedna: w mieście przebywała Oliwia.

Musiał coś zrobić...

Gorączkowo myślał nad rozwiązaniem. Jednak jedyne, co stawało mu przed oczyma, to tamta chwila, gdy ujrzał ją pośród zbójów. Jej oczy... Lecz nagle oczyma wspomnień ujrzał coś jeszcze - górujący tamtej nocy na niebie srebrzysty księżyc.

- Pełnia jest dziś w nocy - rzucił bezwiednie.

Pozostali delegaci stanęli w przejściu. Za to zafascynowany astrologią Ahmed z zaciekawieniem podniósł na niego wzrok.

- Słucham? - spytał, prosząc o wytłumaczenie jednego ze swych podwładnych.

- Powiedziałeś, wielki wezyrze - tłumacz przekazał słowa młodzieńca - że nie rzucasz słów na wiatr... A poprzednio obiecałeś nam, że najbliższa pełnia księżyca oświetli w Kamieńcu minarety waszych świątyń... Więc nie zostało ci zbyt wiele czasu. Pełnia będzie dzisiejszej nocy.

- Doprawdy? Tak wam obiecałem? - ożywił się Ahmed. Odłożył pióro i spojrzał uważnie na chłopca, który tak odważnie poczynał sobie w tej rozmowie z samym wielkim wezyrem Imperium Osmańskiego. A następnie, by dać mu pełnię uwagi, wstał od stołu i stanął przed Gromim, oparł się o stół i założył ramiona. - A więc niech będzie - oznajmił. - Lubię takie zakłady. Zatem zrobimy tak: jeśli wytrwacie do świtu... to pozwolę wam opuścić miasto.

- Nam wszystkim? - upewnił się Gromi. - Nawet kobietom i dzieciom?

Wielki wezyr spojrzał na niego, coraz bardziej zaintrygowany młodym Lachem.

- Niech ci będzie... wam wszystkim - odparł z rozbawieniem, siadając z powrotem przy stole. - Ale na twoim miejscu, chłopcze, nie robiłbym sobie większych nadziei.

Gromi nie potrafił już myśleć trzeźwo. Nogi miał miękkie jak z waty. Choć strach ścisnął mu gardło, ukłonił się nisko i odparł drżącym głosem:

- Zakład stoi. I obiecuję ci, wielki wezyrze, że wytrwamy.

Pomimo tak cichego i drżącego tonu, coś w tych słowach sprawiło, że z twarzy wielkiego wezyra zniknął uśmiech.

- Wracajcie do twierdzy - rzekł już poważnie. - I radzę się wam pospieszyć, bo moi ludzie lada chwila będą gotowi do natarcia. Za chwilę wasz słynny Kamieniec obróci się w ruinę...

Polscy delegaci odkłonili się, opuścili namiot wielkiego wezyra i w milczeniu ruszyli przez obozowisko wrogiej im stutysięcznej armii. Przeprawili się przez turecki obóz i przekroczyli bramę miejską. A z każdą chwilą coraz bardziej docierało do nich, że oto zbliża się czas ostatecznej bitwy.

Rozdział XXVIII

Kamieniec Podolski w ogniu

To, co działo się po opuszczeniu namiotu wielkiego wezyra, Gromi pamiętał jak przez mgłę. Kojarzył, że szedł przez obóz wojsk osmańskich na miękkich nogach. Gdy opuszczali obóz janczarów, wokół rozbrzmiewały dźwięki bębnów i piszczałek. Janczarscy szamani wrzucali do ogniska proszek, a płomienie przybrały zielonkawą barwę. Wojownicy stawali nad ogniem i wciągali dym do płuc. Zaczynali się wówczas trząść, a oczy obracały im się w oczodołach, ukazując przekrwione białka. A chwilę później bili się z pięści to po twarzach, to w pierś, i śpiewali w amoku słowa bojowych pieśni.

Pamiętał jak przez mgłę kolejne oddziały janczarów, które stawały w pełnym ekwipunku i w gotowości do szturmu. Puszkarze kierowali działa na twierdzę. Piechurzy otoczyli mury ciasnym pierścieniem i szykowali broń. Rozgościli się w pełni na ruinach po Nowym Zamku i rozstawiali na nich jeszcze więcej artylerii.

Obrońcy pojmowali, że oto nadchodzi decydująca batalia. Że dziś to wszystko się skończy... W twierdzy zrobiło się cicho. W mieście rodziny żegnały się mężczyznami idącymi na barykady. Po ostatnim uścisku mężowie musieli puścić dłonie swoich żon, ostatni raz ucałować dzieci i udać się na pozycje. Nawet latające nad Kamieńcem ptactwo wyczuło, że zbliża się coś okropnego, i niebo nad miastem opustoszało...

***

Tymczasem po powrocie z obozu wroga Bojan, Zbyszek i Gromi wraz z pozostałymi członkami delegacji dotarli do bramy miejskiej. Wartownicy wpuścili ich do środka, po czym zabarykadowali wrota.

Członkowie rady wojennej przebywali właśnie w kamienieckiej katedrze. Pośród przejmującej ciszy i w pełnym skupieniu modlili się o.... W zasadzie o cud, bo tylko to mogło ich ocalić. Na wieść o powrocie delegatów pospiesznie opuścili kościelne mury i wyszli im na spotkanie. W świątyni pozostał jedynie biskup Lanckoroński, który na stopniach ołtarza błagał Maryję Królową Polski o wstawiennictwo i miłosierdzie. Delegaci zreferowali generałowi treść ustaleń. Nasi bohaterowie zaś ruszyli mostem zamkowym i udali się do twierdzy.

- I co uradziliście? - z miejsca zaczęli wypytywać obrońcy.

Gromi przeszedł przez dziedziniec w zamyśleniu i ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie czuł chęci, by z kimkolwiek teraz rozmawiać.

- Musimy wytrwać do świtu - wyjaśnił zebranym Zbyszek. - Wówczas wielki wezyr pozwoli nam odejść wolno.

- To dzięki Gromiemu. - Bojan wskazał na przyjaciela, który w milczeniu szykował sobie stanowisko. - To on zdołał go przekonać.

Bojan powiedział to, chcąc podkreślić negocjacyjny sukces Gromiego. Nie spodziewał się jednak reakcji obrońców. Wojacy przenieśli bowiem na chłopca wściekłe spojrzenia.

- A kto mu pozwolił przemawiać w naszym imieniu?! - zagrzmiał barytonem jeden z żołnierzy, słusznej postury i zupełnie łysy.

Pozostali, jeden po drugim, zaczęli mu przytakiwać.

- No właśnie!? Jakim prawem on się w ogóle odzywał! - przekrzykiwali się. - Jak niby mamy przetrwać do świtu?! Czy ten gamoń widział, w jakim stanie jest zamek? No to gratuluję - dodał ktoś jeszcze. - Przynieśliście nam wszystkim zgubę!

- Widział doskonale, w jakim stanie jest zamek! - wrzasnął na to Bojan, przekrzykując pozostałych. - Wszyscy widzieliśmy! I to znacznie lepiej niż wy, którzy nie wychylacie stąd nosa!

I tak zdołał na chwilę uciszyć rozemocjonowanych obrońców.

- Wielki wezyr zamierzał pozwolić odejść nam, żołnierzom - dodał Zbyszek - ale kobiety i dzieci chciał zatrzymać w mieście. Powiedział nam prosto w oczy, że nasze kobiety mają zrodzić im kolejne pokolenie janczarów.

- A teraz najpierw pogrzebią nas w tych murach! - ryknął na to żołnierz. - A potem, gdy nas zabraknie, i tak zrobią, co zapowiedzieli!

Wojacy ponownie zaczęli wznosić okrzyki i przeklinać Gromiego, który w ich mniemaniu zaprzepaścił szanse na kapitulację.

- Chłopcu należą się podziękowania... - rzekł wtem ktoś spokojnym tonem. Był to jeden z dragonów. Stał za ich plecami, oparty o ścianę. A gdy przenieśli na niego spojrzenia, oznajmił: - Zapomnieliście już, kto wczoraj udaremnił szturm janczarów?

Ta celna uwaga na chwilę uciszyła mężczyzn.

- Macie rację, panowie... - kontynuował dragon. - Zapewne nie dożyjemy jutra. Zapewne Turczyn weźmie dziś Kamieniec. I nie wiem jak wy, ale ja przed śmiercią nie zamierzam kierować gniewu na kompana, z którym walczyłem ramię w ramię. Mój wróg jest tam - wskazał palcem na tureckie obozy. - I przysięgam, że nim wyzionę ducha, poślę do piekieł tylu bisurmanów, ilu tylko zdołam. Dziękuję ci więc, chłopcze - tu zwrócił się wprost do Gromiego. - Teraz moja walka nie pójdzie na marne.

- Ja także już pogodziłem się z tym, że nie dożyję do świtu... - rzekł wówczas kolejny żołnierz. Do tej chwili siedział nieco na uboczu, skupiony na polerowaniu szabli. Wstał i spoglądając po twarzach zebranych, dodał: - Ale wiedzcie, że w chwili gdy przyjdzie mi odejść z tego świata, wspomnę z uśmiechem, co razem przeżyliśmy na tych murach. Staliście się mi bliscy jak bracia. Jeśli więc zginę dziś u waszego boku, odejdę szczęśliwy... Umrę z wdzięcznością za każdą chwilę, która była mi tu dana.

Na te wyznania, jakże odmienne od przepełnionych złością okrzyków, żołnierze oprzytomnieli, a miejsce złości zajęło poczucie zawstydzenia. Wtem zza ich pleców rozbrzmiał kolejny głos.

- Nie stawiajcie, panowie, jeszcze na sobie krzyży... - To pan Wołodyjowski wraz z pozostałymi oficerami powrócił z miasta i przysłuchiwał się ich dyskusji. - Dla mnie także jesteście jak bracia - dodał po chwili. - I bez wahania oddam za was życie. Ale dziś ten jeden ostatni raz musimy dać z siebie wszystko. Walcząc razem, ramię w ramię, możemy obronić twierdzę. Więc zabraniam wam się żegnać. A jutro o świcie chcę was wszystkich widzieć na służbie.

Teraz na dziedzińcu zapadła całkowita cisza.

Wszystkich zgromadzonych ogarnęło wzruszenie. Słowa, które przed chwilą wybrzmiały, tchnęły w nich tak potrzebną im teraz nadzieję. Obrońcy spojrzeli po twarzach kompanów i skinęli sobie głowami. Teraz byli jedną drużyną. Byli jedną wielką rodziną.

"Zróbmy to", mówili między sobą. "Do zobaczenia o świcie", "W imię Boga". I z wiarą w sercach ruszyli na swoje pozycje.

Gromi zaś, od którego zakładu z wielkim wezyrem rozpoczęła się cała ta sytuacja, stał w samotności na kupie gruzu, która została po jednej z baszt. Miał stąd widok na szykujące się do szturmu siły Osmanów. Usiłował zaprowadzić w swym umyśle spokój. Próbował zebrać wszystkie swe siły. Zamierzał uczynić wszystko, co konieczne, by powstrzymać dziś osmańską wieczną armię...

***

Wielki wezyr, odziany w czarną zbroję, w towarzystwie doradców wjechał na wzgórze, i stamtąd spoglądał na oblężony Kamieniec. Odwołał rozkaz zwijania obozu, a w zamian wystawił do walki wszystkie działa, wszystkie machiny oblężnicze i wszystkich wojowników. Był pewny, że dziś zdobędzie miasto, a zakład poczyniony z tym małym zuchwałym Lachem jeszcze bardziej dodawał mu animuszu.

Sułtan Mehmed leżał na lektyce przed swym atłasowym namiotem, z widokiem na twierdzę. Zajadał daktyle i głaskał młodego geparda, a wokół wiły się zastępy służących. Padyszach był w świetnym humorze i oczekiwał wielkiego zwycięstwa.

Wkrótce naprzeciw wojska stanął Szejch al-Islam. Wojownicy padli na kolana, a niebo nad Kamieńcem przeszyły wypowiadane przez nich w żarliwym uniesieniu słowa szahady.

Echo modlitwy dotarło także do murów katedry. Biskup Lanckoroński już od wielu godzin klęczał na stopniach ołtarza i gorliwie, ze łzami spływającymi z zamkniętych oczu modlił się o zwycięstwo. Na ołtarzu stała największa świętość katedry: złota, bogato zdobiona monstrancja. Usłyszawszy słowa muzułmańskiej modlitwy, podniósł spojrzenie na złote naczynie. Kierowany natchnieniem wstał, otarł łzy, chwycił monstrancję w dłonie i ruszył z nią prosto ku zamkowi.

Gromi, Bojan i Zbyszek stanęli na swoich pozycjach. Skinęli panu Myśliszewskiemu, a on skinął im. Rozumieli się bez słów - wiedzieli, że będą walczyć aż do utraty tchu... Wtem brama została otwarta, a na dziedziniec wkroczył biskup Lanckoroński z uniesioną monstrancją, która zalśniła w pełnym słońcu. Wszyscy zebrani na murach uklęknęli i się przeżegnali, a duchowny stanął z uniesioną ku niebu monstrancją na środku dziedzińca i zaczął głośno wypowiadać słowa modlitwy. Obrońcy Kamieńca powstali i przenieśli spojrzenie na bisurmanów. Teraz mieli jeszcze jeden powód, by nie ugiąć się przed wrogiem.

Wreszcie wielki wezyr uniósł buławę i wydał rozkaz...

Ku murom twierdzy ze wszystkich stron pofrunęły kule i pociski. Minerzy odpalali ładunki. Kolejne połacie skały u stóp twierdzy pękały z hukiem. Dziedzińcem wstrząsało tąpnięcie za tąpnięciem. Janczarzy okrążyli zamek ze wszystkich stron. Tam, gdzie w murach były już wyrwy, przystępowali do ostatecznego szturmu. Setki tureckich wojowników wspinały się na mury Starego Zamku, to po drabinach, to po gruzowiskach. Obrońcy stłoczyli się przy wyrwach i gdy janczarzy dotarli do murów, rozpoczęła się dramatyczna walka.

Gromi uniósł miecz i ruszył ku forsującym mur wojownikom. Poczuł, jak przechodzi go dreszcz. Wszędzie wokół trwała zaciekła walka. Obrońcy padali, ugodzeni strzałami łuczników z Nowego Zamku. Jeszcze większe spustoszenie siały spadające na dziedziniec granaty.

Dla obrońców stało się jasne, że dziś czeka ich śmierć. Lecz ta świadomość jedynie dodawała im animuszu. Przed odejściem chcieli splamić ostrza krwią jak największej liczby bisurmanów. Z wielką siłą spychali z murów szturmującą raz po raz piechotę. Ratowali się wzajemnie, ściągając jeden drugiego z linii strzału i przenosili rannych, po czym wracali na pole bitwy.

I wciąż walczyli.

Gromi nie baczył na latające wokół strzały, pociski i granaty. Nie tracił nawet czasu na wzięcie głębszego oddechu. Dyszał i zataczał się, ale wciąż siekł mieczem, raniąc kolejnych wrogów. Wtem wpadł na niego jeden z janczarów - wielkiej postury, doskonale władający szablą i piekielnie silny. Chłopiec zdołał odparować cięcie szablą, ale po chwili został powalony potężnym kopnięciem. Miecz wypadł mu z dłoni, a on sam upadł na kupę gruzu. Uderzywszy żebrami o kamienie, nie mógł złapać tchu, a z ust zaczęła cieknąć mu strużka krwi. Wymacał żebra - były stłuczone na miazgę.

Gromi poczuł wtedy, jak bardzo był zmęczony. Zmęczony tą walką. Zmęczony trwaniem tymi wszystkimi dniami na murach i odpieraniem nieustannych ataków. Zmęczony bezsilnością w starciu z wielokrotnie liczniejszym wrogiem. Nie potrafił już wykrzesać z siebie sił. I tak poczuł ciałem, sercem i duszą, że oto nadszedł koniec...

Przed oczyma zaczęły stawać mu kolejne obrazy z przeszłości.

Chwila, gdy był małym berbeciem, a Dziadunio opowiadał mu o dawnych dziejach, o bohaterskiej husarii i jej wielkich zwycięstwach.

Chwila, gdy wrócił do Białej Wsi.

Chwila, gdy poznał Maję.

Chwila, w której jego ojciec powiedział: "Ja nie mam syna...". Jeszcze raz poczuł tę samą żałość, która chwyciła wtedy jego serce.

Potem przypomniał sobie zamek na Wawelu i swoją ucieczkę po jego dachu.

Pierwszą noc w Komarowie.

Pierwsze święta, podczas których poznał Oliwię. Uśmiechnął się w duchu na wspomnienie tego, jakie wtedy jeszcze wszystko było proste...

Chwilę, gdy strzelił w beczkę z prochem, aby uchronić swoich towarzyszy.

Długie godziny ćwiczeń z mieczem na murach.

Chwilę, gdy otrzymał własny miecz i tym samym stał się mieszkańcem Kamieńca.

Noc Kupały - tańce na placu, wtulone w siebie zakochane pary, samotny wianek na Smotryczu i pokaz sztucznych ogni z ratuszowej wieży...

I wreszcie chwilę, gdy żegnał się z Oliwią. Na wspomnienie pięknej szlachcianki serce zabiło mu szybciej. Z każdym kolejnym uderzeniem czuł, jak jego ciało wypełniają nowe siły.

- To jeszcze nie koniec - szepnął. - Jeszcze nie dziś...

Podźwignął obolałe ciało, chwycił w dłoń odłamek skały, odbił się od gruzu i ponownie wbiegł na pole walki. Wpadł z impetem na janczara, który przed chwilą go kopnął, wbił mu się ramieniem w korpus i przyparł do ściany. A tu z całej siły uderzył go w głowę kamieniem. Janczar padł nieprzytomny. Gromi zaś podniósł miecz i z nową siłą ciął, raniąc każdego, kto znalazł się w jego zasięgu.

Kolejne ciała padały na bruk, kolejni Turcy roztrzaskiwali się o skały i wpadali do Smotrycza. Obrońcy nadludzkim wysiłkiem odparli szturm i zablokowali wyrwę.

Nie zauważyli nawet, gdy niebo zaczęło pokrywać się coraz intensywniejszym kolorem. Błękit przechodził w ciemnoniebieski, szafir, a potem w czerń.

Nastała noc - a turecka nawałnica wciąż przybierała na sile. Wielki wezyr popędzał artylerzystów i posyłał do szturmów kolejne oddziały piechurów, osobiście chwytając ich za szaty i popychając w kierunku twierdzy. Osmanowie w swej wściekłości robili wszystko, aby zwyciężyć.

Aż wreszcie...

Kolejne tureckie punkty ogniowe zaczęły cichnąć. Piechurom zaczęło brakować sił. Cięciwy łuków pękały im w dłoniach. Pękały mechanizmy w katapultach i trebuszach. Armaty zaczęły się przegrzewać i zapychać prochem lub zwyczajnie pękać. Zaczęło brakować drabin, po których janczarzy mogliby przedostać się do twierdzy.

Wielki wezyr obserwował z niepokojem, jak kolejne oddziały wstrzymują ogień.

- Co się dzieje!? - pytał. I otrzymując kolejne meldunki, rwał sobie włosy z głowy. - Przecież to niemożliwe! - krzyczał. - Tego nie da się przetrwać!

Nie dopuszczał do siebie myśli, że to uderzenie mogłoby się nie zakończyć zwycięstwem. Jednak wreszcie ujrzał, że chmury na niebie pokryły się barwą bursztynu.

Oto wschodziło słońce.

Raz po raz klął siarczyście. I choć te słowa nie chciały przejść mu przez gardło, to wziął głęboki oddech i ryknął:

- Przerwać ogień!

Zaskoczeni tym rozkazem żołnierze nie od razu odstąpili od oblężenia. Jednak mijały kolejne chwile, kolejne stanowiska artylerii milkły, a kolejne oddziały piechoty zaczęły wycofywać się spod murów. Ku zamkowi ruszył osmański czaucz.

Widząc opuszczone działa i odchodzących spod murów janczarów, obrońcy zaczęli odkładać broń. Trzęśli się i ledwo stali na nogach. Byli ranni, osmoleni, ich oczy były czerwone od prochu, a dłonie przetarte aż do krwi. Wszyscy patrzyli na kierującego się ku twierdzy posła.

- Wielki wezyr zdecydował! - krzyknął, zatrzymując się u stóp zamku. - Każdy, kto zechce, może opuścić Kamieniec! I gwarantuje wszystkim bezpieczeństwo aż do opuszczenia granic województwa! Tylko poddajcie wreszcie tę przeklętą twierdzę!

Wkrótce krwistoczerwony blask wchodzącego słońca pokrył poświatą niebo, po którym powoli sunęły rozłożyste pierzaste chmury. Po dniach i nocach wściekłej kanonady tym razem nie towarzyszył im huk wystrzałów - po raz pierwszy było zupełnie cicho...

Gromi odetchnął głęboko. Nie czuł już nic - ani bólu, ani zmęczenia, ani radości. W oczach zaszkliły mu się łzy. Nie pojmował, jakim cudem przeżył to oblężenie. Ale to nie miało znaczenia. Spojrzał na ocalone miasto.

A potem przeniósł wzrok na wschodzące po niebie słońce. Wraz z tym świtem przestał być już dzieckiem - stał się mężczyzną i prawdziwym wojownikiem.

***

Wkrótce na niebie rozgościł się idealny błękit.

Na zamkowej baszcie podniesiono białą flagę. Obrońcy złożyli broń, zeszli ze stanowisk ogniowych i ruszyli mostem ku miastu. W mieście kobiety nieśmiało wychodziły z ukrycia. Upewniwszy się, że oblężenie dobiegło końca, wylegały na ulicę prowadzącą ku twierdzy. Gdy odnajdowały swoich mężczyzn, zalewały się łzami radości i rzucały się mężom w ramiona. Inne, na wieść, że ich luby nie zginął w walce, skrywały twarze w dłoniach. Mężczyźni zaś, dysząc ciężko, powoli dochodzili do siebie. Docierało do nich wówczas, że dokonali tego - uchronili swe rodziny i swoje miasto. Przetrwali czas Kamieńca Podolskiego w ogniu...