3.
7 września 1939, Londyn
Nie wiem, która jest godzina, ale boję się spojrzeć na zegarek.
Wiedziałem, że wyjazd do Londynu będzie złym pomysłem. Zdaje się, że doktor MacCraig ma trochę racji i zmiana miejsca pobytu, diety i otoczenia w istocie niekorzystnie wpływa na moje samopoczucie, tym bardziej że czas spędzam tu na bezcelowych obradach Joint Intelligence Sub-Committee. Banialuki, których zmuszony jestem tam wysłuchiwać, wywołują ataki niewysłowionej wściekłości, których nie gaszą ani gin, ani whisky.
Co gorsza, ów przeklęty koszmar właśnie powrócił i zaklinam się na wszelkie świętości, że nigdy nie był tak przerażająco realistyczny. Nawet teraz, gdy siedzę i piszę, czuję pieczenie na kolanach i łokciach, które raniłem podczas snu. Aż trudno uwierzyć, że nie ma na nich nawet zadraśnięcia.
Nie to jednak było najpotworniejsze. Twarz mojego adwersarza, na sekundę nim znów nacisnął spust, zamieniła się w maskę potwora, a z lufy jego pistoletu strzeliła struga ognia podobna tym, które spływały po zboczach wulkanu. Krzyczał przy tym coś, czego niestety nie zrozumiałem, bo świat wokół mnie wybuchał, skąpany w lawie.
Dobry Boże, ciągle drżę. Nadal czuję ów straszliwy ból! Przeklinam cię, Michaelu Tritzie!
Zaledwie kilka dni temu sądziłem, że sny mnie opuściły, bo wypadłem z gry i Tritz pokonał mnie ostatecznie. Dlaczego więc powróciły? Czyżbym mimo wszystko miał jeszcze szansę odnaleźć Niemca i odkryć sposób na wydarcie jego tajemnic?
Z niecierpliwością czekam na wieści od majora Gubbinsa.
*
Huk był ogłuszający i Gubbins zatoczył się do tyłu, aż uderzył plecami o ścianę kamienicy. W okamgnieniu powietrze wypełniły kłęby pyłu i major zgiął się wpół, kaszląc.
Minęła długa chwila, nim rękawem marynarki przetarł załzawione oczy, by spojrzeć w górę. Wciąż ogłuszony wybuchem śledził ciemny kształt bombowca nurkującego Ju-87 Stuka, który w nierealnej ciszy wznosił się nad ulicą.
Grunt znów zadrżał, a w pobliżu zawaliła się kolejna kamienica. Gubbins nagle odzyskał słuch. Przeraźliwe odgłosy bombardowania - jękliwa syrena drugiego sztukasa, grzechot karabinów maszynowych i huk bomb - wdarły się gwałtownie do jego umysłu. Tuż nieopodal jakaś kobieta zanosiła się histerycznym płaczem, gdzieś dalej biły w niebo osamotnione polskie boforsy.
"Tak wygląda piekło - pomyślał Gubbins, próbując wstać. - Musiałem nagrzeszyć jak jasna cholera..."
Zakaszlał po raz ostatni i rozejrzał się niepewnie. Bombardowanie artyleryjskie warszawskiego Śródmieścia trwało już od wczoraj, lecz teraz dołączyła do niego Luftwaffe, do tej pory koncentrująca naloty na dzielnicach fabrycznych i liniach kolejowych. Ściany domów były poznaczone dziurami po kulach z broni maszynowej, ulice zaścielone szczątkami gruzu, a witryny sklepowe ziały oczodołami wybitych szyb. Ludzie, którzy nie znaleźli w porę schronienia w piwnicach, teraz kulili się pod ścianami, z grozą wpatrując się w oddalające się niemieckie samoloty.
Przecznicę dalej dopalała się ciężarówka, z której Gubbins wyskoczył niecałą minutę temu.
"Dwa samoloty, a tyle zniszczenia" - pomyślał z przerażeniem. Potrząsnął głową, zebrał siły i ruszył biegiem w kierunku ambasady. Lub tego, co z niej zostało.
Ziemia wciąż drżała od odległych eksplozji. Gubbins minął grupę ludzi próbujących uwolnić starszego mężczyznę spod rumowiska ściany domu. Po zasłanym okruchami szkła chodniku pędził cyklista z plecakiem pełnym białych strzępów nierówno pociętych na bandaże. Dwóch mężczyzn układało na noszach wątłego chłopca o twarzy zalanej krwią, a trzeci trzymał w ramionach rozpaczającą kobietę.
Pośrodku ulicy stał tramwaj, pusty, brudny od gruzu, z wybitymi szybami. Na schodkach leżała torba konduktora z rozsypanym bilonem, którego nikt nie zbierał.
Gubbins biegł przed siebie, próbując ignorować grozę chwili.
Bombardowanie oszczędziło budynek ambasady, ale serce Gubbinsa ścisnęło się z żalu na jego widok. Dzierżawiony brytyjskiemu rządowi biały pałacyk wyglądał bowiem na wymarły. Okolony drzewami plac przed wejściem był pusty, okna szczelnie zastawione workami z piaskiem, a nad dachem unosiły się snopy dymów z nieodległych pożarów. Nawet flaga Zjednoczonego Królestwa, zamiast dumnie łopotać na wietrze, owinęła się wokół masztu jakby zawstydzona.
Gubbins pchnął furtkę i przebiegł przez placyk.
- Not a single one! - usłyszał naraz znajomy głos i się zatrzymał. Kapitan Davies, pulchny, łysiejący oficer pułku Courtlaulds stał w cywilnym ubraniu między drzewami i przyglądał się przez lornetkę odlatującym samolotom. - Not a single one - powtórzył z dezaprobatą i odjął lornetkę od oczu. - Nie trafili ani jednego.
- O czym pan mówi, Davies? - wymamrotał oszołomiony Gubbins.
- Nie trafili ani jednego z tych nazistowskich sukinsynów. - Davies wydął wargi i z flegmą schował lornetkę do kieszeni tweedowej marynarki. - Ci nieszczęśni Polacy nie mają pojęcia o artylerii przeciwlotniczej! Zresztą, zważywszy na ich postępy w obronie własnego kraju, należy stwierdzić, że o niczym nie mają pojęcia!
- Dobrał pan sobie świetny moment na wygłaszanie komentarzy, kapitanie! - warknął chrapliwie Gubbins, próbując odsapnąć po biegu.
Gardło miał wyschnięte, wargi spękane, a między zębami zgrzytał pył.
- Moment dobry jak każdy inny, Gubbins. - Kapitan wzruszył ramionami. - A pan? Coś się pan tak przejął?
- Niech się pan przejdzie po ulicy, Davies, będzie pan wiedział. Po tym, co dziś zobaczyłem, pozostaje mi się modlić, by niemieckie bomby oszczędziły Londyn!
- Niemcy bombardujący Londyn? - Davies kpiąco uniósł brwi. - No, ale teraz to głupstwo pan palnął. Doprawdy...
- Gdzie Shelley? - Gubbins tracił cierpliwość.
- Nie widziałem go dzisiaj. Przygotowaniami do ewakuacji kieruje Handscombe.
- Bloody hell! - zaklął Gubbins.
Wbiegł do holu pałacyku, cichego i wyludnionego. Gdzieś na prawym skrzydle uchyliły się drzwi i wyjrzał zza nich przestraszony mężczyzna.
- Majorze Handscombe! - zawołał Gubbins, a jego głos poniósł się echem we wnętrzu budynku. - Majorze?!
- Niech pan tak nie krzyczy, Gubbins. - Szedł ku niemu sam major, wysoki, szpakowaty mężczyzna, wspierający się na lasce. Jego ubranie woniało dymem. - Teraz tym miejscem rządzą duchy. Nie chce pan chyba ich zbudzić, co?
- Nie pora na żarty, Handscombe! - warknął Gubbins. - Co tu się dzieje?
- Wczoraj rano sir Kennard, nasz drogi ambasador, rozpuścił miejscowy personel pomocniczy, wszystkich kancelistów, sekretarki i księgowych - powiedział Handscombe. - W ambasadzie nie ma nikogo poza kilkoma członkami korpusu dyplomatycznego na wypadek sytuacji awaryjnych, a reszta jest w domach i szykuje się do ewakuacji. Właśnie palimy dokumenty w kotłowni.
- Do cholery, byłem pewien... - Zaskoczony Gubbins pokręcił głową.
- To panu zazdroszczę, Gubbins - przerwał mu Handscombe. - Bo ja nie jestem już niczego pewien w tym kraju. Milion żołnierzy, cztery tysiące dział, a Niemcy pędzą ich przed sobą jak stado baranów. Wczoraj nawiał ich rząd i dowództwo naczelne, a dziś rano doszło do pierwszej potyczki na przedpolu Warszawy, nie słyszał pan? Na co więc mamy czekać?
- W głowie się to nie mieści. - Gubbins westchnął. - Gdzie jest pułkownik Shelley? Muszę z nim pilnie porozmawiać! Właśnie w sprawie owej potyczki na przedpolu Warszawy.
- Niech pan da Shelleyowi spokój. - Handscombe wyciągnął piersiówkę z kieszeni marynarki i wziął tęgiego łyka, a potem poczęstował rozmówcę. - Nie ma go dzisiaj w ambasadzie.
- Gdzie go znajdę? - Gubbins pociągnął z flaszki, skrzywił się i oddał ją Handscombe'owi.
- Daj mu pan spokój, Gubbins. - Handscombe przetarł zmęczone oczy. - Jego polska żona zginęła dziś rano podczas nalotu. Niech Bóg błogosławi ten nieszczęsny naród. Na szczęście znam pańskie wytyczne. Dziś rano przyszła zaszyfrowana depesza z Londynu: ""Przeprowadzkę" wykonać natychmiast". Powodzenia, majorze.
Nim zaskoczony Gubbins zdołał cokolwiek powiedzieć, major Handscombe odwrócił się i ruszył wymarłym korytarzem w stronę zejścia do kotłowni. Zapach spalenizny w powietrzu był coraz wyraźniejszy.
Gdzieś w centrum ponownie zawyły syreny alarmu przeciwlotniczego. Gubbins westchnął i ponownie wyszedł na ulicę.
*
Colin Gubbins jak dotąd widział Załuskiego dwa razy.
Po raz pierwszy spotkali się wczesnym latem 1939 roku na oficjalnym przyjęciu w ambasadzie brytyjskiej w Warszawie, podówczas miejscu pełnym elegancji i powagi. Na twarzach zaproszonych polskich dyplomatów widniało jednak maskowane kurtuazją napięcie i na ich tle hrabia Aleksander Załuski wyglądał jak lekko znudzony sztuką krytyk teatralny, który pali papierosa podczas antraktu.
Major Colin Gubbins doskonale znał się na ludziach. Doświadczenie wojenne zdobywał w Irlandii, gdzie walczył z bojówkami Irlandzkiej Armii Republikańskiej. Była to brudna wojna, toczona na wsiach, przedmieściach i w dzielnicach biedoty, gdzie wiarygodny raport o miejscu pobytu grupy dywersantów był cenniejszy od stu karabinów. Oficer pozbawiony intuicji czy nieznający się na ludziach często kończył swą karierę w ciemnym zaułku z nożem wbitym pod żebro. To właśnie wtedy Gubbins odkrył w sobie niezwykły zmysł do czytania w ludzkich sercach i duszach. Bez trudu wykrywał kłamstwa w głosie nawet najbardziej doświadczonych łgarzy, a wystarczał mu rzut oka na twarz obcej osoby, by mógł trafnie ocenić jej intelekt, usposobienie, a nawet intencje.
Gdy spojrzał na oblicze Załuskiego, od razu zrozumiał, że ma do czynienia z człowiekiem wielkiego formatu. Polski hrabia stał prosto, nonszalancko paląc papierosa i przygładzając kciukiem bujne wąsiska. Wyglądał na około czterdzieści lat, lecz krótko przycięte włosy przyprószyła już siwizna. W szarych oczach Załuskiego, okolonych siateczką pierwszych zmarszczek, Gubbins odkrył błyskotliwość zabarwioną odrobiną cynizmu. Nie zdziwił się też wcale, gdy Polak odezwał się do niego najczystszą, oksfordzką angielszczyzną.
Nie mógł sobie przypomnieć, o czym rozmawiali podczas przyjęcia w ambasadzie, lecz co do joty pamiętał rozmowę, która odbyła się w restauracji hotelu Savoy dwa dni później. Trwał ciepły letni wieczór i napięcie na ulicach miasta było jeszcze bardziej wyczuwalne: ludzie zatrzymywali gazeciarzy roznoszących "Kurier Warszawski" i łapczywie pochłaniali wiadomości z pierwszych stron, szukając nadziei na uniknięcie wojny, a na przejeżdżających ulicami ułanów patrzono z mieszaniną niepokoju i dumy.
Załuski jednakże wydawał się równie spokojny jak wcześniej na przyjęciu. Spokojnie palił papierosa, wodząc oczami od Shelleya do Gubbinsa, i beznamiętnie opowiadał im o największej tajemnicy polskiego wywiadu.
O sukcesie operacji "Schweibe".
Jego słowa zrobiły na Gubbinsie wielkie wrażenie, a lakoniczny do bólu Shelley stwierdził nawet, że po tym, co usłyszeli, rozgryzienie kodu Enigmy to fraszka.
"Polacy zrobili Niemców na szaro - przypomniał sobie major, gdy kluczył po ulicach. - Poznali kulisy wrogiego ataku na ojczyznę już przed dwoma miesiącami! Dlaczego Shelley nie wyciągnął tego całego Załuskiego wcześniej? Dlaczego zajął się tym Harrington, który co prawda odpowiada za Sekcję D i ma kontakty w wywiadzie, ale przecież nie stoi na czele SIS? Porąbane to wszystko, porąbane! Muszę znaleźć tego człowieka! Muszę!"
Anglik w ostatniej chwili uskoczył przed rozpędzonym wozem strażackim. Gdzieś wybuchały bomby lotnicze, wysoko na niebie mruczały sztukasy powracające z bombardowań.
- Tylko jak ja go, kurwa, znajdę w tym piekle?! - wrzasnął, potknąwszy się o przewróconą latarnię uliczną.
Biegał i szukał. Stłuczone kolano piekło nieznośnie, a podrażnione dymem i pyłem oczy łzawiły. Dzielnica, w której mieszkał Załuski, padła ofiarą bombardowania niemieckiej artylerii i pokaszlujący Gubbins znalazł się w labiryncie szarych ulic, wzdłuż których ciągnęły się dymiące, częściowo zniszczone kamienice. Z każdą chwilą tracił nadzieję. Shelley przekazał mu adres Załuskiego, ale Gubbins nie umiał go wymówić. Nawet odczytanie nazwy ulicy z tabliczki sprawiało mu pewną trudność. Zatrzymywani Polacy ignorowali go lub obrzucali przestraszonymi spojrzeniami.
Pozostało mu jedynie zdać się na łut szczęścia. Biegał zatem wśród tłumów oszołomionych ludzi, szukał, patrzył, próbował pytać. Wysiłek przytępił jego zmysły, a wpatrywanie się w brudne, zrozpaczone twarze znieczuliło go na nieszczęście.
Niespodziewanie ktoś szarpnął go za ramię i ofuknął głośno, po polsku. Oszołomiony Gubbins odwrócił się i ujrzał znajomą, przybrudzoną pyłem twarz z sumiastymi wąsami. Zaskoczenie odebrało mu mowę.
Załuski nachylił się i jeszcze raz warknął po polsku.
- I don't speak Polish, I'm afraid... - wymamrotał Gubbins.
- Ach, to pan, panie Gubbins! - Załuski uniósł głowę. - Dość nieprzyjemne okoliczności, przyzna pan sam. Bądź pan na tyle uprzejmy i chwyć się za te nosze.
- Panie Załuski, szukałem pana, bo...
- Weź pan te cholerne nosze! - ryknął Polak. - Zaraz tu chłopaka stratują!
Teraz dopiero Gubbins zauważył, że Załuski nachyla się nad zaimprowizowanymi noszami, na których spoczywa młody człowiek, na oko najwyżej dwudziestoletni. Zakryta pledem klatka piersiowa poruszała się szybko, a na brudnej od pyłu twarzy kroplił się pot.
Posłusznie ujął za drągi i ruszył za Załuskim.
- Dobrze pana słyszałem?! - zawołał niespodziewanie Polak. - Pan mnie szukał, tak?
- Tak! - odpowiedział Colin, również krzykiem. - Przychodzę z rozkazu pułkownika Shelleya!
- Ach, to wspaniale! Proszę pozdrowić ode mnie pułkownika i...
- Panie Załuski, nie ma czasu na konwenans! Mam pana zabrać z Warszawy! Jest pan zbyt cenny dla wywiadu brytyjskiego, by zostawać w tym mieście! Muszę pana odstawić do...
W powietrzu narastał gwizd opadającego pocisku artyleryjskiego.
- Gubbins, uprzejmość pańskich szefów jest urzekająca, ale ta propozycja wydaje się cokolwiek nie na miejscu. Shelley chyba...
Bliska eksplozja zagłuszyła resztę słów odwróconego doń plecami Załuskiego. Ziemia zadrżała i w ostatniej chwili złapali równowagę, by uchronić rannego od upadku.
- Niczego pan nie rozumie, Załuski! - ryknął Gubbins. - Ta propozycja nie ma nic wspólnego z uprzejmością! Jest pan w posiadaniu ważnych tajemnic wojskowych, na których może skorzystać sojusz polsko-brytyjski, a poza tym...
Załuski niespodziewanie zatrzymał się i niemalże cisnął noszami o bruk. Gdy się odwrócił, jego twarz była purpurowa z gniewu.
- Coś pan powiedział? - wysyczał i przypadł do Anglika, zaciskając dłonie na połach jego marynarki. - Sojusz polsko-brytyjski? O jakim sojuszu ty mówisz, człowieku? Spójrz! Spójrz w górę!
Drżącym palcem wskazywał sztukasy, które wznosiły się lekko, uwolnione od ciężaru bomb.
- Gdzie są wasze samoloty, sojuszniku? Gdzie są dumne eskadry Royal Air Force? Coście dla nas zrobili, Gubbins? Coście nam dali poza garścią obietnic bez pokrycia?
- Załuski, nie rozumie pan, że...
- Zamknij się pan i słuchaj! Sojusz to współpraca i obopólna korzyść, Gubbins, czego pan ani ten cholerny Shelley nie rozumiecie za grosz! Ponoć dostaliście od nas Enigmę i to powinno wam starczyć, Gubbins. Gdyby nie rozkazy, nigdy w życiu nie zdradziłbym wam kulis "Schweibe"! - wysyczał pobladły Załuski i odepchnął Gubbinsa. Choć drobniejszy od majora, zdawał się od niego wielokrotnie silniejszy. - Oddajemy wam wszystko, co mamy, a wy spokojnie patrzycie, jak nasz kraj wali się w gruzy. Czy to tak...
Ostatnie słowa Załuskiego utonęły w coraz głośniejszym ryku potężnego niemieckiego silnika lotniczego Jumo o mocy 1100 koni mechanicznych. Gubbins spojrzał ponad ramieniem gestykulującego Polaka i z przerażeniem dostrzegł błyskawicznie powiększający się kształt bombowca nurkującego Junkers Ju-87. Pod skrzydłami samolotu, rozciągniętymi w kształcie wydłużonej litery W, nie było już bomb.
- Sztukas! - krzyknął Gubbins i niewiele myśląc, pchnął Załuskiego w kierunku małego, zagraconego podwórka.
Dwa karabiny maszynowe, umieszczone w skrzydłach Junkersa, zajazgotały w ułamek sekundy później. Pociski kalibru 7,92 skrzesały długą linię iskier na bruku, przeorały porzucone nosze i wspięły się po ścianie zamykającego ulicę gimnazjum. Silnik zawył na wyższych obrotach, unosząc samolot na wyższy pułap, a wtedy dachy i bruk omiótł chaotyczny, lecz morderczy ogień strzelca pokładowego.
- O Boże... - jęknął po polsku Załuski, patrząc na krwawy strzęp, w który zamieniło się niesione przed chwilą przez nich ciało na noszach.
Gubbins przetarł piekące oczy. Miał dość wrażeń jak na jeden dzień.
- Panie Załuski, proszę mnie posłuchać - powiedział cicho, lecz Polak nawet nie drgnął, wciąż wpatrzony w zakrwawione nosze. - Posłuchaj mnie pan! - zawołał i szarpnął polskiego agenta za ramię, straciwszy cierpliwość, a ten drgnął, jakby wyrwany z głębokiego transu. - Jeśli ma pan ochotę wylewać na mnie swe żale, to proszę bardzo - wycedził przez zaciśnięte zęby Anglik. - Jeśli chce mnie pan obarczyć winą za opieszałość mojego rządu, również zapraszam. Krzycz pan, ile chcesz, ale proszę pamiętać, że podobnie jak pana, obowiązują mnie rozkazy moich przełożonych, które w tym przypadku są wyjątkowo jasne i przejrzyste. Mam pana zabrać z tego nieszczęsnego, zapomnianego przez Boga miasta, a potem bezpiecznie wywieźć z Polski!
- Ja też mam swoich przełożonych, Gubbins!
- A gdzież oni są, Załuski? - Major zatoczył ręką łuk. - Już spieprzyli z Warszawy czy dopiero się pakują? Po waszym sztabie generalnym oraz rządzie śladu już nie ma!
- Mają nami rządzić z tego piekła? - Polak niemalże wypluł te słowa. - Piekła, które pomogliście Niemcom urządzić?
- Załuski, jest pan mądrym człowiekiem, a więc proszę mnie posłuchać. Wtedy w Savoyu powiedział pan mnie i Shelleyowi, że dzięki powodzeniu operacji "Schweibe" przekazał pan swemu rządowi dokładny plan niemieckiej inwazji na Polskę w czerwcu! Czy ktokolwiek w ogóle pański raport przeczytał? Czy coś z nim zrobiono? Jak spożytkowano pański wysiłek?
Załuski nie odpowiedział, nadal patrzył na zakrwawione ciało.
- Nie jestem zadowolony z postawy mego rządu, panie Załuski - zakończył smutnym głosem Gubbins. - I fakt, nie ma tu angielskich czy francuskich żołnierzy. Niemniej dalej na zachodzie są ich całe armie i jeszcze przyjdzie czas, by nauczyli Adolfa trochę rozumu. Pan, panie hrabio, może w tym pomóc albo przeszkodzić. Jeśli uniesie się pan honorem i zostanie w Warszawie, czeka pana wątpliwa przyjemność uciekania przed gestapo. Jeśli zaś pójdzie pan ze mną, Załuski, sukces pańskiej operacji zostanie nareszcie wykorzystany. I może mniej będzie na świecie takich widoków.
Wskazał przy tych słowach zmasakrowane nosze.
Przez długą chwilę Załuski nie mówił nic, po czym odezwał się cichym, zmęczonym głosem:
- Będę jednak musiał wziąć kilka rzeczy z mojego mieszkania. Jeśli jeszcze stoi.