Grom. Wojna runów - Marcin Mortka

Kup ebooka

44.99 zł

-
Proszę czekać

1.

Nie trzeba długo wę­dro­wać po An­glii, by na­tknąć się na ja­kieś ta­jem­nice. W sierp­niu 1939 roku wy­star­czyło ru­szyć z Lon­dynu na pół­noc i mi­nąć ci­che mia­steczko Wel­wyn, by po­śród łąk i ga­jów brzo­zo­wych do­strzec sto­jącą sa­mot­nie dwu­kon­dy­gna­cyjną re­zy­den­cję z ubie­głego wieku. Miej­scowi znali jej na­zwę - The Fry­the - ale nie po­tra­fili po­wie­dzieć o niej wiele wię­cej. Rzecz ja­sna, pa­mię­tali kilka aneg­dot z cza­sów, gdy za­miesz­ki­wała ją do­stojna ro­dzina Wil­shere, znali rów­nież sporo hi­sto­rii z okresu, gdy słu­żyła jako sen­ty­men­talny ho­te­lik dla dżen­tel­me­nów z Lon­dynu, ale o tym, co się od kilku mie­sięcy dzieje na jej te­re­nie, po­ję­cia nie mieli na­wet naj­więksi miej­scowi plot­ka­rze.

Ta­blica na wiel­kiej, że­la­znej bra­mie gło­siła co prawda, że re­zy­den­cja zo­stała za­jęta na po­trzeby szko­leń ofi­ce­rów re­zerwy RAF-u, ale w to aku­rat nikt z miej­sco­wych nie uwie­rzył. "Co to za ośro­dek szko­le­nia pi­lo­tów, do któ­rego ni­gdy nie przy­je­chał ża­den pi­lot?" - py­tał z prze­ką­sem stary Jack Hol­ly­field, go­spo­darz je­dy­nego pubu w Wel­wyn. W cza­sach, gdy po­sia­dłość peł­niła funk­cję ho­telu, w pu­bie nie­raz wi­dy­wano podi­ry­to­wa­nych dżen­tel­me­nów, któ­rzy obie­cali uko­cha­nym żo­nom ro­man­tyczny week­end za mia­stem, a zmu­szeni byli błą­dzić bez końca po dro­gach Hert­ford­shire. Wszy­scy wie­dzieli, że gdy ktoś chce do­trzeć do The Fry­the, musi w Wel­wyn spy­tać o drogę.

Tym­cza­sem od kilku mie­sięcy do mia­steczka nie zaj­rzał nikt, kto cho­ciażby przy­po­mi­nał pi­lota, ale za to ten i ów wi­dział, jak do po­sia­dło­ści pod­jeż­dżają czarne rolls-royce'y lub old­smo­bile. Raz też przez Wel­wyn prze­mknął au­to­bus z za­ciem­nio­nymi szy­bami, co do­star­czyło by­wal­com pubu Hol­ly­field's te­ma­tów na nie­je­den wie­czór. Nie­któ­rzy byli prze­ko­nani, że w The Fry­the więzi się ko­mu­ni­stycz­nych szpie­gów, inni uwa­żali, że to szpi­tal dla opiu­mi­stów, a jesz­cze inni utrzy­my­wali, że re­zy­den­cja stała się klu­bem dżen­tel­me­nów o nie­kon­wen­cjo­nal­nych skłon­no­ściach.

Od­gro­dzona od świata wy­so­kim mu­rem re­zy­den­cja w isto­cie kryła ta­jem­nice, ale nie tak spek­ta­ku­larne jak te, które cho­dziły po gło­wach miej­sco­wym pi­wo­szom. Każdy, kto by się na ów mur wspiął, uj­rzałby za­pewne ściany po­ro­śnięte buj­nym blusz­czem, gniazda ja­skó­łek pod oka­pem, mo­drze­wie pod oknami i wy­sy­pane bia­łym żwi­rem ścieżki. Przy odro­bi­nie szczę­ścia pod­glą­dacz uj­rzałby też może grupy mło­dych, do­brze zbu­do­wa­nych męż­czyzn ćwi­czą­cych walkę na noże, ale nic po­nadto.

Gdyby zaś za­kradł się tam w nocy, mógłby po­my­śleć, że lu­dzie z The Fry­the ucie­kli, a te­raz re­zy­den­cją wła­dają du­chy. Gdyby uczy­nił to tej wła­śnie nocy, po­nu­rej i desz­czo­wej, byłby tego pe­wien.

Na kilka mi­nut przed pół­nocą uśpio­nym obej­ściem wstrzą­snął bo­wiem strasz­liwy wrzask.

*

Świat osza­lał.

Har­ring­to­nem za­wład­nęło prze­ra­że­nie i nie wie­dział, do­kąd ucie­kać. W jed­nej chwili sła­niał się wśród cha­ty­nek z darni, po­ty­ka­jąc się o ciała miesz­kań­ców po­szat­ko­wane se­riami z pi­sto­le­tów ma­szy­no­wych, by chwilę póź­niej po­tknąć się i wpaść w lo­do­wate fale po­toku. Póź­niej peł­zał po ka­mie­ni­stym brzegu, krztu­sząc się i szlo­cha­jąc, ra­niąc łok­cie i ko­lana. Z tru­dem zmu­szał się do wy­siłku, choć czasu na ucieczkę miał co­raz mniej.

Nie mu­siał pod­no­sić głowy, by wi­dzieć ję­zyki lawy spły­wa­jące po sto­kach wul­kanu. Roz­grzane po­wie­trze hu­czało i sy­czało, a ob­razy tra­ciły ostrość.

Szyb­ciej! Szyb­ciej...

Zie­mia za­drżała i otwo­rzyła się ko­lejna szcze­lina w zbo­czu. Czer­wone stru­mie­nie lawy strze­liły w po­wie­trze, po czym ru­nęły w dół. Har­ring­ton już wie­dział, że się spóź­nił.

Ob­razy na­stę­po­wały po so­bie jesz­cze szyb­ciej. Nisz­cząca lawa, która su­nie na­przód. Jego bez­władne ciało osu­wa­jące się po zbo­czu. Szy­der­czy uśmiech na twa­rzy tam­tego. Pa­ra­bel­lum wolno uno­szące się do strzału.

*

- Wszystko z pa­nem w po­rządku?

Har­ring­ton ode­tchnął ciężko i ro­zej­rzał się wo­kół pół­przy­tom­nie. Po­woli wra­cała do niego świa­do­mość - był we wła­snej sy­pialni w The Fry­the, za oknem wciąż wi­siała gę­sta noc, a za­nie­po­ko­jony głos zza drzwi na­le­żał do panny Ma­de­la­ine Eklund, jego aż na­der skru­pu­lat­nej asy­stentki.

Za­mknął oczy i jesz­cze szyb­ciej je otwo­rzył, umy­ka­jąc przed frag­men­tami kosz­maru. Lawa. Śmiech. Wy­strzał.

"Znów krzy­cza­łem przez sen" - po­my­ślał, roz­cie­ra­jąc za­spane oczy.

- Nic mi nie jest! - burk­nął nie­chęt­nie.

- Uff, bar­dzo mnie pan za­nie­po­koił! - wes­tchnęła panna Eklund. - Drę­czą pana złe sny! Sta­now­czo nie po­wi­nien się pan prze­mę­czać! Za dużo pan pra­cuje, a pi­cie ta­kich ilo­ści dżinu z to­ni­kiem przy nie­zdro­wej die­cie to ka­ry­godne po­łą­cze­nie! Ka­ry­godne!

- Tak, oczy­wi­ście... Bar­dzo ka­ry­godne. Do­bra­noc, panno Eklund - wy­mam­ro­tał Har­ring­ton i spu­ścił nogi z łóżka.

- Do­bra­noc, pa­nie Har­ring­to­nie! - od­parła asy­stentka.

Męż­czy­zna przez mo­ment słu­chał, jak od­cho­dzi, szu­ra­jąc kap­ciami po pod­ło­dze, a po­tem otarł czoło i włą­czył lampkę nocną. Mru­żąc oczy, na­rzu­cił szla­frok i pod­szedł do okna.

- Nic ci nie jest? - za­py­tał z lekką drwiną głos z ciem­nego kąta sy­pialni. - Na­prawdę?

- Za­mknij się - mruk­nął pod no­sem Har­ring­ton i oparł dło­nie o pa­ra­pet. Szum za oknem zdra­dził mu, że ulewa przy­brała na sile. Świa­tła nie­od­le­głego mia­steczka Wel­wyn za­mie­niły się w nie­śmiałe, za­ma­zane plamki.

Na szkle uj­rzał wła­sne nie­wy­raźne od­bi­cie - su­rową, znę­kaną twarz oko­loną rzadką brodą. Do­tknął za­la­nej desz­czem szyby i za­pa­trzył się na ob­wódki pary wo­kół pal­ców. Lewa dłoń bez­wied­nie spo­częła na sta­rej bliź­nie na piersi. Bli­zna pul­so­wała, jak zwy­kle pod­czas desz­czu.

I pie­kła, jak zwy­kle po tym kosz­ma­rze.

Z na­głym wes­tchnie­niem Har­ring­ton od­wró­cił się i pod­szedł do barku. Drżą­cymi rę­kami na­lał so­bie por­cję dżinu z to­ni­kiem, po czym za­pa­lił nie­wielką lampkę przy biurku, wy­do­był z szu­flady po­kaź­nej gru­bo­ści ka­jet i ujął pióro.

12 sierp­nia 1939, The Fry­the

Sen po­wró­cił po raz czwarty w ciągu dwóch ostat­nich ty­go­dni.

I tym ra­zem na­prawdę mnie za­nie­po­koił, bo te­raz staje się nie­zmier­nie wy­ra­zi­sty. Czuję w nim zimno, go­rąco, ból, na­wet za­pach siarki z wul­kanu, a po prze­bu­dze­niu drżę i z tru­dem zbie­ram my­śli. Za­pewne już dziś nie za­snę, lecz nie to mar­twi mnie naj­bar­dziej.

Pod­świa­do­mie czuję, że na­tę­że­nie kosz­maru ozna­cza zbli­ża­jący się prze­łom.

Wska­zują zresztą na to wszel­kie znaki na nie­bie i ziemi. Nad Eu­ropą wzbie­rają ciemne chmury, a wielcy tego świata ze wszyst­kich sił sta­rają się uła­go­dzić żar­łocz­nego Hi­tlera, lecz czy są w sta­nie zmie­nić co­kol­wiek? Mam złe prze­czu­cia, do­prawdy złe. Niemcy za­gar­nęli już Au­strię i Cze­cho­sło­wa­cję, a te­raz ostrzą so­bie pa­zury na Pol­skę, po­noć na­szego so­jusz­nika. Czym to wszystko się skoń­czy? Czy Cham­ber­la­inowi star­czy od­wagi, by wy­po­wie­dzieć Niem­com wojnę, gdy ci za­ata­kują Po­la­ków?

Niech mnie prze­klną wszy­scy orę­dow­nicy roz­pra­wie­nia się z fa­szy­stami, lecz mam szczerą na­dzieję, że Cham­ber­lain okaże się tchó­rzem.

Nie chcę tej wojny. Za młodu, gdy po­zwa­la­łem so­bie na ide­alizm, na­zy­wa­łem ją wy­my­słem sza­leń­ców, wie­dzio­nych uro­jo­nymi ide­ami czy nad­mierną py­chą, ale je­stem już na­zbyt zgorzk­niały na po­dobne fra­zesy. Dzi­siaj wy­buch wojny ozna­cza dla mnie po pro­stu za­mknię­cie gra­nic, zli­kwi­do­wa­nie am­ba­sady w Ber­li­nie i roz­pad ca­łej siatki in­for­ma­to­rów. In­nymi słowy, kres mo­ich pla­nów.

I zwy­cię­stwo Tritza.

Na wszyst­kich bo­gów, kosz­mary stają się co­raz gwał­tow­niej­sze, a tym­cza­sem na­dzieja bled­nie. Po­łowa mo­ich agen­tów za­mil­kła ze stra­chu przed Ge­he­im­stadt­spo­li­zei, a reszta biega za wła­snym ogo­nem. Czuję już w ustach gorzki smak klę­ski.

Czyżby na­prawdę nad­cho­dził dzień osta­tecz­nego star­cia? Czyżby zbli­żał się no­wo­cze­sny Ra­gna­rok, roz­gry­wany si­łami pan­cer­nych okrę­tów, broni ma­szy­no­wej i sa­mo­lo­tów? Czy Niem­com przyj­dzie ode­grać w nim rolę pło­mien­nego ol­brzyma Surta, który spu­sto­szył świat pło­mie­niami rów­nie nisz­czy­ciel­skimi jak lawa z mego snu?

Ogar­nia mnie strach, że nie zdążę w owym Ra­gna­roku wziąć udziału.

Har­ring­ton pi­sał i pi­sał, dzie­ląc się z dzien­ni­kiem lę­kami i na­dzie­jami. Nie za­uwa­żył, że deszcz w końcu ze­lżał, a na ciem­nym nie­bie po­ja­wił się nie­śmiały szary brzask. Pół go­dziny póź­niej, gdy było już widno, aż pod­sko­czył, sły­sząc stu­ka­nie do drzwi.

- Dzień do­bry! - W mło­dym, peł­nym ener­gii gło­sie panny Eklund nie było na­wet śladu zmę­cze­nia. - Pani Green chciała prze­ka­zać, że pań­skie śnia­da­nie lada chwila bę­dzie go­towe, a ja przy­po­mi­nam, że na go­dzinę ósmą ma pan umó­wioną wi­zytę dok­tora Mac­Cra­iga. O dzie­sią­tej spo­tyka się pan z dżen­tel­me­nami z wy­wiadu ma­ry­narki, a na pań­skim biurku leży już świeża poczta z Ber­lina i War­szawy.

Har­ring­ton wy­pro­sto­wał się i prze­tarł zmę­czone oczy. Wśród wil­goci po­nu­rego świtu nie­śmiało od­zy­wały się ptaki. Kosz­mar i zwią­zane z nim ty­siące wąt­pli­wo­ści roz­my­wały się, a świat na nowo zy­skał so­lidne, ra­cjo­nalne pod­stawy. Znów na­zy­wał się sir An­drew Har­ring­ton, był puł­kow­ni­kiem ar­mii oraz sze­fem Sek­cji D bry­tyj­skiego wy­wiadu Se­cret In­tel­li­gence Se­rvice.

*

- Każda wi­zyta dok­tora Mac­Cra­iga spra­wia, że czuję się nieco go­rzej - po­wie­dział Har­ring­ton, pa­trząc przez okno, jak sa­mo­chód dok­tora ru­sza wśród ka­łuż w stronę Wel­wyn. Czarny ko­cur w jego ra­mio­nach mru­czał z za­do­wo­le­niem i mru­żył zie­lone ślepka.

- Co też pan opo­wiada?! - za­wo­łała zdu­miona panna Eklund, zbie­ra­jąc fi­li­żanki.

- Ależ drogi pa­nie! - Har­ring­ton ze znaw­stwem prze­drzeź­niał głos zrzę­dli­wego le­ka­rza. - Nie jest pan prze­cież mło­dzie­niasz­kiem! Sta­now­czo na­le­gam, by sy­piał pan re­gu­lar­nie, a także ogra­ni­czył spo­ży­cie whi­sky i pa­le­nie cy­gar! Ma pan pięć­dzie­siąt trzy lata, sir, i je­śli nie prze­sta­nie pan fol­go­wać swoim sła­bo­ściom, oba­wiam się, że za rok bę­dzie pan miał już pięć­dzie­siąt cztery!

Asy­stentka wy­pro­sto­wała się, mocno trzy­ma­jąc tacę z fi­li­żan­kami. Wpa­try­wała się w Har­ring­tona z tro­ską.

- Oba­wiam się, że pan dok­tor miał tro­chę ra­cji - bąk­nęła nie­śmiało. - Źle pan sy­pia, a pań­skie kosz­mary...

- Do­bry Boże! - Har­ring­ton wy­wró­cił oczami. - Czyżby dok­to­rowi udało się pa­nią prze­ku­pić?

- Ja nie żar­tuję! - Dziew­czyna spą­so­wiała. - To zna­czy... Pro­szę mi wy­ba­czyć śmia­łość, ale... Ale na­prawdę się zmar­twi­łam, bo...

Urwała i ro­zej­rzała się bez­rad­nie.

Har­ring­ton przyj­rzał się jej uważ­nie. Ma­de­la­ine Eklund pra­co­wała dla niego za­le­d­wie od sze­ściu mie­sięcy, ale mimo to już nie po­tra­fił wy­obra­zić so­bie ży­cia za­wo­do­wego bez jej udziału. Mimo mło­dego wieku - dziew­czyna li­czyła so­bie za­le­d­wie dwa­dzie­ścia je­den lat - była bar­dzo do­brze zor­ga­ni­zo­wana i nie­zwy­kle do­kładna. Wła­dała fran­cu­skim i do pew­nego stop­nia nie­miec­kim, szybko pi­sała na ma­szy­nie, spo­rzą­dzała no­tatki z do­słow­nie wszyst­kich wy­da­rzeń, w któ­rych brała udział, a po­tem ka­ta­lo­go­wała je z po­dziwu godną skru­pu­lat­no­ścią. Co wię­cej, od pew­nego czasu za­czy­nała mu mat­ko­wać: choć nikt jej o to nie pro­sił, dbała o jego ubiór, za­ma­wiała wi­zyty u fry­zjera, oso­bi­ście szy­ko­wała mu her­batę i dbała o za­opa­trze­nie barku, co kie­dyś za­pewne miało za­cząć go iry­to­wać, ale jak do­tąd bar­dzo mu się po­do­bało.

Omiótł spoj­rze­niem jej szczu­płą syl­wetkę. Eklund no­siła szarą spód­niczkę do ko­lan i bor­dowy ża­kiet, który za­pewne kosz­to­wał po­łowę jej pen­sji, a nie­malże czarne włosy upi­nała w mi­sterny kok. Było to jej je­dyne ustęp­stwo wo­bec ele­gan­cji, bo­wiem nie sto­so­wała ma­ki­jażu. Być może wła­śnie dla­tego ema­no­wała nie tylko pro­fe­sjo­na­li­zmem, ale rów­nież roz­czu­la­jącą wprost nie­win­no­ścią.

- Pro­szę się nie mar­twić - po­wie­dział szybko, nie chcąc spra­wiać jej przy­kro­ści. - W tym, co pani mówi, jest sporo ra­cji. Może, a niech mnie, w końcu po­słu­cham tego szkoc­kiego ła­pi­du­cha. Mó­wiła coś pani o ko­re­spon­den­cji z Ber­lina i War­szawy?

- Oraz z Lon­dynu. Li­sty są na pań­skim biurku.

- Bar­dzo dzię­kuję.

Har­ring­ton spę­dził kota na pod­łogę i prze­szedł do ga­bi­netu, przy­tul­nego po­miesz­cze­nia z wiel­kim ko­min­kiem, ma­syw­nym biur­kiem z ogromną liczbą szu­flad oraz re­ga­łem ugi­na­ją­cym się od ksią­żek. Na ścia­nach wi­siało kilka zdjęć i ry­cin, wśród któ­rych cen­tralne miej­sce zaj­mo­wała re­pro­duk­cja dzie­więt­na­sto­wiecz­nej mapy Is­lan­dii, a obok niej ry­cina przed­sta­wia­jąca mi­tyczny Yg­g­dra­sill - Je­sion Świa­tów z mi­to­lo­gii nor­dyc­kiej. W po­ko­iku uno­sił się cha­rak­te­ry­styczny za­pach skó­rza­nych obić, ku­rzu i sta­rych ksią­żek.

Har­ring­ton wes­tchnął na wi­dok sterty li­stów. Po­pra­wia­jąc oku­lary, zer­k­nął na pierw­szy z nich i skrzy­wił się, kiedy od­czy­tał na­zwi­sko na ko­per­cie.

- Gdyby była pani taka do­bra - rzekł przez za­ci­śnięte zęby, wrzu­ca­jąc list do ko­minka - całą ko­re­spon­den­cję od sir Ce­drika de Wo­ort lub ko­go­kol­wiek, kto po­słu­guje się pie­czę­cią Bi­blio­teki, pro­szę śmiało wy­rzu­cać do ko­sza.

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana - po­wie­działa panna Eklund, wcho­dząc do ga­bi­netu z fi­li­żanką her­baty.

Har­ring­ton od­cze­kał, aż list spali się do końca, a po­tem za­siadł za biur­kiem i roz­ciął ko­pertę ko­lej­nego li­stu. Po­chło­nięty lek­turą, co rusz po­pra­wiał oku­lary na no­sie, a czarny ko­cur, który zdą­żył wsko­czyć na biurko i uło­żyć się przy ka­ła­ma­rzu, pró­bo­wał łapą trą­cać roz­dzie­rane ko­perty. Pani Eklund po­sta­wiła fi­li­żankę na biurku i wy­szła rów­nie ci­cho, jak we­szła, za­my­ka­jąc drzwi.

Wtedy Har­ring­ton po­zwo­lił so­bie na cięż­kie wes­tchnie­nie. Źle prze­spana noc cią­żyła już na jego sa­mo­po­czu­ciu, a ko­re­spon­den­cja z Ber­lina znów oka­zała się gorz­kim roz­cza­ro­wa­niem. Paczka za­wie­rała je­dy­nie krótki list od in­for­ma­tora w am­ba­sa­dzie bry­tyj­skiej oraz nowy nu­mer cza­so­pi­sma "Ger­ma­nien". W jego spi­sie tre­ści Har­ring­ton nie od­na­lazł po­szu­ki­wa­nego na­zwi­ska, ale sam przed sobą przy­znał, że nie miał na to na­dziei.

Po pro­fe­so­rze Mi­cha­elu Tritzu wszak już dawno za­gi­nął wszelki ślad.

Har­ring­ton bez­wied­nie po­tarł starą bli­znę i za­pa­lił cy­garo, igno­ru­jąc obu­rze­nie w oczach kota.

"Ileż to lat mi­nęło, od­kąd zgu­bi­łem trop tego prze­klę­tego Niemca? - po­my­ślał. -Trzy? Nie, pra­wie cztery".

Po za­koń­cze­niu ich wspól­nej, nie­malże zgub­nej dla niego wy­prawy na Is­lan­dię na­tknął się jesz­cze dwu­krot­nie na to na­zwi­sko, po czym Tritz za­padł się pod zie­mię. Im dłu­żej zaś po­zo­sta­wał nie­obecny, tym więk­szy był nie­po­kój Har­ring­tona.

- Ani widu, ani sły­chu - oznaj­mił kotu i wy­dmuch­nął kłąb dymu. - Nie wy­kłada na uczelni, nie pi­suje do ga­zet, nie wy­gła­sza od­czy­tów. Po pro­stu znikł, Poe.

Poe mu­snął ogo­nem blat i od­wró­cił łe­bek, wy­raź­nie da­jąc do zro­zu­mie­nia, że dal­sza roz­mowa zu­peł­nie go nie in­te­re­suje, a Har­ring­ton ujął prze­syłkę z War­szawy. Jej nadawcą był szef tam­tej­szej pla­cówki SIS, puł­kow­nik Shel­ley.

Cie­kawe. Shel­ley nie od­zy­wał się od po­nad roku.

Już po kilku pierw­szych zda­niach serce Har­ring­tona przy­śpie­szyło tempa. Dwu­krot­nie prze­czy­tał list, po czym na­gle wstał, pod­szedł do biurka i na­lał so­bie szkoc­kiej na dwa palce.

- Niech szlag trafi Mac­Cra­iga - oznaj­mił bez­gra­nicz­nie zgor­szo­nemu kotu. - Shel­ley wła­śnie zna­lazł świę­tego Gra­ala. Panno Eklund?

Asy­stentka zja­wiła się na­tych­miast, jakby przez cały czas czu­wała za drzwiami.

- Pro­szę od­wo­łać moje spo­tka­nie z ofi­ce­rami Na­val In­tel­li­gence Di­vi­sion - oświad­czył i do­pił whi­sky. - Po­wie im pani, że mam do­kucz­liwą mi­grenę czy coś w tym gu­ście. Czy ma­jor Gub­bins przy­był już do The Fry­the?

- Tak, pro­szę pana - od­po­wie­działa panna Eklund. - Za kwa­drans roz­po­czyna tre­ning kon­dy­cyjny z... z od­dzia­łem.

Za­ru­mie­niła się przy tych sło­wach tak bar­dzo, że jej po­liczki przy­po­mi­nały dwie roz­kwi­tłe róże.

- Pro­szę go na mo­ment za­wo­łać.

Panna Eklund ski­nęła i wy­szła, a Poe uniósł główkę i spoj­rzał z prze­ra­że­niem na Har­ring­tona. Nie znaj­du­jąc u niego zro­zu­mie­nia, na­tych­miast ze­sko­czył na pod­łogę i czmych­nął z po­koju. Kilka se­kund póź­niej na progu wy­ro­sła po­tężna syl­wetka ma­jora Co­lina Gub­binsa, jed­nego z dwóch ofi­ce­rów-in­struk­to­rów Sek­cji D. Był to wy­soki, do­brze zbu­do­wany męż­czy­zna po czter­dzie­stce, ubrany jak zwy­kle w płó­cienne spodnie i ko­szulę z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami. Wy­so­kie czoło i krótko przy­cięte wąsy były wil­gotne od desz­czu, a za­ru­mie­niona, szczera twarz ema­no­wała spo­ko­jem i tylko bli­zna na szyi, wy­sta­jąca znad koł­nie­rza, pod­po­wia­dała, że nie za­ra­biał na ży­cie jako bi­blio­te­karz czy kie­rowca tak­sówki.

- Dzień do­bry - ode­zwał się tu­bal­nym gło­sem. - Chciał się pan ze mną zo­ba­czyć?

- Dzień do­bry, ma­jo­rze. - Har­ring­ton za­mknął za nim drzwi. - W rze­czy sa­mej. Pro­szę usiąść. Po­zwoli pan, że za­dam panu kilka py­tań.

- Na­tu­ral­nie - od­po­wie­dział Gub­bins i przy­su­nął so­bie krze­sło.

- Czy był pan kie­dyś w Pol­sce?

- Tak, kilka mie­sięcy temu, sir.

- A po pol­sku pan przy­pad­kiem nie mówi?

- Nie­stety nie.

- Trudno. - Har­ring­ton za­pa­lił ko­lejne cy­garo. - Być może nie bę­dzie to jed­nak pro­ble­mem. Mam dla pana ważne za­da­nie, ma­jo­rze. Pod­czas ostat­niej na­rady Jo­int In­tel­li­gence Sub-Com­mit­tee obiło mi się o uszy, że SIS za­mie­rza wy­słać tam grupę ofi­ce­rów. Chciał­bym, by pan do niej do­łą­czył i udał się do War­szawy. Mie­ści się tam na­sza mi­sja woj­skowa do­wo­dzona przez ge­ne­rała Carl­tona de Wiart. - Har­ring­ton się za­my­ślił. - Są­dzę, że uda mi się wcią­gnąć pana na sta­no­wi­sko ad­iu­tanta ge­ne­rała, przy­naj­mniej na chwilę.

- Z ca­łym sza­cun­kiem, sir, lecz co z ćwi­cze­niami Sek­cji D? - Ma­jor zmierz­wił włosy. - Do­piero co roz­po­czę­li­śmy ćwi­cze­nia z pierw­szymi dru­ży­nami, a ad­mi­rał Sinc­lair nie­ba­wem bę­dzie chciał po­znać efekty tre­ningu.

- Gub­bins, czy są­dzi pan, że od­ry­wał­bym pana od szko­leń, gdyby sprawa była błaha? - wes­tchnął star­szy z męż­czyzn. - Na czas pań­skiej mi­sji za­stąpi pana ma­jor Grand.

- Ro­zu­miem, sir. - Gub­bins kiw­nął głową. - Na czym ma po­le­gać moje za­da­nie?

- Skon­tak­tuje się pan z puł­kow­ni­kiem Shel­leyem, ma­jo­rze. To szef na­szej pla­cówki w War­sza­wie, któ­rego zo­bo­wiążę do udzie­le­nia panu wszel­kiej pomocy. Pań­skie za­da­nie zaś, któ­remu na­daję kryp­to­nim "Prze­pro­wadzka", bę­dzie sto­sun­kowo pro­ste. - Przy tych sło­wach Har­ring­ton za­wie­sił głos i wy­dmuch­nął kłąb dymu. - Spro­wa­dzi pan do The Fry­the pew­nego czło­wieka. Pew­nego bar­dzo szcze­gól­nego czło­wieka.

- An­glika? Niemca?

- Po­laka.

2.

Panna Eklund przy­mknęła oczy i wcią­gnęła w płuca wie­czorne po­wie­trze, wciąż prze­po­jone za­pa­chem łąk. Świersz­cze koń­czyły kon­cert, a pod sto­pami od­le­głego war­tow­nika chrzę­ścił żwir pod­jazdu, lecz poza tym do­okoła The Fry­the pa­no­wała błoga ci­sza.

Ugnia­ta­jąc w pal­cach pa­pie­rosa, raz jesz­cze prze­ana­li­zo­wała cały dzień i z za­do­wo­le­niem do­szła do wnio­sku, że nie za­po­mniała o ni­czym. Na­de­szła za­tem pora na pa­pie­rosa, na­grodę za dzień pe­łen cięż­kiej pracy.

Zwy­cza­jem wielu ko­biet uwa­ża­ją­cych się za nie­za­leżne, panna Eklund lu­biła pa­lić, a żoł­nie­rze z Sek­cji chęt­nie ją czę­sto­wali, li­cząc na to, że któ­ryś z nich wresz­cie zdoła przy­cią­gnąć jej uwagę na dłu­żej. Ta jed­nakże, cał­ko­wi­cie od­dana obo­wiąz­kom, dzię­ko­wała i po­spiesz­nie od­cho­dziła, za­wsty­dzona wła­snym ru­mień­cem.

Za­cią­gnęła się, a wzrok od­na­lazł okno ga­bi­netu Har­ring­tona, w któ­rym wciąż pa­liło się świa­tło. Na jej twa­rzy po­ja­wiła się tro­ska.

- Znów pra­cuje - szep­nęła. - Do­bry Boże, prze­cież ten czło­wiek się wy­koń­czy...

*

A Har­ring­ton pi­sał.

4 wrze­śnia 1939, The Fry­the

Stało się to, czego oba­wia­łem się naj­bar­dziej.

Wy­da­rze­nia ostat­nich trzech dni cał­ko­wi­cie wy­trą­ciły mnie z rów­no­wagi i wąt­pię, czy uda mi się dzi­siaj pre­cy­zyj­nie prze­lać my­śli na pa­pier. Sku­pię się może za­tem na kon­kre­tach. Pierw­szego wrze­śnia Niemcy za­ata­ko­wały Pol­skę, a wczo­raj, trze­ciego wrze­śnia, Fran­cja i Wielka Bry­ta­nia po­sta­no­wiły wy­wią­zać się ze swo­ich nie­szczę­snych zo­bo­wią­zań so­jusz­ni­czych i wy­po­wie­działy Hi­tle­rowi wojnę.

I tak oto po­nio­słem po­rażkę.

Moje wy­tę­żone, trwa­jące cztery lata po­szu­ki­wa­nia zo­stają prze­rwane w tym mo­men­cie i Bóg je­den wie, kiedy będę mógł je znów pod­jąć. Pla­cówka SIS w Ber­li­nie zo­stała za­mknięta już 24 sierp­nia, gra­nice za­mknięto, a ewa­ku­acja kon­su­la­tów i am­ba­sad z Nie­miec wła­śnie się koń­czy. Mimo po­zor­nych moż­li­wo­ści, ja­kie stwa­rza praca w wy­wia­dzie, nie mogę już li­czyć na lu­dzi, któ­rzy po­szu­ki­wali Tritza w moim imie­niu.

Te­raz ska­zany je­stem na bier­ność i nie po­tra­fię po pro­stu wy­ra­zić prze­peł­nia­ją­cej mnie wście­kło­ści.

Moją ostat­nią na­dzieją jest ma­jor, który od paru dni prze­bywa w War­sza­wie. Po­kła­dam wiele na­dziei w jego przed­się­bior­czo­ści, ale zdaję so­bie sprawę, że wy­wie­zie­nie czło­wieka Shel­leya z Pol­ski może oka­zać się po­nad jego siły. Mo­dlę się ze wszyst­kich sił o suk­ces.

Mój kosz­mar zaś nie po­ja­wił się przez ostatni ty­dzień. Oba­wiam się, czy to rów­nież nie sta­nowi ja­kie­goś prze­sła­nia. Czyżby sny o prze­klę­tej wy­pra­wie do Kra­iny Ognia ustały dla­tego, że utra­ci­łem moż­li­wość dal­szej walki?

Pióro Har­ring­tona śmi­gało po kar­tach gru­bego dzien­nika, po­zo­sta­wia­jąc nie­spo­kojne zyg­zaki zdań. Spa­ce­ru­jący po pa­ra­pe­cie Poe zer­kał z nie­chę­cią na świat ze­wnętrzny. Ogień trza­skał w ko­minku.

- Bo­isz się - po­wie­dział głos z ciem­nego kąta.

Poe obej­rzał się z za­in­te­re­so­wa­niem.

- Tak, boję się - od­parł Har­ring­ton, nie prze­sta­jąc pi­sać. - Ty też po­wi­nie­neś za­cząć się bać, bo na­gle spo­glą­damy klę­sce w oczy. Wszystko, co zbu­do­wa­łem: moja po­zy­cja, Sek­cja D, kon­takty w wy­wia­dzie, może lada chwila oka­zać się bez­u­ży­teczne.

- Ja nie umiem się bać. Mój strach umarł wraz z moim cia­łem.

- Ale tę­sk­nota za wła­dzą oraz po­tęgą po­zo­stały, jak ro­zu­miem? - Har­ring­ton odło­żył pióro. - I po­myśl te­raz, że zło­śliwy pech od­biera ci na­dzieję na speł­nie­nie ma­rzeń.

- Nie ist­nieje coś ta­kiego jak pech! - Głos z ciem­nego kąta za­śmiał się iro­nicz­nie. - Ist­nieje je­dy­nie prze­zna­cze­nie, śmier­tel­niku, ale samo to, że to­czymy tę roz­mowę, ozna­cza, iż nas to nie do­ty­czy.

- Obyś miał ra­cję - mruk­nął Har­ring­ton, za­my­ka­jąc dzien­nik.

Szczapy drewna w ko­minku strze­liły iskrami jakby na po­twier­dze­nie tych słów.

*

Szcze­lina mię­dzy pod­łogą a drzwiami ka­juty do­wódcy była ciemna i Woj­tek Śnie­żew­ski się za­wa­hał. Spoj­rzał na ze­ga­rek - do­cho­dziła do­piero siódma, a ko­man­dor Wil­czak nie miał w zwy­czaju wcze­śnie kłaść się spać. Z dru­giej strony, wie­ści z od­le­głej już Pol­ski wy­wró­ciły ich mały świat do góry no­gami i Woj­tek nie dzi­wił się już ni­czemu. Za­gryzł więc wargi i za­pu­kał do drzwi.

- Idę! - W moc­nym za­zwy­czaj gło­sie do­wódcy brzmiała ja­kaś obca, nie­znana mu nuta.

Z wnę­trza ka­juty do­biegł ru­mor prze­su­wa­nego krze­sła, po czym drzwi na­gle sta­nęły otwo­rem.

Śnie­żew­ski z ca­łej siły po­wstrzy­mał od­ruch cof­nię­cia się o krok. Do­wódca gwał­tow­nie wsparł się o fra­mugę, w ostat­niej chwili ustrze­ga­jąc się od wy­pad­nię­cia na ze­wnątrz. Jego włosy były zmierz­wione, twarz blada, a od­dech cuch­nął al­ko­ho­lem.

- Tak, po­rucz­niku? - spy­tał sar­do­nicz­nie, uno­sząc jedną brew.

- Mel­duję, że wraz z ma­tem Kop­niew­skim usu­nę­li­śmy awa­rię hy­drau­licz­nego pod­no­śnika gór­nej przed­niej wieży dzia­ło­wej.

Śnie­żew­ski spoj­rzał nad ra­mie­niem do­wódcy i uj­rzał pu­stą do po­łowy bu­telkę wódki. Jego wzrok na­tych­miast uciekł w bok.

- Wspa­niale, po­rucz­niku. - Do­wódca uśmiech­nął się kwa­śno. - Cie­szę się, że po... po­fa­ty­go­wał się pan oso­bi­ście, by mi to po­wie­dzieć.

- To ele­ment pro­ce­dury po­kła­do­wej, ko­man­do­rze. - Śnie­żew­ski błą­dził wzro­kiem po ścia­nach. - Uzna­łem, że...

- Za kilka dni ta cała pro­ce­dura bę­dzie nam tak sa... samo po­trzebna jak pań­skie działa! - Wil­czak par­sk­nął śmie­chem.

- Nie ro­zu­miem pana, ko­man­do­rze. - Śnie­żew­ski ze­sztyw­niał. Po­czuł rap­tem przy­pływ nie­zna­nego mu lęku.

- Nie? Na... na­prawdę pan ni­czego nie ro­zu­mie? Nie zo­rien­to­wał się pan jesz­cze, że nas wy­ki­wano? - Oczy Wil­czaka za­ja­śniały groź­nie. - Od czte­rech dni snu­jemy się od Le­ith do Ro­syth, An­glicy nam sa... sa­lu­tują, cy­wile na wy­ścigi wy­ra­żają współ... współ­czu­cie, a tam, w domu...

- Wczo­raj Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja wy­po­wie­działy Niem­com wojnę, ko­man­do­rze - po­wie­dział su­cho Śnie­żew­ski. Ma­rzył o tym, by jak naj­szyb­ciej od­wró­cić się i odejść.

- Trzy dni im za­brało, su­kin­sy­nom, zo­rien­to­wa­nie się, że ich so­jusz­nik to­czy walkę na śmierć i ży­cie! - wy­sy­czał z wście­kło­ścią Wil­czak. - Trzy dni! Czy my wa­ha­li­by­śmy się choć go­dzinę, gdyby ktoś za­ata­ko­wał pie­przoną Fran­cję?

- Ko­man­do­rze, ja nie wiem, czy...

- Ja też tego nie wiem, po­rucz­niku. - Wil­czak za­śmiał się dziko. - A wie pan, gdzie te­raz są Niemcy z tym ich blitz­krie­giem? Słu­chał pan dziś ra­dia? Może We­hr­macht roz­go­ścił się już w Ka­li­szu?

Śnie­żew­ski przy­po­mniał so­bie, że do­wódca był ro­do­wi­tym ka­li­sza­ni­nem.

- Pa­nie ko­man­do­rze, wszy­scy ciężko to zno­simy - za­jąk­nął się. - Ja rów­nież tę­sk­nię za kra­jem, ale...

- Ja też - wy­beł­ko­tał Wil­czak. - I to jak bar­dzo. Pa­mięta pan na­szą roz­mowę z Sundu? O ży­ciu i śmierci? Po­my­li­łem się, cho­lera. Po­my­li­łem się. Już lep­sza śmierć niż... - za­ma­chał ręką, w do­my­śle za­pewne po­ka­zu­jąc brzegi an­giel­skie - ...niż, psia­mać, coś ta­kiego.

- Chyba po­wi­nien się pan po­ło­żyć, ko­man­do­rze - po­wie­dział Woj­tek ze zde­cy­do­wa­niem, któ­rym za­sko­czył sam sie­bie, a po­tem we­pchnął do­wódcę do jego ka­juty. Spo­dzie­wał się, że Wil­czak go ode­pchnie i na niego na­krzy­czy, ale dał się prze­wró­cić na koję i nie pro­te­sto­wał, gdy Śnie­żew­ski wy­rzu­cił bu­telkę wódki. Po­tem uklęk­nął przy do­wódcy i za­czął ścią­gać mu buty.

- Na­sza flota, choć nie­duża, wier­nie strzeże portu bram! - pod­śpie­wy­wał Wil­czak.

- Niechże pan mi przy­naj­mniej śpie­wów oszczę­dzi. - Śnie­żew­ski uło­żył go na koi i przy­krył ko­cem. - Do­bra­noc.

Za­trza­snął z hu­kiem drzwi ka­juty ka­pi­tań­skiej i szyb­kim kro­kiem wy­szedł na po­kład, gdzie z ulgą ode­tchnął chłod­nym po­wie­trzem wie­czoru. Pod­szedł do re­lingu, po­zdro­wił po­grą­żo­nych w po­nu­rej roz­mo­wie wach­to­wych i zszedł po tra­pie na keję.

Da­leko nie uszedł. Za­trzy­mał się na skraju za­bu­do­wań por­to­wych, by jesz­cze raz zer­k­nąć na za­ciem­niony ba­sen por­towy. Świa­tło księ­życa uno­siło się na nie­ru­cho­mych, ole­istych wo­dach portu, ob­ra­mo­wu­jąc syl­wetki pol­skich okrę­tów wo­jen­nych. Ich szare po­sta­cie na poły skryte w ciem­no­ściach znów wy­dały mu się groź­nie ni­czym smoki.

Smu­kły, dra­pieżny na­wet w bez­ru­chu "Grom" przy­tu­lał się do ka­mien­nego na­brzeża szkoc­kiego portu Ro­syth, a do jego pra­wej burty cu­mo­wała "Bły­ska­wica". Za nimi wi­dać było maszty i an­teny trze­ciego okrętu, "Bu­rzy".

Trójka wy­gnań­ców.

Dy­wi­zjon pol­skich nisz­czy­cieli opu­ścił Oksy­wie trzy­dzie­stego sierp­nia, by w myśl umowy Kie­row­nic­twa Ma­ry­narki Wo­jen­nej z ad­mi­ra­li­cją bry­tyj­ską do­trzeć do Wiel­kiej Bry­ta­nii przed ewen­tu­al­nym wy­bu­chem wojny. Pierw­szego wrze­śnia, już wie­dząc o nie­miec­kim ataku na Pol­skę, dy­wi­zjon wszedł do za­toki Firth of Forth i za­ko­twi­czył na re­dzie portu edyn­bur­skiego.

W myśl przed­wo­jen­nych usta­leń pol­ski dy­wi­zjon miał przy­stą­pić do kon­wo­jo­wa­nia trans­por­tów z za­opa­trze­niem wo­jen­nym dla za­ata­ko­wa­nej Pol­ski. Przez dwa dłu­gie dni, wy­peł­nione co­raz to bar­dziej dra­ma­tycz­nymi ko­mu­ni­ka­tami z kraju, nie działo się nic, aż trze­ciego wrze­śnia gruch­nęła wia­do­mość, że Wielka Bry­ta­nia i Fran­cja wy­po­wie­działy Niem­com wojnę. Wśród za­łóg dy­wi­zjonu za­pa­no­wała eu­fo­ria. Ocze­ki­wano na­tych­mia­sto­wego wy­ru­sze­nia na mo­rze, ry­chłych bi­tew z Krieg­sma­rine i kon­wo­jów do Gdyni. Dziś oka­zało się jed­nak, że le­piej po­stą­pili ci, któ­rzy po­skro­mili en­tu­zjazm.

Okręty wcale nie wy­ru­szyły z rana na mo­rze. Do­wódcy za­miast tego w ga­lo­wych mun­du­rach ze­szli na ląd, by wziąć udział w ofi­cjal­nym spo­tka­niu z pierw­szym lor­dem ad­mi­ra­li­cji. Ko­man­dor Wil­czak po­wró­cił na po­kład do­piero po po­łu­dniu, z bladą, drga­jącą z wście­kło­ści twa­rzą. Ofi­ce­rom "Gromu" rzu­cił krótko, że ad­mi­ra­li­cja nie wy­zna­czyła jesz­cze za­dań dla pol­skich okrę­tów i nie wia­domo, kiedy to na­stąpi, a na ra­zie prze­ka­zuje za­ło­gom gra­tu­la­cje i słowa otu­chy.

Na do­miar złego ra­dio po­dało wia­do­mość o za­to­pie­niu "Wi­chru", czwar­tego nisz­czy­ciela z ich dy­wi­zjonu, który zo­stał na straży Bał­tyku.

Za­miast z Niem­cami, ma­ry­na­rze zma­gali się więc z roz­pa­czą i bez­sil­no­ścią. Mesy i ku­bryki wy­peł­niał szept przy­ci­szo­nych, ner­wo­wych roz­mów. Lu­dzie po­ka­zy­wali so­bie zdję­cia żon, dzieci i na­rze­czo­nych, opo­wia­dali o ro­dzin­nych miej­sco­wo­ściach i po­cie­szali się na­dzieją ry­chłego po­wrotu. Nie­któ­rzy pła­kali, wcale nie wsty­dząc się łez.

Woj­tek był jed­nym z tych nie­licz­nych, któ­rzy nie po­zo­sta­wili za sobą ni­kogo. Jego oj­ciec nie żył, matka ode­szła z ich ży­cia tak dawno, że zgoła nie pa­mię­tał jej twa­rzy, a dziew­czyny ni­gdy dla sie­bie nie zna­lazł. Mimo tego rów­nież miał ochotę na łzy.

Za­da­nie ich, ka­dry ofi­cer­skiej, było dwa­kroć trud­niej­sze. Nie dość, że zma­gali się z wła­snymi lę­kami, mu­sieli prze­cież wspie­rać na du­chu udrę­czo­nych pod­wład­nych. Na szczę­ście do­wódca dy­wi­zjonu, ko­man­dor po­rucz­nik Ro­man Stan­kie­wicz, do­sko­nale wie­dział, że naj­lep­szym le­kar­stwem na roz­pacz oraz zwąt­pie­nie jest wy­si­łek fi­zyczny, i na­ka­zał pod­ję­cie prac po­rząd­kowo-kon­ser­wa­cyj­nych na wszyst­kich jed­nost­kach. Śnie­żew­ski po­chwa­lał w du­chu roz­kaz - po­chło­nięci obo­wiąz­kami że­gla­rze nie mieli czasu na smętne roz­wa­ża­nia, a poza tym okręty rze­czy­wi­ście na­le­żało przy­go­to­wać do nad­cho­dzą­cych rej­sów.

- Halt! Iden­tify your­self!

Aż pod­sko­czył, sły­sząc gło­śny okrzyk z sil­nym szkoc­kim ak­cen­tem.

- Lieu­te­nant Woj­ciech Śnie­żew­ski, the Po­lish Navy - od­po­wie­dział, pró­bu­jąc uspo­koić szybko bi­jące serce, i od­wró­cił się, by po­dać prze­pustkę.

Ogo­rzały, przy­gar­biony sta­ru­szek w mun­du­rze straży por­to­wej przyj­rzał mu się po­dejrz­li­wie, po czym w świe­tle la­tarki zba­dał wrę­czony mu do­ku­ment. Śnie­żew­ski wi­dział, jak marsz­czy brwi, pró­bu­jąc od­czy­tać pol­skie słowa.

- It's all Po­lish, I'm afraid. - Woj­tek się uśmiech­nął.

- Aye. - Po­marsz­czoną twarz straż­nika roz­ja­śnił sze­roki uśmiech. - W ra­diu ga­da­jom, że­ście się Hi­tle­rowi po­sta­wili! Hehe, do­brze mu tak, wy­mocz­kowi. Za­wsze żem żonce po­wta­rzoł, że to su­czy syn, ten cały Hi­tler. Good ni­ght!

- Good ni­ght.

Sta­ru­szek wy­mru­czał jesz­cze kilka słów i ru­szył w stronę na­brzeża. Pod­po­rucz­nik pa­trzył za nim przez chwilę, lecz wtedy znów sta­nął mu przed oczami pi­jany do­wódca okrętu.

Śnie­żew­ski uznał, że sam ma ochotę się upić.

*

Knajpa, w któ­rej prze­sia­dy­wali Po­lacy, na­zy­wała się Gun­ner i była tra­dy­cyj­nym miej­scem spo­tkań za­łóg okrę­tów wo­jen­nych na prze­pu­stce, a więc go­spo­darz za­dbał o od­po­wiedni wy­strój. Na ścia­nach wi­siały opra­wione zdję­cia pan­cer­ni­ków Royal Navy, mapy mor­skie oraz koła ste­rowe ża­glow­ców, a nad ba­rem lśnił mo­siądz praw­dzi­wego dzwonu okrę­to­wego. W dusz­nym po­wie­trzu uno­siły się kłęby dymu z pa­pie­ro­sów. Śnie­żew­ski już od progu za­uwa­żył, że tego wie­czoru nikt w Gun­ne­rze nie jadł. Lu­dzie po­pi­jali piwo i roz­ma­wiali z oży­wie­niem, choć bez we­so­ło­ści, a go­spo­darz, za­ró­żo­wiony na twa­rzy gru­bas, prze­ci­skał się wśród sto­łów z no­wymi na­rę­czami ku­fli.

Śnie­żew­ski nie prze­pa­dał za za­tło­czo­nymi knaj­pami, dla­tego zgar­nął piwo przy ba­rze i od razu po­śpie­szył ku sto­łowi zaj­mo­wa­nemu przez młod­szych ofi­ce­rów na prze­pu­stce.

- Cześć, chło­paki - po­wie­dział, sia­da­jąc na je­dy­nym wol­nym krze­śle.

- Uff, do­brze, że je­steś, Śnie­żek! - po­wi­tał go gło­śno po­rucz­nik To­mek Bil­ski, ofi­cer na­wi­ga­cyjny na "Bu­rzy". - Z tymi cho­ler­nymi Szko­tami ni w ząb do­ga­dać się nie idzie. Pyta się, który ko­niak? Ja mu mó­wię: "ten"! A ta cho­lera roz­sta­wia dzie­sięć kie­lisz­ków!

Nikt się nie za­śmiał z dow­cipu.

- Są ja­kieś nowe wie­ści? - spy­tał Sta­szek Łęk, jego ko­lega i ofi­cer na­wi­ga­cyjny z "Groma", z któ­rego skłon­no­ści do cho­roby mor­skiej na­bi­jali się jesz­cze w Szkole Mor­skiej.

- Nie, nic nie sły­sza­łem - od­parł Śnie­żew­ski. - By­łem za­jęty przy tym prze­klę­tym pod­no­śniku hy­drau­licz­nym je­dynki. Trzeba było to dzia­do­stwo jesz­cze na Helu wy­mie­nić.

- Hel da­leko, Woj­tek. - Łęk po­krę­cił głową. - Cho­ler­nie da­leko.

- Za "Wi­cher", chło­paki! - Bil­ski uniósł szklankę i wszy­scy speł­nili naj­smut­niej­szy z ma­ry­nar­skich to­a­stów.

- Psia mać, co my tu ro­bimy? - Kry­stek Woj­dyłło, drugi ar­ty­le­ryj­ski na "Bu­rzy", otarł nie­po­słuszną łzę. - My­śli­cie, że dali ja­koś radę? No, nasi z "Wi­chru"?

- "Wi­cher" to do­bry okręt, Kry­stek! - huk­nął po­rucz­nik Ma­rian Sę­dzioła, ofi­cer broni pod­wod­nej z "Bły­ska­wicy". - Na pewno za­rą­bali tyle szko­pów, że do końca wojny ich nie do­go­ni­cie na tej dzia­dow­skiej "Bu­rzy"!

Wo­kół stołu huk­nął gromki śmiech.

- Szkoda, że nie przy­sze­dłeś wcze­śniej, Woj­tek. - Bil­ski za­pa­lił pa­pie­rosa. - Były tu chło­paki z Royal Navy z HMS "Ma­ori". By­czy, bry­tol­ski de­stro­jer. Każ­demu po­sta­wili po szkla­nicy whi­sky z lo­dem i nic tylko kle­pali nas po ple­cach i "gu­dlak, gu­dlak" ga­dali!

- Jak Sta­siu zo­ba­czył, że Bry­tole whi­sky sta­wiają, to trzy razy pod­szedł się przed­sta­wić! - Sę­dzioła par­sk­nął śmie­chem i klep­nął Łęka w ra­mię. - Po­zna­niak z dziada pra­dziada, taka jego mać!

- Oj, Sta­chu, ciężko bę­dzie po­zna­nia­kowi mię­dzy Szko­tami! - Woj­tek wy­buch­nął śmie­chem.

Go­spo­darz po­sta­wił przed nim ku­fel z pi­wem.

- Chło­paki, rany Ju­lek, zejdź­cie już ze mnie! - Łęk za­ru­mie­nił się aż po ko­niuszki uszu. - Nie pod­sze­dłem trzy razy, tylko dwa, a to tylko dla­tego, że nie po­zna­łem tego wy­so­kiego! A Ma­ryś to...

Resztę słów na­wi­ga­tora prze­rwał chó­ralny śmiech.

- Daj­cie mu spo­kój i po­pa­trz­cie na sie­bie! - za­wo­łał Woj­tek, pró­bu­jąc za­cho­wać po­wagę. - Pa­mię­ta­cie, jak Kry­stek po­znał Wan­dzię? Z pu­stymi kie­sze­niami na randki bie­gał, a w ka­wiarni to ona pła­ciła!

- Przed­staw nas kie­dyś swo­jej dziew­czy­nie! - od­ciął się Kry­stek. - Bo już się ja­koś do­cze­kać nie mo­żemy!

Śnie­żew­ski uśmiech­nął się z przy­mu­sem. Nie lu­bił, jak mu ko­le­dzy wy­po­mi­nali brak za­in­te­re­so­wa­nia spód­nicz­kami, ale wie­dział, że mieli ra­cję. W li­ceum uma­wiał się co prawda z ko­le­żan­kami, ale ro­bił to bez więk­szego prze­ko­na­nia, ra­czej pod na­ci­skiem oto­cze­nia, i szybko tra­cił za­pał do flir­to­wa­nia. Pod­czas stu­diów w Szkole Mor­skiej jego sa­mot­ni­cza na­tura w pełni do­szła do głosu.

Mimo tego po­sta­no­wił się od­ciąć Kryst­kowi i już otwie­rał usta, gdy na­gle ogar­nęło go uczu­cie dusz­no­ści. Miał wra­że­nie, że po­tężne dło­nie obej­mują jego szyję i za­ci­skają się na niej z ca­łej siły. Twarz po­kryła się po­tem, szarp­nął za golf, ale bez­sku­tecz­nie. Nie czuł ulgi, wręcz prze­ciw­nie: świat roz­ma­zy­wał się, kształty sta­wały się wy­pa­czone, a głosy się od­da­lały. Tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Woj­tek? - Skądś do­biegł nie­spo­kojny głos Tomka Bil­skiego. Ko­lejne słowa prze­rwał trzask wy­pusz­czo­nego z dłoni ku­fla.

Znowu był w ka­ju­cie ka­pi­tań­skiej, ścią­gał buty Wil­czaka, słu­chał jego bre­dze­nia...

- Stary... - wy­chry­piał.

- Co? - za­py­tał go chór prze­stra­szo­nych, ob­cych gło­sów z wiel­kiej od­dali. - Jaki stary? Stary?

- Ko­man­dor Wil­czak... - wy­krztu­sił Śnie­żew­ski, osu­wa­jąc się na zie­mię. - Nie żyje...

*

Nad por­tem wo­jen­nym Ro­syth z wolna wsta­wał świt, lepki i wil­gotny. Mewy i ry­bi­twy ze­rwały się z wrza­skiem ze szta­gów i an­ten "Gromu", gdy o po­kład za­ło­mo­tały cięż­kie buty żan­dar­mów.

Pod­po­rucz­nik Śnie­żew­ski ci­snął nie­do­pa­łek do wody i uniósł łok­cie ze­sztyw­niałe od opie­ra­nia się o twardy re­ling ru­fowy. Ob­ró­cił się obo­jęt­nie ku nad­cho­dzą­cym.

Przed oczami miał ob­raz ka­pi­tań­skiej ka­juty i obrzmiałą twarz ko­man­dora pod­po­rucz­nika Eu­ge­niu­sza Wil­czaka. Pa­trzył na wy­wa­lony ję­zyk i linkę, mocno wrzy­na­jącą się w na­puch­niętą szyję. Wie­dział, że ten ob­raz nie opu­ści go do końca ży­cia, ale nie to go mar­twiło.

- Po­rucz­niku? - ode­zwał się to­wa­rzy­szący żan­dar­mom po­rucz­nik Sła­wo­mir Dziel­ski, pierw­szy ofi­cer ar­ty­le­rii i za­stępca do­wódcy okrętu, rów­nie blady z nie­wy­spa­nia. - Jest pan za­trzy­many ce­lem zło­że­nia wy­ja­śnień w spra­wie śmierci ko­man­dora pod­po­rucz­nika Eu­ge­niu­sza Wil­czaka. Je­stem zmu­szony pro­sić pana o nie­sta­wia­nie oporu przy aresz­to­wa­niu. - Za­wa­hał się przy tych sło­wach. - Przy­kro mi, Woj­tek - do­dał szep­tem.

3.

7 wrze­śnia 1939, Lon­dyn

Nie wiem, która jest go­dzina, ale boję się spoj­rzeć na ze­ga­rek.

Wie­dzia­łem, że wy­jazd do Lon­dynu bę­dzie złym po­my­słem. Zdaje się, że dok­tor Mac­Craig ma tro­chę ra­cji i zmiana miej­sca po­bytu, diety i oto­cze­nia w isto­cie nie­ko­rzyst­nie wpływa na moje sa­mo­po­czu­cie, tym bar­dziej że czas spę­dzam tu na bez­ce­lo­wych ob­ra­dach Jo­int In­tel­li­gence Sub-Com­mit­tee. Ba­nia­luki, któ­rych zmu­szony je­stem tam wy­słuchi­wać, wy­wo­łują ataki nie­wy­sło­wio­nej wście­kło­ści, któ­rych nie ga­szą ani gin, ani whi­sky.

Co gor­sza, ów prze­klęty kosz­mar wła­śnie po­wró­cił i za­kli­nam się na wszel­kie świę­to­ści, że ni­gdy nie był tak prze­ra­ża­jąco re­ali­styczny. Na­wet te­raz, gdy sie­dzę i pi­szę, czuję pie­cze­nie na ko­la­nach i łok­ciach, które ra­ni­łem pod­czas snu. Aż trudno uwie­rzyć, że nie ma na nich na­wet za­dra­śnię­cia.

Nie to jed­nak było naj­po­twor­niej­sze. Twarz mo­jego ad­wer­sa­rza, na se­kundę nim znów na­ci­snął spust, za­mie­niła się w ma­skę po­twora, a z lufy jego pi­sto­letu strze­liła struga ognia po­dobna tym, które spły­wały po zbo­czach wul­kanu. Krzy­czał przy tym coś, czego nie­stety nie zro­zu­mia­łem, bo świat wo­kół mnie wy­bu­chał, ską­pany w la­wie.

Do­bry Boże, cią­gle drżę. Na­dal czuję ów strasz­liwy ból! Prze­kli­nam cię, Mi­cha­elu Trit­zie!

Za­le­d­wie kilka dni temu są­dzi­łem, że sny mnie opu­ściły, bo wy­pa­dłem z gry i Tritz po­ko­nał mnie osta­tecz­nie. Dla­czego więc po­wró­ciły? Czyż­bym mimo wszystko miał jesz­cze szansę od­na­leźć Niemca i od­kryć spo­sób na wy­dar­cie jego ta­jem­nic?

Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na wie­ści od ma­jora Gub­binsa.

*

Huk był ogłu­sza­jący i Gub­bins za­to­czył się do tyłu, aż ude­rzył ple­cami o ścianę ka­mie­nicy. W oka­mgnie­niu po­wie­trze wy­peł­niły kłęby pyłu i ma­jor zgiął się wpół, kasz­ląc.

Mi­nęła długa chwila, nim rę­ka­wem ma­ry­narki prze­tarł za­łza­wione oczy, by spoj­rzeć w górę. Wciąż ogłu­szony wy­bu­chem śle­dził ciemny kształt bom­bowca nur­ku­ją­cego Ju-87 Stuka, który w nie­re­al­nej ci­szy wzno­sił się nad ulicą.

Grunt znów za­drżał, a w po­bliżu za­wa­liła się ko­lejna ka­mie­nica. Gub­bins na­gle od­zy­skał słuch. Prze­raź­liwe od­głosy bom­bar­do­wa­nia - ję­kliwa sy­rena dru­giego sztu­kasa, grze­chot ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych i huk bomb - wdarły się gwał­tow­nie do jego umy­słu. Tuż nie­opo­dal ja­kaś ko­bieta za­no­siła się hi­ste­rycz­nym pła­czem, gdzieś da­lej biły w niebo osa­mot­nione pol­skie bo­forsy.

"Tak wy­gląda pie­kło - po­my­ślał Gub­bins, pró­bu­jąc wstać. - Mu­sia­łem na­grze­szyć jak ja­sna cho­lera..."

Za­kasz­lał po raz ostatni i ro­zej­rzał się nie­pew­nie. Bom­bar­do­wa­nie ar­ty­le­ryj­skie war­szaw­skiego Śród­mie­ścia trwało już od wczo­raj, lecz te­raz do­łą­czyła do niego Luft­waffe, do tej pory kon­cen­tru­jąca na­loty na dziel­ni­cach fa­brycz­nych i li­niach ko­le­jo­wych. Ściany do­mów były po­zna­czone dziu­rami po ku­lach z broni ma­szy­no­wej, ulice za­ście­lone szcząt­kami gruzu, a wi­tryny skle­powe ziały oczo­do­łami wy­bi­tych szyb. Lu­dzie, któ­rzy nie zna­leźli w porę schro­nie­nia w piw­ni­cach, te­raz ku­lili się pod ścia­nami, z grozą wpa­tru­jąc się w od­da­la­jące się nie­miec­kie sa­mo­loty.

Prze­cznicę da­lej do­pa­lała się cię­ża­rówka, z któ­rej Gub­bins wy­sko­czył nie­całą mi­nutę temu.

"Dwa sa­mo­loty, a tyle znisz­cze­nia" - po­my­ślał z prze­ra­że­niem. Po­trzą­snął głową, ze­brał siły i ru­szył bie­giem w kie­runku am­ba­sady. Lub tego, co z niej zo­stało.

Zie­mia wciąż drżała od od­le­głych eks­plo­zji. Gub­bins mi­nął grupę lu­dzi pró­bu­ją­cych uwol­nić star­szego męż­czy­znę spod ru­mo­wi­ska ściany domu. Po za­sła­nym okru­chami szkła chod­niku pę­dził cy­kli­sta z ple­ca­kiem peł­nym bia­łych strzę­pów nie­równo po­cię­tych na ban­daże. Dwóch męż­czyzn ukła­dało na no­szach wą­tłego chłopca o twa­rzy za­la­nej krwią, a trzeci trzy­mał w ra­mio­nach roz­pa­cza­jącą ko­bietę.

Po­środku ulicy stał tram­waj, pu­sty, brudny od gruzu, z wy­bi­tymi szy­bami. Na schod­kach le­żała torba kon­duk­tora z roz­sy­pa­nym bi­lo­nem, któ­rego nikt nie zbie­rał.

Gub­bins biegł przed sie­bie, pró­bu­jąc igno­ro­wać grozę chwili.

Bom­bar­do­wa­nie oszczę­dziło bu­dy­nek am­ba­sady, ale serce Gub­binsa ści­snęło się z żalu na jego wi­dok. Dzier­ża­wiony bry­tyj­skiemu rzą­dowi biały pa­ła­cyk wy­glą­dał bo­wiem na wy­marły. Oko­lony drze­wami plac przed wej­ściem był pu­sty, okna szczel­nie za­sta­wione wor­kami z pia­skiem, a nad da­chem uno­siły się snopy dy­mów z nie­od­le­głych po­ża­rów. Na­wet flaga Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa, za­miast dum­nie ło­po­tać na wie­trze, owi­nęła się wo­kół masztu jakby za­wsty­dzona.

Gub­bins pchnął furtkę i prze­biegł przez pla­cyk.

- Not a sin­gle one! - usły­szał na­raz zna­jomy głos i się za­trzy­mał. Ka­pi­tan Da­vies, pulchny, ły­sie­jący ofi­cer pułku Co­ur­tlaulds stał w cy­wil­nym ubra­niu mię­dzy drze­wami i przy­glą­dał się przez lor­netkę od­la­tu­ją­cym sa­mo­lo­tom. - Not a sin­gle one - po­wtó­rzył z dez­apro­batą i od­jął lor­netkę od oczu. - Nie tra­fili ani jed­nego.

- O czym pan mówi, Da­vies? - wy­mam­ro­tał oszo­ło­miony Gub­bins.

- Nie tra­fili ani jed­nego z tych na­zi­stow­skich su­kin­sy­nów. - Da­vies wy­dął wargi i z flegmą scho­wał lor­netkę do kie­szeni twe­edo­wej ma­ry­narki. - Ci nie­szczę­śni Po­lacy nie mają po­ję­cia o ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej! Zresztą, zwa­żyw­szy na ich po­stępy w obro­nie wła­snego kraju, na­leży stwier­dzić, że o ni­czym nie mają po­ję­cia!

- Do­brał pan so­bie świetny mo­ment na wy­gła­sza­nie ko­men­ta­rzy, ka­pi­ta­nie! - wark­nął chra­pli­wie Gub­bins, pró­bu­jąc od­sap­nąć po biegu.

Gar­dło miał wy­schnięte, wargi spę­kane, a mię­dzy zę­bami zgrzy­tał pył.

- Mo­ment do­bry jak każdy inny, Gub­bins. - Ka­pi­tan wzru­szył ra­mio­nami. - A pan? Coś się pan tak prze­jął?

- Niech się pan przej­dzie po ulicy, Da­vies, bę­dzie pan wie­dział. Po tym, co dziś zo­ba­czy­łem, po­zo­staje mi się mo­dlić, by nie­miec­kie bomby oszczę­dziły Lon­dyn!

- Niemcy bom­bar­du­jący Lon­dyn? - Da­vies kpiąco uniósł brwi. - No, ale te­raz to głup­stwo pan pal­nął. Do­prawdy...

- Gdzie Shel­ley? - Gub­bins tra­cił cier­pli­wość.

- Nie wi­dzia­łem go dzi­siaj. Przy­go­to­wa­niami do ewa­ku­acji kie­ruje Hand­scombe.

- Blo­ody hell! - za­klął Gub­bins.

Wbiegł do holu pa­ła­cyku, ci­chego i wy­lud­nio­nego. Gdzieś na pra­wym skrzy­dle uchy­liły się drzwi i wyj­rzał zza nich prze­stra­szony męż­czy­zna.

- Ma­jo­rze Hand­scombe! - za­wo­łał Gub­bins, a jego głos po­niósł się echem we wnę­trzu bu­dynku. - Ma­jo­rze?!

- Niech pan tak nie krzy­czy, Gub­bins. - Szedł ku niemu sam ma­jor, wy­soki, szpa­ko­waty męż­czy­zna, wspie­ra­jący się na la­sce. Jego ubra­nie wo­niało dy­mem. - Te­raz tym miej­scem rzą­dzą du­chy. Nie chce pan chyba ich zbu­dzić, co?

- Nie pora na żarty, Hand­scombe! - wark­nął Gub­bins. - Co tu się dzieje?

- Wczo­raj rano sir Ken­nard, nasz drogi am­ba­sa­dor, roz­pu­ścił miej­scowy per­so­nel po­moc­ni­czy, wszyst­kich kan­ce­li­stów, se­kre­tarki i księ­go­wych - po­wie­dział Hand­scombe. - W am­ba­sa­dzie nie ma ni­kogo poza kil­koma człon­kami kor­pusu dy­plo­ma­tycz­nego na wy­pa­dek sy­tu­acji awa­ryj­nych, a reszta jest w do­mach i szy­kuje się do ewa­ku­acji. Wła­śnie pa­limy do­ku­menty w ko­tłowni.

- Do cho­lery, by­łem pe­wien... - Za­sko­czony Gub­bins po­krę­cił głową.

- To panu za­zdrosz­czę, Gub­bins - prze­rwał mu Hand­scombe. - Bo ja nie je­stem już ni­czego pe­wien w tym kraju. Mi­lion żoł­nie­rzy, cztery ty­siące dział, a Niemcy pę­dzą ich przed sobą jak stado ba­ra­nów. Wczo­raj na­wiał ich rząd i do­wódz­two na­czelne, a dziś rano do­szło do pierw­szej po­tyczki na przed­polu War­szawy, nie sły­szał pan? Na co więc mamy cze­kać?

- W gło­wie się to nie mie­ści. - Gub­bins wes­tchnął. - Gdzie jest puł­kow­nik Shel­ley? Mu­szę z nim pil­nie po­roz­ma­wiać! Wła­śnie w spra­wie owej po­tyczki na przed­polu War­szawy.

- Niech pan da Shel­ley­owi spo­kój. - Hand­scombe wy­cią­gnął pier­siówkę z kie­szeni ma­ry­narki i wziął tę­giego łyka, a po­tem po­czę­sto­wał roz­mówcę. - Nie ma go dzi­siaj w am­ba­sa­dzie.

- Gdzie go znajdę? - Gub­bins po­cią­gnął z flaszki, skrzy­wił się i od­dał ją Hand­scombe'owi.

- Daj mu pan spo­kój, Gub­bins. - Hand­scombe prze­tarł zmę­czone oczy. - Jego pol­ska żona zgi­nęła dziś rano pod­czas na­lotu. Niech Bóg bło­go­sławi ten nie­szczę­sny na­ród. Na szczę­ście znam pań­skie wy­tyczne. Dziś rano przy­szła za­szy­fro­wana de­pe­sza z Lon­dynu: ""Prze­pro­wadzkę" wy­ko­nać na­tych­miast". Po­wo­dze­nia, ma­jo­rze.

Nim za­sko­czony Gub­bins zdo­łał co­kol­wiek po­wie­dzieć, ma­jor Hand­scombe od­wró­cił się i ru­szył wy­mar­łym ko­ry­ta­rzem w stronę zej­ścia do ko­tłowni. Za­pach spa­le­ni­zny w po­wie­trzu był co­raz wy­raź­niej­szy.

Gdzieś w cen­trum po­now­nie za­wyły sy­reny alarmu prze­ciw­lot­ni­czego. Gub­bins wes­tchnął i po­now­nie wy­szedł na ulicę.

*

Co­lin Gub­bins jak do­tąd wi­dział Za­łu­skiego dwa razy.

Po raz pierw­szy spo­tkali się wcze­snym la­tem 1939 roku na ofi­cjal­nym przy­ję­ciu w am­ba­sa­dzie bry­tyj­skiej w War­sza­wie, pod­ów­czas miej­scu peł­nym ele­gan­cji i po­wagi. Na twa­rzach za­pro­szo­nych pol­skich dy­plo­ma­tów wid­niało jed­nak ma­sko­wane kur­tu­azją na­pię­cie i na ich tle hra­bia Alek­san­der Za­łu­ski wy­glą­dał jak lekko znu­dzony sztuką kry­tyk te­atralny, który pali pa­pie­rosa pod­czas an­traktu.

Ma­jor Co­lin Gub­bins do­sko­nale znał się na lu­dziach. Do­świad­cze­nie wo­jenne zdo­by­wał w Ir­lan­dii, gdzie wal­czył z bo­jów­kami Ir­landz­kiej Ar­mii Re­pu­bli­kań­skiej. Była to brudna wojna, to­czona na wsiach, przed­mie­ściach i w dziel­ni­cach bie­doty, gdzie wia­ry­godny ra­port o miej­scu po­bytu grupy dy­wer­san­tów był cen­niej­szy od stu ka­ra­bi­nów. Ofi­cer po­zba­wiony in­tu­icji czy nie­zna­jący się na lu­dziach czę­sto koń­czył swą ka­rierę w ciem­nym za­ułku z no­żem wbi­tym pod że­bro. To wła­śnie wtedy Gub­bins od­krył w so­bie nie­zwy­kły zmysł do czy­ta­nia w ludz­kich ser­cach i du­szach. Bez trudu wy­kry­wał kłam­stwa w gło­sie na­wet naj­bar­dziej do­świad­czo­nych łga­rzy, a wy­star­czał mu rzut oka na twarz ob­cej osoby, by mógł traf­nie oce­nić jej in­te­lekt, uspo­so­bie­nie, a na­wet in­ten­cje.

Gdy spoj­rzał na ob­li­cze Za­łu­skiego, od razu zro­zu­miał, że ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem wiel­kiego for­matu. Pol­ski hra­bia stał pro­sto, non­sza­lancko pa­ląc pa­pie­rosa i przy­gła­dza­jąc kciu­kiem bujne wą­si­ska. Wy­glą­dał na około czter­dzie­ści lat, lecz krótko przy­cięte włosy przy­pró­szyła już si­wi­zna. W sza­rych oczach Za­łu­skiego, oko­lo­nych sia­teczką pierw­szych zmarsz­czek, Gub­bins od­krył bły­sko­tli­wość za­bar­wioną odro­biną cy­ni­zmu. Nie zdzi­wił się też wcale, gdy Po­lak ode­zwał się do niego naj­czyst­szą, oks­fordzką an­gielsz­czy­zną.

Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, o czym roz­ma­wiali pod­czas przy­ję­cia w am­ba­sa­dzie, lecz co do joty pa­mię­tał roz­mowę, która od­była się w re­stau­ra­cji ho­telu Sa­voy dwa dni póź­niej. Trwał cie­pły letni wie­czór i na­pię­cie na uli­cach mia­sta było jesz­cze bar­dziej wy­czu­walne: ludzie za­trzy­my­wali ga­ze­cia­rzy roz­no­szą­cych "Ku­rier War­szaw­ski" i łap­czy­wie po­chła­niali wia­do­mo­ści z pierw­szych stron, szu­kając na­dziei na unik­nię­cie wojny, a na prze­jeż­dża­ją­cych uli­cami uła­nów pa­trzono z mie­sza­niną nie­po­koju i dumy.

Za­łu­ski jed­nakże wy­da­wał się rów­nie spo­kojny jak wcze­śniej na przy­ję­ciu. Spo­koj­nie pa­lił pa­pie­rosa, wo­dząc oczami od Shel­leya do Gub­binsa, i bez­na­mięt­nie opo­wia­dał im o naj­więk­szej ta­jem­nicy pol­skiego wy­wiadu.

O suk­ce­sie ope­ra­cji "Schwe­ibe".

Jego słowa zro­biły na Gub­bin­sie wiel­kie wra­że­nie, a la­ko­niczny do bólu Shel­ley stwier­dził na­wet, że po tym, co usły­szeli, roz­gry­zie­nie kodu Enigmy to fraszka.

"Po­lacy zro­bili Niem­ców na szaro - przy­po­mniał so­bie ma­jor, gdy klu­czył po uli­cach. - Po­znali ku­lisy wro­giego ataku na oj­czy­znę już przed dwoma mie­sią­cami! Dla­czego Shel­ley nie wy­cią­gnął tego ca­łego Za­łu­skiego wcze­śniej? Dla­czego za­jął się tym Har­ring­ton, który co prawda od­po­wiada za Sek­cję D i ma kon­takty w wy­wia­dzie, ale prze­cież nie stoi na czele SIS? Po­rą­bane to wszystko, po­rą­bane! Mu­szę zna­leźć tego czło­wieka! Mu­szę!"

An­glik w ostat­niej chwili usko­czył przed roz­pę­dzo­nym wo­zem stra­żac­kim. Gdzieś wy­bu­chały bomby lot­ni­cze, wy­soko na nie­bie mru­czały sztu­kasy po­wra­ca­jące z bom­bar­do­wań.

- Tylko jak ja go, kurwa, znajdę w tym pie­kle?! - wrza­snął, po­tknąw­szy się o prze­wró­coną la­tar­nię uliczną.

Bie­gał i szu­kał. Stłu­czone ko­lano pie­kło nie­zno­śnie, a po­draż­nione dy­mem i py­łem oczy łza­wiły. Dziel­nica, w któ­rej miesz­kał Za­łu­ski, pa­dła ofiarą bom­bar­do­wa­nia nie­miec­kiej ar­ty­le­rii i po­kasz­lu­jący Gub­bins zna­lazł się w la­bi­ryn­cie sza­rych ulic, wzdłuż któ­rych cią­gnęły się dy­miące, czę­ściowo znisz­czone ka­mie­nice. Z każdą chwilą tra­cił na­dzieję. Shel­ley prze­ka­zał mu ad­res Za­łu­skiego, ale Gub­bins nie umiał go wy­mó­wić. Na­wet od­czy­ta­nie na­zwy ulicy z ta­bliczki spra­wiało mu pewną trud­ność. Za­trzy­my­wani Po­lacy igno­ro­wali go lub ob­rzu­cali prze­stra­szo­nymi spoj­rze­niami.

Po­zo­stało mu je­dy­nie zdać się na łut szczę­ścia. Bie­gał za­tem wśród tłu­mów oszo­ło­mio­nych lu­dzi, szu­kał, pa­trzył, pró­bo­wał py­tać. Wy­si­łek przy­tę­pił jego zmy­sły, a wpa­try­wa­nie się w brudne, zroz­pa­czone twa­rze znie­czu­liło go na nie­szczę­ście.

Nie­spo­dzie­wa­nie ktoś szarp­nął go za ra­mię i ofuk­nął gło­śno, po pol­sku. Oszo­ło­miony Gub­bins od­wró­cił się i uj­rzał zna­jomą, przy­bru­dzoną py­łem twarz z su­mia­stymi wą­sami. Za­sko­cze­nie ode­brało mu mowę.

Za­łu­ski na­chy­lił się i jesz­cze raz wark­nął po pol­sku.

- I don't speak Po­lish, I'm afraid... - wy­mam­ro­tał Gub­bins.

- Ach, to pan, pa­nie Gub­bins! - Za­łu­ski uniósł głowę. - Dość nie­przy­jemne oko­licz­no­ści, przy­zna pan sam. Bądź pan na tyle uprzejmy i chwyć się za te no­sze.

- Pa­nie Za­łu­ski, szu­ka­łem pana, bo...

- Weź pan te cho­lerne no­sze! - ryk­nął Po­lak. - Za­raz tu chło­paka stra­tują!

Te­raz do­piero Gub­bins za­uwa­żył, że Za­łu­ski na­chyla się nad za­im­pro­wi­zo­wa­nymi no­szami, na któ­rych spo­czywa młody czło­wiek, na oko naj­wy­żej dwu­dzie­sto­letni. Za­kryta ple­dem klatka pier­siowa po­ru­szała się szybko, a na brud­nej od pyłu twa­rzy kro­plił się pot.

Po­słusz­nie ujął za drągi i ru­szył za Za­łu­skim.

- Do­brze pana sły­sza­łem?! - za­wo­łał nie­spo­dzie­wa­nie Po­lak. - Pan mnie szu­kał, tak?

- Tak! - od­po­wie­dział Co­lin, rów­nież krzy­kiem. - Przy­cho­dzę z roz­kazu puł­kow­nika Shel­leya!

- Ach, to wspa­niale! Pro­szę po­zdro­wić ode mnie puł­kow­nika i...

- Pa­nie Za­łu­ski, nie ma czasu na kon­we­nans! Mam pana za­brać z War­szawy! Jest pan zbyt cenny dla wy­wiadu bry­tyj­skiego, by zo­sta­wać w tym mie­ście! Mu­szę pana od­sta­wić do...

W po­wie­trzu na­ra­stał gwizd opa­da­ją­cego po­ci­sku ar­ty­le­ryj­skiego.

- Gub­bins, uprzej­mość pań­skich sze­fów jest urze­ka­jąca, ale ta pro­po­zy­cja wy­daje się co­kol­wiek nie na miej­scu. Shel­ley chyba...

Bli­ska eks­plo­zja za­głu­szyła resztę słów od­wró­co­nego doń ple­cami Za­łu­skiego. Zie­mia za­drżała i w ostat­niej chwili zła­pali rów­no­wagę, by uchro­nić ran­nego od upadku.

- Ni­czego pan nie ro­zu­mie, Za­łu­ski! - ryk­nął Gub­bins. - Ta pro­po­zy­cja nie ma nic wspól­nego z uprzej­mo­ścią! Jest pan w po­sia­da­niu waż­nych ta­jem­nic woj­sko­wych, na któ­rych może sko­rzy­stać so­jusz pol­sko-bry­tyj­ski, a poza tym...

Za­łu­ski nie­spo­dzie­wa­nie za­trzy­mał się i nie­malże ci­snął no­szami o bruk. Gdy się od­wró­cił, jego twarz była pur­pu­rowa z gniewu.

- Coś pan po­wie­dział? - wy­sy­czał i przy­padł do An­glika, za­ci­ska­jąc dło­nie na po­łach jego ma­ry­narki. - So­jusz pol­sko-bry­tyj­ski? O ja­kim so­ju­szu ty mó­wisz, czło­wieku? Spójrz! Spójrz w górę!

Drżą­cym pal­cem wska­zy­wał sztu­kasy, które wzno­siły się lekko, uwol­nione od cię­żaru bomb.

- Gdzie są wa­sze sa­mo­loty, so­jusz­niku? Gdzie są dumne eska­dry Royal Air Force? Co­ście dla nas zro­bili, Gub­bins? Co­ście nam dali poza gar­ścią obiet­nic bez po­kry­cia?

- Za­łu­ski, nie ro­zu­mie pan, że...

- Za­mknij się pan i słu­chaj! So­jusz to współ­praca i obo­pólna ko­rzyść, Gub­bins, czego pan ani ten cho­lerny Shel­ley nie ro­zu­mie­cie za grosz! Po­noć do­sta­li­ście od nas Enigmę i to po­winno wam star­czyć, Gub­bins. Gdyby nie roz­kazy, ni­gdy w ży­ciu nie zdra­dził­bym wam ku­lis "Schwe­ibe"! - wy­sy­czał po­bla­dły Za­łu­ski i ode­pchnął Gub­binsa. Choć drob­niej­szy od ma­jora, zda­wał się od niego wie­lo­krot­nie sil­niej­szy. - Od­da­jemy wam wszystko, co mamy, a wy spo­koj­nie pa­trzy­cie, jak nasz kraj wali się w gruzy. Czy to tak...

Ostat­nie słowa Za­łu­skiego uto­nęły w co­raz gło­śniej­szym ryku po­tęż­nego nie­miec­kiego sil­nika lot­ni­czego Jumo o mocy 1100 koni me­cha­nicz­nych. Gub­bins spoj­rzał po­nad ra­mie­niem ge­sty­ku­lu­ją­cego Po­laka i z prze­ra­że­niem do­strzegł bły­ska­wicz­nie po­więk­sza­jący się kształt bom­bowca nur­ku­ją­cego Jun­kers Ju-87. Pod skrzy­dłami sa­mo­lotu, roz­cią­gnię­tymi w kształ­cie wy­dłu­żo­nej li­tery W, nie było już bomb.

- Sztu­kas! - krzyk­nął Gub­bins i nie­wiele my­śląc, pchnął Za­łu­skiego w kie­runku ma­łego, za­gra­co­nego po­dwórka.

Dwa ka­ra­biny ma­szy­nowe, umiesz­czone w skrzy­dłach Jun­kersa, za­ja­zgo­tały w uła­mek se­kundy póź­niej. Po­ci­ski ka­li­bru 7,92 skrze­sały długą li­nię iskier na bruku, prze­orały po­rzu­cone no­sze i wspięły się po ścia­nie za­my­ka­ją­cego ulicę gim­na­zjum. Sil­nik za­wył na wyż­szych ob­ro­tach, uno­sząc sa­mo­lot na wyż­szy pu­łap, a wtedy da­chy i bruk omiótł cha­otyczny, lecz mor­der­czy ogień strzelca po­kła­do­wego.

- O Boże... - jęk­nął po pol­sku Za­łu­ski, pa­trząc na krwawy strzęp, w który za­mie­niło się nie­sione przed chwilą przez nich ciało na no­szach.

Gub­bins prze­tarł pie­kące oczy. Miał dość wra­żeń jak na je­den dzień.

- Pa­nie Za­łu­ski, pro­szę mnie po­słu­chać - po­wie­dział ci­cho, lecz Po­lak na­wet nie drgnął, wciąż wpa­trzony w za­krwa­wione no­sze. - Po­słu­chaj mnie pan! - za­wo­łał i szarp­nął pol­skiego agenta za ra­mię, stra­ciw­szy cier­pli­wość, a ten drgnął, jakby wy­rwany z głę­bo­kiego transu. - Je­śli ma pan ochotę wy­le­wać na mnie swe żale, to pro­szę bar­dzo - wy­ce­dził przez za­ci­śnięte zęby An­glik. - Je­śli chce mnie pan obar­czyć winą za opie­sza­łość mo­jego rządu, rów­nież za­pra­szam. Krzycz pan, ile chcesz, ale pro­szę pa­mię­tać, że po­dob­nie jak pana, obo­wią­zują mnie roz­kazy mo­ich prze­ło­żo­nych, które w tym przy­padku są wy­jąt­kowo ja­sne i przej­rzy­ste. Mam pana za­brać z tego nie­szczę­snego, za­po­mnia­nego przez Boga mia­sta, a po­tem bez­piecz­nie wy­wieźć z Pol­ski!

- Ja też mam swo­ich prze­ło­żo­nych, Gub­bins!

- A gdzież oni są, Za­łu­ski? - Ma­jor za­to­czył ręką łuk. - Już spie­przyli z War­szawy czy do­piero się pa­kują? Po wa­szym szta­bie ge­ne­ral­nym oraz rzą­dzie śladu już nie ma!

- Mają nami rzą­dzić z tego pie­kła? - Po­lak nie­malże wy­pluł te słowa. - Pie­kła, które po­mo­gli­ście Niem­com urzą­dzić?

- Za­łu­ski, jest pan mą­drym czło­wie­kiem, a więc pro­szę mnie po­słu­chać. Wtedy w Sa­voyu po­wie­dział pan mnie i Shel­ley­owi, że dzięki po­wo­dze­niu ope­ra­cji "Schwe­ibe" prze­ka­zał pan swemu rzą­dowi do­kładny plan nie­miec­kiej in­wa­zji na Pol­skę w czerwcu! Czy kto­kol­wiek w ogóle pań­ski ra­port prze­czy­tał? Czy coś z nim zro­biono? Jak spo­żyt­ko­wano pań­ski wy­si­łek?

Za­łu­ski nie od­po­wie­dział, na­dal pa­trzył na za­krwa­wione ciało.

- Nie je­stem za­do­wo­lony z po­stawy mego rządu, pa­nie Za­łu­ski - za­koń­czył smut­nym gło­sem Gub­bins. - I fakt, nie ma tu an­giel­skich czy fran­cu­skich żoł­nie­rzy. Nie­mniej da­lej na za­cho­dzie są ich całe ar­mie i jesz­cze przyj­dzie czas, by na­uczyli Adolfa tro­chę ro­zumu. Pan, pa­nie hra­bio, może w tym po­móc albo prze­szko­dzić. Je­śli unie­sie się pan ho­no­rem i zo­sta­nie w War­sza­wie, czeka pana wąt­pliwa przy­jem­ność ucie­ka­nia przed ge­stapo. Je­śli zaś pój­dzie pan ze mną, Za­łu­ski, suk­ces pań­skiej ope­ra­cji zo­sta­nie na­resz­cie wy­ko­rzy­stany. I może mniej bę­dzie na świe­cie ta­kich wi­do­ków.

Wska­zał przy tych sło­wach zma­sa­kro­wane no­sze.

Przez długą chwilę Za­łu­ski nie mó­wił nic, po czym ode­zwał się ci­chym, zmę­czo­nym gło­sem:

- Będę jed­nak mu­siał wziąć kilka rze­czy z mo­jego miesz­ka­nia. Je­śli jesz­cze stoi.

Prolog 1.

Klę­cząca na śniegu Kriss drżała.

Świat wo­kół niej mil­czał. Ko­ro­nami ośnie­żo­nych świer­ków nie po­ru­szał naj­lżej­szy po­wiew wia­tru, a je­dy­nym sły­szal­nym od­gło­sem był szloch dziew­czyny. Mimo roz­pa­czy i prze­ra­że­nia pa­mię­tała, by nie pła­kać za gło­śno i nie na­ru­szyć pra­daw­nej ci­szy Bez­i­mien­nej Do­liny. Kriss bała się bo­wiem gniewu wiel­kiego je­sionu.

Góry szybko roz­ta­piały się w mroku nad­cho­dzą­cego wie­czoru. Za­pła­kana Kriss zdo­była się na od­wagę i unio­sła wzrok na je­sion, te­raz nie­ru­chomy, mil­czący, ciem­nie­jący wraz z resztą lasu. Ode­szła gdzieś świa­tłość, którą pro­mie­nio­wał jesz­cze chwilę temu. Bez­i­mienna Do­lina znów sta­wała się zwy­kłym miej­scem wśród gór.

Kriss wie­działa jed­nak, że długo nie za­po­mni tego, co wi­działa przed mo­men­tem.

Wtem usły­szała po­spieszne kroki za ple­cami. Od­wró­ciła się i uj­rzała bie­gną­cego ku niej męż­czy­znę. U jego boku sa­dził su­sami wielki, mu­sku­larny wilk.

- Kriss! - krzyk­nął bie­gnący. Pęd strą­cił kap­tur z jego głowy, od­sła­nia­jąc po­ważną twarz bez za­ro­stu i nie­spo­kojne oczy. - Kriss... - wy­szep­tał. Przy­padł do niej i po­mógł usiąść.

Ta wsparła się na nim i uśmiech­nęła gorzko, pół­przy­tom­nie. Jakby znu­żona, za­ci­snęła po­wieki.

- Wie­dzia­łam, że tu zmie­rzasz... - wy­szep­tała. - Sverre, ja znów wi­dzia­łam...

Męż­czy­zna za­ci­snął zęby, jakby wście­kłość wal­czyła w nim o lep­sze z ulgą.

- Kriss, do reszty osza­la­łaś! - wy­ce­dził. - Dla­czego przy­cho­dzisz tu sama? Prze­cież wiesz, że przez te swoje wi­zje tra­cisz siły, a te góry rzą­dzą się wła­snymi za­sa­dami...

- Dla­czego przy­by­wam tu sama? - Kriss uśmiech­nęła się blado, nie otwie­ra­jąc oczu. - Cóż za głu­pie py­ta­nie, Sverre. Prze­cież nie po­zo­stał już nikt!

- Je­stem ja, jest Skygge! - Dłoń męż­czy­zny zmierz­wiła sierść na wil­czym łbie. - Jest Gun­nar, są inni! Kriss, nie mo­żesz...

- Gdzie są ci inni? - za­py­tała sen­nie dziew­czyna. - Gdzie? Wy­rze­kli się swego dzie­dzic­twa, za­po­mnieli o ko­rze­niach, po­rzu­cili nas... Żyją no­wym ży­ciem. Są te­raz zwy­kłymi ludźmi, mają zwy­czajne pro­blemy... To do­bry wy­bór, zro­bili le­piej od tych, któ­rzy po­szli za Czar­nym Złem.

- Jak Ra­gnar. - Sverre za­ci­snął zęby. Złość wy­pa­ro­wała i prze­obra­ziła się w go­rycz. - Wciąż nie mogę się po­go­dzić z jego zdradą.

Wilk tar­gnął łbem, a w żół­tych oczach bły­snęła nie­na­wiść. Chra­pliwe, zło­wro­gie szczek­nię­cie po­nio­sło się nad ko­ro­nami drzew.

- Na­dal utrzy­mu­jesz, że ci, któ­rzy nas zdra­dzili, na­dejdą wraz z Czar­nym Złem? - za­py­tał męż­czy­zna. - Na­dal w to wie­rzysz?

- Wiara nie ma z tym nic wspól­nego. Ja to wi­dzia­łam, Sverre. Oni już zwie­rają szyki i nie­ba­wem tu będą, silni, zjed­no­czeni. Wy­biją nas, za­biorą Bez­i­mienną Do­linę. Okieł­znają Króla Gór. Przy­ci­sną go do ziemi, po­ra­nią, wy­du­szą z niego ży­cie.

Spoj­rze­nie Sver­rego mi­mo­wol­nie skie­ro­wało się ku roz­ło­ży­stemu drzewu, le­d­wie wi­docz­nemu już po­śród ciem­no­ści. Ni­kło te­raz tak, jak zni­kał ich świat.

- Co do­kład­nie prze­ka­zał ci Król Gór? - Sverre pró­bo­wał mó­wić rze­czowo i z opa­no­wa­niem.

- Nie zro­zu­mia­łam wszyst­kiego - po­wie­działa Kriss przez za­ci­śnięte gar­dło. - Prze­ka­zał mi, że nie­długo na­sza kra­ina za­roi się od ob­cych, któ­rzy będą pra­gnęli po­za­bi­jać się na­wza­jem. Wśród nich bę­dzie trzech, któ­rych prze­zna­cze­nie skie­ruje ku Bez­i­mien­nej Do­li­nie. Jed­nego przy­wie­dzie chci­wość, dru­giego nie­na­wiść, a trze­ciego... Cóż, serce trze­ciego nie bę­dzie ska­żone złem, choć to czło­wiek usy­no­wiony przez śmierć, zna­jący jej ta­jem­nice i ka­prysy le­piej od ko­go­kol­wiek z ży­ją­cych. On po­łoży kres na­szym wa­ha­niom i cier­pie­niom, Sverre. On po­łoży kres wszyst­kiemu.

*

Re­flek­tor na duń­skim brzegu raz jesz­cze za­mi­go­tał na­tar­czy­wie, do­ma­ga­jąc się od­po­wie­dzi.

Woj­tek sap­nął i prze­klął go w my­ślach.

- Cią­gle to samo - mruk­nął ktoś za jego ple­cami. - What ship i what ship. Mógłby cho­ciaż...

- Bez ga­da­nia - ode­zwał się pół­gło­sem do­wódca, ko­man­dor pod­po­rucz­nik Eu­ge­niusz Wil­czak. - Kurs bez zmian.

Na mostku za­pa­dła nie­mal zu­pełna ci­sza, prze­ry­wana je­dy­nie mruk­nię­ciami ofi­cera na­wi­ga­cyj­nego i ci­chymi ko­men­dami do­wódcy. Woj­tek prze­tarł oczy zmę­czone od wpa­try­wa­nia się w ciem­no­ści nad Sun­dem i ziew­nął sze­roko, rad, że nikt go nie wi­dzi. Na okrę­cie za­pro­wa­dzono bo­wiem cał­ko­wite za­ciem­nie­nie. Je­dy­nie nad sta­no­wi­skiem na­wi­ga­cyj­nym i ra­dio­wym pa­liły się nie­liczne lampy, a po­je­dyn­cze czer­wone świa­tło po­zy­cyjne idą­cej przed nimi "Bły­ska­wicy" nie­malże ni­kło w mroku.

Pod­po­rucz­nik Woj­ciech Śnie­żew­ski, drugi ofi­cer ar­ty­le­ryj­ski nisz­czy­ciela ORP "Grom", był wy­so­kim, szczu­płym czło­wie­kiem o gład­kiej twa­rzy nie­malże bez śla­dów za­ro­stu. Krót­kie, ja­sne włosy cze­sał na bok, co wraz z wiecz­nie za­ró­żo­wio­nymi po­licz­kami i ja­sno­nie­bie­skimi oczami nada­wało mu wy­gląd che­ru­binka, czło­wieka, który nie doj­rzał do swej rangi i zaj­mo­wa­nego sta­no­wi­ska. Nowo po­znani lu­dzie za­zwy­czaj po­trze­bo­wali sporo czasu, by na­uczyć się trak­to­wać go po­waż­nie, a gdyby ktoś przyj­rzał mu się te­raz, być może na po­wrót prze­stałby da­rzyć go za­ufa­niem.

Śnie­żew­ski zie­wał nie z po­wodu sen­no­ści, ale z ner­wów.

Jako ofi­cer ar­ty­le­ryj­ski nie mógł prze­cież w ża­den spo­sób po­móc ze­spo­łowi na­wi­ga­cyj­nemu, który pro­wa­dził okręt wśród mie­lizn płyt­kiego Sundu. Nie umiał też prze­nik­nąć wzro­kiem ciem­no­ści i doj­rzeć cza­ją­cych się tam za­gro­żeń, a prze­cież groźba kon­fliktu z Niem­cami ro­sła z każdą chwilą. Ofi­cjalne wy­po­wie­dze­nie wojny jesz­cze nie na­stą­piło, ale Śnie­żew­ski był pe­wien, że doj­dzie do niego w prze­ciągu kilku lub kil­ku­na­stu go­dzin.

Coś było na rze­czy. Prze­cież nie wy­sy­łano by nie­malże ca­łej pol­skiej eska­dry w mo­rze, gdyby sy­tu­acja się uspo­ka­jała. Opi­nię Śnie­żew­skiego po­dzie­lała więk­szość ob­sady mostka łącz­nie z do­wódcą, który bez­u­stan­nie za­ci­skał pię­ści, a roz­kazy wy­war­ki­wał głu­chym to­nem. Na­pię­cie było tak gę­ste, że można by je kroić, ale pol­skie okręty wciąż nie miały prawa do otwar­cia ognia.

"Prze­klęty pech" - za­klął Śnie­żew­ski w my­ślach.

Le­d­wie kilka go­dzin temu mi­nęli dy­wi­zjon okrę­tów na kontr­kur­sie. Nisz­czy­ciele i może lek­kie krą­żow­niki. Nikt nie wąt­pił, że to Niemcy. Tamci su­nęli nie­śpiesz­nie, w szyku li­nio­wym, nie­świa­domi, że skryci w mroku Po­lacy od­pro­wa­dzają ich lu­fami dział i wy­rzutni tor­pe­do­wych.

A może tamci pły­nęli do Za­toki Gdań­skiej? Może mieli roz­kaz, by o świ­cie otwo­rzyć ogień na Hel, Ja­star­nię czy Gdy­nię?

W prze­ciw­nym kie­runku niż zmie­rzały pol­skie okręty.

"Urzą­dzi­li­by­śmy szko­pom pie­kło" - po­my­ślał Woj­tek mści­wie, przy­my­ka­jąc oczy, by nie pa­trzeć na upar­cie mi­go­ta­jące świa­tło duń­skiego re­flek­tora. Po­kład drżał lekko, wpra­wiony w wi­bra­cje mocą po­tęż­nych mo­to­rów, a woda szu­miała wzdłuż burt. Ktoś za­klął, po­da­jąc po­pra­wiony od­czyt, ktoś ziew­nął ner­wowo, ktoś stuk­nął bla­sza­nym kub­kiem.

"Prze­cież sroce spod ogona nie wy­pa­dli­śmy. Nasz "Grom" nie gor­szy od pie­przo­nych nie­miasz­ków. Dałby im po­pa­lić, wspa­niały, szary smok" - po­my­ślał Woj­tek, uśmie­cha­jąc się gorzko w du­chu.

Od za­wsze na­zy­wał "Grom" smo­kiem, choć wie­dział, że ba­śniowe okre­śle­nia nie przy­stoją do­ro­słemu czło­wie­kowi, a tym bar­dziej ofi­ce­rowi okrętu wo­jen­nego. Lecz z wła­sną fan­ta­zją na­wet nie pró­bo­wał wal­czyć, bo smoki, cza­row­nice i za­klęte góry były jego naj­droż­szą i w za­sa­dzie je­dyną pa­miątką z dzie­ciń­stwa. Wy­peł­niały mu opo­wie­ści, naj­pierw snute przez ojca, a póź­niej czy­tane sa­mo­dziel­nie, i za nic w świe­cie by się ich nie wy­rzekł.

Na­raz sta­nął mu przed oczami bez­tro­ski ob­ra­zek z lat dzie­cię­cych. Było sło­neczne przed­po­łu­dnie, gdy oj­ciec za­brał go na spa­cer po Plan­tach. Szli wol­nym kro­kiem, żar­to­wali i raz za ra­zem wy­bu­chali śmie­chem. Mały Woj­tek trzy­mał w jed­nej rączce ogrom­nego li­zaka, a drugą ści­skał dłoń ojca, co chwila wzno­sząc ku niemu główkę.

- Na­prawdę tak było, tato? - py­tał z nie­do­wie­rza­niem, a oj­ciec uśmie­chał się i ki­wał głową z po­wagą.

Oj­ciec... Tak do­brze pa­mię­tał jego cier­pliwą, za­du­maną twarz i brodę, która dra­pała, gdy ca­ło­wał go na do­bra­noc. Pa­mię­tał jego grube oku­lary w ro­go­wych opraw­kach, po­pla­mione atra­men­tem palce i wiecz­nie zmierz­wione włosy. Pa­mię­tał jego ga­bi­net pe­łen sta­rych ksią­żek i prze­strach w oczach, gdy syn w wieku osiem­na­stu lat oznaj­mił, że chce wstą­pić do woj­ska.

"A może to wła­śnie jemu za­wdzię­czam? - po­my­ślał po raz setny. - Może gdyby nie bajki o daw­nych bo­ha­te­rach, ni­gdy nie za­pra­gnął­bym zo­stać żoł­nie­rzem?"

Prze­cież nie miał w so­bie ani śladu wo­jow­ni­czo­ści. Choć był dziec­kiem ży­wym i do­cie­kli­wym, za­wsze uni­kał pa­ko­wa­nia się w kło­poty, psoty nie przy­cho­dziły mu na­wet do głowy, a przed bój­kami ucie­kał, aż się za nim ku­rzyło. Kto by po­my­ślał, że kie­dyś bę­dzie do­wo­dzić ar­ty­le­rią na naj­no­wo­cze­śniej­szym pol­skim okrę­cie.

Znów wbił wzrok w skryte w ciem­no­ściach brzegi. Oj­ciec umarł wła­śnie tam, w ci­chej, spo­koj­nej Da­nii, rok temu w sierp­niu. Jak zwy­kle spę­dzał lato w Ko­pen­ha­dze, gdzie we­spół z kil­koma ko­le­gami z miej­sco­wego uni­wer­sy­tetu pro­wa­dzili ja­kieś ba­da­nia hi­sto­ryczne, bo­dajże nad wy­prawą het­mana Czar­nec­kiego. Po­trą­cił go sa­mo­chód, gdy wy­cho­dził wie­czo­rem z uni­wer­sy­tetu.

Nad świa­tem hu­lały już wi­chry wojny i Woj­tek za­dał so­bie w my­ślach py­ta­nie, czy kie­dyś jesz­cze zdoła sta­nąć nad gro­bem ojca.

- Jest pan wolny, Śnie­żew­ski - ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie po­rucz­nik Dziel­ski, pierw­szy ofi­cer ar­ty­le­rii. Jego twarz była le­d­wie wi­doczna. - Pań­ska wachta do­bie­gła końca.

- Tak jest. - Woj­tek otrzą­snął się z za­dumy. - Sta­no­wi­ska w po­go­to­wiu bo­jo­wym, działa za­ła­do­wane po­ci­skami bu­rzą­cymi.

- Dzię­kuję. Mi­łej nocy.

Woj­tek ru­szył w kie­runku ka­juty, którą dzie­lił ze Stasz­kiem Łę­kiem, ofi­ce­rem na­wi­ga­cyj­nym, ale roz­my­ślił się i wy­szedł na po­kład od strony pra­wej burty. Była piękna noc. Rześ­kie, mor­skie po­wie­trze sma­ko­wało do­sko­nale, niebo ja­rzyło się gwiezd­nym py­łem, a da­leko na szwedz­kim brzegu mi­go­tały po­je­dyn­cze świa­tełka ry­bac­kich wio­sek. Za rufą bie­lał kil­wa­ter okrętu, a da­lej Woj­tek do­strzegł ni­kłe, po­je­dyn­cze świa­tło po­zy­cyjne "Bu­rzy".

- Ma­giczna noc - wes­tchnął do sie­bie, opie­ra­jąc się łok­ciami o re­ling.

- Cel­nie pan to ujął - po­wie­dział ktoś obok niego.

- Pa­nie ko­man­do­rze! - Woj­tek na­gle wy­prę­żył się na bacz­ność, za­wsty­dzony za­równo tym, że nie do­strzegł do­wódcy, jak i tym, że ten przy­ła­pał go na ma­rzy­ciel­stwie.

- Spo­cznij­cie, po­rucz­niku. - Do­wódca nisz­czy­ciela, ko­man­dor Eu­ge­niusz Wil­czak, uśmiech­nął się lekko i sze­roko ziew­nął. - Nie bawmy się w kon­we­nanse pod­czas ma­gicz­nych nocy. Tym bar­dziej że pew­nie nie­wiele nam ich zo­stało. Ma pan ja­kie­goś pa­pie­rosa?

- Obo­wią­zuje za­ciem­nie­nie, pa­nie ko­man­do­rze - bąk­nął nie­śmiało Śnie­żew­ski.

- A mnie za­raz szlag trafi, jak so­bie nie za­palę - burk­nął do­wódca. - Tu bę­dziemy osło­nięci. No, ma pan tego pa­pie­rosa czy nie?

- Na­tu­ral­nie. Pro­szę.

Chwilę póź­niej do­wódca i jego pod­władny za­cią­gnęli się dy­mem.

- Niech pan mówi - po­wie­dział na­gle Wil­czak.

- Co mam mó­wić?

- Nie drę­czą pana wąt­pli­wo­ści? - Do­wódca wy­dmuch­nął kłąb dymu na­tych­miast po­rwany przez wiatr. - Niechże pan nie żar­tuje. Ma je pan wy­pi­sane na twa­rzy.

- My­śla­łem o ojcu - przy­znał Woj­tek. - Jego grób jest w Ko­pen­ha­dze.

- Tak, przy­po­mi­nam so­bie. Pro­fe­sor An­drzej Śnie­żew­ski, świa­to­wej sławy hi­sto­ryk i ar­che­olog. - Ko­man­dor po­ki­wał głową. - Czy­ta­łem jego opra­co­wa­nia na te­mat le­gendy Joms­borga. Bar­dzo cie­kawe wy­wody.

- Miło mi to sły­szeć - rzekł za­sko­czony Woj­tek. - Je­stem bar­dzo dumny z do­ko­nań ojca.

- Cóż, a ja je­stem dumny z pana - oświad­czył do­wódca.

Śnie­żew­ski spoj­rzał na niego uważ­niej, mimo ciem­no­ści świa­dom tego, że do­wódca bacz­nie mu się przy­gląda.

- Skoro w isto­cie roz­my­śla pan o ojcu, do­brze to o panu świad­czy - kon­ty­nu­ował Wil­czak. Za­cią­gnął się moc­niej. Jego twarz roz­świe­tlił na mo­ment żar pa­pie­rosa. - Bo więk­szość za­łogi an­ga­żuje inny te­mat. Trwają być może ostat­nie dni po­koju, nasz kraj szy­kuje się do wojny, a na­sza eska­dra opusz­cza Gdy­nię i pod osłoną ciem­no­ści wieje do Wiel­kiej Bry­ta­nii! Prze­my­kamy ni­czym zło­dzieje przez Sund, bo­jąc się na­wet od­po­wie­dzieć na sy­gnały z brzegu! Trzy naj­więk­sze pol­skie okręty! - Po­krę­cił głową i mil­czał przez chwilę, po czym spy­tał: - O tym pan nie my­śli?

- My­ślę - rzekł Śnie­żew­ski. - Czę­ściej niż­bym so­bie tego ży­czył. I wiem tyle, że na Bał­tyku nie mie­li­by­śmy z Krieg­sma­rine żad­nych szans.

- Prę­dzej do­pa­dłaby nas Luft­waffe - rzekł gorzko do­wódca. - I za­fun­do­wała nam bru­talny ko­niec, w któ­rym na­wet naj­więk­szy ro­man­tyk nie zdo­łałby się do­pa­trzyć chwały. Na­sza ope­ra­cja, choć przy­po­mina tchórz­liwą ucieczkę, ma pa­ra­dok­sal­nie wię­cej sensu. Za­da­niem "Bu­rzy", "Bły­ska­wicy" i "Gromu" jest do­tar­cie do Wiel­kiej Bry­ta­nii i w wy­padku nie­miec­kiej in­wa­zji eskor­to­wa­nie wraz z Royal Navy kon­wo­jów z ma­te­ria­łami wo­jen­nymi do Pol­ski.

Pstryk­nięty pet za­kre­ślił łuk w po­wie­trzu i znik­nął w fa­lach.

- Ser­cem je­stem z ko­le­gami, któ­rzy zo­stali w Gdyni, tym bar­dziej że wielu z nich to moi bli­scy przy­ja­ciele, ale cie­szę się z tego, że nie mu­szę umie­rać. Wielu mło­dych ma pra­gnie­nie bo­ha­ter­skiej śmierci wpi­sane w toż­sa­mość, i pra­gnę pana przed tym prze­strzec, po­rucz­niku. Śmierć nie jest te­atral­nym przed­sta­wie­niem ani eg­za­mi­nem, który ko­niecz­nie trzeba zdać. O wiele bar­dziej ce­nię so­bie ży­cie, w któ­rym będę mógł się cze­muś przy­słu­żyć. Za­mie­rzam so­bie tę mą­drość po­wta­rzać z każdą ko­lejną milą mor­ską, która od­dziela nas od Gdyni, czego i panu ży­czę. Dzię­kuję za pa­pie­rosa, po­rucz­niku. Do­bra­noc.

Z ostat­nim sło­wem Wil­czak od­wró­cił się i znik­nął w drzwiach.

"Śmierć nie jest przed­sta­wie­niem - po­wtó­rzył w my­ślach Śnie­żew­ski. - Nie jest eg­za­mi­nem".

Słowa te wy­dały mu się pu­ste, obo­jętne, a wy­po­wiedź do­wódcy obu­dziła w nim inne emo­cje od tych, ja­kich ten za­pewne by się spo­dzie­wał. Woj­tek uświa­do­mił so­bie, że nie ma ochoty roz­my­ślać o ce­lo­wo­ści bo­ha­ter­stwa. Ba, nie umie. Zro­biło mu się na­to­miast zimno, jakby śmierć, przy­wo­łana gorz­kimi sło­wami Wil­czaka, sta­nęła na­gle obok niego i za­rzu­ciła mu ra­mię na bark.

Jak do­bry przy­ja­ciel.

Wzdry­gnął się i po­szedł do ka­juty, ze wszyst­kich sił pró­bu­jąc po­zbyć się owego wra­że­nia.