Wstęp
Szczęknęły rygle i w otwarty właz chlusnęła oślepiająca jasność poranka.
Mrużąc nawykłe do mizernego światła żarówek oczy tłoczyli się w ciasnym
przejściu i wysypywali na pokład prosto w ostrą, niemal mroźną świeżość
czystego jak kryształ powietrza. Zachłystywali się nim prawie, po
zaduchu okrętowych pomieszczeń aż zapierało dech. Otrząsali się w rześkim chłodzie z resztek niedługiego snu.
-?Maj, psiakrew! O tej porze w kraju...
Umilkły nagle, jak nożem ucięte, zwykłe, poranne pogwarki, a i ten,
który rzucił tę uwagę, urwał zdanie w połowie, jakby speszony własną
śmiałością. Kraj... Toć w każdej godzinie ostatnich długich ośmiu
miesięcy nie myślą przecież o niczym innym tylko o nim, o swoich domach
i bliskich, pozostawionych w ogniu wojny o tysiące mil stąd, od tego
chłodnego, obcego kraju, dokąd rzuciły ich rozkazy i wojenne losy. Ileż
to razy każdy z nich wracał wspomnieniami do tamtych tak już odległych,
a wciąż przecież najbliższych stron, ludzi i spraw? Ile to mówili o nich
podczas pierwszych miesięcy na obczyźnie, póki nie wciągnął ich w swe
tryby kierat rozpalającej się w świecie wojny i nie sprawił, że zamknęli
te myśli i uczucia w sobie, głębiej gdzieś, stawiając na pierwszym
miejscu potrzebę wypełniania w walce swoich marynarskich obowiązków?
Więc po co tak nieopatrznie i niepotrzebnie urażać ledwo zabliźnione
rany?
Rozchodzili się w milczeniu na swoje stanowiska. Za kilka minut ósma:
trzeba zmienić tych, którzy od czwartej pełnią "świtówkę". Wiadomo, z jaką niecierpliwością czeka się w taki ziąb na zmianę, na rozprostowanie
kości w ciepłym pomieszczeniu i gorące śniadanie...
Z wprawą, nabytą przez lata służby, mat Paweł Górski pokonał strome
schodnie i znalazł się na pomoście bojowym. Miał tu dziś pełnić
obowiązki obserwatora celów, a w razie alarmu przeciwlotniczego -
celowniczego przy ustawionym na skrzydle pomostu enkaemie. Szybko
odprawił zziębniętego artylerzystę, obrócił kilka razy swego Hotchkissa,
omiatając podwójnymi, sprzężonymi lufami bezchmurny błękit nieba i dopiero potem rozejrzał się dokoła.
Widok, jaki miał przed oczyma, za każdym razem od nowa budził w nim
zachwyt i zdumienie, choć przecież już od kilkunastu dni przemierzał
wody tej baśniowej krainy. Urzekające, nierealne wprost w swej zimowej
urodzie piękno norweskich fiordów sprawiało, że człowiek czuł się tu jak
przeniesiony nagle do zupełnie innego świata, dziwnego i niepodobnego do
innych stron, tajemniczego, surowego, wypełnionego kościelną niemal
ciszą i powagą, w której -?zda się -?nie powinno być miejsca dla huku
wojny. Oto przed dziobem okrętu otwiera się skalista gardziel: to fiord
Rombakken. Jakaś nieznana siła głęboko rozcięła w tym miejscu wyniosłe
pasmo górskie i wypełniła wąwóz lustrem wody o lśniącej i ciemnej
zarazem powierzchni bez jednej zmarszczki i nie spotykanej gdzie indziej
barwie płynnego srebra lub rtęci. Prosto z wody wyrastają pionowe
prawie, u wlotu gardzieli niższe i obłe jak grzbiety jakichś
przedpotopowych zwierząt, skalne ściany, w głębi lądu wypiętrzające się
narastającymi garbami aż po odległe, skrzące się w słońcu korony
zębatych szczytów. Wszystko to spowite jest bielą śniegu i nakryte
wysoką kopułą błękitu.
-?No, przed wojną to by cię, bracie, nie stać było na taką wycieczkę...
Głos sygnalisty sprowadza mata Górskiego do rzeczywistości. Wycieczka...
Przecież właśnie tam, wśród śniegu i skał tego baśniowego lądu,
przyczaił się wróg. Za którym grzbietem czy załomem skalnym tkwią
dzisiaj jego działa?
Zresztą ląd jest blisko, bardzo nawet blisko od prawej burty okrętu. ORP
"Grom" leży w bezruchu na wodzie niespełna milę od brzegu i nie trzeba
nawet lornetki, aby policzyć rozsypane na stromym zboczu domki Vassvik,
przedmieścia Narwiku. Samo miasto ukryte jest częściowo za wzniesieniem,
ale tę wyższą jego część, która wspina się amfiteatralnie po stoku,
widać stąd dokładnie. W szkłach lornetki pudełka domów rosną
niepokojąco, patrząc rzędami okien.
Jeżeli my -?myśli mat Górski -?widzimy ich tak wyraźnie, to przecież
stamtąd mają nas jak na dłoni!
Jeszcze rzut oka przez dziób. Wejście do fiordu Rombakken nie jest
szerokie, a dalej nawet przewęża się tak, że obydwa brzegi dzieli od
siebie niewiele więcej niż mila. Cypel tego północnego, widoczny z lewej
strony przed dziobem, jest bardziej oddalony, a przez to i mniej jakby
ważny. Zasadniczy cel kryje się na bliskim, południowym brzegu fiordu.
Tędy przecież, samym skrajem stromego wybrzeża biegnie wycięta w zboczach góry i poprowadzona w wielu miejscach tunelami linia kolejowa,
która wiedzie do położonego na narwickim cyplu miasta i portu. To jedyna
dziś droga zaopatrzenia dla niemieckiego garnizonu w Narwiku i dlatego
trzeba ją przeciąć, sparaliżować, uniemożliwić na niej wszelki ruch.
Jedynie za rufą okrętu rozciąga się widok milszy dla marynarskiego oka -
spory szmat szerzej otwartych wód tam, gdzie Ofot fiord łączy się z fiordem Herjangs. Rysują się zresztą na nich sylwetki jakichś okrętów,
ale mat Górski jest pewny, że tutaj mogą być tylko swoi...
-?To krążownik "Aurora" -?podpowiada sygnalista -?i niszczyciele
"Bedouin" i "Enterprise", a ten trzeci, tam najdalej, to chyba będzie
"Faulknor". Idą tu, w naszą stronę, ale bardzo wolno...
Na pomoście "Groma" trwała poranna krzątanina, wzmożona jeszcze
obecnością dowódcy i oficerów, więc Górski wycofał się na skrzydło
prawej burty, w kąt obok swego Hotchkissa. Widział stąd brzeg aż po
cypel osiedla Lallevik i całą rufową część okrętu. Najbliżej, tuż za
podstawą masztu i kominem, tkwiła na swoich stanowiskach obsada
40-milimetrowego przeciwlotniczego "Boforsa". Zabawnie wyglądały z góry
krótkie, pękate postacie marynarzy, zniekształcone przez grubą warstwę
odzieży i pasy ratunkowe, w dodatku nakryte grzybkami płaskich hełmów.
Dojrzał jeszcze pod jednym z nich twarz Antosia Białeckiego, ale szybko
odwrócił wzrok ku brzegowi: przecież po to go tu postawiono.
Kilkanaście minut po ósmej ustała wszelka krzątanina i pokład zamarł w spokojnym, lecz czujnym bezruchu. W głębi okrętu huczały agregaty,
ludzie przełykali ostatnie kęsy śniadania, ale na zewnątrz tylko
monotonny szum wentylatorów mącił ciszę. "Grom" nadal zresztą stał w dryfie i nawet na pomoście nic nie wróżyło przygotowań do alarmu
manewrowego.
To był krótki jak mgnienie oka moment, kiedy Górskiemu wydało się, że w ciszę wplótł się nagłe jakiś odległy, choć znany dźwięk. Nim zdążył
rzucić do oczu lornetkę i podnieść ją ku górze, już rozległ się okrzyk:
-?Samoloty!!!
Górski dostrzegł je w tej samej chwili, kiedy rozjazgotały się sygnały
alarmu przeciwlotniczego. Dwa He-111 wychynęły zza wysokiego pasma gór i szły po bezchmurnym niebie.
-?Wysokość trzy tysiące!
Kiedy obracał na nie lufy swego enkaemu, spostrzegł jeszcze kątem oka
oba ryjki "Boforsa", które zamiotły niebo półkręgiem i skierowały się w tę samą stronę. Potem zostały już tylko kreski samolotów na błękicie,
wpisane w celowniki, i napięte oczekiwanie na komendę: "Ognia!".
Były jeszcze i za wysoko, i za daleko. Szły zresztą nie wprost na okręt,
ale jakoś z boku, tak jakby mierzyły raczej w nadchodzące z głębi fiordu
Herjangs okręty angielskiego zespołu. W każdej chwili mogły jednak
zrobić zwrot, więc zawiśli na nich wzrokiem.
I wtedy kiedy oba samoloty przykuły całą ich uwagę, zelektryzował
wszystkich na pomoście rozpaczliwy okrzyk sygnalisty:
-?Jest! Jest trzeci!!!
Wypatrzyli. Wysoko, znacznie wyżej niż tamta dwójka, ale już wprost nad
okrętem tkwił na niebie dwusilnikowy Ju-88.
-?Wysokość pięć tysięcy czterysta!
-?Rzucił bomby...
Potem był już tylko ogłuszający huk i potężne targnięcie, które wyrwało
Górskiemu pokład spod nóg. Padając dostrzegł jeszcze wysoki słup dymu i pary, a później toczył się bezwładnie rzucany przechyłami, usiłując
prawie podświadomie uchwycić się czegokolwiek.
Kiedy dźwignął się wreszcie, spostrzegł, że pokład pomostu nachylony
jest pod jakimś nienaturalnym kątem. Omroczony umysł rejestrował tylko
urywki obrazów: ktoś poruszał się obok niego, widział twarze z rozwartymi jak do krzyku ustami, ale nie słyszał nic. Czuł tylko, jak
oparcie pod stopami wciąż się przechyla, i wreszcie z mroków wyłoniła
się jedna myśl: To już koniec...
Wtedy świat wokół niego powrócił do dawnych kształtów i ożył dźwiękiem.
Zobaczył dowódcę, który wychylony za osłonę pomostu bojowego wołał
donośnym, lecz spokojnym głosem:
-?Okręt tonie! Skakać za burtę!
Ktoś inny krzyczał tuż obok niego:
-?Pas dla dowódcy! Pas!
Zsuwali się z góry z pomostu, czepiając się przechylonych schodni, na
pogrążony już częściowo w wodzie pokład. W gryzącej chmurze dymu i płomieni Górski dostrzegł jeszcze, że okręt jest w środku niemal
przełamany na pół, a rufowa, oderwana od reszty część przekręca się
osobno na bok, na burtę. Potem wypuścił z dłoni ostatni szczebel trapu i po pochyłych, oślizłych blachach pokładu stoczył się do wody.
Artylerzysta z obsady "Boforsa", Antoni Białecki, dojrzał obłe kształty
bomb tuż niemal nad sobą. Obraz ten zarejestrował w pamięci ostro jak
zatrzymaną nagle na ekranie klatkę filmową, a potem jakaś straszliwa
siła zdmuchnęła go z siodełka i wyrzuciła w powietrze. Mignął mu na
moment przed oczami skrawek pokładu, po którym biegł okrętowy
rusznikarz, bosman Józef Łuszczewski, dostrzegł jeszcze, jak tamten
padał -?niekształtny tobół bez głowy -?póki sam nie runął ciężko, z wysoka, do lodowatej wody.
Pas wyrzucił go na powierzchnię -?krztuszącego się, zupełnie
ogłuszonego. Początkowo nie widział prawie nic. Szamotał się
rozpaczliwie, płynąc czas jakiś na oślep, póki instynkt nie
podpowiedział mu: Na okręt, z powrotem na okręt! Tam przecież ratunek...
Obracał się w wodzie, aż wreszcie dojrzał to, co przed kilkoma minutami
było jeszcze wielkim, mocnym okrętem -?jego domem. Nie docierał do niego
żaden dźwięk, a straszliwy ból w głowie i w uszach kazał domyślać się,
że popękały mu chyba bębenki, i sprawiał, że widział wszystko jak na
niemym, rozmazanym obrazie w starym kinie. Oto tam, gdzie spodziewał się
znaleźć dobrze znane kształty, zobaczył dwa osobne, rozdzielone słupem
dymu i pary stalowe rumowiska. Poruszały się one i przechylały ku sobie
jakimś pokrętnym, spowolnionym ruchem, a wreszcie to, co przedtem było
dziobem i rufą, zetknęło się, zwarło w pionowym położeniu jak szczęki
ogromnych nożyc i osunęło w głębinę, pozostawiając zawieszone nad wodą
kłęby brudnoszarych dymów.
A wszystko stało się tak szybko, że przez skołataną głowę artylerzysty
Antoniego Białeckiego przemknęła jedna tylko myśl: To przecież był nasz
najpiękniejszy...
Rozdział I
Kiedy złożyli swoje marynarskie worki na nabrzeżu stoczniowym w Plymouth, mat Józef Drąg trącił kolegę:
-?Który to "Grom"? Ten?
-?Chyba ten...
-?O rany... Piękny!
Było co podziwiać. Spośród innych stojących w dokach okrętów ten jeden
wyróżniał się sylwetką zupełnie niepodobną do typowych, znanych im
kontrtorpedowców tej klasy. Zwarte, spiętrzone bliżej dziobu nadbudówki,
zwieńczone wysokim pomostem bojowym, a w szczególności pojedynczy,
szeroki, lekko pochylony ku rufie komin przydawały okrętowi bojowego
wyglądu, czyniąc go zresztą podobnym raczej do średniego krążownika.
Ogarniali go więc łapczywym wzrokiem i rosły im serca mieli szczęście,
że to ich właśnie wybrano do załogi, że będą na tym cacku służyć!
-?...no bo gdzie tam "Wichrowi" czy "Burzy" do naszego "Groma"!
A działo się to w pierwszych dniach marca roku 1937, kiedy najnowszy
nabytek polskiej Marynarki Wojennej ORP "Grom" sposobił się do prób
przed ostatecznym przekazaniem do służby pod biało-czerwoną banderą.
Odbioru dokonać miała komisja pod przewodnictwem kmdr. por. Włodzimierza
Steyera. Komisji towarzyszyła w dokach Plymouth
trzydziestosześcioosobowa grupa podoficerów, wybranych spośród
najlepszych: ci mieli stanowić trzon załogi. Kilku z nich zresztą
przyjechało do Anglii już wcześniej i zapoznawało się z urządzeniami
okrętu jeszcze w trakcie budowy, ale zasadnicza grupa przybyła z kraju
na pokładzie "Wilii" dopiero przed kilkoma dniami. W niej właśnie
znalazł się maszynista mat Józef Drąg. I nie zdążył nawet jeszcze
uporządkować świeżych wrażeń, kiedy chwycił go w swe tryby kołowrót
gorączkowej pracy na nowym okręcie, który trzeba było poznawać od nowa,
od początku. Był doświadczonym specjalistą. Miał za sobą już blisko
cztery lata służby, kilkunastomiesięczne pływanie na "Burzy" po młodszym
kursie i ukończony starszy, dziewięciomiesięczny kurs maszynistów, po
którym objął samodzielne stanowisko w maszynowni okrętu hydrograficznego
"Podhalanin". Tu jednak, na "Gromie", stanął wobec wielu nowości, z którymi nigdy dotąd się nie spotykał. Ogromnym krokiem naprzód było już
samo konstrukcyjne rozwiązanie siłowni okrętu z podziałem na dwie osobne
kotłownie z trzema kotłami głównymi i dwa osobne przedziały głównych
turbin napędowych typu Curtis-Parsons o mocy 27 tys. KM, a dochodził
przecież do tego i zupełnie inny -?opracowany przez konstruktorów
polskich -?system wentylacji kotłowni, nie mówiąc już o dziesiątkach
dalszych zmian także w samych urządzeniach. Pocił się więc setnie, ale z poznańskim uporem i akuratnością dochodził sedna każdej nowej sprawy.
Rosło w nim uznanie i szacunek dla "Groma": ej, to już nie staruszka
"Burza"...
Podobne porównania poczyniono znacznie wcześniej w Kierownictwie
Marynarki Wojennej, bo już w początkach roku 1934 zrezygnowano z usług
stoczni francuskich i poczęto rozglądać się za nowymi kontrahentami.
Wynikło to z pewnego ochłodzenia stosunków francusko-polskich w tamtym
okresie, ale głównie z przyczyn bardziej prozaicznych: po prostu okrętom
produkowanym we francuskich stoczniach daleko było do nowoczesności, a miary dopełniały przeciągane wciąż terminy, kiepskie wykonawstwo i nie
najniższe wreszcie ceny. Wyciągnięto wnioski z perypetii, związanych z budową "Wichra" i "Burzy", a także z eksploatacji obu tych okrętów i w początkach roku 1934 postanowiono rozpisać wśród stoczni szwedzkich i angielskich przetarg na budowę dwóch nowych kontrtorpedowców.
Oczywiście taka decyzja pociągnęła za sobą konsekwencje natury nie tylko
gospodarczej, lecz i politycznej. Zaproszenie do przetargu stoczni
angielskich mogło bardziej jeszcze rozluźnić stosunki francusko-polskie,
ale było też krokiem w kierunku nawiązania ściślejszych kontaktów
wojskowych z Wielką Brytanią. Ponadto stocznie angielskie miały wysoką
markę, a chodziło przecież o to, aby za wysupłane z takim trudem z państwowego budżetu pieniądze otrzymać produkt najwyższej jakości.
Minęły zresztą czasy stawiania "pierwszych kroków" na morzu i ludzie,
sprawujący w Kierownictwie Marynarki Wojennej pieczę nad techniką,
wiedzieli już dokładnie, czego chcą. Pracami Wydziału Budowy Okrętów KMW
i jego Biura Zaopatrzenia kierowali tak doświadczeni specjaliści, jak
inżynierowie Jan Morze i Mikołaj Berens, kmdr inż. Stanisław Rymszewicz
czy kpt. mar. inż. Seweryn Bukowski, którzy na podstawie studiów i badań
precyzyjnie ustalili warunki, jakie powinny spełniać nowe okręty tego
typu i klasy. Inna sprawa, że na projektowanie i określanie konkretnych
parametrów przyszłych okrętów miały ogromny wpływ kierunki ówczesnej
polityki zagranicznej oraz założenia i plany strategiczne, które
przygotowywano głównie z myślą o konflikcie ze Związkiem Radzieckim. To
wyjaśniało fakt, dlaczego zamiast okrętów niewielkich, bardziej
przydatnych do obrony wybrzeża nastawiano się na budowę jednostek
dużych, o wyporności ponad 2 tys. ton, silnym uzbrojeniu i dalekim
zasięgu pływania. Takie jednostki mogły operować bez trudu z dala od
baz, choćby na przykład na bałtyckich przewozowych szlakach ZSRR.
Przetarg wygrała stocznia Samuela White'a z Cowes na wyspie Wight. Firmy
szwedzkie i angielska stocznia John Thornycroft Company z Southampton
odpadły ze względu na zbyt wygórowane żądania finansowe. Firma pana
White'a natomiast podjęła się wybudowania dwóch jednakowych okrętów o wyporności 2144 tony każdy po 388 tysięcy funtów "za sztukę", co
przekraczało tylko nieznacznie kwotę 10 milionów złotych, i to w terminie 26 miesięcy.
Nie tylko jednak względy finansowe sprawiły, że postanowiono przyjąć
ofertę tej właśnie stoczni, Projekt okrętu, opracowany przez te zakłady,
był najbliższy polskim założeniom, a ponadto stocznia w Cowes zgodziła
się wprowadzić do niego wszelkie zmiany, jakich zażąda Kierownictwo
Marynarki Wojennej. Kręcili, co prawda, angielscy spece nosami nad
niektórymi żądaniami, tyczącymi spraw konstrukcyjnych (jak choćby nad
owym nowym rozwiązaniem systemu wentylacyjnego w kotłowniach), ale po
bliższym zapoznaniu się z polskimi usprawnieniami zmieniali ton. W umowie z panem White'em zastrzeżono również, że część wyposażenia okrętu
-?m.in. kable, instalację telefoniczną, windy kotwiczne, łodzie
ratunkowe itp. -?dostarczy zleceniodawca z krajowych fabryk.
29 marca 1935 roku podpisano w Londynie umowę, a już 17 lipca odbyła się
na specjalnie przedłużonej do tego celu pochylni uroczystość wbicia
pierwszego nitu. W rejestrach stoczni w Cowes okręt otrzymał okrągły
numer 1800. Nazwę "Grom" nadał mu minister spraw wojskowych dopiero w maju roku 1936, kiedy kończono już prawie budowę kadłuba.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki