2
Przyjęcie urodzinowe
Było to bardzo długie, gorące lato, nawet jak na Korfu. Deszcz nie padał od kilku miesięcy i od wschodu do zachodu słońce przypiekało wyspę z czysto błękitnego nieba. Wszystko było spieczone, wysuszone i panował dotkliwy skwar. Z naszego punktu widzenia to lato okazało się dość wyczerpujące. Larry, z właściwą sobie szczodrością, zaprosił szerokie grono artystycznych przyjaciół. Rzeczywiście pojawiali się w tak licznych grupach, że matka zmuszona była wynająć dwie dodatkowe pokojówki i większość czasu spędzała w naszej obszernej, posępnej kuchni poniżej poziomu gruntu, biegając od palnika do palnika, by przyrządzić dostateczną ilość jedzenia dla armii dramatopisarzy, poetów, autorów i artystów, zapewniając im dobre samopoczucie. Teraz właśnie odprowadziliśmy ostatnich gości i cała rodzina odpoczywała na balkonie, popijając mrożoną herbatę i spoglądając na spokojne, błękitne morze.
- Cóż, dzięki Bogu już po wszystkim - zauważyła matka, sącząc herbatę i poprawiając okulary. - Naprawdę, Larry, kochanie, wolałabym, żebyś nie zapraszał tych wszystkich ludzi. To było strasznie wyczerpujące.
- Ale nie byłoby takie, gdybyś wszystko zorganizowała jak należy - skonstatował Larry. - Przecież oferowali się z pomocą.
Matka spiorunowała go spojrzeniem.
- Wyobrażasz sobie ten tłum w mojej kuchni i tę pomoc? - zapytała. - Źle to wyglądało już w czasie posiłków, a co dopiero, gdyby plątali mi się pod nogami w kuchni. Nie, przez resztę lata chcę mieć spokój. Nie wydaje mi się, bym miała ochotę coś robić. Czuję się całkowicie wyczerpana.
- Nikt cię nie prosi, żebyś coś robiła - powiedział Larry.
- Jesteś pewien, że nikogo więcej nie zaprosiłeś? - spytała matka.
- Chyba nie - odparł beztrosko.
- Cóż, jeśli się zjawią, równie dobrze mogą zatrzymać się w hotelach - orzekła matka. - Ja mam już dość.
- Nie rozumiem, skąd ta wojownicza postawa - powiedział urażonym tonem Larry. - Uważam ich za bardzo miłą gromadkę.
- Nie musiałeś dla nich gotować - zauważyła matka. - Czuję, że nie mam ochoty oglądać więcej tej kuchni. Po prostu chciałabym gdzieś wyjechać i uciec od tego wszystkiego.
- To znakomity pomysł - oznajmił Larry.
- Co? - zdziwiła się matka.
- Uciec od tego wszystkiego.
- Uciec dokąd? - spytała podejrzliwym tonem.
- A co byś powiedziała na przejażdżkę łodzią na kontynent? - podsunął Larry.
- Na Jowisza, to jest myśl! - stwierdził Leslie.
- Doskonały pomysł! - powiedziała Margo. - Zróbmy to, mamo. O, już wiem! Możemy dokądś popłynąć, żeby obchodzić twoje urodziny.
- Cóż - odezwała się niepewnie matka. - Nie jestem przekonana. Gdzie na kontynencie?
- Och, po prostu wynajmiemy benzinę - rzucił nonszalancko Larry - i popłyniemy wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się, gdzie tylko zechcemy. Możemy zabrać jedzenie na dwa czy trzy dni i zwyczajnie leniuchować, bawić się i odpoczywać.
- To brzmi bardzo miło - stwierdziła matka. - Zapewne Spiro mógłby zorganizować łódź?
- O, tak - zapewnił Leslie. - Spiro wszystkim się zajmie.
- Cóż - zauważyła matka - muszę przyznać, że to byłaby odmiana, nieprawdaż?
- Nie ma jak morskie powietrze, kiedy czujesz się nieco znużona - orzekł Larry. - Bardzo pomaga wziąć się w garść. I moglibyśmy zabrać kilka osób jako coś w rodzaju stymulatora, żeby nas trochę ożywić.
- Nie, żadnych więcej ludzi - powiedziała matka.
- Nie chodziło mi o ludzi w liczbie mnogiej - wyjaśnił Larry. - Myślałem na przykład o Teodorze.
- Teodor nie popłynie - zauważyła Margo. - Wiesz, że ma skłonność do choroby morskiej.
- Mógłby przyjść - powiedział Larry. - I są jeszcze Donald i Maks.
Matka się zawahała. Miała słabość do Donalda i Maksa.
- No cóż... przypuszczam, że oni mogliby dołączyć - stwierdziła.
- I Sven do tego czasu wróci - zauważył Larry. - Jestem pewien, że chętnie by się wybrał.
- Och, nie mam nic przeciw niemu - powiedziała matka. - Lubię Svena.
- A ja mógłbym zaprosić Mactavisha - oznajmił Leslie.
- O Boże, tylko nie tego okropnego człowieka - mruknął ze wzgardą Larry.
- Nie rozumiem, dlaczego tak go nazywasz - przemówił Leslie wojowniczym tonem. - Musimy znosić twoich okropnych przyjaciół. Dlaczego nie pogodzisz się z moimi?
- Wystarczy, kochani - odezwała się pojednawczo matka - nie kłóćcie się. Przypuszczam, że możemy zaprosić Mactavisha, jeśli masz ochotę. Ale naprawdę nie wiem, co ty w nim widzisz, Leslie.
- Cholernie dobrze strzela z pistoletu - oznajmił Leslie, jakby to było wystarczające wyjaśnienie.
- A ja mogłabym zaprosić Leonorę - powiedziała podekscytowana Margo.
- Dość tego! Przestańcie wszyscy - ucięła matka. - Zanim skończycie, łódka zatonie pod ciężarem tłumu. Myślałam, że cały pomysł polega na tym, by wyjechać i odpocząć od ludzi.
- Ale to nie jacyś tam ludzie - zauważył Larry - tylko nasi przyjaciele. To zasadnicza różnica.
- Cóż, pozostańmy więc przy tej liczbie - orzekła matka. - Jeśli mam przyrządzić odpowiednią ilość jedzenia na trzy dni, to wystarczy.
- Zagadnę Spira o łódkę, kiedy się pojawi - powiedział Leslie.
- Może zabrać chłodziarkę? - odezwał się Larry.
Matka ponownie założyła okulary i popatrzyła na niego.
- Chłodziarkę? - powtórzyła. - Żarty sobie stroisz?
- Nie, oczywiście, że nie - odparł Larry. - Będziemy potrzebowali zimnych napojów, masła i tak dalej.
- Ależ Larry, kochanie - powiedziała matka - nie bądź niedorzeczny. Wiesz, jak trudnym przedsięwzięciem było wniesienie jej do domu. Nie możemy jej ruszać.
- Nie rozumiem dlaczego - stwierdził Larry. - To w pełni wykonalne, jeśli się postaramy.
- Co zwykle oznacza - zauważył Leslie - że ty wydajesz rozkazy i pozwalasz innym odwalać robotę.
- Nonsens - żachnął się Larry. - To zupełnie proste. Skoro została wniesiona do domu, na pewno można ją wynieść.
Chłodziarka, o której mówili, stanowiła dumę i oczko w głowie matki. W owych czasach na Korfu żadna z położonych poza miasteczkiem willi nie mogła poszczycić się elektrycznością, a jeśli nawet wymyślono coś takiego jak lodówka na naftę, na Korfu o tym nie słyszano. Matka, w przekonaniu, iż niehigienicznie jest żyć bez chłodziarki, naszkicowała dość wątpliwy plan skrzyni z lodem, przypominającej te, jakich używano w Indiach, gdy była dziewczynką. Przekazała szkic Spirowi i zapytała, czy mógłby zrobić coś podobnego.
Spiro przyjrzał się, marszcząc brwi, a potem powiedział:
- Pani mnie to zostawi, pani Durrell - i oddalił się do miasteczka.
Upłynęły dwa tygodnie, a potem pewnego ranka duży wóz zaprzężony w cztery konie, z sześcioma mężczyznami siedzącymi z przodu, zjawił się na podjeździe. Z tyłu znajdowała się monstrualnych rozmiarów chłodziarka. Była długa na sto osiemdziesiąt centymetrów, szeroka na sto dwadzieścia i na sto dwadzieścia wysoka. Zbudowano ją z desek calowej grubości, obito blachą cynkową, a potem upchnięto trociny między drewno a blachę. Sześciu mężczyznom, choć byli krzepcy, wstawianie jej do spiżarni zajęło całe przedpołudnie. Musieliśmy w końcu wymontować przeszklone drzwi w salonie i wnieść ją tamtędy. Raz zainstalowana, przyćmiewała wszystko. Co jakiś czas Spiro przywoził z miasteczka pokaźne, długie, ociekające bloki lodu i upychaliśmy je w niej. W ten sposób mogliśmy zachować masło, mleko i jajka w świeżości przez dłuższy czas.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki