Grób matki - Lisa Regan

Kup ebooka

34.50 zł
26.91 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

TE­RAZ

Sze­ścio­mie­sięczny Har­ris Qu­inn za­chi­cho­tał w swoim krze­sełku, gdy mały pla­sti­kowy po­jem­nik z pu­rée z zie­lo­nego groszku ude­rzył z pla­śnię­ciem o pod­łogę w kuchni, po­kry­wa­jąc trampki Jo­sie sza­ro­zie­loną papką. Za­sko­czona ko­bieta rzu­ciła okiem na usma­ro­waną je­dze­niem bu­zię nie­mow­laka i też się ro­ze­śmiała. Nie można było się na niego zło­ścić. Ode­rwała pa­pie­rowy ręcz­nik ze sto­jaka nad zle­wem i po­chy­liła się, żeby po­sprzą­tać ba­ła­gan z pod­łogi.

- Błąd no­wi­cju­sza - mruk­nęła w stronę Har­risa, który z za­chwy­tem ude­rzał dłońmi o tacę.

Zrzu­ca­nie przed­mio­tów na pod­łogę i ob­ser­wo­wa­nie, jak Jo­sie je pod­nosi, było ostat­nio jego ulu­bioną za­bawą.

Wy­rzu­ciła pa­pie­rowe ręcz­niki do śmieci i od­wró­ciła się, aby zo­ba­czyć, jak chłop­czyk przy­ci­ska do oczu pię­ści całe po­kryte zie­lo­nym grosz­kiem. Spoj­rzała na ze­gar na ku­chence mi­kro­fa­lo­wej Mi­sty.

- Czas na drzemkę, mały czło­wieku - po­wie­działa.

Ro­zej­rzała się do­okoła w po­szu­ki­wa­niu in­nych śla­dów je­dze­nia na ścia­nach lub pod­ło­dze nie­ska­zi­tel­nego domu Mi­sty De­rossi. Ko­bieta nie­czę­sto pro­siła Jo­sie o opiekę nad sy­nem, tylko co ja­kiś czas, kiedy bab­cia Har­risa była nie­do­stępna. Jo­sie zwy­kle nie mo­gła się do­cze­kać tych rzad­kich wi­zyt, dla­tego nie chciała na­ra­żać na szwank swo­jej re­pu­ta­cji za­ufa­nej opie­kunki, zo­sta­wia­jąc w domu ba­ła­gan.

Chwy­ciła szmatkę le­żącą przy zle­wie i wy­czy­ściła nią twarz i rączki chłop­czyka, który za­czął się wić i za­wo­dzić w ra­mach pro­te­stu.

- Go­towe - oznaj­miła, od­pi­na­jąc pasy wy­so­kiego krze­sełka i wyj­mu­jąc z niego nie­mow­laka. Zdzi­wiło ją to, jak bar­dzo urósł w ostat­nim cza­sie.

Wciąż miała w pa­mięci, jak po raz pierw­szy przy­tu­liła go do piersi po tym, jak zo­stał wy­cią­gnięty ze śmier­tel­nie zim­nych prą­dów rzeki Su­squ­ehanna. Miał wtedy za­le­d­wie kilka dni. Był drobny i wą­tły, no i miał szczę­ście, że prze­żył. Dziś spra­wiał wra­że­nie krzep­kiego i pulch­nego, jego blond loki gęst­niały z każ­dym dniem, a cha­rak­ter sta­wał się co­raz bar­dziej wy­ra­zi­sty.

Te­raz, kiedy Har­ris nieco pod­rósł, Jo­sie uwiel­biała go ła­sko­tać, pa­trzeć, jak roz­sma­ro­wuje so­bie je­dze­nie na za­ró­żo­wio­nych po­licz­kach, myć go, a po­tem za­sy­piać wraz z nim w bu­ja­nym fo­telu, który ku­piła dla Mi­sty. Był to je­den z nie­wielu no­wo­cze­snych me­bli w tym domu i kom­plet­nie nie pa­so­wał do sa­lonu, który wy­glą­dał, jakby zo­stał wy­jęty ze stron ma­ga­zynu po­świę­co­nego wik­to­riań­skim do­mom.

Dziecko oparło głowę na ra­mie­niu Jo­sie, która usia­dła w fo­telu, de­li­kat­nie ko­ły­sząc się w przód i w tył. Z płó­cien­nej kie­szeni z boku krze­sła wy­jęła je­den ze smocz­ków. Na­stęp­nie prze­su­nęła Har­risa tro­chę ni­żej, tak że jego po­li­czek spo­czy­wał te­raz na jej klatce pier­sio­wej. Gła­dziła jego włosy do czasu, aż za­padł w głę­boki sen. "Nic nie może rów­nać się z tym uczu­ciem", po­my­ślała, rów­nież za­sy­pia­jąc.

Na­gle ci­szę prze­rwał cy­frowy dźwięk jej te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Oczy Jo­sie otwo­rzyły się, czujne i po­szu­ku­jące. Dźwięk był stłu­miony i do­cho­dził z dru­giego końca po­koju, gdzie prze­wie­szona przez opar­cie ka­napy wi­siała jej kurtka. Je­śli to coś waż­nego, ten ktoś na pewno za­dzwoni jesz­cze raz. Spoj­rzała w dół na Har­risa i z ulgą stwier­dziła, że na­dal spał spo­koj­nie. Przy kra­wę­dzi jego ust zwi­sał smo­czek, który lada mo­ment mógł spaść. Ka­łuża śliny ufor­mo­wała się na jej t-shir­cie tuż przy buzi chłop­czyka. Jo­sie uśmiech­nęła się, prze­su­wa­jąc dło­nią w górę i w dół po jego ple­cach i ko­ły­sząc się lekko w fo­telu. Te­le­fon prze­stał dzwo­nić, a ona po­now­nie za­mknęła oczy. Je­śli to ja­kiś na­gły wy­pa­dek, po­rucz­nik Noah Fra­ley i de­tek­tyw Gret­chen Pal­mer wie­dzą, gdzie ją zna­leźć.

Na po­wrót ogar­nęła ją sen­ność, gdy jej te­le­fon znowu za­dzwo­nił. Tym ra­zem Har­ris się po­ru­szył. Jo­sie wło­żyła mu smo­czek do ust tak szybko, jak tylko zdo­łała, a on przez chwilę ssał go gło­śno, po czym zmarsz­czył brwi, naj­praw­do­po­dob­niej przy­go­to­wu­jąc się na coś, czym - jak po­dej­rze­wała - miał być gło­śny płacz. Wstrzy­mała od­dech w ocze­ki­wa­niu na naj­gor­sze, jed­nak po chwili rysy twa­rzy chłopca wy­gła­dziły się, a on sam tylko wes­tchnął lekko. Ko­bieta za­klęła ci­cho, wie­dząc, że nie ma mowy, aby udało jej się się­gnąć kurtkę, jed­no­cze­śnie nie bu­dząc nie­mow­laka. Nie żeby to miało zna­cze­nie - chwilę póź­niej usły­szała otwie­ra­jące się i za­my­ka­jące drzwi fron­towe i w domu roz­legł się głos Mi­sty:

- Już je­stem!

Har­ris znów drgnął, mru­żąc oczy i przy­ci­ska­jąc twarz do klatki pier­sio­wej Jo­sie, gdy z ko­ry­ta­rza po­now­nie do­bie­gło wo­ła­nie Mi­sty.

- Jo­sie, je­steś w sa­lo­nie?

Chłop­czyk pod­niósł głowę i za­czer­wie­nio­nymi od snu oczami ro­zej­rzał się po po­koju w po­szu­ki­wa­niu matki. Mi­sty sta­nęła w drzwiach, a jej twarz roz­ja­śnił sze­roki uśmiech. Je­den z ką­ci­ków ust wciąż opa­dał, jakby ja­kiś nie­wi­dzialny pa­lec cią­gnął go w dół, ale i tak ko­bie­cie udało się w znacz­nym stop­niu od­zy­skać spraw­ność, którą stra­ciła w wy­niku ataku, jaki prze­żyła w dniu na­ro­dzin Har­risa. Klasz­cząc w dło­nie, prze­szła przez po­kój i zgar­nęła synka z ciała Jo­sie. Nie prze­sta­wała przy tym gru­chać i gła­dzić nie­sfor­nych lo­ków chłopca.

- Cześć, ko­cha­nie - szep­nęła. - Wy­spa­łeś się?

Jo­sie prze­cią­gnęła się i po­pra­wiła ko­szulkę.

- Jak po­szło? - za­py­tała i spoj­rzała na Mi­sty.

Ko­bieta uśmiech­nęła się i wska­zała na swoje przed­nie górne zęby.

- Wsz­cze­piono mi stały im­plant. Wy­gląda su­per. Tak się cie­szę, że mam to wresz­cie z głowy.

Po tym jak pod­czas ataku Mi­sty stra­ciła je­den z zę­bów, w szpi­talu za­ło­żono jej tym­cza­sową ko­ronę. Mi­nęło kilka mie­sięcy, za­nim zdo­łała za­osz­czę­dzić pie­nią­dze na im­plant. Jo­sie po­ma­gała ko­le­żance, jak tylko mo­gła, ale Mi­sty prze­zna­czyła wszyst­kie pie­nią­dze, które od niej do­stała, w pierw­szej ko­lej­no­ści na po­trzeby Har­risa. Za­nim chło­piec po­ja­wił się na świe­cie, ko­bieta za­ra­biała na ży­cie, tań­cząc w lo­kal­nym klu­bie ze strip­ti­zem, dzięki czemu mo­gła ku­pić i ume­blo­wać swój wy­stawny dom. Oszczęd­no­ści wy­ko­rzy­stała na prze­pro­wa­dze­nie pro­ce­dury in vi­tro. Po po­ro­dzie zaś po­sta­no­wiła nie wra­cać wię­cej do strip­tizu - jed­nak na­wet gdyby chciała to zro­bić, w wy­niku ob­ra­żeń, ja­kich do­znała, ta­niec po­zo­sta­wał zde­cy­do­wa­nie poza sferą jej moż­li­wo­ści.

Jo­sie wstała i po­de­szła do ka­napy. Na­stęp­nie prze­trzą­snęła kie­sze­nie kurtki w po­szu­ki­wa­niu te­le­fonu ko­mór­ko­wego.

- Wy­gląda do­brze - rzu­ciła do Mi­sty.

Ko­bieta prze­su­nęła syna z jed­nego bio­dra na dru­gie. Chłop­czyk oparł głowę na ra­mie­niu mamy, a smo­czek po­ru­szył się w jego ustach.

- Jadł coś?

- Tro­chę chru­pek owo­co­wych i odro­binę pu­rée z groszku. Bar­dziej go in­te­re­so­wało, jak je­dze­nie wy­gląda na pod­ło­dze.

- O tak, to coś no­wego - ro­ze­śmiała się Mi­sty. - Nic się nie martw. Za­raz spraw­dzę, czy ma ochotę na bu­telkę.

Jo­sie spraw­dziła w te­le­fo­nie nie­ode­brane po­łą­cze­nia. Oba były z tego sa­mego nu­meru, któ­rego nie znała.

- Jesz­cze raz ci dzię­kuję - po­wie­działa Mi­sty, cho­ciaż dzię­ko­wała ko­le­żance kil­ka­na­ście razy, za­nim wy­szła do den­ty­sty. - Gdyby pani Qu­inn się nie roz­cho­ro­wała, na pewno by się nim za­jęła. Zła­pała ja­kąś grypę żo­łąd­kową.

Jo­sie wło­żyła kurtkę, a po­tem po­de­szła do Har­risa i po­kle­pała go po ple­cach.

- Ża­den pro­blem. Prze­cież nie chcemy, żeby ła­pał in­fek­cję za in­fek­cją. W ra­zie czego za­wsze mo­żesz do mnie za­dzwo­nić. Koń­czymy te­raz pa­pier­kową ro­botę dla pro­ku­ra­tora okrę­go­wego, więc sprawy to­czą się po­woli.

- Cho­dzi o za­trzy­ma­nie tego han­dla­rza nar­ko­ty­ków? Lloyda Todda?

- Tak, to praw­dziwa gruba ryba - od­parła Jo­sie.

- Aż trudno uwie­rzyć, że dał radę prze­pro­wa­dzić tak dużą ope­ra­cję - za­uwa­żyła Mi­sty.

Lloyda Todda uwa­żano za fi­lar spo­łecz­no­ści nie­wiel­kiego mia­sta, ja­kim było Den­ton. Jego firma usłu­gowa sły­nęła jako jedna z naj­bar­dziej za­pra­co­wa­nych i naj­bar­dziej zna­nych w oko­licy, ale - jak Jo­sie oraz jej ze­spół od­kryli w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy - sta­no­wiła głów­nie przy­krywkę dla du­żej ope­ra­cji han­dlu nar­ko­ty­kami. Pra­co­wało dla niej pra­wie dwu­dzie­stu mło­dych męż­czyzn i kilka ko­biet. Wszy­scy za­trud­nieni jako "muły" i drobni di­le­rzy. Todd do­star­czał klien­tom około osiem­dzie­się­ciu pro­cent nie­le­gal­nych nar­ko­ty­ków w mie­ście. Jo­sie wcale nie za­sko­czyło, gdy liczba przedaw­ko­wań gwał­tow­nie spa­dła po jego aresz­to­wa­niu. Oczy­wi­ście, wszystko wró­ciło do normy, gdy od­biorcy to­waru Todda zna­leźli swoje źró­dła gdzie in­dziej.

- Rze­czy­wi­ście, to szo­ku­jące - przy­znała Jo­sie.

Mi­sty po­dą­żyła za nią przez la­bi­rynt ele­ganc­kich po­koi, aż do­tarły do drzwi wej­ścio­wych.

- Może zjesz z nami lunch? - za­py­tała, gdy sta­nęły na we­ran­dzie.

To nie był pierw­szy raz, kiedy pro­siła Jo­sie, żeby zo­stała tro­chę dłu­żej, ale cho­ciaż Qu­inn chciała spę­dzać wię­cej czasu z dziec­kiem, nie miała pew­no­ści, czy jej re­la­cja z Mi­sty doj­rzała już do for­muły wspól­nego bab­skiego lun­chu. Sporo czasu upły­nęło, za­nim za­częły do­ga­dy­wać się w miarę przy­zwo­icie. Kilka lat wcze­śniej, kiedy roz­pa­dło się mał­żeń­stwo Jo­sie z Rayem Qu­in­nem, jej eks­mąż wdał się w ro­mans z Mi­sty. Bar­dzo trosz­czył się o nową part­nerkę i jego ostat­nim ży­cze­niem przed śmier­cią było to, aby Jo­sie usza­no­wała jego wy­bór. Mimo naj­lep­szych chęci nie przy­szło jej to ła­two. Do­piero atak, któ­rego do­świad­czyła Mi­sty, i na­ro­dziny jej syna po­łą­czyły obie ko­biety. Jed­nakże Jo­sie wie­działa, że może cza­sem wy­da­wać się szorstka, na­wet je­śli pró­bo­wała taka nie być. Bała się, że kru­che re­la­cje, które na­wią­zała z Mi­sty, zo­staną zruj­no­wane, je­śli spę­dzą ze sobą wię­cej czasu.

- Mam dużo pracy - skła­mała.

Ką­ciki ust Mi­sty opa­dły w wy­ra­zie roz­cza­ro­wa­nia, a czę­ściowy pa­ra­liż jej twa­rzy spra­wił, że to wra­że­nie stało się jesz­cze bar­dziej do­bitne.

Jo­sie po­czuła, że do­pa­dają ją wy­rzuty su­mie­nia.

- Może na­stęp­nym ra­zem - do­dała szybko.

Mi­sty wbiła wzrok w de­ski pod­ło­gowe.

- Za­wsze to po­wta­rzasz. Po­słu­chaj, wiem, że nie za­wsze się do­ga­dy­wa­ły­śmy, ale chcę, że­byś wie­działa, że ja...

Dzwo­nek te­le­fonu ko­mór­ko­wego prze­rwał prze­mowę Mi­sty, za­nim na do­bre się za­częła. Obie ko­biety za­częły wpa­try­wać się w kie­szeń kurtki Jo­sie. Po chwili Qu­inn wy­cią­gnęła te­le­fon i po­słała ko­le­żance za­kło­po­tany uśmiech. Spoj­rzała na ekran. To był ten sam nu­mer co wcze­śniej. Pró­bu­jąc de­spe­racko unik­nąć roz­mowy na te­mat po­jed­na­nia z Mi­sty, Jo­sie szybko prze­su­nęła pal­cem po ekra­nie i przy­ło­żyła te­le­fon do ucha.

- Z tej strony Qu­inn.

- Jo­sie Qu­inn? - za­py­tał ja­kiś mę­ski głos.

- Tak. Kto mówi?

- Mo... Mo­żesz mnie na­zy­wać Ro­ger.

- Mogę cię na­zy­wać Ro­ger? Kim je­steś?

Tu na­stą­piła chwila wa­ha­nia, po czym głos roz­legł się znowu:

- Dzwo­nię w spra­wie two­jego ogło­sze­nia. No wiesz, tego, które za­mie­ści­łaś w in­ter­ne­cie.

Jo­sie po­czuła się tak, jakby w jej żo­łądku zna­lazł się na­gle ciężki ka­mień. Ze­szła z ganku, od­pro­wa­dzana spoj­rze­niem Mi­sty, peł­nym tro­ski i zdu­mie­nia.

- Za­dzwoń, je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wała - po­wie­działa bez­gło­śnie.

Od­wró­ciła się od ko­le­żanki i po­de­szła do swo­jego sa­mo­chodu.

- W spra­wie mo­jego ogło­sze­nia? - zwró­ciła się po­now­nie do Ro­gera. - O czym ty mó­wisz?

- Jak to o czym? - za­py­tał Ro­ger, a ona usły­szała w jego gło­sie jesz­cze wię­cej wa­ha­nia. - Ty nie... Czy to wła­ściwy nu­mer?

- To ty do mnie za­dzwo­ni­łeś, Ro­ger.

Za­pa­dła gro­bowa ci­sza.

- Nie brzmisz jak ktoś, kto szuka do­brej za­bawy - stwier­dził męż­czy­zna.

- Nie­zbyt bawi mnie by­cie ro­bioną w ko­nia przez ser­wisy ogło­sze­niowe - od­parła Jo­sie.

Ale nie­stety Ro­ger już się roz­łą­czył. Qu­inn spoj­rzała w stronę domu Mi­sty, jed­nak ko­bieta we­szła już do środka ra­zem z dziec­kiem. Z ci­chym wes­tchnie­niem wsia­dła do swo­jego forda escape i uru­cho­miła sil­nik. Otwo­rzyła w te­le­fo­nie apli­ka­cję z lo­kal­nym ser­wi­sem ogło­sze­nio­wym. Zna­le­zie­nie wła­ści­wego anonsu za­jęło jej kilka mi­nut. Tym ra­zem po­ja­wił się w dziale "Nie­zo­bo­wią­zu­jące spo­tka­nia": "Per­wer­syjna dziew­czyna chęt­nie po­zna to­wa­rzy­sza za­bawy. Ko­bieta szuka męż­czy­zny".

Za­marła z pal­cem przy ekra­nie te­le­fonu. Nie chciała tego czy­tać, nie chciała wie­dzieć, co jest tam na­pi­sane, ale mu­siała spraw­dzić. Le­piej zro­bić to te­raz, w za­ci­szu wła­snego sa­mo­chodu, niż póź­niej na ko­mi­sa­ria­cie z po­rucz­ni­kiem i de­tek­ty­wem czy­ta­ją­cymi jej przez ra­mię. Kiedy zda­rzyło się to po raz pierw­szy, jej twarz po­trze­bo­wała pięt­na­stu mi­nut, żeby od­zy­skać nor­malne ko­lory po tym, jak ob­lał ją ru­mie­niec. Jo­sie wzięła głę­boki od­dech i klik­nęła w ogło­sze­nie.

"Szu­kam oka­zji do per­wer­syj­nej za­bawy. Go­rąca dziew­czyna po trzy­dzie­stce chęt­nie za­zna chwili po­po­łu­dnio­wej roz­ko­szy. Mój sprawny ję­zyk za­spo­koi każde twoje pra­gnie­nie. Za­wsze czy­sto, za­wsze dys­kret­nie. Za­dzwoń, żeby się umó­wić".

Po­ni­żej wid­niało imię Jo­sie i jej nu­mer te­le­fonu.

Wy­pu­ściła po­wie­trze, które wstrzy­my­wała od dłuż­szego czasu, i rzu­ciła te­le­fon na sie­dze­nie pa­sa­żera, jakby ją opa­rzył. Jej uwagę przy­kuł ruch w jed­nym z okien domu Mi­sty. Praw­do­po­dob­nie ko­bieta wyj­rzała zza za­słony, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego Jo­sie wciąż nie od­je­chała. Qu­inn wy­co­fała sa­mo­chód, a na­stęp­nie ru­szyła w kie­runku po­ste­runku po­li­cji. Miała wolne, ale ta sprawa nie mo­gła cze­kać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki