Greckie wakacje - Klaudia Paź

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwszy lipca

? Pierw­szy lipca ?

Obu­dził mnie zapach desz­czu. Drobne kro­ple, niczym posie­kane, spa­dały ryt­micz­nie na moją twarz. Która godzina...? Otwo­rzy­łam oczy, a przed nimi uka­zało się niebo tak szare, że nie potra­fi­łam okre­ślić pory dnia. Prze­wró­ci­łam się na bok. Boże, jak zimno. Unio­słam się na kolana, by zamknąć okno. Wczo­raj­sze wino zaszu­miało mi w gło­wie i z powro­tem opa­dłam na łóżko. Chwilę leża­łam nie­ru­chomo, a ból prze­szy­wał mnie od pra­wej skroni do zębów i zda­wał się stop­niowo zaj­mo­wać całe moje ciało. Pozo­sta­jąc nie­mal nie­ru­chomo, sta­ra­łam się zlo­ka­li­zo­wać tele­fon. Nie­stety w zasięgu ręki go nie było. Naj­wol­niej jak to moż­liwe, unio­słam się i się­gnę­łam pod łóżko. Jest. Odblo­ko­wa­łam ekran, który zaświe­cił mi pro­sto w twarz galak­tyczną tapetą i godziną 8.07. Równo dzie­więć godzin i sie­dem minut temu zosta­łam porzu­cona. Niebo pła­cze ze mną. Przy­ci­snę­łam dło­nie do oczu, bo znów zbie­rało mi się na łzy. Wspo­mnie­nie wczo­raj­szego wie­czoru nie chciało wyblak­nąć - wręcz prze­ciw­nie, z każdą godziną zda­wało się coraz wyraź­niej­sze, jak­bym w nim utknęła i musiała prze­ży­wać je coraz głę­biej i głę­biej, by wresz­cie zro­zu­mieć...

- Ale, kurwa! Paweł! Ja cię kocham!

- Tylko że ja nie kocham cie­bie.

Odbi­jało mi się echem w ska­co­wa­nej gło­wie.

- Zobacz... ty jesteś niska, ja wysoki, ty lubisz Not­ting Hill, ja Park juraj­ski... i jesz­cze te twoje bio­dra...

- Lubię Park juraj­ski...

- To niczego nie zmie­nia.

- Pozna­łeś kogoś?

- No. Cie­bie. Po dwóch latach dobrze cię pozna­łem i nie chcę... - Nie dokoń­czył zda­nia. Pokrę­cił głową i wes­tchnął. Patrzył na mnie jak na krnąbrne dziecko, które nie umie uznać racji doro­słego.

- Czego nie chcesz?

- Cie­bie, Izka, nie chcę!

- Ale... dla­czego?

- Nie podo­basz mi się, po pro­stu.

- To dwa lata ci się podo­ba­łam, a teraz nie...?

- Wiesz, Izka, w sumie to ty mi się chyba ni­gdy nie podo­ba­łaś.

- Nie podo­ba­łam ci się... - Zawie­si­łam drżący głos. Nie podo­ba­łam się ni­gdy? Nie podo­ba­łam się... O Boże. To, co poczu­łam, nie było łatwe do okre­śle­nia. Było to połą­cze­nie smutku i wstydu, i zło­ści. No i zasko­cze­nia, bo naprawdę niczego nie prze­czu­wa­łam. Czu­łam się upo­ko­rzona, ale nie aż tak, by prze­stać drą­żyć. Brzydka dziew­czyna pro­sząca o miłość to ja.

- Ale mówi­łeś, że mnie kochasz.

- Może kie­dyś tak było.

- To wczo­raj jesz­cze tak było... - Nie mogłam uwie­rzyć, że on naprawdę ze mną zrywa. - Wczo­raj mówi­łeś, że mnie kochasz.

- Nie, Izka, nie mówi­łem. Zapy­ta­łaś, czy cię kocham. Co mia­łem na to odpo­wie­dzieć? To było kur­tu­azyjne "kocham cię".

- Kur­tu­azyjne "kocham cię"... Jest coś takiego?

Wzru­szył ramio­nami. Nie było mu przy­kro, nie było mu mnie żal, nie czuł się głu­pio... Był... ziry­to­wany... Tak, to była iry­ta­cja: lekko unie­siona brew, prze­wra­ca­nie oczami, wes­tchnie­nia, ręce nie­cier­pli­wie krą­żące po szyi i pod­bródku. Ja go iry­to­wa­łam. Wku­rzało go, że nie mógł szybko zerwać.

- Wczo­raj­szy seks też był kur­tu­azyjny? - Nie potra­fi­łam odpu­ścić. Tak się nie robi! Nie zrywa się, mówiąc wcze­śniej, że się kocha. A jak się zrywa... to na pewno nie tak po cham­sku. Nie tak... upo­ka­rza­jąco. - Po pro­stu trzeba było iść do łóżka na odchodne. Uzna­łeś za sto­sowne, aby upra­wiać seks z dziew­czyną, któ­rej nie kochasz, która ci się nie podoba i którą jutro zosta­wisz! No, kurwa, logiczne!

Mil­czał, a to mil­cze­nie spra­wiało, że mój wybuch tra­cił na mocy i sta­wał się głupi, ude­rza­jący jedy­nie we mnie. Na nim nie robiło to wra­że­nia, stał i cze­kał, aż skoń­czę krzy­czeć.

- Nic nie powiesz?

- Ale co mam powie­dzieć, Izka? Już powie­dzia­łem, co chcia­łem.

- To może powiesz coś, czego nie chcesz, ale sto­sow­nie byłoby powie­dzieć, kur­tu­azyj­nie! Na przy­kład, że ci przy­kro, bo wiele nas łączyło, że może zróbmy sobie prze­rwę, że prze­myślmy, że w sumie to ci się podo­ba­łam... cho­ciaż kie­dyś... - Przy ostat­nim zadrżał mi głos i prze­sta­łam mówić. Dziwne, ale w tym momen­cie bar­dziej niż to, że jestem nie­ko­chana, bolało mnie to, że jestem nie­chciana i nie­atrak­cyjna.

Czu­łam się poni­żona. Byłam poni­żona. A on wciąż patrzył na mnie zupeł­nie bez skru­chy, skrę­po­wa­nia, bez poczu­cia winy. Przy­naj­mniej tak mi się zda­wało. Patrzył na mnie obo­jęt­nym wzro­kiem. Wyglą­dał jak Paweł, któ­rego kocha­łam, ale już nim nie był. Był nie­czu­łym obcym. W końcu, gdy cisza trwała już za długo, zro­zu­mia­łam, że to naprawdę koniec. Nie ma nic do doda­nia. Odwró­ci­łam się i poszłam. Po chwili jed­nak zatrzy­ma­łam się i spoj­rza­łam za sie­bie. Stał w tym samym miej­scu. Zawró­ci­łam do niego.

- Co? - zapy­tał znie­cier­pli­wiony.

- Ni­gdy wię­cej nie mów do mnie "Izka"!

Głu­pie to chyba było, ale chcia­łam coś powie­dzieć, a nie wyjść na dziew­czynkę, którą można ot tak porzu­cić. Nie­stety żadna dobra ripo­sta nie przy­cho­dziła mi do głowy i zamiast cze­goś moc­nego i zadzior­nego rzu­ci­łam wła­śnie ten bez­barwny tekst. Niby kiedy miałby jesz­cze mówić do mnie "Izka"? Prze­cież wła­śnie mnie zosta­wił, więc raczej nie będziemy się spo­ty­kać na coty­go­dniowe ploty.

Ode­szłam i już nie wró­ci­łam. Pozwo­li­łam uwol­nić się łzom. Szłam i pła­ka­łam. Bez­wied­nie skie­ro­wa­łam swe kroki do sklepu noc­nego, bo nie­stety nie jestem ory­gi­nalna w radze­niu sobie z trud­no­ściami. Dwie butelki wina i paczka nie­bie­skich papie­ro­sów. Od pół­tora roku nie pali­łam. Dla niego. Dla niego też zerwa­łam kon­takt z naj­lep­szą przy­ja­ciółką i teraz nie mia­łam nawet do kogo zadzwo­nić.

Obu­dzi­łam się w swoim łóżku. Tyle dobrego. Prze­le­ża­łam kolejną godzinę, gapiąc się na kro­ple spły­wa­jące po szy­bie. Musia­łam wstać. Na szczę­ście ist­nieje powód, by wciąż pod­no­sić się z łóżka - siku. Wsta­łam powoli i chwiej­nym kro­kiem zato­czy­łam się do łazienki. Po dro­dze spoj­rza­łam w lustro. Szybko odwró­ci­łam wzrok. Też bym się zosta­wiła.

Wró­ci­łam do pokoju, przy­kry­łam się kocem, sku­li­łam ciało w kłę­bek i gdy już zasy­pia­łam, i gdy udało mi się uspo­koić myśli, usły­sza­łam dźwięk SMS-a. Paweł.

Izka!

Prze­pra­szam. Nie sądzi­łem, że tak Cię to ruszy. Chcę, żeby było mię­dzy nami dobrze, mimo że nie jeste­śmy już razem. Zawsze będziesz mi bli­ska.

PS Zacho­waj bilety na nasz wyjazd do Gre­cji. Są dla Cie­bie.

Dzięki, kurwa. Sama za nie zapła­ci­łam, to dla kogo mają być?

Zamknę­łam oczy, które znów wez­brały łzami. Mój wybuch roz­pa­czy prze­rwał kolejny SMS.

Iza, nie Izka. Wybacz, siła przy­zwy­cza­je­nia.

Już mi się nawet ode­chciało pła­kać. W gło­wie mia­łam wciąż te same pyta­nia, które nie dawały mi spo­koju, jak­bym naprawdę w końcu mogła zna­leźć na nie odpo­wie­dzi: Dla­czego on ze mną był, skoro mu się ni­gdy nie podo­ba­łam? Skoro mnie nie kochał? I czemu to odrzu­ce­nie tak bar­dzo boli? Jak to moż­liwe, że niczego nie widzia­łam, nie czu­łam? Prze­cież zna­li­śmy się tak dobrze. Dla­czego po dwóch latach zerwał ze mną w tak okrutny spo­sób? Wiem, nie ma dobrego spo­sobu na zerwa­nie, ale ten, który wybrał, był jed­nym z gor­szych. Paso­wał do pary, która jest ze sobą tydzień, a nie dwa lata! I co z moimi bio­drami? Park juraj­ski? Lubię tylko pierw­szą część. Może to była praw­dziwa przy­czyna? Ta absur­dalna wizja pochło­nęła mnie... Sie­dzimy na kana­pie, oglą­damy bez­na­dziejny sequel Parku juraj­skiego, Paweł ukrad­kiem na mnie patrzy i widzi, jak zie­wam, jak prze­glą­dam coś na tele­fo­nie, jak mało mnie obcho­dzi to kalec­two kine­ma­to­gra­fii, i wtedy decy­duje: "Nie mogę z nią dłu­żej być". Ten zabawny sce­na­riusz nie­stety powoli prze­ra­dzał się w inne myśli... realne. Zaczę­łam grze­bać w naszych wspo­mnie­niach i przy­wo­ły­wać obrazy wspól­nego szczę­ścia i mimo całej zło­ści i żalu zaczę­łam za nim tęsk­nić. A gdyby tak popro­sić o spo­tka­nie i jesz­cze raz prze­ga­dać wszystko? Może dałoby się nas poskle­jać. Może to, co mówił, wyni­kało ze zło­ści, a złość ze złej inter­pre­ta­cji mojego zacho­wa­nia? Gdy­bym tylko do niego zadzwo­niła... Z potoku absur­dal­nych myśli wyrwał mnie mój żołą­dek. Pogna­łam do łazienki, by zwró­cić jego zawar­tość razem z tęsk­notą za tym, któ­remu się po pro­stu ni­gdy nie podo­ba­łam.

Drugi lipca

? Drugi lipca ?

- Upar­cie pra­gnę­łam z tobą być. Upar­cie na­dal chcia­ła­bym z tobą być. Może to i głu­pie, ale, Boże, jak można tak z dnia na dzień, z godziny na godzinę... już... że to już koniec, że nie ma "nas", że nawet nie ma "mnie", bo to, czym byłam, to, kim byłam, to... Izą, dziew­czyną Pawła. Izą, którą kocha Paweł. Izą, którą roz­ba­wia Paweł. Izą, któ­rej wiecz­nie zimne stopy grzeją się pod udami Pawła, a jemu to nie prze­szka­dza. Defi­nio­wa­łam się tobą. I było mi z tym dobrze. Czy mnie dener­wo­wa­łeś? Czę­sto, ale w drob­nost­kach. Robi­łeś fatalną jajecz­nicę, w ogóle jej nie ści­na­łeś. Mówi­łeś mi mało kom­ple­men­tów, rzadko dawa­łeś kwiaty, a jeśli, to takie z mar­ketu, wyci­sza­łeś tele­wi­zor na rekla­mach, a ja wola­łam, jak wciąż coś szu­miało. No i ni­gdy nie zosta­wa­łeś dłu­żej niż trzy dni z rzędu. - Zga­si­łam papie­rosa na ostat­nim zda­niu. Paweł, do któ­rego mówi­łam, nagle znikł i teraz sły­sza­łam już tylko I Have Nothing otwie­ra­jące nocny blok w radiu.

Dla­czego teraz wszyst­kie pio­senki są jakby o nas? Pie­przone radio. Pie­przony Paweł. Pie­przony ojciec. Czemu znowu go w to mie­szam? Nie wiem. Bo też jestem popie­przona. Nie­na­wi­dzę być porzu­coną, brzydką dziew­czyną. To naprawdę okropne uczu­cie.

W takich chwi­lach, choć nie tylko, bo w zwy­czaj­nych też... W chwi­lach, gdy czuję chaos, gdy myśli mnie zadrę­czają, nawet te pozy­tywne... spi­suję je. Muszę wypunk­to­wać sobie to, co we mnie sie­dzi, by zoba­czyć jakąś regułę w tym bała­ga­nie i zła­pać dystans. To, co w gło­wie rośnie do roz­mia­rów roz­sa­dza­ją­cych ją, na papie­rze traci tro­chę swo­jej mocy, staje się cią­giem zna­ków pod­le­głych nume­ra­cji. Mam nad tym kon­trolę. Decy­duję, co zapi­szę i w jakiej kolej­no­ści, co skre­ślę, co wyróż­nię zakre­śla­czem. Spi­sane myśli, nawet jeśli są jedy­nie w pozor­nym porządku, już tak nie drę­czą. Na kartkę mogę popa­trzeć z góry, z boku, na ukos. Nie­raz po spi­sa­niu cze­goś zauwa­ża­łam, że to śmieszne i głu­pie, i w sumie nie ma się czego bać ani czym przej­mo­wać. Teraz tak nie było, bo cho­ler­nie się przej­mo­wa­łam, ale może po jakimś cza­sie to też okaże się o tyle nie­istotne, że bez­re­flek­syj­nie zapi­szę listę zaku­pów na dru­giej stro­nie.

PIO­SENKI, KTÓRE KOJA­RZĄ MI SIĘ Z PAW­ŁEM

1. I Have Nothing Whit­ney Houston - tego nie trzeba chyba tłu­ma­czyć. Poza tym oglą­da­li­śmy razem Body­gu­arda w zeszłym roku na walen­tynki. Co prawda ja pła­ka­łam, a on pod­śmie­wał się z Kevina Cost­nera, ale i tak było roman­tycz­nie.

2. Wydłu­bany miś Czarno-Czarni - w naszym przy­padku to on wydłu­bał to pie­przone sianko.

3. I'd Rather Go Blind Etta James - I would rather go blind, boy, than to see you walk away from me, child...1 i reszta tek­stu, która mnie teraz dobija.

4. Dziew­czyna z klubu disco Akcent - naprawdę. Wiem, jak to wygląda, ale naprawdę. Ta pio­senka już na zawsze będzie mi się z nim koja­rzyć. Boże... ale się wtedy śmia­łam, łzy mi cie­kły po policz­kach, gdy tań­cząc w samych gaciach, śpie­wał dla mnie, żebym się roz­we­se­liła. Mia­łam fatalny dzień, okres i wszystko było do dupy. Tego wie­czoru noco­wał u mnie, a ja nawrzesz­cza­łam na niego za jakąś pier­dołę i weszłam pod koc. Wyszedł z miesz­ka­nia, myśla­łam, że się obra­ził, ale on postał parę minut na klatce, po czym otwo­rzył drzwi wraz z pierw­szymi dźwię­kami tej pio­senki. Śpie­wał, tań­czył i roz­bie­rał się, by na finał zostać w samych gaciach i wsko­czyć do mnie pod koc. Patrzy­łam na niego i myśla­łam: "Kocham cię, jak ja cię kocham".

5. Lovers Rock TV Girl - lubi­li­śmy ją, była jedną z "naszych pio­se­nek".

Włą­czy­łam sobie każdą z nich. Nie wiem czemu, ale zapę­tli­łam Dziew­czynę z klubu disco. Koń­czyła się i zaczy­nała na nowo przez godzinę. Jej muzyka i tekst zda­wały mi się teraz naj­smut­niej­sze ze wszyst­kich pio­se­nek koja­rzą­cych mi się z Paw­łem. Leża­łam na łóżku, pła­ka­łam i cicho śpie­wa­łam: "Odda­ła­bym chyba wszystko, byś był w mych ramio­nach..."2.

Trzeci lipca

? Trzeci lipca ?

Sta­nę­łam przed lustrem w kostiu­mie kupio­nym spe­cjal­nie na wyjazd do Gre­cji. Jaskrawe palmy na nie­bie­skim tle.

Oto ja: chyba krót­kie, szczu­płe nogi oraz spore bio­dra - zawsze myśla­łam, że kobiece, ale Paweł dosad­nie wypro­wa­dził mnie z błędu. Lekko umię­śniony brzuch, który zawdzię­czam jemu - zmu­sił mnie, żebym cho­dziła na siłow­nię. Nie! Zaraz, nic mu nie zawdzię­czam. To ja ćwi­czy­łam i to moje ciało. Miseczka spore B, pie­przyk na pra­wym ramie­niu, wiel­kie ciemne oczy i ciemne włosy: obec­nie w tłu­stym koku, ale w nor­mal­nych warun­kach lekko za ramiona. Ciemna kar­na­cja - nie wia­domo po kim, bo matka biała jak ściana, a ojciec był podobno mie­dziany. Podobno mój dzia­dek był Romem. Wszystko "podobno", bo nie pozna­łam ani taty, ani dziadka. Mama nie lubi tego tematu i w sumie to tylko w kłót­niach z bab­cią padają jakieś enig­ma­tyczne zwroty na temat jed­nego i dru­giego. Cho­ciaż z kar­na­cji aku­rat się cie­szę.

Punkt ósma mój budzik zadźwię­czał. Za godzinę mam być w pracy. Do wyjazdu parę dni, a ja muszę oddać pro­jekt i nikogo nie obcho­dzi, że z dnia na dzień sta­łam się nie­atrak­cyjną porzu­coną kobietą. Wczo­raj spę­dzi­łam dłu­gie godziny przy kom­pu­te­rze na wpro­wa­dza­niu ostat­nich popra­wek. To i tak było lep­sze niż po raz setny oglą­dać wspólne zdję­cia. Potem szybka wizyta w dru­karni i gotowy. Zdję­łam kostium i wło­ży­łam naj­mniej wygnie­cioną czarną sukienkę i czarne bale­riny. W ramach higieny umy­łam zęby, ale na włosy już nie mia­łam siły. Zja­dłam wczo­raj­szą zimną pizzę i ruszy­łam.

W biu­rze byłam za pięć.

- Masz? - Szef zaata­ko­wał mnie już na wej­ściu.

- Mam. Pro­jekt i zała­ma­nie ner­wowe. Rzu­cił mnie chło­pak. Paweł, pozna­łeś go.

- To przy­kre. W takim razie nie potrze­bu­jesz tego offa od siód­mego lipca?

- Serio?

- No serio. Chyba nie jedziesz do tej Gre­cji? No bo z kim?

I w tym momen­cie już wie­dzia­łam. Moje wszyst­kie wąt­pli­wo­ści co do wyjazdu zostały roz­wiane. Już wie­dzia­łam... jadę. Nawet jeśli sama.

- Pro­szę. - Wrę­czy­łam mu wielką teczkę z pro­jek­tem. - I dla jasno­ści: potrze­buję offa.

Pokrę­cił znie­sma­czony głową i trza­snął drzwiami swo­jego gabi­netu.

Usia­dłam przy moim mikro­biu­reczku, na któ­rym w zło­tej ramce uwiecz­nione były chwile mojego szczę­śli­wego związku. Jed­nym ruchem wrzu­ci­łam zdję­cie do śmiet­nika pod biur­kiem. Czu­łam na sobie spoj­rze­nia całej firmy. Jedni patrzyli z lito­ścią, inni z kpiną. To nie­moż­liwe, bo prze­cież nikt nie wie­dział o naszym roz­sta­niu, ale tak czu­łam... Może wystar­czyło na mnie chwilę popa­trzeć, by wie­dzieć, że zosta­łam porzu­cona. Odpa­li­łam lap­top. Dwie wia­do­mo­ści.

Iza,

przy­nieś w końcu fak­tury za ostatni wyjazd!

Księ­go­wość

Znów zapo­mnia­łam.

Druga wia­do­mość:

Sza­nowna Pani Iza­belo,

w spra­wie jubi­le­uszo­wej okładki: Chcę coś z pazu­rem. Okładka ma poka­zać, że jeste­śmy bez­kon­ku­ren­cyjni, a nasze tematy są MOCNE. Liczę na Pani kre­atyw­ność i szyb­kość. Ter­miny gonią.

Łączę pozdro­wie­nia,

Redak­tor Naczelny

Michał Żubro­wicz

Nic nie mam. Świet­nie. Szybko odpi­sa­łam:

Panie Michale,

okładka będzie wyjąt­kowa. Brak mi jedy­nie pomy­słu...

Iza­bela Bie­lecka

Jeśli nie wiesz, co powie­dzieć, powiedz prawdę. Głowa opa­dła mi na biurko. Dźwięk wia­do­mo­ści. Redak­tor odpi­sał po minu­cie.

Sza­nowna Pani Iza­belo,

brak Pani pomy­słu... Czy da Pani wiarę, że w ubie­głym mie­siącu jakaś sza­lona kobieta, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc u nas publi­ko­wać, zła­mała nos mojej sekre­tarce?

Co za deter­mi­na­cja, co za obłęd.

Inspi­ra­cji pro­szę szu­kać w oto­cze­niu!

Łączę pozdro­wie­nia,

Redak­tor Naczelny

Michał Żubro­wicz

- Iza­bela, pozwól... - Darek poja­wił się w swo­ich drzwiach i ski­nął na mnie.

Weszłam, by sta­nąć przed biur­kiem, na któ­rym usiadł, popra­wia­jąc swoje siwie­jące włosy.

Chwilę patrzył na mój pro­jekt, po czym zdjął oku­lary i spoj­rzał mi pro­sto w oczy.

- Iza, przy­po­mnij... Jakich per­fum robisz reklamę?

- Je t'aime.

- A co to zna­czy?

Nie chcia­łam tego tłu­ma­czyć. Nie chcia­łam nawet w myślach wypo­wia­dać tych słów.

- Coś tam o miło­ści.

- Iza...

- Kocham­cię - wymam­ro­ta­łam naj­szyb­ciej jak umia­łam.

- I według cie­bie tak wygląda kobieta, która kocha? - Odwró­cił plan­szę w moją stronę.

- Może rze­czy­wi­ście tro­chę mnie ponio­sło.

- Iza­bela! Prze­cież to jest jakaś wście­kła BABA! Ści­ska ten fla­kon, jakby chciała go zgnieść! Zaci­śnięte usta... i ten bic!

- Dam do tego hasło: "Tak pach­nie siła".

- Chyba: "Tak pach­nie wście­kła baba".

- Za cztery dni wyjeż­dżam. Popra­wię. Zdążę!

- "Popra­wię"? Iza. Tu jest do zmiany wszystko. Począw­szy od krwi­stego tła, koń­cząc na roz­sze­rzo­nych noz­drzach tej... kobiety.

Broda zaczęła mi drżeć. Darek wciąż mówił, ale ja już nic nie sły­sza­łam. Patrzy­łam przez niego, daleko. Na okno, na to, co za oknem, na chmury, wie­żowce i dalej, na to, co za nimi. Byłam na łące kwiet­nej. Leża­łam. A nade mną krą­żyły sępy...

- Iza­bela.

Krą­żyły, a ja cze­ka­łam, aż zaczną mnie roz­szar­py­wać.

- Iza!

Ock­nę­łam się.

- Gdzie jesteś?

- Daleko stąd, sze­fie.

Pod­szedł do mnie i zła­pał za ramiona. Potrzą­snął mną deli­kat­nie.

- Spójrz na mnie.

Pod­nio­słam wzrok.

- To - wska­zał na pla­kat mojej wście­kłej BABY - powie­simy tu. - Pod­szedł do ściany za swoim fote­lem, zdjął nad­mor­ski pej­zaż i wbił mój pro­jekt w haczyk. - Żeby w końcu mnie się bar­dziej bali.

Uśmiech­nę­łam się, wycie­ra­jąc oczy.

- A ty - mówił dalej - jedź do tej Gre­cji. Odpocz­nij. Per­fumy zrobi Agnieszka. Tylko ją wpro­wadź. Wró­cisz i dam ci naj­lep­sze pro­jekty. Halo? Kiw­nij głową.

Kiw­nę­łam, bo naprawdę nie mia­łam siły robić tych cho­ler­nych per­fum. Aga była moją kon­ku­ren­cją, ale trudno, tym razem nie dałam rady.

- Ale Żubro­wi­cza nie oddam.

- Dobrze. Nie oddasz. Mogę coś jesz­cze dla cie­bie zro­bić?

Chwilę zasta­na­wia­łam się, czy wypada o to pro­sić, jed­nak poczu­cie bez­na­dziei wzięło górę i zapy­ta­łam:

- Przy­tu­lisz mnie, sze­fie?

Pod­szedł do mnie. Roz­ło­żył sze­roko ramiona, a ja się w nie wtu­li­łam i roz­pła­ka­łam. Sil­nie trzy­mał moje ciało, które dygo­tało. Ide­al­nie wykroch­ma­lona koszula obcie­rała mój poli­czek, gdy wycie­ra­łam w nią łzy. Tak mi było dobrze w jego ramio­nach. Zawsze bra­ko­wało mi ojcow­skich ramion, a w takich sytu­acjach naj­bar­dziej.

Czwarty lipca

? Czwarty lipca ?

Dosta­łam wolne już od dzi­siaj. Za trzy dni moje waka­cje. Juhu. Obu­dzi­łam się po dzie­sią­tej. Nim wygrze­ba­łam się z łóżka, rozej­rza­łam się po moim malut­kim miesz­ka­niu. Nie­wielki stół, a na nim brudne szklanki i tale­rze. Dwa małe krze­sła z podusz­kami. Aneks kuchenny, malutka łazienka, minia­tu­rowy bal­kon, jed­no­oso­bowe łóżko. Zawsze nam tu było cia­sno razem... Nie­duży tele­wi­zor i wielka szafa. Jedyna duża rzecz w tym miesz­ka­niu to czte­ro­drzwiowa szafa. Jak tu cicho... Paweł bywał u mnie pra­wie codzien­nie. W zasa­dzie to rzadko sie­dzia­łam tu sama. Nie lubi­łam tego, bo nacho­dziły mnie smętne myśli, nic mi się nie chciało, a tak pro­za­iczne czyn­no­ści jak zro­bie­nie obiadu czy pra­so­wa­nie ubrań wyda­wały mi się bez sensu. A teraz wizja "bycia samą" zda­wała się wieczna... Z roz­my­ślań wyrwał mnie tele­fon.

- Tak, mamo?

- Cześć, Izuś, jak tam?

- Dobrze - odpo­wie­dzia­łam bez zasta­no­wie­nia, tak jak zawsze odpo­wiada się na pyta­nia z serii: jak tam, co tam, jak jest, co u cie­bie.

- Spa­ko­wana?

- No wła­śnie się pakuję.

- A Pawe­łek?

- Halo? Mama? Halo? Chyba znów nie masz zasięgu na tej wsi...

- Iza. Iza?

- Halo? Nic nie sły­szę.

Roz­łą­czy­łam się. Per­fidne, ale nie chcę o nim gadać. Zwłasz­cza z nią. Jej histe­ria jest mi teraz naj­mniej potrzebna. Jak ja go nie­na­wi­dzę. Dobra, to nie­prawda. Chcia­ła­bym go nie­na­wi­dzić i rzu­cać tek­sty w stylu: "Nie wie, co stra­cił", "Fra­jer", "Jesz­cze wróci na kola­nach", ale tak naprawdę tęsk­nię i nie wie­rzę, że wróci. Wcale nie uwa­żam, że jest fra­je­rem, i myślę, że to ja stra­ciłam. On nie.

PAWEŁ - ZA CZYM TĘSK­NIĘ NAJ­BAR­DZIEJ

1. Za tym, żeby go przy­tu­lić, wtu­lić się w niego, poczuć jego zapach, skórę na mojej skó­rze.

2. Za śmie­chem. Uwiel­biam jego poczu­cie humoru. Roz­śmie­szał mnie śred­nio dwa razy dzien­nie. Celowo i nie. Cza­sem śmia­łam się po pro­stu z jego wyrazu twa­rzy, komen­ta­rzy na fil­mie, ze spo­sobu, w jaki pró­bo­wał kroić chleb, albo z nie­po­rad­no­ści tech­no­lo­gicz­nej.

3. Za jedze­niem pizzy w nocy. To był nasz rytuał. Raz w mie­siącu musie­li­śmy zjeść pizzę w nocy. Zama­wia­li­śmy tuż przed zamknię­ciem restau­ra­cji, szybko się kocha­li­śmy, a potem jedli­śmy pizzę i oglą­da­li­śmy głu­poty w tele­wi­zji. Raz dostawca przy­je­chał, gdy byli­śmy w trak­cie. Czę­sto to potem wspo­mi­na­li­śmy.

4. Za jego: "Izka, nie wku­rzaj mnie!".

5. Za nim całym!

Koniec. Muszę się spa­ko­wać. Wsta­łam i sen­nym kro­kiem poszłam po sto­łek. Wspię­łam się na nim jesz­cze na palce, by otwo­rzyć paw­lacz. Owiały mnie kłęby kurzu. Zlo­ka­li­zo­wać walizkę... Jest. Chwy­ci­łam za rączkę, a ona ani drgnie. Coś ją musiało przy­gnieść. Szarp­nę­łam mocno. Nic. I jesz­cze raz! Wresz­cie puściło, a ja tym samym stra­ci­łam rów­no­wagę i spa­dłam ze stołka. Walizka na mnie. Dosta­łam w głowę jej naj­tward­szą czę­ścią. Leżąc na pod­ło­dze, dotknę­łam czoła, które potwor­nie bolało. Będzie guz. Zepchnę­łam z sie­bie walizę, roz­ma­so­wa­łam żebra. Oprócz walizki spa­dło coś jesz­cze - drew­niane pudełko śred­nich roz­mia­rów. To musiało mnie wal­nąć w ten głupi łeb. Dobrze wie­dzia­łam, co to jest... "Pudełko wspo­mnień". Zało­ży­ły­śmy je z Angelą jesz­cze w pod­sta­wówce. Tra­fiły tam wszyst­kie ważne papierki po cukier­kach, liściki pisane na lek­cjach, usu­szone kwiatki, zdję­cia, bilety do kina... Wszystko, co nam przy­po­mi­nało o czymś, o czym nie chcia­ły­śmy ni­gdy zapo­mnieć.

Otwo­rzy­łam wieczko. Dotarł do mnie zapach lawendy i wosku, a z pudełka wyle­ciały powoli białe pyłki. Coś tu musiało zakwit­nąć i prze­kwit­nąć. I rze­czy­wi­ście zapach lawendy nie był przy­pad­kowy - wzię­łam do ręki usu­szony i zwią­zany kokardką bukie­cik. Pamię­tam ten dzień, ogród jej babci... Zaj­rza­łam do pudełka. Moją uwagę przy­kuła czer­wona koperta. Wzię­łam ją do ręki. Była wygnie­ciona i prze­tarta w wielu miej­scach. W środku kartka pocz­towa, wypi­sana dzie­cię­cym pismem.

Kochana Izu­niu,

Nad możem jest super. Kom­piemy się i jemy lody.

Jemy też dużo fry­tek. Kupi­łam ci kał­czuka.

Pozdrów mamę od mojej mamy.

Ange­lika

Ale byłam głu­pia... Tyle lat przy­jaźni zmar­no­wane dla faceta, który mnie zosta­wił... Już od roku nie mia­łam kon­taktu z Angelą. Raz przy­pad­kiem widzia­łam ją na przy­stanku, ale szybko zawró­ci­łam, żeby­śmy na sie­bie nie wpa­dły. Paweł jej nie lubił. Od początku. Pew­nie dla­tego, że i ona nie lubiła jego. Powta­rzała: "On mi się nie podoba. Nie jest szczery, Izu­nia. Cwa­niak. Typowy cwa­niak". Nie potra­fiła wyja­śnić, dla­czego niby Paweł to typowy cwa­niak ani co w nim nie­szcze­rego, czym bar­dzo mnie draż­niła. Po pro­stu tak czuła od pierw­szego spo­tka­nia z nim. Jakoś jed­nak to wszystko łączy­łam, sta­ra­łam się ich godzić. Aran­żo­wa­łam wspólne imprezy, wyj­ścia do kina, pubu i zda­wało mi się, że cza­sem jest nawet faj­nie. Minął rok. Pew­nego wie­czoru przy­szła do mnie bez zapo­wie­dzi. Gdy tylko zoba­czy­łam ją w drzwiach, wie­dzia­łam, że coś się stało.

- Iza... - zaczęła. To musiało być poważne. Bar­dzo rzadko mówiła do mnie "Iza". - Coś się wyda­rzyło. Paweł...

- Co z nim?! - Serce mi sta­nęło, a w gło­wie już mia­łam obrazy jego zma­sa­kro­wa­nego ciała. Zawsze się bałam, że ktoś mi zgi­nie, że coś się sta­nie, że stracę bli­skich. Nie­znane numery odbie­ra­łam z myślą, że po dru­giej stro­nie usły­szę, że Paweł, mama, bab­cia, Angela... ule­gli wypad­kowi, że nie żyją. Gdy któ­reś z nich nie odbie­rało dłu­żej niż kwa­drans, w gło­wie two­rzy­łam wizje ich śmierci i mojego życia po niej. Teraz poważny ton Angeli był dla mnie jed­no­znaczny: z Paw­łem jest źle.

- Powiem to wprost i szybko. Paweł cię zdra­dza. Przy­się­gam. Widzia­łam go z jakąś dziew­czyną.

Zamar­łam. Poczu­łam, jakby ktoś z całej siły kop­nął mnie w brzuch. Angela minęła mnie, weszła do miesz­ka­nia, wzięła szklankę z szafki i nalała sobie wody z kranu. Łap­czy­wie wypiła całość. Teraz zauwa­ży­łam, że ciężko oddy­cha i jest spo­cona. Chyba tu bie­gła. Spoj­rzała na mnie.

- Na Zba­wi­ciela, przy­się­gam. Widział mnie, więc wie, musi wie­dzieć, że ci powiem. Nie wiem, kim ona była. Pierw­szy raz ją widzia­łam, nikim od nas. Powin­nam podejść, ale spa­ni­ko­wa­łam i ucie­kłam. To była typowa suka z cycami na wierz­chu! Ale to nie­istotne. Nie możesz z nim być! Iza! - Pode­szła do mnie, roz­kła­da­jąc ręce. Odsu­nę­łam ją.

- Iza... Co ty?

- A ty?

- Nie wie­rzysz mi? - spy­tała. Nagle miała łzy w oczach. - Osza­la­łaś? Po co mia­ła­bym kła­mać? Nie cier­pię go, ale bez jaj... wiesz, że nie wymy­śli­ła­bym cze­goś takiego, nie rani­ła­bym cię dla wła­snego kaprysu. Iza!

"Czy ja jej wie­rzę?" Zasta­na­wia­łam się. Angela ni­gdy go nie lubiła i wciąż na niego gadała, ale z dru­giej strony... Nie, nie ma dru­giej strony. Paweł by tego nie zro­bił! Nie on. Nie wie­dzia­łam, czy jej wie­rzy­łam. Na pewno nie chcia­łam. Nim zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć sama przed sobą, czy wie­rzę, do miesz­ka­nia wpadł Paweł.

- Co tu robisz?! - rzu­cił wście­kły do Angeli. - Wynoś się! - Szarp­nął ją za ramię.

- Zostaw mnie! - krzyk­nęła. - Pie­przony świ­niak! Sam się wynoś! Nikt cię tu nie chce! Ja od zawsze, a ona od teraz.

- Izka! Ona chce nas skłó­cić. - Pod­szedł do mnie i chwy­cił mocno za twarz. - Ona chce nas skłó­cić od początku. Wiesz, co dziś zro­biła?! Chciała mnie uwieść! Odrzu­ci­łem ją i powie­działa, że poża­łuję. Nie wiem, co ci naopo­wia­dała, ale...

- Żało­sne! Nie­do­brze mi na myśl, że mogła­bym cię cho­ciaż dotknąć. Iza, wiesz, że go nie zno­szę! Jak mogła­bym go uwo­dzić!?

Tak, nie zno­sisz... ale dla­czego? Boże... może wła­śnie z zazdro­ści. Angela była śliczna. Blon­dynka o deli­kat­nych rysach, miała w sobie tyle sek­sa­pilu... Nie cho­dzi o to, że ubie­rała się wyzy­wa­jąco. To po pro­stu w niej było. W jej spoj­rze­niu, ruchach, śmie­chu. Była taką dziew­czyną, która musiała się podo­bać. Może nie mogła znieść, że to ja z nim byłam? Paweł zła­pał mnie za ramiona. Wyrwa­łam mu się i ode­szłam parę kro­ków w tył. Nie wie­dzia­łam, co robić. Może rze­czy­wi­ście Angela chciała go uwieść. Paweł był taki przy­stojny... Wysoki, brą­zowe włosy, błę­kitne oczy, cudny uśmiech. Zakry­łam twarz dłońmi. I zro­bi­łam jedyne, na co było mnie stać - roz­pła­ka­łam się. Paweł wyrzu­cił w tym cza­sie Angelę z miesz­ka­nia, a mnie tulił w ramio­nach i zapew­niał o swej miło­ści. Uwie­rzy­łam mu. Pod­ję­łam decy­zję.

A teraz jestem sama. Mimo że ją zna­łam sie­dem­na­ście lat, a jego rok, to jemu uwie­rzy­łam... Tak bar­dzo pra­gnę­łam męskiej miło­ści.

Odło­ży­łam kartkę do koperty i zamknę­łam pudełko. Poło­ży­łam się na pod­ło­dze. Guz wciąż bolał i pul­so­wał gorąco. Może słusz­nie dosta­łam tym pudeł­kiem w łeb?

- - -

Wsta­łam. Ubra­łam się. Wyszłam. Całą drogę myśla­łam: Czy ona mnie przyj­mie? Czy wysłu­cha, kiedy ja nie potra­fi­łam jej słu­chać? Czy ma już nową przy­ja­ciółkę? A może nawet nie mieszka już na tym osie­dlu? Przez rok mogło się tyle zmie­nić. Może jeste­śmy już sobie obce? W gło­wie pró­bo­wa­łam uło­żyć, co jej powiem. Ale wszystko brzmiało tak bez­na­dziej­nie... Tak infan­tyl­nie, tak nie na miej­scu.

Po pół godzi­nie sta­nę­łam przed jej blo­kiem. Nie mam już nic do stra­ce­nia. Ruszy­łam.

Czwarty lipca (nadal)

? Czwarty lipca (na­dal) ?

Nie. Nie wejdę. To bez sensu. Zawró­ci­łam na przy­sta­nek i usia­dłam na ławce. Pod­je­chał mój tram­waj, ale nie wsia­dłam. Kurde, co ja robię! Prze­cież pod­ję­łam decy­zję, że tam idę, i nawet jak mnie odrzuci, to trudno, przy­naj­mniej spró­buję. Wró­ci­łam na jej osie­dle. Prze­szłam przez alejkę pełną drzew i znów zna­la­złam się pod blo­kiem. Klatka numer cztery. I co? Prze­cież nie wci­snę 55 i nie powiem: "No cześć. To ja". Może powin­nam zadzwo­nić jako listo­nosz? Dobra, praw­do­po­dob­nie to wcale jej nie ma w domu. Stoję pod klatką i robię z sie­bie idiotkę. Pocze­kam.

Minęło pierw­sze pięć minut i nic się nie zadziało... Czy nikt nie wycho­dzi na spa­cer, do sklepu, do pracy? No, ludzie! Minęło dzie­sięć i w końcu pięt­na­ście minut, gdy wresz­cie jakaś sta­ruszka wyszła z wózecz­kiem na zakupy. Dobra, kolejny etap za mną. Weszłam do środka. Teraz na ósme pię­tro. Już żołą­dek mi się ści­snął, a dło­nie oblał pot. Serce waliło jak przed maturą. Winda. Drżącą ręką wci­skam ósemkę. Stare drzwi skrzy­pią i ruszam do góry, a w gło­wie kołuje mi się z ner­wów. Czego się boję? Odrzu­ce­nia. Tak, boję się, że znów mnie odrzuci ktoś bli­ski. Stoję przed nume­rem 55.

Nie dam rady. To nie­wy­ko­nalne.

Nie­do­brze mi, chyba zwy­mio­tuję. Nie pójdę dalej. Nie ma szans. To było wszystko, na co mnie stać. Przy­szłam pod jej drzwi, ale wię­cej nie dam rady. Weszłam do windy i już mia­łam wci­snąć "par­ter", lecz palec zatrzy­mał się przed przy­ci­skiem. Cof­nął się i z resztą dłoni zaci­snął w pięść. Poczu­łam złość. Znów myśla­łam o Pawle. Zabrał mi war­tość, atrak­cyj­ność, sens, radość. Tak jak zabrał Angelę. Chcę to wszystko z powro­tem. Wró­ci­łam pod jej drzwi i zapu­ka­łam.

I... nic.

Nie ma jej. Tro­chę mi ulżyło. Uspo­ko­iłam się. Tyle pod­cho­dów, a jej po pro­stu nie ma. Zeszło ze mnie napię­cie. Mogę wra­cać, spró­bo­wa­łam i to się liczy. Zawró­ci­łam do windy.

- Iza...?

Usły­sza­łam za swo­imi ple­cami cichy, nie­do­wie­rza­jący głos Angeli. Po ple­cach prze­biegł mi dreszcz. Mię­śnie ści­snęły się i nie chciały puścić, żebym odwró­ciła się w jej stronę.

- Iza. - Teraz nie pytała, była pewna.

W końcu odwró­ci­łam się powoli ze spusz­czoną głową. Widzia­łam jej różowe kap­cie w progu miesz­ka­nia. Było mi strasz­nie wstyd, ale z wiel­kim wysił­kiem pod­nio­słam głowę. Spoj­rza­łam na nią. Na moją przy­ja­ciółkę.

- O Boże... - wypo­wie­dzia­łam w jej stronę pierw­sze od roku słowa - jesteś ruda... - Pierw­sze zda­nie od roku brzmiało: "Jesteś ruda". Czy mogłam powie­dzieć coś bar­dziej bez­na­dziej­nego? Wybu­chłam pła­czem, twarz zasło­ni­łam dłońmi. Bła­ga­łam w myślach, by pode­szła do mnie, przy­tu­liła albo po pro­stu mnie wyko­pała. Nie chcia­łam jej obo­jęt­no­ści i tej ciszy. Te włosy, to głu­pie, ale uświa­do­miły mi w jed­nej chwili, jak wiele mnie omi­nęło, jak bar­dzo mnie przy niej nie było, ile czasu zmar­no­wa­ły­śmy i że to moja wina.

Minuty mijały, a ona dalej nic nie mówiła. Było dokład­nie jak rok temu, tylko że teraz to ja pro­si­łam o wysłu­cha­nie, a ona nie wie­działa, co robić.

Uspo­ko­iłam się, wytar­łam oczy i nos. Znów na nią spoj­rza­łam. Stała wciąż w progu swo­ich drzwi. Nic się nie zmie­niła poza tym, że zre­zy­gno­wała z blondu. Patrzyła na mnie zszo­ko­wana, jakby oglą­dała przed­sta­wie­nie. Sta­łam przed nią, cze­ka­jąc na osąd. W końcu wes­tchnęła gło­śno i otarła oczy. Teraz zoba­czy­łam, że i ona pła­kała. Pode­szła do mnie nie­pew­nym kro­kiem.

- Dobrze, że już wró­ci­łaś. Zbyt długo cię nie było - powie­działa, a ja rzu­ci­łam się na nią. Przy­tu­la­łam ją z całych sił i znów pła­ka­łam. Obie pła­ka­ły­śmy. Gdy w końcu odle­pi­ły­śmy się od sie­bie, spoj­rza­łam na nią i zaczę­łam:

- Chcę ci powie­dzieć... tyle chcę ci powie­dzieć... Nie wiem, jak zacząć.

- Zacznijmy od dobrego wina. - Wzięła mnie za rękę i weszły­śmy do miesz­ka­nia.

Nic się w nim nie zmie­niło. Wszę­dzie pełno różo­wia­stych ozdó­bek i kwia­tów. I tak jak przed rokiem kolaż naszych zdjęć nad biur­kiem.

- Nie zdję­łaś ich... - Wska­za­łam na tablicę nad biur­kiem.

- A czemu mia­łam zdjąć? - spy­tała zadzior­nie.

- No bo...

- Iza, prze­cież ja na cie­bie cze­ka­łam.

Uśmiech­nęła się, a ja pomy­śla­łam, że naprawdę ją kocham. Wciąż czu­łam się nie­zręcz­nie, jed­nak z każdą minutą coraz lepiej, coraz swo­bod­niej, coraz bar­dziej "po naszemu".

- Ale...

- Widocz­nie tak miało być. Widocz­nie to było potrzebne.

Patrzy­ły­śmy chwilę na sie­bie. Sta­ra­łam się odgad­nąć, co o mnie myśli i dla­czego tak szybko mi wyba­czyła, nie kazała się sta­rać, odbu­do­wy­wać zaufa­nia. Dla­czego przy­jęła mnie bez­wa­run­kowo. W końcu uśmiech­nęła się lekko, odwró­ciła wzrok i poszła do szafki, by wyjąć kie­liszki, a ja usia­dłam przy stole. Zebra­łam się w sobie i powie­dzia­łam wprost:

- Zosta­wił mnie.

Zatrzy­mała się na chwilę w swo­jej krzą­ta­ni­nie po kuchni.

- Domy­śli­łam się... I jak ty z tym?

- Okrop­nie mi wstyd i okrop­nie tęsk­nię.

- Tęsk­nisz za tok­sycz­nym typem. - Pocią­gnęła za kor­ko­ciąg i otwo­rzyła wino.

- Tylko że ja tęsk­nię za tym, co było dobre. Za tym, jak mnie roz­śmie­szał, za pizzą w nocy, za jego przy­tu­le­niem, za jego cia­łem, za wspól­nymi pla­nami...

- Wiem. - Chłodno odpo­wie­działa, poda­jąc mi kie­li­szek wina.

Chwilę mil­cza­ły­śmy. Czu­łam mur, jaki zaczął wyra­stać mię­dzy nami. Jesz­cze za wcze­śnie, żeby wysłu­chi­wała o Pawle. Nie prze­pro­si­łam jej nawet za tamto.

- Angela, bar­dzo cię prze­pra­szam. Tak naprawdę, z całego serca cię prze­pra­szam. Nie uwie­rzy­łam ci. Musia­łaś czuć się strasz­nie...

- Przyj­muję prze­pro­siny. Nie wra­cajmy do tego - ucięła szybko. - Prze­szłość to prze­szłość. Poga­dajmy o czymś przy­jem­nym.

Chcia­łam to wyja­śnić, czu­łam, że musimy to prze­ga­dać, że nie może to pozo­stać zamknięte w szu­fla­dzie pod tytu­łem "było, minęło". To była jedna z tych spraw, które miną tylko wtedy, gdy się je prze­gada, szcze­rze prze­prosi i szcze­rze wyba­czy. Zamknięte zaczy­nają gnić i aż strach potem otwo­rzyć tę szu­fladę. Widzia­łam jed­nak zacięty wyraz twa­rzy Angeli. Zro­bi­łam to, o co pro­siła, a w duchu posta­no­wi­łam, że musimy wró­cić do tej roz­mowy.

- To powiedz, dla­czego jesteś ruda.

- To aku­rat bar­dzo przy­jemny temat. - Roz­luź­niła się. - Jestem poma­rań­czowa. Poma­rań­czowy to kolor celu, a ja mam usta­no­wiony cel.

- Cel?

- Tak. Zna­leźć męża.

- Męża?

- Co cię dziwi? Mam dwa­dzie­ścia sie­dem lat i tra­dy­cyjne podej­ście do życia, wiesz o tym. Może mało to dziś modne, ale moje. Za dwa lata o tej porze chcę pro­wa­dzić różowy wózek przez park, lewą dło­nią. Prawą, na któ­rej poły­skuje obrączka, chcę trzy­mać dłoń mojego męża.

- To dość... spre­cy­zo­wany cel.

- Oczy­wi­ście. Cel nie może być roz­myty. Ty masz jakiś cel?

- Sta­nąć na nogi?

- Roz­myte. Nic nie zna­czy, nic w tym nie ma. Daj kon­kret.

Upi­łam łyk wina.

- Być z kimś, kto mnie kocha?

- Jesteś w tym bez­na­dziejna. Co to za ogól­niki!

- Okej. Za dwa lata... Za dwa lata... Leżę obok ciem­no­wło­sego faceta. Mojego faceta.

- Dobrze. Gdzie jeste­ście?

Zamknę­łam oczy, by wyobra­zić sobie, gdzie mogę być z tym moim ciem­no­wło­sym face­tem.

- Jeste­śmy nad jakimś morzem. Sły­szę szum fal. On całuje mnie w kark. Jego zimne usta na roz­grza­nej słoń­cem skó­rze. Szep­cze, że mnie kocha. Odwra­cam się do niego, obej­muję go ramio­nami.

- A dzieci? Widzisz dzieci?

- Nie! Nie widzę żad­nych dzieci. Jeste­śmy we dwoje.

- Okej. Bez dzieci. Może być. To twój cel. Bru­net szep­czący do ucha.

Otwo­rzy­łam oczy.

- Dobra, a co w ogóle się jesz­cze zmie­niło oprócz tego poma­rań­czo­wego? Masz jakąś... bli­ską kole­żankę?

Zaśmiała się. Gło­śno, szcze­rze, tak jak lubi­łam naj­bar­dziej.

- No co?

- Zapy­ta­łaś... jak bab­cia, która pod­py­tuje, czy jesteś les­bijką. "Masz bli­ską kole­żankę"?

Rze­czy­wi­ście tak to zabrzmiało. Teraz i ja się zaśmia­łam.

- Nikt cię nie zastą­pił, jeśli o to pytasz.

- Tak, o to pyta­łam. - Uśmiech­nę­łam się do niej i wie­dzia­łam, że pod­ję­łam dziś naj­lep­szą decy­zję, by do niej przyjść.

Śmia­ły­śmy się, roz­ma­wia­ły­śmy, były­śmy razem. Z każdą chwilą, z każ­dym kolej­nym kie­lisz­kiem wina, z każdą nad­ro­bioną histo­rią odzy­ski­wa­ły­śmy naszą przy­jaźń, wyjąt­kową więź, jaką mia­ły­śmy ze sobą od dziecka. Zaczy­na­łam zda­nie, a ona je koń­czyła, ona chciała coś powie­dzieć, ja już się śmia­łam, bo zna­łam finał opo­wie­ści. Gdy były­śmy już po dru­giej butelce wina, pod­nio­słam się.

- Wra­cam. Nie skoń­czy­łam się pako­wać. - Musia­łam przy­trzy­mać się ściany, by nie upaść.

- Gdzie pako­wać?

- Wła­śnie! Poje­dziesz ze mną? Pole­cisz? Bła­gam cię!

- Co?

- Siód­mego. Za trzy dni. Mam wolny bilet. Miał być dla niego... Sama rozu­miesz. - Chwia­łam się na nogach i ciężko było mi zacho­wać skład­nię.

- Co? - Zaczęła się śmiać.

- No do Gre­cji. To było naj­tań­sze. Pole­cisz ze mną?

- Prze­cież ja pra­cuję.

- Wciąż w tej samej fir­mie?

Poki­wała głową. To utrud­niało sprawę. Angela pra­co­wała dla wiel­kiej kor­po­ra­cji, sama o sobie mówiła, że jest "panią z HR-ów" i śmiała się z tego. Uwiel­biała prze­pro­wa­dzać roz­mowy rekru­ta­cyjne i mię­dzy pyta­niami o język pro­gra­mo­wa­nia i doświad­cze­nie zada­wać ludziom pyta­nia o sko­ja­rze­nia do wła­snego imie­nia, a także o to, czy wie­rzą w horo­skopy i co myślą o Incep­cji. Tak, nie była zbyt pro­fe­sjo­nalna na pierw­szy rzut oka, ale miała naj­lep­sze wyniki. Zre­kru­to­wani przez nią pra­cow­nicy wpa­so­wy­wali się w zespół momen­tal­nie, atmos­fera była świetna, a słupki z zyskami rosły. Nie­mniej nie mogła z dnia na dzień wziąć urlopu.

- No, ale kiedy będziesz miała taką oka­zję?

- Dobra - powie­działa i opa­dła na łóżko. - Prze­ko­na­łaś mnie. W końcu czy nie mi w tej rela­cji przy­pada rola świr­nię­tej przy­ja­ció­łeczki, która ma cią­gle czas, nie ma życia pry­wat­nego i zja­wia się zawsze, gdy trzeba, by główna boha­terka, Izu­nia, wypła­kała się w jej rękaw? Uwiel­biam grać tę rolę! Tak! Lecę! Wezmę L cztery i mam to gdzieś.

- No to cześć. Wyślij mi dane z dowodu, zajmę się zmianą biletu!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki