Grecja. Gorzkie pomarańcze - Dionisios Sturis

-
Proszę czekać

3

Mój dziadek Stanisław, który innymi razy, po całym dniu pracy, spokojnie siedział za stołem i siorbał herbatę albo zbożową kawę, teraz chodził wolno po źle oświetlonej, ciemnej kuchni w tę i z powrotem. W tę i nazad, w tę i nazad. Kopcił jednego skręta za drugim, odpalając je od rozgrzanej płyty pieca, na którym w wielkim garze dochodził bigos. Woda w czajniku gotowała się już od kilku minut. Para osiadała na pomarańczowych kaflach, którymi wyłożono ściany wokół pieca. Nie powiedział ani słowa, nie wrzeszczał, nie przeklinał, nie odgrażał się, nie zaciskał pięści. Wpatrywał się tępo w podłogę pokrytą jasnobrązowym linoleum. W tę i nazad. To była cała jego reakcja na list od mojej mamy, którego właśnie wysłuchał.

Choć włosów miał jeszcze całą burzę, dziadek posiwiał niedawno kompletnie. Jego plecy zaczynały się wyginać, usta zwężały się i z braku kilku zębów podkowiały. Paznokcie u rąk i nóg stężały do tego stopnia, że trzeba je było, wymoczone w gorącej wodzie z mydłem, ciąć ostrym nożem. Starość dopadła go, co dało się słyszeć w nieskoordynowanym, powolnym szuraniu jego kapci, i co można było dostrzec w wysiłku, który towarzyszył zaciąganiu się kolejnymi papierosami bez filtra - każdy mach był wymęczony, brany na dwa długie, mało silne, syczące wdechy. Rąbanie drzewa, młócenie koniczyny dla królików, wyrzucanie gnoju ze stajni - wszystkie te prace zajmowały mu coraz więcej czasu i pożerały coraz więcej jego wyraźnie kończącej się energii.

Stanisław Zieleń ze Starego Sącza. Rocznik 1910. Dwie wojny pamiętał. Krótko po tej ostatniej przeniósł się z babcią i dwójką małych dzieci - ciocią Renią i wujkiem Staszkiem - na Ziemie Odzyskane, bo łatwiej dało się znaleźć pracę. Rodzinę swą planował wielką. Najpierw był Czarny Bór pod Wałbrzychem. Zamieszkali w małym domu naprzeciwko Niemców - wojennej wdowy z czworgiem dzieci. Żyli z sąsiadami dobrze, dzieciaki się zaprzyjaźniły, a mała ciocia Renia z Niemką Lucy to nawet później listy do siebie słały. W Czarnym Borze urodzili się wujek Tosiek i wujek Janek, a także mały Tadzik, który wkrótce umarł na zapalenie płuc. W 1949 roku pojawiły się moja mama i ciocia Marysia, bliźniaczki, a później jeszcze trzech braci. Dziadek pracował jako leśniczy, a babcia - wiadomo. Niemcy w końcu wyjechali do Niemiec, a dziadek dowiedział się, że pod Chojnowem są na sprzedaż kawał pola i stary młyn do zamieszkania - ze stajniami dla koni i bydła, z kurnikiem, z szopami, z piwnicami i strychami, na których można suszyć zboże. Zwolnił się z lasów, wziął kredyt na czterdzieści lat i kupił wymarzoną gospodarkę. Ziemia żyzna, wokół łąki, blisko do rzeki i zimnej, z gór płynącej młynówki. A za lasem autostrada, którą w sześćdziesiątym ósmym czołgi będą jechały na Czechosłowację - aż się wszyscy z łóżek pozrywają, taki będzie hałas, aż bracia mojej mamy nocą przez te lasy pobiegną zobaczyć. Ale w Osetnicy najfajniejszy był sad. Wielki, z drewnianym ogrodzeniem i zarastającymi zielskiem fundamentami starego poniemieckiego domu, a może stajni. Wzdłuż jednej krawędzi sadu do dziś płynie strumyk, który wije się dalej między łąkami i polami innych gospodarzy i wpada, koniec końców, do niemrawej Skorej.

Babcia Zosia siedziała przy stole razem z ciotkami. W domowym fartuchu w ciemne kwiatki, na guziki, bez rękawów. Jedenaście lat młodsza od dziadka, a mimo to chuda, krucha, pomarszczona, siwiejąca, coraz wolniej chodząca. Starość wzięła się za nich oboje jednocześnie. Po jej policzkach ciekły pojedyncze łzy. Babcia także milczała. Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy, żadne nie pasowały do sytuacji. Przebiegała spojrzeniem po akapitach listu, który trzymała w trzęsących się nieposłusznie dłoniach. Chciała się upewnić, że to, co przed chwilą usłyszała, odczytane na głos przez ciocię Renię, to naprawdę słowa jej córki, jej pismo, jej litery. Wpatrywała się w poszczególne wyrazy, oceniała ich autentyczność, konstruowała historie, które mogły się kryć za koniecznością ich użycia. Niebieskim długopisem na papierze w szeroką linię: "pomóżcie, zabierzcie, nie wiem, jak długo, nie wytrzymam, nie zasłużyłam, bije, siniaki, sił, na rękach, z nożem, z moją własną koleżanką, maj 1985, Saloniki, Grecja, całuję i ściskam, proszę, błagam, Zosia. Pozdrawiam".

Ciocia Marysia ze spuszczoną głową powtarzała pod nosem:

- Matko Boska, Matko Boska.

- Doszedł dzisiaj rano, a wysłany był ponad dwa tygodnie temu - ciocia Renia mówiła spokojnie, bo zdążyła przeczytać list wielokrotnie. Miała czas, by ochłonąć, choć i dla niej stanowił olbrzymi szok. Czy taki znowu wielki? Przecież jej ten związek nigdy się nie podobał, była mu przeciwna, a o swoich wątpliwościach rozmawiała z moją mamą nieraz. Ale co to za rozmowa z zaślepioną, zakochaną, głuchą na wszystkie argumenty? Zresztą argumentów nie miała wiele - raczej złe przeczucia, zła energia wokół niego. Takiego zgrywał Greka Zorbę, szalonego, z fantazją, z gębą pełną frazesów i historii o tym, jak cudownie żyje się w Grecji.

"Sami zobaczycie, bo przecież przyjedziecie nas odwiedzić, prawda? Saloniki, wyspy, Ateny, Akropol - wszystko wam pokażę, wszędzie zabiorę".

Gadać to on potrafił, bez przerwy. Czaruś. Modnie ubrany, uczesany, zawsze gładko ogolony, przystojny. Ale co myśmy tak naprawdę o nim wiedzieli? Że kiedyś w Dolzamecie pracował, że ponoć nie najgorszy był z niego tokarz. Jego rodzina kilka lat wcześniej wyjechała z Chojnowa, wrócili do Grecji, gdy upadł rząd czarnych pułkowników. Stara matka, siostry z mężami i dziećmi i - no właśnie - jego pierwsza żona z synem. Greczynka z Legnicy, z którą się już ponoć od dawna nie kochali, razem nie żyli, której on nie chciał więcej widzieć i znać za jej wszystkie oszustwa, kłamstwa, podłości, za to, że zniszczyła mu życie.

"Ona już dla mnie nie istnieje, Zosiu. Koniec! To był błąd, Zosiu. Ona zniszczyła mi życie, ona mnie prawie zabiła".

- Trzeba nam było z nią porozmawiać, napisać do niej, zapytać. Dlaczego wtedy na to nie wpadłam? Że też rodzice się nie sprzeciwili? - Ciocia Renia cały dzień myślała tylko o tym, co zrobić i jak. Wstała od stołu i zdjęła czajnik z pieca. Zalała cztery herbaty. - Powiedzcie coś. Co myślicie? Rozmawiałam już z Edziem i wymyśliliśmy, że można by napisać list. Ot, że tęsknimy, że z ojcem nie najlepiej, że już dawno w domu nie byli, niech przyjadą, niech się dadzą sobą nacieszyć. A akurat jest okazja, bo Edek będzie blisko - w Bułgarii albo Jugosławii, że niby na handel jedzie - skóry, kryształy, owoce w puszkach. Że to rzut beretem, może wpaść na kilka dni, a jak zechcą, mogą się z nim zabrać na urlop w drodze powrotnej. Zapłacimy za ich powrót samolotem. Taki prezent. Niech to przemyślą i szybko odpiszą. W ten sposób on niczego się nie domyśli, a że sam urlopu nie dostanie, jak pisała Zosia, to nie będzie chciał przyjechać z nimi.

- A jak ich nie puści? - Ciocia Marysia kręciła głową. - A nawet jeśli, to co z rzeczami, ubraniami, ze wszystkim? Przecież ona niczego tutaj nie ma, wszystko wywiozła do Grecji. Dwa wagony w pociągu wynajęła, żeby to wszystko pomieścić. Ma to zostawić? Ubrania, garnki, książki, kryształy i co tam jeszcze?

Babcia milczała. Studiowała teraz uważnie brązową kopertę i znaczek, niezrozumiałe greckie litery na pocztowym stemplu.

- Trudno, będzie musiała zacząć życie od nowa - ciągnęła ciocia Renia. - Przecież jej pomożemy. Najważniejsze, żeby ją stamtąd zabrać. Ją i dzieci. Zamieszkają tutaj, miejsca jest dość, prawda, mamuś? Przedszkole niedaleko, a o pracę nietrudno. No, jakoś to będzie.

Dziadek odpalił kolejnego papierosa i bez słowa opuścił kuchnię. Babcia i ciotki patrzyły na niego przez uchylone okno, jak mija stajnię, wchodzi do kurnika i zamyka za sobą jego osrane drzwi.

2

Byłem tak strasznie wkurwiony, że natychmiast musiałem zjeść coś słodkiego. Szedłem już kawał drogi - spocony, zmęczony i wściekły. W końcu znalazłem się w dzielnicy z czynnymi sklepami i kawiarniami, z kursującymi autobusami i trąbiącymi taksówkami. W pierwszej lepszej cukierni poprosiłem o bugatsę. Z cukrem pudrem i cynamonem. Na ciepło.

Pałaszowałem ciasto łapczywymi kęsami. Było idealne: tłuste, sycące i słodkie. Klejące się palce wytarłem w spodnie. Usiadłem na murku i próbowałem pozbierać myśli. Była niedziela, wieczór - 12 lutego 2012 roku.

Do Aten przyjechałem kilka dni wcześniej, po tym, jak rząd premiera Papadimosa - nie wiadomo który już raz - ogłosił, że pomylił się w przewidywaniach co do kryzysu. Było gorzej, niż myśleli premier i minister finansów, gorzej, niż prorokowali unijni inspektorzy nadzorujący greckie finanse. Było dużo gorzej. Kolejne recepty okazywały się nieskuteczne. Konieczne znów okazało się zaciśnięcie pasa, ale tym razem porządnie. Po takim komunikacie nie mieliśmy w radiu wątpliwości, że - choć zima - w Atenach znów będzie gorąco.

- Dionis, bukuj bilety. Lecisz.

Około szesnastej na plac Syntagma (Konstytucji) zaczęli schodzić się ludzie. Grupki znajomych dyskutowały, paląc cienkie skręty i popijając kawę z plastikowych kubków. Dużo dzieciaków, w wózkach i trzymanych za ręce przez rodziców. Handlarze popychali swoje kramy i zajmowali pozycje. Sprzedawali maski chirurgiczne, wodę w butelkach i gwizdki. Z szerokiej jezdni oddzielającej plac od siedziby parlamentu zniknęły samochody i trolejbusy, a na jej obrzeżach pojawili się policjanci. Ktoś na latarni zawiesił szubienicę, ktoś inny miarowo walił w bęben. Obok rozwijano wielkie transparenty z czarnymi i czerwonymi napisami - same drukowane litery. Po porannym deszczu zza chmur zaczęło wyglądać słońce.

Bezdomne psy biegały w zadziwieniu wokół trzech młodych chłopców i dwóch dziewczyn z amatorskiej trupy teatralnej, którzy najpierw oblali się czerwoną farbą, a później ułożyli w afektowanych pozach na ulicy - krwawią, jak cała Grecja pod ciężarem zagranicznych długów. Zamknięte oczy, wstrzymywane oddechy. Spóźnieni fotoreporterzy prosili ich, by nie wstawali jeszcze przez chwilę - cykali zdjęcia pod różnymi kątami, tak żeby zmieścić na nich również pęczniejący tłum oraz budynek parlamentu z zamkniętymi okiennicami i wielką biało-niebieską flagą powiewającą na dachu.

Oburzeni na Placu Syntagma: "Nic dla nas, wszystko dla wszystkich".

 

A w parlamencie debata - nad programem oszczędnościowym, w którym zatwierdza się obniżenie pensji minimalnej i masowe zwolnienia w administracji, ponoć konieczne, bo kryzys ciągle postępuje. Publiczne media krzyczą, że bez tego Bruksela zakręci kurek z pieniędzmi, a kraj zbankrutuje. Partie PASOK i Nowa Demokracja zarządzają dyscyplinę przed wieczornym głosowaniem, ale kilkoro posłów się wyłamuje, za co grozi wyrzucenie z partii. Do końca nie będzie wiadomo, co zrobią. To już kolejne takie przesilenie w ostatnim czasie.

- - -

Przypomina mi się wielki protest z lata 2011 roku. Wszystko przebiegało według tego samego scenariusza. Minister finansów wychodzi na mównicę ze strapioną miną i ostrzega:

- Kiries kai kiroi vouleutes, panie i panowie posłowie. Grecja upadnie, jeśli odrzucicie dzisiaj wieloletni plan budżetowy. Bolesne cięcia i oszczędności są nieuniknione. Zachowajcie się rozsądnie, bo stoimy nad przepaścią. A jak w nią spadniemy, to będziemy się podnosić długie dekady - poles dekaeties!

Związki zawodowe protestują - na weekend zapowiadają strajk generalny i to od razu dwudniowy. Tłum zagranicznych dziennikarzy ciągnie do Aten - węszymy zawieruchę. Mój samolot ląduje jako ostatni - kolejne będą zawracane, bo kontrolerzy lotów rozpoczęli protest wcześniej, niż zapowiadano. Port w Pireusie nieczynny, nie jeżdżą autobusy, tramwaje ani metro. Taksówkarze mają niespodziewane żniwa. Całe centrum jest zamknięte dla samochodów. Kierowca wysadza mnie na tyłach ateńskiego uniwersytetu. Z radia dzwonią, że część ustaw już przeszła i że wybuchły zamieszki, że ludzie biją się z policją, że ogień i huk, tłuczone szyby, przed samym parlamentem i kilka ulic dalej, że koktajle Mołotowa lecą w stronę banków, że mam uważać, że chmura gazu łzawiącego. Chmura? Faktycznie, właśnie w nią wchodzę. Mówią, żebym się nie rozłączał, że za chwilę będziemy na antenie, na żywo w popołudniowym programie. Grześ Chlasta, prowadzący, pyta, co widzę, a mi głos więźnie w gardle. Zaczynam kaszleć, pocić się, krztusić. Z oczu ciekną mi łzy. Na antenie słychać odgłosy wybuchów i syreny karetek. Próbuję opisać energię, która wypełnia teren wokół mnie. Wchodzę na murek i widzę setki osób w maskach gazowych, maseczkach chirurgicznych lub maskach do nurkowania. Tłum zaczyna biec w stronę Biblioteki Narodowej. Policjanci wystrzelili kolejne pociski z gazem. Chowamy się w bocznych uliczkach.

Ludzie widzą moją walizkę na kółkach i podchodzą, chcą pomóc. Biorą mnie za zbłąkanego turystę.

- Gdzie twój hotel? Uciekaj, tu jest niebezpiecznie - przekonują mnie dwie piękne studentki. Policzki i nos mają wysmarowane białą mazią - maalox, pomaga na ból brzucha, ale łagodzi też skutki działania gazu. Dziennikarzom nie ufają, do mikrofonu nic mi nie powiedzą, ale proszą, żebym na siebie uważał. W końcu wydostaję się poza centrum, wsiadam do taksówki i jadę na Vironas zostawić walizkę w mieszkaniu mojej kuzynki Marysi.

Kiedy wrócę po dwóch godzinach, zastanę krajobraz po bitwie. Wybite szyby sklepów i banków, tlące się śmietniki, obłupany marmur na schodach ekskluzywnych hoteli i ten cholerny gaz, który będzie się unosił nad centrum miasta jeszcze przez dwa dni. "Policjanci przesadzili" - stwierdzi prokurator generalny i zarządzi w tej sprawie śledztwo - rozpylili chemikalia nawet na stacji metra, gdzie lekarze urządzili szpital polowy dla rannych w zamieszkach. Greccy Oburzeni - Aganaktismenoi - naprawiają swoje namioty, które ucierpiały podczas zadymy. Polewają marmurowe płyty na placu Syntagma wodą z fontanny i na nowo rozwieszają transparenty. Po kilku tygodniach władze Aten zarządzą likwidację ich obozowiska - policja przyjdzie nad ranem.

- - -

Ponad pół roku później po Oburzonych nie ma na placu ani śladu. Zbliża się osiemnasta. Tłum ciągle pęcznieje. Ktoś wydziera się do megafonu, że politycy to złodzieje, oszuści i zdrajcy: - Wynocha stąd, kłamcy! - Wynocha, wynocha! - Płynie przez plac. W kierunku parlamentu strzelają setki, jeśli nie tysiące wyprostowanych rąk z rozcapierzonymi palcami - to słynna grecka moutza, gest wściekłości i niezgody, klątwa rzucana na wroga.

W tym samym czasie właściciele sklepów, restauracji i kiosków w centrum oraz kilku przyległych dzielnicach wypraszają klientów i podliczają marny utarg. Zamykają drzwi na klucz, opuszczają metalowe rolety i idą do domów, z nadzieją, że może kamienie ominą szyby ich interesów. Tego wieczora będą w nerwach oglądać informacje na wszystkich kanałach - żeby zobaczyć, gdzie tłuczono się najbardziej. Bo że bójki wybuchną, to niemal pewne.

Głównymi ulicami prowadzącymi na plac ciągną głośne kolumny - krok marszowy, zdecydowany, w dłoniach flagi z symbolami partyjnych młodzieżówek i związków zawodowych. TAK - dla chleba i wolności! NIE - dla cięć i oszczędności!

Dwie staruszki w zimowych płaszczach mówią mi, że cały ten bajzel to robota Niemców. Chcieli Grecję wykończyć podczas wojny, ale im się nie udało. Teraz znów próbują, ale i tym razem przegrają. Grecy to waleczny naród. - Łatwo skóry nie sprzedamy! - mówią.

Młode, sympatyczne małżeństwo. Ubrani na kolorowo. Ona nieco wyższa od niego. Trzymają się za ręce. Prowadzą sklep ze sportowymi ciuchami. Chodzą na wszystkie protesty. Biznes kręci się z dnia na dzień gorzej, wykańczają ich coraz to nowe podatki. Przy sporych oszczędnościach jeszcze wystarcza do pierwszego, więc nie narzekają. Martwią się o tych, którzy nie mają na jedzenie. I o przyszłość dwójki swoich małych dzieci.

- Wszyscy nasi politycy to złodzieje, przez całe lata kradli i oszukiwali. Nie wierzymy w ani jedno ich słowo. Jeśli oni zostaną u władzy, kryzysy będą wracały co chwila.

Szukam kafejki internetowej, żeby wysłać dźwięki do radia, ale wokół wszystko pozamykane. Idę w stronę placu Omonia (drugi co do wielkości plac Aten). Na jednej z głównych ulic - Stadiou - mijają mnie tysiące osób. Co parę kroków zatrzymuję się i robię zdjęcia, bo nie mogę uwierzyć rozmiarom tłumu. Gdzieniegdzie grupki policjantów przeganiają zakapturzonych chuliganów z kijami bejsbolowymi, którzy podłączyli się do pokojowej demonstracji. Gdzieniegdzie sami są przeganiani.

Nagle czuć paloną gumę i słychać, jak pękają szyby. Zaczęło się! Choć nie wiadomo, kto ani jak zaczął. Gaz powoduje panikę, ludzie rozbiegają się we wszystkie strony. Powietrze co rusz przecinają kamienie, w ruch poszły policyjne pałki.

- - -

Następnego dnia wrócę na ulicę Stadiou, żeby opisać szkody:

- Spalone kino Attikon. Piękny, neoklasyczny gmach. Sto czterdzieści lat historii - podczas okupacji naziści w jego podziemiach urządzili salę tortur. Spod zgliszcz ciągle bucha szary dym. W środku czarno. Strażacy wypompowują wodę i rozciągają wokół budynku żółtą taśmę. Ludzie nie mogą się nadziwić. Pokazują palcami na dwa sklepy z ciuchami, przyklejone do kina, które też poszły z dymem.

- Zdemolowany i obrabowany sklep z drogim sprzętem AGD. Właściciel podlicza straty, jego żona wciąga do odkurzacza kawałki szkła z wybitej szyby. Omija skorupy po ceramicznych misach i potłuczone kubki do kawy.

- Setki ukradzionych telefonów ze wszystkich okolicznych sklepów.

- Księgarnia, której właściciel mówi, że nic nie wzięli, tylko szybę wybili. Kto by chciał kraść książki?

- Spalony zakład jubilerski i kantor, zdemolowane biuro turystyczne i bank, do którego prowadzą obtłuczone białe schody - kawałki marmuru odpadały pod razami metalowych drągów i służyły za amunicję.

W Grecji mówi się na nich "zakapturzeni". Było ich w niedzielę około trzystu (czyli zaledwie garstka spośród wszystkich demonstrujących, których mogło być nawet sto tysięcy), a policja zatrzymała jedynie siedemdziesięciu dziewięciu. Sami faceci - bezrobotni, studenci, jeden prawnik. Niektórzy są z lewicowych organizacji, ale większość to pospolici szabrownicy. Usłyszeli zarzuty usiłowania morderstwa, spowodowania obrażeń ciała lub kradzieży.

 

Zdewastowali ponad sto pięćdziesiąt budynków. Oprócz wymienionych - sklepy z zegarkami, kawiarnie, agencje ubezpieczeniowe, punkty skupu złota.

Sprzątają po nich imigranci z Bangladeszu i Pakistanu. Ich wózki z supermarketów, do których ładują zazwyczaj wygrzebane ze śmietników żelastwo lub makulaturę, idealnie nadają się do wywożenia szkła, kawałków drewna, papierów i folii. Szklarze uwijają się na drabinach, a sprzedawcy w sklepie z drogimi butami sportowymi kończą pakowanie pojedynczych ocalałych trampek do czarnych plastikowych worków.

Ale to dopiero nazajutrz.

- - -

Z recepcji małego, obskurnego hotelu wysyłam do radia rozmowy z ludźmi, skandowane okrzyki i wolnościowe pieśni śpiewane przez tłum. Pół godziny później znów jestem w drodze. Skręcam w ulicę Ermou, która biegnie aż do samego placu Syntagma. To w zasadzie deptak, zamknięty dla samochodów. Centrum handlu drogimi ciuchami.

 

Jest ciemno i koszmarnie duszno pomimo chłodu. Tłok. Większość ludzi idzie spod parlamentu, widocznie skończyli już demonstrować. Ja przeciskam się w drugą stronę. Wolno, bo ulica pęka w szwach. Pytam o głosowanie - ktoś odpowiada, że już po, że zatwierdzili. Kilkoma głosami.

Z bocznej uliczki wyłania się szpaler policjantów. Maszerują, nie zważając na zaczepki i wyzwiska, jeden za drugim, około dwudziestu. W kaskach, z tarczami i pałkami, w kuloodpornych kamizelkach. Ludzie gwiżdżą i skandują: Świ-nie! Mor-der-cy! (Gourunia! Dolofonoi!) Któryś z policjantów nie wytrzymuje i rzuca w naszym kierunku granat z gazem, potem jeszcze jeden i jeszcze. Zanim eksplodują chmurą siwego dymu, wybucha panika. Chcemy uciekać, ale nie ma jak. Trudno w tym ścisku zrobić krok. Zaczynam kaszleć i dławić się. Nie pomaga chusta przyciśnięta do ust ani kilka ostatnich łyków wody. Pusta butelka ląduje między szalejącymi stopami. Chce mi się rzygać, mam ochotę wypluć płuca. Czuję, jak rosną we mnie wkurwienie i strach...

W końcu udaje mi się skręcić w prawo, w wąską uliczkę. Łapczywie oddycham, nie przestając biec.

1

Na klatkach panował przyjemny chłód emanujący z marmurowych ścian i posadzek. Przyjemnie było się weń zanurzyć, dać mu się opatulić, gdy jeszcze przed chwilą było się we władaniu lipcowego żaru.

Do obowiązków mojej mamy należało wytrzepać wycieraczki, zamieść klatkę od góry do dołu, włącznie z windą, umyć podłogi, przetrzeć poręcze, a raz w miesiącu dodatkowo umyć małe okienka na półpiętrach. Dozorcy lub dozorczynie zawsze na czas przygotowywali wiadro z gorącą wodą, płyny, ścierki, miotły i szmaty. Zostawiali cały ten sprzęt przy drzwiach. Robota szła sprawnie i szybko. Dobrze jej za to sprzątanie płacili. Na tyle dobrze, że bez najmniejszych podejrzeń ze strony ojca, mogła część pieniędzy odkładać na "nowy początek". Odkładała i sukcesywnie zamieniała na dolary. Zamieniała i ukrywała.

Przy trójce małych dzieci nie miała szans na inną pracę. Cztery dni w tygodniu. Jeden blok rano i jeden wieczorem. Na drugim końcu Salonik. Był rok 1984.

To wtedy moja mama nauczyła się jednego jedynego zdania po grecku. Poza nim znała jeszcze tylko: dzień dobry, dziękuję, przepraszam, dobranoc oraz pojedyncze wyrazy: mleko, mąka, jabłka, ręcznik, wymioty, gorączka. Wymawiała je niechętnie, niedbale, niewłaściwie akcentując, jedynie wtedy, gdy musiała, czyli na zakupach lub u lekarza. Wszyscy naokoło mówili po polsku: ojciec, ciotki, moja babcia, kilka znajomych Polek, które, tak jak moja mama, wydały się za "polskich Greków". Nikt nie miał ochoty ani czasu, żeby ją uczyć. Niby z czasem sama miała podłapać. Nic z tego - nie podłapałaby, nie miała talentu do języków.

SEPARAKALOANIKSITINPORTA - wyrzucała do domofonu po naciśnięciu guzika. Na pojedynczym tchu, jak jeden długi wyraz, szybko, bez żadnej słyszalnej intonacji. Choć powinno być: sas parakalo i anikste - inaczej jest dość niegrzecznie i niegramatycznie. "Proszę, otwórz drzwi" - jak do koleżanki, zamiast "Proszę, otwórzcie mi drzwi" - jak do nieznanych państwa. Państwo jednak wiedzieli - najczęściej ubrana na czarno dozorczyni i siwy dozorca - że mają do czynienia z cudzoziemką, biedaczką, która cudem jedynie wyrwała się z tego całego komunizmu. Państwo się litowali i otwierali drzwi swoich bogatych bloków, a moja mama wchodziła do środka i sprzątała.

Gdy uciekniemy do Polski, będą mieli kłopot. Po dwóch tygodniach piasek na niepozamiatanej podłodze zacznie skrzypieć pod butami. Nie będą wiedzieli, co się stało, dlaczego ta cicha i sympatyczna blondynka z Polski nagle przestała przychodzić. Moja mama nie będzie miała jak ich uprzedzić ani znaleźć zastępstwa, bo wyjazd wypadnie nagle, gdy nadarzy się okazja...

Kiedy ojciec zrozumiał, że nie wyjechaliśmy na wakacje i że do Grecji nie wrócimy, zaczął dzwonić i przyrzekać poprawę. Przestanie pić, bić i chodzić do tej kobiety. Jak Boga kocha! Zosiu, uwierz! Zosiu, przysięgam! Raz nawet przyjechał. Całą drogę z Salonik do Osetnicy, do domu dziadków, w którym wtedy mieszkaliśmy, żeby osobiście przekonać mamę do powrotu. Na próżno. Wrócił do Grecji, wniósł sprawę o rozwód, a gdy tylko go uzyskał, ożenił się. Z tą kobietą. Kontaktów z nami zaniechał. Alimentów ani listów nie przysyłał.

Miałem wtedy dwa lata, bliźniaki pięć - grecki wyparował z naszych głów niepostrzeżenie. Na dobrych kilka lat, by pojawić się znów za sprawą kolorowych reklamówek z dziwnymi napisami, których nie umieliśmy nawet przeczytać. Przychodziły po kilkadziesiąt - nowiuteńkie, z supermarketów, razem z wafelkami, rurkami z kremem kakaowym i masłem czekoladowym (merendą) w urodzinowych paczkach od ciotki Sultany, siostry ojca. Nikt nie miał takich na całym osiedlu, a może w całej Polsce.

- Greckie? - pytali sąsiedzi.

- Greckie - odpowiadałem, a oni kiwali głową z uznaniem.

Otwierałem encyklopedię na końcowych tabelach, znajdowałem grecki alfabet, rozkładałem na kuchennym stole kilka kolorowych siatek i próbowałem tłumaczyć greckie hieroglify. Alfy, epsilony, kappy i omikrony wyglądały dość znajomo i przyjaźnie. Dużo większy kłopot stanowiły za to omegi, zity, wity i thity. Sigma była gdzieś pomiędzy, bo niby podobna do s, ale na końcu jakby trochę rozjechana. Nijak nie układała mi się z tego nazwa sklepu (????????????) i życzenia udanych zakupów (??? ????????? ???? ?????).

- No, weź coś powiedz! - nalegali na przerwach koledzy z podstawówki. - Znasz jakieś przekleństwo? Jak jest dupa? - Dla nich było jasne, że skoro urodziłem się w Grecji, a nie jak reszta klasy w Złotoryi, skoro mój ojciec jest Grekiem, skoro noszę imię greckiego boga, a moje nazwisko nie kończy się na "-ski", to na pewno mówię po grecku. Nie tłumaczyłem, że jest inaczej, że ojciec się na nas wypiął, że się z mamą rozwiedli, że o Grecji wiem mniej więcej tyle, ile oni o Brazylii. Wolałem udawać. Poprosiłem mamę, by nauczyła mnie czegoś, ale pamiętała jedynie to zdanie z błędami o otwieraniu drzwi.

- No dooobra - odpowiadałem niby to z wielką łaską i rzucałem szybkie separakaloaniksitinporta, za każdym razem wymyślając inne znaczenie.

4

- Herbaty nie pijemy. Tylko wodę. Z solą albo cukrem. Już trzydzieści cztery dni. - Ektif jest z Maroka. Ma czterdzieści pięć lat i przyjemną, okrągłą twarz z kilkudniowym zarostem. Gruby wełniany sweter w kolorowe paski i turban z czarnej chusty na głowie. Ciągle czuje się wzdęty, dlatego pije coraz mniej wody. Chodzi bardzo wolno. Schudł już dwanaście kilogramów. W Grecji jest od ośmiu lat. Nielegalnie. Mieszka na Krecie i pracuje jako ogrodnik. A może już nie pracuje - jego szefowi nie bardzo spodobał się pomysł strajku głodowego. Gdy Ektif wróci na Kretę - jeśli wróci - może się okazać, że jego miejsce zajął inny imigrant.

Przygotowania trwały cztery miesiące. Trzeba było zebrać pieniądze na promy, na wodę, papierosy, koce, śpiwory, namioty. Wiele razy się spotykali i dyskutowali, obmyślali, ustalali: dwustu pięćdziesięciu z nich pojedzie do Aten, pięćdziesięciu do Salonik. Postanowili, że greccy studenci, anarchiści i komuniści, członkowie związków zawodowych i partyjnych młodzieżówek, którzy zadeklarowali wsparcie, będą im jedynie pomagać logistycznie i w kontaktach z mediami. Nie będą wpływać na przebieg protestu. Reguły: żadnych afiliacji politycznych, nie staną się celem rozgrywek, sami decydują o strajku. Cel: legalizacja pobytu. Alternatywa: śmierć.

 

25 stycznia 2011 roku zainstalowali się na kampusie Uniwersytetu Ateńskiego. W remontowanym budynku, gdzie i tak nie odbywałyby się żadne wykłady. Szybko ich stamtąd przegoniono - groźbami, że wykopie ich policja. Teraz są na terenie prywatnej posiadłości, Ypatii, przy jednej z głównych ulic. Ktoś zna właściciela, który wyjechał na stałe za granicę i zgodził się udostępnić część willi na strajk.

Budynek jest piękny, neoklasyczny, kremowy, z wielkimi, półokrągłymi oknami, drewnianymi okiennicami, zdobionymi balustradami. Za masywną bramą znajduje się ogród z rozłożystymi palmami i z latarniami, po których pnie się metalowa, zgrabnie rzeźbiona winorośl. Między nimi namioty - obciągnięte grubą folią, na wypadek gdyby padało. Na sznurkach schnie bielizna. Jakieś palety, brudne krzesła, rząd plastikowych toalet, przenośna umywalka z pięcioma stanowiskami.

Część mężczyzn śpi w namiotach, a reszta w piwnicy i korytarzu, do którego prowadzą kręte marmurowe schody. Drzwi do wszystkich pokoi są zamknięte.

W sobotę późnym wieczorem nikt nie chce ze mną rozmawiać. Po ogrodzie kręci się mnóstwo ludzi. Siedzą w niewielkich grupach. Panuje spokój, ale to cisza przed burzą. Może już wiedzą, co stanie się jutro... Jest ciemno, więc nie umiem rozróżnić, którzy to głodujący, a którzy z komitetu solidarności. Mrok rozświetlają dziesiątki palonych papierosów. Niektórzy mi się przypatrują, wypytują, skąd jestem. Jakie radio? Skąd? Nie przepadają za dziennikarzami. Mam przyjść rano.

 

Greckie marasmos oznacza więdnięcie. Czasownik marazono - usychać. W medycynie marazm to rodzaj niedożywienia i jednocześnie stan wyniszczenia organizmu na skutek powolnego, długotrwałego głodzenia. Marazm może trwać do siedemdziesięciu dni, później utrata masy ciała i ilości białka jest zbyt wielka i powoduje śmierć. Wcześniej kurczą się serce, płuca i wątroba, stopniowo zanikają nerki i szpik kostny. Pojawia się niedokrwistość, rany nie chcą się goić.

W niedzielę rano ludzi jest jeszcze więcej. Brama do ogrodu stoi otwarta. Co chwilę zatrzymują się przed nią karetki. Jedna za drugą. Przyjeżdżają po tych skrajnie wyczerpanych, którzy tracą przytomność, którzy już sami nie chodzą, którzy od dwóch dni nie oddali ani kropli moczu. Ich stan drastycznie pogorszył się w ostatnim czasie. Są z grupy sześćdziesięciu głodujących, którzy zdecydowali się zaostrzyć protest i nie przyjmują już ani wody, ani soli, ani cukru.

- Stwierdziłem u nich ostrą niewydolność nerek. Trzeba ich natychmiast przewieźć do szpitala. Tam dożylnie podadzą im płyny, dzięki którym nerki znów powinny zacząć pracować. Oni wszyscy mogą za chwilę umrzeć, bo człowiek bez wody nie przeżyje więcej niż kilka dni. - Doktor Athanasios Karambelis jest jednym z trójki lekarzy, którzy opiekują się strajkującymi. Przychodzi rano i zostaje do wieczora. Trzy razy dziennie urządza obchód. Wszystko zapisuje w niewielkim notatniku. Chyba jako jedyny z obecnych nie pali papierosów. Ma pod sześćdziesiątkę. Nosi cienkie metalowe okulary. Kilka marnych, siwych kosmyków zaczesuje znad jednego ucha w okolice drugiego.

Sanitariusze kładą ich na noszach i zanoszą do karetek. Przy każdym mniej ostrożnym ruchu wychudzeni mężczyźni marszczą czoła i krzywią usta z bólu. Mają nogi jak patyki i kości policzkowe obciągnięte cienką warstwę skóry.

Ulica jest zablokowana, tworzy się korek, ale nikt nie trąbi, nie przeklina. Przechodnie zatrzymują się, pytają, jak mogą pomóc. Może chociaż w kiosku za rogiem kupią butelkę wody mineralnej?

W ciągu dwóch godzin karetki wywożą piętnastu mężczyzn. Wieczorem zabiorą jeszcze kilku.

Youseff, który jest członkiem Forum Imigrantów Krety i który pomagał w przygotowaniu protestu, choć sam nie strajkuje, mówi, że wcześniej było spokojnie. Mężczyźni czuli osłabienie, ale stopniowo oswajali głód. Wieczorami siadali w ogrodzie przy gazowych piecykach, rozmawiali, naradzali się, grali w szachy lub oglądali filmy wyświetlane na prowizorycznym ekranie. Co piątek mieli wideokonferencję ze strajkującymi z Salonik. Ktoś najwyżej zemdlał, u kogoś stwierdzono problem z sercem - jechali do szpitala i wracali. Pojedyncze przypadki.

- Teraz? Sam widzisz, w jakim są stanie. Oni od samego początku mówili, że będą walczyć do upadłego, że może chociaż ich śmierć coś zmieni, pomoże innym. Mieli już dość wysyłania listów i petycji do władz, urządzania demonstracji, z których nic nie wynikało. Ten strajk to wynik gniewu, który się w nich zbierał przez lata, gniewu i poczucia bezradności. A chodzi o jeden znaczek, który wklejają do paszportu. Adia paramonis - prawo pobytu.

Gdy mówię o kryzysie ekonomicznym w Grecji, Youseff uśmiecha się - nie muszę nawet kończyć pytania.

- Ciągle to słyszymy. Że imigranci ponoszą odpowiedzialność za kryzys, że go pogarszają. Nie rozumiem, jak można coś takiego wymyślić. Odpowiedzialny jest rząd, bo nie umie sobie z kryzysem poradzić, nie imigranci, którzy od lat pracują, zarabiają pieniądze, wynajmują mieszkania, kupują żywność, a na dodatek nie mają żadnej opieki socjalnej. Nie mogą iść do lekarza, nie zapracują na emeryturę.

Mohamed ma na sobie grubą, pikowaną kurtkę zimową, czapkę i rękawiczki. Obserwuję go, gdy rozrywa małą saszetkę z cukrem i wsypuje jej zawartość do butelki z wodą. Przez chwilę miesza i wypija kilka łyków. To cały jego posiłek. Nie chce powiedzieć, z jakiego kraju pochodzi - ważniejsze jest to, że jest imigrantem, bo jego protest ma pomóc wszystkim nielegalnym, niezależnie od tego, skąd są. Nie przyszedł do nich jeszcze nikt z rządu. Już tyle dni głodują, a nie pojawił się nawet jeden minister.

- Może wiedzą, że nie będziemy negocjować. Że nie ustąpimy.

Chodzą bardzo wolno, jakby bolesny był każdy krok. Niektórych trzeba eskortować do toalety, bo są zbyt słabi, by iść samodzielnie. Wszyscy w kapturach, szalikach, z nogawkami spodni wciśniętymi w grube skarpety, żeby nie tracić ciepła. Jest koniec zimy, kilka marnych stopni powyżej zera.

Jeden z mężczyzn staje przy plastikowej umywalce i wolno myje zęby, z widocznym trudem wypluwa mieszaninę pasty i śliny. Później człapie w kierunku schodów - marmurowych, krętych. Zanim wejdzie na samą górę, stanie na jednej z dwóch wag. Pięćdziesiąt jeden kilogramów - i to w grubej, zimowej kurtce, z butelką wody w kieszeni. A przecież jest wysoki, mógłby ważyć dwa razy tyle.

Zanim poproszę o rozmowę Ahmeda, widzę, jak krzyczy na jakiegoś Greka z komitetu solidarności, który wszedł do ogrodu z kubkiem kawy. - Nawet kawy nie wolno? - dziwi się Grek. - Nawet kawy! Wypij ją na ulicy i dopiero wróć.

Ahmed jest w Grecji od prawie siedmiu lat. Mieszkał w różnych miejscach, najdłużej na Krecie. Jego ostatnie stanowisko to pomocnik stolarza. Ma na sobie gruby dres. Z czoła zwisają mu frędzle chusty owijającej głowę.

- Najbardziej chciałbym móc odwiedzić moją rodzinę w Maroku. Mam pięcioro rodzeństwa i starych rodziców. W domu nikt nie pracuje. Wysyłam im pieniądze.

- Tylu twoich kolegów już wylądowało w szpitalu. Masz jeszcze siły?

- Jutro zabiorą kolejnych, to już pewne. My nie gramy, nie udajemy. Od początku zapowiadaliśmy, że albo dostaniemy to, po co tu przyjechaliśmy, albo nas stąd wywiozą na cmentarz. Tak czy siak to będzie nasze zwycięstwo.

- - -

Znajomy dziennikarz z Krety opowiada mi o innym jeszcze strajku, niedaleko, po drodze do Ypatii. Afgańczycy, którzy domagają się azylu politycznego. Idę.

Na pięknym dziedzińcu przed budynkiem uniwersytetu protestujący rozbili kilka namiotów i koczują tak już ponad trzy miesiące. Może dwudziestu, może trzydziestu ludzi, choć były momenty - jak twierdzi Ezmeraja - że strajkowało dwieście osób. Także kobiety z dziećmi.

Ezmeraja jest w moim wieku, ma dwadzieścia siedem lat. W Afganistanie pracował jako nauczyciel angielskiego i grał w lokalnej drużynie piłkarskiej. Ojciec i brat zginęli podczas wojny. Jego samego chcieli zatłuc talibowie. Bo niby molestował siostrę jednego z nich, swoją uczennicę. On jej tylko pomagał. Dziewczyna nie miała głowy do języków, więc zostawała po lekcjach, a on jeszcze raz tłumaczył jej różnice między present simple a present continuous. Nawet jej nie dotknął. Nawet o tym nie pomyślał. Ale ludzie zaczęli gadać, talibowie się dowiedzieli i urządzili polowanie. Musiał uciekać i zostawić samotną matkę.

ONZ i Unia Europejska już wiele razy upominały Grecję za nieskuteczną politykę azylową i niewydolność instytucji, które ją realizują (w 2009 roku Grecja pozytywnie rozpatrzyła zaledwie jedenaście wniosków o azyl polityczny. Z ponad trzydziestu tysięcy - 0,04 procent.)

Afgańczycy rozwiesili między pomarańczowymi drzewkami transparenty i wielkie zdjęcia, na których widać ludzi z zaszytymi ustami. Trzy kobiety i trzech mężczyzn. Ezmeraja prowadzi mnie do namiotu, gdzie przebywa jeden z nich. Jeszcze dzień wcześniej jego wargi były złączone dwoma pionowymi szwami - ale wdało się zakażenie i jeden szew został usunięty. Miejsca wkłuć znaczą cztery wielkie kropy.

- - -

Wracam do Ypatii. Sprzed budynku odjeżdżają karetki. W ogrodzie tłum. Za stołem siedzą cztery osoby z komitetu solidarności. Przed nimi mikrofony, kamery i kilkoro dziennikarzy.

Zaczyna doktor Karambelis: - Mamy trzydziesty szósty dzień strajku głodowego imigrantów. Następnych dwóch mężczyzn właśnie wysłaliśmy do szpitala. W sumie przebywa ich tam już dwudziestu czterech. Trzydziestu sześciu kolejnych odmawia przyjmowania wody, soli i cukru. Mają ostrą niewydolność nerek i za chwilę także znajdą się w szpitalach. Sytuacja jest bardzo poważna.

Youseff: - Jutro o dwunastej przed parlamentem, na placu Syntagma, odbędzie się wiec poparcia dla trzystu głodujących imigrantów. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą okazać im swoją sympatię. Razem wezwiemy trzystu posłów, żeby nareszcie zareagowali i zrobili to, co do nich należy. Nie ma nad czym debatować. W przeciwnym razie będziemy mieli w Grecji ludzi, którzy umierają z głodu i pragnienia. W XXI wieku.

Dziennikarze pytają Youseffa o doniesienia z Salonik, gdzie przy zabranym do szpitala mężczyźnie lekarz kazał zostawić jedzenie, choć ten stanowczo odmawiał zakończenia głodówki. - Potępiamy takie zachowania!

 

Widzę Ektifa, jak powoli wychodzi z piwnicy. Jedną ręką trzyma się ściany. W tym samym swetrze i zabawnym czarnym turbanie na głowie. Uśmiecha się do mnie przyjaźnie, pyta, jak się mam. Nie bardzo chce rozmawiać. Mówi, że nie czuje się najlepiej, że jest bardzo słaby.

Ktoś przywozi wodę. Samochód staje na środku drogi. Zgrzewki latają z rąk do rąk i lądują jedne na drugich przy wejściu do piwnicy. Wśród Greków, którzy codziennie przychodzą do Ypatii i pomagają głodującym, są studenci, anarchiści, lewacy z różnych ugrupowań. Podzielili się obowiązkami. Jedni opróżniają toalety, inni dzwonią po szpitalach, pytają o wolne miejsca, a gdy jest potrzeba, do czarnych worków pakują ciuchy mężczyzn i jadą razem z nimi. Jeszcze inni mają przed budynkiem stół z ulotkami, które rozdają przechodniom. Ściany sąsiednich kamienic obwiesili wielkimi plakatami i transparentami. Czarną farbą napisali: TRZYSTU! Co pół godziny powtarzają przez megafon komunikat: "Dzisiaj trzydziesty szósty dzień strajku głodowego. Okażcie solidarność. Adia paramonis dla głodujących. Natychmiast". Ich głośne wezwania mieszają się z warkotem samochodów i motorów. Zniekształcają się, giną. Gdzieś obok trwa poważny remont, ciągle słychać wiercenie i pracę młotów pneumatycznych.

- - -

Mija półtora roku. Lecę na Kretę. Chcę porozmawiać z Youseffem i Ahmedem i sprawdzić, co faktycznie wynikło z rozmów z ministrami, które zakończyły czterdziestoczterodniowy strajk.

- - -

Numery telefonów i adresy dostaję od Ioannisa, dziennikarza i fotoreportera z miasteczka Chania, którego poznałem w Atenach podczas strajku. Przyjechał wtedy z imigrantami i dokumentował przebieg protestu. Ma trzydzieści pięć lat i pracuje dla niezależnych mediów - radia, gazety i stacji telewizyjnej. Po kilkanaście godzin dziennie. Kiedyś przynajmniej dostawał za to niezłe pieniądze, teraz zarabia czterysta euro na rękę. Za dwudziestopięciometrową klitkę, którą wynajmuje w centrum Chanii, płaci dwieście trzydzieści euro. To dlatego próbuje rzucić papierosy - od dwóch tygodni, ale przyznaje, że jest ciężko.

Umawiamy się na piwo w przytulnej knajpie przy jednej z wąziutkich ulic starego miasta. Ioannis wierci się i stuka palcami w czerwony blat. Zapaliłby! Ach, jak by zapalił!

- Czuję się stary i bezradny. Kryzys spowodował, że muszę pracować dwa razy więcej, choć o połowę spadła mi pensja. Nie mam na nic czasu ani pieniędzy. Nie mogę nawet marzyć o założeniu rodziny, o dzieciach, o własnym mieszkaniu. Przestaję się spotykać z przyjaciółmi, bo nie mogę już słuchać ich narzekań.

Ioannis rozważa wyjazd za granicę. Wielka Brytania, gdzie przed laty studiował politologię, Irlandia, Niemcy, a może dalej, może USA albo Australia, gdzie ma ciotkę i kuzynów. Gdziekolwiek, gdzie można żyć normalniej.

- - -

Forum Imigrantów Krety. Na piętrze starej i mocno zaniedbanej kamienicy w Chanii. Jest minikuchnia, kilka komputerów z internetem, pokój do zajęć i duża świetlica. To tu odbywały się przygotowania do strajku, wielogodzinne debaty, szacowanie ryzyka, przekonywanie nieprzekonanych. Że, owszem, wiele mogą stracić, ale jest szansa, że coś jednak zyskają, że odzyskają godność.

Na jednej ze ścian wisi wielka konturowa mapa świata. Czerwonymi gwiazdkami zaznaczono na niej miejsca, skąd przychodziły wyrazy poparcia dla głodujących. Zewsząd. A już najwięcej z Europy, choć nie z Polski. Polska jest na mapie białą, samotną wyspą bez żadnej gwiazdki.

Na przeciwległej ścianie olbrzymie arkusze papieru przyklejone brązową taśmą. Pamiętam je jeszcze z Ypatii. Nazwiska osób z komitetu solidarności: Eduardo Galeano, Ken Loach, Noam Chomsky, Slavoj Žižek, Immanuel Wallerstein oraz setki innych profesorów, artystów, europosłów i europosłanek. Polskich nazwisk brak. Przestudiowałem listę dokładnie, gdy Ahmed robił mi kawę.

- Sytuacja była dramatyczna, bo w szpitalach wylądowało już stu trzydziestu głodujących, a stan pozostałych ciągle się pogarszał. Największe media nareszcie zaczęły mówić o proteście, więc władza zgodziła się na spotkanie.

Ahmed i trzej inni strajkujący reprezentowali imigrantów. Rząd przysłał czworo ministrów. Rozmowy odbywały się na neutralnym gruncie, przebiegały w spokojnej atmosferze i trwały około godziny. Na koniec ministrowie odmówili wspólnego zdjęcia: nie, nie, nie, nie ma czasu, nie ma dobrego aparatu, lepiej nie. Ahmed żałuje, bo akurat wiceminister pracy Anna Dalara to piękna kobieta, wysoka, zgrabna blondynka.

- Ma męża. Słynnego piosenkarza - dopowiadam.

- Naprawdę? Cóż! Szkoda. - Ahmed udaje zawiedzionego, jakby właśnie stracił szansę na udaną randkę. Wszyscy wybuchamy śmiechem.

Youseff uspokaja nas, bo w pokoju obok trwają zajęcia. Dwa razy w tygodniu wpada tu nauczycielka z jednej ze szkół i za darmo uczy greckiego nowych imigrantów.

- Fu-sta-ni. Fu-sta-ni. - dobiega zza ściany. - Teraz wy: fu-sta-ni.

Na lekcję przyszły trzy muzułmanki z małymi córeczkami. Uczą się, jak jest sukienka. Przed chwilą próbowały powtarzać: buty, spodnie, kapelusz.

- Odnieśliśmy sukces. Może trochę mniejszy, niżbyśmy sobie życzyli, ale mimo wszystko sukces - mówi Youseff. - Zmusiliśmy polityków do rozmowy, choć przez lata całkowicie nas ignorowali.

Umowa była taka: imigranci natychmiast kończą głodówkę, a w zamian dostają czasowe pozwolenie na pobyt i pracę. Na sześć miesięcy, po pół roku dostaną kolejne, później jeszcze jedno i jeszcze, aż okaże się, że są już w Grecji osiem lat. Wtedy ich pobyt automatycznie stanie się legalny. Dla jednych oznaczało to zaledwie rok czekania, dla innych trzy lata, dla innych pięć. Po kilku miesiącach minister obrony cywilnej zmienił rozporządzenie w tej sprawie i z ośmiu lat zrobiło się dziesięć.

Ponadto wszyscy strajkujący mogą swobodnie wyjeżdżać na urlopy do swoich krajów, odwiedzać rodziny i legalnie wracać do Grecji.

- Latamy przez Turcję, Tunezję albo Egipt i tak samo wracamy. Przez Włochy czy Hiszpanię do Maroka nie możemy, choć byłoby dużo taniej - mówi Abdrazak, który niedawno, po raz pierwszy od sześciu lat, odwiedził swoich starych rodziców. - Nie dla nas tanie latanie - śmieje się, bo ciągle ma w pamięci pieniądze, które musiał wydać, żeby do Grecji w ogóle się dostać. Najpierw samolot do Stambułu, później transport na granicę, w rejon Orestiady, wreszcie nocny "rejs" po rzece Ewros. Kosztowało go to cztery tysiące euro!

W 2006 roku Abdrazak był jednym z pierwszych imigrantów, którzy zdecydowali się przekroczyć rzekę, zamiast przeprawić się z Izmiru na którąś z greckich wysp - wtedy pływało się raczej na Chios lub Lesbos. Dopiero gdy grecka marynarka i Frontex (w ramach akcji "Posejdon") wzmogły kontrole na morzu, trend się zmienił.

Co chwilę przychodzą kolejni mężczyźni i włączają się do rozmowy. Z trudem rozpoznaję twarze, którym przypatrywałem się w Atenach, ale oni od razu poznają mnie.

- Ooooo - mówią z uśmiechem. - Welcome! Welcome.

- Trudno znów zacząć jeść? - pytam.

- Przez pierwsze cztery dni dostawaliśmy jedynie chudą zupę z ryżem, którą przynosili nam ludzie z Czerwonego Krzyża. Ciężko było to przełykać. Brało człowieka na wymioty - mówi Abdrazak. - Po powrocie na Kretę przez jakieś pół roku odzyskiwaliśmy dawną wagę. A teraz? Zobacz, jakie sobie niektórzy wyhodowali okrągłe gęby, jak im brzuchy wystają spod koszulek. Kto im uwierzy, że głodowali?

Śmiejemy się, choć prawda jest taka, że głodówka mocno odbiła się na zdrowiu mężczyzn. Zimą wszyscy bardzo łatwo się przeziębiali i byli ciągle na lekach, poza tym nie mają siły, by pracować tak ciężko, jak kiedyś. Szybko się męczą i potrzebują więcej czasu na odpoczynek. Czy ich szefowie to rozumieją?

- Akurat! - mówi Ahmed. - Spróbuj się spóźnić na budowę albo wolniej szpachlować, wolniej zbierać oliwki albo zrywać pomarańcze... Zresztą po powrocie z Aten prawie połowa z nas musiała szukać nowej pracy. Nasi szefowie nie mieli problemu ze znalezieniem bardziej pokornych pracowników. Wściekali się, że niby przyjeżdżamy do Grecji, jesteśmy tu nielegalnie, oni nam pomagają, a my, niewdzięczni, mamy jeszcze czelność walczyć z greckim rządem. A won mi stąd! Ale byli też tacy, którzy rozumieli i trzymali za nas kciuki.

Na koniec pytam ich o mur z drutu kolczastego na granicy z Turcją. Ma być długi na dwanaście i pół kilometra, szeroki na półtora metra, wysoki na cztery. Budowa już trwa. Co sądzą?

- Imigranci to ludzie, nie zwierzęta.