Grażyna - Adam Mickiewicz

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GRAŻYNA

Powieść Litewska.

C oraz to ciemniéj, wiatr północny chłodzi, Na dole tuman, a miesiąc wysoko, Pośród krążącéj czarnych chmur powodzi We mgle nie całe pokazował oko; I świat był nakształt gmachu sklepionego, A niebo nakształt sklepu ruchomego, Xiężyc jak okno którędy dzień schodzi.

Zamek na barkach nowogródzkiéj góry. Od miesięcznego brał pozłotę blasku, Po wałach z darni, i po sinym piasku, Olbrzymim słupem łamał się cień bury Spadając w fossę, gdzie śród wiecznych cieśni, Dyszała woda spod zielonych pleśni.

Miasto już spało, w zamku ognie zgasły, Tylko po wałach i po basztach straże, Powtarzanémi płoszą senność hasły; Wtém się coś zdala na polu ukaże, Jakowiś ludzie biegą tu po błoniach, A gałąź cieniu za każdym się czerni, A biegą prędko, muszą być na koniach; A świécą mocno, muszą być pancerni.

Zarżały konie, zagrzmiała podkowa, Trzéj to rycerze jadą wzdłuż parowa, Zjechali, stają a piérwszy z rycérzy Krzyknie, i w trąbkę mosiężną uderzy. Uderzył po tém raz drugi i trzeci, Strażnik mu z baszty rogiem odpowiada; Brzękły wrzeciądze, pochodnia zaświéci, I most zwodzony z łoskotem opada.

Na tentent koni zbiegli się strażnicy Chcąc bliżéj poznać i męże i stroje; Piérwszy mąż jechał w zupełnéj zbroicy, Jaką zwykł Niemiec przywdziewać na boje;

I krzyż miał czarny na białéj kapicy, I krzyż na piersiach u złotéj petlicy, Trąbkę na plecach, kopiją u toku, Różaniec w pasie i szablę u boku.

Poznali męża Litwini z tych znaków,Więc cicho jeden do drugiego szepce: To jakiś urwisz od psiarni Krzyżaków, Tuczny, bo pruską krew codziennie chłepce; O gdyby nie był nikt tu więcéj z warty, Zarazby w bagnie skąpał się ten plucha, Aż pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty. Tak oni mówią; on niby nie słucha, Lecz musiał słyszeć, bo się bardzo zdumiał, A chociaż Niemiec, głos ludzki rozumiał.

"Xiąże jest w zamku? - Jest, lecz o téj porze Bardzoście wasze poselstwo spóźnili; Dziś nie możecie stawić się we dworze, Chyba na jutro - Jutro? ani chwili,

Zaraz, natychmiast, choć w spoźnioną porę, Litaworowi o posłach donieście; Niebezpieczeństwo na mą głowę biorę, A wy dla znaku pierścień tylko weście; Nie trzeba więcéj, skoro ujrzy godło, Pozna kto iestem, i co nas przywiodło. -

Cichość dokoła, zamek we śnie leży;Co za dziw, północ; jesienią noc długa. Za cóż dotychczas w Litawora wieży, Lampa jak gwiazdka między kratą mruga? Wszak dziś powrócił, jeździł w kraj daleki, Snu potrzebują troskliwe powieki.

On przecie nie spi - Posłano na zwiady, Nie spi; lecz żaden s pałacowéj straży, Ani z dworzanów, ani s panów rady, Do progu jego zbliżyć się nie waży.

Daremnie poseł i grozi i prosi, Groźba i prośba na nic się nie przyda; Kazano wreszcie obudzić Rymwida. On wolą pańską nosi i odnosi, On głową w radzie, prawą ręką w boju; Jego nazywa xiąże drugim sobą, W obozie, w zamku jemu każdą dobą Wstęp do pańskiego otwarty pokoju.

W pokoju ciemno, i tylko od stoła Kaganiec światłem konającém płonął, Litawor chodził po gmachu dokoła, A potém stanął i w myślach utonął. Słucha co Rymwid o Niemcach powiada, Ale mu na to nic nie odpowiada. To się rumieni, to wzdycha, to blednie, Wydaiąc twarzą troski nie powszednie. Poszedł ku lampie, żeby ją poprawił, Wrzkomo poprawia, a do głębi ciśnie; Wcisnął nareszcie i całkiem zadławił, Nie wiém przypadkiem, czyli też umyśnie.

Snać, że poskromić nie mógł wnętrznéj wrzawy, I w pogodniéjsze wystroić się lice; A jednak nie chciał, by sługa s postawy Zgadnął pańskiego serca tajemnice. Znowu komnatę obchodzi do koła, Lecz kiedy okna kratowane mijał, Widna przy blasku miesięcznego koła, Co się przez szyby i kraty przebijał, Widna posępność zmarszczonego czoła, Przycięte usta, oczu błyskawica, I surowego zagorzałość lica.

Potém w róg gmachu zwraca się s pośpiechem, Każe podwoje zamknąć Rymwidowi, Siadł i s kłamliwą spokojnością mówi, Szyderskim mowę zaprawuiąc śmiechem:

"Wszak mi sam z Wilna przywiozłeś Rymwidzie, Ze Witołd pan nasz możny i łaskawy, Miał mię podwyższyć xiążęciem na Lidzie, I spadłe dla mnie po żonie dzierżawy,

Jak swoię własność, lub zdobycze cudze, Litaworowi podarował słudze? - To prawda xiąże - My więc po te dary Jako przystało wystąpimy godnie; Każ wynieść na dwor xiążęce sztandary, Zapalić w zamku ognie i pochodnie. Gdzie są trębacze? niechaj o północy Zjadą na miasto i stanąwszy w rynku, Na cztéry wiatry trąbią s całéj mocy; A póty będą trąbić bez spoczynku, Póki się wszystko rycerstwo rozbudzi. Niech każdy piersi zbroją ubeśpiecza, Nasadzi groty i pociągnie miecza. Zgotować żywność dla koni i ludzi; Każdemu z mężów zgotuje niewiasta, Ile zjeść można od ranku do mroku. Czyj koń na paszy, sprowadzić do miasta, Nakarmić i wziąć na drogę obroku; A skoro słońce z Szczorsowskiéj granicy Piérwszym promieniem grób Mendoga draśnie, Wszyscy staniecie na Lidzkiéj ulicy. Czekać mię rzeźwo, zbrojno i zapaśnie. -

Tak mówił xiąże; w prawdzie jego mowa Zaleca zwykłe do drogi przybory; Lecz za co nagle, i niezwykłéj pory? Dla czego postać była tak surowa? A kiedy mówił, choć gwałtowne słowa Biegą, że jedno drugiego nie ścignie, Zda się jakoby wyszła ich połowa, A reszta w piersiach przytłumiona stygnie. Ta postać coś mi niedobrego wróży, I głos ten myśli spokojnéj nie służy.

Umilkł Litawor, zdało się, że czeka, Aż Rymwid z wziętym odejdzie rozkazem; I Rymwid milczy, a odejście zwleka, Bo to co słyszał, i co widział razem, Kiedy stosuje i waży w rozumie, Z lekkich słów ciężką rzecz odgadnąć umie.

Ale cóż pocznie, zna że xiąże młodyNamowom cudzym mało daje ucha, I nielubiący w długie brnąć wywody, Zamiary knuje w swojéj głębi ducha;

A skoro uknuł, nie dba na przeszkody, I hamowany tém srożéj wybucha. Lecz Rymwid jako wierna Panu rada I zacny rycerz w litewskim narodzie, Zapewne hańbie niemałéj podpada, Gdzieby powszechnéj nie zabieżał szkodzie. Milczeć, czy radzić? na dwoje myśl dzieli, Waha się; w końcu na drugie ośmieli. "Panie, gdziekolwiek chęci twoje godzą, Nigdyć na ludziach i koniach nie zbędzie; Wskaż tylko drogę, my za twoją wodzą, Nie patrząc kędy, gotowi iść wszędzie; I Rymwid pewnie nie przyjdzie ostatni. Ale o Panie na różnym miéj względzie, Pospólstwo slepe, twoich rąk narzędzie, I mężów, którzy na coś więcéj zdatni. Bo i twój ojciec, choć lubił sam s siebie Wyciągać skrycie przyszłych dzieł osnowy; Jednak nim gminne miecze ku potrzebie, Wprzódy ku radzie mądre wzywał głowy. Kędym ja nieraz z wolném zdaniem siadał, A com umyślił, śmiało wypowiadał.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.